Przejdź do zawartości

Lalka (Zapolska, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Lalka
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LALKA.



 Często, gdy słońce świeci i złotą strugą ziemię opływa, śledzę z mego okna idące na spacer małe dziewczynki. Wiele z nich idzie spokojnie, grzecznie, cicho niosąc w objęciach swoją lalkę. Są to różne lalki. Niektóre piękne i bogate, eleganckie, ot — małe damy, podobne do swych właścicielek. Jasnowłose, białe, różowe, obramowane błękitnem rondem kapotki — nie wiadomo, która z nich lalka... dziewczynka żywa, czy ta maseczka z kartonu?... Inne mają wygląd inwalidów z pola walki. Odrapane, czasem bez nosa, z kosmykami włosów na czubku głowy, a mimo to serdecznie tulone do drobnej piersi, w której już budzi się macierzyńskie serduszko.
 Lalka! — magiczne słowo. I później już, później znacznie, gdy nawet jesień życia stanie u progu naszego istnienia, nawet gdy białe włosy otulą twarz kobiety śniegiem zimy, w której tumanach majaczy cmentarny krzyż — jeszcze na widok lalki, kobieta mimowoli się uśmiecha. Widziałam kobiety samotne, nie mające dzieci, kobiety, zmęczone życiem i złością ludzką, zatrzymujące się przed wystawami sklepowemi.
 — Co pani tu robi?
 — Nic... przypatruję się lalkom...
 Te nieme, cicho, nieruchomo siedzące istotki poza szybą sklepową w swych błękitnych i różowych atłasach, z oczyma świecącemi, jak perły czarne i tajemnicze, mają w sobie wielki czar, wspomnienie dni, jeśli nie szczęśliwych, to choć trochę jaśniejszych. To są pierwsze ukochania kobiece, to są pierwsze powiernice łez, czasem nawet bardzo gorzkich, małej dziewczynki, to pierwsza jej przyjaźń i nieuchwytna, a przecież już tak bardzo potężna przegrywka do najsilniejszego uczucia, które życie kobiety wypełnia — do macierzyńskiego jej posłannictwa.
 Do szkół francuskich żeńskich wprowadzono obecnie lalki. Każda szkoła otrzymała śliczną lalkę wielkości dwutygodniowego dziecka i czemprędzej pośpieszono nazwać każdą lalkę jakiemś zdrobniałem imieniem. Ale — lalki te nie służą za zabawkę, nie są prowadzone „za rączkę“ na spacer podczas rekreacji, nie prezydują podczas obiadów, sporządzanych z kasztanów i niedojrzałego agrestu na liściach łopuchu.
 Te białe i różowe laleczki mają poważne zadanie. One wraz ze swym sfinksowym uśmiechem nieruchomych zagadek wprowadzają w pokoje szkolne wielkie i święte zadanie, które przed każdą kobietą jak lampa, zapalona w świątyni życia, świeci. To — macierzyństwo! Tak, te lalki woskowe z wyciągniętemi rączkami, pachnące zdaleka woskiem i filozelą, one reprezentują twardy, nieubłagany, straszny wyrok, rzucony ongi wśród zieleni raju przez zagniewanego Jehowę:
 — W boleściach rodzić będziesz!
 W boleściach rodzić, chować, drżeć o każdy krzyk, o każdy krok, o każdy kaszel posłyszany wśród nocy. W boleściach widzieć będziesz później, jak niewdzięczne dziecko twe odsuwać się będzie od twego serca, dążyć do obcych serc — jak z czasem zapomni o tobie... jak z czasem nawet nie będzie wiedzieć, czyś miała, o matko, oczy w trumnie zawarte na wieczny długi sen!... A te trumienki malutkie, błękitne, białe... te karawaniki modre, jak bławaty srebrem osypane... te małe groby, na których klęczą kamienne aniołki, tak duże, jak ten drobiazg, pod ziemią ukryty...
 W boleściach rodzić i grzebać swe dzieci będziesz.

............................................

 A przecież — uniknąć tego losu niepodobna. Są kobiety, które przed macierzyństwem chronią się za kratę klasztorną i tam szepcząc pacierze, czekają śmierci. Inne — okryte białemi skrzydłami swych kapturów tulą sieroty do swych dziewiczych piersi. Jeszcze inne, nie będąc matkami i żonami, pozostają na świecie i dążą — wysoko... ad astra! Ale większość — fundament, na którym ludzkość spoczywa, ta większość macierzyństwo ma za cel swego istnienia i życia.
 Maluchna ku lalce wyciąga ramiona. Okrywa ją — tuli. Potem dziewczęciem swe młodsze rodzeństwo do siebie garnie, prowadzi. Czem, kim ma być więc kobieta?
 Na kogo ją przeznaczyła natura? Na — matkę! I dała jej ku temu celowi cud nad cudy: ciało tak ukształtowane, że jest w niem cała poezja, cały hymn przepotężny twórczości i siły najwyższej.
 Czyż więc całe wychowanie, a przynajmniej główna jego podstawa, nie powinna dążyć do tego, aby kobieta znała swój cel, nauczyła się go uważać za świętość, za to, do czego cała jej istota dążyć powinna?
 Tymczasem — jak jest z naszem wychowaniem? Uderzmy się w piersi i powiedzmy prawdę. To — że kobieta ma być matką, jest pozostawione na ostatnim planie. Tańczyć się uczą prędzej dziewczęta, niż higjeny i powinięcia dziecka. Ileż z nas stanęło bezradnych nad rozkrzyczanem dzieckiem, nie umiejąc przewinąć, nie umiejąc wziąć do ręki tej istoty, do której przyjścia na świat powinnyśmy być stopniowo przygotowywane — jako do obowiązku koniecznego i świętego do spełnienia. Zastanówmy się, co dziewczęta, które idą zamąż — umieją? a właściwie czego one te biedaczki nie umieją? Panna z wyższem wykształceniem chodzi już z pewną pompą. Czasem matka dodaje z dumą: „moja córka sama sobie tę sukienkę uszyła“. I to już się nazywa praktyczne wychowanie. A dzieci? dzieci? — czy córka pani wie i umie przygotować się na przyjście na świat swego dziecka? Czy córka pani wie, jak się z niem obchodzić, gdy już na świat przyjdzie? Poco? jest piastunka! Nie — piastunka jest ciemną kobietą, często małą dziewczyną, głupią i niedoświadczoną.
 Tu właśnie owa „panna z wyższem wykształceniem“ zostawszy matką, powinna czuwać nad piastunką, rozciągać nad nią dozór i uczyć ją tego, co dla higjeny dziecka jest konieczne. Już widzę oburzoną minę tej i owej pani. Ależ panny wtajemniczać w to wszystko, to nieprzyzwoite! Zostawmy im urok i nieświadomość dziewczęcą. Urok pozostanie urokiem, a lepiej, że w dzień biały otwarcie, szczerze, rozumnie z ust matki lub nauczycielki dziewczę dowie się o swem szczytnem posłannictwie, niż ukradkiem od sług, od koleżanek, wśród niezdrowych i fałszywych szeptów.

............................................

 I oto — we Francji wprowadzono do szkół owe lalki, na których mają się dziewczęta uczyć obchodzenia się z niemowlętami. Dziewczęta szyją same pieluszki, powijaki, koszulki — darowując później te wyprawki nędzarkom. Dziewczęta uczą się brać w rękę dzieci, powijać je, bandażować, wkładać i wyjmować z kąpieli — uczą się przygotowywać kąpiel, maglować pieluszki, nauki chodzenia dzieci, urządzania kołyski, sypialni dziecinnej. Gotują kleiki, kaszki, rumianki, płuczą i czyszczą sztuczne mamki, odgrzewają mleko, mieszają je z wodą ryżową, słowem odbywają cały kurs, konieczny dla przyszłych matek. Co więcej — uczą się sięsię, jak w danej chwili zastosować pierwszą pomoc lekarską, umieją założyć bandaż, opatrzyć ranę, zatamować krew — słowem gdy matka oddaje taką panienkę w dzień ślubu jej mężowi, jest spokojna. Wie, że córka jej mniej drży i płoni się, ale, że potrafi ocalić siebie od nieszczęścia i kalectwa na całe życie, a dziecko jej będzie zdrowe, chowane czysto i higjenicznie. To nie są „nowomodne“ wymysły, to zdrowe pojmowanie posłannictwa kobietykobiety. U nas w Polsce w XVI wieku dziewczęta były przez matki tak samo wtajemniczane i przyuczane do wszystkiego.
 Wiem, że są kobiety, traktujące życie na serjo i w Krakowie istnieje towarzystwo młodych zamożnych panienek, mających kolejno dyżury przy biednych, rodzących kobietach. Jedna z tych panienek powiedziała do mnie z nieporównanym wdziękiem:
 — Skoro się napatrzę, jak one cierpią w nędzy, może trochę mi będzie lżej cierpieć w innych warunkach... Tymczasem staram się, żeby taka biedna kobieta choć w takiej chwili nie czuła się samą i biedną...
 Czy przez to dziewczę nie miało w sobie powabu lilij? Czy przez to, że zrozumiała swe zadanie na świecie, że otarła pot z czoła wijącej się w bólu drugiej kobiety, straciła czar i urok dziewczęcy? Nie — ale gdy szła do ołtarza, wiedziała już, poco idzie. Znała swe obowiązki, nie były dla niej niespodzianką, nie starała się umknąć przed nimi. Jeżeli nauka owych macierzyńskich obowiązków zostałaby u nas wprowadzona, czy stałoby się co złego? Czy nie jest ona konieczną? Zwracam się do kobiet z tem pytaniem — zwracam się do matek, które przeszły ciężkie chwile, nie umiejąc sobie poradzić ze swymi obowiązkami, gdy nagle z atmosfery balów, ptaszków i fortepianów zostały przeniesione w atmosferę surowych obowiązków i stanęły wobec macierzyństwa.
 Czy podobne kursy nie mogłyby i nie powinny być wprowadzone obowiązkowo w program wychowania dziewcząt?
 Czekam na odpowiedź.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.