Kurjer carski/Część pierwsza/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część I
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.


Podróżni w kłopocie.




Krzyk się powtórzył.
— Jeśli ktoś żąda pomocy, należy udać się do niego. Wszakże gdybyśmy byli w podobnem położeniu, ów ktoś winienby to zrobić dla nas! — zadecydował z prostotą Strogow.
— Ależ pan nie zechcesz narażać koni! — sprzeciwił się jamszczyk.
— Nie! pójdę pieszo...
— Ja z tobą! — rzekła Nadia.
— Proszę cię, Nadziu, zostań tu. Na wypadek pułapki, sam łatwiej dam sobie radę. Pójdę sam... Powrócę.
Za chwilę znikł im z oczu, pogrążywszy się w mroku. Szedł pod potokami deszczu, walcząc potężną piersią z wichurą. Zdążał w kierunku krzyku. Prócz litości popychała go ciekawość; nie wątpił, że wołanie dochodzi od ludzi, którzy wyprzedzali go stale swoją „telegą“.
— Twój brat jest szalony! — mruknął jamszczyk.
— Nie! tylko szlachetny — odparła.
Strogow szedł jakiś kwadrans. Jeszcze nie mógł dojrzeć w mroku, ale już wyraźnie chwytał uchem jakieś nawoływania. Rozróżnił dwa głosy.
— Butor! łajdaku! czy ty powrócisz?
— Szelmo! pocztyljonie! czyś ogłuchł?
— Jak–em Francuz! każę cię ochłostać na najbliższej stacji!
— Tak postępować z obywatelem Brytańskim. Zaskarżę cię w Poselstwie — i będziesz wisiał!
Strogow był zdumiony. Śród wybuchów gniewu i rozpaczy nagle rozległ się śmiech.
— Ostatecznie to jest zabawne, daję słowo honoru. Jeżeli wyjdziemy stąd cało, muszę to opowiedzieć mojej kuzynce.
— Pan odważa się śmiać z okrutnego położenia korespondenta angielskiego dziennika?
— Z naszego!... Radzę panu zrobić to samo...
— Nic podobnego nie mogłoby się zdarzyć w Anglji!
— Ani we Francji!
Strogow zbliżył się.
— A! dzieńdobry panu! — zawołał Francuz. Zdaje mi się, że widzieliśmy się na statku Kaukaz. Zachwycony jestem, widząc pana w takich okolicznościach. Nazywam się Jolivet. Pozwól pan że będąc jego znajomym, przedstawię mu mego... nieprzyjaciela, pana Blount.
— Mikołaj Korpanow, kupiec z Irkucka! — przedstawił się Strogow w świetle błyskawicy. Co się panom stało?
— Spójrz pan, co nam pozostało z naszego środka lokomocji! — odezwał się z goryczą Blount, pokazując coś czerniejącego na drodze. Nędzna połówka wozu!
— Wyobraź pan sobie — wyjaśnił Jolivet: Ten szelma pocztyljon odjechał z końmi i przednią połową wozu. Sądzisz pan że rychło wróci?
Strogow mimowoli się roześmiał.
— Z pewnością nie! Jestem pewny nawet, że nie zauważył, iż fura pękła. Pędził, jak szalony, nie obejrzawszy się. Spostrzeże się dopiero jutro w Ekaterynburgu.
— Jakże pojedziemy dalej?! — rozpaczał Blount.
— Nic prostszego — żartował Francuz — zaprzężesz się, a ja będę gwizdał i wołał: „gołąbku!“ Pobiegniesz pan galopem.
— Panie Jolivet, pańskie żarty przechodzą granice.
— Uspokój się pan. Jak się zmęczę, pozwolę ci wołać; „Djabelskie nasienie“ i sam będę galopował.
— Nie kłóćcie się, panowie. Mam radę. Pożyczę wam do zaprzęgu jednego z mojej trójki koni. I jeżeli nie zdarzy się żaden przypadek, przybędziemy razem do Ekaterynburga. A tam uzupełnicie waszą tylną połowę wozu.
— Oto propozycja szlachetnego serca! — zawołał Jolivet.
— Umieściłbym panów w moim tarantasie, ale są w nim tylko dwa miejsca: dla mnie i dla siostry.
— Wybawiasz nas pan z najprzykrzejszej pozycji — rzekł Blount.
— Z najweselszej zarazem! — poprawił Jolivet.
— Z najprostszej w świecie w tym kraju! — rozstrzygnął Strogow. Gdyby podróżni nie pomagali sobie wzajem, należołoby zatarasować drogi.
— Mamy nadzieję, że zrewanżujemy się jeszcze kiedyś panu — zauważył Francuz.
— Tymczasem raczcie panowie, zejść ze mną i pomódz mi wciągnąć mój tarantas pod górę, bo koła zagrzęzły w błocie przy tej plusze, a konie moje są wyczerpane i zastraszone. Trzeba im nieco ulżyć.
Wszyscy trzej jęli schodzić po spadzistej drodze.
— Dokąd pan się udajesz? — zapytał Jolivet.
— Na razie... do Omska: — odparł Strogow, nie chcąc nazbyt wywnętrzać się przed ciekawymi nieznajomymi. A panowie?
— My bliżej... Gdzie kule nie dolatują za bardzo, a można nałapać ciekawych wiadomości... Do Iszymu będzie nam miło odbywać podróż z panem razem... Ale pan jest ryzykant!
— Czemu, panie Jolivet? Ja jestem sobie spokojny kupiec — i też nie mam ochoty leźć między kule i lance.
— No, to radzę panu śpieszyć do Omska! — mruknął Blount. Bo wkrótce można będzie nie dojechać.
— Oho! a gdzież to teraz są najeźdźcy tatarscy? spytał Strogow, pokrywając ciekawość obojętnym tonem.
— Feofar–chan zajął całą gubernię Semipałatyńską i płynie w dół Irtyszu — rozgadał się Jolivet. Mówią, że na spotkanie z nim zdąży w przebraniu Iwan Ogarew.
— Skądże wie się takie rzeczy? — spytał Strogow.
— Ba! to jest w powietrzu — zdąża od Kazani do Ekaterynburga.
— Ach, to pan i o tem wie?! skrzywił się Blount.
— Oczywiście! — uśmiechnął się Jolivet.
— To może pan wiesz i to, że się przebrał za cygana?
— Za cygana?! — mimowoli krzyknął Strogow.
— Doniosłem już o tem kuzynce — rzekł Francuz.
— Nie straciłeś pan czasu napróżno! — zauważył Anglik.
— Właśnie dlatego spóźniłem się na statek.
Strogow ogarnął wspomnieniem obraz starego Cygana, opuszczającego „Kaukaz.“ Był wstrząśnięty do głębi jakimś domysłem — jakąś okrutną zagadką. Wtem krzyknął: — „Naprzód panowie“! — i jął biedz w dół.

— Jak na kupca, lękającego się kul, biega on zbyt chyżo w miejscowości, gdzie strzelają — zauważył Jolivet.
Śród Tatarów.
Cyganka Sangara czarowała...
— „Nie traćmy nadziei...”
Tłum oczekiwał na przepustki.
Tegoż zdania był i Blount, który zatrzymał się zdziwiony na huk wystrzału. Potem dal się słyszeć ryk — jakaś ciemna masa przemknęła przed nimi.

— Niedźwiedź! Nadja! — zawołał rozpaczliwie Strogow. Już trzymał w ręku kordelas, wyciągnięty z za pasa — zmierzał na szczyt urwiska, pod którem znalazła schronienie Liwonianka. Zjawiał się w porę...
Olbrzymi niedźwiedź, wypłoszony burzą z nory, błąkał się w pobliżu. Zwietrzył konie. Skoczył ku nim na dach tarantasa. Przerażona trójka koni w mig zerwała uprząż. Jamszczyk stracił głowę — z wrzaskiem pobiegł za końmi — utracić je w tej miejscowości było to zginąć. Rozumiała to Nadja — przytomna skorzystała, z rewolweru, który jej zostawił na wszelki wypadek Strogow — zmierzyła za niedźwiedziem, który dopadał jednego z koni. Rozwścieczone, ranne w łeb zwierzę, zwróciło się ku dziewczynie, szukając zakrwawionemi ślepiami swej krzywdzicielki. Szło ku niej, na dwóch łapach, wyprostowane, groźne, wyciągając pazury łap przednich, aby zedrzeć ofierze zwyczajem swoim skórę z głowy. Nadja strzeliła — tym razem chybiła — śmierć była blisko...
Ale ze skały olbrzymim susem skoczył Strogow między nią i niedźwiedzia. Jeden moment — a straszliwy cios noża, pociągniętego po brzuchu zwierzęcia od dołu ku górze, rozpruł je, nie psując drogocennej skóry — według zasad myśliwych Syberji.
— Nie jesteś ranna, Nadziu?! — spytał Strogow.
— Nie, bracie.
Dwaj dziennikarze zbliżyli się do trupa niedźwiedzia.
— Ślicznie pokrajane! — wywodził Blount.
— Do licha! jak na kupca, władasz pan zbyt pięknie nożem — krzyczał zachwycony Jolivet.
— W Syberji, panowie, trzeba potrafić wszystko, potrochu — rzekł skromnie Strogow.
— A i siostrę masz pan nie od parady! — cmoknął francuz. Gdybym był niedźwiedziem...
Ale już Strogow nie słuchał. Biegł przytrzymać spłoszonego konia, który przemknął śród drzew. Dwa inne sprowadził jamszczyk.
Świtało. Burza przeszła. Jamszczyk skrzywił się, że miast jednego, ma zająć się zaprzęgiem do dwóch wehikułów — z których drugi był przytem tylko dwukolnem siedzeniem, służącem jakimś przybłędom. Ale obietnica książęcego napiwku poprawiła mu żywo humor.
O szóstej nad ranem oba wehikuły wjeżdżały na dwór poczty Ekaterynburga.
Pierwszym napotkanym u wrót był zgubiony nocą jamszczyk dziennikarzy. Wyciągnął on zaraz rękę po napiwek. Gdyby się nie usunął, Anglik poczęstowałby go rodzimym boksem. Ale Jolivet pobiegł za nim ze śmiechem i wręczył mu sute napiwne. Powróciwszy, rzekł do zdziwionego kolegi:
— On ma słuszność. Przybył do umówionego celu. To nie jego wina, że nie zdążyliśmy za nim.
— Ja wytoczę proces temu szelmie! — zawył Anglik.
— Procesy w Rosji! Trwają one za długo. Czy słyszałeś, kolego, o procesie tej mamki, która domagała się, aby jej przyznano zgodnie z umową prawo wykarmienia dziecka pewnego magnata...
— Przegrała?
— Nie! wygrała — wtedy, kiedy dziecko było już generałem huzarów!
Wszyscy roześmieli się. A Jolivet odszedłszy na stronę, zapisał sobie notatkę dla encyklopedji.
„Tieliega“ — wehikuł rosyjski, wyjeżdżający na czterech kołach, a przybywający na dwóch.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.