Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

— Słyszeliście koledzy? Bert Andenberg powrócił.
— Gdzie, kiedy, jak?
— Dziś rano; profesor Jan omal nie padł rażony apopleksją na widok ukochanego synowca.
— Albo co?
— Wyobraźcie sobie poczwarę w bluzie marynarskiej, w spodniach francuskiego żuawa, w czapce baskijskiej z kutasem i w tyrolskich, kutych trzewikach! Brakło tylko tatuowania i chińskiego warkocza! Otóż to straszydło rzuca się w objęcia szanownego profesora patologji, wrzeszcząc na całą ulicę: Mein geliebter Onkel! Biedny profesor Jan! Zbiegło się na to dziwo ze dwa tuziny różnych oberwańców i w ich miłem towarzystwie, przy wtórze śmiechów i konceptów, znikli koligaci w sieni domu. Oto wszystko, com widział.
— Musiał profesor Jan zabić tłustego cielca na powrót marnotrawnego syna, bo Sepp mi mówił, że nie był dziś na wykładzie.
Dwóch towarzyszy mówiącego wybuchnęło śmiechem.
— Świat się kończy! Franz Ruprecht wspomina święte księgi! Czy nie myślisz pójść do spowiedzi, Belzebubie?
— Na szpas dla was i owszem! Ale związany jestem słowem z Radwanem. Mamy odbyć ten akt razem.
— Pan Bóg może zatem długo na to czekać, a twoje rodzeństwo i matka wymrze z głodu, jeśli się nie weźmiesz do innej pracy, niż małpowanie Radwana. Ten przynajmniej uczy się w przerwach dysput i gry w karty.
— Ach, te dzieci! Skąd się ich takie mnóstwo bierze na świecie! U mnie tego w domu, jak mrówek!
Franz Ruprecht zrobił grymas komicznej rozpaczy.
— Tego za wiele, a starych, pracowitych dziadków za mało.
— Tak, tak! Ci się nie mnożą! — zaśmiał się Ruprecht cynicznie.
Był to wysoki blondyn, twarzy szerokiej, pokrytej rzadkim zarostem. Włosy, zdawna nietknięte nożycami, spadały na kurtę rozpiętą. Na samym czubie głowy niósł dumnie ponsową czapeczkę. Prętem bił w takt jakiejś piosenki o swe palone buty.
Mrużył oczy, snadź krótkowidz, i rozglądał się na wsze strony.
Późny zmrok letni pokrywał ulice, gaz się spierał z jasnem niebem, gromadki studenckiej młodzi mijały ich co chwila, dążąc w jedną stronę.
Rzucano sobie hasła, pozdrowienia, koncepty, uściśnienia dłoni, przezwiska. Wśród nich Ruprecht szukał kogoś, ścigając wzrokiem odznaki słuchaczy filozofji.
Gorączkowy ruch panował dnia tego wśród tej całej młodzieży bujnej i wesołej, a na ustach każdego było imię Berta Andenberga.
Dobrze być Herostratem, w braku innej sławy.
Ów Bert póty broił, dokazywał i szalał, aż ugrzązł głęboko w głowie policji, stryja, filistrów, dziewcząt i kolegów. Syt rozgłosu i chwały, uznał za stosowne osierocić Monachjum. Pewnej nocy, przed czterema laty, spokojni mieszkańcy nadziwić się nie mogli niczem nie zamąconej ciszy. Nazajutrz nie znaleziono potłuczonych szyb, powalanych jajkami kamienic, poprzemienianych szyldów; nie znaleziono też nigdzie Berta.
Profesor Jan, wbrew sercu i ochocie, ale z poczucia obowiązku, zarządził poszukiwania z bardzo miernym skutkiem i przyjął urzędowe sprawozdanie: Berta ani śladu.
Można sobie jasno wyobrazić uczucia szanownego stryja na widok zmartwychwstałego wstydu nazwiska i rozruch całej burszerji.
— Bert! Bert! Bert! — huczało w powietrzu.
— Czy cię wybrano, Egon, do turnerów na zjazd w Düsseldorfie? — spytał nagle Franz, niezdolny utrzymać przez pięć minut niestałej myśli na jednym przedmiocie. Już go znudził bohater dnia.
Pytanie stosowało się właśnie do zwiastuna powrotu awanturnika.
— Chyba byłeś pijany wczoraj „Pod królem Faraonem“ w czasie wyborów? — odparł zagadnięty szczupły Tyrolczyk.
— Nie byłem, bo... bo... — Franz się zająknął.
— Uczyłeś zapewne katechizmu młodsze rodzeństwo! — mruknął trzeci towarzysz. — Wiemy, wiemy!
— Cóż tam było „Pod Faraonem?“
— Przy wyborze dziesięciu przedstawicieli naszego koła panował spokój i zgoda jaka taka. Chodziło o prezesa. Köhler, nasz prymus, postawił Radwana i tego Polaka, malarza, intruza, Rahozę. Ja pierwszy zaprotestowałem. Protestowałem już dawniej, gdy tego artystę przyjęto „Pod Faraonem“. Co studentom do malarzy? Nie posłuchano mnie; odtąd ciągle mamy zajścia i wczoraj powstał sądny dzień. Miotali się, jak potępieńcy, natłukli szkła i stołków na sto talarów; chryja doszła do tego stopnia, że aż policję zaalarmowali. Ha, ha! daliśmy dowody niepospolitych zdolności szermierskich!
Student się śmiał i zacierał ręce, snadź amator podobnych dysput z mimiką.
— Na czemże się skończyło wreszcie?
— Na niczem. Köhler ochrypł, wzywając do porządku, i odłożył głosowanie na dzisiaj. Jutro wyjeżdżamy na zjazd.
— Rahoza bawił się i śmiał, jak szalony, a najgorszych swych przeciwników poszkicował na ścianach, — mnie, naturalnie, na czele, błazen! Radwan zaraz na wstępie usunął się do bocznej salki. Poszedł za nim Rudi, Kurt, Toni, Achethal i Mathias Talk i w czasie całej awantury najobojętniej grali w karty, jakby nie słyszeli hałasu. Wpadam, wrzeszczę, że się tam zabijają na sali. „Mała szkoda, jak ich tam kilku nie stanie“ — odpowiada mi Rudi z najzimniejszą krwią. Radwan bank trzymał i rzucił mi piorunujące spojrzenie, które mnie za drzwi wygnało. Wyobraźcie sobie, ani zapytał o swój los!
— Naturalnie, ty za nim głosujesz? — spytał Franz.
Nie miał on głowy, sensu i rozumu, ale jak każdy głupiec, w chwilach stanowczych był ostrożny i chytry.
Przejmował się myślami i zasadami innych, jak gąbka, zawsze pamiętny, by sam nie został. Większość mogła być pewną, że go będzie miała za sprzymierzeńca krzykliwego a tchórza.
— Każdy, kto się turnerem zowie i dobrze życzy naszej deputacji, stanie po jego stronie! — wygłosił Egon, jakby mówił o dogmacie wiary. — Ma nerwy stalowe, muskuły sprężyste, wiele zimnej krwi i siłę Herkulesa. Nikt go nie pokona!
— A jednak ja głosuję za malarzem! — ozwał się ostry głos trzeciego kolegi. — Prezes deputacji nie muskułów potrzebuje, ale werwy i wprawnego języka. A w tem malarza naszego nikt też nie pokona. Radwan jest nieznośny zarozumialec i gbur.
— Nic mi do jego charakteru. To wiem, że jest turner, jakich mało, i każdy, co się na tem zna, jego wybierze. Wymowa potrzebna po kirchach i pedagogicznych zjazdach, to nie broń turnerów. Malarz niech maluje, a do nas się nie wtrąca. Postawię ja jeszcze na swojem i doprowadzę, że go z naszego towarzystwa wykreślą.
— Prędzej Radwana to spotka za zuchwałe zaczepki, pychę szatańską i szulerkę. Słuchacie go, jak wyroczni, przez pamięć na rozum jego ojca, a on wami pomiata i drwi z was w żywe oczy.
— Wolę, aby ze mnie drwił rozumny, niż półgłówek. Radwan ma dużo nauki i rozsądku, i wcale gburem nie jest. Żeby mi tak kto dokuczał, jak ten twój malarz jemu, tobym łajał i bił od świtu do świtu!
Rozmowa coraz bardziej przybierała charakter kłótni. Franz tylko milczał roztropnie, ale już nie szukał wśród snującej się studenterji czapki filozofa.
Ostygł nagle w swym zapale dla Radwana.
— Hej, wy bracia turnery, salve! Dokąd dążycie tak śpiesznie, dzieci mej duszy! — ozwał się wesoły głos za nimi.
Obejrzeli się z mimowolnym uśmiechem. Troje rąk wyciągnęło się z powitaniem.
Przed nimi stał Feliks Rahoza, szykowny, ubrany bez zarzutu, ze swobodnym, swawolnym uśmiechem, co mu rozchylał ponsowe wargi, z niefrasobliwą pogodą w jasnych oczach. Wyglądał jak uosobienie dobrego humoru, szczęścia i młodzieńczej swobody.
W lewej ręce trzymał ogromny bukiet bzu i róż, prawą podał do uścisku.
— Phu! Ledwie żyję! — mówił dalej. — Zbieram bagaże, bo czas do domu pchać, a tu wizyt pożegnalnych miljon.
— Wizyt z bukietami! Ba, takie nieciężkie! — zaśmiał się Franz.
— Bodaj najcięższe, gdy ich za wiele! Patrzysz z zawiścią na te róże. Przez pamięć na twego dziada, a mego profesora, dam ci jedną dla twojej Gusty. Masz! A wy dokąd idziecie? Pod „Faraona?“
— Naturalnie; czekamy na ciebie, dziś losują.
— A to utrapienie ten zjazd! Wczoraj dałem mój głos za tobą, Egonie, i dziś zrobię to samo. Doprawdy, nie pojmuję, poco się kłócą. Radwan żeby umiał się znaleźć, powinien zrezygnować dla uniknięcia przykrych scen i kompromitacji!
— Rafał bardzo pragnie być prezesem! — wtrącił Franz.
Egon milczał; trzeci student podniósł skrzypiący głos:
— To bardzo źle, jeżeli filozof czegoś pragnie. Powinien być niedostępny uczuciom ludzkim i zwalczać w sobie naturę.
— Warto, żebyś i ty tę walkę rozpoczął, nim cię żółć zaleje — pomyślał Egon, ale zatrzymał uwagę przy sobie, jako nienależącą do żywotnej kwestji jego istnienia: turnerstwa i gimnastyki.
Feliks się roześmiał.
— Wścieknie się Rafałek, gdy go nie wybiorą! Ale to będzie słuszna kara za pomiatanie kolegami. Ma on was wszystkich za głupców i niedołęgów.
— To się jeszcze pokaże! — mruknął żółciowy student.
— Kiedy wczoraj moje imię padło, byłem wam niezmiernie wdzięczny za wyróżnienie, chociaż obcego narodowością i nauką; ale też bez żalu i urazy ustąpię, bo wielu jest godniejszych. Addio tymczasem, bo moja droga w lewo.
— Ale przyjdziesz „Pod Faraona?“
— Przyjdę, chociażby dla poznania miejskiej bajki, Berta. Do widzenia!
I chłopiec pobiegł dalej, nucąc swym pełnym głosem:

Gott schuf die Rosen zum Brechen,
Zum Küssen den schönen Mund.

— Setny chłopiec! — zawołał żółciowy student.
— Wesół, jak pliszka, niecnota! — dodał Franz.
— Tak, ale żaden turner! — zakończył uparty Egon.
Umilkli, bo wchodzili już na próg swej piwiarni, noszącej za szyld jaskrawego gnębiciela ludu izraelskiego.
Czy ten mumijny monarcha wynalazł piwo, czy je pijał chętnie, lub czy uwolnił od podatku, tego nie wiedział „ojciec Fratz“, właściciel knajpy; ale to wiedział, że pod jego patronatem działo się dobrze i że zakład jego o wszelkiej porze dnia i nocy pełen był, jak jajko. Co się tam działo w tej wielkiej, sklepionej sali w suterynach! Setki „szalonych“ burszów starszych i młodszych, gęsty opar z oddechów, jeszcze gęstszy dym z fajek poznaczony, jak mglistemi gwiazdami, płomykami gazu u ścian, piwo wszędzie: po szklankach, stołach, na asfalcie, pod nogami. W atmosferze tej wybuchy śmiechu, brzęk szkła, kłótnie, układy na wycieczki, egzaminy, konkursy, wyścigi, polowania, studja, uczone dysputy, obok skandalicznych anegdot, toasty i debaty nad polityką, artystyczne zapały wśród zwrotek hulaszczej piosenki. Twarze wybladłe i ogorzałe, brodate i bezwąse; chłopcy po lat szesnaście i mężczyźni trzydziestoletni; mozaika strojów, twarzy, charakterów, chaos dialektów i wyrażeń, w których tylko student niemiecki może dojść ładu i obracać się swobodnie. Czasem z tego chaosu i niewyraźnych konturów biesiadników mignął, jak motyl, różowy fartuch usługującej dziewczyny, łysina i biały kaftan samego „ojca Fratza“. Czasem jaki bohater dnia wznosił się na barkach kolegów do brudnego sufitu; czasem latały w powietrzu białe stołki i ławy, zwykle jednak huczało tylko, jak w kotle, i roił się, jak ludzkie mrowie, tłum wchodzący, wychodzący lub ucztujący przy uprzywilejowanych stolikach.
Dzisiaj nie było partyj; tłum się skupił, wlepił oczy w rzadkiego gościa.
Bert Andenberg, już ubrany po europejsku, siedział na stole, zarzuciwszy nogi na poręcz krzesła. Ręce po łokcie zanurzył w kieszenie, oparł plecy o ścianę i mówił coś przez zęby, spluwając co chwila. Na wstyd synowca profesora Jana musimy wyznać, że żuł flegmatycznie szczyptę tytoniu.
Mężczyzna to był w sile wieku, wyschły, żółty, ze śladami wszystkich chorób, wszystkich swawoli, włóczęgi. Oczy cyniczne i zuchwałe utkwił w światło gazu na przeciwległej ścianie, jakby z niego snuł nić swych wspomnień. Były to oczy dzikiego człowieka lub zwierza, na pozór bezmyślne i zamglone, ale które widzą, niby nie patrząc, najdrobniejszy szczegół wokoło siebie.
Na stole obok palił się poncz w wazie, pod nosem czerwonym bursza kudłatego, snadź praktyka w kwestjach spirytualnych, a studenci, stojąc, siedząc na ławach i stołach, otaczali szczelnie narratora.
— Powiadasz zatem, Hans, że znasz trzy słodkie gorycze na świecie: tytoń, piwo i miłość! — cedził Bert powoli, w chwili gdy nasza trójka spóźniona wkraczała na salę.
Zatrzymał się, jakby przypomniał sobie wrażenie wymienionych rozkoszy.
— Tytoń, ale nie te wasze opieczętowane fabrykaty! Niby wy znacie, co to prawdziwy narkotyk, wy, worki bawełny, chińskie straszydła, krokodylowe dzieci? Próbowaliście betelu, haszyszu, konopi? Paliliście opjum? Ach, opjum!
Umilkł, goniąc jakieś wspomnienie.
— Paliłeś opjum? Istotnie dobre to? Gadaj, Bert! — pytano.
— Czy paliłem? Confound! A któryż marynarz był w chińskich portach i nie palił? Spytajcie Johna Haringa z „Pretty Rat“. On dobrze pamięta dżonkę Yang-Tsana w porcie pekińskim.
Kudłaty bursz podsunął opowiadającemu szklankę ponczu. Wiedział oddawna, że to było „Sezamem“ Bertowego języka.
Synowiec profesora patologji z widocznym żalem wypluł prymkę, wypił duszkiem gorący napój, wyprostował się, zaklął w dziwnym żargonie i zaśpiewał z całej piersi zapewne chińską melodję z gmatwaniną słów, pozbieranych w portach całego świata.
Już nie krew, lecz poncz płynął mu w żyłach.
— Ach, opjum! — zaczął. — To mi specjał dopiero! Dają ci ot taką szczyptę białego proszku w fajce. Pokoik mały sklecony na dżonce, pełnej kwiatów i Chińczyków, jaskinia zbójców z pozoru. Pociągasz kilka kłębów białego dymu: cze! Pokoik znika i do raju wchodzisz. Jakby cię kto w Lecie wykąpał. Ni zmęczenia, ni choroby, ni trosk, ni zawodów; ogarnia cię szał rozkoszy, śmiechu, śpiewu. Co wam gadać, filistry! Ot co! Kto opjum nie palił, ten nie widział ponętnych kobiet, ten nie zaznał sławy, ni rozkoszy, ni całego upojenia. Coś w bajkach słyszał, widzisz prawdziwie; czegoś w życiu zapragnął, masz; coś utracił, odzyskujesz! Ot, co jest opjum!
Oczy Berta zamgliły się znowu, wlepił je w gaz i zamilkł.
— A tobie co się marzyło? — miał odwagę zapytać Franz, opierając brodę na pięści, i wychylając z grona kolegów swą głupią, rozpromienioną fizjognomję.
— Marzyło mi się, że będę miał ciebie za powiernika, ty pusta ostrygo, flondro rzeczna, lądowy polipie! — była burkliwa odpowiedź.
— Czemu nie wychowanka profesora Jana i jego kapitały? — zrobił uwagę żółciowy student.
Oczy Andenberga spoczęły na burszu, wyzywające, bezczelne, szydercze. Sięgnął po poncz i pił go długo, powoli, piekąc żarem wargi i gardło.
Czerwona siatka żył zaszła na białka, na czoło wystąpiła purpura krwi i gorąca.
— Ha, ha, ha! — zaśmiał się krótko. — Wychowanka stryja i pieniądze, mnie, Bertowi? A o czemże wybyście marzyli, gdybym wam to zabrał? Albatros nie rozgrzebuje śmietników i nie śpi na grzędzie. Na to są kury, indyki i wrony! Podłe plemię niewolników! Nie dla was życie wolne, nie dla was opjum i taki sen! Nie, nie i trzy razy nie, jak szanuję mandaryna Czen-Fu-Tse-Kin, co mi kazał dać bambusami!
Przy ostatnich słowach oczy zagasły, głos awanturnika, drgający wstrętem i zapałem, zamarł i przeszedł w zwykły chłodny cynizm.
Studenci milczeli chwilę, nie wiedząc, czy się mają śmiać, czy obrazić, ale już Franz jakimś cudem wśliznął się do mówiącego i tkał mu cygaro, piwo, poncz.
— Jakto bambusami? I dostałeś?
Ten tylko szczegół zapamiętał z całej tyrady.
Bert obrzucił go od stóp do głowy pogardliwem spojrzeniem, jakiem człowiek rozumny patrzy na idjotę.
— Czy dostałem? Ja, Bert Andenberg, dostaję tylko to, co chcę dostać. Chodziło mi o córkę szanownego papy z trzema guzikami na czapce i z dwoma wachlarzami u pasa. Bambusy darowałem mu na pamiątkę.
Ton poważny tej odpowiedzi był tak komiczny, że cała knajpa wybuchnęła homerycznym śmiechem. Zawrzało, jak w garnku.
— Kiedyś zaczął, to skończ! Czy Chinka ładna? Jakeś się z nią rozmówił?
Franz, żeby nie stracić ani słowa, wlazł na stół, nie zważając, że płomień gazu smalił mu tak starannie zachowaną czuprynę.
Andenberg patrzał na to z pod brwi. Uśmiech sarkazmu skrzywił mu usta.
— Czeng-Te-Fu, Tong Ta Lang, Diz-Ya-Mi-Flaming! — wyrecytował poważnie. — Tak mówił wielki Yo! Co znaczy, żebyś wiedział, szympansie bawarski: „Nie bądź ciekawy sprawy z kobietą bliźniego twego a dostaniesz placek w niebie.“ Nie będziesz go jadł, jurysto, jak szanuję wielkiego Lamę, i pójdziesz do piekła, pingwinie, gdzie będziesz szynkował djabłom tabakę, stara plotko! To ci zaręczam! Któż to roztropny potrzebuje lingwistyki w świecie? Jak w restauracji pokażesz język, to ci kelner migiem poda wołowy ozór, a pokaż Włochowi figę, to cię zasztyletuje bez dalszego tłumaczenia. Przecie kobiety roztropne w każdym kraju, gdy chodzi o ich wdzięki.
— A mandaryn, mandaryn? Co ten robił — piszczał Franz, bynajmniej niezrażony piekielnym hałasem.
— Mandaryn wrzeszczał: „O mi to Fo! O mi to Fo!“, patrząc na pogoń za mną. Przy ostatnim murze jakieś lekkonogie chińskie zwierzę chwyciło mnie za warkocz, bom był ubrany, jak prawowierny syn Niebieskiego państwa. Warkocz został mu w ręku, ja już byłem na swobodzie! Vale, piękna Yao-fe-mi! Poleciałem na „Pretty Rat!“
— Yao-fe-mi! Piękne imię! Jakżeś się dopytał, kiedyście milczeli?
— To już moje osobiste przypuszczenie! Wielki Yo nazywa tak pewnie cały ród kobiecy, bo to znaczy po chińsku: grzeszne ale smaczne! I racja jakem Bert włóczęga!
W gronie tem zdanie ostatnie zyskało ogólny poklask. Skierowane na ten tor, myśli i języki studenckie rozpoczęły formalną szermierkę. Rzucano koncepty, anegdoty, uwagi, parafrazowano temat na wszystkie sposoby. Oczy Berta strzelały gdzieś w dal ponad głowy wesołej, rozhulanej rzeszy. Zmarszczył brwi, szukał czegoś w swej pijanej głowie i nieporządnych wspomnieniach, potem uśmiechnął się zadowolony.
Z czego? Trudno było odgadnąć. Nikt zresztą w tej chwili nie śledził go, bo nawet Franz, wbrew zwyczajowi, siedział zamyślony i milczał.
— Bert, ja pójdę z tobą! — wyrwał się nagle, z impetem.
— Co? — spytał awanturnik.
— Zabierz mię z sobą na wędrówkę.
— Ha, ha, ha! Któryż to bujny projekt karjery? — zawołał któryś z kolegów.
— Kiedym go poznał, był w terminie u zegarmistrza, potem miał pokolei gust do aptekarstwa, tajnej policji, wojska; chciał zostać pastorem, hecarzem, śpiewakiem, teraz wertuje kodeks Justynjański i Spinozę. Podobno nawet jakiś czas namiętnie lubił garbarstwo!
— Bo mu własną skórę za mało garbowano! — zadecydował bardzo trzeźwo pijany Bert.
— Ale mnie weźmiesz z sobą? — prosił Franz, niezbity z tropu, błagalnie, żałośnie jak pięcioletnie dziecko.
— Wezmę dla przypomnienia garbarstwa, pędraku, i w dodatku dam dobrą radę. Dla zabicia manji włóczęgi roznoś pocztę po mieście lub chodź z katarynką. Ha, ha! zabrać ciebie, może z matką i stadem dzieciarni? Z was stu niema dwóch zdolnych na wagabunda, wy, ziemne krety, morskie cielęta, lądowe robactwo!
— Dlaczego? — spytał obrażony głos.
— Dlaczego, pawjanie? — Szare źrenice zamigotały zielono, pięść spadła na stół, jakby go roztrzaskać miała. — Dlatego, że każdy z was tęsknić potrafi i ma do czego wrócić. Jednegobym tylko wziął.
— Którego?
— Ot, tego tam.
Wszystkie oczy poszły ciekawie za ręką Andenberga; chwila milczenia, podziwu i nagle jednogłośny szalony wybuch śmiechu rozległ się ze wszystkich piersi, aż zadrżały szyby i drzemiący „ojciec Fratz“ porwał się na nogi, przerażony o swe ściany i zdrowe zmysły kundmanów.
Ten, co wywołał wesołość, siedział samotny w kącie sali, zdala, przy pustym stole. Biała czapeczka pokrywała kędzierzawe włosy, wysoka postać pochylona była nad stołem. Wsparł na nim oba łokcie, pięściami podparł skronie, z pod gęstych brwi wzrok strzelał bystro w twarz mówiącego.
Nie wiedziano, kiedy przyszedł, nie wmieszał się do ogólnego grona, nie odezwał się wcale, nie uśmiechnął się ani razu, tylko patrzał zasłuchany, poważny.
Twarz jego, o regularnych, wyrazistych rysach, uderzająco piękna, zachowała spokój nubijskiego sfinksa. Zagasłe oddawna cygaro gryzł w zębach bezmyślnie. Zdawało się, że nie widział knajpy, Berta, że nie słuchał opowieści o ideale awanturnika, że to tylko jego ciało odpoczywało na tej ławie, w zmęczonej, czy niedbałej pozie, a duch snuł jakieś mgliste, abstrakcyjne obrazy.
Drgnął na sto par oczu, utkwionych w sobie. Spuścił źrenice, które na sekundę zamigotały fosforem; obraźliwa wesołość kolegów wstrząsnęła nim całym, nie wybuchnął. Wyciągnął rękę po obok leżący dziennik i milczał.
— Czego się śmiejecie, małpy, rekinowe wyrodki, ławico ostryg? — potężny głos Berta opanował huragan śmiechu. — Myślicie, że go nie znam i rzucam słowa na wiatr, jak Tybetańczyk! Radwan, chodźże tu mały i daj łapę! Aleś wyrósł, ledwiem cię poznał! A pamiętasz nasze wakacyjne wycieczki, pędraku? Wróciłeś na stare śmiecie!
Ładna, żartobliwie uśmiechnięta twarz Feliksa wynurzyła się przed Bertem.
— Szacunku więcej i czci, panie Andenberg, dla sławy! — zawołał. — Na kolana przed mistrzem! To ani pański, ani tych panów kolega; to piramida, a my piasek pustyni!
Śmiechy zawrzały znowu, przeplatane niechętnem warczeniem, ale Bert nie słuchał. Lekceważąco spojrzał na mówiącego; można zaręczyć, że go obdarzył w myśli eleganckiem przekleństwem, i z jedną ręką do uścisku wyciągniętą, w drugiej podnosząc szklankę zapalonego ponczu, czekał.
Rafał podniósł się z miejsca i szedł niewzruszony, spokojny, przez tłum rozstępujących się kolegów.
Żylasta, zimna dłoń Andenberga spoczęła w dłoni filozofa.
Rafał wziął drugi kielich płonący; trącili się.
— Biorę cię za słowo! — mruknął Radwan.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Powiedziałem! — rzekł stanowczo Bert.
Obadwa zgasili sinawy płomyk i wypili duszkiem rozpalony płyn.
Andenberg cisnął kieliszek o asfalt.
— Co nie ze stali, tak mu! — Zwrócił się do Rafała. — Masz swe przytulisko w tem przeklętem mieście?
— Na Salzgasse dawne mieszkanie ojca. Znasz?
— Znam. A wolnyś?
— Jak ptak.
— To chodźmy. Prześpię się i pogadamy. Basta! — zawołał, zeskakując ze stołu. — Bywajcie zdrowi! Jazda, Radwan!
— A to gdzie? — zawołał Feliks. — Do Egiptu z piramidą? Ostrożnie, pochłonie was Czerwone morze w postaci profesora Jana!
— Rafał musi zostać! Potrzebny do wyborów! — wrzasnął Egon z głębi.
Wypadł, jak bomba, przeszedł niewiadomo jak, chyba po głowach kolegów i już trzymał ideał turnerów za rękaw surduta.
Szturmem tylko i walką można się było od niego odczepić. Ale Rafał o boju nie myślał. Stał chwilę wahający, oczy spuścił, nerwy na twarzy bladej kurczyły się i wyprężały wewnętrzną walką. Nareszcie podniósł głowę. Nieustraszonem, zuchwałem spojrzeniem objął wszystkie twarze, zaciął zęby i gwałtownie, szybko, wrócił na swe miejsce.
Meinetwegen! — burknął krótko.
— Ja ciebie odprowadzę, Bert! — ofiarował się Franz, rad, że uniknie stanowczej chwili i głosowania.
Andenberg popatrzał, ruszył wzgardliwie ramionami, splunął w stronę Feliksa i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Za nim wysunął się Franz tchórzliwy.
W knajpie zapanowała cisza, wszyscy spiesznie zajmowali swe miejsca, szeptano po kątach.
Aż wreszcie u prezydjalnego miejsca podniósł się mężczyzna rosły, kwadratowej postaci, arszynowych piersi i pleców. Był to prymus, Köhler.
Zadzwonił, uciszyło się zupełnie.
Podniósł głos, co jak z otchłani wychodził, i mówił krótko, urywczo, po żołniersku, o turnerskim zjeździe całych Niemiec w Düsseldorfie, o jego celu i zwyczajach, o obowiązku każdego związku odznaczenia się chwałą na popisie tym, dalej wzmiankował, że, z powodu zwichniętej nogi, nie mogąc sam uczestniczyć, nadzieje swe składa w dziesięciu członkach monachijskiej korporacji, iż wrócą laurami uwieńczeni.
Potem powoli wyliczył tych wyborowych szermierzy dziewięciu i przystanął.
Milczano. Wybór zadawalniał wszystkich, przeszedł bez żadnej opozycji.
— A dziesiąty? — zawołał tylko ktoś z głębi.
Köhler miał oczka o tyle małe, o ile sam był wielki; zdobył się jednak na wyraźnie gniewne spojrzenie w stronę niecierpliwego studenta.
Oznajmił flegmatycznie, że odrzucony z dwóch kandydatów na prezesa, zostanie zwykłym członkiem.
Potem rzucił donośnie na łup studenckich języków dwa nazwiska i siadł zmęczony. Przemowy były słabą stroną olbrzymiego Köhlera.
O cudo! Król faraon omal nie zstąpił z szyldu, wskrzeszony podziwem! Języki burszowskie nie rozszarpały nazwisk; cichy szmer, szepty z sąsiadami — zresztą nic. Bójka wczorajsza i pozorna obojętność Rafała ostudziła zapalone pałki. Nie sam tylko żółciowy student brał stronę Feliksa; widocznie, że przez minioną dobę myśl podobna trafiła do niejednej głowy, wczoraj jeszcze oburzonej kandydaturą intruza.
Spojrzano na Rafała, oparty o ścianę, z kamienną martwotą na twarzy, słuchał bez znaku najmniejszej uwagi jakiejś żarliwej polemiki Egona, zapatrzony wpół przymkniętemi oczyma na pajęczyny sufitu. Studenci nie psychologowie; zdawało się im, że drzemie.
Odwrócono się od niego w stronę Feliksa. Opowiadał coś żywo, gestykulując i strojąc miny komiczne. Bił od niego zapał i gorączkowe zajęcie.
— Daję głos za Radwanem! — przerwał obserwacje bas Köhlera. — Pokolei, proszę o zdanie.
Dobył księgę i pióro i czekał.
Wszystkie głosy całego świata nie dadzą mu werwy i wymowy okolicznościowej! — zaśmiał się Feliks. — Radwan, powiedzno, jak przemówisz na polu popisu? Wypadnie ci biblję zacytować. Pamiętasz ową walkę Jakóba z aniołem? To byli pierwsi turnerowie, ten patrjarcha i twój patron. Będziesz musiał to wyznać!
— Czy dajesz głos za sobą? — zagadnął spokojnie Köhler.
— Daję za Egonem Falkenhorstem! Radwan może być bardzo szanowny filozof, nie znam się na tem, ale na turnera jest za ciężki i za zimny. Przytem jest aż śmieszny z swoją pewnością i dumą.
— Tu nie roztrząsamy charakterów, ale głosujemy! Dalej pokolei. Rahoza, czy Radwan?
— Radwan! — ktoś rzucił nieśmiało.
Dalej po kątach rosły szmery niechętnie.
— Radwan! — zwrócił się Feliks do swej cierpliwej ofiary. — Pamiętaj biblję; niewyczerpana studnia paraboli turnerskich. Samson, Gedeon i tym podobni! Odśwież ją sobie w pamięci, bo urządzisz sam nielada farsę, jak przez pomyłkę wyrecytujesz tam na bankiecie ustęp z twego dzieła: „O istocie nieistniejącego.“
Ukłócia szpilek, zda się, nie tykały Rafała; najmniejszym ruchem nie zdradził się, że uważa.
— Wyzwij go na rapiery! — syknął oburzony Egon.
— Za mało! — odparł głucho. — I jeszcze nie pora!
— Być pod takim prezesem, co narzeka, że mu sznury trapezu psują ręce. Tfu!
— Do rzeczy i porządku! — zaburczał Köhler. — Maks, twój głos. Wyraźnie.
— Rahoza! — odparł żółciowy student.
— Dalej!
Chwilę wśród ciszy, przerywanej skrobaniem pióra pod ciężką ręką prymusa, padały krótko nazwiska, aż ostatni powiedział swe zdanie i usiadł.
Köhler zsumował.
— O trzy głosy Rahoza górą! — wymówił donośnie i wstał.
Na tępej, zimnej jego twarzy, znać było ostateczne znurzenie i przykrość. Sięgnął po godła prezesa, spoczywające przed nim na stole i włożył je na wybranego.
Fest, froh, frei! — zahuczało ze stu gardzieli, zrazu ciszej, potem coraz potężniej.
U bufetu wyjęto czop z beczki. Złotawy trunek trysnął strumieniem, pieniąc i rozbiegając się po kuflach.
Fest, froh, frei! — wrzeszczano nieludzko, i Rahoza, porwany na barki, wzniósł się nad rozhukany tłum.
Zanosiło się na hulankę całonocną.
Rafał wstał, zapłacił, zapalił cygaro i ruszył ku drzwiom. Ale Feliks już go spostrzegł wśród zamętu i zawołał imponująco:
— Hej, filozofie! W natchnieniu nad dziełem nie zapomnij, że wyjeżdżamy jutro. Żebyś się wczas stawił na dworcu.
— Uhm, będę! — odparł i po raz pierwszy tego wieczora uśmiechnął się.
Żeby Feliks ten śmiech dostrzegł i zrozumiał, straciłby wiele na humorze.
Ale on tryumf nad współzawodnikiem obchodził i szalał niefrasobliwy!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.