Kurjer carski/Część pierwsza/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część I
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.


Matka i syn.




Omsk, urzędowa stolica Syberji zachodniej, mniej żaludniony i przemysłowy od Tomska, posiada jednak większą wagę dla państwa, jako siedlisko jenerał–gubernatora i wyższych funkcjonarjuszów władzy rosyjskiej, oraz jako miejsce ufortyfikowane. Ale niewysokie ziemne forty zostały wzięte po kilku dniach oblężenia przez Tatarów, którzy zajęli całe dolne miasto — dzielnicę handlową. Jenerał–gubernator z oficerami i garnizonem zamknął się w górnem mieście, gdzie opancerzono jako tako domy i cerkwie.
W tej improwizowanej cytadeli można się było przecież utrzymać tylko przez czas krótki, gdyż odsieczy trudno było się spodziewać, a Tatarzy co dnia otrzymywali posiłki oblężnicze od źródeł Irtyszu.
Grozę położenia zwiększała okoliczność, że Tatarami dowodził wytrawny oficer rosyjski, zdrajca swojej ojczyzny, ale znacznych zasług w przeszłość i wypróbowanej odwagi.
Był nim pułkownik Ogarew.
Okrutny, jak ci wodzowie tatarscy, których pchnął do najazdu, bodaj przez przymieszkę w żyłach krwi mongolskiej — matka jego była Azjatką — kochał się w chytrych zasadzkach, w sidłach, w przebraniach, udając wybornie w potrzebie żebraka–włóczęgę. Lubował się także w sprawowaniu katowskiego rzemiosła. W tym znawcy sztuki wojennej Feofar–Chan zyskał nieocenionego adjutanta i pomocnika w wojnie barbarzyńskiej.
Kiedy Michał Strogow przybył na brzegi Irtyszu, Iwan Ogarew był już panem Omska i celem zawładnięcia Syberją Centralną planował wzięcie Irkucka. Wiemy już o zamiarach jego przedostania się pod fałszywem nazwiskiem do przebywającego tam Wielkiego Księcia, wkradnięcia się w jego łaski i wydania w odpowiedniej chwili miasta wraz z Księciem w ręce Tatarów. Misja Strogowa miała na celu zahamować ten plan...
Na szczęście, Strogow nie był raniony śmiertelnie. Płynąc pod wodą niepostrzeżony, dostał się między gęste krzaki przybrzeżne. Potem wpadł w stan nieprzytomny.
Kiedy otworzył oczy, zdziwiony spostrzegł, że leży na łóżku, a nad nim pochyla się stary chłop z długą brodą, wpatrujący się weń troskliwie.
— Nie gadaj nic, młodzieńcze. Jesteś jeszcze bardzo osłabiony. Opowiem ci wszystko, co się stało od chwili, gdy cię przyniesiono do mojej chaty.
Strogow słuchał roztargniony. Przedewszystkiem namacał na piersi drogocenny list cesarski. Przytomniejąc, zerwał się z pościeli — przysiadł:
— Gdzie jest ta dziewczyna, która była ze mną?!
— A, widziałem!... Nie zabili jej. Zawieźli ją dalej. Dużo takich niewolnic wiozą do Tomska.
Nad uczuciem górował obowiązek.
— Gdzie znajduję się?
— O pięć wiorst od Omska.
— Czy moja rana jest ciężka... postrzałowa?
— Nie! draśnięcie lancy. Już się zabliźnia. Po kilku dniach wypoczynku będziesz mógł jechać dalej. Tatarowie nie znaleźli cię. Nie zagrabili ci nic.
— A jak długo jestem w chacie?
— Trzy dni... Póki byłeś nieprzytomny.
— Trzy dni stracone!.. Człowieku, masz konia na sprzedaż?
— Chcesz jechać?
— Zaraz!
— Kędy przeszedł Tatar niema koni, ani pojazdów.
— Pójdę pieszo do Omska szukać konia.
— Odpocząłbyś jeszcze dzień jeden.
— Ani godziny!
— Ha! odprowadzę cię do Omska. Tam jeszcze jest sporo Rosjan. Przejdziesz niepostrzeżony.
— Przyjacielu! Bóg ci wynagrodzi twą dobroć.
— Tylko szaleni oczekują nagrody na ziemi.
W drodze włościanin musiał go podpierać; inaczej by upadł. Czuł jeszcze ból od rany na głowie. Ale łagodziła go czapka futrzana. W każdym razie Strogow nie był z tych ludzi, co się liczą z taką drobnostką.
„Niechaj Bóg ma w opiece matkę moją i siostrę! — mruczał do siebie. Teraz nie mam czasu myśleć o nich.
Przeniknęli do miasta przez zburzone okopy. Na ulicach roiło się od żołnierzy tatarskich. Chodzili grupami, zbrojni, nie dowierzając mieszkańcom. Na placach obozowały pikiety przy koniach osiodłanych. Zdobywcy gotowi byli do wymarszu każdej chwili celem złupienia bogatszych miast, niźli Omsk.
Nad górnem miastem powiewała flaga rosyjska. Strogow i przewodnik powitali ją wymownem spojrzeniem. Wieśniak znał dobrze pocztmistrza. Spodziewał się wyjednać u niego wynajem konia dla swego towarzysza. Nocą można było wykraść się przez otwory w zburzonych murach fortecznych.
Naraz Strogow zatrzymał się i wtulił w zagłębienie jakiejś ściany.
— Co się stało? — spytał chłop.
Gestem palca na ustach Strogow nakazał mu milczenie.
Ulicą przechodził oddział kawalerji z oficerem na czele. Oficer wydawał wrzaskliwie jakieś rozkazy. Dwudziestu jeźdźców, stanowiących oddział, pognało lancami rozpędzając, strwożonych przechodniów po drodze. Kiedy zniknęli, Strogow wyszedł z ukrycia. Był blady śmiertelnie z gniewu:
— Kto to był... ten oficer? — zapytał.
— Iwan Ogarew! — odparł chłop stłumionym głosem.
— On! — krzyknął Strogow nie panując nad sobą.
Poznał tego, który znieważył go w Iszymie. A wraz natężeniem wyobraźni odkrył w nim teraz rysy, przypominające starego cygana ze statku „Kaukaz“.
Strogow nie mylił się. Te dwie osoby były jedną. Ogarew potrafił wymknąć się z Rosji europejskiej, wmieszawszy się do bandy cyganów Sangarry, będącej na żołdzie chana i oddającej szpiegowskie usługi dziełu najazdu i buntu. Gdyby nie owe trzy dni musowego odpoczynku, Strogow byłby go wyprzedził, a — kto wie — może tym sposobem nie doszłoby do wielu katastrof. O, gdybyż wówczas w Iszymie nie wydarł mu gwałtem koni!
Należało bądź co bądź ominąć spotkania z nim obecnie — aż do godziny ostatecznych porachunków. O wynajęciu karetki nie mogło być mowy. Trzeba było wymknąć się cichaczem z miasta konno. Ale na cóż mu był pojazd teraz, kiedy był samotny?!.. Dzielny jeździec mógł powierzyć swe losy ścigłemu rumakowi, nabytemu na poczcie za drogą cenę. Wypadało jednak doczekać się nocy. Strogow wyczekiwał, na poczcie.
Cisnęło się tu w przestronnej izbie mnóstwo ludzi. Rozmawiano półgłosem. Podawano sobie wzajem z ust do ust wieści, przywiezione z różnych stron przez uchodźców, którym powiodło się ostatnio przedostać do miasta. Obozowali tu zamiejscowi, którzy próżno oczekiwali możności bądź powrotu do siebie, bądź wyjazdu dalej. Strogow wsłuchiwał się, ale nie mieszał się do rozmów.
Wtem krzyk, w którym zlały się w jednem drgnięciu bezmierna radość i bezmierna tęsknota, przeszył powietrze. Tylko te dwa słowa!
— Mój syn!
— Przed nim stała stara Marta, wyciągając ramiona. Już powstawał — już chciał rzucić się w jej objęcia. Ale poczucie obowiązku — myśl o tem, że to spotkanie mogło pociągnąć srogie skutki dla obojga — kazały mu opanować wzruszenie. Śród paru dziesiątków ludzi mogli tu być szpiedzy, wiedzący o tem, że syn Marty jest kurjerem cesarskim. Rozumiał to i znalazł w sobie moc dziwną. Nie poruszył się. Ani jeden muskuł nie drgnął na jego twarzy.
— Michał! — wołała matka.
— Kto jesteście... poczciwa staruszko? — zapytał.
— Co–o? Dziecko moje! Nie poznajesz matki?!
— Pani się myli! Uwodzi cię podobieństwo!...
Na te słowa, tak pełne chłodu, przypadła do jego stołu i patrząc mu oko w oko, spytała:
— Więc ty nie jesteś synem Piotra i Marty Strogow?
Oddałby życie, aby módz ją uścisnąć. Lecz tłoczył go żelazny obowiązek. Odwrócił oczy, aby nie widzieć męki jej twarzy. Wzruszywszy ramionami rzekł:
— Oszaleliście, kobieto. Nie nazywam się Michał, jestem Mikołaj Korpanow, kupiec z Irkucka.
Jeszcze wołała rozpaczliwie: „Mój syn! mój syn!“ — ale on już, nie oglądając się na nią, opuszczał wielką izbę poczekalną. Wskoczył na konia — odjechał pędem.
Stara kobieta, załamując ręce, upadła na ławkę. Była bliska omdlenia. Ale kiedy pocztmistrz podszedł ku niej, aby jej pomódz — już opanowała się. Nagły błysk świadomości pouczył ją o tem, że jej syn — boć to on był z pewnością! — nie mógł zaprzeć się jej, gdyby nie miał po temu jakichś przyczyn okrutnych, ciążących jak mus. Serce jej drgnęło — może mimowoli zgubiła go swoją matczyną radością. Dokoła niej cisnęli się ciekawi.
— Ach, jestem naprawdę szalona! Wszędzie mi się marzy mój syn! — ozwała się głośno. Nie widziałam go tak dawno! Ale to nie był on... To nie jego głos!
Lecz w dziesięć minut potem jakiś oficer wszedł do poczekalni pocztowej.
— Marta Strogow — jest tutaj? — zapytał.
— Jestem! — odparła. Obecni zdziwili się, słysząc, jaką pewnością brzmiał głos starej, tak drżący niedawno.
— Pójdź za mną.
Poszła spokojna. Za kilka chwil znalazła się na biwaku przed Iwanem Ogarowym, który znał już wszystkie szczegóły sceny poprzedniej i sam pragnął wybadać starą Sybiraczkę.
— Zowiesz się Marta Strogowa?
— Tak.
— Masz syna jedynaka?
— Tak.
— Jest kurjerem cesarskim?
— Tak.
— Gdzie jest teraz?
— W Moskwie.
— Nie miałaś dawno od niego wiadomości?
— Od dwóch miesięcy.
— A ten młodzieniec na poczcie... to był twój syn?
— O, to już dziesiąty, którego wzięłam za mego syna.
— Więc to nie był Michał Strogow?
— Nie.
— A wiesz, kobieto, że mogę cię wziąć na tortury?
— Weź. Nie powiem nic innego. Bo to prawda!
— Więc to nie był twój syn? — spytał poraz wtóry.
— Czyż matka wyrzekłaby się syna, którego jej Bóg dał!
Popatrzył na nią ze złością. Nie wierzył jej. Zgadywał, że skoro matka wypierała się syna, będącego gońcem cesarskim, a rzekomy „kupiec Korpanow“ nie poznawał matki — musiało się pod tem kryć coś ważnego. Wieść o wyjeździe gońca z Moskwy doszła była bowiem jego uszu.
Kazał ją uwięzić i odesłać do Tomska. A gdy żołnierze uprowadzali ją, bijąc kolbami, mruknął przez zęby:
„Przyjdzie czas, kiedy zmuszę do gadania tę starą czarownicę!“.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.