Kurjer carski/Część pierwsza/Rozdział XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część I
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVII


Wersety i Kuplety.


Pozbawiony konia, daleko od Irkurcka, bez środków żywności; w kraju zniszczonym przez inwazję, ale zawsze mężny duchem — Strogow wykrzyknął w głos do siebie:
— Dosięgnę celu. Bóg ma w opiece Świętą Ruś!
Ślizgał się w gęstem sitowiu po błotnej nadrzecznej ziemi, aż wreszcie namacał stopami grunt stały, nietknięty niedawnym rozlewem. Szedł brzegiem Obi. W dwóch wiorstach przed sobą dostrzegł malowniczo rozpostarte na piętrach wzgórz miasteczko. Zielone kopuły bizantyńskie cerkiewek odrzynały się wesoło na szarem tle nieba. Była to Koływań, jeszcze wolna od najeźdźców. Tak sądził.
Ale w miarę, jak zbliżał się do miasta, uderzyły jego uszy głuche detonacje, suchy trzask, a białawe obłoki i czarne dymy jawiły się w przerwach oczom. Waliły armaty, pukały karabiny. Wiedział dobrze: o Koływań toczył się bój... A może już walka przerzuciła się na ulice... Może miasto wzięli już Tatarzy, a Rosjanie odbijali je z powrotem.
Ostrożny ominął główny szlak i zaszedł do stojącego na uboczu w dali za miastem domku. Była to stacja telegraficzna. Znajdował się tu jeden urzędnik, wierny swemu stanowisku, flegmatycznie ćmiący papierosa.
— Co wiesz?
— Nic... Biją się.
— Kto zwycięża?
— My albo oni.
— Drut działa?
— Przecięty między Koływanią i Krasnojarskiem; funkcjonuje między Koływanią i granicą rosyjską. Chce pan podać depeszę? Proszę! — 10 kopiejek za słowo.
Nim zdążył odrzec, że przyszedł poprosić tylko o kęs chleba i łyk wody, dwaj ludzie wbiegli hałaśliwie do izby. Znajomi mu korespondenci zagraniczni — niedawno przyjaźni sobie współpodróżni, teraz znowu rywale, nawet wrogowie w obliczu operacyj wojennych. Nie zwrócili nań uwagi. Stanął pod oknem, obserwował ich ruchy. Harry Blount pierwszy sięgnął okienka i wtłoczył telegrafiście w ręce depeszę, pisaną ołówkiem. Alcyd Jolivet z markotną miną cisnął się za nim, trzymając podobną depeszę w ręku.
— Dziesięć kopiejek za wyraz! — rzekł urzędnik.
Blount rzucił znaczną sumę:
— Telegrafuj pan... a ja będę pisał dalszy ciąg depeszy.
I pisał na kartkach bloku.
Urzędnik stukał na aparacie, dyktując sobie w głos:
„Daily Telegraph. Londyn. Pod Koływanią bój. Garnizon rosyjski poniósł wielkie straty. Tatarzy weszli do miasta. Rosjanie bronią się.“
Urzędnik zamilkł. Jolivet rzekł grzecznie:

— Teraz kolej moja.
Bicz wzniósł się nad Martą.
— „Ja ci zastąpię oczy, bracie”.
— „To nasi...”
Siły ich były na wyczerpaniu.
— Nie jeszcze!... Piszę.

— Ależ ten pan już skończył! Weź pan moją depeszę.
— Zapłacił... ma jeszcze prawo! — odparł urzędnik z flegmą.
— Ale tymczasem nie ma nic do doniesienia...
Blount zerwał kartkę z bloku i podał telegrafiście. Ten pukał, czytając półgłosem:
„Na początku Pan Bóg stworzył niebo i ziemię“.
Jolivet kipiał z gniewu. Depeszować wersety biblijne! A dziennikarz angielski z niezmąconą powagą obserwował przez lunetę wypadki w mieście i urywkami podawał tekst dalszej depeszy:
„Dwie cerkwie w płomieniach. Pożar przesuwa się na lewo. A ziemia była bezkształtna i próżna i ciemność była nad przepaścią, a duch Boży...“
— Stop! pańska suma wyczerpała się. Teraz na pana kolej! — zwrócił się telegrafista do Joliveta. Anglik przygryzł wargi. Francuz zajął miejsce przy okienku, podał depeszę, rzuciwszy urzędnikowi znacz na sumę.
Telegrafista pukał, odczytując wgłos:
„Magdalena Jolivet 10 Przedmieście Montmartre, Paryż. Koływań zajęta przez kawalerję tatarską. Rosjanie uciekli z miasta...“
Odwrócił się od okienka telegrafu i wpatrywał przez lunetę w pole bitwy.
— Ten pan skończył! — przystąpił Blount z rulonem srebra.
— Nie jeszcze! — uśmiechnął się Jolivet. Dyktuję jeszcze.
I zadyktował:
„Był sobie król Ćwieczek,
Nader poczciwy człowieczek..“
— Co to jest? — krzyknął Blount.
— To nie jest werset biblijny, ale to jest piosenka Beranger'a.
— Aha!
Ale w tej chwili zaszło coś niespodziewanego.
Do pokoju wpadł przez okno granat... potoczył się — wybuchnął. Blount upadł zalany krwią.
Jolivet kończył depeszę:
„Korespondent Daily Telegraph, Harry Blount, padł przy mnie, trafiony granatem...“
— Drut przerwany! — rzekł urzędnik i zamknął okienko.
Strogow postąpił ku leżącemu, aby opatrzyć jego ranę, gdyby żył jeszcze.
A nagle stała się rzecz niespodziana... straszna!
Wataha tatarów już otoczyła dom. Ci wpadli przez drzwi — owi przez okno. Rozległy się wycia i strzały. Kilka floretów, wycelowanych wprost w głowę, kilka wzniesionych noży — błysnęło przed oczyma Strogowa i Joliveta. Nie mogło być mowy o oporze.
Strogow i Jolivet znaleźli się za chwilę w pętach tatarskich.


KONIEC I CZĘŚCI.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.