Kunigas/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kunigas
Podtytuł Powieść z podań litewskich
Data wydania 1882
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.



Poczynała się wiosna, słońce dobrze przygrzewało. Na folwarku w Pynaufeldzie, po spoczynku zimowym, panował ruch i czynność nadzwyczajna. Stary Dietrich, który do pracowitego chłopa był podobniejszy, niż do rycerskich przodków, którymi się chlubił, w kożuszku krótkim, w butach po kolana, w czapce futrzanéj dla łyséj głowy, z przekleństwem w bezzębnych ustach, zwijał się z żywością nad wiek jego rozgorączkowaną, naganiając nie tylko parobków, ale i dwu synów, drabów dorosłych, silnych i nie mniéj od ojca zajadłych do gospodarstwa.
Wiosna postępowała nader szybko, nie można się było jéj dać wyprzedzić. Potrzeba było na gwałt siać, rolę poruszać, łąki opatrywać, szkody przez wody Nogatu poczynione naprawić, ogrodzenia zniszczone na nowo podnosić i wzmacniać.
Człek to był osobliwy, ten stary Dietrich von Pynau, który się tu ważył kędyś z nad Renu... straciwszy wprzódy ojcowiznę i nie mogąc już dla waśni a nieprzyjaciół na swych śmieciach wysiedzieć.
Naturę miał ognistą, niepomiarkowaną, zawsze zbytkującą we wszystkiém. Młodość spędził nader burzliwie: napadał po gościńcach, więził kupców, tłukł się ze wszystkimi sąsiadami, żonę wziął, z mieczem w ręku się o nią dobijając i z woza ją na gościńcu porwawszy. Dokazywał tak, że w końcu wszyscy się nań naposiedli; burg jego trzymano, jak w oblężeniu; wyskakiwał z niego, siekąc i łupiąc sąsiadów...
W końcu i jemu już samemu uprzykrzyło się to nędzne życie. Zubożał, postarzał; gdyby nie żona i synowie, najprędzéj-by był gdzie mnichem został. Gdy już nie wiedział co poczynać z sobą, zasłyszał o Zakonie, o podbitych ziemiach, które lennem dawano za małą opłatą i służbą; rozgorzała mu zawsze szalona pałka, zbył się za bezcen pozostałości i pociągnął do Prus.
Miał za sobą listy tych, co się warchoła z domu pozbyć chcieli. Przybysz z Niemiec Krzyżakom był pożądany: on jeden z pierwszych się zgłaszał, postawa za nim świadczyła, że się nie lękał niczego, a na wszystko był gotów; wydzielono mu znaczny kawał ziemi pod Malborgiem.
Dietrich, jak był szalonym niegdyś zbójem-rycerzem, tak równie namiętnie rzucił się do gospodarstwa. Zakon dostarczał, czego na początek brakło. On i synowie z kilku pościąganymi szwabami błędnymi, wzięli się do zakładania nowego Pynau. Ziemia okazała się dziewiczą, żyzną, wdzięczną; w pierwszych latach płody dała cudowne, o sprzedanie ich nie było trudno. Dostatek niespodziany wzmógł przedsiębiorczego ducha. Dwaj synowie starego Dietricha, prawdziwa krew jego, pomagali mu dzielnie.
Lecz téż w Pynaufeldzie, oprócz tego, co grosz jaki dawało, o niczém słyszéć nie było można.
Stara matka ze starą sługą składały całą żeńską ludność domu. Te téż miały wiele do czynienia, i o rycerskich obyczajach zapomniéć musiały.
Wieczorem, gdy do wielkiego stołu zasiedli mieszkańcy Pynau, a z nimi milczący i blady Jerzy, o niczém nie mówiono, tylko o polach, nowinach, zbożu, sianie, bydle, a rzadko nawet o łowach.
Piotr i Paweł, synowie starego, do niego podobni, czasem się pokusili ze psy — ale chyba, gdy już nic innego do roboty i dozorowania nie było.
Pracowici Pynauowie jedli i pili téż, jak parobcy.
Gruby obyczaj w domu panował, a przekleństw i łajania można się było do syta nasłuchać.
Stary, gdy z pola przyniósł gniew, nie wahał się go, oprócz sług, i na żonę wywierać. Ta mu nie skąpiła odpowiedzi. Synom, choć dorosłym, kijem się czasem dostawało. Spokoju w domu prawie nigdy nie było; a gdy we święta musiano spoczywać, zabawa niekiedy gorszą bywała od najcięższéj pracy i kończyła się upojeniem i guzami.
Pynau, winien będąc ten nowy byt swój Zakonowi, szanował go, jak Pana, którego był lennikiem. Gdy mu Bernard oznajmił, że chorego młodzieńca, wychowańca Zakonu, oddają mu dla pokrzepienia; Dietrich zaklął się, iż nad nim czuwać będzie, jak nad własném dzieckiem, — co nie wiele obiecywało — a oprócz tego poprzysiągł, że stara musi go karmić najlepszemi kąskami, że mu tu na niczém nie zbraknie. Piotr i Paweł podejmowali się go zabawiać. Wyznaczono mu izbę jasną, dano łóżko wygodne... słowem, miało mu tu być, jak w raju.
Szwentas zostawał dla dozoru.
W pierwszych zaraz dniach Pynauowie spostrzegli, że nieśmiały, milczący chłopak w ich życiu nie smakował, a im natarczywiéj mu się starali przysługiwać, tém jakoś stawał się płochliwszym i chmurniejszym.
Po cichym żywocie klasztornym, to piekło w istocie było dla Jerzego nieznośne; a jeśli co mogło w nim nienawiść do Niemców rozbudzić, to widok tego domu, w którym złe i dobre wrzało ciągle, jak w garnku.
Napróżno usiłowawszy przez czas jakiś zjednać sobie Jerzego i skłonić go do przejęcia swego obyczaju, w końcu dzikość złożyli na chorobę i dali mu pokój. Zostawiono mu swobodę niemal zupełną, a tego tylko było mu potrzeba.
Wchodził, wychodził, wyjeżdżał ze Szwentasem, kiedy i jak mu się podobało. Patrzano nań z ciekawością i podziwieniem, ale zaczepiano już ostrożniéj, aby mu się nie naprzykrzać.
W niedzielę i święta, szaraczkowe płaszcze z Malborga wykradały się czasem na pijatykę i kości do Pynauów; zapraszano na te gody Jerzego, ale niechętnie przychodził.
Szwentas u niego po całych dniach, opatrzywszy konie, siadywał u progu na ziemi i uczył go po cichu litewskiéj mowy.
Szeptali, naradzając się, coby tu począć, aby się wyrwać z niewoli.
Tymczasem zima przechodziła i wiosna się oznajmowała. Była w początkach niestałą, zaglądała i odchodziła... Korzystał z każdego jaśniejszego dnia Jerzy do przejażdżek. Szwentas czasem jechał za nim, niekiedy puszczał samego.
Chłopak z kolei kierował się w różne strony jakby dla poznania okolicy, i ośmieliwszy się, odjeżdżał dosyć daleko. Najdłużéj odwagi mu brakło zbliżyć się do Malborga, na który codzień patrzał i tu mu się najłatwiéj dostać było, ale strach go jakiś ogarniał. Bał się, aby go kto nie zobaczył, nie doniósł, i aby go znowu nie zabrano na Zamek.
W ciągu zimy, Bernard, dla przekonania się, jak tam jego wychowańcowi się działo, zaglądał kilka razy do Pynaufeldu... Widział Jerzego zdrowszym, ale równie, jak był, smutnym i milczącym; pozwalał mu więc zwolna się tu pokrzepiać wiejskiém powietrzem.
Zimową porą wszyscy trzéj Pynauowie mieli go więcéj na oku; z wiosną we dworze mało kto zostawał. Jerzy był zupełnie swobodny ze Szwentasem i mogli zajmować się, czém chcieli.
To jednak, czego obaj pragnęli najmocniéj — wyrwanie się z rąk Krzyżaków, pomimo wielkiéj świadomości kraju Szwentasa, było tak trudném, iż dotąd ani pomyśléć nie mogli, jakby to uskutecznić. Parobek ważył-by się sam na to, bo mu z jego powierzchownością łatwo było przebranemu się przesunąć, a złapanemu wyślizgnąć, lub wytłómaczyć. Jerzego młodość, postawa, niedoświadczenie, żywość — oczy nań zwracały i podejrzenia.
Samotność ze Szwentasem na folwarku Pynaufeldzkim podziałała na młodego chłopaka tak, że coraz ciekawszym był i niecierpliwszym oglądania Litwy, a nienawiść ku Niemcom opowiadaniami towarzysza wzrosła i rozgorzała.
Naglił na niego o wyzwolenie, które tamten w różny sposób przeciągał i odkładał.
Stan zawojowanych posiadłości Pruskich czynił przebycie ich dla podróżnych niezmiernie trudném. Ucieczka Jerzego natychmiast-by musiała być postrzeżoną, hasło do poszukiwania dane wszystkim Komturom. Mieszkańców dawnych, Prusaków, było mało; po drogach i miastach a gródkach koloniści niemieccy. Czuwanie nad włóczęgami i przechodniami, z powodu wciskających się szpiegów z Polski, będącéj w wojnie z Zakonem, Litwy, która pory do napaści upatrywała, troskliwe było i wielkie.
Gródki Krzyżackie stały na wszystkich drogach, a lasami bezdrożnemi przerzynać się nie było bezpiecznie, dla rozbójników pogan, których niedobitki się w nich tułały.
Szwentas, choć nie rozpaczał, że się może uda chwilę upatrzyć dogodną, zwłóczył i wymawiał się.
Jerzy tęsknił, sam dobrze nie wiedząc za czém; Litwę miał w sercu i na oczach ciągle, młodość go pędziła do czynu, życie bez celu męczyło go.
Jednego wieczoru, będąc w tém usposobieniu gorączkowém, sam jeden konno wybrał się na przejażdżkę. Szwentas stał w bramie; zapytał go, dokąd jechać myśli? Jerzy popatrzał wkoło, nie wiedząc, co odpowiedziéć. W oddaleniu wieże zamku Malborskiego widać było. Ściągnął konia, podumał chwilkę, potém skoczył z niego i oddał cugle Szwentasowi.
— Pójdę pieszo — rzekł kapryśnie — będę swobodniejszy.
Nic nie mówiąc, parobek odebrał konia. Jerzy puścił się ku miastu. Znał on je trochę dawniéj, bo i z Wysokiego Zamku przypatrywał mu się, i dawniéj nieraz się tam z kim wymykać pozwalano. Dla czego właśnie dnia tego przyszła mu fantazya zajść do miasta, sam on nie wiedział. Drożyna dosyć błotnista, ponad którą rosły karłowate wierzby, krzaki, prowadziła na przedmieście. Była ona teraz pustą i Jerzy, prędko idąc, ani się opatrzył, jak stanął u pierwszych domóstw drewnianych, otoczonych ogrodami. Ulic tu jeszcze nie było wytkniętych porządnie, każdy się jak chciał budował i rozkładał. Za domostwami kolonistów rolników, powoli zaczęły się ukazywać kuźnie, mieszkania rękodzielników, warsztaty, domy ze sklepikami, których okiennice za stoły do sprzedaży służyły. Ubiór Jerzego, który prostą czarną miał suknią na sobie bez żadnéj oznaki, jakich się tu codzień mnóztwo przewijało, oczu na niego nie zwracał. Mógł więc swobodnie puścić się w głąb’ miasta, ku targowicy i kościołowi.
Co go tam wiodło, sam się może nie przyznawał przed sobą. Opowiadania Rymosa o domu pani Gmundy i o pięknéj Baniucie, któréj był oddawna ciekawym, prowadziły go w stronę, w któréj stał dworek jéj. Miał jakąś nadzieję, że może litewskie dziewczę zobaczy.
Znał położenie domu, a Rymos mówił mu o furcie, przy któréj stawał. Z dala kołując, Jerzy powoli zbliżył się ku ogrodzeniu, a zobaczywszy konie i pachołków przy nich, począł upatrywać Rymosa. Był prawie pewien, że musi go tu znaléźć. Młodość ma czasem takie jasnowidzenia niechybne.
W istocie Rymos leżał pod parkanem, pochylony ku niemu, ale Jerzego nie widział, ani nawet poznał i domyślił się, gdy się przybliżył. Zadrgało serce nadchodzącemu, gdy posłyszał cicho nuconą pieśń litewską.
Leżący na ziemi chłopak oczom swym wierzyć nie chciał, gdy, uderzywszy go w plecy, Jerzy po imieniu zawołał nań.
Schwycił się na nogi, lecz, zobaczywszy Kunigasa przed sobą, naprzód przez otwór w parkanie zawołał do Baniuty:
— Kunigas!
Za płotem zaszeleściało żywo i w téj-że chwili dziewczę, już się na parkan wdrapawszy, ciekawemi oczyma szukało zapowiedzianego, o którym słyszało tyle.
Instynktem Jerzy podniósł głowę i w chwili, gdy Baniuta w całym blasku swéj dziewiczéj piękności, z wiankiem na skroni, z rumieńcem na licach, ukazała się w górze, oczy Kunigasa już jéj szukały.
Oboje, zobaczywszy się, trwali długo zaniemieli, podziwiając się wzajemnie. Ani Baniuta nie spuściła wzroku, ni Jerzy nie zadrżał przed jéj oczyma. Chciwie poili się tak sobą... a Rymos, który z dołu im się przyglądał, także stał osłupiały, trochę wylękły, a może zazdrosny.
Na Jerzym ta istota żywa, jakiéj nigdy jeszcze nie spotkał, ani oglądał z tak blizka, ta siostra po krwi, tak cudnie piękna, uczyniła wrażenie niewysłowione. — Zdawało mu się, że gdzieś ją widział już, że była dla niego przeznaczoną — coś niezwyciężonego ciągnęło go ku niéj.
Baniuta równie była nim zachwycona; radość malowała się w jéj oczach i uśmiechu. Jak dziecię, co kłamać nie umié, ani myśli, wyciągnęła rączki ku niemu... pochyliła się i, choć nie mówiła nic, cała jéj postać powiedziała: Weź mnie! chodźmy!
W Jerzym zachwyt mieszał się ze strachem, dreszcze przechodziły po nim, oglądał się dokoła. Wszystkie zwodnych cór szatana obrazy przychodziły mu na pamięć... ale to była Litwinka, pół-dziecię, sierota, wygnanka.
Rymos, przedłużoném milczeniem obojga przelękły, targnął Kunigasa za suknią. Baniucie pokazał parkan i miejsce, które niedawno zajmował. Tu otwór sobie do rozmowy i śpiewu zrobili. Jerzy mógł zobaczyć ją zblizka... Pierwsza dziewczyna zrozumiała to i ze zwinnością jaszczurki zsunęła się na dół. Jerzy już na nią czekał. Rymos z pokorą, konie swe ująwszy, ustąpił na kilka kroków z niemi.
Dzięki Szwentasowi, Jerzy się mógł rozmówić po litewsku. Zapomniany język, jak zagrzebane ziarno, dobył się z głębin jakichś, w których spoczywał.
Któż tę rozmowę, podobną do gruchania młodych gołębi, powtórzy? I byłaż to rozmowa? Nie wiem. Składały się na nią śmiechy, półwyrazy, dźwięki niby ptasie, nucenia ledwie ludzkie, wejrzenia, które zastępowały téj muzyki słowa.
Coś dzikiego było, źwierzęcego może, w téj wymianie wrażeń pół-zmysłowych, pół-dusznych, nieokiełznanych niczém, oprócz wstydliwości dziewiczéj i nieśmiałości niedoświadczonego chłopięcia. Dziewczę prostowało się, chciało być piękném, podrzucało główkę, wyginało się, jak ptaszę siedzące na gałązce... białe ząbki, niebieskie oczki i te ruchy wdzięczne, a dla Jerzego nowe, czarujące, w początku zastępowały słowa...
— Kunigas! — powtarzała Baniuta.
Jerzy głową potwierdzał. Imię jéj wiedział i szeptał je z cicha... Śmiała się imieniowi swojemu w jego ustach. Rumieniła się, nie wiedziała co począć... przyszła jéj myśl jakaś i nagle półgłosem nucić zaczęła piosnkę litewską.
Chłopak słuchał zachwycony.
— „Tam w ogródku kwitnie macierzanka, tam w ogródku tymianek zakwita; a gdzie się nasza siostra obróciła, tam najśliczniejsze wyrastały kwiatki“.
„Zieloną łąką przechodzi dziewczyna, dziewiczy wianek w białych rączkach trzyma. Wianku mój ciemny, wianeczku ruciany, daleko ze mną pójdziesz ztąd, daleko!“
„Bądź-że mi, matko moja, bądź mi zdrowa! Ojcze mój drogi, bądź mi ojcze zdrowy! zdrowi bywajcie, mili bracia  moi! siostry kochane bywajcie mi zdrowe!...“
Tęskną tę piosnkę nucąc dziewczę zaszlochało. Jerzemu ogień uderzył do głowy...
— Nie żegnajcie! — przerwał — wrócimy do nich!
Spojrzała nań.
— Nie! nam tu ginąć w ich szponach! — westchnęła.
— Ja was wybawię od nich! — przerwał Jerzy z dumą młodzieńczą, sam nie wiedząc, co mu dawało tę pewność ocalenia.
Baniuta przysunęła się ku otworowi w parkanie.
— Jak? — spytała.
Lecz Jerzy wśród natłoku myśli na odpowiedź zebrać się nie mógł. Pochylił się ku niéj.
— Uciekniemy — rzekł — ja was ztąd zabiorę...
Wyrzekł to z taką pewnością, iż uśmiech i promień szczęścia na twarz dzieweczki wywołał.
Podniosła ręce z wyrazem wdzięczności.
Rozmowa byłaby teraz szła może żywiéj, gdyby Rymos nie syknął i nie dał znaku. Jerzy zerwał się z ziemi i, zobaczywszy nadchodzącego Siegfrieda z dwoma rozweselonymi towarzyszami, co prędzéj zbiedz musiał za załom ogrodzenia.
Baniuta znikła; Krzyżacy podśpiewując, siadali na konie, Rymos im podawał strzemiona. Nadchodził wieczór, gwiazdy zaczynały pokazywać się na niebiosach. Jerzy, już nie śmiejąc powracać do parkanu, musiał co prędzéj puścić się z powrotem do Pynaufeldu.
Szedł, jak nigdy czując się silnym, pełnym życia i jakichś niewysłowionych, błogich nadziei. Jak ten, co się wpatrzył w blask długo, oślepiony jest i niesie w oczach pochłonięte jego promienie, tak on ciągle miał przed sobą obraz pięknéj Baniuty.
Nowe życie wstąpiło w niego... Wczoraj marzył o ucieczce dla siebie tylko, teraz musiał myśléć o zabraniu tego skarbu z sobą. Bez niéj, cóżby mu było po swobodzie?
Prawie sam nie wiedząc jak, wpadł znowu przez przedmieścia na drożynę i śpiesznym krokiem pobiegł do folwarku. Jakkolwiek podwajał kroku, już noc prawie była, gdy nareszcie znalazł się w Pynau, gdzie Szwentas niespokojny czekał na niego we wrotach, a w izbie siadano do wieczerzy, krzykliwie, jak zwykle, czyniąc przypuszczenia, gdzie się mógł chłopak obłąkać, który pieszo się puścił, a tak do późna nie wracał? Obawiano się jakiego przypadku.
Zjawienie się w progu Jerzego młodzi Pynauowie powitali wesołym śmiechem, a stary gdéraniem i pytaniami, co się mu stało, iż na czas nie wrócił.
Chłopak musiał kłamać dosyć niezręcznie. Nie myślał się przyznawać wcale do wycieczki ku miastu; skłamał więc, że po-nad błotami w zaroślach obłąkawszy się, drogi nazad nie mógł łatwo wyszukać.
Być może, iż mu nie spełna uwierzono, lecz Dietrich nie chciał naciskać, młodzi się uśmiechali szydersko i Jerzy siadł z nimi do wieczerzy.
Rozmowa wkrótce zwróciła się do spraw gospodarskich, wołów i koni, a gość mógł się niepostrzeżony wymknąć do swéj izby, gdzie nań Szwentas oczekiwał.
Przed nim także Jerzy się nie myślał przyznawać do tego, co widział i jakie na nim wrażenie robiło dziewczę; wspomniał tylko, że za miastem Rymosa spotkał.
— Słuchaj, Szwentas! — rzekł — jeżeli to prawda, co mi powiadasz codzień, że tęsknisz do swoich, a mnie do nich chcesz dopomódz, nie zwódź-że; myśl o tém, poczynaj, bo ja szaleństwo jakie zrobię i głową gotów-em nałożyć.
Szwentas westchnął ciężko.
— Dopóki ja tu na folwarku jestem — dodał — ujść mi łatwiéj. Gdyby mnie, jak dziś, którego wieczora nie stało, długo czekać będą, potém poślą szukać, czy mnie źwierz dziki nie zadrapał. Ucieczka im do głowy nie przyjdzie prędko, a my będziemy mieli czas... ubiedz kawał drogi.
Późniéj, gdy mnie i ciebie na Zamek wsadzą — ztamtąd, gdyby się i udało, wnet wrzawa powstanie i pogoń wyprawią.
Szwentas potakiwał, ale ręce łamał.
Miał on od dawna myśl, którą w sobie żywił, nie śmiejąc jéj wypowiedziéć jeszcze. Chciał wprzódy przygotować się i rozpatrzéć, czy-by się wykonać nie dała. Ucieczka lądem była prawie niemożliwą; Szwentas myślał o dużéj łodzi, którą-by nocą Nogatem puścić się można i, dostawszy do morza, u brzegów jego żeglując, przybić do Litewskiéj ziemi.
Lecz on sam z łodzią i wiosłami od dawna nie miał do czynienia, wód i ich ujść zaledwie słabo z opowiadań cudzych tworzył sobie pojęcie...
A jednak to mu się zdawało, przy pomocy losu, w który wierzył, najzbawienniejszém i jedyném. Pływał jak ryba, i jak każdy półdziki człowiek, który się uczyć tego nie potrzebuje; zdało mu się naturalném, że i Jerzy umiéć to musiał... Ratować się więc mogli zawsze, a ucieczka wodą nie łatwą była do wyśledzenia...
Chodził z tém Szwentas nad Nogat, upatrując zawczasu, gdzieby dobrą łódź mógł sobie przywłaszczyć, bo o nabyciu jéj innym sposobem nie mogło być mowy.
Dopóki jednak nie czuł się pewnym swego, Jerzemu nie wspomniał o tém wcale. I tym razem wstrzymał się od wyznania.
— Rymosa téż musimy z sobą zabrać — dodał Jerzy, przynaglając — myśl i o nim.
— Kto wié — szepnął — może nam jeszcze kogo trzeba będzie ztąd uprowadzić.
Parobek się obruszył.
— Jednemu ciężko, Kunigasiku, — rzekł, — dwóm gorzéj, trzem — to już prawie nie podobna, a czterech ja nie poprowadzę!!
I śmiać się zaczął smutnie.
— O, młodo a pstro! — (juniste, pankiste) — mruczał. — Nie dość wam, że swoję głowę wyniesiecie; Kunigasikowi chce się orszaku zaraz, aby prędzéj wytropili i wszyscy razem zginęli!!
— Jużci we trzech, czy tam wielu — odparł Jerzy — łatwiéj się obronimy.
— Gdy bronić się przyjdzie, — rzekł Szwentas szydersko — lepiéj sobie postronki na szyję pozakładać i samym się powiesić. Zachciało się wam wojować!
Jerzy zmilczał.
— No, Rymos — odezwał się parobek — a czwarty kto?
Jerzy milczał zarumieniony.
Przebiegły stary w tym rumieńcu wszystko, co mu było potrzeba, wyczytał; domyślił się, jakby widział, o kogo chodziło.
— Nie chcecie, to i nie mówcie — począł — bez tego ja wiem. Rymos wam tą dziewką Gmundowéj nabił głowę, alboście ją gdzieś i najrzeli. Młodemu fartuszek na myśli, a u mnie kobieta pustego orzecha nie warta i ja dla żadnéj guza sobie nabić nie dam, ani wam się pozwolę nastawiać.
Spojrzeli sobie w oczy; Szwentas pewnym był, że odgadł.
— Pięknych dziewcząt setkami na Litwie! — dodał.
Nie myślał się ani mu przyznać, ni w rozprawę z nim wdawać Jerzy; nie odrzekł nic na to.
— Jak chcesz, i w jaki-kolwiek bądź sposób — rzekł, odwracając się, — myśl o ucieczce. Nie zechcesz ty, ja sam się rzucę na oślep...
— Szkoda was, bo zginiecie; — spokojnie odezwał się Szwentas. — Trochę cierpliwości, a stary coś wyduma...
— Jutro — dorzucił — ja na Zamek idę.
Nie tłómaczył się; co go tam prowadziło. Szło mu o to w istocie, by się rozpytał, kiedy, dawno zapowiadana potajemnie, wielka wyprawa pójść miała na Litwę. Chciał naprzód o niéj uwiadomić swoich, bo teraz tak zapalczywie Krzyżaków zdradzał, jak dawniéj im służył; potém zdało mu się, że w zamęcie tym, jaki zawsze towarzyszył nagłemu wyciąganiu w pole, łatwiéj im było wymknąć się niepostrzeżonym.
Na wyprawę tę oczekiwano obiecanych z Niemiec i Anglii gości rycerzy. Potajemnie czyniono już przygotowania na ich przyjęcie, a rycerstwo Krzyżackie cieszyło się, bo przybycie obcych było zawsze hasłem nowéj swobody i zupełnego zwolnienia reguły zakonnéj.
Wprawdzie teraźniejszy Mistrz, Luder, zapowiadał ostrzejsze jéj zachowywanie; lecz żadna władza nie mogła w tych chwilach ogólnego zapału pilnować ściśle form, do których goście wcale się nie zastosowywali.
Szwentas wiedział z doświadczenia, co się to dziewało na Zamku w przededniu wielkich wypraw, gdy stoły obsiedli cudzoziemcy i podbudzeni do przyszłéj walki, upojeni podwójnie, jak pszczoły z ula potém puszczali się, pomieszani z rycerstwem zakonném, na rzezie, jak na biesiadę.
Mnogość pachołków i czeladzi różno-języcznéj, zaprzątnienie przyborami do wojny, czyniły wszelką karność niemożliwą, i Zamek nie rychło do ładu jakiegoś powracał.
Z takich dni łatwo było korzystać i wymknąć się z razu niepostrzeżonym, tak, by myślano, iż ci, co znikli, razem poszli z tymi, co się na wojnę wybrali.
Szwentas rachował na to. Niepokoiło go tylko to, że raz był podsłuchał Sylwestra doradzającego Bernardowi, aby chłopca wziął z sobą na przyszłą wycieczkę.
Na Zamku było jeszcze tajemnicą pozorną, kiedy mają goście przybywać i wyprawa być postanowioną; lecz starsi z pewnych oznak wnioskowali, iż to rychło nastąpić było powinno.
Rozkazano owsy do worów zsypane miéć w pogotowiu, solone mięsiwo stało w beczkach odliczone, miód i wino podczaszowie już utoczyli w baryłki podróżne. Izby gościnne myto i oporządzano w Średnim Zamku. W. Mistrz codzień prawie otrzymywał poselstwa jakieś; ludzie obcy przybywali z pismami i znakami.
Ruch, w ogóle większy, niż w téj porze zwykł bywać, postrzegł Szwentas.
Pozorem do dostania się na Zamek był jakiś przybór na konia, który dla Jerzego wydał pomocnik Trapiera. Schwyciwszy tu, co mu widziéć było potrzeba, Szwentas zabierał się do powrotu, gdy na drodze, nieustannie się po Zamku i po wszystkich jego kątach uwijającego, spotkał — Bernarda.
Ten zdziwił się wielce powrotowi parobka i zatrzymał go.
— Jak śmiałeś pana swego opuścić? — zapytał.
— Sam mnie posłał — odpowiedział parobek spokojnie, pokazując wędzidło nowe...
Bernard popatrzył i zachmurzył się.
— Mogliście do czasu i starego zażywać — rzekł — bo rychło was na Zamek sprowadzę. Jerzy zdrowszy jest i silniejszy?
— Albo ja wiem? — począł parobek. — Codzień na niego patrząc, nie widzę zmiany. Stary Dietrich skarży się, że na nim nie widać polepszenia. Mruk, milczący, smutny... jak był, tak i jest do dziś dnia. Z niego nie będzie pociechy.
Pogardliwie słuchał tego Bernard.
— Widać, że i tobie w Pynau zasmakowało — rzekł szydersko.
— Jakby to mnie — odparł parobek — gdzie lepiéj, albo gorzéj być mogło?
Ruszył ramionami. — Chyba ta różnica, że inna ręka w kark tłucze...
Krzyżak odszedł był parę kroków.
— Powiedz panu swojemu, — dodał — żeby się rychło do powrotu sposobił: dosyć już miał swobody; a u Pynauów nic się dobrego nie nauczy.
Szwentas uśmiechnął się.
Ze złą nowiną pośpieszył z powrotem na folwark, ale tu Jerzego nie zastał. Częściéj teraz, niż dawniéj, szczególniéj wieczorami, wymykał się on i pieszo... Miał go w podejrzeniu parobek, lecz milczał.
Dnia tego powrócił Jerzy o zmierzchu, zmęczony i zdyszany, poruszony więcéj niż kiedy. Szwentas leżał u progu, czekając na niego; podniósł się, zobaczywszy go, ze zwykłym sobie uśmieszkiem szyderskim.
— Pozdrowienie wam przyniosłem od Bernarda, — rzekł — bo gdy kogo człowiek nie rad spotkać, pewnie się natknie na niego. Tak i ja. Pytał o wasze zdrowie; powiedziałem, żeście chorzy, ale to pono nie pomoże i na Zamek wkrótce potrzeba będzie powracać.
Jerzemu oczy się zaświeciły.
— Szwentas! — zawołał — nim ta chwila nadejdzie, rób co chcesz, ja ujść muszę.
Nic nie mówiąc, zrezygnowany parobek się na ziemi położył, skurczył, ręce pod głowę zacisnął i westchnął głęboko.
— Słyszałeś? — powtórzył chłopak.
— Kunigasiku! — zamruczał Szwentas — ja to nawet słyszę, czego wy nie mówicie, a chcecie, bym puścił mimo to, co niepotrzebnie tak głośno wykrzykujecie? Szwentas stary zrobi, co może, a wy idźcie spać.
Nazajutrz do dnia parobka we dworze nie było, nie powrócił do obiadu, nie pokazał się do wieczora. Jerzy, jak tylko począć miało zmierzchać, puścił się ku miastu. Wymykał się on tam teraz niemal codziennie, tak, aby u parkanu stanąć o zmroku. Baniuta prawie zawsze nań oczekiwała, czasem się zjawiał Rymos, a wówczas bezpieczniejsi się czuli, bo on straż sprawiał około furty...
W cichych rozmowach z dziewczyną, Jerzy wszystko jéj już wyspowiadał, co wiedział i myślał. Oboje z dziecinną zarozumiałością postanowili uciekać, a było im tém pilniéj, że Baniuta ze łzami w oczach się uskarżała na zuchwałe obchodzenie się z sobą gości, od których Gmunda wcale jéj bronić nie myślała, żalącą się łajała i groziła jéj chłostą.
Jerzemu myśli najzuchwalsze przychodziły do głowy, jakby dziewczę ocalić? Własna ucieczka już nie obchodziła go tyle, co los niebieskookiéj, złotowłoséj Baniuty. Była to pierwsza w życiu jego namiętność, gwałtowna, nie licząca się z niczém. Samo przypuszczenie, iż mu ktoś mógł pochwycić ten skarb, do wściekłości go i szału pobudzało...
Szwentas się ociągał; gotów był go porzucić i sam z nią i Rymosem zbiedz w lasy... a potém?? Sam on nie wiedział, co się stać mogło.
I tego wieczoru, powróciwszy, Jerzy postanowił przynaglić Szwentasa, aby, bądź co bądź, dzień ucieczki naznaczył. Ale parobek wrócił znużony późno bardzo, i na pierwsze słowo Kunigasa, położywszy palec na ustach, szepnął:
— Niezadługo...
Więcéj powiedziéć nie chciał.
Parę dni znowu upłynęło. Jednego popołudnia, gdy we dworze oprócz staréj Dietrichowéj i sługi nikogo nie było, w dziedzińcu konno zjawił się Bernard, który, że pachołka z sobą nie miał, a ludzie wszyscy w polu na robocie byli, dowołać się nie mógł nawet, by mu kto konia potrzymał.
Stara Dietrichowa wyszła z lamentem i pokłonem, tłómacząc się, że w polu było co żyło, a młody Krzyżak i jego pachołek także gdzieś powędrowali.
Zmarszczył się Bernard.
Nie chciał już zsiadać nawet, znalazłszy baby same, i z konia wydał staruszce rozkaz, aby Jerzemu nazajutrz na Zamek wracać poleciła.
Zawrócił się i pojechał.
Jerzy, który właśnie drogą od miasta skradał się na folwark, poznawszy z dala Bernarda, musiał się w łozinach ukryć, aby uniknąć spotkania. Serce mu biło przeczuciem jakiemś złowrogiém. Pośpieszył co prędzéj na folwark. Tu Dietrichowa, ledwie go ujrzawszy, wołać poczęła, aby się zbyć danego jéj polecenia...
— Paniczyku — rzekła — przybył tu po was brat Bernard; jutro was na Zamek wołają.
Jutro! tak, jutro! niech mi tak Bóg i święta patronka Barbara pomogą. Tak mówił, słyszałam wyraźnie; nakazał, byście mu się jutro stawili...
Jerzy stał, jak przybity; gniew mu sercem poruszał; to nastawanie staruszki drażniło go; odezwał się pół szydersko:
— Jutro? hę? a nie oznaczył-że pory?
— Nie, ale wyraźnie mówił, jutro, a twarz miał namarszczoną i posępną. Jutro więc, co prędzéj, to lepiéj...
— Zbyć-byście nas chcieli! — dodał Jerzy.
Stara poruszyła ramionami.
— E! — rzekła — nie zaciężyliście nam bardzo. Co tam! Mało was temi czasy koło domu widać było. Co za dziw? Długo takiéj nie zażyjecie swobody, bo na Zamku więzienie...
— A! tak — zamruczał Jerzy.
Więc jutro — rzekł w duchu, wchodząc do swéj izdebki... Rozpaczliwie załamał ręce... Szwentasa nie było jeszcze, przywlókł się późno. Temu już w dziedzińcu parobcy oznajmili, śmiejąc się, że się z nim jutro żegnać będą. Wieść rozeszła się była po folwarku, i stary Litwin wiedział ze szczegółami o przybyciu i rozkazie Bernarda, gdy do izby Kunigasa wszedł smutny...
Nim on się odezwał, Szwentas ręką dał znać, iż nie potrzebuje być zawiadomionym.
Jerzy przypadł doń z rozpaczą. Parobek stał zasępiony, lecz ostygły.
— Mów! — wołał — co poczniemy?
W Litwinie odezwała się przekora, na widok téj natarczywości. Milczał umyślnie, trąc głowę i uszy...
— No, pojedziemy na Zamek! — zamruczał Szwentas.
Jerzy odskoczył, namiętnie zaciskając pięści.
— Zdrajca jesteś!
Litwin zmilczał.
— Mow-że!
— Kunigasiku, gdy wpadniecie w taki książęcy gniew, czyż wy posłyszycie, choćbym co rozumnego powiedział? Uspokójcie się wprzódy.
Zawstydzony chłopak starał się przybrać postać spokojną.
— No tak, Kunigasiku mój! — począł Szwentas — pojedziemy na Zamek posłusznie... bo jutro uciekać, znaczyło-by głowy na pieniek położyć... Ale nie bójcie się, ujdziemy i ujdziemy bezpiecznie... gdy Szwentas mrugnie i powie: Teraz pora...
Jerzemu z folwarku powracać na Zamek nie chciało się tak, że, do rozpaczy prawie przywiedziony, Szwentas, dawał mu się wyzłościć, mrucząc sobie, że o dziewczynę pewnie chodzić musiało. Za całą pociechę niekiedy mu podszeptywał:
— Kunigasiku, z Zamku drapniemy, gdy wszystko będzie gotowe, choćby we trzech, a choćby i we czworo...
Mówiąc to „czworo“, spoglądał nań chytrze i uśmiechał się.
Nie wtajemniczony, domyślał się już na pewno, że Jerzy ze swobody dla poznania dziewczęcia u Gmundy korzystał.
Drugiego dnia z rana, Szwentas posłuszny wybierał się już, konie siodłał, sakwy napełniał i żegnał się ze służbą i parobkami, gdy spostrzegł, że Jerzego na folwarku nie było. Zbiegł on w dzień biały, nie gdzieindziéj, jak do miasteczka.
Przez całą noc przemyślał nad tém, jakby się raz jeszcze z Baniutą zobaczyć, pożegnać ją i oznajmić, że, bądź co bądź, zabrać ją z sobą musi, gdy pora przyjdzie do ucieczki.
Wahał się aż prawie do białego dnia z wymknięciem się do Malborga; szarzało zaledwie, gdy, opończę prostą schwyciwszy, nie mogąc się wstrzymać już, za wrota wyskoczył. W mieście ruch się zaledwie poczynał, a w kuźniach i warsztatach a sklepikach ledwie się okiennice odmykały, gdy dobiegł do pierwszych domostw. Przesunąć się niepostrzeżonemu przez ulice i rynek, którym właśnie pobożni do kościoła na poranną mszę przechodzili, łatwiéj było, niż Baniutę w téj porze ze dworu na rozmowę wywołać.
Płaszcz, krojem i barwą okazujący, że do Zakonu należał, nieco mu przystęp ułatwiał; ale godzina była zbyt wczesna i wrota domu stały zaparte.
Szczęściem pobożna Gmunda otwarła je sama, wychodząc do kościoła, a Jerzy wcisnął się niepostrzeżony w dziedziniec. Tu wprawdzie u studni dziewcząt było kilka, które wodę czerpały i chusty przepierały, ale Baniuty nie znalazł. Ukryty za krzakiem bzu, czekał zniecierpliwiony długo, nim i ona ze dzbanem w ręku przybyła do studni.
Inne dziewczęta właśnie powróciły do dworu i Jerzy znak jéj dał, aby się zbliżyła na rozmowę. Baniuta, w téj porze niezwykłéj zobaczywszy go, przelękła pobiegła ku niemu.
Twarz biednego Kunigasa zdradzała niepokój i trwogę.
— Baniu! — zawołał — ja muszę na Zamek... dziś, zaraz! Nie mogę tam wrócić, nie zobaczywszy ciebie.
Trzymał ją, pochwyciwszy za rękę.
— Zamkną cię? — zapytała.
— Ale wyrwę się im i uciekać muszę. Bądź gotową! nie pójdę bez ciebie, nie porzucę cię w ich szponach.
Baniucie się oczki zaśmiały.
— Pamiętaj, Kunigasie! — rzekła cicho — a śpiesz się! Inaczéj przyjdziesz za późno i tylko trupa mojego znajdziesz gdzieś pod płotem. Oni mnie zgubić chcą; codzień muszę się obraniać siłą i chytrością, a w końcu obojga nie stanie. Gdy zabraknie ich... mam trut-ziele, abym wstydu nie przeżyła.
Słuchając, Jerzy dyszał gniewem okrutnym i ręce jego, zapomniawszy się, dłoń dziewczęcia tak ściskały, jakby ją chciały zgnieść na miazgę. Baniuta z bólu pobladła...

Kunigas postrzegł teraz dopiero, że ukochaną męczył, choć usteczka jéj jeszcze mu się uśmiechały. Puścił zbolałą rękę jéj i, przyskoczywszy do milczącéj dziewczyny, objął ją za szyję. Obie jéj ręce zawisły na jego ramionach i gorące oddechy zlały się w pierwszym pocałunku...
Baniuta i Jerzy.

— Pamiętaj! — szeptało dziewczę.
— Pamiętaj! — mówił rozpłomieniony Kunigas...
Zapomnieli się w tym uścisku, gdy tuż z po-za nich, głos syczący, opryskliwy, gniewny, odezwał się, jak piorun spadając na nich...
— Do mnie! do mnie! łapać!... Knechta sobie sprowadziła wstydliwa dzieweczka, co się tak boi we dworze rycerstwu posługiwać!... Chwytać go i na Zamek!...
Baniuta odepchnęła Kunigasa i pierzchnęła w ogród; Jerzy, czując już, że go za płaszcz chwytano, z całéj siły wyrwał się napadającym sługom, otrząsł od nich i, twarz osłaniając, popędził ku wrotom, u których furta szczęściem stała otworem. Za sobą słyszał ścigających, kobiety krzyczące w niebogłosy i pachołków; co raz to koniec poły ktoś chwytał... ale Jerzy silny był i zręczny... W ulicy zwrócił się nagle i, nim goniący mieli czas rozpędzeni zmienić kierunek pogoni, uszedł w stronę przeciwną, chroniąc się za załom ogrodzenia... Trzy uliczki wązkie rozchodziły się do zabudowań przedmiejskich, po-nad któremi świeżemi liśćmi okryte zwieszały się gałęzie czeremchy, dzikiego bzu, wiśni i brzóz. W pierwszą z nich puścił się Jerzy, rachując na to, że zniknie z oczu, nim się opatrzą, w którą uliczkę się puścił.
Pogoń czeladzi pani Gmundy nie ustawała, ale już Kunigas, płot przelazłszy, schronił się do ogrodu, przypadł i usłyszał, jak go pominęli ludzie, ze śmiechem i odgróżkami ścigający, jak złodzieja...
Dopiéro gdy ucichły krzyki, chłopak podniósł się z ziemi, obejrzał się bacznie, odartego płaszcza poprawił i, okrążając przedmieścia, po za niemi do Pynaufeldu pośpieszył.
Szedł, jak pół żywy z boleści i troski nad Baniutą i nad sobą. Co ją tam od pani Gmundy, co jego na Zamku spotkać miało, jeżeli kto poznał i wydał, jako zuchwałego napastnika?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.