Latorośle/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Latorośle |
| Pochodzenie | Latorośle, Pustelnia w górach, Czukcze |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1900 |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Sprawiedliwości stało się zadość — Piotruś został ukarany. Dwa dni przesiedział zamknięty w pokoju nauczyciela. Nawet do stołu nie siadał, a obiad noszono mu do kozy. Mieczyś kilka razy podkradał się do otwartego okna, z którego, jak rój obrzydłych szerszeni, wylatywały ostre dźwięki:
...Der Schnee ist weiss... der Schnee ist weiss... die Tinte... die Tinte ist schwarz...
Poznał głos brata, zawołał go cichutko, bo mu żal było, że ten śliczny dzień, pełen słońca, świegotu ptaków, woni kwiatów i blasku srebrzystych chmur, przepędza bez pożytku, w zamknięciu. Ale zamiast Piotrusia, w oknie ukazała się głowa Herra Niedemana:
— Was?
Mieczyś uciekł, przerażony widziadłem. Doprawdy, ten »Herr« podobny jest czasem do kata.
Wieczorem, kiedy pani Dolska przyszła syna w łóżeczku odwiedzić, chłopczyna objął ją rączkami za szyję i pieszczotliwie szepnął:
— Ty go, mamo, puść!...
— Nie można. Zupełnie przestaniecie słuchać!
— Puść go, a powiem ci »rzecz...«
— Rzecz? Cóż to za rzecz?! Powiedz? Pewnie jaka nowa psota! No, powiedz!... Jesteście niepoprawni, martwicie tylko nas ciągle...
Mieczyś wypuścił z objęć szyję matki i nie odpowiadał już na jej pieszczoty. A matka z rozdrażnieniem zaczęła »nudne gadanie«, z którego niezmiennie wypływało, »że trzeba słuchać...« Ba, gdyby podobna tego uniknąć, to któżby się uczył obrzydłych niemieckich słówek w taki cudny dzień!
Nareszcie wypuścili Piotrusia. Ale »niełaska« trwała dalej. Ojciec go nie chciał widzieć; kiedy chłopiec rano, po obiedzie i wieczorem podchodził pocałować go w rękę, ręka ta zwieszała się z poręczy krzesła zimna, nieruchoma, a błękitne oczy pana Dolskiego patrzały w stronę przeciwną, na piec albo za okno. Chłopak kurczył się, posępniał i śpieszył umknąć z pokoju.
— Ojciec mnie nie kocha i zupełnie o mnie zapomniał — rozmyślał. — Cóż robić! Każdy ma swój los i swoje sposoby... Helenka, jak lis, się liże; Mieczyś zaraz płacze i przeprasza... Ja nie mogę. Zaraz robi mi się w głowie wicher, myśli skaczą, a w sercu pusto i zimno... nie mogę rozmawiać... Niekiedy dość jedno byłoby słowo powiedzieć, a nie mogę... Taki mój los! Muszę czekać sposobności. Wtedy wszyscy mię odrazu kochają, mama mię pieści, oczy ojca błyszczą, i ręka robi się taka mała, taka ciepła... zupełnie, jak wtedy, kiedy wyciągnąłem stróżowego chłopca z sadzawki, choć przedtem się wszyscy na mnie gniewali, że zapaliłem »odrobinę« wiórów w starym lamusie... A więc trzeba czekać!
»Czekać« najgorzej było przy stole. Herr i madame na wyścigi robili mu uwagi.
— Pierre, nie patrz pod stół! To brzydko. Patrz przed siebie, prosto w oczy!
— Peter siedź prosto.
— Pierre, nie kołysz nogami!
— Nie dokuczaj siostrzyczce!
— Nie jedz nożem!
— Pierre! Peter! Piotruś... Piotr...
Jak gdyby tylko to jedno imię istniało na świecie!
Po skończonym obiedzie, Piotruś lotem błyskawicy załatwiał się z »podziękowaniem starszym« i znikał za drzwiami. Wreszcie razu jednego matka zdybała go w sali.
— Dziecko moje, co tobie jest? — rzekła, siadając na fotelu i obejmując wpół syna. — Spójrz mi w oczy i powiedz wszystko! Czyś nie chory? Tyś inny. Chowasz się po kątach, patrzysz z pod oka! Ty masz jakąś tajemnicę... Milczysz!? Czy już mię nie kochasz?
Serce chłopca ścisnęło się boleśnie, szarpnął się, ale matka trzymała go mocno.
— Jeżeli tak cię martwi gniew ojca, to zrozum, że on ma słuszność, że on dla twego dobra... Zrobiłeś się bardzo psotny, bardzo nieposłuszny... Znowu wczoraj skarżyli się, że zabrałeś półkę z czeladnej. Gdzie ją podziałeś i na co ci ona? Nie mówiłam ojcu, nie chcąc go martwić, ale...
Uściski jej wolniały; chłopiec czuł, że już nic jej nie powie, gdyż musiałby dodać, że powyrywał w garderobie gwoździe, wysypał proch w gabinecie ojca, że zabrał na »tomahawek« siekierkę do rąbania cukru... Ta ostatnia była nawet powodem małego dramatu, gdyż posądzili o to ogrodnika. Teraz przyznać się było już za późno. Możeby nikt nie uwierzył w szczerą obietnicę poprawy; pomyśleliby jeszcze, że się boi!... Coby wtedy powiedziała Hela!? A Mieczyś!? Rozmazgaiłby się do reszty. Nie, niech lepiej będzie, jak jest, niech się stanie, co się ma stać. Każdy ma swój los!
Spuścił głowę. Pani Dolska znowu go przyciągnęła do siebie.
— Jesteś uparty, zacięty. Źle ci, synu, będzie na świecie. Takich nie lubią. Popraw się. Czy nie lepiej być wesołym, posłusznym, grzecznym?... przecież to tak łatwo!
Pozostał chłodny, próbował się nawet wysunąć z rąk matki, ale nagle dostrzegł falowanie jej piersi, zauważył łzy w jej czarnych aksamitnych oczach. Tego było za wiele, gardło ścisnęło mu się od wzruszenia.
— Więc ci nie żal rodziców?
— Żal, mamo! Tylko, widzi mama, ja nie lubię potroszku. Ja chcę odrazu...
— Chcesz odrazu? Odrazu nie można. Życie robi się potroszku.
— A... jeżeli... jak książę Józef Poniatowski utonąć w Elstrze, albo jak Mucyusz Scewola, jak Regulus... Przecież kiedy oni umarli, cały naród okrył się żałobą... wszystko odkupili, wszystko im przebaczyli...
— Co ci chodzi po głowie! — mówiła, śmiejąc się i całując syna pani Dolska. — Już ja pogadam z ojcem, tylko ty po obiedzie podejdź, pocałuj go, obejmij serdecznie, jak to ty umiesz...
Podniosła się, gdyż klucznica już dwa razy zajrzała do pokoju, Piotruś wybiegł do ogrodu; obiad miał być już wkrótce, lada chwila mógł nadejść ojciec.
— Niech sobie mama z nim pogada, ale to napróżno; nigdy on nie pokocha mię na zawsze... — rozmyślał malec, biegnąc po alei.
W grabowej altance dostrzegł przez gałęzie czerwoną suknię pani Vauban i niebieską Heli. Mieczyś też tam być musiał. Po lekcyach nie widział go jeszcze; chciał zobaczyć, co robi i postanowił nastraszyć. Włożył więc na głowę blaszaną polewaczkę ogrodnika i skradał się ostrożnie wśród zarośli. Już gotów był z groźnem mruczeniem wypaść z ukrycia, gdy spostrzegł coś, co mu »zamroziło« krew w żyłach. Kępkę trawy, zupełnie podobną do wysepki, otaczało całe morze cegieł, na cegłach stało papierowe czółenko, w czółenku siedziały dwie lalki. Mieczyś kręcił się przy tem wszystkiem, poprawiał szczegóły, popychał czółenko i śpiewał:
— Rokito, co ci to,
Co ci oczko podbito?
Rokicina krowy doi,
A Rokita nad nią stoi...
Rokito, co ci to,
Co ci oczko podbito?!
Helenka zdala podejrzliwie przypatrywała się zabawie, i skacząc na jednej nodze, podśpiewywała:
— A ja wiem... a ja — wiem... a ja wszystko wiem!
— Miecio! — krzyknął nagle Piotruś. — Chodź tu natychmiast!
Miecio stanął, jak wryty i zwrócił na brata wystraszone oczy.
— Co ty tam robisz? Chodź zaraz! Czy słyszysz?
— Mieczyś nie może odejść! — odezwała się pani Vauban, nie podnosząc głowy od szycia.
— Proszę pani na obiad! — odpowiedział Piotruś, schwycił brata za rękę i pobiegł naprzód.
Helka chciała biedz za nimi, ale zaczęli fikać nogami, wołając:
— Zostań z madame! Ty musisz zostać z madame! Dziewczynce nie wypada samej chodzić z chłopcami.
Wróciła więc z wielkim krzykiem:
— Proszę pani, to nie była kępa, a wyspa... Oni chcą, proszę pani... oni chcą...
— Powiedziałeś więc? — zapytał Piotruś.
— Ależ nie, ja z nią nie gadam od wczoraj do jutra. Wystaw sobie, ona chciała...
— Przysięgnij!
— Jak Bozię kocham!... Nawet: jak mamusię kocham! nie mówiłem ani słowa. Ona nic nie wie, ona tylko udaje. Wiesz: ja jej lalkom głowy poukręcam! Słowo daję! Dokuczyło mi już to babskie wścibstwo!
W czasie obiadu chłopcy zachowywali się tak cicho i skromnie, że mama z uśmiechem kiwnęła Piotrusiowi głową.
— A w polu znowu szkoda! — powiedział rządca, kiedy podali leguminę.
— Co takiego? — spytał niespokojnie pan Dolski.
— Kartofle wykopane.
— Dużo?
— Nie tak wiele. Więcej popsuli, pomięli, niż zabrali; ale to już trzeci raz w ciągu tego miesiąca.
— Istotnie, trzeci raz! Trzeba temu koniec położyć! Kogo pan podejrzewa?
— Powiadają, że to Walek pobytowy; podobno go widzieli. Teraz to wszystko — pobytowy Walek: w Kozłowej Wólce w niedzielę zginęło prosię — Walek; tegoż dnia w Suszewce skradziono cielę — także Walek.
— To bardzo być może! Człowiek nie ma nic do stracenia. Bądź co bądź nie można tego tolerować. Trzeba dać znać strażnikom. Nie o kartofle mi chodzi, lecz... od prosiątka do cielątka, a z nadejściem zimy zaczną się pewnie prawdziwe złodziejstwa i rozboje. Dla wszystkich, nawet dla Walka, lepiej będzie, jeżeli go teraz wezmą... — wyrzekł ostro.
Starsi, zajęci rozmową, nie zauważyli, kiedy skończył się obiad.
— Gdzie dzieci? Gdzie się podział Piotruś? Znikł bez podziękowania... — zapytał nareszcie pan Dolski.
— Owszem, dziękował, całował cię w rękę, tylko... panowie tak zagłębili się w rozmowie... Pewnie jest w ogrodzie.
Posłano pokojówkę po panicza.
Tymczasem Piotruś, korzystając z ogólnej nieuwagi, pomknął na poddasze, gdzie w szczytowem oknie miał urządzoną półkę dla suszenia »morskich sucharów«. Powiesił ją za oknem dla ukrycia przed ciekawością klucznicy, Józi, oraz innych »gości strychu«, a także dlatego, że tu dochodziło słońce, które »wszystko najlepiej suszy.« Piotruś zbliżał się ostrożnie do okna, gdyż posłyszał jakiś szelest i był pewien, że znowu psocą mu gołębie. Szedł na palcach, by nie spłoszyć ptaków, które, zrywając się gwałtownie do lotu, mogłyby strącić deskę. O Boże! Tym razem był to kot! Ten sam kot, który, kilka dni temu, »sam« wpadł do dzieży. Taką jest Netnezys naszych postępków! Siedział na półce i spokojnie oblizywał kawałki bułki, z których Piotruś nie zeskrobywał masła, ażeby mieć suchary pożywniejsze. Na widok chłopca, kot przestał jeść i zwrócił na nieprzyjaciela swe duże zielonawe oczy z wązkiemi, jak poprzeczna szczelina, źrenicami. Poznał Piotrusia i zamiauczał cicho.
— Kici!... kici!... — próbował go zwabić Piotruś, ale dzieża z ciastem niezapomniana, tkwiła w pamięci Maciusia. Przytulił się więc do deski, a gdy chłopiec wyciągnął do niego rękę, cofnął się przed nią szybko na samą krawędź półki; w tej samej chwili sznurek pękł, i kot, deska, suchary z łoskotem posypały się na blaszany daszek ganeczku.
— Jezus, Marya! Wszelki duch Pana Boga chwali!... A tom się zlękła, aż mi dech zaparło! Pewnikiem panicz! — wrzasnęła pomywaczka, która właśnie była wyszła z szaflikiem na schodki.
Kot umknął w krzaki bzu, ścigany przez psy, zwabione hałasem, a Piotruś ulotnił się, jak kamfora, i pomimo wołania Józi nie pokazał się wcale.