Kys-Kaptsziji (May, 1930)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Kys-Kaptsziji[1]
Pochodzenie Sąd Boży
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Powieści Karola Maya
Druk Zakłady Graficzne „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Kys-Kaptschiji
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
III


Jechaliśmy z Serdaszt prawym brzegiem małej rzeczułki Zab, aby dostać się do Arbil, miejscowości słynnej od czasów Aleksandra Macedońskiego, kiedy to zwano ją Arbelą. Mówię: jechaliśmy, gdyż było nas dwóch: ja, oraz mały, odważny Hadżi Halef Omar, który poprzednio był moim sługą, teraz zaś, otrzymawszy godność naczelnego szeika wszech Haddedinów stał narówni ze mną. Towarzyszył mi nie za zapłatą, jak uprzednio, lecz tylko i jedynie z przywiązania. — Chcieliśmy wypocząć w Arbil, czy Arbeli przez parę dni, a następnie przeprawić się przez rzekę Tygrys, by odwiedzić pastwiska Dżezireh, rodzinnego szczepu Halefa.
Spędziliśmy tylko dwa dni w Serdaszt, bowiem zastaliśmy tam wielkie wzburzenie. Przyczyna była następująca: na wiosnę znikły bez śladu trzy młode dziewczęta; dowiedziano się, że w innych miejscowościach stało się to samo, a ponieważ ginęły wszędzie najładniejsze dziewczyny, zrozumiano, że przyczyną uprowadzenia była ich uroda.
Zniknięcie zatem nieprzygodne; widocznie zachodziło tutaj porwanie uplanowane. Poszły słuchy, że Kys­‑Kaptsziji[2] grasuje po kraju, aby do haremów stambulskich paszów chwytać młode piękności arabskie. Starano się odnaleźć jego ślady, lub tropy nieszczęśliwych ofiar, — lecz wszystko napróżno. Nie był to zwykły niedozwolony handel niewolnicami; lecz rabunek kobiet, — zbrodnia karana śmiercią. Rabuś musiał być wygą i wytrawnym łotrem; musiał mieć wielu pomocników, skrytych i jawnych, gdyż jeden człowiek nie mógłby sobie dać rady z większą liczbą uprowadzonych dziewcząt. Wszak miał wysyłać je morzem, co nie należało wcale do rzeczy łatwych i mogło się, w razie przyłapania, skończyć dla niego bardzo tragicznie. —
Te zbrodnicze interesy przynosiły znaczny dochód. Od czasu zakazu handlu niewolnicami cena ich nadzwyczajnie wzrosła, a zapotrzebowanie przewyższało podaż. Pomimo drakońskich zakazów, nadal poszukiwano żywego towaru; czynili to nawet sami urzędnicy, którzy sprowadzali sobie niewolnice tajemnemi drogami; było więc rzeczą jasną, że patrzyli przez palce na sprawki handlarzy i nie myśleli prześladować, a cóż dopiero ścigać, tych łotrów. —
Zatem, jak wspomniałem, zniknęły na dwa dni przed naszem przybyciem do Serdaszt trzy młode dziewczyny; przepadły jak kamień w wodzie; poszukiwania nie dały rezultatu. A chociaż my nie mieliśmy o niczem pojęcia, schwytano nas natychmiast po przybyciu i zawleczono do sindan[3]; gdybym nie posiadał swych niezawodnych legitymacyj, — na pewno nie tak prędko moglibyśmy ze stóp otrząsnąć proch ulic tego miasteczka.
Halef, oburzony z głębi serca podejrzeniami, rzuconemi na nas, nie mógł ani na chwilę zapomnieć aresztu; ciągle do tego powracał i teraz zaczął na nowo:
— Jesteś tak cichy, sihdi! Pewnie myślisz o tem, co spotkało nas w Serdaszt, a gniew twój jest tak wielki, że nie znajduje ujścia w słowach. Lecz ja muszę mówić, bo mi dusza pęknie od nadmiaru żółci, a ciało rozleci się ze wściekłości! My mamy być łowcami niewolnic?! Czy moja Hanneh, najsłodsza i najwonniejsza 2 kobiet, nie jest najpiękniejszą z pachnących kwiatów Wschodu? Czyż mógłbym znaleźć ładniejszą? Pocóż miałbym kraść kobietę, która jest mi zbyteczna, żonę, z ktorą nie będę wiedział co począć? Ja, słynny hadżi Halef Omar, najwyższy szeik wszystkich szczepów Haddedinów — obwiesiem i rabusiem! I ty, którego dusza nie jest jeszcze zaślubiona, serce nie zna, co to małżeństwo, a rozum ślubował dożywotni celibat — i ty przebywałeś ze mną w więzieniu! Maszallah! Toż ósmy cud świata, że dotychczas nie zrównaliśmy tego marnego Serdaszt z ziemią, aby moja satysfakcja tańczyła na ruinach! Ileż to lwow pustyni zakłuliśmy; ile czarnych panter? Walczyliśmy z mrowiem nieprzyjaciół i zawsze wychodzili zwycięsko! Posiedliśmy wszelką mądrość i wszystkie nauki świata; mieszka w nas wiedza najsłynniejszych filozofów; co najtężsi bohaterowie tarzali się u naszych stóp w prochu, skomląc o zmiłowanie, a najwyżsi dygnitarze i władcy korzyli przed nami, błagając o krztynę życzliwości. Zaledwie jednak dotarliśmy do tego miasteczka nędzy, ciemnoty i ogłupienia, do rezydencji móżdżków cielęcych, filozofów, nie sięgających końca swego nosa, — wpakowano nas do więzienia! Broniłbym się do ostatniej kropli krwi, lecz ty uważałeś za stosowne zachować boski spokój! Ścisnąłem więc zęby i pohamowałem lawinę swego gniewu. Niechaj Allah wykreśli te psią rezydencję z powierzchni świata i spali mieszkańcom brody wraz z wąsami, aby każdy, widząc Serdaszcyka, zawołał:
Di’ eb’alehk! — Hańba ci! — Czy nie mam racji, sihdi?
Godność osobistą Halef miał niezwykle czułą; niezależnie od tego, uważał mnie za najwybitniejszego człowieka naszej planety, z czego bynajmniej nie wynikało, że on — hadżi Halef — ustępuje mi pod względem wszechdoskonałości; stąd jego oburzenie na sprawców przykrości, które odnieśliśmy. — Nie chciałem mu zaprzeczać, wiedząc, że naraziłbym się na nieskończenie długi łańcuch napomnień i strofowań; dlatego rzekłem:
— Tak, słuszna racja, drogi mój hadżi, ale czyś zapomniał o tem, że główną podstawą twojej religji jest wiara w kismet? Przecież według was, wszystko, co przytrafia się człowiekowi, zawczasu jest zapisane w księdze żywota; nie mogliśmy ujść w żadnym razie aresztu, skoro było nam to przeznaczone! Widzisz więc że postąpiliśmy, jak na wiernych synów proroka przystało. Nie powinienem więc teraz zmieniać mego postępowania, ale iść dalej w tym duchu, to jest, zostawić w spokoju rzeczy, których już odmienić nie można.
— Słowa twe, o sihdi, to prawda wcielona; niech mi język przyschnie do podniebienia, jeśli wspomnę raz jeszcze o tym Serdaszt! — Koń mój jest spragniony, a słońce piecze bezlitośnie. Czy nie zechciałbyś zatrzymać się na krótki odpoczynek, dopóki nie mina skwarne godziny południa?
— Zgoda! Spróbujemy tym czasem nałowić parę ryb na wieczerze, gdyż nie sądzę, aby {{Rozstrzelony|ghazahl[4], przemknęła po tej okolicy.
Niezadługo znaleźliśmy odpowiednie cieniste miejsce na brzegu rzeczułki i zsiedliśmy z koni.
Halef uciął długą witkę, umocował na jej końcu sunnarę[5] i z zapałem oddał się ulubionemu zajęciu. Tym razem szczęście mu dopisało, gdyż po upływie kilkunastu minut połów był aż nader wystarczający.
Zajęci zawijaniem ryb w wilgotne liście, by uchronić je od zepsucia w tropikalnym upale, usłyszeliśmy od strony strumienia tętent kopyt. Po chwili wynurzył się jeździec, trzymając za uzdę drugiego konia, jucznego. Widocznie nie oczekiwał spotkania z ludźmi na tem pustkowiu, gdyż na widok nasz stanął, jak wryty; z rysów jego twarzy wyzierał przestrach. Natychmiast wszakże opanował się, podniósł prawą rękę do wysokości piersi i pozdrowił:
Sabahiniz hajr ola! — Dzieńdobry, moi panowie! Allah niech wam ześle pokój i pokrzepienie członków!
Odpowiedzieliśmy na jego pozdrowienie po turecku, gdyż posługiwał się tym językiem. Badał nas ostrem, świdrującem spojrzeniem i ciągnął dalej:
— Serce moje napełniło się radością na wasz widok. Jak się nazywa miejsce początku waszej podróży?
— Serdaszt, — odparłem.
— A dokąd zmierzacie?
— Do Arbil.
— Długa to i uciążliwa droga! Dobrze czynicie, wypoczywając zawczasu. — Co do mnie, udaję się do miejsca, z którego przybywacie. Konie moje są bardzo znużone. Czy pozwolicie mi odpocząć przy was?
— Każdy uczciwy człowiek będzie mile widziany!
— Mam nadzieję, że nie uważacie mnie za nieuczciwego!
Zsiadł z konia i przyłączył się do nas. Na pierwsze pytanie udzieliłem mu umyślnie odpowiedzi błędnej, gdyż bynajmniej nie przypadał mi do gustu. Był długi i chudy, a jednak krzepki, nawet barczysty; pomimo to garbił się cokolwiek i pochylał naprzód; sprawiał wrażenie, jakby strzygł uszami. Na głowie miał fez, zesunięty na ciemię, tak, że widać było jego wąskie i niskie czoło. U bladych, niebieskawych prawie warg, zwisała cienka, kosmykowata broda; na twarzy królował nos — garbaty dziób jastrzębi, ocieniający dwa małe chytre oczka, prawie niewidoczne pod przymkniętemi powiekami. Silnie rozwinięte szczęki i podniesiony podbródek zdradzały egoizm, brak skrupułów i przewagę zwierzęcych instynktów, podczas gdy górna połowa twarzy mówiła o wielkiej przebiegłości, ukrywanej pieczołowicie. Człowiek ten przedstawiał wybitny typ Ormianina. —
Żyd oszuka dziesięciu chrześcijan, Grek pięćdziesięciu Żydów, Jankes stu Greków, Ormianin wywiedzie w pole tysiąc Jankesów. — Jest to ogólnik, lecz przekonałem się, że choć mocno przesadzony, zawiera dużo prawdy. Wszędzie na Wschodzie, gdzie tylko planują jakąś zdradę, lub intrygę, nie obejdzie się bez garbatego nosa Ormianina. Kiedy nawet Grek bez krzty sumienia zawaha się wykonać jakiś plan łotrowski, na pewno znajdzie się Ormianin, który wyręczy go bez skrupułów, gotów na wszystko za judaszowe srebrniki. Lewantyńczycy przewodzą światowym mętom, prym między nimi trzymają Ormianie.
Nie znaczy to bynajmniej, że sąd mój o Ormianach dotyczy wszystkich bez wyjątku; spotykałem Ormian uczciwych i godnych zaufania. Lecz kto zna stosunki wschodnie, ten wie, że pomiędzy dziesiątkiem gotowych na wszystko najemników, znajdzie się zawsze sześciu, lub siedmiu Ormian. Najsmutniejsza to okoliczność, że są oni chrześcijanami. Niejednokrotnie już zdarzało mi się, że Mahometanie dlatego tylko wyrażali swą pogardę dla mnie, jako dla chrześcijanina, że uprzednio źle wyszli na stosunkach z Ormianami. —
Wogóle nie czuję ufności do typu ormiańskiego, a ponieważ przybysz posiadał wszystkie cechy tego rodu w najwyższym stopniu, nie chciałem wdawać się z nim w rozmowę o nas i naszych planach. Halef jednak, gadatliwy i żywy jak iskra, nie mógł usiedzieć spokojnie; widząc, że obcy ciągle się nam przygląda, Co wkońcu począło go złościć, zawołał:
— Gapisz sie na nas, jak ptak na robaki, które ma zamiar pożreć. Ten oto mój sihdi jest słynnym emirem Kara ben Nemzi effendi, który może uczynić, co zechce; nie boi się lwa na pustyni, tysiąca zbrojnych wojowników, ani wogóle niczego na świecie! Jest najsilniejszym między silnymi, najmądrzejszym pomiędzy mądrymi i nigdy nie napotka przeciwnika, któryby go mógł pokonać! — Co do mnie, — jestem najwyższym szeikiem znakomitych Haddedinów; imię moje brzmi: Hadżi Halef Omar ben hadżi Abul Abbas ibn hadżi Dawud al Gossarah. Jeśli chcesz posłuchać o moich czynach, udaj się do ognisk obozowych i namiotów wszystkich Arabów, Kurdów, i Tuaregów; tam dowiesz się, kogo masz przed sobą!
Mieszkaniec Wschodu wyraża się kwieciście i z przesadą. Halef czynił to ze szczególnem upodobaniem, zwłaszcza, kiedy mowa była o mnie i o nim samym. Przybysz uśmiechnął się ironicznie i odparł:
Allah ’l Allah! Jakiż to wielki zaszczyt, że spotkała mnie rozkosz obcowania z tak słynnymi mężami! Jestem zachwycony, iż pozwalacie mi spocząć w cieniu swojej chwały!
— Otwórz więc usteczka i powiedz nam, kim jesteś i skąd twa droga prowadzi! Poznałeś nasze imiona, a grzeczność wymaga, byś nie zwlekał dłużej i wyjawił nam swoje!
— Przybywam z Diarbekr, a jestem zwykłym bazir ganem[6]. Zwę się Dawud Soliman.
— Muzułmanin?
— Nie, chrześcijanin ormiański; — wyznam ci jednak szczerze, że islam, wasza religja, bardziej mi się od naszej podoba!
— Tſu! — zawołałem. — Tylko łajdak może tak schlebiać! Precz stąd! Jestem również chrześcijaninem; nie chcę cię więcej widzieć!
— Nieba! Chrześcijanin?! — wyjąkał przestraszony. — Wybacz mi, effendi! My, biedni kupcy, bywamy tak często źle traktowani z powodu naszej religji, że zmuszeni jesteśmy zapierać się wiary!
— Ty nietylko zaparłeś się chrześcijaństwa, ale wzniosłeś nad nie islam! Tego nie powinien czynić chrześcijanin, nawet w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Gardzę tobą!
— Przestaniesz mną pogardzać, ujrzawszy, co mam dla ciebie, — co ci mogę sprzedać. Zaczekaj chwilę!
Wstał, podszedł do jucznego konia i powrócił ze skrzynką. Otworzywszy ją, usiadł zpowrotem na miejscu. Zawierała mnóstwo maleńkich flaszeczek; wyjął jedną i rzekł, zwróciwszy się do mnie:
— Obejrzyj tę flaszeczkę i zgadnij, co zawiera! Będziesz gotów ofiarować mi za nią dużo, dużo pieniędzy!
Właściwie nie chciałem z nim zamienić ani jednego słowa i byłem przekonany, że cała ta historja z butelkami jest zwykłem szalbierstwem; jednakże wykrycie jego machinacyj mogło mi się przydać. Dlatego wziąłem flaszeczkę do ręki. — Zawierała tłustawą ciecz; na nalepce widniały słowa:

JAGH KUDS

olej święty[7]; korek był zalakowany, a na laku napis odciśnięty w alfabecie Neskhi, to jest arabskim. Litery były tak misterne, że z trudnością udało mi się je odcyfrować. Brzmiały: Musa Wardan. — Spojrzenie moje pobiegło ku jego dłoniom; na prawej miał sygnet, kształt i wielkość którego odpowiadały w zupełności wyciśniętej pieczęci na flaszeczce. Czy wyryte litery zgadzały się z odciskiem, dojrzeć nie mogłem.
— No, jak tam? — zapytał.
— Olej.
— Ale jaki?
— Zupełnie zwykły!
— Mylisz się! To święty olej namaszczalny, od patrjarchy w Eczmiadzin, u podnóża góry Ararat, własnoręcznie przygotowany i opieczętowany!
— Doprawdy?! Przez niego samego?
— Tak; nawet z jego własną pieczęcią i podpisem.
— I ty to sprzedajesz?
— Tak, jestem jego ulubieńcem i wysłańcem; jedynym, któremu wolno sprzedawać te relikwje.
— Czy mogę nabyć flaszeczkę?
— Tak!
— Ile mi za nią policzysz?
— Każdy zmarły, namaszczony tym olejem, idzie prosto do nieba, dlatego jest tak bardzo drogi. Buteleczka kosztuje dwieście piastrów; tobie odstąpię za sto pięćdziesiąt!
Wynosiło to mniej więcej sto złotych za odrobinę zwykłego oleju, niewartego nawet złamanego szeląga. Oddałem mu flaszkę:
— Weź zpowrotem! Nie chcę tego!
— Dlaczego? Czy za drogie dla ciebie? Ile możesz mi dać?
— Nic, zupełnie nic!
— Nic? Boże! Za olej, otwierający wrota niebieskie!
— Czy posiada doprawdy taką moc?
— Naturalnie!
— Oszustwo!
— Ośmielasz się twierdzić?!
— Tak! Byłem czterokrotnie w Eczmiadzin i mieszkałem we wsi Wagharszabad. Wiem jak nazywa się Katolikos;[8] — mnie nie podejdziesz!
— Przecie to jego imię widnieje na pieczęci! — — Zdajesz się mniemać, że nie umiem czytać, albo też nie będę mógł napisu odcyfrować! Imię na flaszeczce brzmi Musa Wardan i jest twojem własnem!
— Czyś oszalał? Moje imię?
— Tak, — pokaż!
Schwyciłem go za rękę, przyciągnąłem bliżej; rzuciłem wzrokiem na sygnet i dodałem:
— Czy ten pierścień jest twoją własnością?
— Tak!
— Wszak tu wyryte to samo imię! Jesteś szalbierzem i łajdakiem, nie chcę cie widzieć! Precz!
— Effendi, nie posuwaj się za daleko! — zawołał groźnie, sięgnąwszy za pas. — Nadymaliście się jak indyki, z czego miało wynikać, że jesteście słynnymi na świat cały bohaterami, ale mnie nie zaimponujecie!
— Pah! Zostaw nóż w spokoju, bo inaczej rozwalę ci tak twój dziób jastrzębi, że wezmą go za boghatsza[9]. Nazwałeś się Dawudem Soliman, a w rzeczywistości jesteś Musa Wardan; historja z olejkiem, czyż to nie oszustwo? Sam Katolikos miałby wyryć pieczęć na tym woniejącym oleju — czy to nie kłamstwo bezczelne? Kościół twój pozwala tylko na namaszczanie ciał duchownych, nie zaś świeckich ludzi, a ty sprzedajesz ten tak zwany jagh kuds, pierwszym lepszym, których napotykasz! Czy to nie łajdactwo, a nawet coś gorszego jeszcze? Z tego co powiedziałem, mogłeś zauważyć, że znane mi są prawa i nauki twego kościoła, chociaż nic mnie nie obchodzą!
— Jak? Co takiego? Nic cię nie obchodzą?! Nie jesteś więc tjyrmaki[10], jak ja?
— Nie!
— Idź do djabła! ty psie, ty kacerzu! Będę zmuszony przez ciebie trzykrotnie się obmyć; obecność twoja zanieczyściła mnie! Bodajbyś...
Wstał, lecz w tej chwili uraczyłem go tak potężnym policzkiem, że usiadł, a właściwie upadł zpowrotem. Skoczył ponownie i wyciągnął nóż, ale równocześnie podsunął mu Halef pod nos pistolet z odwiedzionym kurkiem i zagroził:
— Precz z twym mizernym kozikiem, chłopczyno? Łajdaku! Jedno poruszenie, a wpakuję ci dwie kulki z takim zapałem, że zatrzymają się dopiero w twej podłej duszyczce. Jeśli sądzisz, żeś natrafił na kpów, którzy będą się namaszczać twoim tłuszczem wisielców, to nosisz barani łeb na karku! Myj się choćby trzykrotnie, trzydziestokrotnie, czy też stokrotnie, — brudu swojego i tak nie zmyjesz! Tyle go w sobie nosisz, że wylewa się przez wszystkie pory!
Ormianin schował nóż; chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz nie zdążył. Znowu usłyszeliśmy tętent, lecz tym razem z przeciwnej strony, to jest od strony miasta, skąd przybyłem. Ujrzałem ośmiu jeźdźców w perskich strojach; zdumieni, że napotkali nas tutaj, osadzili konie. Przywodził im wysoki, dobrze zbudowany, brodaty człowiek, liczący około czterdziestu do pięćdziesięciu lat; spojrzał na nas niechętnym, ponurym wzrokiem i spytał, nie pozdrawiając:
— Kto zacz jesteście, ludzie, i co tutaj robicie?
Ton jego brzmiał tak arogancko, że mnie aż traciło z miejsca, tem bardziej więc mego małego choleryka, który nie zwlekając odparł:
— Kim jesteś, że ważysz się żądać od nas tłumaczeń? Kim jest twój ojciec i ojciec twego ojca? Czy nie nauczono cię mówić z szacunkiem do ludzi, przywykłych do należnej im czci i grzeczności?!
Obcy zawołał, rozweselony:
— Spójrzcie na tego chmyza! Stroi miny, jakby co najmniej był olbrzymem, a sięgnie mi zaledwie łokcia, gdybym się chciał z nim zmierzyć! Czy nie zatkamy, tej próżniaczej gęby?
Jak już niejednokrotnie wspominałem, nie odznaczał się Halef bynajmniej cierpliwością i pobłażaniem; lecz gwałtowny temperament wyprowadzał go wprost z równowagi, gdy ktoś wytykał mu wzrost niski.
To też wyjął w mgnieniu oka swój nóż i wyzwał Persa:
— Zamknąć mi próżniaczą gębę? Nato trzebaby innych ludzi, niż wy! Złaz ze swego kozła, którego używasz zamiast konia i spróbuj! Jeśli twój animusz nie wlazł w pięty, to wyciągnij sztylet i walcz ze mną! Wtedy przekonasz się, kto kogo zmusi do milczenia!
— Już zsiadam! Wyglądacie mi podejrzanie i prawdopodobnie należycie do szajki tych łotrów, których szukamy! Jeśli nie wykażecie się dokumentami, nie dam za wasz żywot złamanego szeląga!
Zeskoczył z konia; ludzie jego uczynili to samo i za chwilę otoczono nas ciasnem kołem. Dowódca położył mi rękę na ramieniu, spróbował potrząsnąć mną i rozkazał dumnie:
— Powiesz mi natychmiast, jak się nazywacie. Muszę wiedzieć, kim jesteście i co was tu sprowadza! Zachowałem się spokojnie; zostawiając ramię w jego uścisku, który nie był bynajmniej przyjacielski, odparłem:
— Zdajesz się być Persem! Mieszkańcy twego kraju słyną z grzeczności. Czy chcesz dowieść mi swojem postępowaniem, że sława ta jest fałszywa?
Nie tyle moje słowa, ile zachowanie się i stanowcze spojrzenie rzucone mu w twarz, sprawiły, że zdjął rękę z mego ramienia i powiedział już tonem bardziej minorowym:
— Poszukuję ludzi, których mam schwytać; posuwam się ich tropem, a ponieważ i was na niem znalazłem musicie mi powiedzieć, kim jesteście!
— Muszę? Ja muszę? Mylisz się! Niema człowieka, który może mnie do czegoś zmusić!
— Teraz więc poznajesz takiego!
— Może ty nim zamierzasz być?
— Tak!
— Spróbuj więc!
Nie sięgnąłem po broń, nawet nie poruszyłem się groźnie. Spoglądałem na niego z niezamąconym spokojem, a tak nieustępliwie, że mimowoli cofnął się o dwa kroki i raczej zdziwiony, niż rozgniewany, zawołał:
— Zachowujesz się, jakgdyby nikt na świecie nie mógł ci nic zrobić!
— Rzeczywiście nie znam człowieka, któregobym się obawiał! Usłyszawszy z ust twoich słowa grubiańskie, odpowiadałem uprzejmie i życzę sobie, abyś wzamian zachował formy obowiązującej grzeczności. Jest to pożądanem nie dla mnie, lecz dla ciebie! Byłem tu wcześniej; ty przyszedłeś później. Jeśli ktokolwiek ma prawo pytać o imię drugiego, to raczej ja ciebie! Zresztą przekroczyłeś granice Persji; jesteśmy na terytorjum Turcji. Kto ci pozwolił pytać o nazwisko mnie, posiadającego firman, teskereh i bujeruldu padyszacha!
— Jestem mirza Muzaffar, merd adalet[11] z Yaltemiru!
Mina, którą przybrał, świadczyła, że spodziewał się zaimponować mi swą godnością; ja — z obojętnymi gestem dłoni — odparłem:
— Nawet jako vezir adalet[12] państwa perskiego nie wywarłbyś na mnie wrażenia! Sam szach perski ma tutaj, w Turcji, mniej do powiedzenia, niż ja, stojący w cieniu sułtana. Powiedziałeś nam jednak, jak się nazywasz; dlatego usłyszysz nasze imiona. Człowiek, z którym uprzednio mówiłeś, to hadżi Halef Omar, odważny i niezwyciężony naczelny szeik wszystkich szczepów Arabów Haddedin. — Allah dał mu małą postać, aby tem bardziej uwidocznić zalety jego ducha i niezależność odwagi od jego wzrostu. — Co do mnie, to nazywam się Kara ben Nemzi effendi i...
— Kara ben Nemzi effendi? — przerwał mi prędko. — Czy byłeś teraz w Serdaszt?
— Tak!
— Mówiono mi o tobie! Czyś nie dowodził w czasie walki, w której miano zniszczyć Haddedinów, a tylko dzięki tobie wytraceni zostali wrogowie ich w Dolinie Stopni?
— Tak!
— Przebacz mi więc, emirze, jeśli cię obraziłem! Uczynisz to chętniej, gdy się dowiesz, dlaczego gniew napełnia moje zbolałe serce. — Dzięki niech będą Allahowi, że cię spotkałem; jesteś odpowiednim człowiekiem, twoja niezawodna rada przyniesie mi pomoc! — Muszę ci wyznać, że Kys-Kaptsziji, łowca niewolnic, był u nas i porwał mi najukochańszą córkę, światło i radość moich oczu. Jeden ze sług usłyszał od niego parę wyrazów, z których wywnioskowałem, że od nas uda się przez Serdaszt górą rzeki i dlatego w pościgu za nim jechaliśmy w tym kierunku. W Serdaszt usłyszałem, że porwał tam również trzy dziewczyny, i że popełniono omyłkę, podejrzewając o to ciebie, emirze. — Czy pozwolisz, byśmy spoczęli przy tobie, aby omówić straszny cios, który mnie dotknął?
— Proszę o to! — Powiedz mi więc wprzódy, kim jest tamten człowiek, oparty o siodło konia; imienia jego nie wymieniłeś jeszcze!
— Nie należy do nas; przybył, aby tutaj wypocząć. Ponieważ nas okłamał i podał fałszywe nazwisko, kazałem mu iść precz. Jest to Ormianin, kupiec, udający się do Serdaszt i rzekomo przybyły z Diarbekr.
— Armeni[13]. więc giaur, pies chrześcijański?! Niech go Allah potępi! Natychmiast ma się zabrać precz, jeśli nie chce zakosztować naszych harapów! Ci chrześcijanie trącą zapachem padliny, a kiedy wierny wyznawca proroka znajdzie się w ich pobliżu, zanieczyszcza się i musi poddać ablucji, nawet jeśli nie został przez takiego psa dotknięty!
Ormianin stał przy swoim koniu i przyglądał się Persom dziwnie przenikliwym wzrokiem. Teraz usiadł na łęku, wziął jucznego konia za cugle i rzekł ironicznie:
— Jeśli doprawdy sądzicie, że chrześcijanie was zanieczyszczają, oddalę się stąd natychmiast; pomimo to musisz się obmyć i oczyścić, o mirzo Muzaffar, gdyż ten oto Kara ben Nemzi jest również giaurem, a ty nietylko stałeś w jego pobliżu, lecz nawet uścisnąłeś mu dłoń! Niechaj Allah zezwoli ci pojmać Kys-Kaptsziji, jeśli... on ciebie nie schwyta!
Te ostatnie słowa, po których handlarz pośpiesznie odjechał, brzmiały, jak groźba. Ale Pers nie zwrócił na to uwagi; poruszył się zdziwiony i spytał mnie:
— Czy to nie kalumnja z jego strony, emirze? Coprawda Haddedinowie nie są szyitami, jak my, ale bądź co bądź wyznają Mahometa; ten więc, któremu zawdzięczają ratunek i zwycięstwo, nie może być chrześcijańskim psem!
— Tak, psem nie może być, ale jest chrześcijaninem! — odpowiedziałem z uśmiechem.
Cofnął się o kilka kroków i zawołał:
— Czy to prawda? Żartujesz chyba?
— Najszczersza prawda. Jestem chrześcijaninem!
Afghan! — O boleści! Dotknąłem cię, jestem więc bardziej zanieczyszczony, niż gdybym wpadł do hufra el harah — kupy nawozu! — Dlaczegoś na to pozwolił? Czemu nie ostrzegłeś mnie?
— A czy ja cię prosiłem, byś mnie dotykał? Czy doprawdy sądzisz, że przeze mnie możesz się zanieczyścić? Czy nie widzisz, jaka obelga kryje się w twoich słowach, w twojem pytaniu? A jeśli kto kogo, to jedynie ty mnie mogłeś zanieczyścić!
Allah! Jaka bezczelność! My wam...
Tu przerwał Halef, przyłożywszy mu do piersi obydwa pistolety:
— Nie wy nam, lecz my wam! — zrozumiano?! Może przypuszczasz, że się natknąłeś na takich mizeraków, jak Ormianin, który wziął nogi za pas? Mój sihdi to nie tchórzliwy; podstępny Ormianin, lecz waleczny Almani, który nigdy jeszcze nie pokazał wrogom pleców! Jeśliś słyszał o nim, to wiesz chyba, że posiada czarodziejskie strzelby, przed któremi zmykają setki wrogów; strzela dziesięć tysięcy razy bez nabijania! Jeśli zechce, to za sekundę będzie się tarzało w trawie osiem waszych trupów! Jest nas tylko dwóch, ale aż zbyt wielu, aby was obezwładnić! Jeśli który ośmieli się sięgnąć po broń, zagrzmią nasze strzały; jeśli odezwie się słowem, które nie znajdzie naszego uznania, w jednej chwili otworzymy mu wrota do esz Sziret — mostu, prowadzącego nad śmiertelną przepaścią!
Podczas jego przemowy wziąłem oba rewolwery i odwiodłem kurki. — O niedźwiedziówce i sztućcu opowiadano sobie tutaj, na perskiej granicy, niestworzone rzeczy. Halef miał racje; ponieważ Persowie słyszeli o mnie, musiano im opowiedzieć również o karabinach. Pokazało się natychmiast, że tak było, bo zaledwie mały skończył oracje, mirza Muzaffar cofnął się jeszcze dalej i rzekł:
— Nie groź nam! Nie obawiamy się, lecz nie chcemy mieć z wami nic wspólnego. Na konie i precz stąd! Będziemy na tyle łaskawi, że nie przeszkodzimy wam odjechać!
— Łaska? — zaśmiał się Halef; — czy sądzisz, poto Allah dał ci tak wielką gębę, żebyś mógł mleć, co ci ślina na język przyniesie? My jedynie możemy mówić o łasce! Byliśmy na tem miejscu wcześniej, niż wy, i zostaniemy tak długo, jak się nam będzie podobało! Ale wy — precz stąd! Macie minutę czasu! Jeśli pozostaniecie o sekundę dłużej, pogadają z wami nasze kule; może wtedy zdołasz pojąć, że mój sihdi jest znakomitym bohaterem — psami zaś jesteście wy, jeśli wszystkie szczenięta na kuli ziemskiej nie zaprotestują przeciwko takiemu uwłaczaniu godności ich rodziców!
Kilkoma śmiałemi krokami rozbił koło okrążające nas, a ja naśladowałem jego szczęśliwy pomysł. Persowie widzieli skierowane na siebie lufy i byli przekonani, że natychmiast zasypiemy ich gradem kul. Wódz nie śmiał stawiać oporu. Podszedł do konia i skinął na swych ludzi:
— Jedźmy! Miejsca na spoczynek nie zbraknie nam gdzie indziej!
Wsiedli na konie i odjechali, miotając półgłosem przekleństwa, żegnając nas jadowitem spojrzeniem. Gdy tylko zniknęli za zaroślami, powrócił mirza Muzaffar i zatrzymawszy się w odległości, na którą nie poniosłyby nasze kule, zawołał:
— Tym razem udało się wam pierwej dostać broń do ręki! Musieliśmy ulec; rezultat naszego następnego spotkania będzie jednak inny. Niechaj Allah was potępi! Śmierć parszywym psom chrześcijańskim!
Ze strachu przed kulami popędził konia i odjechał daleko.
— Sihdi, czy mam doścignąć i zastrzelić tego draba, czy też posiekać go na perski proszek?
— Ani jedno, ani drugie!
— Przecież zwymyślał nas znowu!
— Zostaw go w spokoju; przekleństwa zwykle padają na głowę tego, który niemi miota. Chrześcijanin nie uznaje zemsty. — karę pozostawia Bogu!
Posłać kulę za Persem? Byłby to mord! On zapewne nie miałby tak humanitarnych poglądów. — Bywają szyici, którzy daleko bardziej nienawidzą chrześcijan i chrześcijaństwa, niż sunnici. —
Aby przekonać się, czy jeźdźcy perscy nie zamierzają nas napaść, uszliśmy szmat drogi od strumienia. Tam mogliśmy dojrzeć, jak pośpiesznie jechali w poprzednim kierunku, nie żywiąc chwilowo wrogich zamiarów. Halef się odezwał:
— Sihdi, wpada mi coś na myśl; nic nie ujdzie twym oczom, wiesz więc zapewne, o co mi chodzi.
— Co takiego?
— Czyś spostrzegł wzrok, jakim Ormianin patrzył na Persów?
— Zauważyłem i słyszałem jego groźbę przy odjeździe.
— Cóż ty na to?
— Bardzo podejrzana osobistość!
— Hm, może ma jakie stosunki z Kys-Kaptsziji?
— Możliwe, nawet bardzo prawdopodobne, inaczej nie groziłby Persom temi słowami!
— Może nawet sam jest łowcą niewolnic?
— Jeśli nie jest nim samym, to w każdym razie jego szpiegiem!
— Szpiegiem, — jakto?
— To kłamca i oszust! Człowiek, bez sumienia i religji! Taki waży się na wszystko. Kys-Kaptsziji potrzebuje ludzi, których mógłby posyłać na przeszpiegi. Któż lepiej wywiąże się z tego zadania i doniesie, gdzie jest najwięcej ładnych dziewcząt, niż taki handlarz?
— Ale Armeni udawał się do Serdaszt! Tam nie mają rabusie już nic do roboty; ogołocili przecież tę dziurę ze wszystkich dziewcząt, które nie były ani ślepe, ani kulawe! A zresztą — to zbyt niebezpieczne dla nich powracać do miasta, w którem wywołali takie zamieszanie!
— Czy wiesz na pewno, że udał się do Serdaszt? Jesteś może jego powiernikiem, przed którym nie ma tajemnic?! Czy nie mógł nas okłamać?
— Oddalił się wszak w tym kierunku!
— Aby zamydlić nam oczy! Jeśli jest tak, jak przypuszczam, to pojechał na wschód, by po pewnym czasie zatoczyć łuk.
— Poco?
— Został wysłany przez łowcę, aby się dowiedzieć, czy go nikt nie ściga. Teraz spotkał Persów i pośpieszył ostrzec towarzyszy.
— Musimy więc natychmiast wyruszyć!
— Dokąd?
— Za Persami.
— Poco?
— Ostrzec ich!
— Kochany Halefie, jakże chętnie grasz rolę zbawcy!
— Nauczyłem się tego od ciebie, sihdi!
— Czy zasłużyli na to, byśmy się dla nich trudzili?
— Nie, gdyż obrazili nas i obsypali niezasłużonemi obelgami, nie mówiąc już o docinkach co do mego wzrostu! Ale — wrogom należy przebaczyć i odpłacić dobrem za złe!
— Tak myślą i czynią chrześcijanie; lecz ty nim nie jesteś!
— Ach, zamilcz lepiej, dobry mój sihdi! Wiesz przecież jakie myśli i uczucia obrały sobie siedlisko w mem sercu. — Tak, był czas, wtedy, gdy byłem twym sługą na Saharze, kiedy to zadawałem sobie trud nielada, aby cię nawrócić na islam; wierzyłem święcie, że żaden chrześcijanin nie dostanie się nigdy do nieba; ja zaś tak bardzo, tak niewymownie cię kochałem, że nie mogłem zgodzić się na rozłąkę z tobą na tamtym świecie! Pomyśl tylko, ja w niebie, a ty w Gehennie! Dlatego mówiłem tyle o Mahomecie i naszych świętych księgach. Na słowa moje uśmiechałeś się tak łagodnie, jak ty jedynie potrafisz; nigdy nie przeczyłeś, nie spierałeś się o wyższość twojej religji nad moją. Stopniowo jednak dowiodłeś mi swem postępowaniem, że chrześcijaństwo stoi pod wszystkiemi względami wyżej od islamu. — Spełnisz więc na pewno moją prośbę, aby pośpieszyć za Persami; nieprawdaż, sihdi?
— Chętnie, tem bardziej, że nasza droga wzdłuż rzeki zaprowadzi nas i tak w ich kierunku; chociaż jestem przekonany, że nie posłuchają przestrogi. Być może, wyśmieją nas jeszcze.
— A niech tam! W każdym razie spełnimy swój obowiązek i będziemy mogli z czystem sumieniem udać się w dalszą drogę. — Czy już ruszymy?
— Tak, natychmiast!
Ruszyliśmy śladem Persów, wzdłuż brzegu rzek na północ. Ponieważ puściliśmy konie galopem, a ośmiu szyitów odjechało stosunkowo niedawno, więc niezadługo ujrzeliśmy ich przed sobą. Dojechaliśmy dosyć blisko, gdyż nie oglądali się poza siebie, dopóki nie usłyszeli oddechu naszych koni. Wtedy zatrzymali się i skierowali na nas, na rozkaz przywódcy, lufy swoich strzelb.
— Stójcie, bo strzelam! — zawołał mirza Muzaffar. — Wiecie już chyba, że nie pozwalamy, aby zbliżył się do nas taki parszywy pies, jakim ty jesteś, a tym razem przewaga po naszej stronie! Jeżeli któryś z was sięgnie po broń, dostanie kulą w łeb!
Miał rację! Byliśmy zdani na łaskę i niełaskę, coprawda dlatego tylko, że mieliśmy w stosunku do nich zbyt dobre zamiary, widocznie powzięte nie na miejscu. Mimo to nie zareagowałem na jego obelgę, a odparłem spokojnie:
— Właśnie dlatego, że jestem chrześcijaninem i dobrem za złe odpłacam, przybyłem was ostrzec.
— Przed kim?
— Przed Armenim, który spoczywał razem z nami.
— Dlaczego?!
— Podejrzewamy go. Prawdopodobnie jest szpiegiem Kys-Kaptsziji!
— Kłamstwo!
— Nie kłamię, być może tylko, że ulegam omyłce. Pomyśl o jego ostatnich słowach, — groził ci przecież!
— To mi obojętne!
— Kto grozi, ten wie, że groźbę jest w stanie spełnić; a ponieważ jeden człowiek wam nie podoła, przypuszczam, że ma pomocników!
— Gardzę nimi!
— Czy i samym Kys-Kaptsziji?
— Tak; śmieję się z niego! Dościgniemy go i poślemy ze wszystkimi ludźmi, których przy nim zastaniemy, do Gehenny! Wy zaś — precz stąd, bo kula w łeb!
— Nie bądź tak dufnym w swe siły, o mirzo! Kys-Kaptsziji jest w każdym bądź razie człowiekiem, który was przerasta pod każdym względem i jeśli Armeni ostrzegł go przed wami, nie natrafisz na nieprzygotowanego, lecz...
— Milcz psie! — przerwał. — Jak śmiesz giaurze prawić mi morały! Czy oczy twe oślepły z przestrachu? Nie widzisz, że lufa mej strzelby jest obrócona w twoją pierś? — Precz stąd, bo strzelam!
— Dobrze, stanie się, jak chcesz! Co się tyczy „psa“ i „giaura“, to pomówimy o tem jeszcze prawdopodobnie!
Popędziwszy wierzchowce ostrogami į przezornie objechawszy Persów łukiem, zwróciliśmy się w kierunku rzeki.
— Miałeś rację sihdi! — rzekł Halef. — Nie posłuchali nas, a nawet zelżyli! Spełniliśmy jednak swój obowiązek i możemy spokojnie czekać na wypadki, które wywoła ich głupota. —
Minęło pół godziny; nagle spostrzegłem trop, prowadzący do rzeki z prawej strony; zatrzymaliśmy konie, aby mu się przyjrzeć.
— Zupełnie świeży! — — skonstatował Halef. — Kto to być może?
— Ormianin! — odpowiedziałem.
Maszallah! Czy doprawdy sądzisz, że to on, sihdi?
— Tak; widzę wyraźnie.
— Znasz się na darb i ethar[14] lepiej ode mnie, sądzę więc, że się nie mylisz.
— Omyłka jest wykluczona! Czy widzisz odciski kopyt dwóch koni, które biegły bardzo blisko siebie? Kiedy dwaj jeźdźcy jadą razem, jeden z nich na pewno oddali się choć na chwilę od drugiego, tymczasem te konie biegły ciągle obok siebie w jednakowej odległości. Tropy idą równolegle; — zostawił je więc jeździec, prowadzący ze sobą jucznego konia. A że koń drugi był juczny, poznaje po głębszych śladach, jakie pozostały po odciskach kopyt konia obładowanego, a zatem cięższego. — Jednem słowem, był to Armeni!
— Postąpił, jak przewidziałeś; pojechał na północ aby wnet zawrócić i, zatoczywszy łuk, udać się do rzeki.
— Co wnioskujesz z tego, Halefie?
— Że rzeczywiście jest szpiegiem Kys-Kaptsziji.
— Tak! — i jeszcze coś!
— Co takiego?
— Że Kys-Kaptsziji znajduje się niedaleko rzeki, lub też przy niej samej.
Allah! Musimy być ostrożni! Czy nie tak sądzisz?
— Bezwzględnie! — Myślę, że te draby, jeśli nas napotkają, nie będą chciały spokojnie przepuścić, chociaż nie jesteśmy dziewczętami.
— Naturalnie; grozi nam to samo niebezpieczeństwo co Persom. Ormianin łaknie zemsty; wie zaś, że udamy się wdół rzeki.
— Cóż więc poczniemy?
— Teraz jeszcze nic!
— Hm! Czy nie lepiej byłoby zboczyć z drogi?
— Nie; ustępować takim indywiduom? — nigdy!
— Słusznie! Czy najwyższy szeik słynnych Haddedinów ma skierować na bok swego konia z powodu kilku handlarzy żywym towarem? Nie! Ale musimy być ostrożni, bardzo ostrożni. Gdybyśmy tylko wiedzieli, gdzie obozują te łotry!
— To nam chwilowo zbyteczne.
— Jakto?!
— Chodzi tylko o to, aby uniknąć ewentualnego napadu.
— Ale właśnie dlatego, trzeba wiedzieć, gdzie się ukryli!
— Tak, musimy poznać miejsce ich ukrycia, lecz nie miejsce obozu.
— Czy to nie na jedno wychodzi?
— Nie!
— Nie rozumiem ciebie!
— Nie napadną ani na nas, ani na Persów wpobliżu miejsca, gdzie ukryli zrabowane dziewczęta. Nie dopuszczą nas tak blisko do swego obozu!
— Sądzisz, że wyruszą naprzeciw?
— Tak!
— Możemy więc lada chwila natknąć się na tych łajdaków?
— Tak jest! Tutaj rozgałęziły się krzaki nadmiernie, rosną od brzegu rzeki aż hen w step i zasłaniają nam widok; ale czy widzisz tam daleko wyłaniający się zielony zakręt? Osiągnąwszy go, ogarniemy wzrokiem horyzont ze wszystkich stron. Będziemy obserwować okolicę przez lunetę, — nas więc nie zaskoczą!
— Słusznie! — Mam jeszcze jedno pytanie, sihdi! Czy pozwalasz, abym je zadał?
— Naturalnie, słucham cię!
— O Persów nie powinniśmy się troszczyć; przyjęli nasze rady obelgami, lecz myśl o pojmanych dziewczętach nie daje mi spokoju.
— Mnie również!
— Pomyśl tylko, gdyby mi uprowadzono Hanneh moją żonę, najwonniejszy i najmilszy kwiat Wschodu, perłę Arabji, — jakże wielki byłby mój ból! Przeszukałbym świat cały, od końca do końca, byle ją uwolnić!
— Aha, roli zbawcy ci się znowu zachciewa?
— Tak!
— Hm! Nie trzeba nigdy wsuwać nosa w obce sprawy, kochany Halefie!
— Nie chcesz się więc zlitować nad temi słodkiemi, nieszczęśliwemi stworzeniami?
— Nie!
— Ale dlaczego?
— Po pierwsze, że mnie nie obchodzą i są tylko córkami szyitów, a powtóre — sprawa mogłaby przyjąć niebezpieczny dla nas obrót. Wiesz chyba, że ten Kys-Kaptsziji nie jest jagniątkiem, lecz łotrem, nieprzebierającym w środkach, a ma ze sobą ludzi, którzy się djabła nie zlękną!
Halef zatrzymał nagle konia i spytał, wybuchnąwszy gniewem:
— Ty tak mówisz, a wszak mianujesz się chrześcijaninem?! Pie, sihdi! Od kiedy to hadżi Kara ben Nemzi obawia się czegokolwiek? Czy serce twoje opuściło swe zwykłe miejsce, by spocząć w głębiach twych bantaluhn[15]. że coſasz się...
Spostrzegłszy mój uśmiech, urwał w środku kazania. Uderzył ręką w czoło i zawołał nagle, rozweselony:
Allah ’l Allah! Jakim głupcem jestem! Czy nie znam mego sihdi? Udaje, że zakłada ręce, a w rzeczywistości aż się pali pomóc uwięzionym dziewczętom! — Córki szyitów! — To chyba dla ciebie najmniejsze! Czy chrześcijanin pyta o religję człowieka, któremu chce pomóc? — Nie obchodzi cię zupełnie?! — Bajki! Twoje serce bije dla wszystkich, którzy potrzebują pomocy! — Niebezpieczne? – Jakgdyby istniało niebezpieczeństwo, do którego nie dorośliśmy! — Kys-Kaptsziji jest człowiekiem przebiegłym? — Nie takich, jak on, waliłem harapem po pysku! — Jego ludzie, których nie ustraszy sam djabeł? — A czy my go się lękamy, nawet jego djabelskiej teściowej? Czy liczymy nieprzyjaciół przed walką, zamiast ich trupy po zwycięstwie? Myślę, że szczypta przebiegłości i podstępu więcej warta od tysiąca uzbrojonych wojowników, dźwigających w czaszce sieczkę, zamiast mózgu! — O, sihdi, dobrze udawałeś! Nieprawdaż, żal ci wszak tych dziewcząt porwanych nieszczęśliwym rodzicom?
— Tak jest, Halefie!
— I jesteś gotów im pomóc?
— Jeśli to możliwe.
— Musi być możliwe! Do najtrudniejszych wszak zadań można znaleźć klucz! — Nie chcę, by o nas mówiono, że pozostawiliśmy kogokolwiek swemu losowi, nie ruszywszy nawet małym palcem, by mu pomóc!
— Ale człowiek, który się niepotrzebnie pakuje naoślep w niebezpieczeństwo, łatwo szyję traci, kochany Halefie!
— Nie mów więcej, sihdi, nie mogę tego słuchać! Czy nie trzeba pomóc biednym dziewczętom, jęczącym w obozie tego opryszka? Nie, i jeszcze raz nie! A czy kiedykolwiek straciliśmy już życie w jakiemś niebezpieczeństwie? Też nie! Chciałbym wogóle zobaczyć niebezpieczeństwo, któremu ujść byśmy nie mogli! Niechby tylko spróbowało ono coś podobnego uczynić, a ukręciłbym mu szyję! Przebiegaliśmy przez ogień, nie parząc się; w wodzie pływaliśmy, jak kaczki; czarne pantery ubijaliśmy. jak muchy; jako jeńcy. potrafiliśmy zawsze zmylić czujność dozorców i wziąć nogi za pas; jesteśmy nieustraszeni... — Patrz! — przerwał sobie — nadchodzą jeźdźcy! Kim być mogą?
— Ludźmi Kys-Kaptsziji! — odparłem.
— Sądzisz?
— Tak; — widzisz, że nie omyliłem się: nie czekają na nas w swym obozie, lecz wyruszyli naprzeciw.
— Co uczynimy? Czy zjedziemy na bok?
— Nie; już raz ci mówiłem, że nie uczynię tego. Zresztą, gdybyśmy nawet zmienili kierunek, zamkną nam drogę!
— Pojedziemy więc spokojnie dalej?
— Zejdziemy z koni, weźmiemy do rąk strzelby i położymy się za wierzchowcami, które nas osłonią. Co potem będzie, zobaczę. Tylko bez strachu, Halefie!
— Strach? Czy chcesz mnie obrazić, sihdi? Chciałbym nawet, żeby nie przybywali w przyjaznych zamiarach; owszem, niech nam pokażą kły, abyśmy mogli powybijać je wszystkie pokolei!
Choć mały hadżi posługiwał się, jak zwykle, kwiecistym stylem Wschodu, jednak pewny byłem, że nie odczuwa strachu. —
Dzieliło nas może tysiąc kroków od owego rogu, gdyśmy ujrzeli jeźdźców, omijających krzaki. Naliczyłem dwudziestu pięciu ludzi; ośmiu czy dziesięciu nosiło zwykłe ubrania. Pozostali mieli olbrzymiej szerokości turbany o dwułokciowej średnicy; prawdopodobnie byli to Kurdowie. Gdy nas spostrzegli, zatrzymali się na chwilę, poczem ruszyli dalej. lecz znacznie wolniej, niż poprzednio. Czekaliśmy, używając wierzchowców jako osłony. Nie była to zbyt przyjemna sytuacja i skłamałbym, nie przyznawszy, że byliśmy niezwykle podnieceni. Niezadługo rozpoznałem ich twarze. Wtem zawołał Halef:
Maszallah! To Kurdowie i Ormianie! Nasz Armeni jest również z nimi! Jedzie przy boku starego, siwobrodego Kurda, który zdaje się jest ich przywódcą.
Maszallah! — zawołałem również. — Czy poznajesz siwobrodego?
— Nie, jeszcze nie!
— To Melef, zdradziecki szeik Kurdów Szirwani, który chciał nas niegdyś zamordować!
— Naprawdę, to on! Godzina kary nadchodzi! Za pierwszym wrogim odruchem, kula moja poszuka sobie kwatery w jego mózgu!
— Właśnie dlatego, że z nimi przybył, przypuszczam, iż nie dojdzie do przelewu krwi. Zna przewagę mego sztućca Henry’ego nad ich staremi flintami i na pewno nie zapomniał jeszcze dalekonośnej rusznicy niedźwiedziej. Wie również, że mogę strzelać, nie nabijając. Coprawda, sztuciec zawiera tylko dwadzieścia pięć naboi, lecz on jest przekonany, że mogę palić bez końca. Zobaczymy, czy to się nam nie przyda!
Wystąpiłem z poza konia, potrząsnąłem obydwiema strzelbami i zawołałem groźnie:
— Stać, ani kroku dalej, bo strzelam!
Stało się, jak przewidziałem. Stary szeik Kurdów poznał mię, podniósł ostrzegawczo rękę i, zwracając się do swych ludzi, zakrzyknął:
Katera peghamber! — Na proroka! Stać, stać! To on! Któżby to pomyślał! Jego strzelby niosą tak daleko, że kule idą poprzez góry i doliny. Nie potrzebuje nabijać broni i, zanim go dosięgniemy, powystrzela nas wszystkich. Zatrzymać się, stać!
Hamdulillah! — uśmiechnął się Halef. Dzięki Bogu! Przestrach siedzi mu jeszcze w gnatach od tamtego czasu. Uda nam się ujść niebezpieczeństwu!
Wycelowałem sztuciec do jeźdźców i zawołałem ponownie:
— Kto ruszy krokiem naprzód, dostanie kulą w łeb! Dusza moja łaknie pokoju; dwaj mogą tu przyjść bezbronni, — chcę z nimi pomówić. Nic im się nie stanie; będą mogli cało i swobodnie powrócić!
Draby naradzali się przez pewien czas, poczem szeik i Armeni zsiedli z koni, odłożyli broń, tak, abyśmy to widzieli, i podeszli zwolna. Zatrzymali się w odległości paru kroków, nie pozdrowiwszy nas jednak.
— Dlaczego zawracasz nas ze środka drogi? — spytał szeik, obrzuciwszy mnie ponurem spojrzeniem.
— Możecie sobie spokojnie jechać dalej. — odpowiedziałem.
— Jednakże groziłeś kulą w łeb temu, kto waży się wystąpić krokiem naprzód!
— Tylko dla naszego bezpieczeństwa! Jeśli udacie się w dalszą drogę, okrążając nas tak dużym łukiem, że postacie wasze zdaleka widoczne będą o połowę mniejsze od obecnych, to i my spokojnie pojedziemy dalej, zachowując kule w lufach.
— Skąd prowadzi wasza droga?
— Z Persji.
— Dokąd zamierzacie?
— Wdół Tygrysu.
— Czy dążą za wami wasi przyjaciele, lub towarzysze?
— Nie!
— Jesteście więc sami?
— Tak!
Chodieh[16], wiem, że twoje usta nigdy nie skalały się kłamstwem; znam cię dobrze! Czy i teraz mówisz prawdę?
— Tak! Odwrócił się i mówił o czemś długo i bardzo cicho z towarzyszem. Nie mogliśmy zrozumieć ani słowa; dlatego zważałem pilnie na ich miny i gęsty, by wywnioskować treść rozmowy. Armeni chciałby na pewno się zemścić; obrzucał nas przez cały czas spojrzeniami pełnemi jadu i śmiertelnej nienawiści i zdawał się nie dawać wiary przekładaniom starego. Oczy ich zwracały się bardzo często na moje strzelby; wszak to był główny powód obaw szeika. — Wreszcie udało mu się zapewne przekonać Ormianina, gdyż oświadczył:
Chodieh, chodzi ci o bezpieczeństwo, ale właśnie ten wzgląd zabrania, byś jechał dalej.
— Dlaczego?!
— Za nami obozuje cały szczep Kurdów Szirwani, a wiesz, że moi wojownicy są twoimi śmiertelnymi wrogami!
— Nie obawiam się ich; przekonałem cię o tem!
— To prawda; jeśli jednak pojedziesz dalej, popłynie krew! Czy nie mógłbyś podróżować drugą stroną rzeki?
— Nie!
— Dlaczego?
— Chcę udać się do Arbil.
— Czy koniecznie?
— Tak; bezwarunkowo!
Pomyślał parę chwil i ciągnął dalej:
— Więc zrobię ci pewną propozycję, by uniknąć walki. Jeśli się zgodzisz, wszystko pójdzie ładem!
— Mów; słucham cię!
— Przeprawicie się tutaj, w bród przez rzekę, i ujedziecie z tamtej strony półtora kuladża; potem możecie znowu wrócić na ten brzeg i jechać dalej do Arbil. Ale przeprawiwszy się przez rzekę, nie wolno wam powracać tutaj natychmiast, a dopiero po przebyciu półtora mili.
— Hm, nie obawiamy się was i właściwie poco mamy sobie moczyć nogi? — Aby cię jednak przekonać, że pragniemy pokoju, jestem gotów zgodzić się na twoją propozycję!
— A więc przeprawisz się z tego miejsca na przeciwległy brzeg?
— Tak!
— Później przejedziesz półtora kuladża?
— Tak!
— A, dopiero potem powrócisz na ten brzeg?
— Tak jest! — Zgoda!
— Wiem, że dotrzymujesz słowa, jak świętej przysięgi! Czy dajesz mi słowo? — Daję ci!
— Skończyliśmy więc; powrócimy do naszych ludzi!
Odwrócił się, odszedł bez pożegnania; Armeni jednak prychnął na mnie, jak dziki kot.
— Teraz uszłeś mi znowu; lecz nazwałeś mię kłamcą i oszustem, i, jeśli kiedykolwiek cię zobaczę, zapłacisz za to życiem!
Z temi słowy odszedł. —
— Sihdi, czy mam jego twarzyczkę przeciąć harapem i pozostawić pamiątkę na jastrzębim nosie? — zapytał Halef.
— Nie! Teraz musimy pospieszyć się, zanim nadejdą, przeprawić przez rzekę. Jeśli przybędą, a zastaną nas jeszcze w wodzie, będą mogli wystrzelać jak kaczki! Naprzód więc!
Zab był w tem miejscu dosyć szeroki, lecz płytki. Wpędziliśmy do wody wierzchowce. Orzeźwiająca kąpiel przyniosła im ulgę po skwarze południa i poczęty tak prędko płynąć, że niezadługo byliśmy na drugim brzegu. Podczas przeprawy siedziałem na siodle nieco odwrócony, trzymając sztuciec gotowy do strzału, aby zabezpieczyć się przed ewentualnym napadem. Lecz nic podobnego nie nastąpiło i, gdy dotarliśmy do brzegu, zobaczyłem dopiero jeźdźców, przybywających z tamtej strony. Zatrzymali się i krzyczeli gniewnie, potrząsając bronią. Potem pojechali dalej, nie przeczuwając, że ich policzyłem. Przebyliśmy zarośla i straciliśmy ich z oczu. Teraz Halef zatrzymał konia i rzekł, potrząsnąwszy głowa:
— Sihdi, nie pojmuje, jak mogłeś, taki mąż, jak ty, zgodzić się na podobne żądania! Teraz wszystko przepadło, wszystko!
— Co przepadło?
— Cała moja radość, że udamy się na pomoc uwięzionym!
— Jakto?!
— Jakto? — Jeszcze pytasz?! Zdaje się, że Allah przyciemnił promienie twego rozumu!
— Nie mojego, lecz twego, Halefie!
— O, — mój jest w zupełnym porządku, jak zwykle!
— Nie mogę jakoś tego spostrzec; — czy doprawdy sądzisz, że dam się podejść temu staremu szeikowi Szirwanich?
— Jestem zmuszony w to wierzyć!
— Doprawdy?!
— Musieliśmy przeprawić się przez rzekę; dobrze; dzięki temu uniknęliśmy walki! Ale teraz mamy jechać półtora kuladża dalej, to znaczy, że z tamtej strony rozbito obóz z brankami, które chcemy wszak wyswobodzić! Obóz jednak miniemy i nie wolno nam doń powracać!
— Słusznie!
— Po przejechaniu półtorej mili, wolno nam znowu zawrócić na tamten brzeg, lecz będziemy bardzo oddaleni od obozu! A ponieważ wracać nam nie wolno, żadną miarą nie oswobodzimy tych biedaczek z niewoli! O Allah! Biada!
— Tak, biada! — I ty, który znasz mnie tak dobrze, skąpisz mi zaufania? Czyż ja nie chcę dziewcząt uwolnić?
— Po przybyciu na tamten brzeg?
— Tak!
— Ależ nie będzie nam wolno powrócić?!
— Coprawda, tośmy to przyrzekli.
— Czy masz zamiar złamać słowo?
— Zawsze dotrzymuję danego słowa!
— Nie rozumiem więc ciebie!
— Niestety! — Dość, Halefie, że powrócimy na tamten brzeg!
— Ale musimy przecież udać się półtora mili wdół rzeki?
— Kto to mówił?
— Szeik! A ty zgodziłeś się na to!
— Nie wpadło mi nawet na myśl! Nie zgodziłbym się nigdy na takie żądanie, gdyż wówczas musiałbym zrezygnować z zamiaru oswobodzenia pojmanych.
— Sihdi, czy mogę ci coś powiedzieć?
— No?
— Coś, czemu nie uwierzysz?
— Co takiego?
— Rozum utkwił mi na miejscu i ani rusz nie chce dalej pracować!
— Coprawda, wyglądasz w tej chwili jakby ci mózg okoniem w głowie stanął! Otworzyłeś usta tak szeroko, że mógłbym przez nie przejechać z wierzchowcem!
— Nic dziwnego, skoro ty zaprzeczasz temu, co słyszałem na własne uszy!
— A więc nie przysłuchiwałeś się uważnie! Nie byto mowy o tem, że drogę musimy odbyć wdół rzeki. Dokładna treść rozmowy i przyrzeczenia była następująca: — przeprawić się przez rzekę we wskazanem miejscu, a potem ujechać półtora kuladża dalej. — Jeśli teraz jeszcze mnie nie pojmujesz, to rozum ci wyparował na słońcu! Pomyśl trochę, Halefie!
Ciągle jeszcze nie rozumiał, o co mi chodzi, i powtarzał zwolna, rozciągając sylaby:
— Tutaj — przeprawić — się — przez rzekę, — a — potem półtora — kuladża — dalej — —!
Raptem na twarzy jego zajaśniał uśmiech odkrywcy:
— Sihdi, mam już, mam! O, jak mogłem zwątpić o tobie! Wywiodłeś w pole starucha! Nie postąpimy, jak chciał, a jednak spełnisz dane przyrzeczenie! — Pojedziemy przez rzekę, a potem półtora mili dalej. — Coprawda, szeik miał na myśli jazdę wdół rzeki, ale my pogodzimy to jakoś z naszem sumieniem...
— Pogodzimy? — przerwałem. — Niema mowy o niczem podobnem! Sumienie nakazuje mi wypełnić dokładnie brzmienie umowy: w bród przebyć rzekę i ruszyć dalej. A dalej — to nie znaczy jechać wdół rzeki, tylko przedłużyć kierunek naszej przeprawy! Ujedziemy więc półtora mili na południe, prostopadle od rzeki, wypełniając dosłownie nasze przyrzeczenie. Z miejsca, do którego wówczas dotrzemy, powinnibyśmy przeprawić się zpowrotem na tamten brzeg. Punkt ten będzie leżał w odległości półtora kuladża od rzeki, bo przecież taką przestrzeń przebędziemy; chcąc najkrótszą drogą dostać się do Zabu, aby wypełnić resztę przyrzeczenia, zawrócimy konie i znajdziemy się na tem samem miejscu, gdzie teraz jesteśmy! — No, czy twój Kara ben Nemzi jest takim głupcem, jak sądziłeś?
— O, sihdi, był tu coprawda jeden kiep, prawdziwy stary wielbłąd, ale, niestety, to ja we własnej osobie! Mojego effendi uważać za człowieka, pozbawionego rozsądku? — Sihdi, podnieś rękę i daj mi taki keff[17], żebym wyleciał z siodła! Będę ci za to dożywotnie wdzięczny!
— Głupstwo, kochany Halefie! Co się tyczy starego szeika, zamyśla naprawdę zdradziecki czyn. Porachowałem jego ludzi, gdy przechodzili z tamtej strony; brakło jednego. Ten powrócił do obozu z zawiadomieniem, że jedziemy lewym brzegiem Zabu. Kurdowie urządzą więc zasadzkę, by nas skrytobójczo zamordować!
— Łotr! — Ale, dlaczego nie zamieniłeś ani jednego słowa z Armenim?
— Chrześcijański ļotr stoi o tyle niżej od mahometańskiego łajdaka, że tylko wtedy zaszczycę go słowem, jeśli będę do tego zmuszony. Teraz już wiem, co umożliwiało mu wykonywanie swych zbrodni. Jest przywódcą bandy Ormian i sprzymierzył się z osławionymi Kurdami Szirwani. Zagroził mi śmiercią w następnem spotkaniu; nie przypuszczał jednak, jaki będzie ono miało charakter. — Ale chodź już, naprzód, musimy dotrzymać słowa! — —


Pojechaliśmy na południe, przebyli półtora kilometra i powracali tą samą drogą. Okolica, górzysta, obfitowała w wodę. Dlatego latem często nawiedzali ją Kurdowie, którzy zimą trzymają się równin. Stąd też niezbyt bezpiecznie podróżować latem wzdłuż rzeki, bo Kurd, gościnny i ofiarny w stosunku do przyjaciół, — obcych uważa za pożądaną zdobycz; tak było zdawna, tak jest i będzie. I my musieliśmy pilnie baczyć wokoło. Niegdyś wyświadczyłem usługi pewnym plemionom kurdyjskim, podczas ich zatargu z innemi szczepami; jedni byli więc moimi przyjaciółmi, drudzy zaciętymi wrogami. Jeśli nieszczęście chciałoby oddać nas w ich ręce, bylibyśmy zgubieni bezpowrotnie! Do nich należał również szczep Szirwani, któremu niedawno szczęśliwie uszliśmy.
Słońce kryło się za górami; kończyliśmy prawie drogę powrotną; zapewne już niedaleko szumiał Zab. Przejeżdżaliśmy wąską doliną, której ściany wznosiły się stromo ku niebu; ujrzałem jakiegoś pasterza; siedział między odłamami skał, pilnując stada mizernych kóz. Człowiek ten musiał być bardzo ubogi; workowata odzież, podziurawiona jak sito, przykrywała go niedostatecznie; na spiętrzonych kudłach widniała jedna z tych obrzydliwych kurdyjskich czapek, podobnych do wielonogiej poczwary, z powodu mnóstwa przyczepionych rzemieni.
Aaleikun eselahm u rahmet, chodeh — pokój i miłosierdzie niechaj będą z wami! — zawołał do nas, wyciągając chudą, kościstą rękę po jałmużnę. — Obdarzcie mnie drobnym datkiem! Katera chodeh — na miłość boską!
Podjechałem do niego; sięgnąłem ręką do kieszeni i dałem mu kilka piastrów.
Chodeh da-uleta teh mehzin bikeh, ssoyuhle teh rahst bine — niech Bóg pomnoży twoje bogactwa i wspiera twe zamysły! — podziękował kornie.
— Czy jesteś Kurdem? — spytałem.
— Tak, chodieh.
— Z jakiego szczepu?
— Nie należę do żadnego; jestem stary i odtrącony!
Zrobiło mi się żal biedaka.
— Z czego żyjesz? — pytałem dalej.
— Żywię się korzonkami i mlekiem, które dają mi te trzy małe kozy. Żona moja leży, chora.
— Gdzie?
— Tam, wewnątrz!
Wskazał za siebie; ujrzałem otwór w skale.
— Boże, co za mieszkanie! Czy mogę ją zobaczyć? Być może, będę mógł jej pomóc.
— Wejdź do środka, panie, i niech Allah cię błogosławi!
Zsiadłem z konia, dałem Halefowi do trzymania strzelbę i podszedłem do otworu. Był wysokości człowieka, lecz bardzo wąski. Po przejściu kilku łokci, spostrzegłem szereg mniejszych otworów z prawej i lewej strony. Gdzież tu była kobieta? — Panowały egipskie ciemności. Zawołałem i usłyszałem odpowiedź, pochodzącą z niedaleka. Jeszcze kilka kroków i ujrzałem światło; pochodziło z maleńkiej lampki. W tej samej chwili potężne uderzenie w czaszkę obaliło mnie na ziemię; — grzmotnąłem głową o kamień.
Meded, meded, ya sihdi! — na pomoc, na pomoc, o sihdi! — usłyszałem jeszcze wołanie Halefa, poczem straciłem przytomność. —
Nie wiem jak długo leżałem. Gdy wróciłem do siebie, czułem, że mnie niosą. Byłem związany; ręce miałem skrępowane ztyłu, a kolana zgięte i podniesione. Widzieć nie mogłem, gdyż zawiązano mi oczy. Po chwili wydało mi się, że już nie noszą mnie, lecz odbywam tę miłą przejażdżkę, sądząc po charakterystycznem kołysaniu się, w koszu, na grzbiecie wielbłąda.
W głowie huczało mi jak w kontrabasie. Znowu pojmany! Ale przez kogo? Żebrak był w każdym razie przynętą. Spróbowałem, natężywszy wszystkie siły, rozerwać więzy, lecz po chwili poczułem, niestety, że nie dam rady; leżałem więc spokojnie. Kołysanie się i chwianie trwało nadal. Słyszałem kroki wielu ludzi i zwierząt; mówili po kurdyjsku; nie usłyszałem jednak niczego, coby mnie dotyczyło i mogło objaśnić o położeniu.
Wreszcie zatrzymano się; poznałem z tak dobrze znanych mi dźwięków i szmerów, że rozbijają obóz. Upłynęło wiele czasu; wkońcu poczułem, jak podnoszą mię czyjeś ramiona i po kilkudziesięciu krokach składają na ziemi. Podczas tej krótkiej przeprawy czułem na twarzy lekki powiew wiatru; teraz ustał. Czyżbym leżał w namiocie?
Po chwili nadeszło kilku ludzi, którzy zdawali się dźwigać jakiś ciężar. Może przynosili mego małego hadżi? Oddalili się i znowu zapanowała cisza wokoło.
— Halef? — spytałem szeptem.
— Sihdi, czy to ty? — usłyszałem odpowiedź.
— Tak! Jesteśmy sami?
— Allah to raczy wiedzieć, ja nie! Oczy mam zawiązane.
— Ja również! Jak się to stało?
— Niespodzianie! Żebrak skoczył nagle na mnie i złapał za szyję swojemi olbrzymiemi mackami. Jednocześnie nadbiegło mnóstwo drabów. Wołałem pomocy; przytłoczono mnie i skrępowano; potem owinęli mi szmatą oczy. Więcej nic nie wiem!
— Co to mogli być za Kurdowie?
— Jeżeli ty tego nie wiesz, to ja na pewno!
— Zamilknijmy więc; będę nasłuchiwał. Może coś wyłowię, co mi rozjaśni sytuację.
Słuchaliśmy przez dłuższy czas, lecz dochodziły nas tylko krzyki i nawoływania Kurdów, zwykłe w obozowym rozgardjaszu. Wreszcie, po upływie godziny, czy półtora, usłyszałem głos, który pobudził całą moją uwagę. Zabrzmiał niedaleko od nas; słowa nie były kurdyjskie, lecz arabskie:
— Może i ty weźmiesz flaszeczkę? Nie wiesz przecież, że mam do sprzedania damm el mukaddas[18] proroka, która popłynęła z rany, odniesionej przez Mahometa w bitwie pod Bedr. Dotychczas przechowywano ją tylko w świętej Kaabie Mekkańskiej; teraz jednak otrzymałem tę relikwię do sprzedaży wiernym. Na każdej flaszeczce możesz zobaczyć pieczęć szeika el Kaaba!
Był to głos Ormianina; widocznie znajdował się tu jako handlarz. Mnie, chrześcijaninowi, proponował kupno jagh kuds, świętego oleju; mahometańskiemu Kurdowi chciał wcisnąć fałszywa damm el mukaddas — świętą krew proroka! Właściwe jego interesa polegały i tutaj na szpiegowaniu. Halef poznał go również po głosie, gdyż szepnął do mnie:
— Sihdi, to przecież Armeni! Co ty na to? Czy i tutaj szuka młodych dziewcząt?
— Być może!
— A jeśli ci Kurdowie są jego sprzymierzeńcami?
— Nie myślę.
— Zresztą wszystko jedno; w każdym razie jego obecność pogarsza nasze położenie!
— Ja zaś sądzę przeciwnie!
— Doprawdy? — dlaczego?
— Jeśli przybył tutaj w nieuczciwych zamiarach, możemy pozyskać wdzięczność Kurdów, ostrzegając ich przed nim.
— To słuszne, sihdi, bardzo słuszne! A nawet i w najgorszym razie nie przyszłoby mi na myśl rozpaczać! Znajdowaliśmy się już w gorszych tarapatach, a zawsze wychodzili cało. Allah ześle nam swą pomoc, nie dopuści przecież, aby moja Hanneh, najlepsza z kobiet, i Kara ben Halef, syn mojego serca, nie ujrzeli mnie już nigdy! Ze szmerów i dźwięków, rozlegających się wokoło, wnioskowałem, że obóz nie był zbyt rozległy. Dolatywało nas skwierczenie ognia i czuliśmy zapach pieczonego mięsa. O nas nikt się nie troszczył. Przez dłuższy czas jeszcze dochodził nas głos Ormianina, proponującego kupno flaszek. Prawdopodobnie udawały mu się interesa; wreszcie zamilkł; może oddalił się na drugi koniec obozu.
Po pewnym czasie weszło do namiotu parę osób, które stanęły przy nas, milcząc.
— Czy jest tam kto? — spytałem.
— Tak! — brzmiała odpowiedź.
— Kto?
Nezanum[19], który was pojmał.
— Dlaczego to uczyniłeś?
— Nie pytaj, psie! Wiesz sam dobrze dlaczego. Musicie umrzeć; ale jeśliby choć włos z głowy spadł Szeface[20], to nawet w piekle nie zakosztujecie takich męczarni, jak u nas!
— Szefaka? — spytałem zdziwiony. — Czy mówisz kobiecie tego imienia?
— Naturainie! O kobiecie, którą porwaliście, szakale!
— Znam wiele szczepów Kurdów, lecz tylko jeden, do którego należy kobieta imieniem Szefaka. Czy jesteście może Kurdami Zibari?
— Tak! — odpowiedział, z trudnością tłumiąc gniew.
— A mąż jej, czy nazywa się Hamza Mertal?
— Naturalnie, że się tak nazywa! Niby nie wiesz o tem?! Jeśli ośmielisz się nadal zadawać pytania tego rodzaju, łeb ci rozwalę!
— Zamilcz! Obelgi schowaj dla siebie! — krzyknąłem nie zważając na nasze położenie. — Nie wiesz, do kogo mówisz! Jeżeli odpowiesz spokojnie na kilka moich pytań, być może, zdołasz jeszcze uratować Szefakę! A więc mów, czy ojcem Hamzy jest stary, odważny Szeri Szir, najwyższy szeik Zibarich?
— Tak!
— Słuchaj zatem, co ci powiem, i uczyń, jak każę! Czy jest u was handlarz, który sprzedaje ed damm el mukaddas?
— Tak.
— Szefaka została porwana?
— Tak!
— On jest rabusiem, nie my! Przybył dzisiaj, by zobaczyć wasze dziewczęta i uprowadzić najładniejsze.
— Psie, czy doprawdy sądzisz, że...
— Milcz! — przerwałem. — Nie opowiadaj mu tego, o czem teraz mówimy. Czy wie, że pojmaliście nas?
— Nie!
— Czy słyszałeś cośkolwiek o hadżi Halefie Omarze?
— Był to mały, lecz bardzo odważny wojownik, szczepu Arabów Haddedin.
— A czy znasz człowieka, imieniem Kara ben Nemzi?
— To jego pan, słynny emir z kraju Nemcze.
— Czy ci ludzie są przyjaciółmi, czy też wrogami Kurdów Zibari?
— Przyjaciółmi! Kara ben Nemzi był u nich kilka razy i zawsze wspomagał ich w walce. Szeri Szir i Hamza Mertal wypili z nimi nawet braterstwo krwi, a Szefaka modliła się codziennie za zdrowie emira, gdyż jej przodkowie pochodzili z jego ojczyzny.
— Czy widziałeś go kiedy?
— Nie.
— A czy jest tu ktoś, kto ich widział?
— Należymy do innego odłamu Zibarich i nie widzieliśmy ani jego, ani Halefa; ale przed kwadransem przysłał Szeri Szir gońca do mnie. Siedzi on w obozie przy ogniu i zna zapewne Kara ben Nemzi i Halefa!
— Czy słyszałeś o broni tych mężów?
— Tak! Hadżi Kara ben Nemzi ma małe pistolety, o jednej tylko lufie, które jednak strzelają po sześć razy, prócz tego ciężką rusznicę, której jedna kula wystarcza, aby ubić lwa, panterę, tygrysa, lub niedźwiedzia; ma wreszcie flintę czarodziejską, z której może strzelać bezustanku. Dlatego nawet stu wojowników nie może zmierzyć się z nim jednym.
— Zabraliście nam broń. Kto ją ma teraz?
— Ja!
— Czy dokładnie się jej przyjrzałeś?
— Jeszcze nie! Byłem zajęty rozbijaniem obozu.
— Wyjdź więc i przypatrz się jej; radzę ci, aby nikt nie widział twojej miny podczas tej czynności. Zostaliśmy przez was zaskoczeni; gdybym miał choć chwilę czasu, by użyć mojej broni, na pewno nie wzięlibyście nas tak łatwo do niewoli! A więc idź, lecz nie daj mi zbyt długo czekać na siebie!
Usłyszeliśmy oddalające się kroki; nie minęło pięć minut, gdy Kurd śpiesznie wbiegł do namiotu, wykrzykując gorączkowo:
Chodieh, widziałem strzelby i obawiam się... Czyżby Allah sprawił...
— Że wzięliście do niewoli swoich najlepszych przyjaciół! — Nie będę wymagał od ciebie zadośćuczynienia. Zawezwij gońca; jeśli nas zna, powie ci, kim jesteśmy. Wszystko to musi dziać się w największej tajemnicy!
Odszedł powtórnie. Po upływie kilku chwil usłyszeliśmy kroki dwóch ludzi. Dojmujące milczenie — i wnet zawołał przestraszony głos:
— Czy to możliwe?! To przecież nasz hemszer, mivan i malko-e-gund[21], hadżi Kara ben Nemzi, któremu tak wiele zawdzięczamy; a tuż obok leży jego przyjaciel i sługa, hadżi Halef Omar! Jak mogłeś ich pojmać, o nezanumie! Jak ośmieliłeś się targnąć na tak słynnych bohaterów, przyjaciół naszego szczepu?! Gdyby Szeri Szir, szeik nasz, który jeszcze dzisiaj przybędzie, dowiedział się o tem, ściągnąłbyś na siebie jego gniew i niełaskę! Precz, natychmiast precz z więzami i opaskami!
Rozwiązano nam rzemienie i oswobodzono oczy, Przed nami stał stary Kurd, nezanum, trzęsący się ze strachu, i jego młody współplemieniec, którego natychmiast poznałem. Podałem mu rękę i powiedziałem:
— Dziękuję ci, Hasinie! Gdyby nie ty, bylibyśmy jeszcze, Bóg wie, jak długo, skrępowani. Później pomówimy o tem; teraz jest ważniejsza sprawa. Czy ten obcy handlarz zamierza u was długo pozostać?
— Nie; musi odejść już przed północą!
— Czy są w obozie kobiety i dziewczęta?
— Tak! — odparł nezanum.
— Chce więc przed północą odejść, by napaść na was po północy. To Kys-Kaptsziji, a szeik Melef przybył ze swoimi Kurdami Szirwani, by mu pomóc!
Allah, Allah! Co słyszę!
— Nie tak głośno! Czy handlarz jest sam?
— Ma ze sobą pomocnika.
— Jak się nazwał ten zbrodniarz?
— Assad Benabi z Mekki.
— Wyjdźcie teraz i uprzedźcie swych ludzi o naszym pobycie, tak, by tego nie zauważył. Gdybyśmy wyszli razem z wami, wywołałoby to zdziwienie i zbiegowisko. Kilku silnych ludzi miejcie wpogotowiu; na moje skinienie mają skrępować handlarza wraz z towarzyszem. Nie powinien nam ujść, gdyż wówczas nie zobaczylibyście już nigdy ani jego, ani też Szefaki, synowej waszego szeika.
Oddalili się; przyniesiono teraz płonące pochodnie przy świetle których ujrzałem, że znajdujemy się w płóciennym namiocie. Ogromna radość napełniła serce Halefa; ja zaś zachowałem, jak zwykle, równowagę.
— Masz oto nowy przykład, Halefie, — rzekłem — że dobre czyny wydają plony!
Nezanum przyniósł nam broń i zakomunikował, że wszyscy jego ludzie zostali powiadomieni, kim są jeńcy. Wyszliśmy z namiotu. Płonęło mnóstwo ognisk, przy których siedzieli Kurdowie, mężczyźni i kobiety, ukradkiem rzucając spojrzenia w naszym kierunku. Obaj Ormianie siedzieli przy drugiem z rzędu ognisku, licząc od nas; byli odwróceni plecami. Wyszliśmy zcicha i posunęli się zwolna naprzód, aby nie słyszeli naszych kroków. Przed Armenim stała skrzynka z małemi flaszeczkami. Kurdowie, siedzący przy nich, spostrzegli nas; milczeli jednak, nie zdradzając się najdrobniejszym odruchem twarzy. Przerwałem ciszę donośnym głosem:
— Słyszę, że jest tu do sprzedania ed damm el mukaddas, święta krew proroka. Czy mogę kupić flaszeczkę?
Mówiąc to, usiadłem wraz z Halefem przy Ormianach. Handlarz wlepił we mnie przerażone oczy i patrzył, jak na zjawę; ze strachu skamieniał. Sięgnąłem do skrzynki, wyjąłem flakonik i obejrzałem.
— Jak się nazywasz? — spytałem.
— Assad Benabi z Mekki, — odpowiedział, jąkając się.
— A dzisiaj po południu powiedziałeś mi, że nazywasz się Dawud Soliman i jesteś Armenim. Snać obfity masz zapas rozmaitych imion!
Całą siłą woli skupił się, spojrzał mi w twarz z arogancką czelnością i odparł:
— Kim jesteś, że ważysz się mówić w taki sposób do urzędnika świętej Kaaby? Nie znam cię i nigdy jeszcze nie widziałem!
— Tem lepiej ja znam ciebie! Jesteś Kys-Kapisziji, którego szukamy.
Allah akbar! I to muszę wysłuchać?!
— Nietylko wysłuchać, ale i odczuć! Patrz, te flaszeczki ze świętą krwią, rzekomo zapieczętował szeik Kaaby? Dlaczegóż więc widnieje na nich znowu imię Musa Wardan, to samo imię, które jest wyryte na twoim sygnecie?
Otworzyłem, bez żadnej próby oporu z jego strony, flakonik nożem, nabrałem trochę zawartości na drzazgę, obejrzałem, powąchałem i ciągnąłem dalej:
— Ta damm el mukaddas ma pochodzić z bitwy pod Bedr? Odbyła się ona w drugim roku Hedżiry; ta zaś krew ma tylko trzy, najwyżej cztery dni i pochodzi najprawdopodobniej z żył owcy, albo kozy. Cóż by powiedział szeik-ul-Islam, gdyby doszło do jego wiadomości, że istnieje jeszcze krew proroka i że handluje nią ormiański giaur?
— Nie jestem Ormianinem, tylko...
— Milcz, łotrze! — zagrzmiałem. — Święta krew to takie same bezczelne oszustwo, jak dzisiejszego popołudnia święty olej. Może jeszcze poczniesz sprzedawać ma el mukaddas?
Ma el mukaddas? — spytał, zmieszany.
— Tak, ma el mukaddas, świętą wodę! Czy nie wiesz, że prorok Nahum, którego czczą również Mahometanie, wzniósł święty przybytek nad rzeką Zab? Leży on wpobliżu nas, a woda rzeki, u podnóża ruin, uważana jest za świętą i zwana ma el mukaddas. Tam znalazłbyś dość towaru dla swego pobożnego handlu; ja jednak, gdybym był w twojej skórze, wolałbym utopić się samemu w ma el mukaddas, niż siedzieć teraz w tym obozie!
— Możemy ułatwić mu topiel! — zabrzmiał groźny głos nezanuma. — Oszukał nas, sprzedając fałszywą ed damm el mukaddas; już za tę zbrodnię zasługuje na śmierć. Jeśli się okaże nadomiar, że jest Kys-Kaptsziji, utopimy go!
Armeni podniósł się, blady jak mur.
— Jeśli mnie tu podejrzewają i hańbią, muszę się oddalić! — wyjąkał, zduszonym głosem.
Lecz stał już przy nim Halef. Przysunął mu pistolet do nosa i zagroził:
— Czy sądzisz, że się wykręcisz sianem?! Jeden krok, a zastrzelę cię, jak psa! Groziłeś, że spotkanie z tobą przyniesie śmierć nemu sihdi, a wydałeś wyrok na siebie! — Wiązać go!
Nie uciekłem się nawet do umówionego skinienia; zaledwie Halef wypowiedział te słowa, rzuciło się dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu Kurdów kupą na Ormianina i jego pomocnika, obalili ich na ziemie, powiązali, przyczem nie obeszło się bez szturchańców.
Zaledwie upłynęła minuta od tego wypadku, usłyszeliśmy czyjeś głosy i tętent wielu koni. Przybywał szeik wraz ze swymi wojownikami; liczba ich nie przekraczała setki. Zsiadłszy z siodła, spostrzegł mnie natychmiast; stałem bowiem tuż przy ogniu; wydał okrzyk zdziwienia, dopadł mnie i, obejmując, zawołał radośnie:
— Ty tutaj, emirze! Możemy się więc spodziewać, że odnajdziesz ślady zaginionej! Odkąd porwano ją, dwa dni temu, szukamy napróżno. Lecz ty jesteś ulubieńcem Allaha; on odkryje przed tobą jej tropy!
Syn jego, Hamza Mertal, wyciągnął do mnie obydwie dłonie:
— Chciałbym radość swą z powodu twojego przybycia — rzekł — wyrazić okrzykiem; ale smutek i obawa o żonę mego serca, uciska mi duszę. — Uczyniłeś już dla nas tyle... lecz jeśli znajdziesz Szefakę, to...
— Porzuć biadania i rozpacz! — prosiłem — Jesteśmy na tropie! Być może, dzisiaj jeszcze będziesz ją trzymał w objęciach. Tam oto leży skrępowany Kys-Kaptsziji; musi nam powiedzieć, gdzie ją ukrył!
Słowa te wywołały nieopisane wrażenie. Opowiedziałem, gdzie spotkałem Ormianina i co się później zdarzyło. Wreszcie nadmieniłem, czemu go podejrzewam. Szeri Szir, stary szeik, zgodził się z mojem zdaniem. Żałował niezmiernie omyłki popełnionej w stosunku do nas, i powielekroć przyrzekał, że wynagrodzi nam doznane przykrości. Przy okazji dowiedziałem się, dlaczego uważano mnie i Halefa za sprawców porwania. Dwóch ludzi, jeden wysoki, drugi niski, pierwszy ubrany, jak ja, drugi prawie jak Halef, przybyło do Zibarich i zostali gościnnie przyjęci; nazajutrz znikli; Szefaka wraz z nimi. Szeri Szir i Hamza Mertal natychmiast ruszyli na poszukiwania z wojownikami, zebranymi naprędce; jednocześnie wysłano gońców do pozostałych oddziałów szczepu. Jeden z tych oddziałów znalazł się wpobliżu drogi, którą jechałem dzisiaj z Halefem. Jakiś Kurd spostrzegł nas i, sądząc z powierzchowności, wziął za poszukiwanych. Powiadomił o tem nezanuma; ten wysłał za nami wywiadowcę, który doniósł, żeśmy się nie zatrzymali, tylko powracamy tą samą drogą. Nezanum zastawił więc taką pułapkę, na jaką nadawała się najlepiej grota. Boczne rozgałęzienia były obszerniejsze od wąskiego głównego karceru, dlatego ukryli się w nich Kurdowie, by przepuścić mnie przodem a następnie dopaść i powalić. Co do mnie, to dałem się nawet prędzej schwytać, niż przypuszczano; rzekomy pasterz miał zresztą w odwodzie dosyć przyczyn, aby nas zaciągnąć do groty. Halefa miano również tam zwabić, ale i tak dano sobie z nim rade. —
Teraz wzięto się naturalnie do obydwu Ormian; pomimo wszystko, nic z nich nie można było wydusić. Nie przyznali się do niczego, a handlarz pozostał przy swojem twierdzeniu, że jest Assadem Benabi z Mekki i nigdy nas nie widział. Ale nawet w tym zgoła nieprawdopodobnym wypadku, gdyby wierzono nie mnie, lecz jemu, łatwo było udowodnić mu kłamstwo. Miał ze sobą jucznego konia; pakunki poddano rewizji. Natrafiłem na flaszeczki z olejem, wrzekomo świętym, o którym wspomniałem dopiero co podczas swej rozmowy z Armenim w obecności wszystkich Kurdów; to świadczyło, że musiał nas już raz napotkać. Łotr jednak wszystkiemu wręcz zaprzeczał, oburzając mnie w najwyższym stopniu; Halef wskakiwał poprostu ze skóry.
— Człowieku, drabie, łotrze i łajdaku! — ryczał mały hadzi. — Nie składasz się, jak wszyscy inni, z krwi i kości, tylko z mieszaniny kłamstwa, podstępu i fałszu; ale ja zadam twojej duszyczce tak skuteczny munat tik[22], że wszystek z ciebie kłam wycieknie. Popatrz! — lekarstwo trzymam w ręce.
Wyciągnął z za pasa harap i zapytał szeika:
— Prawdopodobnie nic przeciwko temu nie masz, o Szeri Szir, abym tym ulubieńcom szeytana[23] wygładził fałdy na skórze! Czy pozwalasz na to?
Obwieś nie zwrócił się z pytaniem do mnie, gdyż wiedział, że takiego pozwolenia nie udzielę. Szeik zaś zgodził się natychmiast:
— Tak; każemy ich ćwiczyć, dopóki nie wyjawią prawdy, ale nie pozwolę, abyś ty się trudził, mój poczciwy Halefie: Mam tu dosyć ludzi, zaprawionych do harapa. Dostaną łajdacy cięgi! Weźmiemy się do ich stóp, które są czulsze, niż plecy, więc rezultat nastąpi prędzej. Niech przygotują degenek[24]!
Coprawda, był to jedyny sposób wydostania od Ormian niezbędnych wiadomości. — Przewidywałem, że poczną głośno krzyczeć; — wołaniem swojem mogli sprowadzić szpiegów, których zepewne wysłali Kurdowie Szirwani za Armenim, aby przekonać się o jego bezpieczeństwie; — dlatego skłoniłem szeika, żeby przedtem kazał przeszukać okolicę obozu, a potem wystawił warty. Uskuteczniono obydwa moje zarządzenia z największą pieczołowitością, sam zresztą pomogłem w poszukiwaniach; nie znalazłem jednak żywej duszy.
Teraz spytaliśmy powtórnie delikwentów, czy przyznają się do winy, uprzedzając, że zwracamy się do nich po raz ostatni; kiedy ponownie zaprzeczyli, rozpoczęło się to, co Turek nazywa: bir degenek urmak, to jest bastonada. Naturalnie, kazałem ich położyć w takiej od siebie odległości, aby jeden nie słyszał zeznań drugiego; w przeciwnym razie mogliby nas, pomimo bólu, okłamać. Prawdziwe będą zeznania, skoro się dadzą uzgodnić.
Jednakże zdawali się być nieczuli na uderzenia, gdyż przez długi czas nie wydali nawet jęku, chociaż, już po pierwszym kiju, popękały im podeszwy. Nie sądziłem nigdy, aby człowiek zdolny był do takiej wytrwałości! Handlarzowi nie wydarło się nawet westchnienie. Co się tyczy drugiego, nie umiał tak panować nad sobą; w każdym razie jęczeć począł dopiero po dwudziestym razie. Po pewnym czasie jęki zamieniły się w prawdziwy ryk; wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać bólu, poprosił, aby wstrzymano egzekucję. Szeik rzekł do mnie:
— Emirze, pomów z nim; wiesz lepiej ode mnie, o co pytać!
Uprzedziłem draba, aby mówił prawdę, w przeciwnym bowiem razie rozpoczniemy na nowo bastonadę:
— Gdzie rozbiliście obóz?
— W odległości kwadransa drogi, na drugim brzegu.
— Z ilu ludzi składa się oddział?
— Jest nas trzynastu Ormian i trzydziestu Kurdów Szirwani.
— Ile kobiet i dziewcząt macie ze sobą?
— Pięcioro.
— Kim są?
— Córka mirzy Muzaffara, trzy dziewczęta z Serdaszt i Szefaka, żona Hamzy Mertala.
— Czy to wy dokonywaliście poprzednich napadów?
— Tak.
— Czy napadliście dzisiaj ośmiu Persów?
— Tak
— Zostali zabici?
— Siedmiu. Mirzę Muzaffara zostawiliśmy przy życiu, aby dostać okup.
— Poco wam okup?
— Przypadnie Kurdom Szirwani; po otrzymaniu okupu mirzę jednak i tak zabiją.
— Jesteście niegodziwi łajdacy! Dziw, że ziemia was nosi! A najokropniejsze to, że z pośród was — trzynastu zwie się chrześcijanami!
Odpowiedzi nie padały tak jasno i skoordynowanie, jak je podaję, lecz chaotycznie i z przestankami. Gdy przerywano kije, milkły, dopiero świeża porcja uderzeń otwierała usta torturowanego. Dowiedziałem się jeszcze, że stary zdradziecki szeik Melef wysłał rzeczywiście jednego ze swych ludzi do obozu, aby uprzedzić, że znajduję się wraz z Halefem na lewym brzegu rzeki; miano nas zaskoczyć i pojmać. Ponieważ jednak nie znaleziono nas tam, wysłali dwóch wywiadowców, którzy coprawda nas nie wytropili, lecz zato wykryli obóz Zibarich. Wtedy Armeni udał się na przeszpiegi z towarzyszem, aby wywąchać, czy niema gyzel meta[25]. Ofiary upatrzone miano porwać po północy. —
Handlarz nie słyszał ani słowa z tego, co wyduszono z jego towarzysza; sam milczał, jak grób. Przeklinał i jęczał, wreszcie począł krzyczeć przy każdem uderzeniu:
— Bijcie, bijcie, kaci! Niech was Bóg wytępi! Nie wyciągniecie ze mnie ani słowa!
Było to okropne; kazałem zaprzestać. Sądziłem, że pomocnik jego mówi prawdę i poradziłem szeikowi Szeri Szir, aby udać się do obozu rabusiów. Jeśli delikwent oszukał nas, można było zawsze wyciągnąć z niego prawdę kijami. Mieliśmy się spotkać z 41 przeciwnikami, wystarczał więc oddział z sześćdziesięciu ludzi. Konie pozostawiliśmy. Nie zapomniałem o rzemieniach i sznurach. —
Szliśmy gęsiego wzdłuż rzeki; ja z Halefem naprzedzie, gdyż w każdym razie umiałem się lepiej skradać od Zibarich. Po upływie kwadransa podwoiliśmy czujność i wkrótce ujrzeliśmy wartownika, siedzącego na brzegu. Parę szybkich skoków i byliśmy przy nim. Schwyciłem go za szyję; Halef z kilkoma Kurdami związali mu ręce, nogi i wsunęli knebel do ust. Nie można było udać się do obozu ławą, wnetby nas spostrzeżono. Obraliśmy wiec z szeikiem hasło, którem miało być dwukrotne kwakanie żaby. Oddaliłem się nieco i przepłynąłem rzekę, aby dostać się do obozu lądem. Draby musiały się czuć bezpiecznie, bo nie spotkałem po drodze nikogo. —
Szirwani leżeli pokotem wokoło; większa część chrapała głośno. Branki były przywiązane do drzew; pilnowało ich jedenastu Ormian, śpiących również. Nieopodal konie bądź pasły się, bądź leżały w trawie. Persa nie mogłem nigdzie dostrzec. Nie miałem czasu długo szukać, więc poczołgałem się do brzegu, aby dać znak umówiony. Wtem usłyszałem w wodzie dziwny plusk i bulgotanie; przyjrzawszy się uważnie, spostrzegłem na powierzchni coś okrągłego, coś, co przypominało ludzką głowę.
— Mów półgłosem, abym tylko ja słyszał; chcę cię uratować! — szepnąłem. — Czy jesteś mirza Muzaffar, merd adalet z Yaltemiru?
— Tak! Czy ty nie należysz do rabusiów?
— Nie!
Ya rab, o Boże, czyżby zbliżała się pomoc?! Wszystkich ludzi pomordowano mi, a moja córka jęczy w niewoli!
— Czy związano cię w wodzie?
— Tak! Skrępowano mi ręce na plecach, nogi przytroczono do dużego kamienia i zepchnięto wraz ze mną do wody, tak głęboko, że sięga mi prawie do ust. Kimkolwiek jesteś, o panie, zlituj się nade mną i ratuj!
— Jestem tym psem chrześcijańskim, parszywym, którego dzisiaj tyle razy obrzucałeś błotem! Chętniebym przeciął twe więzy, lecz musiałbym przy tem cię dotknąć, a dotknięcie giaura podobno zanieczyszcza!
— To ty, ty!! Emirze, przebacz mi, okaż swą łaskę! Rozwiąż mnie, a nigdy już w życiu nie będę szydził z żadnego chrześcijanina, lecz codziennie modlił się za wszystkich twoich współwyznawców!
— Uczyń tak, uzyskasz wtedy łaskę i błogosławieństwo Allaha! Nie zapominaj nigdy, że jest on ojcem wszystkich ludzi!
Wyjąłem nóż i zanurzyłem się do wody; dopiero po kilkakrotnem nurkowaniu zdołałem przeciąć rzemienie; potem oswobodziłem mu ramiona i wyciągnąłem bezwładnego z wyczerpania, na brzeg.
— Usiądź tutaj i zachowuj się spokojnie, bez względu na to, co się stanie! Począłem dwukrotnie naśladować kwakanie żaby; po chwili ujrzałem skradających się Zibarich. Gdy stanęli już wszyscy przy mnie, wydałem rozkazy; — zaczęliśmy zcicha się skradać. Piętnastu ludzi okrążyło Ormian, a czterdziestu pięciu Kurdów; szli tak bezszelestnie, że nie obudził się nikt z uśpionych. Każdy upatrzył sobie ofiarę i napadł na nią; rozpoczął się ogłuszający hałas i bezsilne ryki wściekłości. Lecz po chwili krótkiego zmagania się, zostaliśmy panami obozu; wrogowie leżeli powiązani na ziemi — wszyscy żywi; kilku jedynie, którym nie można było podołać, odniosło rany.
Nie troszczyłem się o uwolnienie dziewcząt; uprzedził mnie stary szeik ze swym synem, który radośnie rozciął więzy Szeface, by ją utulić w ramionach.
Podczas ogólnej uciechy, pociągnąłem za sobą małego hadżi.
— Chodź, Halefie! Weźmiemy konie Szirwanich i pojedziemy zpowrotem do obozu zawiadomić pozostałych że napad się udał.
— Odjechać, sihdi? — zapytał ze zdziwieniem. — Czyś nie pomyślał o tem, że teraz nastąpi najważniejsze: ogólne uznanie dla nas i podziękowanie?!
— Dlatego właśnie chce odjechać! Sami musimy podziękować Bogu, że udało się nam ujść szczęśliwie wszystkim niebezpieczeństwom. Chodź więc!
Wsiedliśmy na konie Kurdów i chcieliśmy ruszyć.
— Stój, emirze! Dokąd! — zawołał głośno szeik, skoro to zauważył.
— Do naszego obozu!
— Zostań jeszcze, zostań! Szefaka chce cię widzieć!
— Później się ze mną zobaczy!
Ruszyliśmy i przebywszy rzekę, udali się do obozu, gdzie wkrótce zapanowała radość z powodu odnalezienia ulubionej żony wodza. Wszystko, co należało do zwyciężonych, nie wyłączając koni, dostało się teraz, jako prawna zdobycz, Zibarim. Hadżi Halef podszedł do Ormianina i drwił:
— Zwyciężyliśmy; żaden z twojej bandy nie uszedł! Co się stało z twoją wielką gębą i jeszcze większą zemstą?! Czyja śmierć nastąpi po naszem spotkaniu, — mego sihdi, czy też twoja? Pojedziesz ze wstydem do piekła, my zaś powiększyliśmy stokrotnie naszą sławę, będą o nas składać pieśni mężczyźni, kobiety, dziewczęta Turcji, Arabji i Farsistanu[26]. Ty jesteś zdychającym kretem, a ja najwyższym szeikiem Haddedinów i zwę się Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul Abbas ibn Hadżi Dawud al Gossarah! —
Nastał poranek. Zwinięto obóz i przeniesiono go na przeciwległy brzeg, — miejsce wczorajszego zwycięstwa. Teraz nie udało mi się ujść podziękom uratowanych. Co się tyczy małego Halefa, nie zachowywał się zbyt skromnie. Stanął przy moim boku, aby zebrać plon podziękowań i pochwał, na co spokojnie zezwoliłem, przysłuchując się, jak sam najgłośniej wysławiał swoją odwagę.
Mirza Muzaffar czuł się wobec mnie zakłopotany i zmieszany. Atoli ja traktowałem go tak serdecznie, jakby mnie nigdy nie obrażał. Był w siódmym niebie, odzyskawszy córkę, „gwiazdę swego życia“. Skoro poprosiłem go, by zechciał zabrać w powrotnej drodze również trzy dziewczęta z Serdaszt, zgodził się chętnie i odparł:
— Ciebie, emirze, pojmano tam i złem okiem na cię patrzono; teraz ja rozgłoszę twą chwałę i opowiem wszystkim, że trzy córki z Serdaszt tobie li tylko zawdzięczają wolność!
Podał mi rękę, nie pomyślawszy teraz, czy dotknięcie go zanieczyści. —
Starego, fałszywego szeika Szirwanich potraktowałem z pogardą, lecz wstawiłem się za nim i jego ludźmi. Zasłużyli na ciężką karę, jednakże udało mi się, ze względu na ewentualne następstwa, to jest zemstę krwi, przekonać Szeri Szira, by puścił ich wolno; naturalnie wszystko, co posiadali, musieli zostawić, jako łup. Udali się więc w drogę powrotną pieszo. Wpierw jednak musieli być świadkami kary, która miała spotkać Ormian.
Tych oczekiwał cięższy los, niż ich Kurdyjskich wspólników, gdyż oni to byli organizatorami porwania. Szeri Szir zwrócił się do mnie w tej sprawie:
— Co uczyniłbyś z nimi, emirze?
— Zgodnie z kanun ’ilm elhukuk[27] musiałbyś właściwie wydać ich w ręce mutessaryfa z Szehrsor.
— Tego na pewno sambyś nie uczynił! Co mnie może obchodzić jakiś kodeks?! Jeśli zastosuję się do przepisów, to żadnego z tych psów nie dosięgnie najmniejsza kara; pomijam już trudność transportu i uciążliwość drogi. — Jesteśmy wolnymi Kurdami i sądzimy takich ludzi według naszych własnych praw! Proszę cię bardzo, tym razem nie wstawiaj się za nimi; pomimo serdecznego przywiązania do ciebie, nie mógłbym posłuchać!
— Jesteśmy wszyscy grzeszni i dlatego powinniśmy postępować łagodnie z innymi; tutaj jednak mamy do czynienia nie z błędami przyrodzonemi, lecz z recydywistą, zbrodniarzem godnym śmierci. Porywał kobiety na sprzedaż, a wczoraj ludzie jego zamordowali siedmiu Persów! Czyń z nimi, co ci się podoba!
— Wyjąłeś mi słowa z pod serca; dziękuję ci!
— Mam do ciebie jednak prośbę! Nie męcz ich niepotrzebnie i spróbuj dowiedzieć się, dokąd sprzedali uprzednio porwane dziewczęta. Gdybyśmy mogli donieść o tem ich krewnym, byliby może w stanie odzyskać uprowadzone branki.
— Uczynię, jak mówisz! Teraz zgromadzę starszych na sąd. Czy chcesz wziąć w nim udział?
— Nie! Lecz przywołajcie mnie, zanim wypełnicie wyrok! Chcę pomówić z nimi raz jeszcze przed śmiercią. Są chrześcijanami; być może, uda mi się obudzić w nich sumienie!
Oddaliłem się ku rzece. Nie chciałem być członkiem sądu, na którym Mahometanie występują w pełni praw przeciwko chrześcijanom. Przypuszczałem, że potrwa to z godzinę, lecz w każdym razie powróciłem już po trzydziestu minutach; zanim jednakże doszedłem do obozu, usłyszałem odgłos strzałów. Począłem biec z najwyższą szybkością. Gdy przybyłem, zastałem już stygnące trupy dwunastu Ormian!
— Kazałeś ich zastrzelić?! — zawołałem na szeika. — Chciałem wszak z nimi przedtem pomówić!
— Powiedziałem im o tem! Wtedy poczęli przeklinać ciebie, mnie, twoją religię, świat i Boga! Opanował mnie gniew i kazałem ich powystrzelać. Allah zmiłuje się nad ich duszami!
— Widzę tylko dwanaście trupów. Gdzie przywódca, Kys-Kaptsziji?
— Chodź, pokażę ci go! Podprowadził mnie do brzegu, na którym stali jego ludzie, zapatrzeni w wodę. Ujrzałem pośrodku rzeki małą tratwę z trawy; leżał na niej związany handlarz.
— Co to ma znaczyć?!
— Jest to wyrok, który sam wydałeś! Myśmy go tylko wykonali. Sprzedawał fałszywy jagh kuds, oszukiwał nas rzekomym damm el mukaddas, pokryje mu zato głowę święta woda proroka Nahuma! — Ma el mukaddas weźmie go w swoje lodowate objęcia! Szkoda dla niego kuli! Siedzi na tratwie z trawy, która nie unosi się na powierzchni. wody, ale zanurza stopniowo, aż zatonie w rzece. Sam zapowiedziałeś, że najlepsza będzie to dla niego kara!
Dreszcz mię, przebiegł; musiałem jednakże spełnić swój obowiązek i zawołałem do nieszczęśliwego:
— Umrzesz od kuli, nie zaś utopisz się jak szczenię, jeśli...
Przerwał mi klątwą, która nie nadaje się do powtórzenia. Odwróciłem twarz, aby nie być świadkiem tak marnego szczeznięcia. —
Szeik wiedział już, dokąd sprzedano poprzednio porwane dziewczęta. Mieliśmy wszyscy trzej, ja, Pers i szeik, zawiadomić krewnych o miejscu ich pobytu. —
Kurdowie Szirwani opuścili obóz przed południem. Potem pożegnał się z nami Pers wraz z towarzyszkami; ściskał mi ręce i nazywał swoim przyjacielem. — Tymczasem tratwa z handlarzem zniknęła pod wodą. Pogrzebaliśmy trupy Ormian i pociągnęli również do jilaku[28] Zibarich, gdyż stary szeik prosił nas tak długo, że wreszcie zgodziliśmy się zabawić u nich przez tydzień. —
Od tej pory nie słyszano już o Kys-Kaptsziji. — —



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Tytuł na podstawie innego wydania tego tekstu.
  2. Łowca niewolnic.
  3. Więzienie.
  4. Gazela.
  5. Haczyk.
  6. Kupiec.
  7. Jagh kuds — olej święty.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Patrjarcha ormiański.
  9. Placek z pszenicy tureckiej.
  10. Dysydent, schizmatyk.
  11. Urzędnik policyjny.
  12. Minister sprawiedliwości.
  13. Ormianin.
  14. Ślady i tropy.
  15. Spodnie
  16. Kurdyjskie: pan.
  17. Policzek
  18. Święta krew.
  19. Starszy wioskowy.
  20. Jutrzenka, tutaj imię żeńskie.
  21. Przyjaciel, gość i wódz.
  22. Środek na wymioty.
  23. Szatan.
  24. Bastonada.
  25. Ładny towar.
  26. Persja.
  27. Kodeks prawny.
  28. Przypis własny Wikiźródeł Obóz letni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.