Przejdź do zawartości

Latorośle, Pustelnia w górach, Czukcze/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Latorośle, Pustelnia w górach, Czukcze
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1900
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA


WACŁAW SIEROSZEWSKI

LATOROŚLE
PUSTELNIA W GÓRACH
CZUKCZE


Z ILLUSTRACYAMI K. GÓRSKIEGO
I J. PANKIEWICZA



WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1900


Дозволено цензурою.
Варшава, 1 Ноября 1899 г.






LATOROŚLE




I.

Madame Vauban wybierała się z Helcią na strych po słoiki do konfitur; Mieczyś pobiegł za niemi, gdyż miał sobie raz na zawsze przykazane »nie oddalać się na krok od nich«, Piotruś mógłby był nie iść, bo miał »swego Niemca«, ale namyśliwszy się, poszedł także. Strych, to takie dla każdego ciekawe miejsce, są tam różne rzeczy, wyrzucone i zapomniane przez starszych, z których dość kurz zdmuchnąć, aby odzyskały swą wartość. Prócz tego na strychu jest zupełnie inaczej, niż na całym świecie. Ścian niema, tylko sufit — cała chmura żółto przeświecających gontów, które, jeżeli długo na nie spoglądać, zdają się zlatywać na głowę. Wśród nich, niby gwiazdki, przeświecają słoneczne dziureczki, tryskają smugi światła ze szczelin, które niewiadomo, gdzie są, a których może nawet wcale niema. W kątach, po bokach, nad głową krzyżują się i giną w zmroku słupy, belki, krokwie, wiszą sznury do suszenia bielizny — zupełnie jak na okręcie. Można tu niespodzianie odkryć całe kopalnie ciekawych rycin z Adamem, Ewą, Abrahamem; obrazów, na których nic nie widać, ale oprawnych w piękne, pozłacane ramy; starych, niepotrzebnych książek, w mocnych tekturowych okładkach; waz prawie całych; wśród tych rupieci znajduje się też stary zegar, który, naciągany, okropnie bzyka, ale chodzić nie chce; całe kłębki szpagatu, moc gwoździ, sprzążek, haków. Powiadają, że można też tu znaleźć zamki od dubeltówek, a nawet lufy! A wszystko bez wielkiego zachodu, trzeba tylko upatrzyć chwilkę kiedy starsi zajęci są czem innem.
Mieczyś nie rozumiał uroku tych wypraw i wolał zawsze kręcić się koło pudeł z suszonymi owocami. I teraz już tam był.
— Madame, proszę... tu stoi też buteleczka! — wołał.
Ale nikt nie zwracał na niego uwagi, madame była zajęta, Hela szukała, coby wziąć dla siebie, a Piotruś znikł wśród zwałów rupieci. Po chwili w tej stronie dał się słyszeć lekki brzęk, chłopiec silił się oderwać łańcuch od starego kufra, przy którym rdzewiał marnie, a »na świecie« mógł się jeszcze przydać.
Madame Vauban podniosła się, zawołała dzieci i poczęła bardzo uważnie spuszczać się ze schodów, niosąc w ręku pełno szklanych naczyń. Jak tylko znikły z Helcią w ciemnym otworze wejścia, Miecio, który udawał, że idzie za niemi, skoczył do okna. Rozumie się, Piotruś natychmiast pośpieszył za nim, chcąc zapobiedz »nieszczęściu«.
— Wiesz, że nie wolno! Nie wychylaj się, jeszcze spadniesz!...
Próbował go odciągnąć od okna, ale uparciuch uczepił się rączkami za gzyms i piszczał, jakby go odzierano ze skóry.
— Puść mię! ty zawsze chcesz wszystko tylko sam zobaczyć!
Aby wysunąć głowę nad jego głową, musiał więc starszy brat wleźć na pudełko i nogę oprzeć o murek. Okienko było niewielkie, okrągłe; wypełnili je prawie całe. Obaj mieli drobne, pociągłe twarzyczki, nosy proste, usta rumiane, włosy gęste, w miękich puklach spadające, ale nie byli do siebie podobni. Mieczyś był blondynem z niebieskiemi oczyma i cerą białą, przeźroczystą, jak stara porcelana; Piotruś miał płeć smagłą, czarne włosy, czarne ogniste oczy, a nad niemi szerokie czoło wypukłe i czarne brwi w jedną prawie linię zrośnięte. Na tle ściany białej, napojonej słonecznym blaskiem, w ramce samotnego okienka, główki ich wyglądały, jak śliczny, malowany obrazek. Szczyt okapu rzucał na nich trójkąt szerokiego, sinego cienia, jaskółki zlatywały się tłu-mnie do przylepionych tam gniazd. Na park, rzekę, na okolicę otwierał się widok rozległy. Mieczyś podłożył piąstki pod brodę, Piotruś niedbale oparł się ramieniem o ostrą krawędź futryny. Czuli pewną trwogę, choć z dołu blaszany daszek ganeczku zabezpieczał ich od spojrzeń zdradzieckich.
— Nie przyciskaj, udusisz mię... szeptał Mieczyś. — Jakże tu pięknie! Jak wysoko! Doprawdy, kiedy wiatr topolami kołysze, czubek ich dostaje tu pewnie: możnaby wtedy wsiąść na nie i pojechać... A jak daleko stąd widać! Czy to, Piotrusiu, piasek leży z tamtej strony rzeki, taki żółty?... A woda jak niebo, i chmurki płyną po niej, jak po niebie. Nie widać ani początku, ani końca, bo wszystko zawraca za górę...
— Cicho! Czego się drzesz?! Jeszcze usłyszą! Mam oczy, widzę i bez ciebie... Ładnie, więc co? Co nam z tego przyjdzie?
— Ach, gdybyśmy się dostali na tamtę stronę! Tam pewnie dużo płaskich kamieni, bo tu już wszystkie powrzucałeś do wody.
— Na tamtę stronę!... Morgen fri! To ogromnie daleko. Kiedy Marcin w tamtę stronę płynie na czółnie, to robi się taki mały, jak mucha.
— A my, cośmy mniejsi, tobyśmy zupełnie zginęli! Wiem, ale ja mówię... ze starszymi!
— Ze starszymi! Phi! Wcale mię to nie nęci. Nie puściliby nas na krok od siebie, a ciebie za rękę prowadziłaby mama albo Vaubanka, i nic byś nie poznał. Zresztą na tamtym brzegu bywają wszyscy, i ja byłem już w zeszłym roku, kiedy jeździłem z ojcem do miasta. Nic ciekawego. Prom tylko chodzi po linie, a obok stoi chatka, gdzie mieszka przewoźnik. Pewnie dobrze być przewoźnikiem, ale mieszkać na wyspie znacznie lepiej. Wyspa stoi po-środku rzeki i dokoła oblana jest wodą. Widzisz, jak tam nad nią latają ptaki? Tam zawsze latają ptaki. Sam widziałem na własne oczy, jak tam, w lesie schowała się biała czajka.
— I teraz, Piotrusiu, patrz, tam nizko nad wodą leci biała czajka. Prawda, jaka ta wyspa maluchna, jak kępa na torfowisku? Gdyby usiąść na brzegu, to nogami możnaby pluskać się w wodzie... Wiem, rozumie się, że dlatego trzeba zdjąć buty...
— Wyspa wcale nie maluchna. Tam jest duży prawdziwy las. Marcin mówił, że tam rośnie »rokita«. To się tylko tak zdaje z wysoka.
— Ach, gdyby się tam dostać i zrobić ją bezludną!
— Jeszcze czego! Zaraz złaź, bo cię przycisnę. Jesteś głupi, a powiesz potem, żeś pierwszy wymyślił, kiedy ja o tem myślę już oddawna.
— O Piotrusiu! Weź mię z sobą! Będę cię słuchał, i wiesz co: żeby pokazać, że nie jestem paplą, do jutra nie powiem słówka do nikogo! Chcesz?
Piotruś kiwnął głową, jak zwykł był czynić ojciec, kiedy chciał przerwać rozmowę.
— O tem potem! A teraz — tssyt! Trzymaj język za zębami, bo inaczej nigdy ci już nic nie powiem, i wszystko przepadnie.
Na dole w korytarzu usłyszeli trzaskanie drzwiami i głosy. Starszy zeskoczył prędko, ale młodszy spóźnił się, pudełko mu się wysunęło z pod stóp i zawisł w powietrzu, rozpaczliwie machając nogami.
— Złaź... idą!
Było za późno: pani Vauban biegła szybko po schodach, wołając:
— Mietiou!... Mietiou!... Pierre!
— Proszę pani, oni napewno wyglądają przez okno... ja wiem — wołała idąca za nią Helka.
Mieczyś pośpiesznie otrzepywał kurz i wapno z ubrania, pomagał mu Piotruś, a obaj w niebogłosy krzyczeli:
— Zaraz!... zaraz... idziemy!
Nie pomogło. Pani Vauban wpadła jak burza, czerwona, zagniewana, schwyciła Mieczysia gwałtownie za rękę, a starszego chłopca obsypała gniewnemi słowami. Piotruś spojrzał znacząco na brata, przyłożył palec do ust, przeskoczył poręcz i znikł, dudniąc piętami po schodach.
Na podwórzu, czując się już bezpiecznym, przystanął. Spojrzał w ogród, ku kuchniom, na gumna... Wybrał ostatnie. Tam zwozili zboże. Co może być bardziej zajmującego nad zwózkę? Ogromne wrota stoją otwarte na przestrzał, jedne fury wjeżdżają, drugie wyjeżdżają, wozy dudnią, brzęczą... można łatwo być przejechanym. Konie parskają, a zajęte opędzaniem się od owadów, pozwalają blizko podejść do siebie, wszędzie kurzy się, aż miło, ludzie ruszają się szybko, i co chwila rozlegają się krzyki:
— Paniczu, zmykaj... jadą!
— Znowu, paniczu, tu się kręcisz? Zobaczysz, powiem ojcu...
— Nie ruszaj wideł!... Nie ruszaj młynka!... Jezus Marya! A to zatracony chłopiec! Odejdź... koń narowisty, dorosłych nawet kąsa...
— Wiem, że narowisty! — poważnie odpowiada Piotruś. — Właśnie dlatego daję mu kłosy, żeby się z nim zapoznać.
Kasztan, któremu podawał pęczek żyta, długo nie dawał się skusić. Ciemną, wyliniałą wargę zwiesił, uszy do łba przytulił i udawał, że nie patrzy w tę stronę; przestał tylko wywijać ogonem. Wreszcie, gdy przynęta znalazła się tuż przed jego nosem, schwycił ją półgębkiem, ale jednocześnie lekkim ruchem korpusu w stronę wyciągniętej do pogłaskania ręki Piotrusia, dał poznać, że mu nie przyznaje żadnych praw do swojej wdzięczności. Chłopak powiedział mu »słowa prawdy«, rzucił nań garścią zboża i zwrócił się w tę stronę, gdzie za młynkiem siedział na ziemi dzieciak z konopiastą czupryną i oczyma jak chabry. Miał na sobie brudną płócienną koszulę i podobne spodnie, spięte dużym metalowym guzikiem z płonącą bombą.
— Czyj jesteś?
Chłopak oczu z niego nie spuszczał, ale milczał jak niemy.
— Wiem: tyś pewnie syn Szymona, co mieszka w ostatniej chałupie. Widziałem, jak wczoraj kąpaliście się w stawie. Wam dobrze, wam wszystko wolno, dużo was... Powiedz, czy u was wesoło?
Chłopak nie odpowiadał i coraz szerzej oczy otwierał.
— A tu co masz? — spytał panicz, dotykając końcem bucika węzełka, nakrytego pasiastym fartuchem.
— Nie rusz... Matula kazali... — przemówił wreszcie głuchym głosem chłopak.
Piotruś schylił się i pociągnął za fartuch. Ukazała się maluchna główka w czepeczku z kolorowych gałganków.
— Ma-tu-la, mówię, ka-za-li... Nie Szymonów ja, a Matusowy — zaszlochał niespodzianie chłopiec.
Piotruś zmieszał się bardzo.
— Co ci to?
— Ma-tu-la ka-za-li...
— Paniczu, niech go panicz ostawi. On mój! — rozległ się głos z góry.
— To wy, Matusowo? Weźcie mię na górę!
— A dobrze! Niech panicz wlizie tu po drągu!
W mgnieniu oka chłopiec był na sąsieku, skakał, piął się po snopach coraz wyżej, aż wpadł w jakąś dziurę, gdzie nikomu nie zawadzał, a sam doskonale wszystko widział.
Podjeżdżały wozy, snopy wielkie jak piec, kosmate jak broda Jankiela, wypływały z jasności i, chwytane przez dziewki, przechodziły z rąk do rąk, aż Maciej w końcu kładł je na miejscu przeznaczonem. Na klepisku rozlegały się bezustanne stuki, brzęki, okrzyki, ale na sąsieku było cicho; tylko czasem zaszeleściała słoma, zachichotała która z dziewcząt, lub Maciej mruknął przekleństwo. W szarym półzmroku ludzie poruszali się, jak cienie. Przez dziury w strzesze tu i owdzie wpadały pasma złotego blasku. Po słonecznych dróżkach przelewały się potoki tęczowego pyłu, dążąc, jak dym kościelny, w górę ku szczytom, gdzie świegotały ptaki.
Piotruś, zapatrzony w wędrówki świetlistych drobinek, zapomniał o bożym świecie.
Ocucił go głos pokojówki Józi:
— Czy niema tam czasem panicza?
— Był, ale nie widać.
— Skaranie z tym chłopcem! Znów pan się gniewa. Szukam go, szukam... Wszędzie powiadają: »Tylko co był!...« Nigdzie nadążyć nie można. Czy to moja rzecz szukać go, przecie ja od pokojów, a on ma swego gubernera! — skarżyła się dziewczyna.
Po jej odejściu Piotruś zsunął się na klepisko i pędem skierował w stronę przeciwną, natychmiast jednak zawrócił:
— Niech już będzie, co ma być! Im prędzej, tem lepiej... Pójdę!
Gdy wszedł do pokoju, zrozumiał, iż »przeprawa« będzie ciężka, ale cofać się było za późno. Wszyscy siedzieli już przy herbacie. Stół, nakryty białym obrusem, wyglądał bardzo ponętnie; po rogach stały wazony z kwiatami, a na kryształowej podstawce pośrodku wznosiła się piramida żółtych gruszek i rumianych jabłek. Piotruś natychmiast zauważył przyczynę tej wystawy: gościa-ciotkę, siedzącą na pierwszem miejscu za stołem.
— Przyszedł! — szepnęła staruszka, która go pierwsza spostrzegła.
— Jak się masz, Piotrusiu!
Rozmowa przerwała się, choć nikt nie zdawał się zwracać na chłopca uwagi. Matka jego, pani Dolska, blada, wysoka brunetka, mocniej tylko zacisnęła piękne usta i bystrem spojrzeniem obrzuciła męża, który gniewnie kręcił jasne wąsy i nie spuszczał oczu z końca stołu.
Tam siedziała widocznie wzruszona pani Vauban, obok Helenka, bardzo wyprostowana i bardzo grzeczna, dalej stały puste krzesła Mieczysia i »Herra« Niedemana.
— Pewnie mię szuka — pomyślał winowajca.
Wszyscy byli jacyś nieswoi, i tylko rządca z ogromnymi, jak rogi bawole, wąsami smarował spokojnie chleb masłem.
— Chodź tu! — kiwnął na chłopca ojciec. — Gdzie byłeś?
— Na gumnie.
— Kto ci pozwolił?
Chłopak milczał, twarz mu zamroczyła się cieniem uporu i rozpaczy.
— Gadaj zaraz, coś robił dzień cały i coś zmajstrował z Mieczysiem! Patrz mi w oczy i mów prawdę!
Chłopiec nie podniósł opuszczonych powiek, choć ojciec ujął go za podbródek. W jednej chwili przypomniał sobie cały szereg przewinień: po lekcyi nie poskładał książek; w czeladnej poszczuł psami kota, i ten wskoczył do dzieży z ciastem; potem bawił się nabojami ojca; wrzucił między rondle garść kapiszonów, których »okropne« pękanie wywołało popłoch w całej kuchni; wreszcie... historya z Mieczysiem, tem gorsza, że nie wiedział... która!
Pan Dolski coraz mocniej ściskał rękę syna.
— Dlaczego nie odpowiadasz? Jesteś herszt do wszystkiego złego. Robisz wciąż zmartwienie ojcu i matce, uczysz złego młodszego brata...
— Bo, proszę ojca, on wczoraj dał mi ogórka, z którego wydłubał środek i nasypał piasku, i... ja ukąsiłam... — zaczęła Helenka.
— Doskonale się stało! — wmieszała się pani Dolska. — Mówiłam ci, żebyś nie jadła surowych ogórków. A teraz skarżysz się na brata! Bardzo ładnie! Dlaczego nie odpowiadasz, Piotrusiu? Powiedz ojcu otwarcie wszystko, proś o przebaczenie, popraw się...
Wyspa... śliczna, zielona wyspa, ze wszystkich stron oblana wodą, stanęła, jak żywa, przed oczyma chłopca. Jednocześnie ściskana ręka tak zabolała, że łzy napełniły mu oczy. Głowę nizko pochylił i zaczął dłubać poręcz ojcowskiego krzesła. Pani Vauban znacząco spojrzała na Helę i coś powiedziała. Do pokoju wszedł »Herr«, widocznie zmęczony.
— Precz, brzydkie dziecko! Idź klęczeć do bilardowego pokoju!
Piotruś spuścił głowę i poszedł, kryjąc łzy, których nienawidził. Po drodze słyszał, jak Hela szeptała do mamy:
— On jemu, mamo, tak zrobił palcem, i od tego Miecio zaniemówił! Widziałam...
W pokoju bilardowym pod zegarem klęczał Mieczyś. Twarzyczka jego zdradzała niezmierne udręczenie, z pociemniałych oczu płynęły łzy, a dolna, wygięta w podkowę, warga tworzyła »korytko«. Piotruś próbował go pocieszyć, dawał mu głową znaki ze swego kąta, ale brat nie rozumiał go, i łzy płynęły wciąż po bladych jego policzkach. Wtedy »herszt« podpełznął na kolanach do niego, objął za szyję i zaczął szeptać cichutko jak wietrzyk:
— Możesz mówić! Pozwalam...
Nie o wyspie, a tak sobie, co innego... Zwalniam cię ze słowa i nie przestanę lubić, gdyż widzę, że nie jesteś baba i papla.
Mieczyś, który w miarę słów Piotrusia uspokajał się i rozjaśniał, nagle drgnął i szeroko otworzył oczy: we drzwiach ukazała się matka.
— Przecież milczeć nie znaczy kłamać. Człowiek milczy dlatego, że... — ciągnął Piotruś, który jej nie widział.
— Tak słuchasz ojca? Miałeś klęczeć!
— On, mamo, na kolanach... on klęczy... on, mamo, doprawdy przyszedł na kolanach... — bronił brata Mieczyś.
Piotruś zerwał się i jak burza wypadł z pokoju.
Za chwilę już był w ogrodzie, w »schronieniu«.
»Schronienie« znajdowało się za stawem, w krzakach bzu, gęsto oplecionych powojem i dzikim chmielem. Dostać się tam, niepodobna inaczej było, tylko na czworakach. Tu zapach był przyjemny, inny niż wszędzie; wydawały go gnijące liście i ziemia; było też przestronno, gdyż stała tu niegdyś altanka, po której pozostał pleśnią okryty słupek kamienny i płyta marmurowa. Ile to ciekawych i wzruszających rzeczy mogłyby one opowiedzieć, gdyby mówić umiały! W pojęciu obu braci były to resztki dawnego zamku, które starość pokryła grubą warstwą brzydkich liszajów, a słoty poobjadały kanty, powygryzały głębokie szramy i dzioby w polerowanych bokach. Bystre oczy chłopców z trudnością odnalazły wśród tych zmarszczek jeden tylko niewyraźny napis: Rózia i Marek.
— Gdyby to był »Konrad«, toby mógł być »Wallenrod« — mówił raz Piotruś — ale tak... Znam tylko jednego porządnego Marka... Sobieskiego, lecz mu pod Batowem ucięli głowę, więc był kawalerem.
— Czy przypuszczasz, że się oni kochali! — spytał Mieczyś.
— Napewno. Wtedy się zawsze wycina imiona. Oni mieli romans. Potem przyszli Turcy, porwali ją, i ona została sułtanką Roksaną, a on poszedł do Ameryki kopać złoto...
— Romans to jest bardzo trudno! — wzdychał Mieczyś.
— Co ty wiesz! Zupełnie to łatwo!... Bierze się i całuje w usta. Ale to takie sobie nieprzyjemne głupstwo!
Mieczyś, jako doświadczony w tym przedmiocie, pokiwał na zgodę głową: on zawsze zakrywał twarz rączkami i uciekał co tchu, gdy zbliżała się do niego jaka pani.
Tym razem Piotruś nie przywitał się ze słupkiem, nie szukał napisów; przysiadł zdyszany na płycie i nasłuchiwał. Z ogrodu długo głos żaden go nie dobiegał; nie szukali go. Więc wyjął ze skrytki łuk i zaczął celować do sęków. Strzały bał się wypuścić, żeby nie wyleciała nazewnątrz, ale rozmyślał, coby się stało, gdyby naprzykład ukazał się jaki zwierz. Do tygrysa najlepiej celować w oko, lecz tygrys nic nie znaczy w porównaniu z wężem boa. Do tego trzeba strzelać w samą paszczę w chwili, gdy, rozwarłszy ją, pełznie i ma już połknąć. Trzeba być bardzo ostrożnym, żeby przedtem nie schwycił i nie zdusił skrętami.
Cicho! Coś szeleści... w dżunglach! Gałązki drżą, ruszają się, i ukazuje się głowa.. Cezara, poczciwego wyżła.
Zobaczywszy chłopca, leżącego na ziemi, pies przypadł na przednie łapy i zapiszczał radośnie, ale Piotruś w obawie, aby go pies nie wydał, tak mocno ukłół go strzałą, że biedak uciekł, skowycząc. Wkrótce potem malec usłyszał głosy, własne imię, rozmowę i wołanie:
— Piotrusiu!!... Pio-tru-siu! Pani-czu!... Hop! hop! Wracaj!
Trwało to niedługo; przechodzący byli tak blizko, że przez otwory w gałęziach widział ich suknie, spodem migające bose i obute nogi. Siedział, jak mysz pod miotłą, ale na twarzy jego zjawił się uśmiech; wiedział, że go tu nikt nie znajdzie, gdyż wejście do kryjówki znał tylko Mieczyś, a jego był pewien. Gdy ucichło, wyciągnął się na wznak, podłożył ręce pod głowę i począł dumać, przypatrując się łagodnemu kołysaniu, zwieszających się nad nim liści. Rozpoczął sądy na wszystkich swoich nieprzyjaciół.
— Widzę, że pani bawi tu za długo! — mówił surowo do pani Vauban. — O panie, pozwól mi zostać, niech choć skończę rozpoczętą suknię!... — Pozwól jej pan — wstawiał się Herr Niedeman — a będę panu za to przez cały rok przepisywał ćwiczenia... — On jej broni?... W tem coś jest!...
Tymczasem blakły już złote centki słońca, przenikającego gęstwinę. Purpura wieczoru rozlała się w powietrzu.
W stawie ze śmiechem i wrzawą kąpały się dziewczęta; słychać było, jak ogrodnik zacięcie kłócił się z gospodynią, a z oddalenia dolatywało szczekanie wioskowych psów, gęganie gęsi, powracających do domów. Zwolna głosy te milkły, ptaki przestawały świegotać, ciemne niebo pokryło ogród senny i cichy. Wśród gęstwiny słabo lśnił staw, odzywając się chórem żabim.
Chłopiec ostrożnie wypełzł z ukrycia na dróżkę i począł przekradać się w stronę dworu. W grabowej alei ujrzał cienie przechadzających się, więc ukrył się za gruby pień lipy. Dwie postacie przeszły obok niego.
— Czy pan uważał jakiś szelest? — mówiła pani Vauban po polsku.
— Nie, to jest żaden szelest, to jest wiatr! — odpowiedział Herr Niedeman.
— Aha! Więc to tak! Rozmawiają, i nawet po polsku... Dobrze! Będę wiedział! Już »on« popamięta przyjaźń z Vaubanką! — mruczał malec, kierując się ku domowi, w którego oknach rzadkie migały światła. Podkradł się pod okno pokoju, gdzie spał z nauczycielem i zajrzał do wnętrza. Pokój był pusty, na stole paliła się świeca, a do okna przystawione było krzesło. Wszedł po niem, okno zamknął, rozebrał się i wsunął pod kołdrę. W domu panowała głęboka cisza, i tylko drzewa parku szumiały głucho.







II.

Sprawiedliwości stało się zadość — Piotruś został ukarany. Dwa dni przesiedział zamknięty w pokoju nauczyciela. Nawet do stołu nie siadał, a obiad noszono mu do kozy. Mieczyś kilka razy podkradał się do otwartego okna, z którego, jak rój obrzydłych szerszeni, wylatywały ostre dźwięki:
...Der Schnee ist weiss... der Schnee ist weiss... die Tinte... die Tinte ist schwarz...
Poznał głos brata, zawołał go cichutko, bo mu żal było, że ten śliczny dzień, pełen słońca, świegotu ptaków, woni kwiatów i blasku srebrzystych chmur, przepędza bez pożytku, w zamknięciu. Ale zamiast Piotrusia, w oknie ukazała się głowa Herra Niedemana:
— Was?
Mieczyś uciekł, przerażony widziadłem. Doprawdy, ten »Herr« podobny jest czasem do kata.
Wieczorem, kiedy pani Dolska przyszła syna w łóżeczku odwiedzić, chłopczyna objął ją rączkami za szyję i pieszczotliwie szepnął:
— Ty go, mamo, puść!...
— Nie można. Zupełnie przestaniecie słuchać!
— Puść go, a powiem ci »rzecz...«
— Rzecz? Cóż to za rzecz?! Powiedz? Pewnie jaka nowa psota! No, powiedz!... Jesteście niepoprawni, martwicie tylko nas ciągle...
Mieczyś wypuścił z objęć szyję matki i nie odpowiadał już na jej pieszczoty. A matka z rozdrażnieniem zaczęła »nudne gadanie«, z którego niezmiennie wypływało, »że trzeba słuchać...« Ba, gdyby podobna tego uniknąć, to któżby się uczył obrzydłych niemieckich słówek w taki cudny dzień!
Nareszcie wypuścili Piotrusia. Ale »niełaska« trwała dalej. Ojciec go nie chciał widzieć; kiedy chłopiec rano, po obiedzie i wieczorem podchodził pocałować go w rękę, ręka ta zwieszała się z poręczy krzesła zimna, nieruchoma, a błękitne oczy pana Dolskiego patrzały w stronę przeciwną, na piec albo za okno. Chłopak kurczył się, posępniał i śpieszył umknąć z pokoju.
— Ojciec mnie nie kocha i zupełnie o mnie zapomniał — rozmyślał. — Cóż robić! Każdy ma swój los i swoje sposoby... Helenka, jak lis, się liże; Mieczyś zaraz płacze i przeprasza... Ja nie mogę. Zaraz robi mi się w głowie wicher, myśli skaczą, a w sercu pusto i zimno... nie mogę rozmawiać... Niekiedy dość jedno byłoby słowo powiedzieć, a nie mogę... Taki mój los! Muszę czekać sposobności. Wtedy wszyscy mię odrazu kochają, mama mię pieści, oczy ojca błyszczą, i ręka robi się taka mała, taka ciepła... zupełnie, jak wtedy, kiedy wyciągnąłem stróżowego chłopca z sadzawki, choć przedtem się wszyscy na mnie gniewali, że zapaliłem »odrobinę« wiórów w starym lamusie... A więc trzeba czekać!
»Czekać« najgorzej było przy stole. Herr i madame na wyścigi robili mu uwagi.
— Pierre, nie patrz pod stół! To brzydko. Patrz przed siebie, prosto w oczy!
— Peter siedź prosto.
— Pierre, nie kołysz nogami!
— Nie dokuczaj siostrzyczce!
— Nie jedz nożem!
— Pierre! Peter! Piotruś... Piotr...
Jak gdyby tylko to jedno imię istniało na świecie!
Po skończonym obiedzie, Piotruś lotem błyskawicy załatwiał się z »podziękowaniem starszym« i znikał za drzwiami. Wreszcie razu jednego matka zdybała go w sali.
— Dziecko moje, co tobie jest? — rzekła, siadając na fotelu i obejmując wpół syna. — Spójrz mi w oczy i powiedz wszystko! Czyś nie chory? Tyś inny. Chowasz się po kątach, patrzysz z pod oka! Ty masz jakąś tajemnicę... Milczysz!? Czy już mię nie kochasz?
Serce chłopca ścisnęło się boleśnie, szarpnął się, ale matka trzymała go mocno.
— Jeżeli tak cię martwi gniew ojca, to zrozum, że on ma słuszność, że on dla twego dobra... Zrobiłeś się bardzo psotny, bardzo nieposłuszny... Znowu wczoraj skarżyli się, że zabrałeś półkę z czeladnej. Gdzie ją podziałeś i na co ci ona? Nie mówiłam ojcu, nie chcąc go martwić, ale...
Uściski jej wolniały; chłopiec czuł, że już nic jej nie powie, gdyż musiałby dodać, że powyrywał w garderobie gwoździe, wysypał proch w gabinecie ojca, że zabrał na »tomahawek« siekierkę do rąbania cukru... Ta ostatnia była nawet powodem małego dramatu, gdyż posądzili o to ogrodnika. Teraz przyznać się było już za późno. Możeby nikt nie uwierzył w szczerą obietnicę poprawy; pomyśleliby jeszcze, że się boi!... Coby wtedy powiedziała Hela!? A Mieczyś!? Rozmazgaiłby się do reszty. Nie, niech lepiej będzie, jak jest, niech się stanie, co się ma stać. Każdy ma swój los!
Spuścił głowę. Pani Dolska znowu go przyciągnęła do siebie.
— Jesteś uparty, zacięty. Źle ci, synu, będzie na świecie. Takich nie lubią. Popraw się. Czy nie lepiej być wesołym, posłusznym, grzecznym?... przecież to tak łatwo!
Pozostał chłodny, próbował się nawet wysunąć z rąk matki, ale nagle dostrzegł falowanie jej piersi, zauważył łzy w jej czarnych aksamitnych oczach. Tego było za wiele, gardło ścisnęło mu się od wzruszenia.
— Więc ci nie żal rodziców?
— Żal, mamo! Tylko, widzi mama, ja nie lubię potroszku. Ja chcę odrazu...
— Chcesz odrazu? Odrazu nie można. Życie robi się potroszku.
— A... jeżeli... jak książę Józef Poniatowski utonąć w Elstrze, albo jak Mucyusz Scewola, jak Regulus... Przecież kiedy oni umarli, cały naród okrył się żałobą... wszystko odkupili, wszystko im przebaczyli...
— Co ci chodzi po głowie! — mówiła, śmiejąc się i całując syna pani Dolska. — Już ja pogadam z ojcem, tylko ty po obiedzie podejdź, pocałuj go, obejmij serdecznie, jak to ty umiesz...
Podniosła się, gdyż klucznica już dwa razy zajrzała do pokoju, Piotruś wybiegł do ogrodu; obiad miał być już wkrótce, lada chwila mógł nadejść ojciec.
— Niech sobie mama z nim pogada, ale to napróżno; nigdy on nie pokocha mię na zawsze... — rozmyślał malec, biegnąc po alei.
W grabowej altance dostrzegł przez gałęzie czerwoną suknię pani Vauban i niebieską Heli. Mieczyś też tam być musiał. Po lekcyach nie widział go jeszcze; chciał zobaczyć, co robi i postanowił nastraszyć. Włożył więc na głowę blaszaną polewaczkę ogrodnika i skradał się ostrożnie wśród zarośli. Już gotów był z groźnem mruczeniem wypaść z ukrycia, gdy spostrzegł coś, co mu »zamroziło« krew w żyłach. Kępkę trawy, zupełnie podobną do wysepki, otaczało całe morze cegieł, na cegłach stało papierowe czółenko, w czółenku siedziały dwie lalki. Mieczyś kręcił się przy tem wszystkiem, poprawiał szczegóły, popychał czółenko i śpiewał:

— Rokito, co ci to,
Co ci oczko podbito?
Rokicina krowy doi,
A Rokita nad nią stoi...
Rokito, co ci to,
Co ci oczko podbito?!

Helenka zdala podejrzliwie przypatrywała się zabawie, i skacząc na jednej nodze, podśpiewywała:
— A ja wiem... a ja — wiem... a ja wszystko wiem!
— Miecio! — krzyknął nagle Piotruś. — Chodź tu natychmiast!
Miecio stanął, jak wryty i zwrócił na brata wystraszone oczy.
— Co ty tam robisz? Chodź zaraz! Czy słyszysz?
— Mieczyś nie może odejść! — odezwała się pani Vauban, nie podnosząc głowy od szycia.
— Proszę pani na obiad! — odpowiedział Piotruś, schwycił brata za rękę i pobiegł naprzód.
Helka chciała biedz za nimi, ale zaczęli fikać nogami, wołając:
— Zostań z madame! Ty musisz zostać z madame! Dziewczynce nie wypada samej chodzić z chłopcami.
Wróciła więc z wielkim krzykiem:
— Proszę pani, to nie była kępa, a wyspa... Oni chcą, proszę pani... oni chcą...
— Powiedziałeś więc? — zapytał Piotruś.
— Ależ nie, ja z nią nie gadam od wczoraj do jutra. Wystaw sobie, ona chciała...
— Przysięgnij!
— Jak Bozię kocham!... Nawet: jak mamusię kocham! nie mówiłem ani słowa. Ona nic nie wie, ona tylko udaje. Wiesz: ja jej lalkom głowy poukręcam! Słowo daję! Dokuczyło mi już to babskie wścibstwo!
W czasie obiadu chłopcy zachowywali się tak cicho i skromnie, że mama z uśmiechem kiwnęła Piotrusiowi głową.
— A w polu znowu szkoda! — powiedział rządca, kiedy podali leguminę.
— Co takiego? — spytał niespokojnie pan Dolski.
— Kartofle wykopane.
— Dużo?
— Nie tak wiele. Więcej popsuli, pomięli, niż zabrali; ale to już trzeci raz w ciągu tego miesiąca.
— Istotnie, trzeci raz! Trzeba temu koniec położyć! Kogo pan podejrzewa?
— Powiadają, że to Walek pobytowy; podobno go widzieli. Teraz to wszystko — pobytowy Walek: w Kozłowej Wólce w niedzielę zginęło prosię — Walek; tegoż dnia w Suszewce skradziono cielę — także Walek.
— To bardzo być może! Człowiek nie ma nic do stracenia. Bądź co bądź nie można tego tolerować. Trzeba dać znać strażnikom. Nie o kartofle mi chodzi, lecz... od prosiątka do cielątka, a z nadejściem zimy zaczną się pewnie prawdziwe złodziejstwa i rozboje. Dla wszystkich, nawet dla Walka, lepiej będzie, jeżeli go teraz wezmą... — wyrzekł ostro.
Starsi, zajęci rozmową, nie zauważyli, kiedy skończył się obiad.
— Gdzie dzieci? Gdzie się podział Piotruś? Znikł bez podziękowania... — zapytał nareszcie pan Dolski.
— Owszem, dziękował, całował cię w rękę, tylko... panowie tak zagłębili się w rozmowie... Pewnie jest w ogrodzie.
Posłano pokojówkę po panicza.
Tymczasem Piotruś, korzystając z ogólnej nieuwagi, pomknął na poddasze, gdzie w szczytowem oknie miał urządzoną półkę dla suszenia »morskich sucharów«. Powiesił ją za oknem dla ukrycia przed ciekawością klucznicy, Józi, oraz innych »gości strychu«, a także dlatego, że tu dochodziło słońce, które »wszystko najlepiej suszy.« Piotruś zbliżał się ostrożnie do okna, gdyż posłyszał jakiś szelest i był pewien, że znowu psocą mu gołębie. Szedł na palcach, by nie spłoszyć ptaków, które, zrywając się gwałtownie do lotu, mogłyby strącić deskę. O Boże! Tym razem był to kot! Ten sam kot, który, kilka dni temu, »sam« wpadł do dzieży. Taką jest Netnezys naszych postępków! Siedział na półce i spokojnie oblizywał kawałki bułki, z których Piotruś nie zeskrobywał masła, ażeby mieć suchary pożywniejsze. Na widok chłopca, kot przestał jeść i zwrócił na nieprzyjaciela swe duże zielonawe oczy z wązkiemi, jak poprzeczna szczelina, źrenicami. Poznał Piotrusia i zamiauczał cicho.
— Kici!... kici!... — próbował go zwabić Piotruś, ale dzieża z ciastem niezapomniana, tkwiła w pamięci Maciusia. Przytulił się więc do deski, a gdy chłopiec wyciągnął do niego rękę, cofnął się przed nią szybko na samą krawędź półki; w tej samej chwili sznurek pękł, i kot, deska, suchary z łoskotem posypały się na blaszany daszek ganeczku.
— Jezus, Marya! Wszelki duch Pana Boga chwali!... A tom się zlękła, aż mi dech zaparło! Pewnikiem panicz! — wrzasnęła pomywaczka, która właśnie była wyszła z szaflikiem na schodki.
Kot umknął w krzaki bzu, ścigany przez psy, zwabione hałasem, a Piotruś ulotnił się, jak kamfora, i pomimo wołania Józi nie pokazał się wcale.







III.

Herr Niedeman chodził po pokoju, ręce zapuściwszy w kieszenie, a Piotruś siedząc przy stole, tłómaczył z niemieckiego.
»...Bawół je codzień trawę i kwiaty... Pies zjadł mięso... Krawiec, który mieszka naprzeciwko, nie będzie jadł dziś wcale... Lew może zjeść bawołu, psa, mięso i krawca...«
Piotruś zatrzymał się.
— A dlaczego krawiec nie może zabić przedtem lwa?... Wszystko to, Herr, takie nudne...
— Nudne? Nauka jest rzeczą przyjemną, a ty jesteś leniwy i nieposłuszny chłopiec. Ja to wiem.
Chłopiec spojrzał w okno, wychodzące na ogród, gdzie widać było pyszne fale kędzierzawej zieloności. Słońce złociło szczyty drzew, rzucając u ich stóp gęste granatowe cienie. Nad rzeką, pło-nącą blaskami, unosiły się z kwileniem rybitwy, a bliżej chmarą krążyły, świegocąc, jaskółki.
— Dlaczego przestałeś? Tłómacz dalej!
»... Krawiec nie zjadł mięsa bawołu, dlatego, że je psu oddał... Bawół byłby został zjedzony przez lwa, gdyby go nie zabił krawiec...«
— Kto, Herr? Ja sądzę, że ten krawiec nigdy nie zabije lwa. Dla tego trzeba dobrze strzelać, być podróżnikiem...
— Głupie dziecko! Czyż krawiec nie może być podróżnikiem... Aby tylko miał pieniądze... Czytaj dalej!
Piotruś nie śpieszył się, wpatrzony we wróbla, który, kręcąc ogonkiem, siadł sobie zuchwale na gzymsie okna i ćwierkał.
— Herr, ja go spędzę! On tak nieznośnie trajkocze. W głowie mi mąci i myśli od tego zebrać nie mogę! Przecie nie każdy co ma pieniądze, jest podróżnikiem.
Nim »Herr« zdążył mu odpowiedzieć, skoczył do okna i głowę wysunął:
— A sio, leniwe wróblaki!...
Owiał go wiatr ciepły, wonny, wilgotny. Klomby kwiatów przed domem płonęły w słońcu, jak stosy ogni bengalskich; nad nimi unosiły się w powietrzu motyle żółte i purpurowe, jak bryzgi zarzewia. Wróbel zeskoczył z gzymsu na dróżkę i zbliżał się bokiem, podskakując, z zawadyackiem ćwierkaniem do kąpiących się w piasku towarzyszów. Piotruś odłupał kawałek tynku i rzucił za nim.
— Niech Herr pozwoli mi potem dokończyć... zostało tak mało, nauczę się, przecież zawsze umiem, co zadane... A teraz Herr pozwoli mi odpędzić te wróble, one mi doprawdy nie dają uważać! Widzi Herr, ten gruby pewno ma ochotę bić się... Jak to się nastroszył! Jak się zacznie bijatyka, nie odlecą wcale. Prócz tego, niech Herr spojrzy, jaka tam chmura, może być deszcz... Niech mi Herr pozwoli przejść się przed herbatą... dla zdrowia.
— Okropnie jesteś dziś troskliwy o zdrowie, a zawsze wracasz do domu z mokrymi butami. Chmura jest mała. Prawda, ty zawsze umiesz lekcyę, ale ty musisz się nauczyć słuchać, więc będziesz dalej odrabiał lekcyę, a ptaki ja sam odpędzę, ponieważ przeszkadzają ci...
Herr gwizdnął, potem klasnął na ptaki, pomyślał, popatrzał w stronę, dokąd poleciały i rzekł:
— Dobrze. Skończ tłómaczenie. Przepisz, co zadane i idź!
Mówiąc to, wziął kapelusz i wyszedł. Piotruś spojrzał za nim z pod oka, nachmurzył się, wyjął kajet i zaczął szybko pisać z jednej strony po polsku, a z drugiej po niemiecku.
»...Nie trwóż się przewidywaniem złego i nie bierz tak do serca, bo zapobiegniemy temu... Sąsiad twój skłopotany jest bardzo, bo pożęta pszenica została mu na garści... Kiedy kto czego chce bardzo...«
W pół godziny skończył robotę, zamknął kajet z wesołem gwizdaniem i wyskoczył przez okno. Lepiej tędy! Wyjście przez drzwi mogło go narazić na spotkanie z »Herrem«, u którego w głowie, kto wie, co się mogło przez ten czas urodzić. Cieniste aleje parku, przysłonione przejrzystemi arkadami zielonych konarów, takie były śliczne, takie nowe, »jak gdyby polakierowane»«. Ptaki w gęstwinach darły się, jak najęte, ale wrzask ich cichł natychmiast, skoro tylko dawał się słyszeć ostry, znajomy im świst i odgłos kroków Piotrusia. Ten butnie przebiegał ogród, czując się tu jedynym władcą i znakomitym »podróżnikiem«. »Towarzystwo« zebrane było w altance. Piotruś nie poszedł tam, gdyż dojrzał obok sukni pani Vauban długie nogi »Herra«.
— Aha! Więc on aż tu zapędził moje wróble!
Schował się w krzew jaśminu, skąd mógł widzieć doskonale, co się działo wkoło. Mieczysia nie było nigdzie; zaczął więc gwizdać w umówiony sposób. Starsi nie zwrócili na to uwagi, ale Hela podniosła głowę. Ponieważ jednak gwizdanie ustało, zajęła się znów robotą i słuchaniem rozmowy. Tymczasem Mieczyś nie dawał znaku życia. Piotruś zniecierpliwiony zaczął już rozmyślać, gdzieby brat mógł się podziać, gdy krzaki zaszeleściły i wychyliła się z nich głowa Mieczysia, przykryta liściem łopuchu.
— Czemu nie idziesz, kiedy wołam?
— Tsst! Bawię się w twojego Niemca. Pień ścięty jest panią Vauban, a ja się do niej zalecam.
— Więc nie popłyniesz?
— Dokąd?
Piotruś kiwnął głową w kierunku rzeki.
— Więc to dziś?
Mieczyś spoważniał i zdjął liść z głowy.
— Czego robisz takie oczy? Rozumie się, że dziś... Nim rodzice wrócą od państwa Wolskich, będziemy z powrotem. Idź natychmiast i weź czapkę, bo to nie żarty. Przyjdź do »schronienia«, ja tam zaraz będę, tylko skoczę do domu po zapałki i jeszcze po coś...
Nie zaraz jednak odszedł. Nie dowierzał Mieczysiowi, stał, patrząc za nim. Chłopczyna znowu nakrył głowę łopuchem i nucąc, zbliżał się z udaną obojętnością do leżącej na ławce czapki.
— Proszę pani, Mieczyś przyszedł! — powiedziała Hela.
— Nie odchodź daleko, Mieczysiu! — łagodnie rzekła do chłopca madame. — Możesz Helciu, iść pobawić się z nim. Połóż robotę...
— Ja się sam bawię... naumyślnie! — bronił się Mieczyś.
Nim dziewczynka podniosła się z miejsca, chłopcy znikli jej z oczu, a ona, płacząc rozpaczliwie i biegnąc z całych sił swych małych nóżek, popędziła za nimi.
W przeciągu nie więcej, niż kwadransa, zdobyli zapałki, zabrali suchary, ojcu ściągnęli maluchny kompas ze stolika, a ze »schronienia« wydostali łuk, nóż i siekierę-tomahawek. Z łódką mieli więcej kłopotu; stała ona w małej zatoce, ocienionej olszyną i wierzbami płaczącemi, przytwierdzona na łańcuchu, zamknięta na kłódkę.
Podczas, gdy Piotruś silił się zamek otworzyć, Mieczyś blady, wystraszony, siedział na dnie łódki i patrzał, jak brat starszy napróżno w zamek stukał, gwóźdź w dziurkę od klucza wsuwał. Chciał nawet skobel oderwać, ale łódź, gwałtownie pchnięta, naciągnęła łańcuch, a kłódka otworzyła się sama. Kołysząc się łagodnie, wypłynęli z zielonej pieczary na słońce. Chyży prąd porwał ich natychmiast i uniósł na środek rzeki.
— Wiosło... wiosło... zakładaj na miejsce wiosło!... — krzyczał Piotruś.
Mieczyś schwycił ciężką łopatę i podniósł ją w górę, ale pod ciężarem jej zachwiał się i potoczył do burty; o mało nie wpadł do wody. Wówczas Piotruś kazał mu zachować się spokojnie, sam wiosło założył i łódź z wielkim trudem zwrócił we właściwym kierunku. Ale z wiosłowaniem poradzić sobie nie umiał; łopaty za głęboko w wodę pogrążał, łódź zwolna posuwała się naprzód.
Mieczyś siedział, jak skamieniały, stopniowo jednak się ośmielał.
— Mój Boże, jak to już daleko jesteśmy od brzegu, a wokoło, jak okiem rzucić, tak jasno, i woda pluska. Słyszysz, jak ona pod deskami szeleści i łódź naszą łaskocze?... Sądzę, że od tego można dostać morskiej choroby.
— Głupiś, siedź cicho! Nie szanuję cię, przekonałem się, że jesteś tchórz! Jaka tam morska choroba na rzece! Lepiej zaczerpnij wody czapką i daj mi się napić, gdyż wioseł wypuścić nie mogę, rozumiesz przecie?
— Rozumiem... doskonale rozumiem.
— Tylko nie przechyl łódki i nie wpadnij do wody. Wiesz co: przesuń się na sam dziób, tam łódź zawsze mniej się kołysze!
Mieczyś ostrożnie powędrował na kolanach na wskazane miejsce, dostał wody, zaniósł bratu i sam się napił.
Tak mu się podobało w dziobie statku u burty, że już tam pozostał. Zwiesił rączkę nad wodą i bawił się, bryzgając dokoła perłowe, mieniące się krople.
— Piotrusiu, ja cię kocham okropnie!... Tu wszystko takie ładne... Patrz: ryba! doprawdy ryba z ogonem... — wołał co chwila z zachwytem.
Piotruś rzucił wiosła i wytarł spotniałe czoło. Nęciło go zobaczyć rybę, ale czuł jednocześnie, że nie mógł zostawić »samopas« statku. Najmniejsze niedbalstwo mogło spowodować rozbicie. Więc obejrzał się tylko za siebie na przeciwny brzeg, gdzie na stoku wzgórza wśród zieleni parku bielał ich dom. Jaki on teraz był inny! a jaki śliczny! U samej wody siedział Cezar i żałośnie poszczekiwał, wstrząsając długiemi uszami.
— Szkoda, żeśmy go nie zabrali. Byłby nam się przydał na polowaniu.
Stało się. Wracać już było za daleko. Błyszcząca, lazurowa szyba pochłaniała ich jak przepaść. Drobne żyłeczki prądu i migotliwa łuska płytkich fal ogarniały ich ze wszech stron.
Łódź kołysała się ruchem miarowym, jak swobodnie puszczona huśtawka. Zielone brzegi uciekały w dal. Górą białe chmury karawaną dążyły ku słońcu. Między dwoma przestankami błękitów ukazała się nagle upragniona wyspa tajemnicza i chyżo zbliżała się ku nim po ślizkiej kryształowej toni. Można już było rozpoznać pojedyncze drzewa jej lasu, ogniste pnie i konary niebieskawych sosen, blade kolumny brzóz z żółtawymi liśćmi i brunatnemi wiciami gałązek, ciemne, kędzierzawe kopuły olszyn. Bliżej, u samej wody, kołysane wiatrem, chwiały się smukłe, pozłociste i, jak trzcina drżące, zarośla. Miały listki kiściaste, podłużne i popielate.
— Patrz, Mieczysiu: napewno »rokita!«
— Więc to jest rokita?! Jaka cudna!

„Rokito, rokito, co ci oczko podbito!...«

Zaśpiewał Mieczyś i dygnął jej tak ładnie, że o mało łódki nie wywrócił.
— Ostrożnie, niezgrabijaszu! Rozbijesz statek! Cała sztuka w tem teraz, żeby wylądować. Będę wiosłował, kierował, a ty łap i skacz na brzeg z łańcuchem.
— Co łap?
— Co się da.
— Doprawdy, jesteś dziwak. Mam łapać, kiedy nie wiem, co.
— A więc dobrze! Daj mi pokój!...
Piotruś zaczął manewrować łodzią, uderzając jednem wiosłem, to drugiem; nagle silne wstrząśnienie zachwiało statkiem.
Mieczyś upadł na dno jak długi, Piotruś zleciał w tył z ławki.
— Co się stało? pewnie skała podwodna!
Starszy chłopiec podniósł się, ale natychmiast przysiadł i oczy dłonią zasłonił. Uczuł w nich silny ból od słonecznego blasku, wydało mu się, że pędzą z szaloną szybkością, gdy tymczasem stali na miejscu, a tylko wartki prąd kłębił się i z pianą przelewał mimo łodzi.
— Ławica! — zawołał znacząco Piotruś. — Siedliśmy na mieliźnie.
— A co!? A ty mówiłeś: łapaj! Co tu łapać, kiedy jeszcze nic niema prócz nieba i wody.
— To nic, tu płytko.
— Więc co? Mówisz zagadki, a tu przecież i o moje chodzi życie.
— Tak, ale ty nic nie rozumiesz! Mielizna nie jest rozbiciem okrętu. Wyspa jest blizko, możemy się uratować, zbudowawszy tratwę z ławek i wioseł.
— Doskonale.
— Wcale nie. Naprzód spróbujemy łódkę zepchnąć z mielizny; tak wszyscy robią. Siedź i pilnuj rudla, a ja zdejmę buty.
— I ja zdejmę buty.
— Zdejm, a tylko uważaj i łap za co się da, gdy się zbliżymy do wyspy.
Wody miał po kolana; była ciepła, czysta, a płynęła tak wartko, że muł, poruszony na dnie, uciekał z pod stóp, jak kłębuszki dymu, unoszone wiatrem. Piotruś miał wielką ochotę zatrzymać się dłużej w tem miejscu. Zaledwo jednak dotknął łodzi, gdy porwana prądem, popłynęła dalej. Mieczyś, rzuciwszy rudel, musiał go wciągać do łódki. Gdy wreszcie znaleźli się na miejscu, ogarnął ich nagle cień, zaszeleściły gałęzie, a dziób łodzi znowu o coś potrącił, przyczem czapka Mieczysia upadła na dno.
— Trzymaj... łapaj!...
Dzieci wyciągnęły ręce, ale wszystko uciekało im z pod palców.
Prąd omijał wyspę, zaczerniało ostatnie, wysokie podmywisko, z pochyloną nad wodą garbatą wierzbą, w głębi zaiskrzył się od słońca obszar otwartej rzeki. Piotruś stanął na przodzie łodzi, zebrał siły i wpił się palcami w zielone warkocze starej czarownicy.
Pęd zrzucił go na dno, ale chłopak wierzby nie puścił, łódka pochyliła się, fale zawrzały u burty i przycisnęły statek do samego brzegu. Mieczyś pomógł bratu zaczepić łańcuch o pień wierzby, poczem klapnął ją po zmurszałym garbie i rzekł pieszczotliwie:
— Poczciwa!







IV.

Przedarłszy się przez łozinę, stanęli na krawędzi »prawdziwego« lasu. Wysokie sosny kiwały im przyjaźnie głowami; łączka, wysłana kwieciem nęciła do skoków. Nad trawami unosiły się roje bąków, muszek, motyli, drażniąc zuch wałem brzęczeniem; po płaskich liściach wędrowały żuczki, oraz inne stworzenia, warte bliższego poznania; pod nogami był mech aksamitny, siwy i zielony, wrzos liliowy, całe poletka dojrzałej czernicy, dojrzewających borówek i kraśnych, jak paciorki korali, »mącznicy.« Na ustroniu, w wielkich karmazynowych kapeluszach, stały śliczne »muchomory«, roiły się wełnianki-oszustki, takie podobne do rydzów, drzemały brzydkie, ale smaczne kuźliki oraz maślacze, czekały zmiłowania syrojeżki, skromne grzybki »tak sobie«, których nikt nie jada.
Przypuszczać nawet można, że były »wilcze jagody«, ponętnie wyglądająca, lecz straszna trucizna, w kształcie paszczy rozwartej, z amarantową pestką i wiśniowem oskrzydleni, do której w obecności starszych nawet zbliżać się nie wolno. Wszystko mieniło się od barw i złotych centek, przedzierającego się przez gałęzie słońca. A tymczasem niepodobna było się zatrzymać, trzeba było iść dalej z zamkniętemi oczyma w głąb ciemnego, jak piwnica, boru, bo tak było umówione. Piotruś, zmarszczywszy się poważnie, kroczył pierwszy z łukiem w ręku i rozchylał leszczynę. Mieczyś dreptał za nim, szeroko otworzywszy buzię i oczy. Nagle, tuż przed nimi, duży, czarny dzięcioł z purpurową głową, przeleciał cicho, jak nietoperz.
— Poluj! — szepnął Mieczyś.
Lecz na polowanie było jeszcze za wcześnie, nie dosyć zagłębili się w puszczę.
— Co będzie potem, jeżeli teraz stracę wszystkie moje strzały?
Brnęli więc dalej, wśród wrzosów i paproci, z oczyma utkwionemi w drzewa. Wtem, tuż blizko, prawie że nad uchem, coś zaskrzeczało tak przejmująco, że Mieczyś schwycił brata za rękę. Zatrzymali się i zaczęli obaj nadsłuchiwać. Ale hałas się nie powtórzył.
— Nikogo nie widać! Może to rusałka?... — bąknął Mieczyś.
— Cicho!... gadasz nie wiedzieć co! A później pomyślisz, że i ja się boję... A co? słyszałeś?
Na jednej z sosen zaszeleściło lekko, i posypały się cieniuchne łuski czerwonej kory.
— Wiewiórka! — radośnie wykrzyknął Mieczyś.
Piotruś naciągnął łuk i strzałę wypuścił. Zwierzątko uciekło, a pocisk utknął wysoko w pniu drzewa. Daremnie rzucali patykami, ażeby go stamtąd strącić: nie spadł; na drzewo, z powodu jego grubości, nie można było się wdrapać, chyba »po amerykańsku«, wyrąbując stopnie, ale ponieważ trzeba było się śpieszyć, więc odłożyli to na potem. Należało myśleć o założeniu obozowiska, a więc przedewszystkiem o wynalezieniu jakiegoś strumienia. Obozowanie nad wielką rzeką nie nęciło ich: mieli tego już dosyć, wszak mieszkali nad rzeką. Pod krzakami leszczyny, wśród małych chojaczków i paproci, snuło się wiele dróżek, ale wszystkie ginęły we mchu i wrzosie.
— Temi dróżkami chodzą do wody dzikie zwierzęta, możnaby więc dotrzeć tędy do jakiego potoku, a może nawet wodospadu... — zauważył poważnie Piotruś, badając kompas i pnie drzew, jak to radzą podróżni.
Nic mu one nie powiedziały, ale się z tem bratu nie zwierzył, nie chcąc go niepokoić. Byli na wyspie, więc w jakimkolwiek udaliby się kierunku, trafić do celu musieli, a zabłądzić nie mogli, bo nie mieli jeszcze domu. Mieczyś, zajęty zbieraniem jagód, nie zauważył kłopotu brata. Nagle przykucnął i zaczął dawać rozpaczliwe znaki.
— Co takiego?
— Zając.
— Gdzie?
— O tam... na dróżce... stoi słupka, ma długie uszy i wąsy...
Piotruś posunął się ostrożnie we wskazanym kierunku. Ale nim łuk naciągnął, zając dał nurka w gęstwinę. Chłopcy postanowili iść za jego śladem. Z początku posuwali się bardzo ostrożnie, ale potem Mieczyś zaczął mówić głośno, jak gdyby nie był w lesie, lecz w bawialni lub garderobie. Utrzymywał, że umiera z pragnienia, i że należałoby już coś zrobić. Wiadoma rzecz, że zające głośnej rozmowy nie lubią: mają na to za długie uszy; Piotruś przeto zrozumiał beznadziejność łowów z takim towarzyszem i postanowił zająć się rozłożeniem obozu. Ustawili broń w kozły; starszy zabrał się do rozniecenia ognia, a młodszy tymczasem zrobił odkrycie. Niedaleko płynęła rzeczka. Czarna, senna, ledwo poruszała się między nizkimi, błotnistymi brzegami, obrosłymi blado-zielonem sitowiem, wysoką trawą, krzewami olszyny i pochylonemi wierzbami. Po czarnem zwierciedle jej wody zsuwały się liście szyszki i igły opadłe, na dnie chwiały się kosmate wodorośle, a jaskrawo-zielona rzęsa, jak szumowiny, zbierała się w maluchnych zatokach, czepiając się wielkich omszonych głazów, tu i owdzie wystających z łożyska. Na głębiach płaskie liście wodnych lilii, jak berlinki na kotwicach, chwiały się na długich, giętkich łodygach. Wśród nich uwijały się czarne pływaki i srebrne rybki; kiedy niekiedy przesunął się wodny pająk, wiosłując długiemi nogami, zaroiły się z brzękiem komary, lub cicho przeleciał z brzegu na brzeg czarny motyl-żałobnik. Czasem ptaszek wyfrunął z zarośli, siadł na kępie i pił wodę, wzniósłszy dziobek do góry. Cicho było zupełnie; tylko z lasu dolatywał świegot i śpiew ptaków. Woda płynęła bez dźwięku, coraz to inna, a zawsze ta sama, i uchodziła bez skargi, odbijając szmaty błękitu, przeświecającego przez korony drzew, miedziane kolumny i głowice sosen, srebrne brzozy, płowe osiny, czarne olchy, ptaka, co pił u brzegu, motyla, drobne owady, gałązkę rumianych jagód, zwieszającą się nizko z omszałego, zgniłego parszaka, i szeregi smętnie nad nią pochylonych szuwarów. Mieczyś położył się na kamieniu, z nosem tuż nad wodą, i leżał tak bez ruchu, wpatrując się w jej głąb ciekawie, gdyż w tej pozycyi wszystko inaczej wygląda. Ale Piotruś nie dał mu długo próżnować: kazał nosić drzewo na ogień.
— Ach, jaka to głupia rzecz, że zawsze i wszędzie trzeba pracować! — westchnął niechętnie.
Po chwili wrócił bez chróstu, bardzo przerażony. Dom!... doprawdy dom, albo opuszczony szałas!
Piotruś, choć nie bardzo dowierzał spostrzeżeniom brata, poszedł za nim, wziąwszy z sobą łuk dla pewności. Dom okazał się lichą budą, skleconą naprędce z młodych choinek, związanych za czuby i przykrytych z zewnątrz warstwą zeschłych, pożółkłych gałązek. Bracia ostrożnie obeszli go dokoła, trzymając się za ręce, bo to był »prawdziwy« szałas.
— Widzisz: to pościel z trawy i mchu, a tutaj leżą czyjeś kości. Kto tu może mieszkać? Jak myślisz? — z trwogą szeptał Mieczyś.
— To nie są ludzkie kości lecz ptasie, a to główka wiewiórcza lub zajęcza; widziałem taką u Marcina! — uspokajał go Piotruś, uważnie oglądając kości.
— Zawsze lepiej, że tu nikogo niema! Odejdźmy, Piotrusiu, póki nikogo jeszcze niema. Przecież widzieliśmy już wszystko.
— Owszem, możemy zostać i zawrzeć przymierze! On tu wróci napewno. Widzisz tam rożen drewniany, w ziemię wetknięty, a dalej dymiące jeszcze ognisko?...
— Gdzie dymiące ognisko?...
— O tu, tu! Patrz, jak ładnie popiół obłożył kamieniami. To od pożaru puszczy. Zawsze tak robią w pampasach.
Mieczyś ani na chwilę nie wypuszczał z ręki rękawa brata.
— Puść mię, nie będę mógł strzelać, jeśli się nagle zjawi.
— Więc ty będziesz strzelał?
— Zobaczymy, wszystko zależy od okoliczności.
— Więc właśnie w »okoliczności« muszę się ciebie trzymać.
— To się trzymaj za pas.
— Juści, panicze, trzymajta się, trzymajta! Zawsze w kupie lepiej. Skądeście tu przyleźli? — rozległ się niespodzianie ochrypły głos męski.
Piotruś drgnął. Mieczyś upuścił na ziemię swą dzidę. Na ścieżce stał chłop bardzo duży, bardzo brudny i bardzo obdarty. Nie był jednak cyganem, gdyż miał brodę rudą i oczy niebieskie. W lewej ręce trzymał pęczek związanych za łebki martwych ptaków; prawą miał schowaną za siebie.
— Nie bójcie się, dzieciuchy, nic wam złego nie zrobię... Czy to wasze? — spytał, wyciągając z za pleców »tomahawek« i węzełek z sucharami.
— Nasze! — odburknął Piotruś. — Dlaczego zabrałeś? Chcieliśmy założyć obozowisko.
Mieczyś rozpłakał się.
— Nie płacz, mały, dobrze się stało. Złożymy do kupy mięso i sucharki, będzie bankiet. Pogadamy, bo ja już dawno nie gadałem. Siadajcie tu bliżej przy ognisku, oskubcie ptaki, a ja ogień rozpalę.
Rzucił im zwierzynę i jął łamać gałęzie. Dzieci uważnie obejrzały ptaszki.
— Polujecie?
— W sidła łapię, w stryczki z końskiego włosa, które stawiam na jałowcu, na jagodnikach... Ale nie zawsze uda się złapać.
— W sidła?! Musisz nam pokazać, bo wtedy już nigdy nie umrzemy z głodu.
— Ba! kiedy czasu nie będę miał.
— A dokąd chcecie jechać?
Nie odpowiedział, spojrzał na palący się ogień i wziął ptaszka w rękę.
— A może sól macie?... — zapytał po chwili. — Szkoda, dawno soli nie jadłem. Czyje wy dzieci, bo widziałem, że płynęliście z Białej?
Jesteśmy z Białej, synowie dziedzica.
— Srogi pan, ciężki pan, ale pani dobra.
— Mama... taka dobra, jak miód! — wmieszał się Mieczyś.
Włóczęga uśmiechnął się i kiwnął głową. Piotruś mrugał na brata, żeby milczał, ale chłopczyna nie widział tego i, rozgadawszy się, sypał słowami, wyciągając wolniutko piórka z ptaka.
— A ty kto jesteś? Może ty Walek, złodziej pobytowy?
— Juści, że jestem Walek-złodziej! — odpowiedział spokojnie chłop.
A Piotruś z niepokojem spojrzał na Walka, potem na brata. Ten już miał »rybie oczy«.
— Jeżeli teraz beknie — pomyślał sobie — może się stać nie wiedzieć co, a głównie wstyd będzie ogromny. Zawsze Walek, choć złodziej, ale mieszka w lesie i nikogo się nie boi!...
— Ino tego kradzenia, paniczu — mówił tymczasem wolno włóczęga, grzebiąc w popiele patyczkiem — ino tego kradzenia... więcej ludzie gadają, niż jest. Kartofli sobie nakopię, jabłek w sadzie narwę, kuraka capnę... aby tylko... aby nie zdechnąć... to zaraz taki rumot na całą okolicę! A sami nie lepsi! Miedzę jeden drugiemu zaora, łąkę koniami wypasie, stratuje, to nic?... Pany też takie zaciekłe, żeby mię za jedną marchewkę zabili... co mam ich żałować?... W karty bez jeden wieczór więcej przegrają, niż im bez rok szkody zrobię...
— A to dlatego, że się nie pytasz!... — przerwał Mieczyś.
— Cha! — roześmiał się — Gdybym się pytał, toby mi nie dali...
— Wcale nie dlatego! — odpowiedział Piotruś, wydymając wargę — a dlatego, że to cudze.
Włóczęga zmrużył powieki i spojrzał na mówiącego z ukosa.
— Co ty, pęcherzu, wiesz?! A czy wasze? Czy jasna dziedziczka wszystko to sama urodziła? Chłopi wszystko zrobili własnemi rękami!...
Piotruś umilkł; chwilkę siedział bez ruchu, twarz mu płonęła coraz żywszym rumieńcem, w oczach migały błyskawice. Ten, ten... włóczęga śmiał mamy tykać!... Zerwał się wreszcie, schwycił łuk i skoczył w zarośla.
— Mieczysiu! Chodź... chodź!... Zostaw mu suchary i wszystko! Nie wdawaj się z nim!
— Puść mię, puść!... Czego mię trzymasz?... ja iść chcę... Piotruś już poszedł... Piotrusiu!... Piotrusiu!...
Piotruś zatrzymał się, obejrzał i gałęzie rozchylił. Walek jedną ręką przyciskał do ziemi wyrywające się dziecko, drugą wytrząsał z chustki suchary. Widocznie zamierzał go związać.
— Piotrusiu!... Piotrusiu!... — zanosił się od płaczu Mieczyś.
— Puść go! puść, bo strzelę... bo będę z tobą walczył!... — wołał Piotruś.
Walek klął, śmiał się i zbierał w dłonie wciąż wymykające mu się nóżki i rączki chłopaka. Wtem trzcinowa strzała ze świstem przeleciała mu koło ucha.
— Patrzcie go: strzela! A to hycel! Czekaj, chwacie, jak cię złapię, będziesz beczał! Lepiej sam przyjdź! nic złego wam nie zrobię.... Gorzej będzie...
Gdy wreszcie, uporawszy się z malcem, wstał, nigdzie nie było Piotrusia. Chłopak, jak królik, zaszył się w gęstwinę. Walek chwilkę nasłuchiwał, ale szlochanie związanego Mieczysia tłumiło odleglejsze szmery.
— Uciek!... — powiedział z niepokojem. — Cicho, bechu... Głupie wy...
Podrapał się w głowę i ruszył w stronę, skąd wyleciały nań strzały, ale nie uszedł nawet dwudziestu kroków, gdy usłyszał za sobą trzask łamanego chróstu, a obejrzawszy się, ujrzał Piotrusia, biegnącego pędem do leżącego na ziemi brata.
— Ho, ho... ho!... Świndlarz! — huknął Walek i ruszył na niego.
Rozpoczęła się szalona po łączce gonitwa. Chłopiec, niezmiernie wzburzony, wykręcał się, biegł, zawracał; nie krzyczał, lecz ciężko oddychając, wywijał zapamiętale siekierką-tomahawkiem, którą miał w ręku, oczy jego rzucały błyskawice, na usta wybiegła piana. Starał się zbliżyć do młodszego brata, który niemy z przerażenia siedział na ziemi z rączkami związanemi z tyłu i osłupiałemi oczyma przypatrywał się strasznemu pościgowi.
Walek śmiał się, szeroko rozstawiał ramiona, bosemi nogami skakał niezgrabnie po badylach i hukał:
— A tuś... Ho, ho, ho!... Ciarachu!
Grube jego palce już kilkakroć dotknęły rozwianej czupryny Piotrusia. Malec czuł, że mu tchu nie staje, że nogi mu się plączą; skoczył więc w bok i oparł się plecami o drzewo. Chłop spokojnie zbliżał się do niego.
— A widzisz?! Jesteś!
— Nie rusz mię, nie rusz... — mruczał chłopiec, a gdy gruba, żylasta łapa wyciągnęła się ku niemu, ciął ją wściekle siekierką w rozczapierzone palce. Włóczęga zawył, żachnął się, pięść zwinął i ciężką, twardą, jak głaz, opuścił na drobną, wątłą pierś chłopaczka. Piotruś potoczył się bez jęku i upadł.
— Trup!... — powiedział, pochylając się nad dzieckiem.
Ale Piotruś nie zemdlał nawet, tylko osłabł strasznie i już się nie bronił, gdy go Walek schwycił za ramię i powlókł do ognia.
— Puść mię!... puść!... Jesteś złodziej i rozbójnik, ja ciebie nienawidzę... — szeptał, gdy Walek rwał na nim koszulę, aby go związać własnym jego paskiem i szmatami bielizny.
— A żmijaku!... Toć ja was w kawały podrę... do wody wrzucę, i zginiecie, jak ta mara... A szczenięta! to ja z wami dobrze, a ty patrz, jakeś mię ciął... jak krew bucha!... — wołał, podsuwając pod nos malcowi okrwawioną rękę.
Wargi mu drżały, w oczach płonął zły, wilczy ogień. Zdrową dłonią chwycił chłopczynę za gardło i zlekka nacisnął.
Dziecko jękło i zatrzepotało się.
— A co, boisz się, chrząszczu!... Pocisnę i zamrzesz, jak kuropatwa... Ty gorszy ode mnie... Bo ja chciałem was o łódkę prosić, a przecie mogę wziąć bez pytania. Po was przyjadą, nic wam nie będzie, wyskrobki szlacheckie... Dla was ziemię do góry nogami przewrócą. Dla was ludzi w pień zamorzą, szukając... Więc choćbyście tu dzień jeden mego życia spróbowali, możebyście pożałowali człowieka! Możeby wasz ojciec pomiarkował, jak to jest na głodzie i chłodzie być szczutym, jak ten wilk.
Mieczyś płakał coraz rzewniej, Piotruś ciężko oddychał, leżąc na boku z zamkniętemi oczyma. Włóczęga umilkł i, zamyślony, starannie obwiązywał czas jakiś rękę, przytrzymując koniec szmaty zębami.
— E...e...e... Zdychajcie! — wyrzekł nagle, wstał, przetrząsnął kieszenie chłopców, zabrał scyzoryk, suchary, siekierkę, zapałki, ptaszki i odszedł do lasu.
Gdy kroki jego ucichły, Piotruś oczy otworzył i spróbował się podnieść.
— Nie płacz, Mieczysiu... nie płacz, już go niema...
Członki tak go bolały, że sam nie mógł wstrzymać jęku:
— Mój Boże, co z nami będzie!
— A widzisz... Mówiłem, żebyś do niego nie strzelał, przecież on duży... A teraz co będzie?... tyś mię namówił... Tak mię chustka ciśnie, i tak mnie szczypał, kiedy mnie wiązał...
— Cicho, Mieczysiu, cicho... Niech sobie pójdzie daleko... wtedy ja się do ciebie podtoczę i zębami rozwiążę, a potem ty mnie. Tak zawsze się robi... A tylko niech odejdzie, bo jeszcze usłyszy i wróci.
Ucichli i przysłuchiwali się. Wśród boru, ogarniętego zmrokiem wieczornym, głęboka zapanowała cisza. Głosy dziwne, łagodne, jak wypadkowe uderzenia po strunach harfy, drgały gdzieś w górze w purpurowych od zorzy wierzchołkach sosen. Piotruś chciał się przysunąć do brata, ale to nie było tak łatwe; oddzielało go ognisko, które usiłując okrążyć, zaczepiał się o pnie, nierówności, sykał z bólu, aż nakoniec zatoczył się w jakieś krzaki kolące i gęste.
— O Boże!... Ratunku!... Mamo!... Uduszę się!...
— Mamo! — wołał Mieczyś. — Mamo!...
Ktoś śpiesznie szedł ku nim z głębi lasu.
— Poczekajta, nie szarpta się! — rozległ się głos znany.
Dzieci zadrżały. Nad Piotrusiem pochylił się Walek; chłopak, choć wylękły, zauważył natychmiast, że oczy włóczęgi były jakieś inne, twarz stroskana i smutna, więc szepnął:
— Rozwiąż nas, Walku! My nie będziemy się bić... Niech się to nie liczy... Nikomu nie powiemy, będzie sobie taka niewiadoma przygoda. Nie będziemy uciekali, zrobimy co powiesz. A jeżeli boisz się mnie rozwiązać, to rozwiąż choć Mieczysia: on maleńki...
— A ino! Sam tak myślę... Zmarniejeta, co dobrego... A przecie ja z waszej wsi... z maminej wsi... I pamiętam, jak starsza pani przychodziła z nią do nas w głodny rok... Nie większa była od was, pęcherze... I ja byłem mały. Bóg jeden wiedział, co miało się stać, a ja tom nigdy nie pomyślał, że tak będzie... Siadaj, bechu!... krzyknął na Mieczysia, podnosząc go i rozwiązując ręce. — Płaksa jesteś ale twój brat łepski chłopak... Choć mię ciął, a łepski... Słuchajta, puszczę was, a wy za to powiedzta, że łódkę samiście mi podarowali, że prosiłem, a nie ukradłem... Zgoda?! Hę!?
— Popłyniesz?
— Popłynę... jak rzeka poniesie, popłynę, może trafię, gdzie mnie nie znają, robotę dostanę... do ludzi wrócę... cni się w lesie, oj cni...
— Do Ameryki popłyniesz? — spytał Mieczyś.
— Ha, może i do Hameryki! A wy tutaj sobie ptaszki upieczcie... Zostawię wam ptaszki! Przenocujcie, a jutro rano idźcie wprost przed siebie lasem, to wyjdziecie rychtyk naprzeciw dworu. Wtedy ogień zapalcie... zostawię wam zapałek! Was już tam pewnikiem wypatrują, to przyjadą... Ale nocą nie chodźcie, możecie zbłądzić i zmarnieć... A teraz zostańcie z Bogiem, nie przeklinajcie mię... Wyprowadziłbym was, ale muszę się śpieszyć...
Oparł rękę na głowie starszego chłopca, pogładził go, młodszego podniósł do góry i pocałował.
— Naprawdę pójdziesz?... I to wszystko było naprawdę? — pytał Mieczyś.
— Naprawdę!
— To do widzenia!... Ale szkoda, żeś nie pokazał, jak się łapią ptaszki...
Malec poważnie podał włóczędze rękę; Piotruś cały czas uparcie patrzał w stronę przeciwną.
— Uch!... ech!... Wy!... — westchnął Wałek i odszedł, łamiąc po drodze chrósty i gałęzie.
Skoro już był daleko, Piotruś zerwał się i zaczął szukać swego łuku i strzał.
— A teraz co będziemy robili? — spytał Mieczyś.
— Teraz upieczymy ptaszki.
Ptaszki upiekli na tym samym drewnianym rożnie, który zobaczyli na wstępie. Choć bez soli, smakowały im bardzo.
— Jakie one strasznie maleńkie! — skarżył się Mieczyś. — Radzę zjeść dziś wszystkie, a jutro dostać inne...
— Dostać inne?... Może poprosić Walka, żeby wrócił i nałapał...
Mieczyś pobladł i przestał oddychać.
— Wiesz co, lepiej wyrzeknę się ptaszka. Niech zostanie.
— A najlepiej połóż się spać. Jeżeli nie możesz usnąć, to zamknij oczy i licz do stu.
— Lepiej pacierz zmówię!
— Mów, a ja pościel urządzę.
Mieczyś ukląkł koło budy, przeżegnał się.
— »W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen!« — Złożył ręce. — »Ojcze nasz, któryś jest w Niebiesiech...«
Ale nowy sposób przygotowania pościeli tak go zajmował, że nie mógł wytrzymać i głowę co chwila pod gałęzie wsuwał.
— Podłóż więcej pod głowę, będzie poduszka...
— Wiem sam. Jak się modlisz? Ładnie, bardzo ładnie...
— »Chleba powszedniego daj nam dzisiaj...« Co tak wązko ścielesz? Gdzie położysz się sam?
— Ach, daj mi pokój! Nie położę się. Przecież musi ktoś zostać na straży.
— To prawda! Ale co wtedy będzie?
— Przestaniesz ty, smyku! Mów dalej pacierz, bo dam ci klapsa.
— Klapsa?... Ale przecież dalej zawsze ze mną mówiła mama.
Piotruś ukląkł obok brata i głośno odmówił z nim modlitwę, poczem pocałowali się. Mieczyś położył się posłusznie na pościółce z mchu i przymknął powieki. Piotruś siadł poważnie u ognia. Ogieniek ledwie się tlił. Wielkie, czarne cienie drzew milczących i nieruchomych, otaczały ich zwartą ścianą; w górze, przez kosmate ich konary, blado migotały gwiazdy.
— Zimno mi, Piotrusieńku, i nóg nigdzie schować nie mogę... Mój Boże, pewnie pani Vauban zapomniała schować mojej bułki wieczornej, i herbata przepadła, bo jutro będzie jutro, a dziś to już było...
— Cicho bądź i śpij. Jutro ruszamy o świcie, śpij!
Zdjął kurtkę i nogi brata otulił. Ten jednak nie przestał kręcić się i skarżyć. Wówczas, zwalczając trwogę, starszy wyruszył w ciemności po trawy i paprocie.
— Nie odchodź! Nie odchodź daleko! — krzyczał Mieczyś.
— Zaraz wrócę. Muszę cię nakryć.
Rwał drżącemi rękoma, co tylko znalazł w pobliżu i rzucał za siebie w oświetlone koło czerwonym blaskiem ognia. Nakrywszy brata, resztę włożył na swe nagie, podrapane, skostniałe od zimna ramiona. Ogień ogrzewał go z przodu.
— Piotrusiu!... Piotrusiu!... — zawołał znowu Mieczyś.
— Co? jeszcze nie śpisz?
— Ależ śpię... A tylko, jeżeli wilk przyjdzie, to mię obudź... pamiętaj...
— Śpij spokojnie! Nie przyjdzie, tu wyspa....
— Dobranoc, Piotrusiu! Chciałem jeszcze powiedzieć, żeś kochany. Teraz zupełnie ciepło... Tylko na chwilkę, na maluchną chwilkę chodź do mnie...
Piotruś wstał i przykląkł koło brata; ten uchwycił go za szyję rękoma.
— Przestań! Smokczesz się tylko, jak cielę!
Poprawił na nim obsunięte zioła i poczekał, aż zasnął.
Zimno zmusiło go wrócić do ognia. Zrobiło się nagle tak cicho, że miarowy oddech Mieczysia wydawał mu się ciężkiem sapaniem. Ogień wytlał, a Piotruś ani myślał drew nowych dorzucić. Zwiesił głowę na kolana, ręce głęboko wtulił pod pachy i zapadł w bolesne, pełne marzeń, odrętwienie. Gdy oczy otwierał, purpurowy blask żarzewia błyskał przed nim wśród nieprzeniknionego mroku, jak dalekie wejście do oświetlonej krwawym ogniem pieczary. Dokoła ognia tego zwolna zaczął się tworzyć ruch jakiś, zygzaki, skręty ciemności wygięły się, zafalowały, światło spotężniało, księżycowa mgła rozwidniła krzewy, zioła nizkie i szerokie strzępiaste pa-procie... Małe, śliczne główki wyjrzały z kielichów kwiatów, z pochew liści wysunęły się wiotkie postacie; gałązki dostały nagle rąk, trawy — kibici, mchy zamieniły się w brody i Wąsy; każdy sęczek, każdy ułamek chróstu, korzystał ze swych odnóży, jak z członków, a nierówności ich zarysowały się nagle, jak oczy, nosy i usta... Wszystko to było bardzo zabawne lecz i straszne, gdyż Piotruś nie mógł się ruszyć, a mary, nie zważając na niego, tańczyły, ująwszy się za ręce, dokoła ognia, skakały przezeń ze śmiechem, rozrzucały iskry i węgle, aż wszystko zniknęło w czarno-rudym, ruchomym wirze. Wir ten zalał, pochwycił Piotrusia i przyjemnie ukołysał.
— »Podrę was w kawały, wrzucę do rzeki... ale przedtem zjedzcie ptaszki i nie chodźcie po nocy, bo zbłądzicie...« — grzmiał ochrypły głos Walka. Piotruś spróbował wyrwać się mu, ale nie mógł; ręce jego i nogi były mocno związane...
Gdy ocknął się, słońce świeciło już jasno, ptaki śpiewały, chłodna, perlista rosa pokrywała chylące się ku niemu trawy, gałązki i jego samego. Drżał od zimna, nie mógł pojąć, gdzie jest i co się z nim stało, ręce i nogi bolały go bardzo, nie chciało mu się ruszyć, choć kudłaty potwór obwąchiwał mu nogi. Dopiero, gdy nad nim huknął głos:
— Hej!... hej! Bywaj! Sam tu!... Hej!... hej!...
Poznał buty gajowego i jego psa. Marcin stał nad nim, i przyłożywszy dłonie do ust, krzyczał:
— Hej!... hej! Bywaj!
Z lasu odpowiadały mu liczne głosy. Piotruś zerwał się.
— A gdzie Mieczyś?
— Tam... śpi w budzie.
Marcin zajrzał do szałasu i w głowę się poskrobał.
— Oj! oj! Skurczyło się biedactwo, niby psiaczek. Głowinę nawet pod mech wetknął... I co też to panicze narobili! Pan całą noc jeździł, pani zachorowała ze zmartwienia. We dworze sąd ostateczny. Całą rzekę obszukaliśmy, i gdyby ludzie tego Walka w naszej łódce nie spostrzegli, niktby się nie domyślił.
— Więc złapali Walka?
— Nie, ale go to nie minie! Dość zbytków!... już mu pewnikiem pan nie daruje... Niech się panicz nie boi, już mu zapłacą... Jakto paniczów urządził... pewnie on... patrzeć pożal się Boże!
— Nie chcę... Słyszałeś... ja nie powiedziałem... — uniósł się Piotruś...
— Ojcze, ojcze!... — krzyknął, rzucając się do nóg nadchodzącego p. Dolskiego. — Nie łap Walka... Myśmy mu sami łódkę oddali... Myśmy... Niech ucieknie... On... on... żal go...
Pan Dolski podniósł syna, zajrzał mu w zapłakane oczy i do piersi przycisnął.
— Niedobre dzieci! Coście narobiły? Gdzie Mieczyś?
— Tutaj jestem, ojcze... Jestem zupełnie cały...
— Chodź, wyłaź!... Ach, dzieci, dzieci! Jakiegoście wy nas strachu nabawiły!
Zeszli się ludzie, przyniesiono z łódek kosz z jadłem, z ciepłem ubraniem; przyszedł Herr Niedeman, smutny, wybladły.
Posłano natychmiast gońca do dworu.
— A teraz opowiedzcie, jak się to stało i dlaczego podarowaliście łódkę Walkowi?... — zagadnął pan Dolski, siadając u suto palącego się ognia i tuląc do siebie synów.
— I dlaczego wy z domu uciekał?... — dodał z wyrzutem Herr Niedeman.





PUSTELNIA W GÓRACH




W lichej górskiej wioszczynie, przed karczmą, stał wóz zaprzężony w rosłego karego konia. Na wozie siedział bokiem ze zwieszonemi nogami młody, barczysty mężczyzna, ubrany w szarą bluzę i czarny pilśniowy kapelusz. Przez ramię miał jedną dubeltówkę, na kolanach drugą — u pasa nóż myśliwski. Na koźle, z niezmierną powagą, mieścił się tłusty, gruby wyrostek w niebieskiej koszuli i białym, góralskim kołpaku. Obaj niecierpliwie spoglądali na drzwi szynkowni, przed którą snuł się różnobarwny tłum świąteczny. Czuć było pewne rozhukane rozleniwienie wśród tego zbiegowiska. Część próżniaczego dnia już ubiegła, już zużyto pierwsze zapasy wesołości. Nazajutrz znów miało być święto, więc błądzili wzrokiem, czekając nowych wrażeń, nadstawiali ucha, by coś nowego posłyszeć, kłócili się lub rozmawiali z niechcenia. Po zalanych słońcem ulicach wałęsały się psy, zwierzęta domowe, dzieci i kury, a wszędzie kładły się jaskrawe plamy słoneczne i granatowe cienie gorące. Pod rozłożystym orzechem gromadka starszych gospodarzy próbowała zawiązać gawędkę. Pod ciemnym płotem z plecionej wikliny, na stosach świeżych bali, usiadły rzędem kobiety w strojach barwnych. Czerwone, żółte, niebieskie, zielone płaty ich spódnic, czarne oraz malinowe staniki, śnieżyste rękawy i kryzy koszul, wzorzyste chusty, oczy błyszczące, koralowe usta, rumiane, ogorzałe twarze, złagodzone sinawym cieniem brunatnej plecionki płotu, tworzyły nad ziemią kwiecistą smugę, od której ślicznie odbijały zwieszone nad ich głowami z ogrodów pęki kwiatów jesiennych, już bladych i przywiędłych od chłodów. Rozmawiano tu mało, gdyż wszyscy zajęci byli gryzieniem nasion słonecznikowych, których zapasy kobiety chowały na piersiach za koszulami. Postrojeni chłopcy stali obok i korzystali, ile się dało, z prawa wydobywania ziarnek z ich ukrycia. — A wszędzie unosił się w powietrzu rozpylony blask słońca, wszędzie kładła się jaskrawa, gorąca jego pozłota i biegły od domów do drzew, od ogrodzeń cienie sine, długie i gorące. Podobne cienie, tylko bledsze i przejrzystsze, kładły w dali góry na zielonej dolinie. Do szynku zbliżał się niepewnym krokiem jakiś oberwaniec, ujrzał wóz i zatrzymał się.
— Z Pustelni?... Hę!... — zapytał, poprawiając czapkę, zsuniętą na czubek głowy. — Praktykant?... Hę!...
— Ej, idź sobie, mówię ci! — upominał go surowo wyrostek.
— Może pójdę, a może i nie... Droga dla wszystkich otwarta!
Rozstawił bose nogi, ręce włożył w kieszenie. Kobiety patrzyły, zaciekawione widowiskiem, w szynku zrobiło się cicho, a dzieci, nawołując się, biegły ze wszech stron, co sił starczyło:
— Hej!... hej!... Chodźta prędko!... Błażek urzędnik... widzicie, z praktykantem rozmawia!... Czapkę zdjął!...
Istotnie pijak zdjął czapkę.
— Święci lu-dzie!... Oj!... wy! Przyszliście nas uczyć... Przyszliście orać, siać... Przyszliście ziemię własnemi rękami uprawiać... Chwalę... Chwalę... Porzuciliście wasze bogactwa, urzędy, salony... parle france... Chcecie wszystko własną pracą zdobywać, jak chłopi i żyć, jak nędzarze... Chwalę i nawet... w imieniu prawa rozkazuję... Ale wczoraj chodziłem do waszego starszego, prosiłem o butelkę wina... Czy mi dał? Nie! »Pijak jesteś!« powiada... A przecie do was wyciągam rękę... praktykan-ty... Ko-me-dyantyy...
Wyciągnął rękę i postąpił krok naprzód. Mężczyzna z wozu z przykrym uśmiechem patrzał na niego i ręki nie brał.
— Błażek odczep się!... Idź precz!... gniewnie krzyknął wyrostek i potrząsnął lejcami. — Hej! z drogi!... — wołał na kupiących się ludzi.
W tejże chwili wybiegł z szynku chłopak młody, przystojny, jak topola, wysmukły, w kurtce austryackiej z zielonem obszyciem i w tyrolskim kapeluszu. W ręku miał dużą paczkę sprawunków, zawiniętych w papier.
— Panie Kolusiu!... panie Kolusiu!... Praktykanty ubliżają... nie rozmawiają... — skarżył się Błażek, próbując biegnącego zatrzymać za rękaw. Koluś rzucił na wóz swoją paczkę, chwycił za broń i, nie wstrzymując wozu, w biegu na miejsce wskoczył.
— Jaki on zawsze dziwny! — rzekł mężczyzna, nazwany praktykantem, wskazując Błażka, w którego dzieci zaczęły rzucać kamykami i skorupami od jaj.
— A teraz szanownego pana spytamy też w imieniu prawa, dlaczegoś nakupił takiej nędzy?
To mówiąc, podniósł do góry wiązkę kiełbasy, pokrytej białą pleśnią.
— Szynkarz upewniał, że... jeść można. Przysmażymy ją na patyczkach. A jeśli chcesz zaraz jeść, to mamy tu ser.
— Powiedziałeś: przysmażymy, ale pytanie, czy jest co smażyć?
Wyjął nóż z pochwy i rozciął kiełbasę.
— Pachnie niezgorzej! Można jeść, choćby zaraz. Gdzie chleb?
Zajadali z apetytem; a wóz tymczasem toczył się po gładko ubitej drodze w dolinie, wśród wysokich gór, do szczytów porosłych lasami.
— Dlaczego, Olesiu, nie jesz? — zwrócił się do wyrostka Koluś.
— Nie jestem głodny. Mało macie, nie starczy wam, jeśli zanocujecie w górach. A na szczyt z pewnością nie dostaniecie się przed nocą.
— Nie wiadomo: może i dostaniemy się... Poco źle wróżyć. Źle także zastanawiać się, co w przyszłości będzie komu potrzebne. Na, masz kiełbasę i jedz bez żartów. Wronego nie oszczędzaj, a resztę Bogu pozostaw. Na szczycie musimy być dzisiaj, inaczej... przepadły nasze kozy... A Koluś będzie płakał... abo nie? — spytał nagle, kładąc rękę na kolanie towarzysza.
— A jakże!... łatwo bo go popędzić... wałkonia! — sarkał woźnica, wymachując biczem. — Noo!... Niepotrzebnie kazał nam czekać Grzegorz; sam nie pojechał, a polowanie popsuł. Dawno bylibyśmy na miejscu.
— Istotnie, z winy Grzegorza straciliśmy dzisiejszą noc — przywtórzył mu Koluś.
— Gniewać się niema o co. Grzegorz chciał szczerze pójść z nami i został się niechętnie, z poczucia obowiązku. On lepszy od nas... — dodał smutnie praktykant. — A jeśli nie zdążymy na wieczór, to będziemy tam rano — wielka rzecz! Patrzcie, widać szczyt!
Na zakręcie drogi w końcu wąwozu ukazała się grupa błękitnych gór. Ostre szczyty mieniły się w słońcu, jak korona, wysadzona turkusami. Sieć żyłek, szczelin, zagłębień, krawędzi tworzyła na ich stokach tak dziwnie przejrzystą plecionkę, że mogło się zdawać, iż to nie cień pada od skał, lecz lazurowe niebo prześwieca przez głazy. Z obu stron, niby słupy olbrzymich wrót, wznosiły się ciemne zbocza rozstrzelonego w tem miejscu górskiego łańcucha. Dołem biegło gęste, splątane pasmo lasów, łączące oba urwiska w podkowę. Żółta nić drogi spokojnie płynęła w dal i nikła wśród lasów.
Na zawrocie góry zemknęły się znowu, a z boku i z przodu spiętrzyły się jednostajnie zielone zboża, u których stóp legły opustoszałe już plantacye tytoniu, drobniuchne pólka zoranej roli i znów niezmierzone przestrzenie lasów.
Przebyli wbród kilka potoków górskich i wydostali się na nowo budującą się szosę. Wóz po-toczył się wartko po ubitej drodze, mijając szałasy i lepianki robotników, nieobecnych z powodu święta.
— Popędzaj, Olesiu, popędzaj! Hej, Wrony... a prędzej, leniuchu!...
Oleś bił batem leniucha, ale ten machał tylko ogonem, a kroku nie przyspieszał. Już dobrze ciemno było, gdy stanęli u mostu nad spienionym potokiem. Nad głowicami gór wisiał jeszcze przejrzysty lazur nieba, słońce złociło niektóre szczyty, ale doliny i wąwozy wypełniały już cienie; zmrok brał lasy w swe posiadanie. U mostu rozstali się. Chłopiec z wozem pojechał szosą, a myśliwi, przekroczywszy potok, wązką drożyną skierowali się w boczną dolinę.
Noc zapadała szybko; w lesie, przez który wiodła drożyna, ciemno było, jak w piwnicy. Ljany i ciernie chwytały ich za odzież i biły po twarzy. W gęstwinie, za ich zbliżeniem, podnosił się ruch i gwar: budziły się zapewne do snu układające się płazy, ptaki i zwierzęta. Gdzieś w dali szumiał potok.
W przesmykach myśliwi szli szybko, przekonani, że zbłądzić nie pozwoli im gąszcz, ale na polankach, porosłych zwarto trawą wysoką, lub w łożysku strumienia, gdzie ślad nawet w dzień był ledwie widzialny, zwalniali kroku, szli i wracali nieraz po kilka razy, nim znaleźli właściwy tor.
— Dotychczas nie zbłądziliśmy — rzekł Koluś, który, jako najbardziej doświadczony góral, był przewodnikiem w tej wyprawie. — Oto kubik kamieni, o którym nam mówiono, u tu czerkieska mogiła.
Istotnie, na boku czerniała gromada drzew ze strzelistą topolą pośrodku. Ścieżka szła dnem wąwozu, brzegiem ruczaju, przerzucając się wciąż przez jego kręte koryto. Brnęli przez wodę, skacząc po głazach, wystających nad nią. Śpieszyli się, ale noc wyprzedzała ich. Gdy wreszcie wstąpili na pochyłość górską i znaleźli się na małej łączce, już było tam tak ciemno, jak w lesie. Ścieżkę zgubili w plątaninie
traw. Zmieszani, zatrzymali się przed gajem olbrzymiego łopuchu.
— Księżyc! — rzekł spokojnie Koluś, wskazując na ledwie dostrzegalny cień ich postaci na ziemi.
— Prawda, tylko go jeszcze za mało — rzekł Paweł — więc poczekamy, a ty Kolusiu, zapal papierosa.
Usiedli na głazie. Księżyc nie śpieszył się wejść ponad szczyty, ale zwolna robiło się coraz widniej. Blask jego, odbijając się od skał, przenikał powietrze. Na ogromnych liściach łopuchu wkrótce zaiskrzyły się drobne kropelki rosy, a krawędź urwiska błysnęła i zapaliła się, jak nić srebra. Uciszone zachodem słońca lasy, zadźwięczały łagodnie; ozwała się skalna sowa, zabeczały kozice.
— Słyszysz? kozy... — szepnął Koluś, chwytając za broń. — Wiesz co, Pawle, poszukamy ich. Zrzekniemy się na dziś Szczytu!
— Nie... w żadnym razie! Co za polowanie po nocy w nieznanej miejscowości? Zresztą chciałbym koniecznie przed odjazdem pożegnać się... ze wszystkiemi.
Koluś wstał, i ruszyli dalej. Wyminęli łysinę na stoku i znowu weszli do ciemnego lasu. Blask miesiąca tu nie przenikał, tylko niekiedy pstrzył dróżkę jasnymi centkami, srebrzył liście i chropawą korę potężnych pni. A dokoła było ciemno, choć oko wykol. Postać Kolusia wciąż nikła i ukazywała się oczom Pawła.
— Poczekaj, gdzie jesteś?
— Tutaj!
I potrącali się nawzajem, nie widząc. Nareszcie ścieżka z głębi lasu wywiodła ich na krawędź przepaści, pełnej księżycowego światła. Strugami płynęło ono poprzez jakieś tajemnicze wyłomy w górach, biło gwałtownie w wapienną ścianę wąwozu, że błyszczała, jak gruda srebra. Zielona jej łuna wylewała się daleko na lasy poza brzegi przepaści. Ścieżka szła brzegiem tejże przepaści, więc mrok tu był mniej gęsty: mogli się widzieć. Z każdą chwilą niemal było jaśniej; w miarę, jak dróżka zbliżała się ku szczelinie, rzedła poręcz lasu, aż w końcu zostały tylko pojedyncze drzewa, zwieszone nad promienną głębią.
— Mój Boże, jakże to blizko! — nie mógł wstrzymać okrzyku Paweł.
— Nie patrz!... nie zaglądaj!... śpiesz się!... Takie miejsca szybko przechodzić trzeba.
Szli więc szybko, stąpali na oślep, gdyż zmrok zawsze jesz-cze zasłaniał tor drogi. A przecież dość było pośliznąć się, jeden fałszywy krok uczynić!... Paweł czuł, że miał nerwy, jak struny, napięte. Nie patrzył w przepaść, lecz ciągle ją widział jasną, spokojną, tajemniczą, przemawiającą głosem potoku, ryczącego na jej dnie. Nogi mimowoli uciekały mu w przeciwną stronę, gdzie cierniem porosłe złomy nie mniejszem groziły niebezpieczeństwem. Więc zawracał, ale z takiem uczuciem, jakby stąpał po kołyszącej się wstędze. Kilkakrotnie tam, gdzie chciał nogę postawić, błysnęło z pod krzaków zdradzieckie światełko. Omal nie krzyknął, lecz wstyd mu było Kolusia, który szedł naprzód zawsze wesoły i rzeźki.
— Zaraz koniec. Przeszliśmy zręcznie... Mówili, że takich przesmyków będzie kilka — rzekł tenże zachęcająco.
Okrążyli przepaść, za ścieżką wkroczyli znowu w głąb lasu i wydostali się na krawędź tej skały, która im przyświecała wśród drogi.
— A teraz — spytał Paweł — gdzież ścieżka?
— Nie widzisz?... Oto ona! — zaśmiał się Koluś i wskazał bladą smugę, wijącą się wzdłuż błyszczącej ściany wąwozu.
— Jasno! Mamy szczęście!...
— »O północy cichej nocy« — zanucił półgłosem Paweł. Nagle zniknęło wszelkie uczucie strachu. Nucąc wesoło, spuszczał się w dół, naśladując ruchy Kolusia, który, obuty w miękkie kaukaskie obuwie, zręcznie stąpał i skakał po nierównościach drogi. Paweł, świeży gość w górach, robił to niezgrabnie: kamienie i ziemia często obsypywały się z pod jego stóp i leciały w przepaść. On jednak nie czuł trwogi. Niezwykłość przechadzki, czar cudownej nocy, upajały go coraz bardziej.
Nareszcie stanęli w wąwozie nad potokiem. Przeszli go, skacząc po kamieniach, i zatrzymali się, nie wiedząc, gdzie droga. Przed nimi sterczała ogromna garbata góra, pokryta cieniem, a u jej stóp bielało wapienne rozsypisko. Z boku za skałami huczał wodospad. Paweł przestał śpiewać.
— Zdaje się, że to tędy — rzekł Koluś niepewnym głosem i ruszył na górę.
— Jest! — dodał po chwili radośnie.
Istotnie trafili na dróżkę. Nogi ich nabrały takiej wrażliwości, że przez obuwie poznawali charakter miejsc, po których stąpali. Szli drogą, czuli to dobrze, lecz czy to była droga ludzka, czy kozia, Bóg jeden tylko wiedział. Niteczką przerywaną, ledwie zauważyć się dającą, wiła się wśród skalnych rumowisk, porosłych cierniem i nędzną trawą, a przywiodła ich do jakichś płyt poszczerbionych, ułożonych w naturalne stopnie.
— Czekaj!
Koluś przykucnął i zapalił zapałkę. Z ciemności wypłynęły omszone głazy i kępy pożółkłych traw. Zapalił więc jeszcze jedną zapałkę.
— Ot, dróżka!... Zanadto zboczyliśmy na prawo.
Więc zawrócili i, czepiając się rękami za wystające krawędzie głazów — pełzli ku górze.
— Nigdy nie uwierzę, żeby tędy szła droga i w dodatku konna — mruknął Paweł.
— Ach, nie wiesz, jakie boskie oni mają wierzchowce!... Tu jest pewnie to trudne, ale niedługie przejście, o którem nam mówili, a zaraz dalej las... a w lesie już, jak w domu.
Ale lasu nie było widać, a przeciwnie skalne złomy nad nimi zdawały się występować bez końca.
— Obchodzimy zapewne garb góry... skalistą łysinę... Stój... Ani kroku!... — krzyknął nagle Koluś i w bok skoczył. U stóp jego poruszył się ogromny głaz i stoczył się w dół, pozostawiając głębokie wyrwisko. Ogłuszający łoskot jego upadku, plusk wody i szmer kamieni, lecących za nim, tysiącznem echem rozległ się wśród gór.
— Cóżeś mówił, że tędy droga?
— Upewniam cię, że była... Czułem ją pod ręką... Może tutaj trzeba się spuścić.
— Chyba masz bzika.
Paweł położył się na ziemi i ostrożnie przysunął się nad sam
brzeg urwiska. Wisieli nad przepaścią na strasznej wysokości. Skała, podmyta przez wodę, chyliła się i obsypywała w potok, szalejący wśród jej rumowisk.,
Światło miesięczne, przekradając się przez niewidome otwory, kładło na wodę i na głazy dziwaczne plamy.
— Nie... Trzeba być szaleńcem, żeby się włóczyć w nocy po takich wertepach!
— Będziemy szukali na prawo.
— Tam ściana prostopadła. Ki djabeł wiódłby drogę wbrew zdrowemu rozsądkowi! Śmiem przypuszczać, że i górale są ludzie! Zejdźmy na dół, a drogę znajdziemy w łożysku strumienia.
Koluś milczał nieprzekonany, lecz nie chciał gniewać rozdrażnionego Pawła.
Zeszli więc i puścili się brzegiem wody wśród wysokich skał. Wąwóz stał się wkrótce tak wązki, iż potok wypełniał go prawie zupełnie. Łoskot wodospadu stawał się coraz wyraźniejszy. Kiedy zniknęły pod wodą ostatnie krawędzie brzegów, Koluś i Paweł musieli iść dalej, skacząc po fosforycznych blaskach zbałwanionych fal, po głazach omszałych, ślizkich i drżących. Droga była nie do przebycia, szczególnie na wiosnę. I tym razem musieli się wrócić.
— Nie trzeba daleko odchodzić od miejsca, gdzie zgubiliśmy drogę... Przenocujemy, a o świcie albo pójdziemy dalej, albo wrócimy... — radził Koluś.
— Pst!... Słyszałeś?... — rzekł Paweł, chwytając mówiącego za rękę.
Utkwili oczy w stromy stok, porosły krzewami, po którym ktoś ostrożnie ku nim się skradał. Gałązki trzeszczały pod jego nogami, kamyki, strącone z pochyłości, leciały na dno wąwozu.
— Niedźwiedź!... — szepnął Paweł. — Ja strzelę pierwszy.
Postąpił krok naprzód i odwiódł kurek. Chociaż to robił, jak mógł, najostrożniej, suchy trzask stali przeniknął szum po-toku. Zwierz, który już był na brzegu zarośli, zatrzymał się, a w chwilę potem słychać było, jak cichutko umykał z powrotem na górę.
— Uciekł!... Dlaczegoś na szmer nie strzelił? — wymawiał z goryczą Koluś.
— Za krótko jestem tutaj, aby stać się szaleńcem! A przytem... nie chciałbym zabić człowieka, lub krowy...
— Człowieka tutaj!...
Mieli wielką ochotę pokłócić się.
— Pluń! pluń! pluń! a będzie ci lepiej... — zaśpiewał wreszcie Paweł i położył rękę na ramieniu towarzysza.
— Jutro się poprawimy. Kozice przegapiliśmy, to prawda, ale uprosimy Piotra, żeby nas poprowadził na niedźwiedzia. Pamiętam, mówił mi, że gdzieś tam blizko jest ich cała rodzina w ja-skini.
Niedaleko miejsca spotkania z niedźwiedziem znajdowała się góra, na której zgubili drogę, więc tu postanowili zanocować. Pod urwiskiem, jak raz, znajdowało się zagłębienie, wysłane warstwą miękkiego piasku i drobnych kamyków, gdzie można było położyć się, nie narażając swych boków. Krzaki łoziny otaczały naturalnym płotem to miejsce, z urwiska żywym dachem spuszczały się nad nimi krzewiny. Nazbierawszy gałęzi i chróstu, rozniecili ogień, a dla rozweselenia chcieli ułożyć duży stos, więc zostawiwszy dubeltówki, wybrali się na poszukiwanie drew. Koluś wdarł się na górę i wkrótce stamtąd rozległo się jego wesołe wołanie.
— Pawle, chodź tutaj! Znalazłem nieprzebrane kopalnie.
I rzucił z trzaskiem na dół ogromną kłodę drzewa.
— A widzisz, mówiłem ci, że las stąd niedaleko... — rzekł Koluś.
— A jakże...jest, tylko gdzie?... — bronił się Paweł.
Wspólnemi siłami zaczęli zrzucać na dół pnie i wykroty, które, tocząc się, łamały po drodze krzewy i porywały z sobą kamienie, i takim łoskotem napełniały powietrze, że głuszyły ryk wodospadu. Kiedy buchnął płomień wielkiego stosu, cały wąwóz w czarodziejskiej wystąpił postaci. Wśród szczerbatych zrębów zatańczyły purpurowe blaski, wznosząc się aż do samych wierzchołków, gdzie nad krawędzią zwieszały się drzewa i krzewy, zdrobniałe do rozmiarów trawy, wskutek odległości, i na tle ciemnego nieba, usianego gwiazdami, to pojawiały się, to znikały, jak mary. Myśliwi zadumani siedzieli u ognia, a sylwetki ich niepewne, blade na tle czerwonego ogniska, odbijały się w ciemnej wodzie, szybko mknącego potoku.
— Jak w operze, odezwał się Paweł.
— Lepiej, niż w operze.
— »Kwiaty, powiedzcie jej, że kocham ją...« — próbował zanucić Koluś, lecz urwał i spojrzał nieśmiało na towarzysza.
— Nasz niedźwiedź zażywa strachu — roześmiał się Paweł po chwili, gdy kamienie od żaru ogniska z hukiem pękać zaczęły.
— Ucieka pewnie, stuliwszy uszy, a jeśli dożyje, to przyjdzie tu za dni parę. Będzie parskał na popiół i skakał z przestrachu wśród jego tumanów.
— Czy widziałeś kiedy?... Jakiś ty, Pawle szczęśliwy, jak ty wiele widziałeś!...
— Szczęśliwy?... Niebardzo... A ty?
— Ja?... Siedzę w tej kolonii, przecież tu urodziłem się... muszę wciąż pracować... kruszyny świata nie widziałem... Skądże mam być szczęśliwy...
— Boś kędzierzawy! — w zamyśleniu powiedział Paweł.
Koluś rozśmiał się.
— Kędzierzawy?... Ach, rozumiem!... Wszak to dziś powiedziała mi mama... A ty wszystko pamiętasz!... Wiesz co! na przyszłą jesień po robotach w polu pójdziemy w góry. Na trzy tygodnie, na miesiąc puścimy się... Kociołek, proch, śrót, pled przez ramię i marsz!... Boskie są w górach kąty! głuche, dzikie!...
— Za rok, kto wie, gdzie będę!...
Zamyślił się i nie odpowiadał więcej na pytania towarzysza.
— Nie smuć się! — rzekł wreszcie tenże. — Pamiętaj, że jeśli ci »tam« będzie niedobrze, my zawsze przyjmiemy cię z otwartemi rękami. Starzy niech co chcą mówią, ale my młodzi kochamy cię wszyscy.
Paweł położył dłoń swoję na jego dłoni i w milczeniu uścisnął ją zlekka.
Zjedli Chleba ze słoniną na wieczerzę, zapili wodą z potoku i, zawinąwszy się w pled, legli na podścioła ze świeżych gałązek.
Jeszcze gwiazdy świeciły się na niebie, gdy Paweł zerwał się i usiadł. Ogień zgasł, pled zwilgotniał, od skał wiało chłodem. Duże krople rosy ściekały z listków, zwieszającej się nad nimi
wikliny.
świtanie i mgła wypełniły wąwóz mleczną jasnością bez cieni.
— Hej! Wstawaj, chłopcze! Komu w drogę, temu czas!...
Koluś przeciągnął się i ziewnął.
W kwadrans potem już się wdzierali na wierzchołki, słabo zaróżowione od brzasku, nie dziw, że wczoraj zbłądzili! Któż mógł wiedzieć, że droga szła prawie pionowo, jak po szczeblach, po czarnych, zwietrzałych złomach.
— A jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości, że tędy jeździli konno, po nocach zbóje przekradali się na doliny, przewozili zdobycz!... — tryumfująco rzeki Koluś.
Na wierzchołku skały rósł las. Tu natrafili na świeży pomiot niedźwiedzi.
— Tędy wczoraj umykał. A co? pójdziemy za śladem? — zapytał Koluś.
Paweł wstrząsnął przecząco głową. Przedewszystkiem muszą wejść na Szczyt. Drożyna powiodła znowu brzegiem przepaści. Ale Paweł nie doświadczał już trwogi. Czuł owszem, że budzi się w nim żądza niezwykłych wrażeń. Ten uroczy poranek na wyżynach, to powietrze czyste, orzeźwiające, ta dal przejrzysta, a wszystko od-dychające taką świeżością, jak gdyby każden przedmiot z osobna obmywali nocą w rosie gospodarze gór — przejmowało go dziwnem, nieznanem mu dotąd uczuciem.
Obaj, jak dzieci, krzyczeli i, uczepiwszy się gałęzi drzew, zwieszonych nad przepaścią, spoglądali w dół, gdzie w szczelinach po stopniach kamienistych z hukiem toczyły się wodospady, przelewał się rozszalały wrzątek, kipiały piany i tuman perlistego kurzu, w którym pływały szmaty tęczy tam, gdzie musnęło go słońce. A potok — z pod tęczy, z pod słońca uciekał z rykiem, jękiem, z tętentem, z zaciekłością taką, że drżały w posadach swych urwiska. Niekiedy tworzył baseny turkusowe przejrzyste, gdzie białość skał i głębia wody łączyły się w cudownych półtonach, i gdzie — panowała cisza. I tylko daleko, w głębi huczała kolumna spadającej wody, leciały od niej bryzgi. Potok płynął tu bez szmeru, nieporuszony prądami wód, jego zasilających łożysko; płynął spokojny, odbijając w sobie ze skał zwieszające się dęby i buki, wystające urwiska i pęki promieni słonecznych. A tam dalej znowu nagle, niespodzianie przeginały się wody poza zrąb urwiska i nadmiar ich leciał z wściekłością, z rykiem roztrącał się o skały i białą pokrywał się pianą.
— Ot, gdzie kąpały się niegdyś nimfy i najady! — rzekł Paweł.
— Dobre to, ale znowu nam grozi, że czasu dużo zmarnujemy i na kozy nie zdążymy — rzekł Koluś.
Przyspieszyli więc kroku i tylko raz jeden zatrzymali się, gdy rozstąpiły się przed nimi góry, a w dali zamajaczyło morze. Pozo-stawało im jeszcze jedno przejście trudne, strome i ślizkie, a byli bardzo zmęczeni, bo słońce piekło niemiłosiernie; więc przechodząc przez dębowy gaj, zdjęli kapelusze z głów pałających. Dróżkę przecinał maleńki strumyczek, ale wody w nim było tak mało, że napić się nie było podobna, aż Koluś odszukał wgłębienie, gdzie zebrało się jej trochę. Nachylił się i chciał zaczerpnąć, ale w tejże chwili cofnął się, wydając okrzyk:
— Patrz, jakie caca!
Na kępie, tuż około wody, w gniazdku z ziół, zwinąwszy się w kłębek, leżała żmija. Noc tu widać spędziła, gdyż krople rosy pokrywały jej grzbiet pręgowany, a łebek wieńczyły ździebełka trawy. Otworzyła paszczę i podniosła się z gniewnem syczeniem. Koluś kolbą dubeltówki odrzucił ją daleko i przypadł chciwie do zdroju. Paweł odwrócił się z obrzydzeniem i czekał na towarzysza.
Z za krzewów widniał już dach domu — cel ich wędrówki. Wszędzie dawały się dostrzegać ślady człowieka. W leszczynie ścieżki rozbiegały się na wszystkie strony, a tam, gdzie z pod głazu wypływało źródełko, ciągnął się szereg dużych, z sobą połączonych koryt z nieciosanych pni dębowych, w których zbierała się jego woda. U koryta stała dziewczyna z wiadrami. Słońce oświecało jej smukłą postać w białej, z ukraińska wyszytej koszuli, w ciemnej bez stanika spódnicy i w górskich trzewikach na bosych nogach. Nabrawszy wody, postawiła obok naczynia na ziemi, poprawiła na plecach nosidła, zahaczyła i podniosła je w górę. W tej samej chwili od domu nadbiegły dwa żółte psy i, szczekając, rzuciły się w zarośla. Dziewczyna zatrzymała się i popatrzyła ze zdziwieniem za nimi.
Z za krzaków wyszedł Koluś.
— A to jak!... Tak rano!... Sam jeden!... Chodźcie prędzej!... — witała go radośnie, lecz uśmiech znikł z jej twarzy, skoro za nim zobaczyła Pawła.
— Pan!... witajcie!... Idźcie do domu... ja zaraz...
Postawiła wiadra i nieznacznie opuściła podkasaną spódniczkę, a widząc, że tamci nie ruszają się z miejsca, poszła przodem.
— Nocowaliśmy pod skałą — zaczął Koluś.
— A zatem wyszliście wczoraj... Więc zbiór winogron skończony... Cóż słychać na kolonii? mówcie!... Cóż dzieci?... Zaczęliście już w szkole wykłady?... Podobno ty, Kolusiu, będziesz uczył w tym roku!... Czyście się już przenieśli do nowego domu? Jak zdrowie Kasi?... A ty co porabiasz?... Co wszyscy?... Jakże już dawno nie widziałam nikogo!... Stęskniłam się do was!... Zmężniałeś, opaliłeś się!... Mówże!... nieznośny chłopcze!
— Kiedy mi nie dajesz!
Zwolna zbliżali się ku domowi. Tam już dostrzeżono gości. Dwóch mężczyzn, siedzących na ziemi, przy rozebranym pługu, podniosło się za ich zbliżeniem. Jeden z nich, wysoki, barczysty brunet, w wypłowiałym mundurze urzędnika, trzymał w ręku błyszczący lemiesz; drugi, smukły blondyn, w domowej bekieszy, machał niedbale młoteczkiem. Wyglądali jak studenci, ale ruchy mieli powolne, a ręce spracowane, jak chłopi.
— Jakiem losu zrządzeniem... na Szczycie?!
— Ot, tak... zapolować!... Paweł chciał jeszcze przed odjazdem wasze gniazdo obejrzeć.
— Orle gniazdo!... — zaśmiał się blondyn.
— Przyszliśmy krótszą drogą... przez szczeliny! A bylibyśmy już wczoraj, gdyby nie wypadek... Najprzód Grzegórz marudził... a w nocy zbłądziliśmy na skałach... Nocleg był boski, ale... bez śniadania!
— Wybornie! Właśnie herbata gotowa... Panno Marjo, może u pani przyjmiemy gości... w naszym salonie! — zapytał brunet i rzucił lemiesz na ziemię.
»Orle gniazdo« składało się z dwóch niewielkich szałasów, na prędce z desek skleconych, przykrytych słomą i darnią. Z dachu jednego sterczała rura żelaznego piecyka, a wejście zamykały nizkie drzwi na zardzewiałych zawiasach. Był to właśnie ów »salon.« Drugi szałas nie miał pieca ani drzwi. Przed szałasami tliło się ognisko, pełne popiołu i stał piec z gliny do pieczenia chleba.
Marya, postawiła wiadra i, wyprzedzając gości, weszła do wnętrza. Po chwili i oni poszli za nią. Na dworze pozostał tylko Koluś i jasnowłosy Stefek.
— Czy nowa? — spytał Stefan, biorąc dubeltówkę.
— Tak!... Ta, co niedawno przysłali.
Zaczęli oglądać ją, jak znawcy.
Marya tymczasem pokrajała chleb i nalała herbatę. Paweł uważnie przyglądał się otoczeniu. I na kolonii panowała spartańska prostota obyczajów, ale tu ta prostota graniczyła z nędzą. Było ciemno, wilgotno; powietrze było przesiąknięte zapachem ziemi, zgniłej słomy i ludzkiego potu. Przez szerokie szpary w ścianach i dachu wesoło zaglądało słońce, ale gdy padał deszcz, pewnie lało się do wnętrza, i wiatr dął niemiłosiernie. Ściana tuż nad pościelą była dziurawa; a sama pościel, pożal się Boże, składała się z wązkiej ławy, zasłanej skromnie grubą wełnianą kołdrą. Przed ławą stał stół, z gruba ciosany, na słupach, wkopanych w ziemię, w kącie wory z mąką, narzędzia rolnicze i zapas dzikich jabłek i gruszek suszonych. Jedynem upiększeniem było małe lusterko, zawieszone nad posłaniem, półka z książkami i duży bukiet kwiatów alpejskich na stole. Samej gosposi nie brakowało urody, szczególniej teraz, gdy oczy jej stały się prawie czarne od wzruszenia, a ogorzałą twarzyczkę oblał rumieniec. Paweł patrzał na nią, na otoczenie, wzruszał ramionami i żal niewysłowiony ściskał mu serce.
— Zawołaj ich, Piotrze! — zwróciła się do bruneta, gdy wszystko było już gotowe. Dotychczas nie wymówiła słowa, nie spojrzała na Pawła, choć wciąż czuła na sobie jego badawcze spojrzenia. Piotr krzyknął na młodzież. Przy herbacie rozmowa stała się ogólna.
— Spodziewaliśmy się, że zaprowadzicie nas na polowanie; inaczej nie warto było przychodzić!... — dowodził Koluś.
— To trzeba obgadać... Właśnie chcieliśmy skorzystać z chłodu i orać, bo jest wiatr, i lęka-my się, że ziemia zaschnie. Deszcz może długo jeszcze nie padać.
— Raz w rok... wówczas, kiedyśmy się nareszcie do was wybrali, wy nam odmawiacie!... Co tu robić, jeśli nie polować?... Przecie dziś święto!
— Na święta jeszcze nie zarobiliśmy — chmurnie zauważył Piotr.
— Bez waszej pomocy nic się nie sklei... Doprawdy, zgódźcie się!... Taki kawał drogi przyszliśmy... Paweł odjeżdża... Warto mu pokazać, aby pamiętał...
— Istotnie, moglibyście pójść z nimi — wmieszała się Marya.
— Chyba... dla odjeżdżającego!
Piotr w zamyśleniu potarł nos palcem, Stefan czekał, co inni postanowią: orać to orać, a polować — to polować! On dobry towarzysz, zgadza się na wszystko.
— W takim razie — z ożywieniem zaczął Piotr — pójdziemy zaraz po śniadaniu i zobaczymy, czy są u wodospadu ślady kozic. Niedawno były, widziałem. Jeżeli są, to wrócimy do domu, zjemy obiad, ja przygotuję pług na jutro, a wy odpoczniecie, i przed wieczorem siądziemy na czatach w przesmykach. Zgoda? Pójdziemy wszyscy, miejsce upatrzymy i umówimy się, gdzie kto stanie, żeby wieczorem zająć stanowisko bez rozmowy i hałasu. Kozice są nadzwyczaj czujne i łatwo je zestraszyć. Ale do wody mają tylko jedną drogę. Jeżeli przyjdą, zobaczymy je napewno. A jeśli nie, to poprowadzę was na niedźwiedzia... Jednakże polowanie na kozice dużo ciekawsze! Jak one ślicznie zbiegają w przepaść!... doprawdy strzelać żal!... A zatem zgoda!... idziemy!
Młodzież była zachwycona i natychmiast zabrała się do lania kul i robienia patronów. Zaczęli potem strzelać do celu i narobili takiego hałasu, tyle napuścili dymu, że wystraszyli pewnie zwierzynę w całej okolicy.
Marya krzątała się u ogniska. Paweł pozostał w szałasie dziewczyny i przerzucał książkę, wziętą z półki.
— A wracajcie prędko, bo zaraz obiad będzie... — wołała za nimi, gdy gęsiego ruszyli do lasu.
Czas jakiś szli po szerokiej dla wozów utorowanej drodze, potem zawrócili w głąb. Nad nimi buki, dęby, graby, czynary, osina, topole i lipy olbrzymiej grubości i wzrostu łączyły swe konary w zbite sklepienie. Pod drzewami jak puch gaiła się leszczyna, olcha górska i inne krzewy; wszystko tonęło w półświetle zielonem. Nieliczne promienie słoneczne, które się tu dostały, takiż sam miały odcień. Jak złote centki pstrzyły dno lasu, wśród zupełnego spokoju drżały i tańczyły po pniach i liściach za każdem poruszeniem w górze wiatrem kołysanych koron.
Cały stok wyniosłości, po której schodzili w dół, był porosły lasem.
— Przejście miejscami będzie trudne, ale tędy o wiele bliżej... W górach prędko uczysz się stanowczości. Czy nie prawda? — z uśmiechem zwrócił się Piotr do idącego za nim Pawła.
— Jakie on ma ładne oczy i miły uśmiech — pomyślał Paweł.
— Dobrze, że tu niema lian i cierni — odezwał się głośno.
— A tak. Trzymaj się pan... mocno trzymaj... bo tu ślizko — glina!
Pochyłość stała się tak stroma, iż drzewa przestały zasłaniać widnokrąg: dalekie góry zarysowały się po za ich czubami. Idący biegli od pnia do pnia, ślizgali się, pa-dali, chwytali za gałęzie pod ciągłą groźbą oberwania się i stoczenia po pochyłości.
— Jak te olbrzymy mogą utrzymać się na takiej ścianie? — dziwił się głośno Paweł, na chwilę dla wypoczynku opierając się o pień czynara wielkiego i siwego, jak kolumna szarego marmuru.
Piotr spojrzał przyjaźnie na ogromne drzewo.
— Radzę, niech pan się trzyma za gałęzie leszczyny, ot tak — uczył Pawła — i nie prędzej puszczać jedną, aż się chwyci następną!...
Wszyscy tak robili, inaczej nie byłoby można ujść. Broń zwiesili na piersiach, by uchronić ją od uszkodzenia i spuszczali się jeden za drugim, jak po drabinie. Nareszcie zamajaczyły białe skały pod ich stopami — jeden drugi skok i znaleźli się na dnie szczeliny, głęboko wyżłobionej w wapieniu.
Głośnem echem odbiły się ich wesołe okrzyki, tupot nóg i uderzenia kolb o płyty łożyska.
— Cicho!... tu trafiają się dziki... Oj myśliwi! myśliwi!... — upominał ich Piotr.
Na głazach leżała masa orzechów, żołędzi, jagód derenia i innych południowych nieznanych Pawłowi owoców. Gałęzie, z których opadły, zwieszały się ze zrębów nad ich głowami. Pod nogami, gdzieś wśród skalnych rumowisk, sączył się i szemrał strumyczek. Był niewidoczny, ale go zdradzały smugi traw i kwiatów, wyrastających jego śladem. Dno szczeliny wyścielały ogromne płyty, gładko, jak kościelna posadzka, wyszlifowane przez wodę. Nawet zwalonych kłód drzewa było bardzo mało, choć na stokach rósł taki potężny las, wszystko unosiły nagłe górskie powodzie.
— Co tu bywa za robota na wiosnę — wesoło zawołał Piotr — W szczelinie pełno ruchu piany i hałasu!
Wązkim przesmykiem dostali się do szerszego wąwozu, zalanego słońcem. Paweł zdumiał się. Przed nim i zprzodu i ztyłu piętrzył się szereg olbrzymich stopni kamiennych, zupełnie podobnych do tych, po których widział rano spływające kaskady. Lecz tu było sucho; woda tylko miejscami sączyła się ze szpar.
— Którędy pójdziemy?
— Tędy! — w odpowiedzi wskazał Stefek górę.
Paweł spojrzał zaciekawiony, jak to oni wedrą się na zupełnie prostopadłą ścianę. Zrobili to w sposób bardzo prosty. Piotr zaczął wstępować pierwszy, czepiając się za krawędzie i wysterki — za jego przykładem poszli inni. Czasami zwisali tylko na rękach, to znowu pospiesznie bokiem przesuwali się po wąziutkich załomach. Ruch, wspólność niebezpieczeństwa, co chwila składane dowody zręczności i odwagi rozpalały im ogień w źrenicach, na twarzy kładły żywe rumieńce. Każdy z nich troskał się więcej o broń, niż o własne nogi; zawieszał ją na piersiach lub przesuwał na plecy w miarę potrzeby, niósł nawet w ręku, byle tylko nie stuknąć lufą o kamień, nie uszkodzić.
Nagle przewodnik znikł im w szparze, wyżłobionej przez wodę na krawędzi urwiska. Paweł zajrzał tam za nim i zobaczył miejsce ciasne, jak studnia, po którem trzeba było wędrować, opierając się kolanami i rękami o przeciwne ściany. W samem wcięciu woda płynęła nikłym strumieniem, boki były wilgotne, omszone, ale innego przejścia nie było. Wody podmyły urwisko, ściany jego pochyliły się naprzód, a po bokach sterczały zupełnie gładkie skały. Nie było więc wyboru. Zresztą nie namyślali się nawet. Wesoło, jak górnicy w szybie, zaczęli się spuszczać, a choć woda moczyła im odzież, zalewała twarz i ręce, gotowi byli żartować i śmiać się. Powstrzymywały ich tylko tajemnicze okrzyki Piotra.
— Ciszej!... Cicho! mówię.
Naraz Piotr zeskoczył i znikł za zrębem.
— Chodźcie-no!... chodźcie!... tylko cicho... — wołał półgłosem, nachyliwszy się nad małem wgłębieniem, gdzie błyszczała woda i żółcił się pasek gliny.
— Patrzcie! były dziś rano!
Wszyscy nachylili się, by lepiej obejrzeć wązki odcisk koziej nóżki.
— Kozice!
— Nie, kozice tędy schodzą... tym »jarekiem«.
Piotr wskazał im dzikie strome wąwozisko, zbiegające pod kątem do głównego przesmyku.
— Chodźmy!... Trzeba miejsce obejrzeć... Tylko nie ważyć mi się stukać!
Trochę dalej »jarek« rozszerzał się i tworzył kotlinę o prostopadłych ścianach. W ścianie przeciwległej na wysokości dziesięciu sążni widać było otwór, jak brama wyrzeźbiony przez wody. Biała, poszczerbiona masa wapienia wyginała się, tworząc występ w kształcie balkonu, po za którym w głębi ukazywały się jeszcze dziksze, jeszcze bardziej spiętrzone skały.
— Ach, gdyby tu wyszedł!... Co za strzał!... — błagalnie wyszeptał Koluś.
— Tędy też one chodzą. Zabiłem tu jednego.
— Skaczą?... Z takiej wysokości?...
— O nie! Tu mają swoją drożynę, po której i my pójdziemy.
Piotr wprowadził ich na ścieżkę pod skałą, z którą w porównaniu »zbójnicki szlak« wydał się Pawłowi torowym gościńcem. Najtrudniejsza była jednak prze-prawa w samych już wrotach u węgła skały, który trzeba było objąć rękami i, nie patrząc, przeskoczyć z krawędzi na krawędź.
— Odrazu zrozumiałem szczyty — zaśmiał się Paweł, stanąwszy na przeciwnej stronie. — Ciekawym tylko, jak tu będziem przechodzili w nocy.
Następne wydrążenie »jareku« przedstawiało podobną do poprzedniej kotlinę, tylko boki jej nie były już tak strome i nie z jednolitej składały się skały, lecz tworzyły kamienne osypisko. Za-mykała ją składka górska, ciemnym wężykiem pnąca się na szczyt, pokryty śniegiem. Gdzie okiem rzucić, głazy szare, czerwone i czarne, mchy, liszaje, nikłe trawy, a po nad tem wszystkiem wązki pas ciemnego boru na zrębie; wyżej zaś jeszcze jasne i ciepłe niebiosa.
— Tu siądziemy. Jeżeli się dobrze sprawimy, całe stado do kotliny, jak w pułapkę wpadnie. Można ani jednej nie wypuścić... Do wody zbiegają pić po prawej stronie: pamiętajcie, po prawej!... Wieczorem ani słowa wam nie powiem. A teraz marsz do domu!... Tyle tylko mamy czasu, żeby zjeść obiad i wracać!

∗             ∗

Nie znaleźli Maryi na podwórzu, więc korzystając z jej nieobecności, pozdejmowali przemoczone kurtki oraz bluzy i porozwieszali, aby wyschły; sami zaś schronili się do wązkiego szałasu i wyciągnęli na ławach. Tylko Paweł pozostał u ogniska.
Ogień ledwie się tlił; w przykrytych skrawkami blachy garnczkach coś syczało i bulgotało zlekka; na popiele znać było ślady lekkich dotknięć, na ścieżce odciski niedużych, bosych nóg. Z gaju dolatywał trzask łamiących się gałęzi i czyjeś wołanie. Paweł wstał i zwolna skierował się w tę stronę. Marya dostrzegła go zdała i coprędzej wypędziła bydło z zarośli. Młody człowiek zatrzymał się. Rozpierzchłe na jego widok krowy zwróciły ku niemu wystraszone łby, źrebię, jak pies, idące za dziewczyną, pobiegło i bez ceremonii zaczęło obwąchiwać mu kieszenie i skubać za odzież. Paweł pogładził je machinalnie, nie spuszczając z dziewczyny pytających oczu. Ona przeszła mimo niego, kręcąc w ręku gałązką.
— Panno Maryo!... Czy pani istotnie nie chce?... Pani nie słucha...
— Owszem, słyszę!... Wróciliście wszyscy?... Czy znaleźliście kozice?... może na niedźwiedzia wybierzecie się?... Jak się panu podobały szczeliny?... Prawda, tam ładnie... Dotychczas nie byłam tam, a przecież to tak blizko!... Zawsze brak czasu... roboty tyle!... Niedługo przyjdą cieśle dom mieszkalny budować, a z nimi powiększy się liczba stołowników... Moich muszę też obszyć, wydarli się ze wszystkiego... Trzeba owoców na zimę nasuszyć, orzechów nazbierać, a ja tu jestem sama... Rąk nam bardzo trzeba... Te drobiazgi takie na pozór błahe, a tak jednak ważne, tam szczególniej, gdzie z niczego coś ma powstać...
— Panno Maryo, w tych dniach odjeżdżam...
— Słyszałam. Niech pan z łaski swojej zawoła ich na obiad...
— Paweł popatrzył na nią długo i odrzucił daleko listek trzy-many w ręku.
Po chwili z szałasu jeden za drugim wyszli: Piotr, Koluś i Stefek, odziawszy się przyzwoicie i przygładziwszy rozczochrane czupryny. Obiad podano pod rozłożystym dębem. Kasza jęczmienna ze słoniną wydała im się przedziwną po odbytej przechadzce. Herbaty wypili niezliczoną ilość szklanek. Ale przez cały czas milczeli wszyscy z wyjątkiem Maryi, która rozpytywała Kolusia o szczegóły życia na kolonii. W końcu zabrała go do szałasu, aby mu coś pokazać; Stefek poszedł z niemi. Piotr milczał, jak zwykle, Paweł w roztargnieniu błądził wzrokiem po okolicy.
— Co pana skłoniło tu zamieszkać? — spytał nagle Piotra.
— Co skłoniło?... Doprawdy nie umiem panu powiedzieć!... Chore sumienie... tak się to podobno nazywa...
Po skończeniu instytutu służył pan na kolei, potem gdzieindziej, a ostatnimi czasy był pan pisarzem gminnym...
— Istotnie... próbowałem tego i owego... ale... nie wytrzymałem... Zawsze robiłem nie to, co trzeba!... Kruszyna pożytku, a moc złego. Strata sił, błąkanie się myśli... rozdwojenie... A zawsze zawsze — ogrom cierpienia, wobec którego czujesz się bezsilnym... znużenie, tęsknota i taki nieraz wstręt do wszystkich tych ludzi słabych, marnych, a najwięcej do samego siebie, że do mysiej schowałbyś się jamy...
Umilkł i twarz odwrócił, a Paweł przypomniał sobie, że słyszał, iż Piotr pił dawniej, nim tu przybył... zapadał na białą gorączkę
— A teraz pan nie tęskni?
— Nie! Nikomu nie zawadzam, nie jestem ciężarem. To szczyt mojej ambicyi!
— Pana ambicyi?! — podkreślił Paweł.
— Tak! — odparł.
Uśmiechnął się i zarumienił lekko. Twarz jego wyrażała prostotę z odcieniem spokojnego, lecz świadomego siebie smutku. Paweł nie wypytywał go więcej. Wróciła też młodzież i zaczęła naglić do pospiechu.
— Lepiej dłużej posiedzieć na miejscu, niż wystraszyć zwierzynę...
— Zapewne... zapewne!...
Puścili się tą samą drogą, ale bez poprzedniego ożywienia i bez przygód. O zachodzie słońca byli już w kotlinie i, nie tracąc czasu, zaczęli drapać się na skały, aby zająć wyznaczone stanowiska. Paweł został na pierwszym wyłomie, gdzie zioła i krzewy tworzyły naturalną kryjówkę. Siadł na samym brzegu otchłani, na pniu drzewa, zwieszonego nad głębią, skąd wybornie widać było kotlinę i wygodnie strzelać. Inni poszli wyżej i kolejno znikali w szparach lub za głazami. Słońce schowało się za góry; szary zmierzch, podnosząc się z dołu, powoli gasił barwne blaski. Rumieniły się już tylko szczyty urwisk, zwrócone do zorzy. W szczelinie panowała cisza, ale na wyżynach słychać było, jak z każdą chwilą potężniał wicher, jak giął i kołysał drzewami, rosnącemi bliżej szczytów.
Paweł zerwał kwiat tulipanu, co z zasypanej ziemią szczerby wysuwał swój kielich ku niemu, i w zadumie podniósł go do ust. Czuł, że mu w duszy coś drży, coś skazane rozmysłem na śmierć, umierać nie chce.
Rój żółtych liści przeleciał nad przepaścią i, kołując, znikł w głębi. Nie, on tak nie odejdzie! Jeszcze raz musi zobaczyć jej twarz wzruszoną i drżące usta, dotknąć ręki i zamienić słów kilka wolnych od wszelkiego przymusu... Teraz będzie najlepiej... Nikt nie zauważy, a i ona nie spodziewa się go... Trzeba zejść, nie strąciwszy kamyka, by nie spłoszyć zwierzyny, nie zwrócić uwagi myśliwych... Wiatr mu sprzyjał: huczał coraz głośniej i zrzucał na dół już nie tylko liście, ale i kamienie. Serce biło mu gwałtownie. Pragnienie było tak silne, że zerwało wszelkie tamy — przestał rozważać. Zsunął się na dół i ostrożnie, jak cień, zaczął się przekradać między skałami. Na trudnych przejściach było mu trochę nieprzyjemnie samemu. Parę razy zabłądził w wąwozach. Raz, gdy kamień wysunął mu się z pod nóg, zawisł wpół ciała nad przepaścią i długo szukał rękami po gładkich płytach, zanim znalazł, o co się zaczepić. W owej chwili zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, jak gdyby ogromna czarna mara powiała nań skrzydłami. Przed oczami jego duszy przemknęły obrazy zalanych słońcem winnic, przesunęły się postacie kolonistów i odżyło wspomnienie pierwszego widzenia z tą dziewczyną, która taką władzę nad nim posiadła. Ale stanąwszy na ziemi twardą nogą, o strachu prędko zapomniał i myślał tylko o tem, żeby nie zbłądzić w ciemności. Gdy doszedł do miejsca, gdzie nadłamana gałąź krzewu oznaczała powrót ścieżyny w górę w las, zmieszał się. Gdybyż choć wietrzyk powiał, możnaby z jego podmuchów wnioskować o kierunku!... Nic, tylko ciemności nieprzebite i martwy spokój, głazy i drzewa... Pod kolumnadą lasu odrazu jak gdyby oczy stracił. Szedł z wyciągniętemi naprzód rękami i łowił gałęzie, które biły go po twarzy, plątały się między nogami, a pojawiały się zawsze z tej strony, z której najmniej się ich spodziewał. Raz w tej przepaścistej ciemności zabłysły nagle zielonawe ogniki; chwycił za broń, gotując się bronić życia, tak mu obecnie drogiego. Był pewien, że to ryś lub jaki inny drapieżnik; ale w miarę jak się zbliżał, ognie gasły, a dalej, wśród traw i liści ujrzał ich rój cały. Były to więc świętojańskie robaczki! I wśród tej wielkiej ciemności zrobiło mu się raźniej. Nie był więc samotny, miał koło siebie stworzenia łagodne i przyjazne. Darł się pod górę przez krzewy, pnie i wykroty, starając się z prostej linii nie zboczyć. Zmęczył się strasznie; pot zalewał mu czoło, nogi odmawiały posłuszeństwa, przysiadł więc na pniu. Ale zerwał się w tej chwili, powstrzymując mimowolny okrzyk radości: był już niedaleko, usłyszał dobrze znane głosy, szczekanie psów. Wahał się jednak, nie był jeszcze pewien: mogło to być skomlenie szakali. Stał więc i czekał z wytężonym słuchem. Głuche, miarowe ujadanie doleciało powtórnie jego uszu... Nie, tak nie skomlą szakale!... A więc nie zbłądził! Zmęczenie uleciało bez śladu... Ruszył raźno przed siebie. Po jakimś czasie światełko osady zamigotało o paręset kroków. Psy ujadały zaciekle. Zawołał na nie, uspokoił i cicho podszedł pod szałas. Przez niedomknięte drzwi zobaczył bukiet kwiatów i lampę zapaloną na stole, a w cieniu na poduszkach — głowę dziewczyny. Trzymała książkę, ale jej nie czytała; oczy utkwione w przestrzeni ścigały inne w myśli powstałe obrazy. Szmer u drzwi zbudził ją z zadumy. Podniosła głowę i usiadła na posłaniu.
— Kto tam? Pan?! Pan?...
— Tak, ja! Pani mię cały czas unikała, ale bądź co bądź musi mię Pani wysłuchać. Kocham Panią i mam mocą tego na to prawo. Zresztą... za dwa dni wyjeżdżam i... już się to nie powtórzy.
Milczała, spuściwszy oczy. Paweł popatrzał na nią i usiadł naprzeciw niej na niziutkim stołeczku.
— Oni tu zaraz przyjdą — rzekł głosem osłabłym — a mam tyle do powiedzenia... Ostatni raz... ostatni raz... Zniknie Pani... zniknie...
— Dla czego Pan odjeżdża? — spytała, podnosząc nań drżące powieki. — Przecież odeszłam, aby nie przeszkadzać...
— Owszem, odjeżdżam dlatego, że odeszłaś... Łudziłem się, że i Ciebie wyrwę stąd, powiodę napowrót w rzucony świat.. Duszno mi, ciasno wśród was... Brak mi... litości i ofiary. Bo to co wy uważacie za ofiarę, to zrzeczenie się wygód, ciężka praca fizyczna, jest niczem dla mnie, jest narkotykiem, którym każdy pijak tłumi swoje sumienie. Już nieraz mówiliśmy o tem z Panią...
— I znów odpowiem Panu to samo. Przedewszystkiem trzeba poprawę zacząć od siebie, od tego, aby nie żyć z cudzej pracy...
Paweł zmarszczył brwi.
— Wiem, wiem... słyszałem. Ale wy mylicie się, przypuszczając, że teraz pracując na roli i własnemi rękami dobywając wszystko potrzebne do życia, nie korzystacie z cudzej pracy... Tylko pierwszy człowiek był wolny od tego długu, drugi już korzystał z jego myśli i cierpień... Jesteście kwiatem i owocem warunków, któreście opuścili... Wszystkie nędze i wszystkie wysiłki któreście zostawili tam, wychowały was... Czy przypuszczacie, że nie każdy pragnie być szlachetnym, czystym, dobrym... O, każdy... upewniam was... Tylko nie każdy może... Wyście odeszli od nich z obrzydzeniem dla tego, że kłamią, że dręczą innych, że są samolubni... A są tacy dlatego, że są słabi, ciemni, źle chowani... Łatwo być dobrym na pustyni, łatwo mówić prawdę, gdy nie potrzeba kłamać, łatwo współczuć, gdy życzliwość i miłość nie sprzeciwiają się naszemu istnieniu... Trzeba stworzyć warunki, aby tak było dla wszystkich, aby ludzie pełną piersią wdychali myśli czyste i zdrowe, uprawiali uczucia godne... Trzeba wyprowadzić ich z tych dróg krzywych i błędnych, gdzie co krok trzeba popełnić albo nikczemność, albo bohaterstwo... Wszystkie te zawikłania musi ktoś rozplątać... Wy z waszych pleców zwalacie na inne, często słabsze i mniej godne... A przecież każde zwycięstwo ułatwia następne, zmniejsza ciężar przygniatający ludzkość, z każdym okrzykiem szlachetnym krzepicie nadzieje i wiarę w zwątlałych duszach... O wiem, nie tu w górach, lecz i tam wśród ludzi są dusze nadczułe, czy za mało litościwe, które uchodzą od tłumów, gdyż te są cuchnące... Żyją czyści, samotni, zasklepieni w własnej doskonałości i wstręcie do grzechu... A grzech tymczasem tryumfuje, płodzi się, utrwala... Te dziewicze dusze odpychają mię swą wyniosłą zbytkowną schludnością, one dobre co najwyżej na niańki ludzkości, ale przyszłość należy do duchów twórczych... Upodobaniem należę do tych ostatnich; będę orał wśród błota, z którego wyszedłem, będę go osuszał, zasiewał, aż zakwitnie tam dla wszystkich ogród uroczej powszechnej miłości, jaki dzięki wam poznałem...
— Prędzej bagniste wyziewy zgubią Cię! — odrzekła z boleścią.
— Niech zgubią! Nie mogę pozostać. Wszędzie jak cień, idą za mną tłumy ciemne, występne, opłakane... Muszę być z niemi, z niemi cierpieć i walczyć...
— Ale jak?... ale jak?... Nie widzę innej drogi, jak odejść i na uboczu zacząć życie na innych zasadach. Tam wszystko rozbije się o tysiące drobnych przeszkód... Na tych drobiazgach zużywają się siły, uchodzi czas... Zawsze półśrodki, pół-prawdy, pół-uczucia... Wszystko pół gnije, a pół butwieje w przeszłości... Liczmany zamiast rzeczywistych zjawisk... Wieczna tęsknota do całolitości, do szczerej, głębokiej bezwzględnej prawdy... Nie, nie zniosłabym pomroku... Słuchaj: po co przyszedłeś i po co mi to znów wszystko mówiłeś?... Chcesz poświęcić się dla tłumów, więc musisz być wolny, musisz być sam... Po coś przyszedł mię dręczyć?...
— Nie wiem, po co przyszedłem! Los skarał mię, że pokochałem Ciebie... Chciałem zobaczyć, napoić oczy, usłyszeć głos Twój, nim ruszę w walkę... Powiedz mi, powiedz... zaklinam Cię... że chwilkę, choć krótką chwilkę... kochałaś mię...
Dziewczyna pobladła, pochyliła się i twarz rękami zakryła.
— Jacyście wy... nie... litościwi... Przecież widzisz, że jeszcze...
Wyciągnął do niej nieśmiało ramiona.
— Nie! za nic! — krzyknęła z przerażeniem i odsunęła się w przeciwny róg stołu.
Paweł siadł na stołeczku i głowę oparł na ręku. Milczeli długo, nie patrząc na siebie. Wkrótce szum wiatru przyniósł im zdała głosy ludzkie. Psy zaczęły ujadać znowu.
— Idą!... zobaczą nas!...
— Więc cóż? czyż wszyscy nie wiedzą?...
— Nie chcę tego!... Na co?...
Paweł wstał, wziął broń i tyłami wymknął się do lasu. Marya zgasiła lampę. Rozmowa wracających myśliwych stawała się coraz wyraźniejszą:
— Pewnie zziąbł, a nie chcąc popsuć nam polowania, powrócił sam do domu... To w jego stylu..
— Ale jeżeli znajdziemy go w domu, to zwymyślam, jak nieboskie stworzenie!
— Wątpię. U Maryni widzicie, niema światła; u nas też się nie świeci!
— Może śpi.
— A jeśli go niema, to nie wiem, co będzie!... Czuję trwogę... Nigdy jeszcze nie byłem tak przerażony, jak na widok tej pustej skały...
— Hej!... hop!... hop!... — dało się słyszeć w ciemnościach.
Idący zatrzymali się.
— Słyszycie?... To on!... hop!... hop!... Paweł!... bywaj!...
Stefek i Koluś chcieli biedz na spotkanie, ale wstrzymał ich Piotr.
— Stać na miejscu!... Jeszcze go bardziej zmylicie!... Stać i krzyczeć!...
— Hop! hop! Pa-weł!... Tu!... bywaj!...
Zatrzeszczał »chmerecz« w pobliżu i ciemna barczysta postać wysunęła się na drogę.
— Coś ty narobił!... Wart jesteś kija!
— Dlaczego odszedłeś, nic nie mówiąc?
— Nic ci się nie stało? Nie stłukłeś się? — troskliwie wypytywał Koluś, biorąc go za ramię.
— O cóż wam chodzi?... Na co tyle hałasu? Ani krwi, ani trupa nie znaleźliście w przepaści, więc można się było domyślić, żem poszedł.
Zaczął niedbale opowiadać im swoje przygody w drodze: jak zbłądził, jak kamień wysunął mu się z pod nóg, jak chciał strzelać do świętojańskich robaczków.
— Niewieleś stracił, żeś poszedł — rzekł Koluś. — Kozice nie przyszły. Piotr mówi, że na zmianę pogody kładą się w złomach.
Tak gwarząc, wrócili do osady i weszli do swego szałasu.
W chwilę później Marya zawołała ich na wieczerzę. Piotra uderzyła niezwykła jej bladość. Siadł chmurny i wcisnął się w kąt. Paweł nerwowo gryzł usta i na nikogo nie patrzał. Koluś, który opowiadał z zapałem wrażenia myśliwskie, spostrzegł wreszcie, że nikt go nie słucha.
— Nam czas pewnie w drogę? — zwrócił się nagle do Pawła.
— A dobrze — odrzekł tenże.
— Nie radzę na taki czas... wiatr... noc. Lepiej zaczekać do świtania — perswadował Stefek.
— O świcie będziemy już w kolonii... a po śniadaniu do roboty!...
— Przeszłego poniedziałku spóźniliśmy się także i stanęliśmy do roboty tylko po południu... Jutroby znowu... Nie, tak nie można... bo to się na innych plecach odbija... — dowodził Koluś.
Nikt im nie przeczył. Paweł poprawiał już odzież, podwiązywał obuwie, ściągał pas. Obejrzeli broń i ruszyli w drogę. Mieszkańcy Szczytu odprowadzili ich aż na brzeg dębowego lasku, skąd widać było morze i śpiące w blasku miesiąca góry.





CZUKCZE




Noc zimna, podbiegunowa wisiała nad okolicą. W dole, ponad ziemią, mąciły ją opary mroźne; w górze, w nieskończoność, rozścielało się niebo żałobne i gwiaździste.
Na schodkach niewielkiego domku, o małych oknach i płaskim dachu, stał mężczyzna z gołą głową i rękoma głęboko zasuniętemi w kieszenie. Bezmyślnym, lecz uporczywym wzrokiem wpatrywał się w południową stronę, skąd po wielu dniach ciemności miało trysnąć pierwsze świtanie. Chwilami zdawało mu się, że tam już świta, że coś drga w bezbrzeżnej pomroce. Ale to tylko kołysały się kapryśne tumany i drżały gwiazdy na widnokręgu; zmęczone oczy zwrócił więc na miasteczko, na którego skraju stał jego domek. Tam w oknach migotały blade światełka, chóry, psów pociągowych ujadały i głucho wyły na rozmaitych podwórzach.
— Och, jak »ciągną« — pomyślał. — Oszaleć można, a tu mróz taki, nikt pewnie nie zajrzy.
Już chciał wejść do izby, gdy doleciał go skrzyp śniegu i od-głos szybkich kroków. Zaczął nadsłuchiwać: kroki zwróciły się na ścieżkę, prowadzącą do niego.
— To ty Józefie?
— Ja... A co? — odpowiedział zdala głos tubalny od mrozu, a w chwilę potem stanął obok niego niewysoki mężczyzna od stóp do głowy w futro odziany.
— Co ty wyrabiasz, głupi chłopcze! Wystajesz w bluzie na takiem zimnie!... Pewne zapalenie płuc...
— Ech, co tam! Rok wcześniej, rok później!...
— Ślicznie! Ale przyznam ci się, Stefku, że nie chciałbym tu umrzeć. Nawet zgnić po ludzku nie można. Wieki trzeba wyleżeć, jak posąg z lodu, a psy będą wyły i wyły...
— Doprawdy, nieznośnie wyją... Jakby coś czuły... dziś szczególnie.
— Pewnie, że czują. Mówiono w mieście, że przykoczowali Czukcze. Właśnie przyszedłem ci powiedzieć... Ale wejdźmy do domu: straszne zimno, takiego jeszcze w tym roku nie było.
Weszli. Stefan rozpalił ogień i zajął się przyrządzaniem herbaty; Józef zrzucił futro i chodził szerokimi krokami po izbie.
— Wiesz co: to wcale dla nas nie błaha nowina!
— Że co?
— Że przyjechali.
— Czukcze?!
— No tak.
Stefan uśmiechnął się.
— Trzeba się z nimi koniecznie zapoznać. Powiadają, że oni mają stosunki handlowe z Ameryką.
— Z kim więc zapoznać się? Z yankesami?!
— Ależ z Czukczami! Wciąż żartujesz. Tymczasem tobie najłatwiej to zrobić. Masz warsztat, ludzie różni przychodzą wciąż do ciebie. Chcesz?... ja namówię kozaka Buzę, żeby ich przyprowadził. Będziesz miał doskonałego tłómacza.
— Owszem, namów kozaka Buzę...
— Ach, nie znoszę tego tonu! Wiecznie się bawisz w zobojętniałego na wszystko lorda. Gdybym miał twoją siłę, zdrowie i zręczność.
— Tobyś miał i moją tęsknotę i moje zobojętnienie.
— Myślisz, że ja nie tęsknię?...
— Ale, nie myślę tego. Bynajmniej: ty masz szczęśliwy charakter, możesz choć trochę rozerwać się książkami, projektami, marzeniem. Ja żyć muszę, muszę się ruszać, odbierać wrażenia, pracować... Inaczej... gasnę, czuję, że zwolna umieram!
Usiedli i, popijając herbatę, przegwarzyli do późnej nocy. Ta późna noc różniła się od ubiegłej ciemności tylko położeniem gwiazd, tęższym mrozem, głośniejszem hukaniem pękającej ziemi, pogasłymi w chatach ogniami i cichszem, bardziej żałosnem psów wyciem.
— Więc pamiętaj, że ci ich przyślę. Oczaruj ich, jak to ty umiesz...
— Dobrze, dobrze... Właśnie mam w reperacyi pozytywkę naczelnika okręgu, to im zagram.
— To będzie uciecha! Wyobrażam sobie: pudełko, co gada! A nie zapomnij kupić im wódki. Buzę też poczęstuj... Będzie nam potrzebny... Nie wiem jeszcze, co przedsięweźmiemy; myśleć nawet o tem nie próbuję, ale czuję, że coś będzie...
— Co ma być?... nic nie będzie. Nawet wódki nie będzie, bo ją wypiją.
— Obrzydliwy pesymisto, wszystko mi zawsze zatrujesz! — krzyknął Józef już w sionce i drzwi za sobą zatrzasnął.
Stefan długo stał pośrodku izby i wsłuchiwał się w jego kroki raźne i szybkie. Uśmiechał się, gdyż lubił, aby mu wymyślano od »pesymistów.«
W parę dni potem, gdy zajęty robotą, siedział przy stole, plecami do drzwi zwrócony, dał się słyszeć z zewnątrz jakiś dziwaczny gwar, tupot, i ktoś nieumiejętnie pociągnął za rzemień, służący za klamkę.
Stefan ciekawie głowę odwrócił; jednocześnie z za drzwi wychyliła się twarz płaska i bronzowa.
— Wejdź już, wejdź!... chatę całkiem wystudzisz... — krzyczał ktoś z głębi sionki.
Stefan poznał głos Buzy.
— Wejdźcie, proszę bardzo.
— Żadnej ogłady! Prawdziwi Czukcze... Ten bo ochrzczony... nazywa się Łopatka, trochę pijak, trochę złodziej, ale dobry chłopak, a ten... tego niech pan nie rusza, to Kituwja... Tego ruszać nie trzeba.
Dzicy stali spokojnie na środku pokoju i rozglądali się ciekawie, ale bez cienia zmieszania. Futrzana odzież, wdziana szerścią na zewnątrz, wisiała na nich ciężko i niezgrabnie. Wydali się Stefanowi bardzo do siebie podobni. Ale Kituwja miał płeć ciemniejszą, a w nieruchomej jego twarzy, we wzniesieniu głowy, w zaciśnięciu ust przebijała kamienna duma, nieledwie wzgarda dla wszystkiego i wszystkich. Tymczasem wązkie, szczelinowe oczka Łopatki chciwie przeglądały półki i dalekie gospodarskie kąty, przyczem szerokie usta rozchyliły mu się z lekka.
— Zdejm czapkę! — syknął nań Buza i łokciem go w bok trącił.
Łopatka śpiesznie ściągnął bermycę, z pod której wyjrzała zwykła czukocka, stożkowata, kanciasta, krótko ostrzyżona głowa.
Kituwja nie miał wcale czapki; jego długie, gęste i zwichrzone włosy podtrzymywał wązki rzemień, przewiązany tuż nad czołem. Podobny rzemień widać było na gołych jego piersiach i szyi w nocnem wycięciu pyżowej kuklanki. Czukcza zmierzył Stefana bystrem spojrzeniem i rzucił towarzyszowi kilka urywanych gardłowych dźwięków.
— A co? czy pan słyszał? — z uśmiechem zauważył Buza — zupełnie renią mają mowę... I wiara ich renia: gdzie te pójdą, oni za nimi... A pan Józef nam powiadał, żeby my przyszli, to my przyszli...
— Dobrze, zaraz wam herbaty dam; a może lepiej wódki?
— Lepiej, panie... wódki. Oni bo herbatę niebardzo szanują.
Aby ich zabawić, Stefan pokazał im magnes, zmusił bić zegar z kukułką. Ta ostatnia miała pewne powodzenie. Łopatce bardzo się nawet podobała, ale wstrzemięźliwe zachowanie się Kituwji mroziło wszystko. Ogień wesoło trzaskał na kominku. Goście pozrzucali futra i rozsiedli się na ławach. Buza raz wraz śmiechem wybuchał, Łopatka cicho się rzechotał, a Kituwja biegał bystreni spojrzeniem z przedmiotu na przedmiot Wreszcie i w jego twarzy coś błysnęło, wydał stłumiony okrzyk i wskazał duży kamień, zamiast ciężaru przywiązany do suszących się żył. Obecni skupili się koło tego kamienia, trącali go, próbowali podnieść wyprostowaną ręką, ale mógł to zrobić tylko Kituwja.
Gdy Stefan podszedł i uczynił to samo, twarz wojownika rozjaśniła się przyjaźnie; powiedział mu: »brat« i ręką z niechcenia przeciągnął po jego ramionach i plecach.
— Chwali pana... pyta, dlaczego nie widuje go nigdy w kole ludzi, koło szynku?
— Powiedz mu, że nie mam czasu, jestem zajęty.
W miarę, jak Buza tłómaczył dzikiemu, twarz jego przybierała wyraz wzgardliwie kamienny.
— Nie wierzy, że pan jest kowalem... i że pomimo to sam naczelnik okręgu pana szanuje... Zupełnie głupi dziki... U nich kto wojownik, to tylko pije i bije się, a resztę uważa za nieszlachetność...
Goście zjedli i wypili sumiennie, co im dano. Na pożegnanie Łopatka powtórzył nieskończoną liczbę razy słowo: »brat, brat.« Gdy wyszli, został po nich przykry zapach źle wyprawnych skór reniferowych i reniferowego zjełczałego tłuszczu.
— Pójdzie o panu teraz sława pośród Czukczów... Nie będzie pan miał spokoju... — mówił Stefanowi w sionce Buza. — Dziękujemy za przyjęcie... Kiedy pan jeszcze przyjść każe?...
— Spytaj pana Józefa!


∗             ∗

— Cóż? byli? — pytał Józef nazajutrz.
— A jakże, byli. Musiałem izbę wietrzyć godzin kilka.
— Nie prosili cię do siebie?
— Nie!
— Bądźmy cierpliwi, zaproszą. Buza mówił mi, że są zachwyceni.
— Sam Buza, zdaje się, najwięcej zachwycony; jadł i pił za trzech.
— A Łopatka?
— Co tam Łopatka!... gdzie wódka, tam Łopatka. Nie ma on pewnie miru.
— Nie trzeba i takimi gardzić... Oni doskonale przygotowują grunt. Za nimi przyjdą inni. Trzeba cierpliwie czekać... Proszę cię, bądź cierpliwy. Już ja to urządzę. Byłem wczoraj u misyonarza, u ojca Panteleja... Uczę się po czukocku. Potrosze może się da co zrobić. Trzeba poznać ich zwyczaje, zbratać się z nimi, pozyskać ich łaski. Nie żałuj im...
— Ależ nie żałuję, tylko... za długo siedzą.
— Ale i my siedzimy tu... za długo.
Znów minęło dni kilka. Czukcze się nie zjawili.
Stefan, mimo pozorną niechęć i niedowierzanie, był tem trochę zaniepokojony i za każdem drzwi skrzypnięciem oglądał się skwapliwie.
Godzina była późna. Tylko co skończył robotę i przez oszczędność zdmuchnąwszy świecę, dumał, wypoczywając przy świetle palącego się na kominie ognia. Uwagę jego zajęły niezwykłe dźwięki, dolatujące ze dworu, jakiś szczególny hałas, ruch. Nagle drzwi jego mieszkania, gwałtownie szarpnięte, otworzyły się i równie szybko zamknęły. Ktoś wpadł do izby i, ciężko dysząc, drzwi przytrzymywał, a ktoś inny silił się je otworzyć. Stefan zdziwiony zerwał się i świecę pospiesznie zapalił. Przy drzwiach stał unurzany w śniegu Czukcza: rękę rzemieniem oplątał, nogę o próg oparł i ciągnął z całych sił ku sobie. Drzwi, targane, chwiały się i drżały. Dziki spojrzał na Stefana, zrobił gest błagalny i pokazał, że nie ma oręża. W sionce rozległo się niecierpliwe tupanie i klątwy, wyrzucane głosem urywanym i chrapliwym, którym towarzyszyły silne uderzenia nogą we drzwi. Stefanowi zdawało się, że głos ten poznaje, że go już słyszał...
— Kto tam? Zaraz przestać dobijać się!... Do kroćset dyabłów! — zaklął wzburzony.
Szarpanie ustało. Czas jakiś jeszcze słychać było mamrotanie ale, gdy w pobliżu rozległy się liczne kroki, nieznajomy wyszedł z sionki. Czukcza rzemień z rąk wypuścił i zwrócił się do Stefana.
— Brat! gem kamakatan — pokazał na siebie — gem noża nie... gem... brat!
Zrobił ruch, jak gdyby padał na ziemię. Oczy mu łagodnie zabłysły, twarz gruba, brzydka, o nozdrzach szerokich i rozdętych, wyrażała wzruszenie i wdzięczność.
— Brat! Anoaj! Anoaj!
Podszedł do komina i zaczął swą kuklankę otrzepywać ze śniegu. Miał go pełno w futrze, we włosach, w uszach, na gołej szyi. Wzdrygając się, pokazał Stefanowi, że mu mokro, że woda pod odzieżą spływa mu po gołem ciele. Zaczął udawać, że drży, że umiera — Stefan doskonale wiedział, że w tak straszne zimno, nawet Czukcza zmarznie w wilgotnej odzieży. Domyślił się, o co chodzi dzikiemu, i głową kiwnął. »Gem kamakatan« uśmiechnął się i zaczął rozbierać się szybko. Po chwili wypłynął z rozsznurowanych futer goły, jak posąg grecki. Stefan patrzał ciekawie, co dalej będzie. Czukcza spokojnie rozwiesił odzież przed ogniem, potem obejrzał się, spostrzegł przygotowane do snu łóżko Stefana, skoczył radośnie i zniknął pod kołdrą... Wszystko to zrobił tak zręcznie, niespodzianie i szybko, że Stefan nie mógł się wstrzymać od głośnego śmiechu. Czukcza raz jeszcze głowę z pod kołdry wysunął i powtórzył uprzejmie:
— Brat... brat!


∗             ∗

— A co... był? — spytał Józef, wchodząc o zwykłej porze.
— Nawet jest.
Stefan opowiedział towarzyszowi całą dziwaczną przygodę.
— Świetnie!... Świetnie!... Zaczyna się... — powtarzał tamten, stąpając na palcach.
— Nic świetnego! Wolałbym, żeby spał w twojej pościeli. Minę ma taką, jakby się nigdy nie mył i nie czesał. Gdybyż choć włosy strzygł, ale jak na złość, ma długie, jak Kituwja.
— To nic, są to już zawsze bliższe stosunki. Pokaż mi go! A włosy ma długie, tem lepiej, jest więc znakomitością, wojownikiem! Czy nazwisko powiedział ci?
— Powiedział... Dziwaczne jakieś... Gemkamaka... zdaje się.
Podeszli ostrożnie ze świecą w ręku do posłania, gdzie miedziana twarz dzikiego, w aureoli długich skołtunionych włosów, spała na białej europejskiej poduszce. Nagle powieki śpiącego zadrżały, i oczy otworzyły się szeroko. Chwilę patrzał zdumiony na stojących nad nim ludzi, poczem zerwał się, ręką dokoła siebie pomacał i nagie ramiona rozpaczliwym ruchem przed siebie wyciągnął.
— Brat... brat! — szeptał — Anoaj!
— Brat! — powtórzył pośpiesznie Stefan i łagodnie dotknął jego ciała.
Uśmiech dziecięcy rozjaśnił twarz dzikiego, żwawo wyskoczył z pod kołdry i ruszył po ubranie.
— Świetny egzemplarz... pyszny samiec — zachwycał się Józef.
Uderzył go pieszczotliwie po gołych plecach, a gdy ten drgnąwszy, chyżo, jak na osi, obrócił się przodem do niego, zaczął mu wygłaszać cały słowniczek czukockich wyrazów, które już był umiał. »Gem-kamaka« niewiele pewnie rozumiał z tej tyrady bez związku, ale każde słowo powtarzał, śmiejąc się; ponieważ zaś ubranie jeszcze nie wyschło, usiadł, jak był, przy stole, gdzie przyjaciele pili herbatę, zabrał się także do jedzenia, przyczem gadał coś wciąż bez końca w swem reniem narzeczu, ukazując białe, duże zęby w szczerym uśmiechu. Przed odejściem znowu rękę z wyrazem wdzięczności na ramieniu Stefana położył, powiedział: »brat!« i obiecał, że przyprowadzi do niego i matkę i ojca i żonę.
— I Buzę przyprowadź, i Łopatkę, i Kituwję.
Twarz Czukczy spochmurniała na chwilę.
— Dobrze... i Buzę i Łopatkę. Będziemy wódkę pić... — rzekł w miejscowym rosyjsko-czukockim żargonie.
— Będziemy wódkę pić.
Po jego odejściu Józef rzucił się na szyję Stefanowi.
— Pysznie, wyśmienicie!... Już czuję się prawie na okręcie.
Upłynęło sporo czasu. Różowe brzaski zaczęły przerywać jednolitość nocy, a o Czukczach nic słychać nie było. Owszem wydało się Stefanowi, że ci, którzy bywają w mieście, unikają go. Spotkany Kituwja nie podszedł do niego, nie kiwnął mu nawet głową, choć widział go doskonale, ba, nawet wyzywająco spojrzał mu w oczy. Łopatka również w bok skręcał, gdy go spostrzegł na ulicy. »Gem-kamatakan« przepadł bez wieści; Buza udawał, czy też istotnie nic o nim nie wiedział.
— Gem-kama... powiadasz?... To nawet nie imię, a takie sobie nic. Wiem wszystkie słowa czukockie, a tego nie słyszałem... Chyba kargaul był — tłómaczył się przed Józefem, gdy ten go wypytywał.
— Co to kargaul?
— Są takie dzikie, co bez wiary, bez władzy żyją... Na samym dziobie przylądka mieszkają... Słowem: zbóje! Kiedy się tylko dowiem, przywlokę tego Giemka, niech pan będzie spokojny... A po co on chodził do panów?
— Po co chodził? Tak sobie chodził...
Buza spojrzał nań podejrzliwie.
— Bo to Czukcze gadają, że pan Stefan razem z drugim Czukczą pobili Kituwję... A tylko tamten Czukcza nie Gemkam się zwał, a Otowaka... Kituwję bardzo tu okoliczni Czukcze szanują, boją się go. Powiadają, że on prawdziwy Czukcza... wojownik. Oni są dzicy, ale mają swoje obejścia. To nie Jakuci.
— Ależ nieprawda! Nic podobnego nie było. Spytaj się Kituwji?
— Żeby mię pchnął! Jeszcze czego? Jego nietylko się o to pytać nie można, ale nawet pokazać, że się wie... Mnie Łopatka gadał...
— A gdzie szukać ciebie, gdybyś był nam potrzebny?
— Wiadomo gdzie... Najlepiej w szynku. Bo teraz z Czukczami rozmaite sprawy, więc tłómaczę, a u nich bez wódki ani rusz...
Jeszcze upłynęło dni kilka. Nagle stała się rzecz niezwykła, ukazało się widowisko, które oglądać wyszli prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka. Na dwóch »nartach«, zaprzężonych we dwie pary rosłych, spaśnych renów, podjechała w cwał przed domek Stefana gromada odświętnie wystrojonych Czukczów. Stefan wyszedł na ich spotkanie na schody. Pierwszy wystąpił stary Czukcza, ubrany w kosztowną »dochę« z czarnych myszy, kunsztownie haftowaną i obszytą bobrami. Szedł, wspierając się zlekka rękoma na barkach synów, którzy pochyleni podtrzymywali nogi jego u kostek i z szacunkiem stawiali je na stopniach schodów; za nimi postępował dziewięcioletni wyrostek z gołą gładko ostrzyżoną głową, dalej szły dwie osoby małe, ruchliwe i bardzo zabawne. Jedna miała na sobie także »dochę« z czarnych myszy, ale gorszą; druga nie miała zupełnie zwierzchniej odzieży. Zaszyta w futrzaną, obcisłą, jednolitą powłokę, wyglądała, jak zbiegły z lasu krasnoludek. Po warkoczach, w których brzęczały srebrne ozdoby, po zawiązanych nad czołem jedwabnych malinowych chustkach, Stefan poznał, że to są damy. Obie były utatuowane, starsza miała na czole i policzkach linie błękitne, wężowe, wyszyte jedwabiem, młodsza — głębokie szramy wzdłuż nosa i na podbródku. Postać jej nie pozbawiona była wdzięku; wysmukła, miała ruchy zgrabne, oczy, jak na Czukczankę, dość duże, twarz wyrażała pewne zamyślenie. Ogólne wrażenie psuł lękliwy ruch poza siebie.
— A co, są! — krzyknął, wpadając za gośćmi Józef. — Przyjmij ich jakkolwiek, a ja zaraz sprowadzę Buzę.
— Anoaj! Anoaj! — witali gospodarzy Czukcze.
Gości przybyło za dużo, żeby wszystkich na ławach pomieścić. Stefan wyciągnął z kąta skóry, rozesłał je na podłodze, a dzicy rozsiedli się na nich kołem na środku pokoju i zaczęli gwarzyć. Jeden z synów starego, ten, co u Stefana odzież suszył, opowiadał widocznie o zdarzeniu; nie pierwszy raz pewnie to robił, ale wszyscy słuchali go uważnie, przychylnie pochrząkując i ciekawie spoglądając na łóżko; młodsza kobieta skoczyła nawet i zajrzała pod kołdrę. Wszyscy wybuchnęli śmiechem; w tej chwili malec powiedział coś bardzo głośno i palcem pokazał bijący zegar. Zjawienie się w otworze zegaru kukułki, jej ruchy i kukanie, ogromne zrobiły wrażenie. Dzicy zerwali się, otoczyli zegar i kłaniali się w takt kukaniu, a gdy drzwiczki za ptaszkiem zamknęły się z trzaskiem, odskoczyli daleko od ściany, pełni przestrachu.
Wszystko skończyło się głośnym śmiechem.
Kilka poważnych słów starego uciszyło natychmiast wesołość.
Nakoniec zjawił się Buza, Łopatka i Józef.
— A co?... mówiłem! Otowaka, a nie żaden Gemka. Pewnie nawet nie Gemka... — mówił — a Gem-kamatakan... co znaczy po czukocku, niby... jestem chory... kiedy o sobie chcę powiedzieć, że mię pokrzywdzili, że nie mogę... Widzi pan, że to co innego!... A że stary Otowaka sam do pana przyjechał, to wielka cześć... Dumny i pierwszy bogacz na przylądku... pierwszy bogacz... Poszczęściło się wam!
Mówiąc to, usiadł w kole Czukczów, a Łopatka za nim trochę dalej. Józef pomagał Stefanowi gotować mięso na ucztę, nastawiać samowar. Posłali po wódkę.
— Wielce szanowny człowiek. Ma niezliczoną liczbę renów. Trzy żony w trzech rozmaitych miejscach... Ma sześciu synów — zachwycał się Buza, zapalając w miarę, jak znikała wódka i jadło. — Poszczęściło się panom! On panów nagrodzi, uszanuje... Tylko jedźcie do niego. Futer drogich daruje... nawet córkę da każdemu... A ładną ma córkę... widziałem ją w mieście, kiedy przejeżdżali kupą w święto... Bo oni, Otowaki, ludzie z daleka, więc kupą jeżdżą. On o coś pewnie pana chce prosić, bo pytał, czy pan dobry kowal, czy złożyć może zamorską rozśrubowaną broń. Im zawsze Amerykany rozśrubowane sprzedają bronie, to kurka niema, to cyngla. Więc mu powiedziałem, że pan ma złote palce, że pana nawet sam naczelnik okręgu szanuje. Bardzo słuchał stary. Pewnie zechce panu co podarować. Niech pan bierze, bo z tego wielka bywa obraza.
Stefan pokazał gościom magnes, zegar z kukułką i inne dziwy zamorskie, którymi zwykł był bawić krajowców. Radość dzikich nie miała granic. Szczególnie zajęła ich igła, która biegła za magnesem po gładkim stole, a następnie przy zmianie bieguna, uciekała pośpiesznie. Wesołość dosięgła zenitu, gdy niespodzianie zagrała nakręcona przez Józefa pozytywka. Nizko zwiesili głowy nad pudełkiem, przykładali do niego uszy, wsuwali nosy, wreszcie zaczęli chrząkać, przytupywać miarowo i w wolnym poruszać się tańcu. Oczy im się śmiały, twarze świeciły od tłuszczu i potu.
— Phi! Uciecha!... Podskocz sobie, Łopatka, co najzgrabniej! — zachwycał się rozigrany Buza i ciągnął dobrze już podpitego Czukczę za rękaw.
Wtem drzwi się szeroko otworzyły i na progu stanął Kituwja. Józef podszedł do niego radośnie, ale Czukcza nie ruszył się z miejsca, nie powiedział na powitanie zwykłego »anoaj«, przymknął drzwi za sobą i, oparłszy się o framugę, jedną rękę obronnie przed siebie wystawił, drugą na kark założył. Włosy mu się jeżyły z pod rzemiennej opaski, oczy płonęły krwawym, wilczym ogniem.
Na jego widok kółko bawiących się na środku pokoju zamilkło i znieruchomiało; stary popatrzał posępnie na śmiałka, młodzież pochyliła się naprzód, jak do skoku, kobiety szeroko otwarły oczy i usta.
— Czego chcesz? — krzyknął Stefan, występując naprzód. — Wynoś się!...
— Wynoś się, wynoś... kiedy cię nie proszono! — podtrzymał gospodarza Buza, także wysuwając się naprzód. — Niech tylko pan do niego nie podchodzi! Pchnie pana!... Widzi pan: rękę na kark założył... tam ma nóż... Widzę, że ma... po rzemieniu na szyi widzę... Hultaju, to tak?... do miasta z nożem?... nie wiesz, że zabronione?... Powiem naczelnikowi, to cię do końca życia do do miasteczka nie puszczą... Zaraz na tundrę cię wyślą. Dawaj nóż.
— Zaraz ci go dam! Niech go weźmie ten pies, którego niby zająca ścigam daremnie po całej ziemi — odpowiedział spokojnie po czukocku Kituwja.
Jeden z młodych Czukczów wysunął się naprzód, ale Józef schwycił go za ramię. Obaj ze Stefanem nie rozumieli, co dzicy gadają, lecz domyślali się zatargu.
— Lepiej wypij i przyłącz się do nas — rzekł pojednawczo Józef, podchodząc do Kituwji z kieliszkiem w ręku.
Ten napój ręką odtrącił.
— Źle! wódki nie pije — krzyknął po rosyjsku Buza. — Będą się rznąć!... Hej, wynoś się zaraz, ty grubijaninie... od samego pana wódki brać nie chcesz!... Cóż ty sobie myślisz? Coś ty za figura?! Zaraz zawołam kozaków. To tak się zachowujesz w domu szanownego człowieka! Przecież niedawno jadłeś tu i piłeś... Ty psie tundrzany!... Zaraz cię związać każę. Ho, ho! ty ze mną nie żartuj... Wiesz, kto jestem! Zaraz mię wypuść... Pójdę i zawołam straż... A wy go tu zagadajcie — szepnął po cichu do Stefana.
Zwrócił się ku wyjściu, ale cofnął natychmiast, gdyż plecy Kituwji oderwały się od ściany. Dziki całem ciałem podał się naprzód, i warga mu drapieżnie zadrżała, obnażając kły białe. Naówczas zawrzało w izbie. Stefan, Buza, Kituwja i kłąb zwalonych na nich Czukczów wtłoczyli się we drzwi, które z trzaskiem się odemknęły. Wpadli do sionki. Stefan leżał piersią na piersiach Kituwji; ten wił się pod nim i starał rękę przyciśniętą do ziemi z pod siebie wyciągnąć. Ale nie zdążył. Stefanowi udało się schwycić go za gardło; dziki charczał i głową wstrząsał, aż ruchy jego osłabły. Ktoś gwałtownem szarpnięciem rozerwał rzemień na jego szyi, i duży, szeroki nóż z brzękiem w kąt poleciał. Buza na ulicy wołał na kozaków. Przybyła cała gromada ludzi. Teraz z kolei Stefan i Józef musieli bronić zmiętoszonego Kituwję przed rozjuszonymi Czukczami. Wreszcie zjawił się kozacki pięćdziesiętnik; napastnika związano i poprowadzono do kozy. Tłum szedł za nim i urągał mu.
— Będziesz się miał z pyszna! Będziesz zadowolony... Wsypią ci trzydzieści gorących, że rok nie posiedzisz... Popamiętasz, co z nożem chadzać! A może mielibyście ochotę, renie mordy, wszystkich nas wyrżnąć, jak dawniej bywało? Ręce krótkie! Nie te czasy!
Wojownik patrzał na nich z podełba i ramiona związane wyprężał.
— O co im poszło? — pytali Buzę.
— A kto ich wie! — odpowiedział ten niechętnie. — Pewnikiem popili się.
— Co nie, to nie — zauważył któryś z rybaków. — Stara to u nich z ojców niezgoda, a teraz znowu, powiadają, synowa Otowaki, siostra rodzona Kituwji... Ukradł ją młody Ajmurgin. Dawno było, dzieci już mają, ale te renie mordy, uch! jakie pamiętliwe... Stary pono wykup dobry dawał, godzić się chciał, ale Kituwja nie i nie... Gadają, że się w siostrze kochał, oni nie chrzczone — to często z siostrami żyją, a nawet chrzczone... żyją. Więc chciał Kituwja odebrać kobietę, a przecie na to Otowaka pozwolić nie mógł, bo mu spokoju w tundrze nie daliby...


∗             ∗

Długi czas Buza był bohaterem chwili i, zapraszany na kolacyjki, opowiadał, ale nie wcześniej, niż po wódce, co i jak było.
— Hulali sobie wesoło... Grali na pozytywce naczelnika okręgu, tańczyli, sam Otowaka nogą przytupywał... Pewnieby się źle skończyło, bo widzę, że za kark sięga, gdybym go nie schwycił.
— Da on ci na tabakę!... Już on cię przydybie... Znasz go.
— Co mię ma przydybać?... Chodzę sobie bez skrytości po ulicy... Niech się sam pilnuje... Wygnali go przecie z miasteczka. Zobaczę go — zaraz za kark i do ciupy. Niech on się mnie boi. A wejdzie mi w drogę... na Boga! Pchnę go, pchnę go, zobaczycie... Niech pamięta! A i po co mam takiemu zbójowi świecić, kiedy sam Otowaka przyjaźń ofiaruje?!
Otowaka czas jakiś bawił jeszcze w okolicach miasteczka, ale pokazywał się rzadko. Józef i Stefan odwiedzili go w obozowisku. Przyjął ich nadzwyczaj uprzejmie. Córki nie ofiarował, ale chciał ich posadzić na pierwszem miejscu, nawet przed ojcem misyonarzem, który u starego Czukczy od wspomnianej awantury często razem z Buzą gościł. Przyjaciele nie zgodzili się i pozyskali na wieczne czasy przychylność ojca Panteleja. Powiedział im przy tej okazyi kilka słów złotych o miejscu, które człowiek zdobi i pokorze, która przebija niebiosa.
— Namawiam go, żeby poznał Łaskę... ochrzcił się — rzekł i kiwnął głową w stronę starego Czukczy.
Podano deser — szpik reniferowy zamrożony i w kostkę porąbany, rozumie się — surowy i, rozumie się — obficie wódką oblany.
— Zawsze byłoby mu bezpieczniej... Mógłby koczować na naszej zachodniej tundrze.
— Cóż? zgadza się?
— Nie to, żeby odmawiał, ale mówi, że zobaczy.
Przed odjazdem bogacz podarował każdemu z gości po futerku lisa i prosił ich uprzejmie, aby byli łaskawi odwiedzić go w tundrze.
— Tam tylko ja jestem na miejscu. Tam moja ziemia.
Józefowi zaświeciły się oczy.
— A co? może pojedziemy, ojcze! — spytał od niechcenia misyonarza, gdy już dojeżdżali do domu z powrotem. Ojciec Pantelej był w świetnym humorze.
— Może i pojedziemy... Byle się ochrzcił. Tyle dusz! Cały ród go słucha.
— Ależ ochrzci się! napewno się ochrzci, gdy zobaczy nas u siebie. Przez samą gościnność ochrzci się. Zresztą będziemy mogli powieźć mu podarunki. Tu co innego, tu nie wypada.
— Istotnie. To prawda! Kraj ojczysty do cnót skłania, łagodzi surowość skłonności... Bo cnota jest immanentna duszy każdego, tylko dróżka do tej duszy często jest kręta i ciemna, i nie łatwo na nią trafić. Często trzeba ludzi wyciągać na szeroki gościniec dobra i zbawienia wybiegiem.
Długo i szeroko ojciec Pantelej rozwodził się o trudnościach podobnego zadania. Ponieważ Józef umiał słuchać uważnie i nie był przekorny, zostali więc wkrótce wielkimi przyjaciółmi. Stefan tymczasem robił potrochu przygotowania do drogi: skupował psy doborowe.
Nakoniec za sprawą ojca misyonarza puścili się w daleką drogę.
Gdy zgodnie wobec tłumu zebranych mieszkańców, krzyknęli na psy, a te w lot pochwyciły ich i poniosły po ubitej drodze, przyjaciołom wydało się, że to sen na jawie. Gorączkowem spojrzeniem żegnali miasteczko. Kagołąbka... Samo bezpieczeństwo życia od niej zależy!... I ciągną ją przeklęci Czukcze, jak smoki! Chciwi są na nią niepomiernie!... Gdy trochę wypiją, wszystko za nią są oddać gotowi. Tylko proś, tylko bierz!... A my przecież z powrotem pojedziemy bez rzeczy, rybę zjemy, podarunki oddamy. Sanki będą puste, będzie gdzie ładować, psy spaśne, gdyż wypoczną, najedzą się u Otowaki reniferowych wnętrzności... Lecieć będziem z powrotem niepowstrzymanie!... Ucha!... che! — marzył i pokrzykiwał głośno, albo głosem cieniutkim śpiewał miejscową piosenkę:

Oj Sidorku, Sidoreczku!
Cieple tchnienie wiatereczku

Wieje z ziemi na morze,
Więc wyruszaj, nieboże!
Psy zaprzęgaj bez zwłoki,
Niech cię wiozą w opoki,
Niech cię wiozą na morze,
Oj Sidorku, Sidorze!...

— Buza, Buza! ujarzmij swe chuci! — ostrzegał go zdala ojciec Pantelej, gdyż mimo jazdy, głos w czystem, zimnem powietrzu, w niepokalanej ciszy białej pustyni lodowej, wyraźnie dobiegał jadących. Marcowe słońce złociło śniegi tak gładkie i równe, ubite wiatrami, że na tle ich najmniejszy krzew wydawał się lasem, najmniejsza nierówność górą. Wkrótce jednak na białej linii widnokręgu, ostro odrzynającej się na błękitnem niebie, zarysowały się wierzchołki dalekich gór. Zwrócili się ku tym górom. Przenocowali w pustej szopie rybaczej, ostatniej ludzkiej sadybie, u ostatniej z wysepek zanikłego lasu. Odtąd mieli przed sobą tylko śniegi, skały i niebo; drzewa tyle tylko, co go przyniosły fale morskie, lub wylewy rzeki, a ludzi tyle tylko, co w dalekiem obozowisku Otowaki.
Tłuste, silne psy raźno biegły. Po dniu drogi znaleźli się niespodzianie nad brzegiem przepaścistego urwiska. W dole, jak okiem zajrzeć, słały się śnieżyste bezbrzeża.
— Morze! — zawołał Buza.
Domyślili się wcześniej i zatrzymali psy.
— Widzicie tam, w dali, błyszczą grudki, niby kawałki słońca — to »torosy!« A dalej, gdzie wisi chmura na skraju nieba, to już wolne morze, które nigdy nie zamarza. Za temi wodami ciepły, powiadają, kraj leży... Ale tam nikt nie był, bo kto poszedł, to już nie wrócił...
Chwilkę stali zachwyceni bezmiarem widoku, powietrza, słońca, które kładło delikatne niebieskawe cienie we wgłębienia długich, spokojnych, lodowych fal morza. Wreszcie Buza przypomniał im, że mają spuścić się na dół, a dalej pojadą już brzegiem. Dzień cały jechali w pobliżu posępnych urwisk brzegowych. Ocean zataczał tu półkole, i cały brzeg był taki stromy, warowny.
— Tu fala bije aż pod wierzch. Wysoko bije... To wszystko są »byki« — uczył ich Buza.
Istotnie te ostatnie ziemie strażnicze miały w sobie coś hardego, byczego, gdy wznosiły wysoko ciemne łby skalne i bodły błękity. Na noc zatrzymali się u stosu drzewa, namytego przez prądy.
— Wiesz, z każdą przebytą wiorstą, większe ogarnia mnie wzruszenie, zabobonna trwoga, że coś przeszkodzi... — mówił Józef do Stefana, gdy spać się kładli.
Ten za bardzo był zmęczony, żeby rozbierać subtelne wrażenia.
Pogoda wciąż sprzyjała. Tylko trzeciego dnia począł dąć lekki, suchy wietrzyk z lądu od południa i zwiewać im z urwisk na głowy pyły śniegowe. Zimno jednak niebardzo dokuczało, gdyż ściana brzegów zakrywała ich od przewiewu powietrza. Kozak wszakże głową kręcił i psy poganiał.
— Niedaleko już, ale śpieszyć się trzeba. Będą tu niezadługo dwa cyple, dwa byki kamienne:
Pawal i Peweka; między nimi trzeba przeciąć morze... tam dmie zawsze, czy pogoda, czy niepogoda.
Koło południa stanęli u podnóża Pawalu. Tęga, potworna opoka wysoko podnosiła grzbiet szeroki i daleko wybiegała w morze; ziemia po obu jej stronach gwałtownie uchodziła w tył, jakby w przestrachu... Po drugiej stronie morskiego przesmyku stał równie pokaźny zrąb czarny, zmniejszony odległością.
— Stąd widać obozowisko... stoi na Pewece we wgłębieniu między dwoma garbami... dziwno jednak, że dymu nie spostrzegam. Chyba, że go wiatr zwiewa... No i wieje... Ciężko nam będzie!
— A może przenocujemy?...
— Przenocować?... Drew niema; zresztą ktoby nocował, kiedy widać namioty?... Całkiem stracilibyśmy u dzikich poważanie... Pojedziemy! Jutro może dąć gorzej. Nakarmimy psy i hajda!
Rozwiązał tobołki i zaczęli psy karmić i sami się posilać. Wiatr dziko wygrywał wśród skał. Gdy chwilami gwałtowniejsze jego podmuchy wpadały do ich zacisza, ręce, trzymające pokarm, grabiały im natychmiast.
— Ależ zmarzniemy w jednej chwili!...
— Nie zmarzniemy, da Bóg! tylko nie stawać po drodze, sani z rąk nie puszczać, wszystko przywiązać, bo co spadło — to przepadło. Trzymać się blizko jeden za drugim, nie krzyczeć, bo to daremne... a patrzeć, oczu pilnować, żeby nie zaprószyło, nie zakleiło. Z wiatrem psom nie dawać zawracać, a trzymać je pod wiatr na ukos. A niech ojciec i pan, pamięta, Boże uchowaj, psów nie wypuści z posłuszeństwa, Peweki nie minąć, bo tam to już zupełnie czyste morze, i na śmierć wicher was porwie. W drodze nie stawać, bo od stawania niema wypoczynku... W imię Ojca i Syna... z Bogiem!
Wypadli z impetem z za węgła; wicher natychmiast uderzył w nich, szerść na psach skudlił, ogony im zawiał, narty do góry podbił. Ludzie pochylili się, by mu się oprzeć i odwrócili twarze. Ale tchnienie jego czuli coraz boleśniej. Parło ich ono coraz silniej, przesiąkało przez nich, zabierało ciepło ciała, oblepiając igłami śnieżycy. Wkrótce tych igieł suchych i palących mieli pełne usta, pełną odzież, czuli je przenikające przez futra do samego ciała, gdzie topniały, budząc dreszcz przejmujący. Niezliczone strugi tego pyłu unosiły się niziutko nad gładką, lśniącą powierzchnią śniegów, niby sploty żmij z sykiem obwijały się im dokoła nóg i tułowia, chwytały za zwieszone pyski psów, kąsały płozy i nóżki nart, i odbijając się od nich wzdętym, siwym kłębem, przewalały się przez karawanę.
Chroniąc się przed ich zimnemi żądłami, ludzie skulili się poczwarnie, brody nieledwie oparli o kolana i tylko kiedy niekiedy spoglądali przed siebie, gdzie daleko czerniała zbawcza skała. Psy też rozumiały, gdzie jest zbawienie; wyciągały, ile sił stało, lekkie, kudłate łapki i nurkowały uparcie w szalonym potoku pędzącego w morze powietrza. Co krok padały, pazury im się oślizgiwały po twardej ubitej powierzchni, oczy nabiegły krwią i z orbit wyszły, wyduszone szlejami uprzęży. Narta strasznie im nagle zaciężyła. Biedne zwierzęta szły w łuk zgięte, pysków nawet zziajanych nie śmiejąc otworzyć, gdyż zimna wichura raziła im gardła i płuca.
Chrobot nart, żałosne skomlenie psów, przekleństwa i okrzyki ludzi, wszystko, jak drobne pyłki, nikło w zaciekłym, głuchym szumie huraganu, rozsiewało się w przestworzu, jak gdyby nikt nie cierpiał, nie wołał, nie walczył. Stefan bezustannie badał wzrokiem odległość. Myślał z rozpaczą, że psy się zmęczą i i przestaną słuchać przewodnika, że trzeba będzie wstać, popędzać je i nawracać. Józef tulił się bezsilnie na narcie i drżał, jak w febrze. Wreszcie wiatr zwolniał, rozbił się na podmuchy. Byli już prawie pod potwornym garbem Peweki. Stefan z religijnem niemal uczuciem spoglądał na opokę, spokojnie roztrącającą i wichury i wody. Buza czekał już na nich.
— A co, tośmy forsu dali!... Można się pochwalić. Teraz to samo, co w domu. Tylko dziwno mi, że ludzi nie widać. Prawda, niepogoda! Ale powinni byli nas zobaczyć. Chyba, że rena zarżnęli, albo fok nałapali, nazbyt najedli się i śpią. Trzeba drapać się w górę. Hej! kudłaje! Noch! Noch!
Psy, podrażnione i głodne, zaczęły się gryźć. Nim je uspokoili i uprząż na nich poprawili, słoń ce schowało się za wysokie góry, i czerwony blask wieczoru oblał czarne głazy, oraz białe śniegi.
Wązką, niedogodną ścieżyną wdzierali się na przełęcz.
Wtem Buza, który szedł na przedzie, stanął na zawrocie, jak wryty, psy natychmiast pokładły się, a ludzie rzucili się do kozaka, który nie odpowiadał na ich pytania i oczu nie odrywał od przedmiotów, ukrytych za opoką. Puste namioty, z odwiniętemi gościnnie zasłonami, stały przed nimi ciche i tajemnicze. Ale co innego przykuło wzrok kozaka.
Czukcza w futrzanej odzieży z dzidą w ręku leżał wpoprzek drożyny, twarzą zwrócony do ziemi. Nieco dalej z zaspy śniegowej wyglądała głowa, świeciła białkami, wicher włosy jej targał; poniżej wysterkała z pod śniegu ręka zaskrzepła, krogulcza.
Plamy krwi mieszały się z czerwienią wieczoru.
— Co takiego? Co to jest?
— Cicho... Na miłość Boga, cicho! Uciekajmy! — krzyknął kozak i z przerażeniem spojrzał na psy, które przysiadły nagle i wyć zaczęły.
— Uciekajmy!... Nieszczęście!... Uciekajmy! — powtarzał i cofał się.
Ale Stefan i zakonnik oparli się temu.
— Trzeba zajrzeć, może kto został przy życiu, może będzie można ocalić.
— Nie, ja nie pójdę. Ja boję się, idźcie sami. Ja psy na dół sprowadzę. Boże, Boże, niech się stanie wola Twoja!
Stefan wyjął z olster rewolwer i wszedł w ciemne wgłębienie namiotu. Spostrzegł zimne ognisko, zasypane śniegiem, nad niem wisiał kocieł z zamarzłem mięsiwem. Gdy zapalił zapałkę, ujrzał Czukczę obnażonego do pasa, leżącego na wznak, z ogromną raną na piersiach.
— Czy jest tam kto? — spytał drżącym głosem, nie odważając się wejść pod nizkie kotary wewnętrznego namiotu.
Zamiast odpowiedzi, usłyszał tylko szelest skór, szarpanych wiatrem i słowa modlitwy, szeptanej przez misyonarza. Pochylił się więc i wpełznął pod zasłonę, ale natychmiast się cofnął. Wydało mu się, że cały namiot pełen jest poskręcanych ciał ludzkich. Przemógł się wreszcie i, wziąwszy świecę woskową od zakonnika, wsunął się w głąb. Tu ujrzał nagie ciała pomordowanych kobiet i dzieci. Musiało się to stać niedawno, bo krew miała jeszcze barwę koralową, ciało blask marmuru, a brzegi ran były szeroko otwarte, lecz wszystko było już zimne i stężałe na kamień. Czego nie dobiło żelazo, mróz dokonał.
Jedna z młodych kobiet próbowała widocznie uciec. Rozerwawszy skóry zewnętrzego namiotu, usiłowała wyskoczyć, ale uwięzła w otworze... Dziecko, nad którem pochyliła się z giestem błagalnym, skrępowało widocznie jej ruchy. Pchnięto ją w plecy i przygwożdżono do ziemi razem z niemowlęciem. Stefan spojrzał jej w twarz i poznał niedawnego swego gościa — Impynenę, żonę Ajmurgina.
— Przerażające! Uciekajmy — powtórzyli jednogłośnie wszyscy, pełni grozy i trwogi.
— I dzieci i kobiety! żywej duszy nie zostało...
— Kto? co?...
— Ach, nie pytajcie! — szeptał Buza i trząsł głową. — Potem opowiem... Teraz ruszajmy...
— Czyż zaraz? W taki wiatr? W nocy!?
— Cóż robić! Tam choć życie może się da zachować.
Spuścili się pospiesznie na dół. Buza nie oglądał się ani za siebie, ani w bok, a gdy wypadkiem w tę stronę musiał się zwrócić twarzą, oczy w dół spuszczał. Pod skałą zatrzymali się na krótką chwilkę, aby psy nakarmić.
— Trzymajcie się tylko pod wiatr z lewego boku, zawsze z lewego boku, to gdziekolwiek pojedziecie, do ziemi traficie. Tam za Pawalem brzeg łatwiejszy. Tam znajdziemy się, byle tylko wytrzymać do rana. A nie puszczajcie narty, zabierze i ją i was purga zabierze... A nie oglądajcie się, broń Boże, za siebie... »Ci« nie lubią, więc pójdą za wami — dodał znacząco.
Znów wpadli w lodowaty, powietrzny wir. Znów syczące gadziny śnieżycy obwiały im nogi, znów mrowie ognistych igieł kąsać ich zaczęło, a dech zaparła lecąca fala bezbrzeżna. Na domiar wszystkiego złego, razem z wichurą leciał od lądu zmierzch. Zorza czerwona osiadała coraz niżej na skały, coraz wyżej naprzeciw, z nad »wolnego morza«, gdzie jest kraj, skąd nikt już nie wraca«, wyrastała ciemna chmura. Zmęczone psy biegły niechętnie, Stefan musiał co chwila zrywać się i popędzać je ciężkim, okutym hamulcem. Gdy zabłysły gwiazdy i znikła zorza, wicher, który tylko, zdaje się, czekał sygnału, uderzył z takim impetem, że biedne zwierzęta zapomniały o wszystkiem, zawróciły i pobiegły z burzą. Stefan długo orał ostrzem hamulca po śniegu, piersią na niego napierał, zwieszony z narty, kołyszącej się i podskakującej w szybkim biegu. Wreszcie trafił na miększy grunt i nartę wstrzymał. Psy położyły się natychmiast. Nie wypuszczając z rąk rzemienia, podniósł się i spojrzał. Przed nimi stała blada ściana zębatych »torosów«, poza którymi w blasku gwiazd kołysała się chmura »wolnego morza.« Brzegi gdzieś uciekły, dokoła było biało i równo.
— Daleko ulecieliśmy! Józefie, tobie zimno, ty bardzo drżysz. Wstań, może zjesz co?
— Zimno mi. Daleko jeszcze?
— Nie wiem, wiatr nas uniósł... Może wstaniesz?
Józef milczał i nie ruszał się.
Stefan otrzepał go ze śniegu, nartę obrócił, psy przygotował, głosem zachęcał i pobudzał uderzeniami hamulca. Wszystko to robił zgrabiałemi rękoma, czołgając się na kolanach, gdyż stojącego wiatr z nóg zwalał. Wreszcie psy wstały i powlokły się. Pamiętał, że wiatr należało mieć z lewej strony, lecz brzegów tam, gdzie jechał, widać nie było. Nic, prócz białej równiny z gwiazdami na niebie, ziejącem wichurą. Ten wiatr chwilami wydawał się jakimś twardym strychulcem, który ścierał ich gwałtem w morze. Narta podbijana, podnosiła się do góry, jak kartka porzuconej na wiatr książki. Co wiatr z niej zerwał, znikało natychmiast, jak mara. Najpierw stracili woreczek z sucharami, potem poduszkę... wreszcie spadł Józef, a burza uniosła go, jak wałek puchu. Stefan stanął zdumiony, widząc, jak bezradnie machał rękoma i daremnie podnieść się silił. Krzyknął rozpaczliwie i psy zawrócił w pogoń za towarzyszem. Psy rwały wściekle za toczącym się przed nimi przedmiotem. Bał się, że dopadłszy, poszarpią go, więc krzyczał Józefowi:
— Głową pod wiatr! Płasko przy ziemi...
Wiatr niósł wyrazy, i chłopiec je widać usłyszał, gdyż zaczął się kręcić, aż przylgnął do śniegu. Stefan natychmiast z całej siły wbił w lód hamulec, aż narta trzasła...
— Czołgaj się... Ja psów rzucić nie mogę! — wołał na Józefa.
Ten coś odpowiedział, próbował wstać, ale wiatr go z nóg zwalił. Nareszcie głową zwrócił się w stronę wiatru.
— Czołgaj się, czołgaj — szeptał mu głos towarzysza w podmuchach zamieci.
— Rzuć mnie, zostaw... nie mogę — odpowiadał, ale wichura w przeciwną stronę zwiewała wyrazy, nim jeszcze z ust wybiegły. Przemógł się wreszcie i czołgać się zaczął. Długo to trwało, a tymczasem do ryku wiatru mieszać się zaczęły potężniejsze od burzy pomruki. Biegły one od »torosów«, z pod chmury, co nad »wolną« wisiała wodą. Stefan słyszał je, ale nie rozumiał, aż potoczyły się po lodach z łoskotem grzmotu.
— Morze! — szepnął.
Józef już był blizko narty.
— Śpiesz się — mówił, pomagając mu siąść na narcie i przywiązując go rzemieniem. — Słyszysz? Morze! Wichura lody łamie za nami.
Powlekli się znowu. Stefan prawie cały czas szedł pieszo; nartę rękoma popychał, dla bezpieczeństwa tylko za pas przywiązał się do niej. Zapomniał, że zimno, że członki pomrozić może. Psy wytężały siły, czując niebezpieczeństwo. Huk zbliżał się z każdą chwilą, już nad szumem wiatru panował, podobny do strzałów armatnich, do łoskotu walących się gór. Uciekali coraz prędzej, gnani rozpaczą. Wreszcie lody zakołysały się pod nimi, a im się wydało, że coś trzasło w ich mózgach, że woda zabulgotała już pod ich nogami... Tuż była za nimi, pędziła z rykiem stada lwów, ale oni biegli jeszcze po suchem.
— Zrzuć, zrzuć wszystko!... i odzież i pokarm. Zrzuć z narty! — krzyczał Stefan, ledwie dotrzymując w biegu przerażonym psom. Leciały w ciemności, worki, naczynia, skóry... Oswobodzona narta pomknęła chyżo; Stefan ledwie zdążył paść na nią obok Józefa, psy biegły bez wskazówek, bez wodzy...
— Giniesz przeze mnie, Stefku... Przebacz! — szeptał Józef. — Gdy myślę o tem, mam ochotę skoczyć z narty i oddać się burzy, ale będziesz mnie gonił, nieprawdaż?
— Po co głupstwa gadać! Zginiemy razem, jak żyliśmy razem. Rok wcześniej, rok później... Wszak grób nas czeka! Wracamy... Zresztą wiatr wolnieje. Może brzeg?...
Uniósł głowę i krzyknął. Ciemne pasmo skał wznosiło się tuż nad nimi. Wdrapali się pospiesznie na ląd i przysiedli w zaciszu. Głęboko dysząc, przyglądali się, jak w dali z chlupotaniem i hukiem niezmiernym kołysały się białe fale lodowych pól. Stefan poszedł szukać drzewa na ogień. Znalazł niedaleko ogromny pień, odłupał trochę drzazeg i rozpalił mały ogienek, który wiatr wkrótce zamienił w ogromne ognisko. Przy tym ogniu przedrzemali resztę nocy.
O świcie odnalazł ich Buza.
— Żyjecie? Bogu niech będą dzięki! Dobrze się stało, żem wam nic stamtąd wziąć nie dał. Nie uszlibyśmy cało. Bo to przecie ich »niepogoda...« Niepogoda grzechu. Nie paliliśmy też ogniska, bo się Czukczów bałem. A wy paliliście? Co? nie? Bo ogień widzieliśmy w waszej stronie?
— Paliliśmy; rzeczy nie mamy, jedzenia. Zmarzlibyśmy.
Opowiedzieli, jak stracili rzeczy, jak goniło ich morze.
— Oj nie morze to było, nie morze! — westchnął Buza. — Aby tylko dobrnąć do domu szczęśliwie...
Smutno powlekli się z powrotem wzdłuż skał, a musieli okrążać, gdyż wiatr zwiał ich dużo dalej za Pawal. Ogni starali się nie palić i jechali bez wytchnienia, ile psom sił stało. Buza oczu nie spuszczał z kamieni, wciąż się w dal wpatrywał i po bokach rozglądał.
Nagle psy z ujadaniem rzuciły się ku skałom. Buza ledwie je wstrzymał.
— Tego tylko brakowało! — rzekł pobladłemi wargami: — skalny człowiek!
Ze szczeliny wyglądała głowa śniada i nieruchoma.
— Przeżegnaj go, ojcze misyonarzu! Przeżegnaj go!
Misyonarz drżącemi rękoma zrobił znak krzyża, ale głowa nie zginęła. Stefan wstrzymał rwące się psy i przypatrywał się jej uważnie.
— Otowaka! to ty! — krzyknął wreszcie, gdy z za zrębu wysunął się stary, wychudły i wybladły Czukcza, prowadząc za rękę małego chłopaczka.
— Ja, Otowaka... Kituwja... — rzekł, ale kurcz ust nie dał mu dokończyć, więc tylko ręką machnął na daleką Pewekę. — Wielki Duch nie chciał, żeby ród mój zaginął bez mściciela... Pójdę z wami, ochrzczę się i tego wychowam...
Położył rękę na głowie chłopca, którego rysy przybrały nagle kamienny i wzgardliwy wyraz. Twarz ta wówczas uderzająco przypominała Stefanowi kamienną twarz Kituwji.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.