Kurjer carski/Część druga/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Kurjer carski
Data wydania 1926
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Drukarz Drukarnia Bankowa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Michel Strogoff. Le courier du tzar.
Źródło Skany na commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
Noc z dnia 5 na 6 Października.

Zdrajca wypracował swój plan niezmiernie chytrze. Zmodyfikował go w pewnych szczegółach korzystniej jeszcze dla niespodziewanego po długiej przerwie szturmu, bądź powziąwszy pewne wiadomości o planach Wielko-Książęcych rozstawienia garnizonu, bądź popychając nieznacznie Księcia na błędne tory obserwacjami, które odpowiadały pozornym ruchom Tatarów, maskującym skryte cugi, dyktowane przez niego wspólnikom, bądź wreszcie stosując się do warunków chwili. Te sprzyjały zamysłom zdrajcy. W oznaczoną noc mur lodu poruszył się na rzece — lód topniał i spływał — dostęp od strony Angary był lżejszy.
Ogarew czuwał tajnie w ciemnej sali pałacu przed oknem, pod którem obszerny taras zbiegał ku rzece.
Obserwował pozycje obrony i zrozumiale dlań sygnały świetlne w ruchach oblężniczych. Czekano tam umówionego hasła, które miało i mogło wyjść tylko od niego.
Ktoś zapukał do drzwi jego pokoju, ozwał się głos: „Michale Strogow!“ Wzywano go do W. Księcia dla porady, gdyż W. Książę nie tylko obdarzył go pełną ufnością, lecz nadomiar przejęty był podziwem dla mądrych wskazówek „gońca“, co znał z doświadczeń życia i niewoli Tatarów, którym potrafił się wymknąć. „Jego zdrowy rozum chłopski — mawiał do oficerów sztabu — wart jest naszej nauki strategji. Radzę się go w ważnych wypadkach.“
Ogarew zmilczał na wołanie. Cóż miał do powiedzenia księciu, skoro już wszystko ułożyło się zgodnie z jego planami. Ogromne siły przerzucono na punkty dalekie od portu „Bolszaja“, które Feofar pozornie zaatakował gwałtownie wszystkiemi siłami. Adjutant odszedł od drzwi, poszedł donieść Księciu, że Strogowa niema w pałacu.
Był zmrok — biła godzina druga w nocy. Ogarew przez parterowe okno zsunął się na taras. Szedł ku rzece. Wyjął z kieszeni hubkę. Skrzesał ogień — rzucił na wody. Buchnęły płomienie... Bowiem to z rozkazu Ogarewa od dwóch dni Tatarzy wypompowywali z olbrzymich rezerwoarów pomiędzy Poszańskiem a miastem strugi nafty, które rozlewały się po rzece na prawo i na lewo i zbliżały się do miasta.
Angara, pokryta warstwą nafty, miała przynieść sama, szerzącym się słupem niebieskawego ognia, wrzącą fontanną, kolosalnemi Zawojami dymu, miotającego iskry — niszczący pożar na przedmieścia skazanego na rzeź i zgubę miasta.
— Nakoniec! — wyrzekł z trjumfem Ogarew.
Pożar był hasłem. Od północy i południa Irkucka waliły armaty tatarskie. Obrońcy odpowiadali zaciekle na szturm, reżyserowany umiejętnie, zdający się groźnym, maskujący doskonale inne, w cichości i okolnie przedsiębrane pod przykryciem nocy, ruchy oblegających, sunące od obu brzegów Angary dwiema kolumnami. Dzwoniły teraz wszystkie cerkwie, głosząc przerażonej ludności niespodziewany pożar, zajmujący domy nadbrzeżne...
Ogarew cichaczem powrócił do swego pokoju. Oczekiwał chwili wejścia sojuszników do miasta, by z nimi się połączyć — osaczyć W. Księcia i głowę jego rzucić na piki tatarskie. Chwila triumfu i marzonej zdawna zemsty!
Ale gdy otworzył drzwi, wślizgnęła się za nim w pomroce postać kobieca.
— A, Sangarra! — zawołał radośnie.
Lecz to nie była Sangarra. To była Nadja.

............

Pamiętamy krzyk oświetlonego naraz niebieskawym ogniem Strogowa, wyciągającego dłoń na płycie lodowej ku miastu. Temu krzykowi towarzyszył krzyk Nadji. To od krzesiwa zdrajcy zapłonęła Angara... Nadja dojrzała jego twarz okrutną i szpetną w nagłym błysku ognia...
Strogow pochwycił ją w ramiona. Poczuł gorący powiew i zapach charakterystyczny płonącej nafty, wiedział, że ogień idzie sferą powietrzną i wrzenie wody nie rozpościera się głęboko. Objął silnemi ramiony Nadję — nurkował — płynął z nią pod wodą — tam nieco dalej kry spłynęły — była przestrzeń wolna — wynurzył się — jeszcze chwilę płynęli oboje — wyszli na brzeg.
Stał się cud. Strogow był u celu. Stopą dotykał upragnionej ziemi Irkucka.
— Do pałacu gubernatora! — krzyknęła Nadja. Widziała wchodzącego w podwoje Ogarewa. Biegła za nim, niepomna sobie — niepomna w gniewie, że ślepiec ledwo za nią podążyć może, nie znając kierunku...
Przed pałacem była pustka. Oficerowie, służba, wszystko pobiegło tam, gdzie był pożar — gdzie wzywano ratunku.

............

— Iwanie Ogarew! — krzyknęła Nadja.
Zdrajca drgnął. Kto go nazwał tutaj prawdziwem imieniem? Kto go znał? Czyj był ten obcy głos?
Miał jedno ocalenie. Zabić istotę, która poraz drugi i trzeci rzucała mu to jedno w twarz: „Iwanie Ogarew!“ — które tu znaczyło: zdrajca!
Wyciągnął puginał — i ona miała nóż w ręku. Ale on go wytrącił. Już ją przyparł do ściany — widział jej twarz przerażoną w czerwonym blasku, który zaglądał od łun pożaru przez okno — ugodzi ją wnet śmiertelnie.
— Michale! — krzyknęła...
A on słyszał jej krzyk. Widać tym krzykiem się kierował. Bowiem już był w sali. Już stanął pomiędzy zbrodniarzem i ofiarą, — jako ongi stanął między tą samą Nadją a niedźwiedziem gór Uralu!
— Nie lękaj się! — rzekł do niej.
— Strzeż się! On ma broń!...
— On widzi. A ty nie!... — wołała przerażona.
Ale ślepiec rzucił widzącego na podłogę. I on także miał nóż w ręku.
Cóż to znaczy?! Ogarew powstał drwiący. Poznał Strogowa. Z oślepionym załatwi się w moment.
— Zamknij drzwi, Nadziu! Nie wołaj nikogo! Goniec cesarski nie potrzebuje pomocy. Da sobie sam radę z nędznikiem. No, podejdź, łotrze, jeżeli śmiesz!...
Ogarew skradał się, jak tygrys. Stąpał cicho. Nie wyda się szmerem. Zajdzie ślepca niespodzianie z tyłu. Miał długi krzywy puginał. Tamten miał tylko krótki nóż syberyjski... Nadja struchlała. Czyż można było nie przewidzieć rezultatu boju w tak nierównych warunkach?
Ale ręce skrzyżowawszy na piersi, bez tchu śledząc walkę, zdumiona spostrzegała, że ślepiec brał górę nad widzącym, gorzej zbrojny nad zbrojnym lepiej, lew nad tygrysem. Lew był spokojny. Tygrys wściekły. Daremnie mierzył między oczy ślepca. Nóż odbijał szpadę.
Ogarew drgnął. Zimny pot toczył mu się z czoła, pod którem nagle zalśniła błyskawica myśli.
— Ależ on widzi! — krzyknął...
I skulił się ze strachu przed tą myślą i padł. I odtoczył się skurczony w daleki kąt sali. Przed nim — stał wyprostowany — posągowy Strogow.
— Posąg ślepca poruszył się.. Szedł ku niemu:
— Tak! widzę... widzę krychę od knuta, którym naznaczyłem cię do śmierci. Broń życia. Nikczemniku godny wzgardy — oficer ofiaruje ci pojedynek, bo byłeś oficerem rosyjskim, jak ja... Mój nóż wystarczy przeciw twojej szpadzie.
— Mój Boże! on widzi? Czy to możliwe?! — krzyknęła Nadja.
A przed jej oczyma skrzyżowały się szabla i nóż. Ogarew ochłonął — wyciągnął szablę — szabla zagórować musi nad nożem. Jednak stal krótkiego noża trafiła z trzaskiem, potężnie, w stal długiej szabli.
Szabla, wytrącona z rąk niegodnych, furknęła w powietrzu, upadła z brzękiem na posadzkę — nóż syberyjskiego myśliwca trafił w pierś zdrajcy.
Ogarew legł martwy.
W tej samej chwili drzwi się rozwarły. Na czele świty wszedł W. książę.
— Kto zabił tego człowieka? — spytał groźnie.
— Ja! — odparł Michał Strogow.
Oficer przyłożył lufę rewolweru do skroni zabójcy, gotów wypalić na rozkaz książęcy.
— Twoje imię? — spytał W. książę.
— Wasza Książęca Mość niech spyta raczej o imię zabitego.
— Znam je! To wierny sługa mego brata. To goniec cesarski.
— Nie! to Iwan Ogarew! To zdrajca!
— Iwan Ogarew — on?! A tyś kto?
— Michał Strogow!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.