Latorośle/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Latorośle |
| Pochodzenie | Latorośle, Pustelnia w górach, Czukcze |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1900 |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Madame Vauban wybierała się z Helcią na strych po słoiki do konfitur; Mieczyś pobiegł za niemi, gdyż miał sobie raz na zawsze przykazane »nie oddalać się na krok od nich«, Piotruś mógłby był nie iść, bo miał »swego Niemca«, ale namyśliwszy się, poszedł także. Strych, to takie dla każdego ciekawe miejsce, są tam różne rzeczy, wyrzucone i zapomniane przez starszych, z których dość kurz zdmuchnąć, aby odzyskały swą wartość. Prócz tego na strychu jest zupełnie inaczej, niż na całym świecie. Ścian niema, tylko sufit — cała chmura żółto przeświecających gontów, które, jeżeli długo na nie spoglądać, zdają się zlatywać na głowę. Wśród nich, niby gwiazdki, przeświecają słoneczne dziureczki, tryskają smugi światła ze szczelin, które niewiadomo, gdzie są, a których może nawet wcale niema. W kątach, po bokach, nad głową krzyżują się i giną w zmroku słupy, belki, krokwie, wiszą sznury do suszenia bielizny — zupełnie jak na okręcie. Można tu niespodzianie odkryć całe kopalnie ciekawych rycin z Adamem, Ewą, Abrahamem; obrazów, na których nic nie widać, ale oprawnych w piękne, pozłacane ramy; starych, niepotrzebnych książek, w mocnych tekturowych okładkach; waz prawie całych; wśród tych rupieci znajduje się też stary zegar, który, naciągany, okropnie bzyka, ale chodzić nie chce; całe kłębki szpagatu, moc gwoździ, sprzążek, haków. Powiadają, że można też tu znaleźć zamki od dubeltówek, a nawet lufy! A wszystko bez wielkiego zachodu, trzeba tylko upatrzyć chwilkę kiedy starsi zajęci są czem innem.
Mieczyś nie rozumiał uroku tych wypraw i wolał zawsze kręcić się koło pudeł z suszonymi owocami. I teraz już tam był.
— Madame, proszę... tu stoi też buteleczka! — wołał.
Ale nikt nie zwracał na niego uwagi, madame była zajęta, Hela szukała, coby wziąć dla siebie, a Piotruś znikł wśród zwałów rupieci. Po chwili w tej stronie dał się słyszeć lekki brzęk, chłopiec silił się oderwać łańcuch od starego kufra, przy którym rdzewiał marnie, a »na świecie« mógł się jeszcze przydać.
Madame Vauban podniosła się, zawołała dzieci i poczęła bardzo uważnie spuszczać się ze schodów, niosąc w ręku pełno szklanych naczyń. Jak tylko znikły z Helcią w ciemnym otworze wejścia, Miecio, który udawał, że idzie za niemi, skoczył do okna. Rozumie się, Piotruś natychmiast pośpieszył za nim, chcąc zapobiedz »nieszczęściu«.
— Wiesz, że nie wolno! Nie wychylaj się, jeszcze spadniesz!...
Próbował go odciągnąć od okna, ale uparciuch uczepił się rączkami za gzyms i piszczał, jakby go odzierano ze skóry.
— Puść mię! ty zawsze chcesz wszystko tylko sam zobaczyć!
Aby wysunąć głowę nad jego głową, musiał więc starszy brat wleźć na pudełko i nogę oprzeć o murek. Okienko było niewielkie, okrągłe; wypełnili je prawie całe. Obaj mieli drobne, pociągłe twarzyczki, nosy proste, usta rumiane, włosy gęste, w miękich puklach spadające, ale nie byli do siebie podobni. Mieczyś był blondynem z niebieskiemi oczyma i cerą białą, przeźroczystą, jak stara porcelana; Piotruś miał płeć smagłą, czarne włosy, czarne ogniste oczy, a nad niemi szerokie czoło wypukłe i czarne brwi w jedną prawie linię zrośnięte. Na tle ściany białej, napojonej słonecznym blaskiem, w ramce samotnego okienka, główki ich wyglądały, jak śliczny, malowany obrazek. Szczyt okapu rzucał na nich trójkąt szerokiego, sinego cienia, jaskółki zlatywały się tłu-mnie do przylepionych tam gniazd. Na park, rzekę, na okolicę otwierał się widok rozległy. Mieczyś podłożył piąstki pod brodę, Piotruś niedbale oparł się ramieniem o ostrą krawędź futryny. Czuli pewną trwogę, choć z dołu blaszany daszek ganeczku zabezpieczał ich od spojrzeń zdradzieckich.
— Nie przyciskaj, udusisz mię... szeptał Mieczyś. — Jakże tu pięknie! Jak wysoko! Doprawdy, kiedy wiatr topolami kołysze, czubek ich dostaje tu pewnie: możnaby wtedy wsiąść na nie i pojechać... A jak daleko stąd widać! Czy to, Piotrusiu, piasek leży z tamtej strony rzeki, taki żółty?... A woda jak niebo, i chmurki płyną po niej, jak po niebie. Nie widać ani początku, ani końca, bo wszystko zawraca za górę...
— Cicho! Czego się drzesz?! Jeszcze usłyszą! Mam oczy, widzę i bez ciebie... Ładnie, więc co? Co nam z tego przyjdzie?
— Ach, gdybyśmy się dostali na tamtę stronę! Tam pewnie dużo płaskich kamieni, bo tu już wszystkie powrzucałeś do wody.
— Na tamtę stronę!... Morgen fri! To ogromnie daleko. Kiedy Marcin w tamtę stronę płynie na czółnie, to robi się taki mały, jak mucha.
— A my, cośmy mniejsi, tobyśmy zupełnie zginęli! Wiem, ale ja mówię... ze starszymi!
— Ze starszymi! Phi! Wcale mię to nie nęci. Nie puściliby nas na krok od siebie, a ciebie za rękę prowadziłaby mama albo Vaubanka, i nic byś nie poznał. Zresztą na tamtym brzegu bywają wszyscy, i ja byłem już w zeszłym roku, kiedy jeździłem z ojcem do miasta. Nic ciekawego. Prom tylko chodzi po linie, a obok stoi chatka, gdzie mieszka przewoźnik. Pewnie dobrze być przewoźnikiem, ale mieszkać na wyspie znacznie lepiej. Wyspa stoi po-środku rzeki i dokoła oblana jest wodą. Widzisz, jak tam nad nią latają ptaki? Tam zawsze latają ptaki. Sam widziałem na własne oczy, jak tam, w lesie schowała się biała czajka.
— I teraz, Piotrusiu, patrz, tam nizko nad wodą leci biała czajka. Prawda, jaka ta wyspa maluchna, jak kępa na torfowisku? Gdyby usiąść na brzegu, to nogami możnaby pluskać się w wodzie... Wiem, rozumie się, że dlatego trzeba zdjąć buty...
— Wyspa wcale nie maluchna. Tam jest duży prawdziwy las. Marcin mówił, że tam rośnie »rokita«. To się tylko tak zdaje z wysoka.
— Ach, gdyby się tam dostać i zrobić ją bezludną!
— Jeszcze czego! Zaraz złaź, bo cię przycisnę. Jesteś głupi, a powiesz potem, żeś pierwszy wymyślił, kiedy ja o tem myślę już oddawna.
— O Piotrusiu! Weź mię z sobą! Będę cię słuchał, i wiesz co: żeby pokazać, że nie jestem paplą, do jutra nie powiem słówka do nikogo! Chcesz?
Piotruś kiwnął głową, jak zwykł był czynić ojciec, kiedy chciał przerwać rozmowę.
— O tem potem! A teraz — tssyt! Trzymaj język za zębami, bo inaczej nigdy ci już nic nie powiem, i wszystko przepadnie.
Na dole w korytarzu usłyszeli trzaskanie drzwiami i głosy. Starszy zeskoczył prędko, ale młodszy spóźnił się, pudełko mu się wysunęło z pod stóp i zawisł w powietrzu, rozpaczliwie machając nogami.
— Złaź... idą!
Było za późno: pani Vauban biegła szybko po schodach, wołając:
— Mietiou!... Mietiou!... Pierre!
— Proszę pani, oni napewno wyglądają przez okno... ja wiem — wołała idąca za nią Helka.
Mieczyś pośpiesznie otrzepywał kurz i wapno z ubrania, pomagał mu Piotruś, a obaj w niebogłosy krzyczeli:
— Zaraz!... zaraz... idziemy!
Nie pomogło. Pani Vauban wpadła jak burza, czerwona, zagniewana, schwyciła Mieczysia gwałtownie za rękę, a starszego chłopca obsypała gniewnemi słowami. Piotruś spojrzał znacząco na brata, przyłożył palec do ust, przeskoczył poręcz i znikł, dudniąc piętami po schodach.
Na podwórzu, czując się już bezpiecznym, przystanął. Spojrzał w ogród, ku kuchniom, na gumna... Wybrał ostatnie. Tam zwozili zboże. Co może być bardziej zajmującego nad zwózkę? Ogromne wrota stoją otwarte na przestrzał, jedne fury wjeżdżają, drugie wyjeżdżają, wozy dudnią, brzęczą... można łatwo być przejechanym. Konie parskają, a zajęte opędzaniem się od owadów, pozwalają blizko podejść do siebie, wszędzie kurzy się, aż miło, ludzie ruszają się szybko, i co chwila rozlegają się krzyki:
— Paniczu, zmykaj... jadą!
— Znowu, paniczu, tu się kręcisz? Zobaczysz, powiem ojcu...
— Nie ruszaj wideł!... Nie ruszaj młynka!... Jezus Marya! A to zatracony chłopiec! Odejdź... koń narowisty, dorosłych nawet kąsa...
— Wiem, że narowisty! — poważnie odpowiada Piotruś. — Właśnie dlatego daję mu kłosy, żeby się z nim zapoznać.
Kasztan, któremu podawał pęczek żyta, długo nie dawał się skusić. Ciemną, wyliniałą wargę zwiesił, uszy do łba przytulił i udawał, że nie patrzy w tę stronę; przestał tylko wywijać ogonem. Wreszcie, gdy przynęta znalazła się tuż przed jego nosem, schwycił ją półgębkiem, ale jednocześnie lekkim ruchem korpusu w stronę wyciągniętej do pogłaskania ręki Piotrusia, dał poznać, że mu nie przyznaje żadnych praw do swojej wdzięczności. Chłopak powiedział mu »słowa prawdy«, rzucił nań garścią zboża i zwrócił się w tę stronę, gdzie za młynkiem siedział na ziemi dzieciak z konopiastą czupryną i oczyma jak chabry. Miał na sobie brudną płócienną koszulę i podobne spodnie, spięte dużym metalowym guzikiem z płonącą bombą.
— Czyj jesteś?
Chłopak oczu z niego nie spuszczał, ale milczał jak niemy.
— Wiem: tyś pewnie syn Szymona, co mieszka w ostatniej chałupie. Widziałem, jak wczoraj kąpaliście się w stawie. Wam dobrze, wam wszystko wolno, dużo was... Powiedz, czy u was wesoło?
Chłopak nie odpowiadał i coraz szerzej oczy otwierał.
— A tu co masz? — spytał panicz, dotykając końcem bucika węzełka, nakrytego pasiastym fartuchem.
— Nie rusz... Matula kazali... — przemówił wreszcie głuchym głosem chłopak.
Piotruś schylił się i pociągnął za fartuch. Ukazała się maluchna główka w czepeczku z kolorowych gałganków.
— Ma-tu-la, mówię, ka-za-li... Nie Szymonów ja, a Matusowy — zaszlochał niespodzianie chłopiec.
Piotruś zmieszał się bardzo.
— Co ci to?
— Ma-tu-la ka-za-li...
— Paniczu, niech go panicz ostawi. On mój! — rozległ się głos z góry.
— To wy, Matusowo? Weźcie mię na górę!
— A dobrze! Niech panicz wlizie tu po drągu!
W mgnieniu oka chłopiec był na sąsieku, skakał, piął się po snopach coraz wyżej, aż wpadł w jakąś dziurę, gdzie nikomu nie zawadzał, a sam doskonale wszystko widział.
Podjeżdżały wozy, snopy wielkie jak piec, kosmate jak broda Jankiela, wypływały z jasności i, chwytane przez dziewki, przechodziły z rąk do rąk, aż Maciej w końcu kładł je na miejscu przeznaczonem. Na klepisku rozlegały się bezustanne stuki, brzęki, okrzyki, ale na sąsieku było cicho; tylko czasem zaszeleściała słoma, zachichotała która z dziewcząt, lub Maciej mruknął przekleństwo. W szarym półzmroku ludzie poruszali się, jak cienie. Przez dziury w strzesze tu i owdzie wpadały pasma złotego blasku. Po słonecznych dróżkach przelewały się potoki tęczowego pyłu, dążąc, jak dym kościelny, w górę ku szczytom, gdzie świegotały ptaki.
Piotruś, zapatrzony w wędrówki świetlistych drobinek, zapomniał o bożym świecie.
Ocucił go głos pokojówki Józi:
— Czy niema tam czasem panicza?
— Był, ale nie widać.
— Skaranie z tym chłopcem! Znów pan się gniewa. Szukam go, szukam... Wszędzie powiadają: »Tylko co był!...« Nigdzie nadążyć nie można. Czy to moja rzecz szukać go, przecie ja od pokojów, a on ma swego gubernera! — skarżyła się dziewczyna.
Po jej odejściu Piotruś zsunął się na klepisko i pędem skierował w stronę przeciwną, natychmiast jednak zawrócił:
— Niech już będzie, co ma być! Im prędzej, tem lepiej... Pójdę!
Gdy wszedł do pokoju, zrozumiał, iż »przeprawa« będzie ciężka, ale cofać się było za późno. Wszyscy siedzieli już przy herbacie. Stół, nakryty białym obrusem, wyglądał bardzo ponętnie; po rogach stały wazony z kwiatami, a na kryształowej podstawce pośrodku wznosiła się piramida żółtych gruszek i rumianych jabłek. Piotruś natychmiast zauważył przyczynę tej wystawy: gościa-ciotkę, siedzącą na pierwszem miejscu za stołem.
— Przyszedł! — szepnęła staruszka, która go pierwsza spostrzegła.
— Jak się masz, Piotrusiu!
Rozmowa przerwała się, choć nikt nie zdawał się zwracać na chłopca uwagi. Matka jego, pani Dolska, blada, wysoka brunetka, mocniej tylko zacisnęła piękne usta i bystrem spojrzeniem obrzuciła męża, który gniewnie kręcił jasne wąsy i nie spuszczał oczu z końca stołu.
Tam siedziała widocznie wzruszona pani Vauban, obok Helenka, bardzo wyprostowana i bardzo grzeczna, dalej stały puste krzesła Mieczysia i »Herra« Niedemana.
— Pewnie mię szuka — pomyślał winowajca.
Wszyscy byli jacyś nieswoi, i tylko rządca z ogromnymi, jak rogi bawole, wąsami smarował spokojnie chleb masłem.
— Chodź tu! — kiwnął na chłopca ojciec. — Gdzie byłeś?
— Na gumnie.
— Kto ci pozwolił?
Chłopak milczał, twarz mu zamroczyła się cieniem uporu i rozpaczy.
— Gadaj zaraz, coś robił dzień cały i coś zmajstrował z Mieczysiem! Patrz mi w oczy i mów prawdę!
Chłopiec nie podniósł opuszczonych powiek, choć ojciec ujął go za podbródek. W jednej chwili przypomniał sobie cały szereg przewinień: po lekcyi nie poskładał książek; w czeladnej poszczuł psami kota, i ten wskoczył do dzieży z ciastem; potem bawił się nabojami ojca; wrzucił między rondle garść kapiszonów, których »okropne« pękanie wywołało popłoch w całej kuchni; wreszcie... historya z Mieczysiem, tem gorsza, że nie wiedział... która!
Pan Dolski coraz mocniej ściskał rękę syna.
— Dlaczego nie odpowiadasz? Jesteś herszt do wszystkiego złego. Robisz wciąż zmartwienie ojcu i matce, uczysz złego młodszego brata...
— Bo, proszę ojca, on wczoraj dał mi ogórka, z którego wydłubał środek i nasypał piasku, i... ja ukąsiłam... — zaczęła Helenka.
— Doskonale się stało! — wmieszała się pani Dolska. — Mówiłam ci, żebyś nie jadła surowych ogórków. A teraz skarżysz się na brata! Bardzo ładnie! Dlaczego nie odpowiadasz, Piotrusiu? Powiedz ojcu otwarcie wszystko, proś o przebaczenie, popraw się...
Wyspa... śliczna, zielona wyspa, ze wszystkich stron oblana wodą, stanęła, jak żywa, przed oczyma chłopca. Jednocześnie ściskana ręka tak zabolała, że łzy napełniły mu oczy. Głowę nizko pochylił i zaczął dłubać poręcz ojcowskiego krzesła. Pani Vauban znacząco spojrzała na Helę i coś powiedziała. Do pokoju wszedł »Herr«, widocznie zmęczony.
— Precz, brzydkie dziecko! Idź klęczeć do bilardowego pokoju!
Piotruś spuścił głowę i poszedł, kryjąc łzy, których nienawidził. Po drodze słyszał, jak Hela szeptała do mamy:
— On jemu, mamo, tak zrobił palcem, i od tego Miecio zaniemówił! Widziałam...
W pokoju bilardowym pod zegarem klęczał Mieczyś. Twarzyczka jego zdradzała niezmierne udręczenie, z pociemniałych oczu płynęły łzy, a dolna, wygięta w podkowę, warga tworzyła »korytko«. Piotruś próbował go pocieszyć, dawał mu głową znaki ze swego kąta, ale brat nie rozumiał go, i łzy płynęły wciąż po bladych jego policzkach. Wtedy »herszt« podpełznął na kolanach do niego, objął za szyję i zaczął szeptać cichutko jak wietrzyk:
— Możesz mówić! Pozwalam...
Nie o wyspie, a tak sobie, co innego... Zwalniam cię ze słowa i nie przestanę lubić, gdyż widzę, że nie jesteś baba i papla.
Mieczyś, który w miarę słów Piotrusia uspokajał się i rozjaśniał, nagle drgnął i szeroko otworzył oczy: we drzwiach ukazała się matka.
— Przecież milczeć nie znaczy kłamać. Człowiek milczy dlatego, że... — ciągnął Piotruś, który jej nie widział.
— Tak słuchasz ojca? Miałeś klęczeć!
— On, mamo, na kolanach... on klęczy... on, mamo, doprawdy przyszedł na kolanach... — bronił brata Mieczyś.
Piotruś zerwał się i jak burza wypadł z pokoju.
Za chwilę już był w ogrodzie, w »schronieniu«.
»Schronienie« znajdowało się za stawem, w krzakach bzu, gęsto oplecionych powojem i dzikim chmielem. Dostać się tam, niepodobna inaczej było, tylko na czworakach. Tu zapach był przyjemny, inny niż wszędzie; wydawały go gnijące liście i ziemia; było też przestronno, gdyż stała tu niegdyś altanka, po której pozostał pleśnią okryty słupek kamienny i płyta marmurowa. Ile to ciekawych i wzruszających rzeczy mogłyby one opowiedzieć, gdyby mówić umiały! W pojęciu obu braci były to resztki dawnego zamku, które starość pokryła grubą warstwą brzydkich liszajów, a słoty poobjadały kanty, powygryzały głębokie szramy i dzioby w polerowanych bokach. Bystre oczy chłopców z trudnością odnalazły wśród tych zmarszczek jeden tylko niewyraźny napis: Rózia i Marek.
— Gdyby to był »Konrad«, toby mógł być »Wallenrod« — mówił raz Piotruś — ale tak... Znam tylko jednego porządnego Marka... Sobieskiego, lecz mu pod Batowem ucięli głowę, więc był kawalerem.
— Czy przypuszczasz, że się oni kochali! — spytał Mieczyś.
— Napewno. Wtedy się zawsze wycina imiona. Oni mieli romans. Potem przyszli Turcy, porwali ją, i ona została sułtanką Roksaną, a on poszedł do Ameryki kopać złoto...
— Romans to jest bardzo trudno! — wzdychał Mieczyś.
— Co ty wiesz! Zupełnie to łatwo!... Bierze się i całuje w usta. Ale to takie sobie nieprzyjemne głupstwo!
Mieczyś, jako doświadczony w tym przedmiocie, pokiwał na zgodę głową: on zawsze zakrywał twarz rączkami i uciekał co tchu, gdy zbliżała się do niego jaka pani.
Tym razem Piotruś nie przywitał się ze słupkiem, nie szukał napisów; przysiadł zdyszany na płycie i nasłuchiwał. Z ogrodu długo głos żaden go nie dobiegał; nie szukali go. Więc wyjął ze skrytki łuk i zaczął celować do sęków. Strzały bał się wypuścić, żeby nie wyleciała nazewnątrz, ale rozmyślał, coby się stało, gdyby naprzykład ukazał się jaki zwierz. Do tygrysa najlepiej celować w oko, lecz tygrys nic nie znaczy w porównaniu z wężem boa. Do tego trzeba strzelać w samą paszczę w chwili, gdy, rozwarłszy ją, pełznie i ma już połknąć. Trzeba być bardzo ostrożnym, żeby przedtem nie schwycił i nie zdusił skrętami.
Cicho! Coś szeleści... w dżunglach! Gałązki drżą, ruszają się, i ukazuje się głowa.. Cezara, poczciwego wyżła.
Zobaczywszy chłopca, leżącego na ziemi, pies przypadł na przednie łapy i zapiszczał radośnie, ale Piotruś w obawie, aby go pies nie wydał, tak mocno ukłół go strzałą, że biedak uciekł, skowycząc. Wkrótce potem malec usłyszał głosy, własne imię, rozmowę i wołanie:
— Piotrusiu!!... Pio-tru-siu! Pani-czu!... Hop! hop! Wracaj!
Trwało to niedługo; przechodzący byli tak blizko, że przez otwory w gałęziach widział ich suknie, spodem migające bose i obute nogi. Siedział, jak mysz pod miotłą, ale na twarzy jego zjawił się uśmiech; wiedział, że go tu nikt nie znajdzie, gdyż wejście do kryjówki znał tylko Mieczyś, a jego był pewien. Gdy ucichło, wyciągnął się na wznak, podłożył ręce pod głowę i począł dumać, przypatrując się łagodnemu kołysaniu, zwieszających się nad nim liści. Rozpoczął sądy na wszystkich swoich nieprzyjaciół.
— Widzę, że pani bawi tu za długo! — mówił surowo do pani Vauban. — O panie, pozwól mi zostać, niech choć skończę rozpoczętą suknię!... — Pozwól jej pan — wstawiał się Herr Niedeman — a będę panu za to przez cały rok przepisywał ćwiczenia... — On jej broni?... W tem coś jest!...
Tymczasem blakły już złote centki słońca, przenikającego gęstwinę. Purpura wieczoru rozlała się w powietrzu.
W stawie ze śmiechem i wrzawą kąpały się dziewczęta; słychać było, jak ogrodnik zacięcie kłócił się z gospodynią, a z oddalenia dolatywało szczekanie wioskowych psów, gęganie gęsi, powracających do domów. Zwolna głosy te milkły, ptaki przestawały świegotać, ciemne niebo pokryło ogród senny i cichy. Wśród gęstwiny słabo lśnił staw, odzywając się chórem żabim.
Chłopiec ostrożnie wypełzł z ukrycia na dróżkę i począł przekradać się w stronę dworu. W grabowej alei ujrzał cienie przechadzających się, więc ukrył się za gruby pień lipy. Dwie postacie przeszły obok niego.
— Czy pan uważał jakiś szelest? — mówiła pani Vauban po polsku.
— Nie, to jest żaden szelest, to jest wiatr! — odpowiedział Herr Niedeman.
— Aha! Więc to tak! Rozmawiają, i nawet po polsku... Dobrze! Będę wiedział! Już »on« popamięta przyjaźń z Vaubanką! — mruczał malec, kierując się ku domowi, w którego oknach rzadkie migały światła. Podkradł się pod okno pokoju, gdzie spał z nauczycielem i zajrzał do wnętrza. Pokój był pusty, na stole paliła się świeca, a do okna przystawione było krzesło. Wszedł po niem, okno zamknął, rozebrał się i wsunął pod kołdrę. W domu panowała głęboka cisza, i tylko drzewa parku szumiały głucho.