Kwiat lotosu (Rodziewiczówna, 1928)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kwiat lotosu
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1928
Druk P. Mitręga
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.

Czerwone, mgliste słońce wzeszło nad Rahoźną.
Ranek nie dał kropli rosy, powietrze było ciężkie i duszące, a zbierające się oddawna nad lasami chmury groziły długo spodziewaną, straszną, lipcową burzą.
Od przyjazdu Feliksa upłynął tydzień spokojny. Rafała nie widywano nigdzie. Po całych dniach siedział u Schowankowej i czatował, jak pająk w środku sieci, wyglądając oknem na drogę dworską i rynek. Ruprecht przynosił mu co wieczora wieści z pałacu, a dwa razy widział sam, że Feliks przejeżdżał do Sarnowa i zpowrotem. On czekał, jak górnik, co, zapaliwszy saletrzany lont miny, czeka wybuchu.
W ów ranek, przed burzą, wyruszył wreszcie, konno w stronę lasu. Wiatr się już zrywał i kręcił piasek po drodze, płuca, pomimo wczesnej pory, wciągały z trudnością suche i gorące powietrze.
Pomimo to Rafał wyglądał ożywiony i wesół. Gniadosza popędzał do prędkiego biegu i, jak huragan, wpadł do leśniczówki Adama.
Lachnicki, sczerniały i zżarty przez ciągłą troskę i walkę, spotkał go na progu chaty i spojrzał na niego z wyrzutem.
— Czyś taki rad z mego nieszczęścia? — spytał.
— Ozon w powietrzu działa na mnie alkoholicznie! — odparł Rafał, wprowadzając konia do stajenki. — Odjeżdżam dzisiaj!
— Już!
— Zdaje mi się, że pora! Trzy tygodnie mija; za tydzień mamy z Bertem wyruszyć już razem.
— Pójdę i ja z wami!
— E, ja i dnia więcej czekać nie myślę.
— To też dzisiaj pójdę do pana Rahozy. Wypędzi mnie i sponiewiera, wiem to. Tymczasem chciałbym z nią spędzić te kilka godzin. Nie zobaczymy się na ziemi już nigdy.
— Więc idź. Ja tu do trzeciej zabawię, potem pojadę na godzin parę za interesem i wrócę. Czekać ciebie będę do siódmej, potem w drogę! Nie będzie nam, sądzę, ciemno, błyskawice przyświecą!
Oczy mu się paliły żądzą wymarszu na bezgranicze, na swobodę i dziką fantazję.
— Pieszo pójdziemy?
— Naturalnie. Nienawidzę kolei!
— Wrócę na czas, o! I wcześniej jeszcze. To tak łatwo i prędko panu Rahozie mnie na proch zetrzeć i zgubić na wieki! Nie będziesz czekał długo.
Westchnął i ruszył przed siebie krokiem automatu.
Rafał na zwalonej kłodzie u drogi siadł i, zapatrzony na mrówki, uwijające się w mchu, pozostał zgarbiony i bezczynny.
Podniósł oczy dopiero na bliskie kroki i spotkał się z wzrokiem Feliksa.
Młody Rahoza wyglądał chmurny i zmartwiony.
Z rękoma założonemi w tył, a wzrokiem utkwionym w ziemię, ujrzał dawnego towarzysza, gdy się prawie już otarł o niego i stanął.
— A, to ty! — zawołał, starając się przybrać swobodny wyraz twarzy. — Zdziwiony byłem bardzo, gdy mi Sarnecki powiedział, że przyjechałeś jednocześnie z nimi.
— Razem z nimi — poprawił Rafał spokojnie.
— Mniejsza o wyraz! Kazimierz w rozpaczy, żeś nie był tam już tydzień. Może dzisiaj pojedziesz?
— Może — spojrzał na chmury.
— Bo i ja będę po południu, choć grozi straszną burzą.
— To i dobrze. Zbierało się na nią oddawna.
Feliks obejrzał go od stóp do głowy.
— Ależ, filozofie, nie poznaję ciebie. Pozujesz na eleganta. Czy to dla Trudy z oberży?
— Mniejsza o wyraz. W każdym razie dla mojej kochanki.
— Ach, tak. Masz kochankę! Winszuję! Cywilizujesz się widocznie.
— Mając przez tyle lat taki przykład żywy, jak ty, musiałem się wykształcić.
— Bardzo mi przyjemnie. Gotówem ci zawsze służyć w tym celu. Długo jeszcze zabawisz?
— To ode mnie nie zależy.
— Cha, cha, cha! Od twojej kochanki zatem?
— Nie, od wypadku, jak świat cały.
— Zaczynasz filozofować. Zmykam! Mam nadzieję, że się spotkamy jeszcze.
— Niezawodnie.
Spojrzeli sobie w oczy; Feliks spróbował się uśmiechnąć, ale dobry humor nie przychodził na zawołanie. Zawrócił się na obcasie i odszedł.
Za nim Rafał się podniósł. Burza gdzieś w oddali się zrywała i szła, hucząc; chmury zgęszczały się już nad Rahoźną żółto-bure, złowieszcze. Po szczytach boru wicher już poczynał hulać i z czarnych tych głębi szło ponure wycie.
Tumany piasku wzbijały się z drogi, porwane w szalony ruch wirowy. Gdzieś tam na skraju horyzontu padł pierwszy piorun, jeszcze głuchy, jak sygnał walki przyrody.
Machinalnie Feliks się obejrzał. Rafał stał w miejscu i patrzył za nim.
I raz pierwszy w życiu pomyślał, że chłopak ten wyniosły i piękny, był jakby duchem huraganu i zniszczenia. Wśród poczynającej się walki stał wyprostowany i urągał wichrom. Na jego mizerną twarz rzucały chmury cień posępny, a w oczach miał ognie, zapalające się nagle i ginące w chwili jednej, jak jaskrawe smugi błyskawic.
Burza szła do niego, a on ją witał, jak siostrzycę. Feliks głową pokręcił, kapelusz nacisnął na oczy i ruszył dalej, borykając się z wichrem.
Rafał jeszcze czekał. Burza teraz szła szalonym pędem, jak stado rozhukanych koni; szerokiem skrzydłem objęła Rahoźnę, pola i bór, tylko tam, nad Sarnowem, jak ostatnie wspomnienie słońca, został brudno pomarańczowy rąbek, obrzeżający sine obłoki, nad Rahoźną już była noc i groza huraganu. Grom padał za gromem, a w głębiach boru łączył się z łoskotem piorunów i wichrem trzask walących się olbrzymów i wreszcie deszcz lunął strumieniami, przenikając do nitki stojącego wciąż Rafała. Wówczas on się poruszył, ale się do chaty nie schronił, tylko na zegarek spojrzał, konia ze stajenki wyprowadził i ruszył z kopyta na ten rąbek słońca za lasem.
Tuż obok niego piorun trafił w szczyt świerku z ogłuszającym łoskotem i, wężykiem zbiegając ku ziemi, zrył drzewo żywą szramą.
Gniadosz stanął, jak świeca, chrapiąc dziko.
Jeździec ciął go szpicrutą między uszy, pognali szalonym pędem, naoślep.
A twarz Rafała w tem rozpasaniu żywiołów miała wyraz rozkoszy i wielkiej szczęśliwości. Jego to była muzyka, jego biesiada!...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tak, w Sarnowie była cisza. Nawałnica jakby pożałowała białego dworu i kwiatów Anielki: deszczem je zrosiła i poszła dalej.
— Nie było pana cały tydzień! — szeptał cichy, gorący głos dziewczynki w altanie z powojów i caprifolium, gdzie ją zastał Rafał.
Kazimierza nie było. Ustrojony w płaszcz nieprzemakalny, poszedł z teką i parasolem w ślad burzy. Chciał ją schwycić i przenieść na płótno w szale i zniszczeniu.
Dzieweczka wymówiła to powitanie bezwiednie. Może nie chciała tak właśnie powiedzieć, lecz się serce rwało ku niemu i tak tęskniła przez ten tydzień.
Stali pod zieloną ścianą altany, ona ze spuszczoną głową, onieśmielona, drżąca; on, trochę roztargniony, natężając słuch, czy wśród dalekich grzmotów nie rozróżni tętentu konia.
A gdyby ten, ten drugi, odłożył wizytę, zastraszony deszczem?
Nie, delikatne ucho Rafała musiało coś dosłyszeć. Wyraz niepewności znikł z twarzy, oczy spoczęły na pochylonej głowie Anielki.
— Czułem się niepotrzebnym, pani! Obraz już prawie gotów i Feliks Rahoza powrócił.
— Cóż on mnie może obchodzić? — szepnęła.
— On, wszak jest pani narzeczonym!
— Pan Feliks? — Podniosła oczy na Rafała, lecz wnet je spuściła. W rączkach bezwiednie kręciła biały kwiatek caprifolium. — Nie kocham go i nigdy nie pokocham. On mi jest niczem!
— Dlaczego, pani?
— Bo kocham już.
W oddali żwirową ulicą ktoś szedł ku altanie. Szedł lekkim, elastycznym krokiem, nucąc zcicha piosenkę.
— Kogo, Anielko? — głos filozofa drżał.
Byłoż to uczucie, czy tryumf, czy niecierpliwość? Dziewczynce dźwięk ten wkradał się do serca, jak pieśń niebiańska.
— Kto tym szczęśliwym? — pytał, a jednocześnie otaczał ją wpół.
Podniosła rękę, jakby się bronić chciała, lecz już ręka nie słuchała woli, miłość zmogła wrodzoną wobec niego nieśmiałość. Objęła szyję młodego człowieka, główką przytuliła mu się do piersi.
Zapanowało długie milczenie. Serce jej kołatało mu pod ręką; oddychała ciężko, rozmarzona, kochająca.
Pochylił się ku niej i, biorąc kwiatek z ręki, zajrzał namiętnie w oczy.
— Pocałuj mię! — szepnął niewyraźnie.
Leniwie jakby, ciężko podniosła skroń z jego ramienia; koralowe usta spoczęły na wargach Rafała...
Sploty caprifolium i powojów u wejścia rozdzieliły się w tejże chwili. W otworze stała smukła, zgrabna postać Feliksa.
Wszedł wesół, uśmiechnięty, ze swobodnem słówkiem powitania na ustach. Skamieniał. Twarz pokryła mu się szkarłatem i zbielała natychmiast, jak kwiaty wiciokrzewu. Ręka ścisnęła mu się w pięść. Szarpnął gałęzie gwałtownie.
— Ach!... — wybiegło mu z ust mimowoli.
Na ten okrzyk Anielka drgnęła, wyrwała się z uścisku, fala żywej krwi okryła ją szkarłatem; jak spłoszona sarna, rzuciła się uciekać.
Machinalnie Feliks usunął się nabok. Dziewczynka wyskoczyła do ogrodu, zapadły za nią wonne sploty. W altanie nikt się nie odzywał przez chwilę. Rafał pobieżnie spojrzał na intruza i, jakby nic nie zaszło, rozparł się niedbale na ławce i zapalił cygaro.
— Mógłbyś na swe odwiedziny wybierać stosowniejszą porę i bawić kolegę malarza, zamiast mi tu przeszkadzać! — ozwał się wreszcie chłodno i spokojnie.
Feliks to bladł, to czerwieniał; otwarta jego twarz mieniła się wszystkiemi wyrazami wstydu, upokorzenia, żalu, zazdrości i gniewu. Zębami gryzł wargi, w pierwszej chwili chciał płakać, potem wściekłość stłumiła inne uczucia i skoczył do Rafała.
— Słuchaj, ty! Jakie masz prawo całować ją? Gadaj!
— Nie mam wcale ochoty gadać z tobą... Cha, cha! Przywykłeś zanadto do tryumfu! Nie wszystko się jednak bierze tą bronią, co turnerskie prezesostwo!
— Zdrajco nikczemny! — krzyknął Feliks, postępując krok naprzód.
Ręka Rafała sięgnęła powoli do kieszeni surduta, lecz spuścił ją po chwili namysłu.
— No, no, no! Powoli, mój mały! — rzekł pogardliwie. — Niema tu dla kogo układać retoryki. Radzę ci w milczeniu strawić porażkę. Dziewczyna moja i do ciebie pewnie nie wróci. Poszukaj sobie innej!
— Pierwej mi tę płać! Słyszysz? Ja ci tego nigdy nie daruję?
— Alboż ja cię proszę o darowiznę? I owszem, obrachujmy się. Tylko teraz, w cztery oczy ze mną, nie zwyciężysz twoją ulubioną bronią. Tu trzeba trochę ołowiu i dużo krwi, mój panie! Cha, cha! To cię może ostudzi? Co?
Pomimo pozornego chłodu i szyderstwa, głos miał schrypnięty i głuchy, a twarz zmienioną szałem.
— Milcz i dawaj broń jaką! — wrzasnął Feliks, drżąc cały. — Nauczę cię, jak mi podstępnie bałamucić narzeczoną! Nauczę cię!...
Głosu mu nie stało.
Va bene! Chodźmy! — odparł Rafał, ruszając ramionami. — Poco tyle próżnej gawędy?
Wyszli z altany. Burza szalała nad Rahoźną. Gromy biły raz po razie, jak salwy armatnie, błyskawice kreśliły na czarnych chmurach, jakby litery tajemniczego pisma.
Obadwa dosiedli koni i ruszyli w stronę lasu, milcząc.
Wicher z deszczem siekł im twarze; droga w dół ku rzeczce była łożyskiem strumienia; wierzchowce, gnane prętami, sadziły przez zwalone pnie i gałęzie, obryzgując je wodą i błotem.
Minęli galopem straż, u ostatnich drzew boru stanął Rafał. Rahoźna, w tuman deszczowy owinięta, leżała przed nimi. Wskazał na nią.
— Może ci szkoda dziedzictwa? — spytał sarkastycznie.
— Milcz i kończmy! — krzyknął Feliks. — Masz rewolwer?
— Mam. Bierz go, a mnie daj swój!
Feliks dobył broń z kieszeni siodła i podał. Zeszli nad sam brzeg rzeki, puszczając konie na los szczęścia.
— Szkoda, że niema leśnych dzwonków teraz... — śmiał się wciąż Radwan. — Mam zato caprifolium od mojej kochanki! Ty lubisz romantyczne cele. Patrz! Zatykam go w klapę. Wtłocz mi go pod obojczyk...
— Łżesz! — wybuchnął Feliks. — Ona nie była, nie jest i nie będzie twoją kochanką! Masz za to, żeś śmiał to powiedzieć.
Zmierzył niepewną ręką i targnął za cyngiel. Strzał padł, ale przeszedł ponad głową Rafała i utkwił w pniu świerku.
— Cha, cha, cha! Czy nie byłeś prezesem na jakim zjeździe strzelniczym? Kwalifikujesz się na króla kurkowego! — szydził Radwan.
— Strzelaj! — wyjąkał nieprzytomnie Feliks.
— Nic nie nagli... Pamiętasz, jakeś dowodził, że trafiam przypadkiem! Będzie źle, gdy ten przypadek dziś się powtórzy. Nie będę mierzył do czapki, ale w bok lewy tym razem.
— Strzelaj! — wrzasnął desperacko Rahoza.
Rewolwer się podniósł. Wzdrygnął się chłopak przed czarną lufą, szczęki się zacisnęły nerwowo. Może mu błyskawicą myśli przeszło wspomnienie szczęścia i wesołego żywota, bo zbladł bardzo.
Rozległ się wystrzał. Sekundę stał jeszcze i nagle się zwalił na twarz, wyciągając bezwiednie ramiona. Z lewego boku bluznęła krew obficie i wsiąkała w mokry piasek. Zajęczał parę razy i ucichł na wieki.
Minuta minęła, długa, jak wieczność. Zabójca stał nieruchomy, jakby się sam dziwił trafności swego strzału; potem pochylił się nad leżącym, posłuchał oddechu, rzucił rewolwer o ziemię, dobył swój z bezwładnej już dłoni zabitego i odszedł spokojnie ku drodze.
Wierzchowiec jego stał opodal pod drzewem, złowił go, dosiadł i ruszył ku miasteczku.
Twarz jego straciła wyraz podniecenia i tryumfu, była już, jak zwykle, twarda i ponura... Wyrzutów nie doświadczał; w głębi jego duszy odzywała się tylko nieokreślona nuda i niesmak. Doznawał uczucia pijaka, który się wytrzeźwi, szulera, gdy zostanie bez grosza, lekkomyślnika nad rankiem, po nocy szału.
Przed oberżą zsiadł z konia i wszedł do izby. Pusta była, tylko Ruprecht wyglądał oknem, a ujrzawszy go, podbiegł prędko z miną tajemniczą.
O Herr Je! O Herr Je! — szeptał przerażony. — Takiego dnia nie przeżyłem drugiego! Same awantury, sceny.
Rafał obojętnie ręką machnął i wszedł do alkierza. Ruprecht, nieproszony, wcisnął się za nim.
— Niech pan posłucha! — prawił, zamykając drzwi i drepcąc za młodym po izdebce. — Dziś rano pan zawołał syna i oznajmił mu, że z Sarnecką żenić się nie pozwoli. Czemu? Co? Ho, ho! Stary chytry! Przewąchał, że artysta przeszastał zagranicą fortunę i majątek wisi na włosku. Zabronił amorów stanowczo! Młody wtedy wymówił posłuszeństwo, krzyczał, warjował i zapowiedział, że dlatego właśnie dzisiaj jeszcze się oświadczy i ożeni, z wolą, czy bez woli ojca. Sądny dzień nastał, bo i baronowa trzymała ze starym. Młody, ani rozkazów, ani próśb, ani perswazyj słuchać nie chciał; wyleciał z domu i przepadł, zagroziwszy, że się zabije. Pan wtedy wpadł w pasję i nakazał mu, żeby wracał do domu posłuszny, albo wcale nie. Gott im Himmel! Co to za naród! Co to za obyczaje! Nie mogłem patrzeć i słuchać!
Rafał pakował swe manatki w ręczny tłomoczek i nie zdawał się słuchać tej gawędy, zajęty swą robotą i myślami. Ruprecht gadał dalej, gestykulując:
— Myśli pan, że to koniec? To dopiero początek... To było rano; o południu przyszedł ten łotr Gryszan i prosił o posłuchanie. Pan go przyjął w kancelarji... minutę, może dwie, potem powstał tam krzyk, zawołał służby, kazał człowieka tego wyrzucić za drzwi, a taki był straszny, że aż struchlałem! Nic nie mówił chwilę, tak mu usta drżały, a potem krzyknął: „Sprowadzić mi tu Lachnickiego!“ i zamknął się znowu w pokoju. To dzień, panie, to dzień! Burza wybuchła, Lachnickiego nigdzie nie mogli znaleźć, aż go spotyka wychodzącego lokaj... wie pan skąd? Z mieszkania panny Kazimiery! Gott im Himmel! Słyszał pan? Z mieszkania córki dziedzica — leśniczego! Widziałem na własne oczy, jak pod oknem szedł, bardzo blady i wszedł do kancelarji.
Rafał podniósł nareszcie głowę.
— No, a wyszedł stamtąd żyw?
— Nie wyszedł... wyleciał. Pan Rahoza za kark go wyrzucił, nazywając okropnemi wyrazami. Chłopiec opadł w sieniach i okrwawił się, potem wyszedł bez słowa, a pan poszedł do panienki. Nie wiem, co się tam działo, bo uciekłem. Nie uważałem na deszcz, na pioruny; przybiegłem tutaj panu się wywnętrzyć. Panie, ja te dzieci uczyłem niemieckich cnót i cywilizacji, wpajałem w nie kult wyższości, zamiłowanie do wzniosłych czynów i poezji. I oto co wynikło! Syn grozi ojcu, córka w stosunkach poufałych ze sługą. Co to za kraj! Jakie to umysły! Gott erbarme!
W tej chwili uchyliła Truda drzwi.
— Warjatka przysłała do pana! — rzekła z umizgiem, śmiejąc się zalotnie do młodego człowieka.
— Brzezowa? — spytał zdziwiony.
— A tak, przysłała służącą.
Rafał wziął tłomoczek na plecy i wyszedł do sali.
— Poczekam na pana... — rzekł Ruprecht.
— Czekaj — zaśmiał się dziwnie, — a żebyś się nie znudził, jak się spóźnię, masz cygara; a ty, Truda, lej mu piwa na mój rachunek. Bywajcie zdrowi!
Zaśmiał się raz jeszcze i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Musiał bardzo nisko schylić głowę w drzwiach Brzezowej; gdy ją podniósł, stał oko w oko z Kazią.
— Gdzie on? — spytała bez żadnego wstępu, cicho.
— Nie wiem! — odparł. — Ma na mnie czekać w straży. Ruszamy za godzinę w świat!
— Tak. Mówił mi. Przepraszam, żem tu pana sprowadziła podstępem, ale chciałam prosić, żebyś go pan nie opuścił tam, daleko! On taki samotny!
— tem lepiej. Będzie mu lżej umierać!
Spazm bólu przebiegł rysy dziewczyny. Oczy pełne łez wzniosła ku temu kamiennemu obliczu potępieńca.
— Niech pan mu nie da samemu cierpieć! — szepnęła. — Proszę mu, sierocie, być bratem i przyjacielem!
Przez oczy jego przeszła dziwna łuna.
— Czy pani wie, kto ja jestem? — spytał krótko.
— Wiem, że on pana kocha, pomimo wszystko!
Zamilkł i z brwią ściągniętą, wyglądał zamyślony.
— Zostanie pan z nim zawsze! — powtórzyła swą prośbę. — Nie rzuci go pan samego.
Poruszył się niecierpliwie.
— Nie potrzebuję niczyjego przywiązania, i on mi niepotrzebny! — mruknął. — Niema zresztą o czem mówić. Zechce iść ze mną, to zostaniemy razem. Poco pani płacze? Takie głupstwo ta cała historja!
Ręką machnął i, ruszając ramionami, zawrócił do odejścia.
— Dziękuję panu! — zawołała za nim.
— Niema za co — odparł już za drzwiami.
Na dworze wciąż deszcz padał i Rafał nikogo nie spotkał na drodze do leśniczówki.
Przechodząc przez most, spojrzał w lewo, na to miejsce, gdzie leżał jego rywal. Za krzakami nic nie było widać. Burza się oddalała, pioruny padały rzadsze i cichsze już; nad ziemią siał się mrok, od deszczu i chmur posępny.
Na ganku straży, wygnany sierota stał, już do drogi gotów, i podszedł na spotkanie towarzysza.
Bardzo był blady. Z pod czapki, na skroni, widać było szramę świeżą i krwawą.
Miał na sobie odzież własną, starą i nędzną, w ręku kij tylko. Nic więcej nie wziął z domu, gdzie trzy pokolenia jego rodu przeżyły na wiernej, ciężkiej służbie wiek cały.
Ruszyli w milczeniu. Rafał naprzód, Adam za nim, nie oglądając się za tem, co żegnał na wieki.
Oczy miał suche i wargi zacięte, tylko rękę wsunął w zanadrze, jakby tam ranę bolącą cisnął i tak szli, smagani wichrem, zlani deszczem, w czarną noc, ku nieznanym światom i celom.
Na rozstaju, koło wielkiego krzyża, wśród brzóz płaczących, Adam przystanął i, przyklęknąwszy, ziemię szarą pocałował i tak pochylony chwilę pozostał. Potem garstkę piasku w róg chustki zawiązał i podniósł się.
Znowu szli dalej i dalej. Nareszcie Rafał się obejrzał.
— No, cóż? Bardzo cię serce holi? — zagadnął.
— Szczęście moje Bóg mi łatwo dał; teraz za nie czas zapłaty przyszedł. Gotówem życiem płacić. Tak długie było i tak wielkie! — odparł głucho.
— Rahoza cię bił podobno.
— Bodajby tylko bił! Krew, co cieknie, nie boli, ale słowo, co błotem i plwocinami czystą duszę obrzuca, gorzej śmierci boli! A łzy jej, jak żar, na mnie padły i zostaną już!...
I znowu szli, nie odzywając się wcale. Noc coraz była ciemniejsza, deszcz ich przejmował do kości, parę ostatnich błyskawic rozdarło niebo i przy ich świetle ukazali się raz jeszcze na pustej drodze. Jeden zuchwały i pyszny — prawie szatan; drugi w bólu cierpliwy, w rozbiciu spokojny — prawie anioł. Szli razem, skojarzeni na wspólną dolę i życie tajemniczą siłą przeznaczenia!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.