Kurjer carski/Część pierwsza/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część I
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.


Brat i siostra.


Oba nakazy, jakkolwiek brzmiały posępnie, miały słuszną podstawę. Jeżeli Iwan Ogarew nie wyjechał jeszcze, to artykuł pierwszy przeszkodzi zdrajcy połączyć się z Feofar–chanem. Drugi rozpędzał zbiorowisko mongołów, podatne do buntu i do szpiegowania na rzecz najeźdźców.
Ale oba były ciosem dla bywalców jarmarku. Pierwszy zakaz więził formalnie tych, którzy zjechali do N. Nowgorodu przygodnie i na krótko. Drugi rozkaz ogromnej rzeszy ludzi, żyjących z dnia na dzień, wydzierał zarobek na jarmarku, a nadto, wobec zamknięcia przez front uralski granic Syberji, odpychał ich na południe, kędy oczy poniosą, na odległe i utrudnione szlaki powrotu do miejsc rodzinnych przez morze Kaspijskie, Persję lub Turcję.
Ale obecność agentów policji i kozaków głuszyła rwący się z duszy tłumów krzyk protestu. Rozpoczęło się gorączkowe zwijanie namiotów; zamilkły śpiewy; ładowano towary na wozy. Ustępowali z placu biedni Cyganie. Rozbierano budy cyrkowe sztukmistrzów. Żołnierze z bagnetami na karabinach pomagali kolbami opóźniającym się. Gwarna arena jarmarku ku wieczorowi miała zamienić się w pustynię.
Strogowa, obecnego przy początkach ewakuacji, uderzyła pewna okoliczność. Jakim sposobem w czorajszy cygan przewidział dekret?! Albowiem jasnem było, że wyraz „ojciec“ w gwarze cygańskiej pokrywał inny termin: „cesarz“. Oto nieuchwytni szpiegowie! — myślał. Miał wrażenie, że dekret cesarski zdawał się być tamtym, rozmawiającym wczoraj o zmroku, raczej na rękę...
Ale nie zastanawiał się nad tem dłużej. Pochłonęła go naraz myśl inna — o Liwoniance. Biedne dziecko! musiał przeć ją jakiś niezmiernie ważny powód do tej podróży....
A teraz droga do Irkucka była dla niej zamknięta. Gdybyż mógł jej przyjść z pomocą...
Błysnęła mu nowa myśl. W gruncie rzeczy mógł jej pomódz, nie narażając całkiem swojej misji. Przeciwnie jej towarzystwo w podróży dawało się doskonale wykorzystać. Człowiek samotny narażał się na podejrzenia w drodze o tak burzliwym czasie. Ale któżby wątpił, że ten, kto podróżuje z kobietą, jest tym, za kogo się wydaje — istotnym kupcem Irkuckim, Korpanowym?!
Rozpoczął ponownie gorączkowe poszukiwania zaniechane wczoraj. Ponieważ nieznajoma miała, jak i on, jechać przez Perm, a mogła nie wiedzieć jeszcze o dekrecie, spodziewał się znaleźć ją na przystani. Przebiegł most ruchomy, położony na łodziach. Nie było jej tam, jak nie było jej śród tumultu na placu jarmarku. Ale musiała być w mieście, z którego przecież wyjść nie mogła. Zachodził do mnóstwa zajazdów — nadaremnie!
Była godzina jedenasta. Miał jeszcze godzinę na poszukiwania. Przyszło mu na myśl, że nieznajoma może być w biurze policji. Wszakże i on winien był tam uzyskać wizę. Dotyczyło to mnóstwa innych. Jakkolwiek dekret wyrzucał za obręb guberni wszystkich przyjezdnych pochodzenia Azjatyckiego w ciągu 24 godzin, rząd nie oszczędzał im martyrologji wyjednania sobie w tak krótkim czasie przepustek. Chodziło o kontrolę nad wyjezdnymi, przyczem spodziewano się złowić nie jednego szpiega. Tedy w biurze policji był olbrzymi natłok nieszczęsnych, którzy godzinami wystawać musieli w oczekiwaniu wizy. Znaczny „kupiec Irkucki“ spodziewał się przecie, że będzie szybko dopuszczony przed oblicze samego szefa policji, zwłaszcza, że miał czem pomazać pośredniczące przy wstępie do niego ręce podkomendnych.
Na ławce w poczekalni ujrzał kobietę, pochyloną przygnębieniem, z twarzą, pełną rozpaczy. To była jego Liwonianka. Odmówiono jej wizy, jako poddanej rosyjskiej. Jej specjalne upoważnienie do podróży syberyjskiej traciło moc wobec surowości dekretu, rozciągającego się na wszystkich Rosjan europejskich.
Kiedy zobaczyła go przed sobą, strzelił z oczu jej błysk nadziei. Szła ku niemu, aby poskarżyć się, szukać pomocy. Ale w tej–że chwili agent policji położył dłoń na ramieniu Strogowa: „Szef policji czeka na pana!“
Widząc, że znikną! we drzwiach, opadła beznadziejnie na ławkę. Ale jeszcze nie upłynęły trzy minuty, a Michał Strogow pojawił się znowu w towarzystwie agenta policji. W ręku trzymał „podorożną“, która otwierała mu wszystkie drogi Syberji.
— Zbliżył się do Liwonianki i, wyciągając do niej rękę, rzekł:
— Siostro!
Zrozumiała. Powstała natychmiast, aby obecnemu przy rozmowie agentowi nie dać powodu do podejrzeń.
— Siostrzyczko! — powtórzył Strogow — Policmajster upoważnił nas oboje do powrotu do Irkucka zwykłą drogą. Czy pojedziesz zemną?
— Oczywiście, braciszku! — odparła, podając mu rękę z wdzięcznym uśmiechem.
I oboje opuścili dom policyjny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.