Latorośle/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Latorośle |
| Pochodzenie | Latorośle, Pustelnia w górach, Czukcze |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1900 |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Przedarłszy się przez łozinę, stanęli na krawędzi »prawdziwego« lasu. Wysokie sosny kiwały im przyjaźnie głowami; łączka, wysłana kwieciem nęciła do skoków. Nad trawami unosiły się roje bąków, muszek, motyli, drażniąc zuch wałem brzęczeniem; po płaskich liściach wędrowały żuczki, oraz inne stworzenia, warte bliższego poznania; pod nogami był mech aksamitny, siwy i zielony, wrzos liliowy, całe poletka dojrzałej czernicy, dojrzewających borówek i kraśnych, jak paciorki korali, »mącznicy.« Na ustroniu, w wielkich karmazynowych kapeluszach, stały śliczne »muchomory«, roiły się wełnianki-oszustki, takie podobne do rydzów, drzemały brzydkie, ale smaczne kuźliki oraz maślacze, czekały zmiłowania syrojeżki, skromne grzybki »tak sobie«, których nikt nie jada.
Przypuszczać nawet można, że były »wilcze jagody«, ponętnie wyglądająca, lecz straszna trucizna, w kształcie paszczy rozwartej, z amarantową pestką i wiśniowem oskrzydleni, do której w obecności starszych nawet zbliżać się nie wolno. Wszystko mieniło się od barw i złotych centek, przedzierającego się przez gałęzie słońca. A tymczasem niepodobna było się zatrzymać, trzeba było iść dalej z zamkniętemi oczyma w głąb ciemnego, jak piwnica, boru, bo tak było umówione. Piotruś, zmarszczywszy się poważnie, kroczył pierwszy z łukiem w ręku i rozchylał leszczynę. Mieczyś dreptał za nim, szeroko otworzywszy buzię i oczy. Nagle, tuż przed nimi, duży, czarny dzięcioł z purpurową głową, przeleciał cicho, jak nietoperz.
— Poluj! — szepnął Mieczyś.
Lecz na polowanie było jeszcze za wcześnie, nie dosyć zagłębili się w puszczę.
— Co będzie potem, jeżeli teraz stracę wszystkie moje strzały?
Brnęli więc dalej, wśród wrzosów i paproci, z oczyma utkwionemi w drzewa. Wtem, tuż blizko, prawie że nad uchem, coś zaskrzeczało tak przejmująco, że Mieczyś schwycił brata za rękę. Zatrzymali się i zaczęli obaj nadsłuchiwać. Ale hałas się nie powtórzył.
— Nikogo nie widać! Może to rusałka?... — bąknął Mieczyś.
— Cicho!... gadasz nie wiedzieć co! A później pomyślisz, że i ja się boję... A co? słyszałeś?
Na jednej z sosen zaszeleściło lekko, i posypały się cieniuchne łuski czerwonej kory.
— Wiewiórka! — radośnie wykrzyknął Mieczyś.
Piotruś naciągnął łuk i strzałę wypuścił. Zwierzątko uciekło, a pocisk utknął wysoko w pniu drzewa. Daremnie rzucali patykami, ażeby go stamtąd strącić: nie spadł; na drzewo, z powodu jego grubości, nie można było się wdrapać, chyba »po amerykańsku«, wyrąbując stopnie, ale ponieważ trzeba było się śpieszyć, więc odłożyli to na potem. Należało myśleć o założeniu obozowiska, a więc przedewszystkiem o wynalezieniu jakiegoś strumienia. Obozowanie nad wielką rzeką nie nęciło ich: mieli tego już dosyć, wszak mieszkali nad rzeką. Pod krzakami leszczyny, wśród małych chojaczków i paproci, snuło się wiele dróżek, ale wszystkie ginęły we mchu i wrzosie.
— Temi dróżkami chodzą do wody dzikie zwierzęta, możnaby więc dotrzeć tędy do jakiego potoku, a może nawet wodospadu... — zauważył poważnie Piotruś, badając kompas i pnie drzew, jak to radzą podróżni.
Nic mu one nie powiedziały, ale się z tem bratu nie zwierzył, nie chcąc go niepokoić. Byli na wyspie, więc w jakimkolwiek udaliby się kierunku, trafić do celu musieli, a zabłądzić nie mogli, bo nie mieli jeszcze domu. Mieczyś, zajęty zbieraniem jagód, nie zauważył kłopotu brata. Nagle przykucnął i zaczął dawać rozpaczliwe znaki.
— Co takiego?
— Zając.
— Gdzie?
— O tam... na dróżce... stoi słupka, ma długie uszy i wąsy...
Piotruś posunął się ostrożnie we wskazanym kierunku. Ale nim łuk naciągnął, zając dał nurka w gęstwinę. Chłopcy postanowili iść za jego śladem. Z początku posuwali się bardzo ostrożnie, ale potem Mieczyś zaczął mówić głośno, jak gdyby nie był w lesie, lecz w bawialni lub garderobie. Utrzymywał, że umiera z pragnienia, i że należałoby już coś zrobić. Wiadoma rzecz, że zające głośnej rozmowy nie lubią: mają na to za długie uszy; Piotruś przeto zrozumiał beznadziejność łowów z takim towarzyszem i postanowił zająć się rozłożeniem obozu. Ustawili broń w kozły; starszy zabrał się do rozniecenia ognia, a młodszy tymczasem zrobił odkrycie. Niedaleko płynęła rzeczka. Czarna, senna, ledwo poruszała się między nizkimi, błotnistymi brzegami, obrosłymi blado-zielonem sitowiem, wysoką trawą, krzewami olszyny i pochylonemi wierzbami. Po czarnem zwierciedle jej wody zsuwały się liście szyszki i igły opadłe, na dnie chwiały się kosmate wodorośle, a jaskrawo-zielona rzęsa, jak szumowiny, zbierała się w maluchnych zatokach, czepiając się wielkich omszonych głazów, tu i owdzie wystających z łożyska. Na głębiach płaskie liście wodnych lilii, jak berlinki na kotwicach, chwiały się na długich, giętkich łodygach. Wśród nich uwijały się czarne pływaki i srebrne rybki; kiedy niekiedy przesunął się wodny pająk, wiosłując długiemi nogami, zaroiły się z brzękiem komary, lub cicho przeleciał z brzegu na brzeg czarny motyl-żałobnik. Czasem ptaszek wyfrunął z zarośli, siadł na kępie i pił wodę, wzniósłszy dziobek do góry. Cicho było zupełnie; tylko z lasu dolatywał świegot i śpiew ptaków. Woda płynęła bez dźwięku, coraz to inna, a zawsze ta sama, i uchodziła bez skargi, odbijając szmaty błękitu, przeświecającego przez korony drzew, miedziane kolumny i głowice sosen, srebrne brzozy, płowe osiny, czarne olchy, ptaka, co pił u brzegu, motyla, drobne owady, gałązkę rumianych jagód, zwieszającą się nizko z omszałego, zgniłego parszaka, i szeregi smętnie nad nią pochylonych szuwarów. Mieczyś położył się na kamieniu, z nosem tuż nad wodą, i leżał tak bez ruchu, wpatrując się w jej głąb ciekawie, gdyż w tej pozycyi wszystko inaczej wygląda. Ale Piotruś nie dał mu długo próżnować: kazał nosić drzewo na ogień.
— Ach, jaka to głupia rzecz, że zawsze i wszędzie trzeba pracować! — westchnął niechętnie.
Po chwili wrócił bez chróstu, bardzo przerażony. Dom!... doprawdy dom, albo opuszczony szałas!
Piotruś, choć nie bardzo dowierzał spostrzeżeniom brata, poszedł za nim, wziąwszy z sobą łuk dla pewności. Dom okazał się lichą budą, skleconą naprędce z młodych choinek, związanych za czuby i przykrytych z zewnątrz warstwą zeschłych, pożółkłych gałązek. Bracia ostrożnie obeszli go dokoła, trzymając się za ręce, bo to był »prawdziwy« szałas.
— Widzisz: to pościel z trawy i mchu, a tutaj leżą czyjeś kości. Kto tu może mieszkać? Jak myślisz? — z trwogą szeptał Mieczyś.
— To nie są ludzkie kości lecz ptasie, a to główka wiewiórcza lub zajęcza; widziałem taką u Marcina! — uspokajał go Piotruś, uważnie oglądając kości.
— Zawsze lepiej, że tu nikogo niema! Odejdźmy, Piotrusiu, póki nikogo jeszcze niema. Przecież widzieliśmy już wszystko.
— Owszem, możemy zostać i zawrzeć przymierze! On tu wróci napewno. Widzisz tam rożen drewniany, w ziemię wetknięty, a dalej dymiące jeszcze ognisko?...
— Gdzie dymiące ognisko?...
— O tu, tu! Patrz, jak ładnie popiół obłożył kamieniami. To od pożaru puszczy. Zawsze tak robią w pampasach.
Mieczyś ani na chwilę nie wypuszczał z ręki rękawa brata.
— Puść mię, nie będę mógł strzelać, jeśli się nagle zjawi.
— Więc ty będziesz strzelał?
— Zobaczymy, wszystko zależy od okoliczności.
— Więc właśnie w »okoliczności« muszę się ciebie trzymać.
— To się trzymaj za pas.
— Juści, panicze, trzymajta się, trzymajta! Zawsze w kupie lepiej. Skądeście tu przyleźli? — rozległ się niespodzianie ochrypły głos męski.
Piotruś drgnął. Mieczyś upuścił na ziemię swą dzidę. Na ścieżce stał chłop bardzo duży, bardzo brudny i bardzo obdarty. Nie był jednak cyganem, gdyż miał brodę rudą i oczy niebieskie. W lewej ręce trzymał pęczek związanych za łebki martwych ptaków; prawą miał schowaną za siebie.
— Nie bójcie się, dzieciuchy, nic wam złego nie zrobię... Czy to wasze? — spytał, wyciągając z za pleców »tomahawek« i węzełek z sucharami.
— Nasze! — odburknął Piotruś. — Dlaczego zabrałeś? Chcieliśmy założyć obozowisko.
Mieczyś rozpłakał się.
— Nie płacz, mały, dobrze się stało. Złożymy do kupy mięso i sucharki, będzie bankiet. Pogadamy, bo ja już dawno nie gadałem. Siadajcie tu bliżej przy ognisku, oskubcie ptaki, a ja ogień rozpalę.
Rzucił im zwierzynę i jął łamać gałęzie. Dzieci uważnie obejrzały ptaszki.
— Polujecie?
— W sidła łapię, w stryczki z końskiego włosa, które stawiam na jałowcu, na jagodnikach... Ale nie zawsze uda się złapać.
— W sidła?! Musisz nam pokazać, bo wtedy już nigdy nie umrzemy z głodu.
— Ba! kiedy czasu nie będę miał.
— A dokąd chcecie jechać?
Nie odpowiedział, spojrzał na palący się ogień i wziął ptaszka w rękę.
— A może sól macie?... — zapytał po chwili. — Szkoda, dawno soli nie jadłem. Czyje wy dzieci, bo widziałem, że płynęliście z Białej?
— Jesteśmy z Białej, synowie dziedzica.
— Srogi pan, ciężki pan, ale pani dobra.
— Mama... taka dobra, jak miód! — wmieszał się Mieczyś.
Włóczęga uśmiechnął się i kiwnął głową. Piotruś mrugał na brata, żeby milczał, ale chłopczyna nie widział tego i, rozgadawszy się, sypał słowami, wyciągając wolniutko piórka z ptaka.
— A ty kto jesteś? Może ty Walek, złodziej pobytowy?
— Juści, że jestem Walek-złodziej! — odpowiedział spokojnie chłop.
A Piotruś z niepokojem spojrzał na Walka, potem na brata. Ten już miał »rybie oczy«.
— Jeżeli teraz beknie — pomyślał sobie — może się stać nie wiedzieć co, a głównie wstyd będzie ogromny. Zawsze Walek, choć złodziej, ale mieszka w lesie i nikogo się nie boi!...
— Ino tego kradzenia, paniczu — mówił tymczasem wolno włóczęga, grzebiąc w popiele patyczkiem — ino tego kradzenia... więcej ludzie gadają, niż jest. Kartofli sobie nakopię, jabłek w sadzie narwę, kuraka capnę... aby tylko... aby nie zdechnąć... to zaraz taki rumot na całą okolicę! A sami nie lepsi! Miedzę jeden drugiemu zaora, łąkę koniami wypasie, stratuje, to nic?... Pany też takie zaciekłe, żeby mię za jedną marchewkę zabili... co mam ich żałować?... W karty bez jeden wieczór więcej przegrają, niż im bez rok szkody zrobię...
— A to dlatego, że się nie pytasz!... — przerwał Mieczyś.
— Cha! — roześmiał się — Gdybym się pytał, toby mi nie dali...
— Wcale nie dlatego! — odpowiedział Piotruś, wydymając wargę — a dlatego, że to cudze.
Włóczęga zmrużył powieki i spojrzał na mówiącego z ukosa.
— Co ty, pęcherzu, wiesz?! A czy wasze? Czy jasna dziedziczka wszystko to sama urodziła? Chłopi wszystko zrobili własnemi rękami!...
Piotruś umilkł; chwilkę siedział bez ruchu, twarz mu płonęła coraz żywszym rumieńcem, w oczach migały błyskawice. Ten, ten... włóczęga śmiał mamy tykać!... Zerwał się wreszcie, schwycił łuk i skoczył w zarośla.
— Mieczysiu! Chodź... chodź!... Zostaw mu suchary i wszystko! Nie wdawaj się z nim!
— Puść mię, puść!... Czego mię trzymasz?... ja iść chcę... Piotruś już poszedł... Piotrusiu!... Piotrusiu!...
Piotruś zatrzymał się, obejrzał i gałęzie rozchylił. Walek jedną ręką przyciskał do ziemi wyrywające się dziecko, drugą wytrząsał z chustki suchary. Widocznie zamierzał go związać.
— Piotrusiu!... Piotrusiu!... — zanosił się od płaczu Mieczyś.
— Puść go! puść, bo strzelę... bo będę z tobą walczył!... — wołał Piotruś.
Walek klął, śmiał się i zbierał w dłonie wciąż wymykające mu się nóżki i rączki chłopaka. Wtem trzcinowa strzała ze świstem przeleciała mu koło ucha.
— Patrzcie go: strzela! A to hycel! Czekaj, chwacie, jak cię złapię, będziesz beczał! Lepiej sam przyjdź! nic złego wam nie zrobię.... Gorzej będzie...
Gdy wreszcie, uporawszy się z malcem, wstał, nigdzie nie było Piotrusia. Chłopak, jak królik, zaszył się w gęstwinę. Walek chwilkę nasłuchiwał, ale szlochanie związanego Mieczysia tłumiło odleglejsze szmery.
— Uciek!... — powiedział z niepokojem. — Cicho, bechu... Głupie wy...
Podrapał się w głowę i ruszył w stronę, skąd wyleciały nań strzały, ale nie uszedł nawet dwudziestu kroków, gdy usłyszał za sobą trzask łamanego chróstu, a obejrzawszy się, ujrzał Piotrusia, biegnącego pędem do leżącego na ziemi brata.
— Ho, ho... ho!... Świndlarz! — huknął Walek i ruszył na niego.
Rozpoczęła się szalona po łączce gonitwa. Chłopiec, niezmiernie wzburzony, wykręcał się, biegł, zawracał; nie krzyczał, lecz ciężko oddychając, wywijał zapamiętale siekierką-tomahawkiem, którą miał w ręku, oczy jego rzucały błyskawice, na usta wybiegła piana. Starał się zbliżyć do młodszego brata, który niemy z przerażenia siedział na ziemi z rączkami związanemi z tyłu i osłupiałemi oczyma przypatrywał się strasznemu pościgowi.
Walek śmiał się, szeroko rozstawiał ramiona, bosemi nogami skakał niezgrabnie po badylach i hukał:
— A tuś... Ho, ho, ho!... Ciarachu!
Grube jego palce już kilkakroć dotknęły rozwianej czupryny Piotrusia. Malec czuł, że mu tchu nie staje, że nogi mu się plączą; skoczył więc w bok i oparł się plecami o drzewo. Chłop spokojnie zbliżał się do niego.
— A widzisz?! Jesteś!
— Nie rusz mię, nie rusz... — mruczał chłopiec, a gdy gruba, żylasta łapa wyciągnęła się ku niemu, ciął ją wściekle siekierką w rozczapierzone palce. Włóczęga zawył, żachnął się, pięść zwinął i ciężką, twardą, jak głaz, opuścił na drobną, wątłą pierś chłopaczka. Piotruś potoczył się bez jęku i upadł.
— Trup!... — powiedział, pochylając się nad dzieckiem.
Ale Piotruś nie zemdlał nawet, tylko osłabł strasznie i już się nie bronił, gdy go Walek schwycił za ramię i powlókł do ognia.
— Puść mię!... puść!... Jesteś złodziej i rozbójnik, ja ciebie nienawidzę... — szeptał, gdy Walek rwał na nim koszulę, aby go związać własnym jego paskiem i szmatami bielizny.
— A żmijaku!... Toć ja was w kawały podrę... do wody wrzucę, i zginiecie, jak ta mara... A szczenięta! to ja z wami dobrze, a ty patrz, jakeś mię ciął... jak krew bucha!... — wołał, podsuwając pod nos malcowi okrwawioną rękę.
Wargi mu drżały, w oczach płonął zły, wilczy ogień. Zdrową dłonią chwycił chłopczynę za gardło i zlekka nacisnął.
Dziecko jękło i zatrzepotało się.
— A co, boisz się, chrząszczu!... Pocisnę i zamrzesz, jak kuropatwa... Ty gorszy ode mnie... Bo ja chciałem was o łódkę prosić, a przecie mogę wziąć bez pytania. Po was przyjadą, nic wam nie będzie, wyskrobki szlacheckie... Dla was ziemię do góry nogami przewrócą. Dla was ludzi w pień zamorzą, szukając... Więc choćbyście tu dzień jeden mego życia spróbowali, możebyście pożałowali człowieka! Możeby wasz ojciec pomiarkował, jak to jest na głodzie i chłodzie być szczutym, jak ten wilk.
Mieczyś płakał coraz rzewniej, Piotruś ciężko oddychał, leżąc na boku z zamkniętemi oczyma. Włóczęga umilkł i, zamyślony, starannie obwiązywał czas jakiś rękę, przytrzymując koniec szmaty zębami.
— E...e...e... Zdychajcie! — wyrzekł nagle, wstał, przetrząsnął kieszenie chłopców, zabrał scyzoryk, suchary, siekierkę, zapałki, ptaszki i odszedł do lasu.
Gdy kroki jego ucichły, Piotruś oczy otworzył i spróbował się podnieść.
— Nie płacz, Mieczysiu... nie płacz, już go niema...
Członki tak go bolały, że sam nie mógł wstrzymać jęku:
— Mój Boże, co z nami będzie!
— A widzisz... Mówiłem, żebyś do niego nie strzelał, przecież on duży... A teraz co będzie?... tyś mię namówił... Tak mię chustka ciśnie, i tak mnie szczypał, kiedy mnie wiązał...
— Cicho, Mieczysiu, cicho... Niech sobie pójdzie daleko... wtedy ja się do ciebie podtoczę i zębami rozwiążę, a potem ty mnie. Tak zawsze się robi... A tylko niech odejdzie, bo jeszcze usłyszy i wróci.
Ucichli i przysłuchiwali się. Wśród boru, ogarniętego zmrokiem wieczornym, głęboka zapanowała cisza. Głosy dziwne, łagodne, jak wypadkowe uderzenia po strunach harfy, drgały gdzieś w górze w purpurowych od zorzy wierzchołkach sosen. Piotruś chciał się przysunąć do brata, ale to nie było tak łatwe; oddzielało go ognisko, które usiłując okrążyć, zaczepiał się o pnie, nierówności, sykał z bólu, aż nakoniec zatoczył się w jakieś krzaki kolące i gęste.
— O Boże!... Ratunku!... Mamo!... Uduszę się!...
— Mamo! — wołał Mieczyś. — Mamo!...
Ktoś śpiesznie szedł ku nim z głębi lasu.
— Poczekajta, nie szarpta się! — rozległ się głos znany.
Dzieci zadrżały. Nad Piotrusiem pochylił się Walek; chłopak, choć wylękły, zauważył natychmiast, że oczy włóczęgi były jakieś inne, twarz stroskana i smutna, więc szepnął:
— Rozwiąż nas, Walku! My nie będziemy się bić... Niech się to nie liczy... Nikomu nie powiemy, będzie sobie taka niewiadoma przygoda. Nie będziemy uciekali, zrobimy co powiesz. A jeżeli boisz się mnie rozwiązać, to rozwiąż choć Mieczysia: on maleńki...
— A ino! Sam tak myślę... Zmarniejeta, co dobrego... A przecie ja z waszej wsi... z maminej wsi... I pamiętam, jak starsza pani przychodziła z nią do nas w głodny rok... Nie większa była od was, pęcherze... I ja byłem mały. Bóg jeden wiedział, co miało się stać, a ja tom nigdy nie pomyślał, że tak będzie... Siadaj, bechu!... krzyknął na Mieczysia, podnosząc go i rozwiązując ręce. — Płaksa jesteś ale twój brat łepski chłopak... Choć mię ciął, a łepski... Słuchajta, puszczę was, a wy za to powiedzta, że łódkę samiście mi podarowali, że prosiłem, a nie ukradłem... Zgoda?! Hę!?
— Popłyniesz?
— Popłynę... jak rzeka poniesie, popłynę, może trafię, gdzie mnie nie znają, robotę dostanę... do ludzi wrócę... cni się w lesie, oj cni...
— Do Ameryki popłyniesz? — spytał Mieczyś.
— Ha, może i do Hameryki! A wy tutaj sobie ptaszki upieczcie... Zostawię wam ptaszki! Przenocujcie, a jutro rano idźcie wprost przed siebie lasem, to wyjdziecie rychtyk naprzeciw dworu. Wtedy ogień zapalcie... zostawię wam zapałek! Was już tam pewnikiem wypatrują, to przyjadą... Ale nocą nie chodźcie, możecie zbłądzić i zmarnieć... A teraz zostańcie z Bogiem, nie przeklinajcie mię... Wyprowadziłbym was, ale muszę się śpieszyć...
Oparł rękę na głowie starszego chłopca, pogładził go, młodszego podniósł do góry i pocałował.
— Naprawdę pójdziesz?... I to wszystko było naprawdę? — pytał Mieczyś.
— Naprawdę!
— To do widzenia!... Ale szkoda, żeś nie pokazał, jak się łapią ptaszki...
Malec poważnie podał włóczędze rękę; Piotruś cały czas uparcie patrzał w stronę przeciwną.
— Uch!... ech!... Wy!... — westchnął Wałek i odszedł, łamiąc po drodze chrósty i gałęzie.
Skoro już był daleko, Piotruś zerwał się i zaczął szukać swego łuku i strzał.
— A teraz co będziemy robili? — spytał Mieczyś.
— Teraz upieczymy ptaszki.
Ptaszki upiekli na tym samym drewnianym rożnie, który zobaczyli na wstępie. Choć bez soli, smakowały im bardzo.
— Jakie one strasznie maleńkie! — skarżył się Mieczyś. — Radzę zjeść dziś wszystkie, a jutro dostać inne...
— Dostać inne?... Może poprosić Walka, żeby wrócił i nałapał...
Mieczyś pobladł i przestał oddychać.
— Wiesz co, lepiej wyrzeknę się ptaszka. Niech zostanie.
— A najlepiej połóż się spać. Jeżeli nie możesz usnąć, to zamknij oczy i licz do stu.
— Lepiej pacierz zmówię!
— Mów, a ja pościel urządzę.
Mieczyś ukląkł koło budy, przeżegnał się.
— »W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen!« — Złożył ręce. — »Ojcze nasz, któryś jest w Niebiesiech...«
Ale nowy sposób przygotowania pościeli tak go zajmował, że nie mógł wytrzymać i głowę co chwila pod gałęzie wsuwał.
— Podłóż więcej pod głowę, będzie poduszka...
— Wiem sam. Jak się modlisz? Ładnie, bardzo ładnie...
— »Chleba powszedniego daj nam dzisiaj...« Co tak wązko ścielesz? Gdzie położysz się sam?
— Ach, daj mi pokój! Nie położę się. Przecież musi ktoś zostać na straży.
— To prawda! Ale co wtedy będzie?
— Przestaniesz ty, smyku! Mów dalej pacierz, bo dam ci klapsa.
— Klapsa?... Ale przecież dalej zawsze ze mną mówiła mama.
Piotruś ukląkł obok brata i głośno odmówił z nim modlitwę, poczem pocałowali się. Mieczyś położył się posłusznie na pościółce z mchu i przymknął powieki. Piotruś siadł poważnie u ognia. Ogieniek ledwie się tlił. Wielkie, czarne cienie drzew milczących i nieruchomych, otaczały ich zwartą ścianą; w górze, przez kosmate ich konary, blado migotały gwiazdy.
— Zimno mi, Piotrusieńku, i nóg nigdzie schować nie mogę... Mój Boże, pewnie pani Vauban zapomniała schować mojej bułki wieczornej, i herbata przepadła, bo jutro będzie jutro, a dziś to już było...
— Cicho bądź i śpij. Jutro ruszamy o świcie, śpij!
Zdjął kurtkę i nogi brata otulił. Ten jednak nie przestał kręcić się i skarżyć. Wówczas, zwalczając trwogę, starszy wyruszył w ciemności po trawy i paprocie.
— Nie odchodź! Nie odchodź daleko! — krzyczał Mieczyś.
— Zaraz wrócę. Muszę cię nakryć.
Rwał drżącemi rękoma, co tylko znalazł w pobliżu i rzucał za siebie w oświetlone koło czerwonym blaskiem ognia. Nakrywszy brata, resztę włożył na swe nagie, podrapane, skostniałe od zimna ramiona. Ogień ogrzewał go z przodu.
— Piotrusiu!... Piotrusiu!... — zawołał znowu Mieczyś.
— Co? jeszcze nie śpisz?
— Ależ śpię... A tylko, jeżeli wilk przyjdzie, to mię obudź... pamiętaj...
— Śpij spokojnie! Nie przyjdzie, tu wyspa....
— Dobranoc, Piotrusiu! Chciałem jeszcze powiedzieć, żeś kochany. Teraz zupełnie ciepło... Tylko na chwilkę, na maluchną chwilkę chodź do mnie...
Piotruś wstał i przykląkł koło brata; ten uchwycił go za szyję rękoma.
— Przestań! Smokczesz się tylko, jak cielę!
Poprawił na nim obsunięte zioła i poczekał, aż zasnął.
Zimno zmusiło go wrócić do ognia. Zrobiło się nagle tak cicho, że miarowy oddech Mieczysia wydawał mu się ciężkiem sapaniem. Ogień wytlał, a Piotruś ani myślał drew nowych dorzucić. Zwiesił głowę na kolana, ręce głęboko wtulił pod pachy i zapadł w bolesne, pełne marzeń, odrętwienie. Gdy oczy otwierał, purpurowy blask żarzewia błyskał przed nim wśród nieprzeniknionego mroku, jak dalekie wejście do oświetlonej krwawym ogniem pieczary. Dokoła ognia tego zwolna zaczął się tworzyć ruch jakiś, zygzaki, skręty ciemności wygięły się, zafalowały, światło spotężniało, księżycowa mgła rozwidniła krzewy, zioła nizkie i szerokie strzępiaste pa-procie... Małe, śliczne główki wyjrzały z kielichów kwiatów, z pochew liści wysunęły się wiotkie postacie; gałązki dostały nagle rąk, trawy — kibici, mchy zamieniły się w brody i Wąsy; każdy sęczek, każdy ułamek chróstu, korzystał ze swych odnóży, jak z członków, a nierówności ich zarysowały się nagle, jak oczy, nosy i usta... Wszystko to było bardzo zabawne lecz i straszne, gdyż Piotruś nie mógł się ruszyć, a mary, nie zważając na niego, tańczyły, ująwszy się za ręce, dokoła ognia, skakały przezeń ze śmiechem, rozrzucały iskry i węgle, aż wszystko zniknęło w czarno-rudym, ruchomym wirze. Wir ten zalał, pochwycił Piotrusia i przyjemnie ukołysał.
— »Podrę was w kawały, wrzucę do rzeki... ale przedtem zjedzcie ptaszki i nie chodźcie po nocy, bo zbłądzicie...« — grzmiał ochrypły głos Walka. Piotruś spróbował wyrwać się mu, ale nie mógł; ręce jego i nogi były mocno związane...
Gdy ocknął się, słońce świeciło już jasno, ptaki śpiewały, chłodna, perlista rosa pokrywała chylące się ku niemu trawy, gałązki i jego samego. Drżał od zimna, nie mógł pojąć, gdzie jest i co się z nim stało, ręce i nogi bolały go bardzo, nie chciało mu się ruszyć, choć kudłaty potwór obwąchiwał mu nogi. Dopiero, gdy nad nim huknął głos:
— Hej!... hej! Bywaj! Sam tu!... Hej!... hej!...
Poznał buty gajowego i jego psa. Marcin stał nad nim, i przyłożywszy dłonie do ust, krzyczał:
— Hej!... hej! Bywaj!
Z lasu odpowiadały mu liczne głosy. Piotruś zerwał się.
— A gdzie Mieczyś?
— Tam... śpi w budzie.
Marcin zajrzał do szałasu i w głowę się poskrobał.
— Oj! oj! Skurczyło się biedactwo, niby psiaczek. Głowinę nawet pod mech wetknął... I co też to panicze narobili! Pan całą noc jeździł, pani zachorowała ze zmartwienia. We dworze sąd ostateczny. Całą rzekę obszukaliśmy, i gdyby ludzie tego Walka w naszej łódce nie spostrzegli, niktby się nie domyślił.
— Więc złapali Walka?
— Nie, ale go to nie minie! Dość zbytków!... już mu pewnikiem pan nie daruje... Niech się panicz nie boi, już mu zapłacą... Jakto paniczów urządził... pewnie on... patrzeć pożal się Boże!
— Nie chcę... Słyszałeś... ja nie powiedziałem... — uniósł się Piotruś...
— Ojcze, ojcze!... — krzyknął, rzucając się do nóg nadchodzącego p. Dolskiego. — Nie łap Walka... Myśmy mu sami łódkę oddali... Myśmy... Niech ucieknie... On... on... żal go...
Pan Dolski podniósł syna, zajrzał mu w zapłakane oczy i do piersi przycisnął.
— Niedobre dzieci! Coście narobiły? Gdzie Mieczyś?
— Tutaj jestem, ojcze... Jestem zupełnie cały...
— Chodź, wyłaź!... Ach, dzieci, dzieci! Jakiegoście wy nas strachu nabawiły!
Zeszli się ludzie, przyniesiono z łódek kosz z jadłem, z ciepłem ubraniem; przyszedł Herr Niedeman, smutny, wybladły.
Posłano natychmiast gońca do dworu.
— A teraz opowiedzcie, jak się to stało i dlaczego podarowaliście łódkę Walkowi?... — zagadnął pan Dolski, siadając u suto palącego się ognia i tuląc do siebie synów.
— I dlaczego wy z domu uciekał?... — dodał z wyrzutem Herr Niedeman.