Lato leśnych ludzi/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Lato leśnych ludzi
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1920
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa Lublin Łódź Poznań Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




Hasło z mogiły.

Skrzydlatego żórawia nazwano Doktorem, wedle pomysłu Pantery i ze zgodą imiennika. Odrowąż zdecydował, że jest najwyżej trzyletni i ze można go będzie łatwo oswoić.
Ale parę tygodni przebył ciężkich, opornych, że go Rosomak musiał gwałtem karmić i poić.
Najeżony, skulony trwał w buncie bezsilnym, sycząc jak żmija, gdy się kto zbliżał.
Az wreszcie, jakby przetrawiwszy swą rozpacz, zmożony ciemnością i głodem, przyjął z rąk Rosomaka pierwszy posiłek.
— Nasz będziesz! — uśmiechnął się doń człowiek.
Jakoż przełamany został instynktowny strach i nienawiść stworzenia do odwiecznego kata.
Przestał syczeć i nastawiać dziób do razu i wreszcie pewnego dnia, słysząc gwizdanie, które mu zwiastowało przybycie człowieka, postąpił na spotkanie i odezwał się krótkiem powitaniem.
— No widzisz, braciszku, że możemy być druhami — zaczął doń przemawiać Rosomak. — Nie żyłbym się pozbawić cię największego skarbu — wolności — żebyś zdrów był, cały i mocny. Żebyś mógł w waszym wędrownym szyku za morza lecieć i na tutejsze wasze wyraje wracać.
Aleś, braciszku, na głodową i mroźną śmierć skazany, twego młodego życia mi szkoda i dlategom cię do nas przyjął. Ale ci ślubuję, że z wiosną odniosę cię do rodzinnych lęgów, żebyś z braćmi latem się ucieszył.
Ptak słuchał, z ręki posiłek brał, patrzał spokojnie, a wreszcie pewnego dnia Rosomak szałas zostawił otwarty i pogwizdując poszedł ku chacie.
Więzień wyszedł na polanę, w słońce, i zaczął się bacznie rozglądać. Rozwinął i złożył skrzydła i zaczął w trawie żerować, a wreszcie pióra dziobem przebierać i chędożyć się.
A potem, zwabiony znanem gwizdaniem, poszedł powoli ku chacie.
— Nasz jest! — ucieszyli się wszyscy.
Sezonowem zajęciem leśnych ludzi były teraz orzechy.
Rosomak z Odrowążem wyjeżdżali codzień na połów rybny, ale reszta bobrowała w leszczynach i co wieczór znoszono do chaty całe wory.
Przeobfitość jesieni owocnej wyzierała zewsząd i zajęcia było mnóstwo.
Wieczorem w ogródku i na podcieniu piętrzyły się stosy zdobyczy „do obróbki“ — wołał Pantera.
Stosy orzechów i grzybów, jagód, rydzów, ryby.
Musieli przed spoczynkiem ryby sprawiać, orzechy łuskać, rydze solić, a piec chlebowy ledwie radził suszeniu tych zimowych zapasów.
Suche, pomyślne, urodzajne było lato, przerywane z rzadka potężnemi burzami. Nagromadzone gorąco wybuchało straszną mocą gromów, krótkich, zwalnych deszczów i znowu wracała promienna pogoda.
Rosomak z Odrowążem miewali bajeczne połowy, bo susza przecięła szlaki rybie i uwięziła je po głębszych dołach. Razu pewnego przywieźli pełną łódkę przepysznych jaziów i okoni, a kiedyś w sadzawie, odciętej od rzeki, wzięli szczupaka potwora „ludojada“ chyba, którego siekierą trzeba było zabić, a potem polecić mrówkom spreparowanie muzealnego okazu. Przy sekcji Żuraw znalazł jakąś bezkształtną masę, wielkości pięści, którą gdy rozcięto, ujrzano wewnątrz resztki metalowego medalika.
Odrowąż zadumał się nad tem i oddał Rosomakowi.
— Lepsze macie oczy! Przypatrzcie się, może to Kodeńska Matka Boska. Miał taką nasz Podlasiak.
Ale najostrzejszy wzrok, ani lupa nie wystarczała.
— Nie mało ludzi na żer rybi poszło w tych bagnach — rzekł Pantera.
— I wielu takich, którymby się pomniki należały.
— Z tamtej strony pomniki tutejsze nie wiele więcej warte, co ta blaszka pewnie! Służbowe księgi tam też prowadzą, trwalsze! — rzekł Rosomak, chowając do zbiorów dziwną zdobycz.
Po jednej ze strasznych burz nocnych rybacy ruszyli na połów około południa i zapędzili się do jeziora w nadziei zdobycia suma. Ale dzień był niepomyślny i po raz setny zastawiali brzeg siecią podwójną bez żadnej prawie zdobyczy.
Nagle Rosomak głowę podniósł, nasłuchując.
Gdzieś daleko zagrała trąbka, umówione hasło, dwa krótkie po sobie następujące tony.
Znaczyło to: „Wodzu“!
Rosomak swoją specjalną, kościaną świstawkę do ust podniósł i odzew dał.
— To chłopcy czegoś chcą! — rzekł, wracając do wiosła.
— Nogę który złamał czy rękę — mruknął Odrowąż.
— Nie. Wołaliby doktora. Oni nie wzywają do siebie, któryś do nas leci z wieścią. Coś znaleźli.
Trąbka powtórzyła znowu wołanie, potem ścichła, widocznie poszukiwacza doleciał odzew, i oto z gęstwiny wynurzył się Orlik spocony, zjajany, ubłocony i począł coś krzyczeć z daleka.
Odrowąż zwrócił ku niemu łódź.
— Ojcze, wodzu! — wołał chłopak, dech łapiąc. — Znaleźliśmy mogiłę. Chorąży, strzelba i Orzeł! Nasz Znak! Znaleźliśmy! Chodźcie! Tamtych już zwołaliśmy. Bartnika zostawiłem na honorowej warcie. Lećmy!
Bez słowa — w wielkiem wrażeniu — wysiedli na brzeg i poszli za chłopcem. A on opanowany tem ich skupieniem i milczeniem ścichł także.
Aż stanęli na miejscu, w czarnym borze, nad sennym, wodnym zalewem. Nocna burza powaliła olbrzymi, napół suchy, prawieczny dąb. Legł szczytem aż w wodę i rozdarł się jego pień, otwierając zmurszałe wnętrze.
Przy tem stał Bartnik, wyprostowany, zastygły w pozycji żołnierskiej, w kapeluszu na głowie, z nieruchomym skupionym wzrokiem warty — i stali Żuraw z Panterą obnażywszy głowy — bez głosu.
Pochylił się Rosomak i Odrowąż.
We wnętrzu dębu ujrzeli ludzki szkielet. Mały, szczupły kościec wyrostka zachowany w całości, jako był ujęty w ściany drzewa. U prawego boku leżała stara, rdzą przeżarta strzelba, a u lewego, przy sercu, zetlała szmatka amarantu z przebłyskującemi srebrnemi nićmi.
Ku słońcu patrzały głębokie oczodoły, a trochę rozwarte, zdrowe zęby zdawały się uśmiechać; i tak leżał z bronią u nogi, z chorągwią swą u serca — Chorąży.
Wyprostował się Rosomak i, odkrywszy głowę, zaintonował:

Boże, coś Polskę przez tak długie wieki

Ramiona Bartnika drgnęły, jakby chciał sprezentować broń, a zbiorowy głos podchwycił:

Otaczał blaskiem potęgi i chwały.

Odrowąż klęczał i modlił się, a po zmarszczkach płynęły mu łzy, jak paciorki dusznego różańca.
A gdy skończyli, kazał Rosomak świerkowemi gałęźmi zasłonić te prochy bohatera, zebrali się wszyscy na radę i nawet Pantera miał twarz uroczystą.
— Rozumiem jako było — ozwał się Odrowąż. — Gdy im zabrakło żywności i chłód ścisnął, musieli dążyć do osad. I tu gdzieś ranny oddał Bogu ducha, a Podlasiak wynalazł dąb spróchniały i zwłoki w nim ukrył, a potem dalej poszedł i, niewiedzący przejść, w bagnie utonął.
— Co teraz mamy czynić? — zagadnął Pantera.
— Pogrześć go, jako na to zasłużył, w tej świętej ziemi — odpowiedział Rosomak.
— Na tej górze, gdzie sygnały bojowe palono! — zawołał Orlik.
— Będzie całemu krajowi stróżowałl! — dodał Bartnik.
— Słusznie! — potwierdził Rosomak.
Zamyślił się Odrowąż i nagle wstał, na wnuka skinął i na Panterę.
— Pójdziemy do folwarku i nocą tu przyniesiemy deski, cichaczem, żeby do Moskali nie doszło.
— A my przy nim noc przewartujemy.
— Rankiem trumnę zbijemy i przeniesiemy prochy na górę. Ruszajmy!
Trzej wartownicy zostali. Orlik tę noc na życie zapamiętał. Księżycowa była, cicha i pełna duchowego majestatu. Rosomak się rozgadał, opowiadał mu co od rodziców wiedział, o czasach owych, o bojach, ofiarach, ruinach, we krwi utopionych nadziejach zmartwychwstania.
A potem milczeli przetrawiając bóle, nienawiść do kata, gorycz bezsilności, rozpacz niewoli.
Aż niespodsiewanie ozwał się Żuraw:
— Słuchajcie! Moglibyśmy i słusznie rozpaczać i beznadziejności się oddawać, żebyśmy wartowali przy grobie zdrajcy! Ale ten, czego innego nas uczy! Spadek ojczysty wziął, obowiązek spełnił, wiary dochował. My żywi nic więcej nie mamy do roboty. Wiarę zachować, obowiązek spełnić, trwać i przetrwać.
No — i tyle — resztę decyduje Bóg!
— Dzięki, bracie, za to słowo! — rzekł Rosomak. — Zawiniliśmy względem niego. Pieśń mu się należy bohaterska, nie bezrozumne ludzkie rozważanie. Masz swoją fujarkę, zaintonuj konfederacki hymn.
Silnie, twardo, na cały żywot ryły się w duszę Orlika: ta noc, ten grób wśród puszczy i te słowa:

Ze skowronkami wstaliśmy do pracy
I spać pójdziemy o wieczornej zorzy
Ale w grobowcach my jeszcze żołdacy
I hufiec Boży.

Na długo przed zorzą wrócili z folwarku Odrowążów z deskami. Przyniósł Szczepański narzędzia i rano już drobna trumienka była gotowa.
Na posłanie z ziół i kwiatów ułożono kości i pokryto je szczątkami sztandaru. Po źdźble srebrnej nici wziął każdy na pamiątkę, a z grubego starego modlitewnika odczytał Odrowąż modlitwy.
Potem Rosomak podał mu strzelbę, a stary ją przyjął, jak święty spadek i oddał Bartnikowi.
— Masz. Twoja jest. Użyć trzeba, jako on używał.
— Słucham! — rzekł prostując się chłopak.
Ale Pantera przeszukiwał wnętrze dębu i wydobył spore, blaszane pudełko.
— To leżało w nogach — rzekł, podważając nożem wierzch.
Pudełko rozpadło się — i na ziemię bryznął deszcz złotych monet.
— Dukaty węgierskie! Kasa partji! — zawołał Odrowąż. — Nie ufał swym siłom Podlasiak i zostawił Chorążemu pod strażą. Co z tem robić?
— Rozważmy! — rzekł Rosomak, zbierając do chustki dukaty i szczątki pudełka. Na dnie były ślady papieru, może wskazówki, polecenie, ostatnia wola, już nie do odczytania.
W próchnie drzewnem znaleziono jeszcze parę sprzążek, guzików, resztki skórzanej torby, częstochowski medalik i dano zmarłemu do trumny, a potem wzięli ją na barki i, zmieniając się, nieśli na gorę.
Skoczyli naprzód chłopcy do chaty, a gdy pochód wolno i ze śpiewaniem przybył na Wdowią Górę, na samym szczycie znaleźli już dół wykopany i pełno wokół kwiecia.
Czekała też Szczepańska z dzieckiem i stali chłopcy na warcie.
Orlik ze strzelbą Rosomaka, Bartnik ze swą dziedziczną Segalasówką.
Gdy spuszczono trumnę do grobu, Orlik dał dwa strzały i sprezentowali broń.
Poczęły padać na trumnę kwiaty i Odrowąż odmawiał modlitwy, a gdy skończył, spojrzeli wszyscy na Rosomaka.
— A on tak mówić począł:
Pozdrawiamy cię i cześć ci niesiem, przodowniku nasz, któryś boju dokonał.
Nie zmarłeś przecie i nie milczysz, a my słyszymy twe hasło i raport, bośmy jednej broni i powołania. Mówisz nam te słowa same, które przez wieki mówili ci, co legli na polach chwały, imienne wodze i bezimienne tysiące, a jednakie, jednej idei bojowniki.
Mówisz nam: Bóg, Honor, Ojczyzna!
Mówisz nam: Słodki jest dla Polski zgon!
Mówisz nam: Bóg mi powierzył honor Polaków jemu go oddam!
Ze wszystkich rubieży Rzeczpospolitej, ze wszystkich walk o wolność i całość, przez wszystkie wieki, jedno hasło słyszymy, panie Chorąży, i powtarzamy jako pacierz ojczysty.
Stanie tu twoja mogiła jako graniczny kopiec i jako gród do straży i obrony. Utrzymamy go póki życie i oddamy następnej po nas młodzieży!
Mówisz i do nich, panie Chorąży, i jako my, oni słyszą.
— Słyszymy! — potwierdzili chłopcy.
— Zlecamy wam tedy tę mogiłę — zwrócił się do nich. — W Bogu wiara, że danem wam będzie doczekać chwili sprawiedliwości Bożej i że oczy wasze ujrzą na tej ziemi polski huf i polski znak na sztandarze. Tedy im się zameldujcie i złóżcie raport swego trwania i gotowości służby, a pierwszemu polskiemu naczelnikowi oddacie siebie do szeregu, a złoto owo, w mogile przechowane, na skarb ojczysty.
Słyszysz, panie Chorąży, i ślubowanie nasze przyjmij. Niech żyje Ojczyzna!
Jak grzmot rozległ się okrzyk zbiorowy.
Rzucił pierwszą garść piasku Rosomak.
— Niech ci lekką będzie ta ziemia ukochana! — i skinął na chłopców.
Wyciągnęli się jak struny i z żywiołowym rozmachem zaśpiewali:

Jeszcze Polska nie zginęła

Rwała się pieśń w zdławieniu wrażenia potężnego, w łzach, co znają tylko miłujący i mężni, i kwitła, pieśń nad mogiłą, jakby proporzec biało-amarantowy, a cichy bór słuchał i dawne czasy wspominał.
Mogiła wyrosła, złocąc się z daleka, a obecni pożegnali ją ostatnią obrzędową pieśnią „Anioł Pański“.
I został Chorąży na swym posterunku samotny, a oni wracając do chaty, radzili:
— Dąb mocarny posadzić mu na mogile!
— Brzozę, coby go gałęźmi tuliła jak matka.
— Krasną jarzębinę, żeby mu ptaszki śpiewały.
— Lipę, żeby mu pszczoły gwarzyły.
— Głaz znam w gąszczu. Przywleczemy i wykujemy kto leży pod nim.
— Uczyni każdy dar jaki zechce! — zdecydował Rosomak. Ja wam, chłopcy, złoto zdaję. Obmyślcie schronienie.
— Ja już mam! — zawołał Bartnik. — Złożymy na spodzie barci. Uchowa drzewo i pszczoły.
— Cieszę się, że nie ja je będę wyciągać, jak pora przyjdzie, ale zresztą zgoda na pomysł — rzekł Pantera.
Oddał Rosomak złoto powstańcze i chłopcy zaraz je pszczołom pod opiekę ponieśli.
W tydzień potem głaz już leżał na mogile i Odrowąż znaki jakieś na nim wykuwał i chłopcom tłumaczył.
— Nie powinien nikt rozumieć, tylko wy.
Nad karkiem Moskal jeszcze siedzi i szpieguje.
Drzew też nie warto sadzić, chyba krzepki jałowiec, żeby uwagi nie zwrócić. On i tak zmartwychwstanie, a tamci Bożego Sądu się doczekają. Jaki siew, takie żniwo, ino Bóg nie rychliwy, jako że wiekuisty.
I pokazując niezdarne kształty, mówił:
— To jest krzyż, a to orzeł, i korona, i drzewce, a tu 63. Stacho się zwał, pamiętam, a nazwiska nie. Więc to S — to jakby podpis, a tak się czyta: Chrystusów wyznawca, Chorąży z powstania — Stacho, a jeszcze dodam W — to znaczy z Warszawy. I głaz bokiem odwrócimy, żeby napis dla wiedzącego tylko był widoczny.
— Obejmą go wrzosy i mchy utają!
Wiatr rozwiał biały piasek i osypał ziemię igliwem i liśćmi, po małym czasie mogiła Chorążego stopiła się i wsiąkła w barwę ziemi, została tylko pamiętna w duszach leśnych ludzi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.