Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Pewnego dnia stary Rahoza, wracając z objazdu folwarków, spotkał na trakcie Rafała. Dzień był upalny. Odzież i obuwie młodego człowieka pokrywał kurz, a na skroni pot się szklił grubemi kroplami. Rahoza, zatrzymawszy konia, pozdrowił Rafała tak uprzejmie, że aż furman, zdziwiony niebywałym tonem pana, ciekawie się przyjrzał obcemu.
Rafał zlekka uchylił czapki.
— Napróżno czekałem, że pan mnie odwiedzi... — zaczął stary z wymówką, wyciągając do niego rękę. — Gdzież to pan wędruje w taki upał i pieszo?
— Byłem w powiatowem mieście z powodu pasportu, który mi z Monachjum przysłano.
— Pan nie tutejszy poddany?
— Bawarski.
— I godziłoż się to pędzić pięć mil opętanych w ten skwar? Wszystkie moje konie są na pana usługi.
— Dziękuję. Nie lubię jeździć.
— Niechże pan zrobi dzisiaj wyjątek i siądzie ze mną na bryczkę. Zazdroszczę memu leśniczemu, że pana gościem posiada.
— Nieosobliwy ze mnie towarzysz...
— Proszę pana. Biorę w jasyr i nie uwolnię tak prędko.
Rafał wsiadł w milczeniu. Rahoza z widocznem upodobaniem mu się przyglądał.
— To szczególne, jak mi pan swoją matkę przypomina! — powtarzał, głową trzęsąc.
— Dobrze ją pan zapamiętał! — zauważył Radwan sarkastycznie.
— Wrażenia młodości pozostają uparcie w duszy. Nic bo, oprócz lat młodych nie warte pamięci. Orle to czasy! A życie nas potem w woły zamienia...
Zamyślił się i nagle spytał:
— Pan daruje niedyskrecję: czy zostawił też ojciec pański jaki fundusz?
— Aż nadto dla mnie. Potrzebuję bardzo mało.
— Czemu pan nie mój syn! — westchnął stary. — Feliks dobry chłopak, ale kiedy też z tego dziecka człowiek wyrośnie! Zwątpiłem, czy moje oczy to zobaczą!
— Pocóż mu być człowiekiem? Straciłby złudzenie, że jest najdowcipniejszym młodzieńcem na ziemi i wiele innych w tym rodzaju wyobrażeń.
— Nie sympatyzujecie ze sobą, niestety! A takbym chciał was widzieć przyjaciółmi! — rzekł poważnie Rahoza.
Rafał uśmiechnął się przykro.
— I z nauk jego mała pociecha... Był już w trzech gimnazjach, a zmienił już dwa fakultety. Figle i amory zawsze. At, gdzie to młodzież dawniejsza, panie... My, panie, kiedyśmy kochali, to grandioso!... posiwieliśmy, a pamiętamy. A teraz! Już i lik straciłem miłosnych sprawek mego syna i myślę, że i on, panie, dobrze, jeżeli dwie ostatnie pamięta. A wszystko to, panie, przez brak emulacji. A to znowu, przez pomieszanie klas i stanów. Do złego idzie świat!
— Tem lepiej; może prędzej zginie! — mruknął Rafał.
— Tak też będzie. Uważa pan, co się robi! Kiedyś liczono młodość do lat czterdziestu, potem do trzydziestu, do dwudziestu, teraz w lat dziesięć trzeba dzieci traktować już jak obywateli, bo więcej od nas przeżyli niby, no i przyjdzie czas, że rodzić się będą ludzie siwi i z patentem doktorskim w kieszeni, czy też w zębach!
— To też świat reform żąda, woła, wymaga gwałtem. Tylko, że ich mieć nigdy nie będzie, bo nie człowiek stanowi na ziemi prawa etyczne, ale tłuszcza ślepa, kierowana przez teorje zbutwiałe, zachowane, jak mumje, wbrew i pomimo postępu wiedzy i wolnego rozumu. Ognie stare wpierw zgasić zupełnie trzeba, by nowe zapalić...
Rahoza brwi swe krzaczaste zmarszczył w głębokim namyśle i rozbierał powoli rzucony program. Człowiek to był, co kwestje świata traktował ze stanowiska skłopotanego wybrykami synowskiemi ojca i bogatego właściciela, nawykłego za młodu do biernego posłuszeństwa, nieograniczonej władzy pana i nimbu nad głową. Malkontentem był, bo syn nie dbał o niego; podwładni o tyle słuchali, o ile im się to podobało; nimb istniał, o ile pełną była szkatuła; dwór zniwelował się z chatą i dworkiem zaściankowca, a sam pan był de facto sługą całego świata i takim samym pionem małoznaczącym W życiu ludzkości, jak ostatni z jego fornali.
— Hm, hm! — zamruczał markotnie. — Czy pan, broń Boże, nie nihilista, albo socjalista? To bo paskudna kategorja!
— Dopóki ludzkość będzie miała choćby dwie różne nazwy, nie postąpi kroku. Wtenczas dojrzeje do reform, gdy na zapytanie: „ktoś ty?“ każdy, jak jeden mąż, odpowie: „człowiek“. Zresztą, sprawa ta osobiście mało mnie obchodzi. Doszedłem już do tego końca i teraz pytam: Co to jest człowiek?
— Hm... I w tem się z panem nie zgadzam. Mnie już katechizm nauczył, co to jest człowiek; ale żaden rozum nie wytłumaczy waszych teraźniejszych teoryj. Jak mnie spytają: Kto ja taki? — powiem naprzód: katolik, potem szlachcic, a nareszcie Rahoza. Czemu mam to wszystko zamilczeć? To są dobre świadectwa, porządna rekomendacja! Niech się nazywa prosto człowiekiem, kto w Boga nie wierzy, z Turkami nie wojował i nie wie, kto go rodzi.
— To też ja w Boga nie wierzę, o Turkach nic nie wiem, a kto mnie zrodził, to mi obojętne.
— Tam do djaska! I to pan syn panny Rafaeli! Boże wielki! Słyszaneż rzeczy! Oto ją Bóg pokarał, że wzgardziła złotem dla szychu! Ładnie pana ojciec-niedowiarek nauczył! Bodaj go ziemia była pożarła!
— Niech pan raczy mego ojca nie zaczepiać... Nie wam go rozumieć i sądzić! — podnosząc głos, rzekł Rafał.
— Już go Pan Bóg osądził i pewnie za zmarnowaną żonę i skrzywdzoną duszę dziecka w piekle na dnie siedzi. Kolegowaliśmy kiedyś i nieraz go pobiłem, pamiętam! Ha! zemścił się on potem... Oby pan się nigdy tak nikczemnie nie mścił, bo to mu nie tryumf był, lecz hańba, a mnie, ot... koniec młodości i wielu ideałów... Nie dało mu to pewnie szczęścia, co mnie odebrał!
— Stój! — rzekł Rafał, dotykając ramienia furmana.
Wysiadł i bardzo blady, błyskając oczyma, rzekł głucho z bezgraniczną zawziętością:
— Nazwał siebie pan złotem, a mego ojca szychem! Kochał się pan w mojej matce, a ona wolała mędrca niż półgłówka... Za to go pan nazwał teraz wobec mnie nikczemnym i shańbionym. To dosyć! Już ja dobrze zapamiętam, i jak się zemszczę — to też dobrze. Bić się z panem nie mogę, ale obelgi ojca nie daruję!
Przesadził przez rów przydrożny, w zarośla olchowe wpadł i zginął z oczu, zanim oszołomiony Rahoza miał czas oprzytomnieć. Wreszcie przeżegnał się, jakby upiora zobaczył, i kazał jechać. Po chwili namysłu ręką machnął i lekceważąco się uśmiechnął. Nie przeczuwał nawet, jakiego demona poruszył i rozdrażnił.
Tegoż wieczora, w oberży miasteczkowej, utrzymywanej przez Czeszkę, wdowę po muzykancie, Rafał siedział nad kuflem piwa i spokojny, jak zwykle, grał w karty z Ruprechtem. Bardzo schludna i czysta oberża ta była klubem, gdzie się schodzili urzędnicy i starsi oficjaliści. Zawsze pełna wrzawy i rubasznych śmiechów, przypominała Rafałowi knajpy studenckie, gdzie się niczem nie krępowano i, zaciągnięty tam przez pedagoga, stał się po dniach kilku codziennym gościem.
Ruprecht wypijał morze piwa, kopcił knaster i dysputował w ukochanej rodzinnej mowie; na zakończenie przychodziły karty, ten i ów się przyłączył do kompanji, wrzawa rosła, dym gęstniał, i zwykle późno po północy Rafał, odurzony, wracał do straży. W ten sposób spędził parę tygodni wiejskich wakacyj.
Tego dnia u Schowankowej (tak się wabiła Czeszka) ciszej było, niż zwykle. Doktór, stary kawaler, najkrzykliwszy z gości, oddalił się, wezwany do chorego, oficjaliści mieli jakąś sesję u pana, urzędników nawet zatrzymał na powietrzu śliczny wieczór lipcowy; w dużej sali Czeszka gderała narzeczem nadwełtawskiem na wyrostka, syna, a córka jej, hoża dziewoja, usługująca gościom, szyła coś u okna, spoglądając bardzo często i bardzo tkliwie na Rafała.
Ruprecht z miną konfidencjonalną, pochylił się nieco przez stół do towarzysza.
— Była wczoraj okropna burza w pałacu — zaczął prawić. — Pan Feliks oświadczył ojcu, że do uniwersytetu wracać nie myśli, ale z Sarneckimi pojedzie do Monachjum i będzie się na malarza kształcić. Myślałem, że starego schlag ubije! Kłócili się z godzinę, aż się baronowa wdała i załagodziła kwestję perspektywą małżeństwa z Sarnecką. To Rahozie jakby kto gojący plaster na ranę kładł, bo oddawna ostrzy zęby na graniczący Sarnów. Pogodzili się na takich warunkach łatwo, ale nie koniec na tem. Był list od hrabiego, konkurenta do ręki panny Kazimiery, pytający o ostateczną odpowiedź. Wsiedli wszyscy na nią: namawiali, prosili, potem wymawiali i krzyczeli ze złością. Sądny dzień nastał, bo baronowa marzy o tem połączeniu, a ona na punkcie małżeństw nie znosi oporu. Herr Je, co się tam działo!
— Za panną nikt się nie ujął? — mruknął Rafał.
— Nikt. Ona sama! Ho, ho, ma ona charakter, choć wydaje się taką słodziutką. Chimeryczne i niesympatyczne tutejsze panny. Cały naród zresztą ma dziwnie niespokojny temperament. Nieprawda, panie?
— Więc ten błazen napewno jedzie do Monachjum? — spytał młody człowiek zamiast odpowiedzi.
— Napewno jesienią. Sarneccy tam zawsze spędzają zimę. Ach, ja tu siedzieć muszę! O Je, o Je!
— Truda, piwa! — krzyknął Rafał.
Dziewczyna skoczyła żywo. Szumiące kufle wniosła i, uśmiechnięta, zarumieniona, postawiła je na stole, ocierając się zalotnie, jak kotka, o ramię studenta.
— Rachunek! — rzucił krótko, znosząc obojętnie zaczepkę i ciskając karty na stół.
— Nie będziemy już grać? — spytał z żalem Ruprecht.
— Nie; płacę i wychodzę. Meine Zeit ist aus!
Wstał i przeciągnął się. Z oczu bił mu rzadki blask, a usta się uśmiechały.
Wychylił duszkiem kufel, czapkę włożył na prawe ucho i wyprostował się w całej okazałości swej smukłej postaci. Potem garść srebra rzucił na stół i Ruprechtowi głową skinął.
— Wam czas do budy pałacowej, a mnie w drogę. No, na rozstanie, jeszcze jeden kufel, Truda. Nie myślałem, że tak długo zabawię!
O Je! Jakto? Pan odjeżdża! — wytrzeszczając oczy, zawołał Niemiec.
Rafał usta otarł, ręce w kieszenie wnurzył i, idąc ku drzwiom, zanucił burszowską piosenkę:

Dziewczyno, ot nowina
W świat idę! To mi raj!
Ostatni raz daj wina,
Ostatni całus daj!

Truda, jakby pociągnięta magnetyczną siłą, poskoczyła za nim i na progu stanęła, tłumiąc łkania.
Niefrasobliwa, swawolna, cyniczna, brzmiała druga strofa:

Weź kredę, moje długi
Tu zapisz, na tych drzwiach!
Zabawię rok i drugi,
Ty jednak nie toń w łzach.

Noc była przezroczysta, głos się szeroko rozchodził i sylwetka młodzieńca długo była widoczną.
Ruprecht wybiegł z oberży i wołać począł, by na niego poczekał, ale Rafał nawet się nie obejrzał.
Jak ptak, gdy się zrywa do lotu, szedł coraz prędzej i, jakby na drwiące pożegnanie, rzucił im z oddali już ostatnią strofkę niemieckiej piosenki:

A jeśli gdzie daleko,
Sądzono zginąć mi,
Fartuszkiem swoim lekko
Rachunek zetrzej z drzwi!

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Adam, nie doczekawszy się powrotu swego gościa, zasnął twardo i śnił anioły i Kazię, gdy go brutalnie szarpnięto za ramię. Otworzył oczy i, jak ruszony sprężyną, usiadł na posłaniu.
Przed nim, oświecony drżącem światłem jednej świecy, stał Rafał, bez munduru już, ale w najgorszem odzieniu i długich butach. Przez plecy, jak żołnierz, niósł zwinięty płaszcz i rodzaj tornistra, a w ręce trzymał kij.
Oszołomiony Adam milczał i patrzał, myśląc, że śni dalej, a Radwan rzekł spokojnie:
— Obudziłem cię, żebyś okno za mną zamknął, bo cię komary zjedzą.
— A ty dokąd idziesz? Zostań i kładź się spać! Sarnecki znowu ciebie szukał napróżno dzisiaj cały dzień.
— Powiedz mu, że się zobaczymy jesienią w Monachjum.
Zawahał się sekundę i dodał:
— A ty, Adamie, bywaj zdrów. Ucieszę się, jeśli posłyszę, że ci dobrze, ale chyba, że nigdy tak się nie stanie.
Wzrok i ton złagodniał na sekundę, gdy to mówił; odwrócił się i usiadł konno na niskiem oknie, zabierając się w ten sposób do wydostania na podwórze.
— Rafale, dokąd ty idziesz? Co to znaczy? — zawołał Adam.
— To znaczy, żem tu przyjechał na twoje prośby. Obiecałeś, że nie zobaczę Feliksa, a spotykać go i znosić musiałem codziennie! Zostałem, bom poprzysiągł się zemścić nad nim. Dzisiaj stary mnie śmiertelnie obraził i dowiedziałem się, że Feliks do Monachjum jedzie! Va bene! Tam, na mojem terytorjum, rozegramy naszą partję. Już pozostawać tu dłużej nie potrzebuję. Spotkamy się, a mnie czeka daleka droga. Idę już tedy, bo czasu mało mam do jesiennych wykładów. Bywaj więc zdrów!
— Czyś oszalał tak odchodzić i dokąd, i poco?
— Dokąd? Do Indyj, a poco? Ot tak, użyć przestrzeni i zaspokoić ciekawość. Osobliwy tam świat zobaczę i w jakim klasztorze buddystów naukę ich przewertuję. Mniej to mi zajmie czasu, niż czytanie elukubracyj, które Europejczycy o nich wypisują. Wasz Chrystus stamtąd naukę swoją wziął i miljony w nią wierzą, choć zapewne skoszlawiona i żydowskiemi fantazjami popsuta. Część prawdy jest w każdej bredni, zobaczę, czy warta zastanowienia i badania. Za pół roku wrócę do Monachjum rachunek z Rahozami uregulować! Tymczasem bywaj zdrów.
Zsunął się z okna na ziemię i zniknął.
Adam zerwał się na nogi, w sekundę się ubrał i pobiegł za nim. Zdyszany, dopędził wędrowca już w połowie drogi do miasteczka.
— Czegoś tu? — mruknął niecierpliwie Rafał. — Zatrzymać mnie chcesz? Próżna fatyga, nigdy z drogi nie wracam, więc lepiej nie zaczynaj, bo się rozgniewam!
— Wiem, że prosić nie warto ciebie, więc chociaż przeprowadzę cię trochę!
Radwan nic nie odparł; szerokiemi krokami minął miasteczko uśpione i głuche, wyszedł między pola.
— Rafale, masz się mścić nad Rahozami — rzekł nieśmiało Adam — powiedz mi zaco?
— Bo mi się tak podoba.
— To odpowiedź niezgodna z twoją szlachetnością, a zemsta sama niezgodna z twemi zasadami. Nie czyń tego!
— Mnie się zdaje, że ośmielasz się mi radzić i uczyć!
— Nie, tylko cię proszę. Zostaw ich w spokoju i daruj, jeśli się czujesz obrażonym.
— Darować, ja! Ha, ha, ha! Marzysz chyba!
— To jej rodzina! — szepnął jeszcze ciszej Adam.
— Jak ich nie będzie, weźmiesz ją sobie. Wyrównam ci drogę.
— Przez jej cierpienie osiągnąć szczęście! Nie! Wolę sam zginąć.
— To też zginiesz, to cię nie minie. Gdybyś rozum miał, poszedłbyś ze mną na kraj świata i wysłał swe marzenia do nurtów Lethe; ale ty zostaniesz, boś nie człowiek, ale atom z tłumu. Nie idź już dalej, bo i poco? Nie mamy o czem mówić więcej!
Stali właśnie na rozdrożu, gdzie wśród dwóch brzóz płaczących stał krzyż stary.
— Pieszo idziesz. A kolej? — zagadnął, ociągając się Adam.
— Jak mi dokuczy iść, znajdę drogę do stacji. No, wracaj, bo mi tylko czas mitrężysz!
— Czy się spotkamy kiedy? — rzekł Lachnicki smutno.
— Nie, zapewne, bo moje miejsce tam, gdzie gromy biją i burze światy pustoszą, a twoje tam, gdzie starzy gderzą, baby spazmują i bachory wrzeszczą! Życzę ci powodzenia!
Zawrócił się i odszedł prędko. Po chwili przecie się obejrzał. Adam stał i patrzał na niego.
— Chodź ze mną! — rzucił kusiciel.
Chłopak głową potrząsnął.
Wędrowiec zaśmiał się pogardliwie i ruszył dalej.
Po chwili, w kierunku oczu Lachnickiego, został tylko szlak ciemny i pusty zupełnie. Człowiek, którego kochał pomimo wszystko, z mrokiem się stopił i w noc się pogrążył. Nie pozostało po nim ani śladu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.