Lato leśnych ludzi/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Lato leśnych ludzi
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1920
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa Lublin Łódź Poznań Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




Niedziela.

Dzban świeżego mleka i bochen chleba postawił na stole Żuraw, nie rozpalając wcale ognia na kuchni, więź kwiatów przyniósł Pantera i obetkał nimi obraz Królowej — z komory wyniósł Rosomak dla każdego czystą odzież i bieliznę.
— Niedziela! — zaśmiał się Coto i pobiegł do kąpieli, zostawiając na przyźbie, na pokaz wszystkim, pierwszą parę własnoręcznie splecionych łykowych chodaków.
Był z nich dumny jak z arcydzieła, to też mocno się stropił, gdy za powrotem ujrzał je w rękach Pantery.
— Masz drugą parę na zapas? Bo my dziś cały dzień w pochodzie — obiad w torbie, wrócimy dopiero na noc do chaty. A to partactwo i dwóch godzin nie wytrzyma. Patrz, na podeszwie nie zawleczono podwójnie, uszy przedrą się od sznurka, pięta nie osłonięta. Będziesz sztykutał boso od południa!
I cisnął pogardliwie arcydzieło.
— No, nieźle! — zdecydował pocieszająco Rosomak po obejrzeniu.
A Żuraw popatrzał — i dał chłopcu z zapasu inną parę.
— Zostaniesz boso, żmija cię utnie i będę miał kram z leczeniem! — zdecydował.
Arcydzieło zostało wyrzucone za płot.
Wypucowali się, przebrali, zjedli śniadanie i poszli wszyscy pod krzyż. Rosomak odmówił pacierze, odśpiewali „Kto się w opiekę“.
Coto był przejęty ceremonią i zgorszony, że go Pantera wciąż trącał i oczami pokazywał skrzynkę lęgową ptasią, zawieszoną wysoko na brzozie.
Ledwie skończyli, Pantera krzyknął:
— Wodzu, dudek jest w tej skrzynce.
— Widziałeś?
— A jakże. Jakeśmy śpiewali: „Ciebie on z łowczych obieży wyzuje“, to łeb wysadził i czub nastawił, taki ufny! Pokazywałem Cotowi, ale nie zrozumiał, że kolegę tam ma!
— A jak się nazywa dudek po łacinie? — spytał Coto.
— Pewnie Coto vulgaris.
— Radzę ci nie cytować łaciny, bo Pantera cię przezwie i tak zostanie! — zaśmiał się Rosomak, patrząc z radością na brzozę.
To już znowu nowy mieszkaniec skrzynek, który? — Zaczął liczyć: — pierwsze osiadły wszędobylskie sikory: bogatka, modra i uboga — potem czarne muchołówki, krętogłów, następnie szpaki, dzięcioły, dudek siódmy.
— Ósme szerszenie, dziewiąte rude myszy — cytował Pantera — no i my w naszej skrzynce! Dziesięć osadników w puszczy.
— Jazda! — zakomenderował Rosomak. — Torby z jedzeniem na ramię — siekiery za pas, kto jaki sprzęt do swych kolekcyi i zdobyczy. Chałupę kołkiem zatknąć, obrok dla towarzyszy postawić u płotu — i w pochód.
Zakrzątał się każdy i poszli.
Dzień był świąteczny, pogodny — za upalny nawet.
— Poświęci nas majowy deszcz popołudniu, — rzekł Żuraw, rozglądając się po niebie.
Idący na czele Rosomak zaintonował ich leśny hymn. Radosna pieśń objęła las i ich dusze jakiemś żywiołowem junactwem.

Powiedziesz ty, powiedziesz nas
Na ten słoneczny szlak.
Gdzie kwitnąć sercom naszym czas
Gdzie czeka lotu ptak.

— Kto ma zdobycz osobliwą — niech idzie na czoło i prowadzi! — rzekł Rosomak. Żuraw wysunął się.
— Mam dwa kwiaty i grzyba.
Szli teraz bez ścieżki, jakimś fantastycznym zygzakiem — omijając to skłębione gąszcza, to grzęzawice.
— Żeby cię tak tu zostawić samego! — rzekł Pantera do Cota.
— Sprobujcie, wybrnę! — odparł zuchowato.
Wreszcie w jakiemś drzewnem mokradle złożonem z brzóz podszytych zielskiem stanął Żuraw i wskazał.
Sam jeden ;— plama barwy i subtelnego wdzięku — wznosił się smukły kwiat o fantastycznej formie — Kwiat pewny — zwany trepkiem królewny. Kwiat nie większy od lilii polnej! — zacytował Żuraw i zaraz przypadł do ziemi, by całość rośliny zdobyć do swego zielnika.
— Szkoda, — rzekł Rosomak. — Tak cudnie wykwitł wśród chwastów — sam jeden, jak piękna dusza wśród ordynarnego tłumu. Wykopać go, z wielką bryłą przenieść do ogródka.
— Racya! Zrobię to jutro.
Rozkoszowali się widokiem długą chwilę aż Pantera, szpiegujący wzrokiem gałęzie drzew, rzekł do Cota:
— Widzisz tę brzozę przy haliźnie, ze zgrubieniem przy konarze na lewo.
— Widzę! — odparł po chwili szukania.
— A widzisz takie czarne dutki — co z tego zgrubienia na wsze strony wychodzą.
— Widzę.
— A wiesz co to?
— Mech.
— Po wierzchu, a wewnątrz?
— Wewnątrz? Pewnie narość na drzewie.
— Wewnątrz ze siedmioro ptaszków, a to ich ogony — to czarne, co na zewnątrz wychodzi.
— Nie może być! Pójdę, obejrzę.
— Idź ostrożnie, bo tam grząsko. To mieszkanie jeszcze jednej sikory. Raniuszek, małe jak orzech — cały ptak — tylko ogon taki wspaniały. Jakim cudem tyle się tego zmieści w tej mchowej chałupce, bo bywa czasem dziewięć sztuk — ale na ogony trzeba ściany dziurawić.
— Wuj ma takie gniazdo?
— Mam — zresztą tego ruszyć nie można, bo zamieszkałe.
Gdy Coto dotknął brzozy, by się na nią wdrapać, zaruszał się mchowy domek.
Z otworu, misternie okrytego — w boku zaczęły wyfruwać białe kulki puchu, nadlecieli rodzice — powstał zgiełk, pisk.
Jedno tylko pisklę dostał do rąk Coto — obejrzał, pocałował i puścił do kompanii.
— Śliczności! — rzekł wracając. — Doprawdy do kwiatków podobne. Żal mi, żem spłoszył.
— Nic to. Czasami takie małe żarłoki zamęczają rodziców za długo. Patrz, jakie to już lotne. Dadzą sobie rady!
Ruszyli dalej, coraz głębiej zapuszczając się w bagna — wreszcie znaleźli się wśród istnego łanu irysów w kwiecie.
— Złote pole — idziemy do Oka Czarnego — rzekł Pantera. — Żuraw pokaże nam wodne cudo! Tylko baczność na kładkach.
Jakoż weszli na jakieś berwiona ślizgie i okrągłe i Coto wpadł jedną nogą w czarną bezdeń. Wyrwał go Rosomak, ale chłopak spotniał z wrażenia lęku otchłani i tak stracił przytomność, że go wzięto za pas i prowadzono jak ślepego.
— Boże, czy to jeszcze daleko? — szeptał wreszcie z rozpaczą·
— No — już. podnieś głowę — i patrz.
Stali nad taflą czarnej, nieruchomej wody — pokrytej kobiercem kwitnących grzybieni. Staw miał ramę z olch i ponurość jego, samotność, skrytość, zdradliwość — stroiły te śnieżne kwiaty.
— To nieżywy staw, jakieś okno do dna niewiadomego. Mierzyliśmy sznurami, ileśmy ich mieli, ale kamień na końcu tonął w jakiś sluz. A przecie gdzieś znajdują grunt i pokarm te korzenie — i do słońca wydobywają się kwiaty. Niema odmętów bagna, by z nich nie można było wybrnąć duszy do światła, tylko rzadko człowiek ma wolę, wiarę i mądrość roślinnej łodygi! — mówił zadumany Rosomak.
— No — ale gdzie tu cudo, Żurawiu! — spytał Pantera.
Ten rękę podniósł.
— Nie widzisz — tego jednego kwiatu i pąka.
— Prawda! Jeden się urodził jaskrawo różowy. Skąd? Jak? Dlaczego?
— Tam w otchłani bagna żyje widocznie też myśl i fantazya Arcy-Mistrza.
— Ten kwiat zerwać trzeba! — zdecydował Pantera, rozglądając się za sposobem.
Ale kwiat rósł za daleko, by go dosięgnąć było można prętem, lub rzutem sznura, więc Pantera zaczął się rozbierać.
— Daj pokój, — zaprzeczył Rosomak, — pamiętasz, jakiej dostaliśmy wysypki wtedy, przy mierzeniu głębi.
— Wielka rzecz — po trzech dniach minęło.
— Muszę dostać dla Żurawia kwiat. Muszę — już ja wiem dlaczego! Zaśmiał się i nagi skoczył w czarną głąb.
— Ruszyło gu sumienie. Chce wynagrodzić wszystkie figle i psoty „skrzata“ — uśmiechnął się Rosomak.
Pantera płynął jak ryba. Czuć było, że się bawi — bez żadnego wysiłku.
Przy jednej gęstwie roślin się zatrzymał i widzieli z brzegu jak po liściach umknął jakiś ptaszek, wreszcie dopłynął, kwiat zerwał — łodygę wkoło szyi obmotał i zawrócił.
— Wuj mnie nauczy pływać! — poprosił Coto.
— I owszem — od jutra.
Pantera wydobył się na brzeg i przedewszystkiem wypluł coś z ust na dłoń i podał Rosomakowi.
Było to jajko.
— Tego niema w kolekcyi. Gniazdo było sobie najzwyklej na liściu — jak na talerzu pięć jaj. A oto dla Żurawia „skrzat“ przyniósł prezent. Biegł ze mną po liściach, kierował, pomagał wyrwać łodygę. Zapomniał o zielonym proszku.
— Dostanie miodu i mleka! — zaśmiał się Żuraw. Przykucnął, puszkę swą roztworzył — i schował starannie zdobycz.
Pantera tymczasem wytarł się nieco trawą i oblekł szaty.
Zawrócili — znowu Coto przedygotał przeprawę kładek i wydostali się na ląd stały.
— A oto macie moją trzecią osobliwość, — rzekł Żuraw, stając na jakiejś polance.
— Osina w kołnierzu!
— To grzyb? — zdumiał Coto.
— Tak — huba drzewna, ale fenomenalnej wielkości. Drzewo napół uschłe. Jutro spiłujemy z obu stron i okaz pomieścimy w chacie. Z biedy można na tem siedzieć.
— Najlepsza hubka do ognia jest osowa — rzekł Pantera.
Tu spojrzał na słońce — i wyciągnął się jak długi.
— Obiad. Krokiem się dalej nie ruszę.
Pokładli się wszyscy. Na polance kwietnie było, sucho — brzęczały pszczoły, ogarnęła ich senność.
— Będzie burza! — szepnął Żuraw, układając się wygodniej.
I zasnęli wszyscy.
Rosomaka zbudził jakiś szelest. Rozwarł oczy — i bez ruchu patrzał. Na skraju polanki, trochę w cieniu, stała patrząc na ludzi para łosi — matka i dziecko.
Niezdarne, jakby z jakiegoś prabytu pozostałe stworzenia, jakby duchy boru, bóstwa pierwocin ziemi. Ciężkie, nieumierne łby — racice jak ski, potężne kończyny.
Łosza ocierała szyję o drzewo, małe, trochę za matką ukryte, skubało gałązki.
Wreszcie, uspokojona nieruchomością ludzi, samica zamruczała i przeszła obok śpiącego Cota, ciężką racicą wgniotła w ziemię jego kapelusz — małe obwąchało go ciekawie.
W tej chwili chłopak się obudził i zerwał. Zwierzęta dały sus potężny, rozległ się trzask łamanych krzaków — zniknęły w gąszczu.
Teraz się wszyscy porwali i Coto lamentował na opowieść Rosomaka.
— Żebym się nie ruszył!
— Ba — nastąpiłaby na ciebie klempa i takbyś wyglądał jak twój kapelusz.
— Olaboga! Jeść! — zakrzątał się Pantera.
Rozłożyli zawartość torb. Był chleb, ser, suszona ryba, u Pantery w garnuszku kilka ciemnych — mocno spiczastych jaj.
— Patrzcie, smakosza! Czajcze jaja sobie przyrządza! — zaśmiał się Rosomak.
— Zabrałem przez zemstę! Wczoraj na błotach to utrapione ptaszysko skrzydłami po twarzy mnie biło, wrzeszczało, łajało; a wcale mi nie o jej gniazdo szło — ale o podróżniczka, który mi mignął w szuwarach. Nie dała szukać, spłoszyła co tylko tam żyło. Zato niech się fatyguje i troska na drugi lęg.
— Masz, Coto, sprobuj delikatesu.
— Aha — nie ufasz! No to nie dostaniesz.
I Pantera zjadł ostatnie.
— Więc podróżniczka nie znalazłeś?
— Jakto — żebym głupiej czajce dał się za nos wodzić? Przecie wstydby był, żeby Pantera na niedzielny pokaz nic nie miał. Chodźcie. Nim tę rybę zżujem, dwie wiorsty ujdziemy.
Teraz Pantera wysunął się na czoło.
Rosomak mijane ostępy nazywał dla nauki Cota, wrażał mu w pamięć charakterystyczne cechy.
— Patrz — to Proszalna Baba. Czy ci ta brzoza, pogięta jakąś katastrofą, z pokurczonemi gałęźmi, z głową przy ziemi, nie przypomina żebraczki u kruchty?
— A ta śnieżna kwiatem, olbrzymia jarzębina, gdy stanie jesienią w koralach, nie Krasawica? Ile jej drozdów, kwiczołów, gilów składa wizyty, śpiewa koncerty, biesiadując!
— A w tym gąszczu ta sosna z kołtunem jakiegoś pasożyta — czy nie Wiedźma?
— A ot „Janosik“ — ten świerk masztowy wśród czarnego zagaju.
— Las — jak ludzkie zbiorowisko — ma tłum i jednostki. Górują jedni krasą, inni siłą, inni indywidualnością, inni powagą lat. Patrz na te trzy dęby! Trzej starcy. Zostali sami na tej wielkiej haliźnie. Był kiedyś zwarty ostęp ich rówieśników — jeszcze pnie znaleźć można w jeżynach. Coto za chłopy na schwał były — taki pułk mocarzy.
— Tych trzech opowiada czasem legendę tradycyi — trzeba tylko ich szum rozumieć. Tylu i tylu padło — ścieląc groblę pod armaty i poczty — za Szwedów — tylu i tylu dało życie za Napoleona, tylu i tylu przez chciwość i interes poszło spławem kupieckim do Gdańska, a w zamian inni padli na spłat kosztów Insurekcyi. Ostatni legli niedawno — jeszcze ich zwłoki zmurszałe sterczą het — oplątane krzami. Tędy wieszatiel Murawiew kazał ciąć tryby i dukty, polując na niedobitki partyzantów męczenników.
— Trzej starcy dużo widzieli. Całą kronikę puszczy znają. Oddajemy im pokłon i cześć.
Odkryli głowy i szli chwilę w skupionem milczeniu, aż Pantera niepoprawny rzekł.
— Mnie się widzi, że ten stary, co mu trochę głowa łysieje, ma lokatora w dziupli.
— Co zaś? — zdziwił się Rosomak.
— Nie wiem. Może ryś? Chociaż tegośmy jeszcze nigdy nie spotkali. Może kuna, tchórz. Otwór wydaje mi się jakby świeżo podrapany. Ja dopilnuję.
— I ja! — szepnął prosząco Coto.
Pantera tylko głową skinął, bo się pilnie rozglądał i oryentował. Wreszcie wnurzył się w las trzcin, pokrywających brzeg błotnisk. Las to był zielony górą, zeschły od dołu, wyższy nad ich głowy, tak, że po chwili tylko po ruchu suchych kit można było poznać ich ślad. Stopy kaleczyły haniebnie twarde pniaki i z trudem rozdzierali gąszcza. Rosomak głową pokręcił. Nawet on się „cudował“ jakim sposobem człowiek, bez węchu łasicy i oczu kota, wynajdzie w tym zielonym odmęcie gniazdo małej ptaszyny.
To też wędrówka długo trwała; musiał Pantera nie raz zbłądzić, ale wreszcie przykucnął do ziemi, i, rozchyliwszy suche badyle, pokazał im marnie usłane gniazdo z szuwarów, a w niem pięć błękitnawo-kropiastych jajeczek.
Żuraw, mniej zajadły do ornitologii, spytał ocierając pot z czoła.
— Naucz mnie, jak się to znajduje taką igłę w stogu siana?
— Ano tak. Na błocie jest kierz z kitą rogoży w środku — ot ten — a naprzeciw trzeba mieć tamtą brzozę — ot — jak ręce rozciągnąć, a wtedy trzeba szukć — tego!
I zdjął z wierzchołka szuwaru pióro czarne, cietrzewie przywiązane nitką.
— Pantero, niecnoto! — zawołał Żuraw — dobrałeś się do moich narzędzi — toć jedwab opatrunkowy!
— Nie znam się na tem. Szukałem kiedyś nici — do zeszycia podartej kurty, wziąłem, co znalazłem, — odparł niefrasobliwie Pantera. — Ot, mam resztę w kieszeni.
I oddał mu sumiennie — brudny, splątany węzeł — drogocennych nici.
— Od troglodyty — pierwsze wcielenie! — burknął Żuraw, odrzucając śmiecie.
Rosomak troskliwie zebrał gniazdo i jaja do kolekcyi i uczył Cota.
— Śliczny i rzadki ptaszek — krewny słowika, ale nie żaden solista. Za to ma śliczną błękitną tarczę na piersi. Niech żyje Pantera za tę zdobycz!
— To i koniec. Wódz się niczem nie chwali. Ani Coto?
— Wybrnijmy stąd i niech zabezpieczę jajka. Widziałem coś ślicznego — ale pewnie poszło. Zaprowadzę was w każdym razie.
— Poszło? Co może być takiego?
Ale Rosomak milczał i, gdy stanęli na trwałym gruncie, wskazał ręką daleko widoczny świerk i tam się skierowali.
Gdy mijali jakąś wrzosem pokrytą haliznę, nagle ujrzeli coś czerwonego — sunącego pędem po ziemi.
— Kuba! — ucieszył się Żuraw.
— Chr, chr — radosne, i Kuba już był na jego ramieniu, zziajany, mokry, z bokami zapadłemi.
— I jak to, szelma, nas odnalazł, — podraźnił go Pantera. — Chałupa zamknięta, ani orzechów, ani mleka.
Ale Żuraw czekał widocznie na swego faworyta, bo wkrótce w zanadrzu rozległo się zapalczywe gryzienie orzechowej skorupy i zazdrośne mruczenie, by nikt się nie ważył do udziału w uczcie.
Świerk do którego przyszli po długim pochodzie nie był to „Janosik“ — nazywał się „Widz“. Konary gęste i rozłożyste tworzyły jakby stopnie, a na samym szczycie była uczyniona z paru łat platforma. Stamtąd dobrą lornetką można było objąć cały raj leśnych ludzi.
Poszedł pierwszy Rosomak z Panterą i po chwili rozległo się ze szczytu.
— Jest — nie poszło!
Skoczył tedy Coto niecierpliwy. Dał mu Pantera lornetkę — wskazał kierunek.
— Widzisz polankę w gąszczu, brzozy jak wianek wkoło!
— Widzę — i tam coś stoi — skubie trawę — sarna! i coś się przy niej rusza — w ciepki, małe. Jakie śmieszne!
— Wczoraj się pewnie ulęgło! Wypatrzyłem przed wieczorem. Dobrze stąd obserwować — nie płosząc. Zresztą polanka wkoło błotem otoczona — ciężki dostęp.
— I chatę widać — i wodną siatkę, i bezbrzeżne bagna, i Czarne Oko już poznaję i jezioro. Można sobie zrobić, stąd patrząc, mapę — i wszędzie trafić. Jutro zaraz zrobię — zawołał Coto.
— I chmurę widać, co na nas idzie. Oj, bo też skwar trafił! Na ziemię i — hajda na pusty ląd — bo tu pioruny lada moment zagrają.
Ukryli pod świerkiem torby i zwierzchnią odzież, gniazdo i puszkę z kwiatem, siekiery i nawet kapelusze — w bieliźnie tylko i odkrytemi głowy — patrzyli w niebo, oczekując rozkosznej kąpieli.
Wicher zaszamotał lasem, porwał się z nim za bary, zawył nagle, kędyś w puszczy z trzaskiem zwaliło się drzewo — błysk oślepiający wypisał na czarnej chmurze swój mocarny znak.
Zakotłowało — lunął deszcz, zadygotało powietrze gromami — wicher darł liście, całe gałęzie — zda się zwali drzewa.
Coto oślepiony, ogłuszony — spojrzał po towarzyszach. Pantera gryzł suszoną rybę, Rosomak osłaniał fajkę, by mu nie zgasła, Żuraw zdjął koszulę, owinął w nią Kubę, a tors swój w deszczowej kąpiełi rozcierał garścią mchu. Żaden nawet okiem nie mrugał na bezustanne olśniewające błyskawice i jakby głuchy był na ryk piorunów.
Coto postanowił też okazać niefrasobliwość i zaczął gwizdać, ale Pantera dość niedelikatnie trącił go w bok.
— Jak on gada — milczeć robaku! — krzyknął wśród huku gromu. — Jest czego słuchać z uwagą. To też Boży wykład!
— A jeść suszoną rybę wolno?
— Wolno, bom głodny. Ale nawet głupi kos wie, że gwizdać podczas burzy nieobyczajność chamska jest! Ot, masz karę.
Z chmury wraz z ulewą sypnął grad zrazu drobny — potem coraz bujniejszy. Coto rękami odsłonił głowę, a potem, naśladując towarzyszy, zaszył się ile można pod mech i wrzosy. Lodowe kulki prażyły boleśnie, zabielała od nich polana.
Pantera wreszcie wyskoczył i zaszył się pod jałowiec, umknął też, czerwony jak rak, Żuraw, nie zapomniawszy zabrać owiniętego w koszulę Kubę. Ale był to ostatek burzy. Chmura posunęła się na wschód, wyjrzało słońce.
— Teraz kłusem do chaty — zakomenderował Rosomak.
Zebrali swe graty i pobiegli. Pantera wnet się na czoło wydostał i zniknął w gąszczu, Żuraw w biegu naciągał kurtę. Coto, dzwoniąc zębami, plątał się w zdarte chodaki. Rosomak suchą odzieżą osłaniał drogocenne gniazdo. Ale się wnet rozgrzeli i gdy dobiegli chaty parowała ich bielizna.
— Obejdziemy się bez chininy! — rzekł Żuraw wchodząc do izby.
Pantera już rozniecił ogień na kominie i wnet czterech nie leśnych ale dzikich nagich ludzi, wśród śmiechu przebierało się w suchą bieliznę i odzież.
— Teraz ino spać! — rzekł Coto.
— Doprawdy! A robotę zdać na skrzata — oburzył się Pantera. — Zbieraj te mokre łachy i rozwieś porządnie na strychu. Drew też stamtąd rzuć do sieni — podłogę do sucha wytrzeć, kartofli na kolacyę obrać, Hatorę wydoić! Widzisz przecie, że tamci już się wnurzyli w swe preparaty, zielne i jajeczne. Jazda!
— Co tu jest jednak roboty!.
— Aha, a tyś z początku się nudził i łaził po krzakach. Tutaj wszystko tak pracuje. Jak się czasami zmęczę — to tylko popatrzę na tę modraczkę, co karmi jedenaścioro żarłoków — albo raniuszka, co buduje swe gniazdo! To trochę kłopotliwsze jak nasza robota!
Poszli boso do szopki. Hatora, sucha, przeżuwała flegmatycznie, Łatana Skóra była też rozsądnie pod dachem.
— Patrz, jakie to mądre. Wróciło sobie w porę do chaty — i patrzy na nas z politowaniem. Wynoś się, Kis! — odpędził węża i przykucnął do dojenia.
— Weź no, Coto, pęk ziela zatknięty za strzechę i wytrzyj nim małą!
Łatana Skóra obwąchała ziele, ręce Cota i pozwoliła łaskawie dotknąć córki. Maleństwo toż przychylnie poddawało się operacyi.
Gdy Pantera skończył doić, nalał mleka w skorupkę dla węża, a potem wynalazł w kącie garnek i rzekł z cicha.
— Kropelkę też daję małej — ale Żuraw o tem nie wie. Szkoda niebożątka — jeszcze trawy nie skubie, a komary tną. Naści, rośnij zdrowo.
Patrzyli przyjaźnie. Wąż wnurzył głowę do mleka, źrebię ssało garnuszek z lubością.
— Pantero, rzekł Coto. Słyszycie — coto tak dziwnie terkoce — jaki to ptaszek?
— To — posłuchał Pantera — to znak długiej słoty. To żmija.
— Nie może być! Węże są przecie nieme.
— Chodź — zobacz. Tylko cicho!
Stąpając ostrożnie, zwolna w kierunku głosu ujrzeli na ścieżce do wody żmiję. Na pół zwinięta podnosiła tylko głowę i wydawała monotonne — trrr — na bardzo wysoki ton.
Pantera oddał Cotowi skopek, cofnął się do szopki — bez szelestu — i nagle skoczył ku gadowi. Miał laskę w ręku, uderzył raz i drugi. Terkotanie umilkło, błysnął białawy brzuch — i gad martwy rozciągnął się jak sznur na ścieżce.
Pantera zmiażdżył mu głowę i rzutem laski cisnął daleko w gąszcza.
— Ot, masz ptaszka. Rzadko się odzywa, ale głos ma. Straszna moc tego plugastwa tu było gdyśmy osiedli. Zabijaliśmy tuzinami codzień. Hatora była pogryziona, i klacz, i ja. Tamci boso nie lubią chodzić — więc się ustrzegli.
— Ale, że to nie śmiertelne — ten jad.
— Przecie mamy doktora. Ale gorączkowałem parę dni. Odrowąż nauczył mnie potem jakie ziele pomocne. Zwierzęta je same znajdują, byle dłużej w dziczy żyły. Odzyskują pierwotny instynkt, zatracony przez oswojenie.
Wrócili do chaty.
— Gad trąbi — będzie słota — oznajmił Pantera, trącając Cota i oczami pokazując towarzyszy.
Żuraw w jakieś specyalne waty i bibuły spowijał różowy kwiat, Rosomak wydmuchiwał jajka — żaden się nie odezwał.
— A na jadalnym stole tylko chleb i sól.
— Gdzie nasza wieczerza?
— Niedziela — nic się nie gotuje — mruknął Żuraw, a Rosomak przerwał dmuchanie i spytał: — zabiłeś gada?
— Zabiłem, i chcę kartofli suto omaszczonych i gęstych — mam dosyć płynów!
Nie otrzymawszy odpowiedzi, przyniósł ze śpiżarni kartofli i zaczęli je z Cotem obierać.
— W słotę, co robić! Nuda! — rzekł chłopak. — Miałem jutro uczyć się pływać — rysować kartę — pilnować, co mieszka w dębie? A tu siedź w izbie!
— Czasami dobra słota. Mnóstwo się zbierze roboty. Zobaczysz jaki tu bywa warsztat! No, rozpalaj ogień.
Rosomak skończył robotę — wyszedł z chaty i wróciwszy rzekł.
— Tak. Będzie chłód i słota dni kilka. Nareszcie znajdę czas poreperować siatki i kosze.
— A ja, pokatalogować zielnik! — dodał Żuraw.
— A ja, nas wszystkich obszyć i obłatać. — rzekł Pantera.
— A ja? — spytał Coto.
Rosomak wskazał półki z książkami.
— Historję nowych znajomych poznać!
Zapalił fajkę, zdjął ze ściany skrzypce i po chwili zaczął grać.
— Ot, dopiero niedzielny bal prawdziwy! — szepnął Pantera.
Coto się zasłuchał. Jakieś nieznane, dziwne melodje wygrywał Rosomak. Jakby jakaś opowieść to była, baśń, marzenie. Po chwili Żuraw zaczął mu dopowiadać na jakiejś cudacznej, powiązanej z kilku trzcin czy łóz fujarze.
Na dworze wieczór posępny zapadał, niebo zawleczone chmurami ciemniało i gasło. Żarzyły się węgle na kominie, buzował ogień na kuchni — daleki chór żab był cichszy niż zwykle, jakoś króciej odegrały hejnał żurawie. Ale smętku nie było — ni w przyrodzie, ni w muzyce. Czuć było, że za chmurą stało mocarne majowe słońce, że to tylko chwila tęsknoty i zadumy — w młodości.
— Czyje to, wuju! — spytał Coto, gdy Rosomak przerwał i smyk przykręcał.
— Leśne — majowe! — uśmiechnął się grajek, amator.
I Coto zrozumiał, że to był śpiew puszczy, podsłuchany przez leśną duszę człowieczą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.