Przejdź do zawartości

La morte! la morte!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł La morte! la morte!
Pochodzenie W zamyśleniu
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1923
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


LA MORTE! LA MORTE!



 Nie! dziś nie patrzę przez moje okno, poza którem biel śnieżna, posypana brylantami iskier. Jakiś chłód, jakiś ziąb. Wiosna się ku nam już śmiała i coś pękało na gałązkach bzu...
 I mimowoli inne „okno“ zarysowuje się w myśli. Duże, jasne, szeroko rozwarte. Poza niem szafir, zieleń, srebro fal.
 W oddali dźwiga się, jakby z opowieści sennej, szare, nito z chmur złożone miasto...
 Wenecja!
 Płynie gondola... Kto w niej? Ach mniejsza! Duchy ludzie, duchy istoty, duchy mary, dźwignięte z fal. Nocą płyniemy statkiem, a na pokładzie jest nas kilkadziesiąt osób i słychać strzelanie korków szampana. Mandoliniści grają l’Altalenę. Ich głosy namiętne, głosy lubieżnych kanalij podśpiewują melodję. Tu i owdzie pary zaznaczają się w cieniu. Tańczą. Ktoś odział się w purpurowy koc i stoi pod latarnią, chwiejącą się na pomoście. Obok niego błyszczą galony munduru któregoś z oficerów włoskich, nam towarzyszących.
 Statek powoli, szumiąc, pruje wodę. Jest za wielki, aby płynął po Canale grande. Kręci się wokoło wysp. Ciemno tu, dziwnie i straszno. Oto — szpital obłąkanych, już minięty. Oto inny gmach. Cichy, czarny wśród nocy, oślizgły. Gdzie niegdzie po nim rozsiane światełka okien.
 Oparłam się o poręcz.
 Patrzę.
 — Giudecca! — mówi koło mnie stojący pułkownik Vinzardelli.
 I z uśmiechem dodaje.
 — A tam jest Polka w tem więzieniu. Pani wie... La Tarnowska!
 Z szumem, powoli — mija statek Giudeccę.
 Korki szampana strzelają, mandoliny brzęczą.., pary w ciemni kołyszą się rytmem walca.
 La Tarnowska!...

............................................

 Już druga „Polka“, która przypomniała nas „zagranicy“. Na krótki czas, to dosyć. Nie o to jednak chodzi. Panie te — tak Borowska, jak Tarnowska, były w okresie swej „katylinarnej“ egzystencji. Wprawdzie Nietzsche twierdzi, że tylko genjusze mają taką egzystencję, ale ja jestem pewna, że nawet kanalarze i prasowaczki mają takie okresy. Te „katylinarne“ wybuchy wyładowały te panie różnie od siebie — jedna z większą, druga z mniejszą elegancją. Jednej zarzucono, iż sama krzątała się i walała ręce w krwi, choćby za pomocą historycznej gąbki, drugiej zaś, że bardziej wyniosła, „czarne roboty“ a raczej krwawe roboty pozostawiła innym i sama oczekiwała rezultatu. I tu i tam nie dogodzono nikomu. A co ciekawe, że gniewały się i gniewają najwięcej na te dwie głośne „ska“ na całą Europę — kobiety.
 Tak — jest kobiety!
 Tam — na kamiennych schodach sotto portico jakiemś — grono kobiet czarno odzianych, owiniętych w szale miękie, jak Tanagry z czarnego marmuru, czekają na przyjazd gondoli, w której się mieści Tarnowska. Te twarze może podobne do twarzy Catariny Sandello, kochanki Aretina, ożywia purpura gniewu.
 Oto — zakołysał się na falach czarny, żałobny ptak. Purpura rumieńców tryska z bladych twarzy coraz gwałtowniej. Na biodrach kościstych zaciskają się pięście. Oto gondola. Uderza o stopnie kamienne. Karabinierzy wysiadają. Pomiędzy nimi Tarnowska, otulona w futro. Wyniośle, jak ta, która ma gdzieś w mgłach przeszłości majaki tronu i królewskości, spojrzała na czarną masę i rozgorzałe twarze.
 Zwarły się oczy. Tarnowska odwraca się i z uśmiechem mówi coś do karabiniera. Ten odpowiada z galanterją. I oto pod błękit nieba, strasząc biel gołębi rozwiewając gorącem tchnieniem suszące się wieczyste płaty bielizny z okien kamiennych przepychów — wznosi się krzyk głosów kobiecych:
 — La morte! la morte!...

............................................

 Po całej Europie krzyk ten namiętny rozchodzi się i przenika najbardziej spokojny i płaski umysł kobiecy.
 La morte! la morte!...
 I myślą, słowem, pragnieniem — oto kobiety skazały już Tarnowską na śmierćśmierć.
 — La morte!...

............................................

 Stało się.
 Potępiono tę elegancką, wyniosłą brunetkę o skośnych oczach, zaciętych ustach, umiejąca nosić boa, co jest dużą sztuką, tak jak sztuką jest nie wzbudzać „zabójcze kochanie“ (bo to potrafi każda kobieta, gdy ma czas i ochotę ku temu), ale utrzymać swe upojenie, towarzyszące wszystkim silnym afektom. Tarnowska tej sztuki jednak nie dokazała. Umie manewrować z boa i długą suknią, ale potrafi manewrować kochankami tylko do pewnego punktu. Moc i siła kobiety okazuje się bowiem nie w chwili trwania romansu, tylko po zakończeniu. Jeżeli ta suggestja trwa nawet po rozejściu się kochanków, jeżeli nie wroga, lecz wiecznie oddanego raba mieć będzie kobieta w swym dawnym kochanku, ta kobieta jest prawdziwie silna i potężna.
 Tak, jak jest z Tarnowską, to nic jest żadna jej moc, ani potęga.
 Dziennikarze przezwali ją „demoniczną“ bo trzeba było tytułu sensacyjnego. Ale to nie jest demoniczność. Prawdziwą siłą byłoby, gdyby te dwie kanalje rozszlochane — Naumow i Priłukow wytężali wszystkie siły, aby ocalić Tarnowską i brali wszystko na siebie, zamiast, jak ongi Adam w raju, wołać z bekiem: „To nie ja... to ona!“...
 A Pan Bóg, bardzo rozgniewany zato, co Nietzsche nazywa „skażeniem ludzkości“ — to jest za grzech pierworodny — nie mogąc dojść do ładu, kto tam kłamie (ile że jeszcze sądów przysięgłych nie było), wziął rózgę i wypędził obie interesujące osobistości, mówiąc:
 — Wynoście się, błaźniuki!...
 Adam bardzo płakał — może tak, jak Naumow, a może bardziej „po męsku“, jak Priłukow — i jeszcze za bramą raju beczał:
 — To nie ja... to ona!...
 A za nimi sunął wąż i bardzo się bawił.
 Bo to jest wysoce komiczne.

............................................

 Pomyśleć tylko, ile łez ci panowie wylewają!... Podobno ten pijaczyna Naumow dostaje dużo oświadczających się listów. Ślicznie. Ale za co?... Tarnowska jest „krew królewska“. Coś w niej jest, co wymaga haraczu — pieniędzy, zbytku. Ha, no!... tak!... Gdyby wszystko było szło prawidłowo, byłaby miała apanaże i nie potrzebowałaby się wdawać w brzydkie afery. — A byłoby za mało, nie starczyłoby na stroje, pałace, podróże — nałożyłaby większe podatki i pieniądze by się znalazły. Cóż... kiedy Tarnowska nie ma poddanych, a we krwi zacięcia panującego. — A więc znajduje dwóch zbirów w marynarkach lub smokingach i trzeciego mało interesującego i powiada: „chcę pieniędzy“. — Zamiast posyłać egzekutora podatkowego, aby chłopu zajmował krowę lub wyciągał poduszkę z pod głowy — powiada: „Miłyj!... uwolnij mnie od Komarowskiego!“
 I dziewiczy Naumow i tajemniczy a wodzący się z detektywami Priłukow, zamiast, jako istoty wyższe, silne moralnie i pełne poczucia honoru, dać babie krwiożerczej odpowiedź należną — wchodzą w jej plany i latają po Europie, zastanawiając się, co ma wybrać „Berta“, czy „zimną, czy gorącą potrawę?“...
 I potem wołają:
 — To nie ja!... to ona!... panie prezydencie!
 I tu, gdzie się rozchodzi o trupa, o śmierć, o tragedję wydartego życia — Naumow-Berta mówi, szlochając:
 — A ona mi ląćkę spaziła... a potem nalała wody toloństej...
 A pan Priłukow mówi, podciągając nosem:
 — A ja jej dałem pieniądze, potem odebrałem, ale dałem...
 Tak, jak ongi Kallimach w XV wieku, który bardzo wzdychał, gdy owa Francesca Świętoszanka wolała dary od „orzeszków i czary mleka“. — Przecież Świętoszanka pochodziła także ze „szlacheckiej“ rodziny i żądała, aby „deszcz brylantów spadał na jej łono“.
 I to się Kallimachowi nie podobało.
 Ale już tego, co dał, nie odebrał. Roztrąbił wprawdzie, że dał — ale nie odebrał. A Priłukow i trąbił i odebrał.

............................................

 Trzeba przyznać, że owe dwa „zbiry“ bardzo się Tarnowskiej nie udały.

............................................

 Ona sama jeszcze się nie zarysowuje, łamie się, rwie, nie wytrzymuje tej, której formą reegzystencji były Cezarowe popędy; ona także mówi: „nie ja — on!“ — ale równocześnie broni Priłukowa:
 — „On jest szczery, Naumow hipokryta“.
 A czemu? — Oto Naumow, dokonawszy „mordu“, zalecał się w wagonie do jakiejś damy. Kupował jej kwiaty. Tego Tarnowska darować nie może. Okrzyczano ją jako czarodziejkę, przykuwającą nierozerwalnie do swych wdzięków. A tu Berta Naumow kupuje gwoździki!... Skandal! Więc Tarnowska opuszcza go, potępia, urazę ma w sercu. I dlatego broni jako tako Priłukowa, przyznając mu szczerość. Gdyby Naumow, jak słodki Fortunio, odpowiedział na pytania sędziów:

Mais j’aime trop pour que je die
Qui j’ose aimer
Et je veux mourir pour ma mie
Sales la nommer...

Nie ujęłoby to Tarnowskiej po tych gwoździkach, dla innej kupowanych damy.

............................................

 A przecież, gdyby ci panowie zastanowili się i wiedzieli, że Włochy (według Stendhala) są krajem, gdzie sąd ogółu jest pokornym sługą namiętności — zyskaliby bardziej ugruntowaną i na bardziej rycerskich podstawach opierającą się sympatję. — Gdyby powiedzieli — działaliśmy sami pod wpływem naszych własnych namiętności — uwzględnionoby może imperatyw nie w osobie Tarnowskiej, ale ich afektów własnych, wybujałych i nieprzepartych. — Zamiast być zasmarkanymi kłamcami, byliby wówczas rzeczywiście ofiarami wyższej potęgi, która opadła na nich jak potwór i nie opuszcza nawet do chwili tragicznego sądu. — Tarnowska wówczas stałaby się tą rzeczywistą siłą, tą kobiecością wszechpotężną i tajemniczą. — Gdyby oni gorąco wołali: „to my! tylko my!... nie ona!“, byłby to głos, nieprzeparcie świadczący za nimi, nie przeciw nim.
 Tylko trzeba, żeby było:
 — Nie ona! my!
a oni wołają:
 — To ona! nie my!
 I przez to są nędzni, wstrętni, mali, głupi, śmieszni.
 A mogli być groźni, rozpaczliwi, pełni tego bólu, który zabija, tragiczni.

............................................

 I dekoracja doskonale dobrana do tej zbrodni. Ta Wenecja, błyszcząca i ponura. Na zewnątrz spławiona w słońcu, lazurze, złocie mozaik, liljowych kiściach akacyjakacyj. Na wewnątrz czarna, grobowa — pełna reminiscencji mordów i odgłosu padających a zasztyletowanych trupów.
 Gdyby „Berta“ wybrała „zimną potrawę“ — komnaty, w których padał Komarowskij, zajęczałyby echem dawnych sztyletowych zbrodni. Ale „Berta“ zastrzeliła „Adelę“. A potem leciała po schodach i krzyczała:
 — Mamaczka!... mama!...
 A potem — z tej rozpaczy kupiła gwoździki i nadskakiwała jakiejś damie...
 Czy nie komiczne?

............................................

 Kobiety krzyczą — „la morte! la morte!...“
 Ja tylko jedno przytoczę.
 Oto — w Krakowie, niedawno — jakiś potwór zgwałcił sześcioletnią dziewczynkę i zakaził ją okropną chorobą. Potwór został zasądzony za tę zbrodnię nadzwyczaj łaskawie. Oto... trybunał dał mu aż trzy lata więzienia. Za zbrodnię, wobec której czem jest zabicie Komarowskiego? Niczem! I nie podniósł się ani jeden głos kobiecy, któryby krzyknął:
 — „La morte! Na śmierć!... Na śmierć!...“

............................................

 A co do Komarowskiego, to — niechby chociaż był jego trup zadośćuczynieniem za Kubę Rozpruwacza...

............................................

 No tak. Niema co! — Tarnowska winna ciężkiej kary, ale głównie za to straszne, za to potworne doradzanie Priłukowowi... nacinania kul. Oto jest najstraszniejsza jej zbrodnia. Ten jej chichot, gdy mówią o tem, świadczy o jej upojeniu się okrucieństwem i podpisuje jej wyrok. Lecz to przechodzi niepostrzeżenie, bo się rozmazuje w bekach, szlochach, kłamstwach i najzupełniejszym braku wielkiego gestu. Mnie tylko ciągle o to chodzi, że to wszystko jest małe, nędzne i źle skierowane, a mogło być jedną z najwspanialszych tragedyj starcia się dwóch płci — naszej epoki.
 Ten krzyk namiętny kobiet nad kanałem weneckim jest dowodem, że każda z nich przeżywa katylinarny okres swej egzystencji. To samo i okrzyki zgrozy naszych pań, gdy mówią o tem ślicznem, małem, epileptyczno-pijackiem towarzystwie, siedzącem, jak stado małp, które skradły pomarańczę — za kratkami sądowemi.
 Ale — doprawdy!
 Wolałabym słyszeć takie „na śmierć!“, z piersi kobiecych, pod murami, gdzie sądzą człowieka, który zgwałcił sześcioletnie dziecko i zakaził je i który ma za to... trzy latka więzienia.
 Ja pierwsza wołałabym tam z całej siły:
 „La morte! na śmierć!... na śmierć!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.