Kunigas/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kunigas
Podtytuł Powieść z podań litewskich
Data wydania 1882
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX.



Pieśnią poranną rozlegała się dolina jeszcze, gdy na skraju jéj, pod lasem, gromada niewiast ciekawych nieustannie się zwiększała około namiotu Jargały, matki Baniuty.
Wszystkie matki chciały widziéć ten cud, dziewczę wyrwane z rąk niemieckich... ocalone! wczoraj sierotę, dziś jedynaczkę bajorasowéj, która ją już opłakała od lat wielu...
Opowiadano sobie teraz po cichu, jak Jargała usypiała nic o dziecięciu nie wiedząc, i jak we śnie przyszła do niéj Lajma-Pani, z obliczém słoneczném i szepnęła do ucha: — Wstań a idź, skończyły się łzy twoje, szczęście twe się poczyna — oto tam, na ziemi nagiéj, śpi dziecko twoje, Baniuta!
I poszła stara matka, i znalazła ptaszynę swoję.
Zdało się Jargale, że tak maleńką z rąk porwali, iż jéj dokołysać nie mogła: więc téjże nocy wzięła dorosłą na kolana i objąwszy, nucąc pieśń kolebki, kołysała ją i usypiała przez noc całą...
A teraz?...
Teraz jéj ludziom pokazać nie chciała i nie mogła, zbiedzonéj, obszarpanéj, drogą zmęczonéj. Zaprowadziła ją do namiotu, zasłoniła od oczu, i chciała przystroić, nim-by na świat wyszła.
Położyła główkę jéj na swych kolanach, rozplotła złote warkocze i, śpiewając cicho, czesać je zaczęła... a całowała i czoło, i kosy... i łzy padały ze starych oczu na młodą, uśmiechniętą twarzyczkę dziecięcia.
Dokoła namiotu cisnęły się niewiasty natarczywie.
Potrzeba jéj było wszystkiego; i szytéj koszulki, i fartuszka bramowanego z dzwoneczkami, i paska czerwonego, i bursztynów na szyję, i zapięcia do gzła, i wstążek do włosów, i wianuszka na czoło...
Boć ciemnego, rucianego wianka nie zgubiło dziewczę po drodze, tylko przywiądł, gdy na ziemi spała.
Więc niewiasty z sercami matek biegły, niosąc co która miała, cisnąc się z podarkami, wołając przez namiot do Jargały:
— Na-ści spódniczkę dla dziecka! na-ści sznurek na szyję... a oto koszulka, jak śnieg biała i pasek, jak krew czerwony...
I rzucały podarki przez otwory namiotu.
Każda coś dać chciała, a wszystkie zobaczyć dziewczynę.
Rówieśnice gotowały się ją wziąć zaraz i prowadzić do ognia, do Wejdalotek, aby Perkunasowi i Lajmie podziękowała...
A w głębi szarego namiotu, zazdrosna matka wciąż czesała włosy, splatała kosy, śpiewając i płacząc, dzieckiem się nie chcąc z ludźmi dzielić...
Bała się, aby jéj oczyma nie zjedli, nie odebrali.
Baniuta śmiała się i, rączki podnosząc do góry, starą matuchnę głaskała po twarzy...
— Nie bój się, już mi cię nie odbiorą!
Niewiasty szturmowały do namiotu.
— Córkę nam dawaj! — śpiewały śmiejąc się... pokaż ją słońcu... pokaż światu!!
Musiała stara matka wdziać koszulę białą i spódniczkę, i sznury, i wianuszek na czoło... A co włożyła na nią, to westchnęła... bo ot, już wynijść z nią trzeba było i podzielić się z niemi.
Ociągała się i lubowała...
Taka bo śliczna stała przed nią Baniuta!... Coś w niéj się zachowało z dziecka, a wszystko wypiękniało jeszcze... Matka ręce całowała, oczy ustami zamykała... i wołała: Sliczności ty moje!!
A za namiotem siostrzyce nieznane śpiewały, wołały: Wychodź co prędzéj...
I potrząsano płótnem i grożono: — Pokaż nam dziewczynę!
Stara ostatni raz pocałowała ją w czoło i ręką podniosła opłotek.
Baniuta stała zarumieniona; okrzykiem ją powitano, jak królową.
Nie było na niéj znać ani znużenia, ni podróży; matki pocałunki przez noc, wszystko pogoiły... Piękna była, a taka szczęśliwa!..
Dziewczęta, podbiegłszy, chwyciły ją za ręce... Wielką gromadą wiodły przez dolinę ku dębowi. Po drodze kupy stały i witały, parobczaki ręce podnosili, starzy ustami klaskali...
Wejdaloci i Wejdalotki już na nią czekali u wrót.
Stał tu i piękny Konis, przepasany białą opaską, z laską jasną w ręku, w dębowym wieńcu. Z dala się przypatrywał, i gdy ją zobaczył taką przepiękną, zbladł aż i zadrżał...
Z Wejdalotek, co na nią czekały, żadna się z nią mierzyć nie mogła...
Czy ją tak wykarmił niemiecki chléb, czy litewska tęsknica?! Nikt nie wiedział, że ją matki łzy i pocałunki tak obmyły i zarumieniły. Szła sobie, jak kwiatek, co dopiéro otworzył się z rana i śmiał się do słońca.
Wszystkie dziewczęta cisnęły się za nią do ognia. Wejdalotki prowadziły, szli Wejdaloci i kapłani, i wóżbity, i sam nawet stary, szpakowaty, otyły Krewule, na lasce się opierając...
Konis mu coś szeptał do ucha, stary potakiwał głową.
Dziewki od ognia oprowadziły ją dokoła ołtarza i dokoła dębu... a guślarze kropili wodą ze świętego strumienia, sypali za nią ziarnem i błogosławili.
Baniuta, jak upojona, wieść się dawała, i sadzać, i podnosić... Jargała ledwie nierychło podążyła za córką.
We wrotach Konis piękny czekał na nią i zatrzymał.
— Do córki muszę! — zawołała.
— Idźcie wprzód do starego Krewuli, bo mówić z tobą potrzebuje... a on tu pan i rozkazuje.
Jargała zmarszczyła się trochę, zamruczała i podeszła.
Na stronie stał Krewule, na lasce oparty, i czekał.
— Matko Jargało — rzekł — a oto wam bogowie po tylu latach dziecko oddali...
— Niech-że im będą dzięki! — zawołała matka.
— A myślisz, stara, że oni to uczynili dla ciebie? — dodał stary.
Jargała spojrzała zdziwiona.
— Ba? dla kogoż-by?
— To my wiemy, co tajemnice bogów znamy — zwolna mówił Krewule. — Po to ją tu przyprowadził los, aby ona tu została. Gdyby Lajma tobie ją dać chciała, przyprowadziła-by ci ją do chaty. Nie! do swojego ołtarza przyjść jéj kazała.
Stara jęknęła, przestraszona.
Krewule laską postukiwał i brodę szarą pogładzał. Oczki jego maleńkie pilnie matkę zrozpaczoną badały.
— Taka wyrocznia bogów — dodał. — Musi ona tu zostać Wejdalotką u ognia naszego. Na to ją ocaliły bogi.
Jargała rzuciła się na kolana. Baniuta, która opodal nieco z dziewczętami stała, krzyknęła i głosu jéj zabrakło. Ręce drżące wyciągała ku matce, tylko co odzyskanéj, którą wnet znowu stracić miała.
Wejdalotki milczéć jéj kazały. Stary Krewule, któremu długo stać ciężko było, a nogi miał chore, poobwijane szmatami, siadł na ławce pod daszkiem. Kij przy sobie postawił, spojrzał w bok, gdzie stał róg z miodem, trochę się napił i mówił poważnie bardzo:
— Płaczesz! ale-byś dziękować powinna! albo to jéj tu źle będzie chodzić koło ognia świętego, zawsze w świeżych rąbkach i wiankach?? A jakiż ty jéj los lepszy dać możesz? Za mąż wydasz? praca nieustanna, łzy i trud... a tu cisza, i spokój, i dostatek... Ludzie szanują, bogowie błogosławią. Życie sobie jak ptaszyna prześpiewa...
Baniuta słuchając coraz bledszą była; stała się białą, jak rąbek, w który ją przybrano... a drżała, jak liść, i śliczne oczy jéj okryły się powieką, która nad niemi zawisła ze łzą srebrną.
Matce tchu w piersi zabrakło, nogi zaklęsły, padła na kolana, szlochając.
Opodal trochę stal Kunigas Jerzy; słuchał a spoglądał; wbrew mu zadygotała, ściągnęła się, namarszczyła... czoło porysowało, —  bladł i zżymał się.
Postąpił kroków parę ku Krewuli.
— Ojcze — odezwał się, łamaną i trudną mową. — Coście rzekli, to się na żaden sposób stać nie może.
Krewule spojrzał groźno.
— A no, tak, nie może! — rzekł Jerzy. — Ja Baniutę wyprowadziłem, jam ją z niewoli wziął i mało nie na ręku ją tu przyniosłem. Z prawa ona mi się należy; a ona mi téż, jako narzeczona, słowo dała, i ja jéj. Bogowie z ludźmi się nie dzielą; ja nie odstąpię jéj!!
Krewule rzucił się z siedzenia.
— Cicho! zepsuty jakiś, zniemczały chłopcze!... Wesela-ście nie odprawiali. Perkunas prawo ma, choć prowadzoną do męża, wziąć dziewczynę... Milcz, przybłędo!... milcz... ani mi się waż!
I opadł na siedzenie. Jerzy chciał mówić coś; wróżbici go, pod ręce ująwszy, w tył popchnęli. Powieki Baniuty podniosły się; ścigała oczyma Kunigasa, a choć łzy miała na nich, patrzała mężnie.
Jerzy, próżno usiłując się wyrwać z rąk, w które popadł, przestał się szamotać.
Wystąpił młody Konis...
— Nigdy wyraźniéj — rzekł — bóg swéj woli nie objawił... Jawna rzecz... ślepy dojrzy... trafiła wprost z niewoli tu, gdzie ją przeznaczenie wołało...
Tu jéj przystało zostać i żyć... my oddać nie możemy, co boże... Kiedy liść na ołtarz z nieba spadnie, odgarnąć go nie wolno... a ona téż tu, jak liść, przyleciała wprost...
— A jam ją pierwsza poznała i przyjęła, ja! — zawołała Jargała jęcząc.
Spojrzała ku córce, lecz tę już na dany znak Wejdalotki dziewczętom z rąk odebrały, i opierającą się, przelękłą, wiodły, napół unosząc, do swéj zagrody, któréj drzwi się zaraz za nią zamknęły.
Lekki, słaby krzyk dał się słyszéć tylko... i po nim cisza.

Krewule popił z rogu, usta otarł i zatopił się w myślach...
Wejdalotki porywają Baniutę do swego grona.

Konis popatrzał dokoła, poszeptał coś Wurszajtom, oczyma poszukał Kunigasa, którego trzymano przy ogrodzeniu, i poszedł ku niemu.
— Nie sprzeciwiajcie się woli bogów, — rzekł cicho. — Źle-byście poczęli... dziewcząt znajdziecie dosyć; a kto Wejdalotki dotknie, choćby stokroć Kunigasem był, śmierć go czeka...
— Ależ ona Wejdalotką nie jest i nie będzie, bo jest narzeczoną moją — odparł Jerzy dumnie. — Gdym ją zaswatał w lesie, prowadząc, przy świadkach którzy tu są, całowałem ją w usta, więc pocałunkiem ślubowaliśmy sobie...
— Nie — odparł Konis stanowczo. — Wesela nie było... a ona Wejdalotką zostanie.
Wyzywającém wejrzeniem zmierzyli się, i Konis odszedł, nie chcąc przedłużać rozmowy.
Rozpłakaną Jargałę starsze baby podniosły z ziemi i poprowadziły gwałtem za zagrodę.
Tu ją usadowiły na ziemi. Stara Marga pochyliła się nad nią i do ucha szeptać zaczęła:
— Czego płaczesz? oszalałaś! A toż szczęście ją spotkało... Wielka rzecz, że męża miéć niebędzie, ale i troski téż! cóż to za dola małżeństwo? Kądziel, garnki, wiadra, pranie... w polu praca, w domu łajanie... Świekra zła, mąż niewierny...
Ona tu we wszystko będzie opływać! W złoto ją oprawią!... Cichoż, stara, cicho...
Inne téż pocieszały i wmawiały, ale nadaremnie — stara płakała.
Kunigas burzył się cały i odzienie targał na sobie; oczyma szukał Szwentasa... nie było go blizko... Z dawnego życia przyszedł mu rozum wyuczony... Zmiarkował, iż potrzeba było spokój udawać i gniew schować w piersi głęboko. Jak u Krzyżaków kłamać się nauczył i milczéć, tak tu przybrał obojętną minę...
Na ziemi siadł, a Rymosa posłał, aby mu chleba przyniósł i miodu... Taką sobie twarz zrobił, jakby mu się już tylko jeść chciało, patrzéć, słuchać, a o niczém więcéj nie myślał.
Z za zagrody, przez szparę, przypatrywał mu się Konis bacznie, długo dosyć; a przekonawszy się, że gniewy już odeszły i chłopak ostygł całkiem, zwolna przystąpił do niego.
Su Diewu negali bartis — rzekł mu po cichu — (z panem Bogiem nie żartować), dobrze, że rozum macie. Nie wiem, jak tam u Niemców, ale u nas jeszcze Krewe i Krewule są bogów posłańcami i tłómaczami woli ich na ziemi. Sprzeciwiać się im nie godzi...
Jerzy spoglądał, nic już nie odpowiadając... przyniesiono mu jadło i napitek, a choć głodu nie czuł, udał, że mu do nich pilno było, aby się zbyć Konisa.
Wejdalota téż, kilką słów jeszcze dorzuciwszy, zakończył: Diews wislab iszlaiko (Bóg wszystko do końca prowadzi), — i poszedł.
Szukał Rymos Szwentasa, który, po długiéj z krajem rozłące, teraz się ze swoimi nagadać nie mógł. Porywano go od kupy do kupy, a on im o Krzyżakach dziwy prawił.
Chłopak ledwie mógł go wyszukać i do Kunigasa zaprowadzić. Napiły trochę był stary chłop, lecz wesół i bardzo dobréj myśli.
Udało się odprowadzić go nieco na stronę Kunigasowi.
— Wiész, co się stało? — zapytał go.
— Jakże-by nie! — rozśmiał się Szwentas — ludzie prawią... Szczęście wielkie spotkało Baniutę.
Jerzy namarszczył się.
— Co wam tęsknić za jedną dziewczyną! — przerwał, odgadując go, parobek. — Matka wam znajdzie piękniejszą... Dać pokój; z Krywulem i z Wejdalotami nam nie wojować, kiedy się im spodobała...
Nie można więc mówić było o tém ze Szwentasem, który się nie zdał na sprzymierzeńca. Jerzy zmienił myśli.
— Słuchaj-no, — rzekł cicho — widzę, że mnie tu niedowierzają i pilnują. Nie wiem nawet, czy-by mnie ztąd puścili, gdybym iść chciał. (W istocie nie myślał porzucić Baniuty). Spocznę tu po drodze, a ty idź o mnie oznajmij matce. Powiédz jéj: niech po mnie przysyła...
Spojrzał nań Szwentas pytająco.
— Chcecie, bym szedł sam?
— Spocznę — powtórzył Kunigas. — Czekać tu będę na ludzi, co po mnie przyjadą. Idź.
Parobek się zadumał trochę, po głowie potarł, nie sprzeciwiał. Zwolna odstąpił od niego, nie mówiąc nic, i powlókł się ku obozowisku.
Jerzy do zagrody powrócił, do szopy swéj nazad szedł i położył się spoczywać. Wierny Rymos u nóg się jego umieścił. Baniuty już ani widać, ani słychać nie było...
Mieniały się dziewczęta przy ogniu... i wszystko szło dawnym trybem...
Płaczącą tymczasem Jargałę, oprócz bab, Wurszajtowie i Swalgony otaczali, nasłani przez Wejdalotów, czyniąc jéj obietnice wielkie, a umawiając, aby przeciw woli Lajmy nie wyrzekała.
— Zobaczycie, jak wam teraz w domu szczęścić się będzie... Nie zabraknie nic, a szanować was ludzie muszą, kiedy córka zostanie u ognia. I wasze domowe ognisko lepiéj teraz grzać będzie.
Stara ich nie słuchała.
— Wczoraj-że córki nie mieliście — mówiły baby — ani-ście nawykli do niéj.
— A! wolały-by jéj nie widziéć oczy moje i serce się nie cieszyć nią, niż stracić ją tak prędko! Jak sen było szczęście moje! — płakała stara.
I dzień tak zszedł do wieczora, słońce zapadło, dolina usnęła.
Rymos wymknął się z szopy, za rozkazem pana, szukać Szwentasa; lecz znaleźć go już nie mógł. Znikł stary.
Nazajutrz Kunigas chodził i czatował, czy Baniuty nie postrzeże, czy choć głosu jéj nie posłyszy... Znikła, jak w ziemię wpadła, nie było jéj. Mieliżby ją ztąd tajemnie gdzieindziéj uprowadzić?
Nie; jeden był ogień święty i dąb a Romowe.
W duszy Jerzego co się działo, jak cierpiał, jak się zżymał, iż posłuchał rady Szwentasa i naprzód tu przybył, nie wiedział nikt; bo chodził, twarzą kłamiąc, i z Konisem mówił spokojnie, a gniewu i tęsknoty nie okazywał.
Liczył już tylko dni, kiedy się mógł z powrotem spodziewać Szwentasa. Lecz i to obrachować było trudno. Odległości dobrze nie znał, droga była nie jedna, człek znużony... przeszkód wiele.
Gdy w borze zatętniło, a nowi ludzie przyjeżdżali na Romowe, serce mu biło, spoglądał, wywiadywał się, nuż od matki posłowie?
Ale oczekiwanych nie było.
Wyszedłszy za zagrodę, siadał pod nią, patrzał w dolinę, i dumał. Tęsknota go zjadała. A i życie tutejsze, i strawa, i wszystko, co widział, nie w smak mu było a krzywe...
Na zamku żywot był łatwiejszy, chleb smaczniejszy, obyczaj mniéj dziki.. Tu za to swobodę miał i u swoich się czuł.
Lecz swoi byli, a czasem jak-by obcy mu, wstrętliwi. Gdy o bogach, gusłach, sprawach swych opowiadali, rozumiéć ich nie mógł, niekiedy się brzydził. Chciał bardzo miłować, a serce stygło.
Ciężko mu było: z tém, co porzucił, nie rozstał się całkiem; to, co miał, odpychało go.
Lud z pałkami i pociskami, bez zbroi, bez odzieży, pół nagi, skórami okryty, niekiedy mu źwierzęcym się wydawał. Krzyżacy w lśniących zbrojach i łańcuchach piękniejsi byli.
Lecz całéj Litwy jednym tłumem w dolinie mierzyć nie było można. Na dworze Gedymina musiało być inaczéj.
Upłynęło już siedm dni od wyjścia Szwentasa, a od Pillen wieści nie było...
Zabito go może w drodze? źwierz dziki rozszarpał? utonął gdzie na rzece?
Ósmego dnia z południa zatętniało w borze wrzawą wielką. Nie wiedziéć dla czego, Kunigas się zerwał na nogi; pewnym był, że po niego jadą.
Wyrwał się na przód kroków kilkanaście, patrzał, a pierś mu się podnosiła żywiéj.
Z lasu wyjeżdżali ludzie na małych konikach, zbrojni, a było ich soroka z półtora...
Przodem przed nimi, na koniu téż, w świecącym hełmie, ktoś jechał z mieczem u boku...
W gromadzie, zdało się Kunigasowi, że poznał Szwentasa, który, przygarbiony, jak wiązka siana trzymał się na grzbiecie konia. Nie był pewnym.
Tymczasem przybyły lud począł zsiadać z koni i w dolinie się rozkładać. Dowódzca w hełmie stał jeszcze chwilę, rozglądał się, jakby na coś oczekiwał... potém i on konia oddał, i z tym, którego zdala Jerzy wziął za Szwentasa, począł zwolna zbliżać się ku dębu zagrodzie.
Młodemu serce biło okrutnie... byli to swoi — byli to jego ludzie. Ten dowódzca wkrótce mu się miał jak panu pokłonić i paść przed nim twarzą.
Szwentasa już teraz poznał na pewno. Onto był i z dala ręką na Kunigasa wskazywał.
Jerzy stał wyprostowany, dumny, wpatrując się w przybliżających. Mógł już rozeznać twarz tego, który w hełmie lśniącym szedł przeciwko niemu. Oblicze było dziwne, bezbrode, nagie, surowe, smutne, dumne, z pałającemi oczyma. Jakieś uczucie poruszało niém i malowało się wyrazem oczekiwania, dzikiéj trwogi. Szedł, stawał, patrzał na Jerzego, zmarszczywszy brwi, mierzył go oczyma.
Zwolnił kroku; ręka jedna dotknęła piersi, jakby chciał oddech tamować.
Twarz to była nie męzka, ale i nie niewieścia, mająca w sobie zarazem rycerskiego coś, ale przybranego, a namiętnego i rozrzewnionego. Hamował uczucie, co go wiele kosztować musiało; ścinał usta, brwi ściągał, krok mierzył, jakby się obawiał za prędko dojść, gdzie go serce wiodło.
Jerzy, wpatrując się w przybliżającego, nagle odgadł w tym rycerzu przebranym — matkę.
Myśl ta przeszła mu po głowie, jak błyskawica, i sam się jéj zawstydził.
Nadchodzący, postawszy chwilę, zasromać się musiał wahania swego; pośpiesznym krokiem zbliżył się do Jerzego milczący, wlepił oczy w niego, krzyknął i objął go rękoma.
Reda, po wielkiém podobieństwie do męża, poznała syna.
Wśród tego uścisku, jakby chciała upewnić się jeszcze, że jéj nie myli jakaś ułuda, odsłoniła mu szyję, rozdzierając prawie kołnierz sukni, i ujrzała znak — grochowe ziarno.
— Marger! — zawołała, ściskając go w objęciu.
Jerzy nie pamiętał już uścisków matki... namiętne te pieszczoty napełniły go niewysłowioném uczuciem.
Ludzie zaczęli się na widok tego spotkania skupiać około nich... z dala wychodzili Wejdaloci, po całéj dolinie szmer szedł głuchy.
Reda w końcu zlekka odtrąciła od siebie Jerzego i przypatrywać mu się zaczęła znowu... z radością i wzruszeniem niezrozumiałém, jakby zarazem wstręt czuła ku niemu. Jerzy, chociaż teraz przebrany w suknie litewskie, miał w sobie coś, co tu nie swojskiém było. Ruchy inne, postawę wyuczoną, wyrobioną, nie taką, jaką daje swobodnie puszczona natura. Raziło w nim przestrojone dziecko Krzyżackie.
Na pierwsze matki pytanie, odpowiedź zabrzmiała w jéj uchu dźwiękiem znienawidzonéj niemieckiéj mowy. Dziecko jéj nie umiało własnego języka! Brwi znowu ściągnęły się dziko i ręka jakby do odepchnięcia nagotowała.. Ledwie się to stało... wnet macierzyńska miłość pociągnęła ją ku niemu; objęła go za szyję i całować zaczęła.
Chwilę trwało to dziwne oglądanie znalezionego dziecięcia. Nie ulegało wątpliwości, że on to był, lecz nie takim go sobie wyobrażała Reda...
Zwróciła się do swoich ludzi, wydając rozkazy i, otrząsnąwszy się z wrażenia, poprawiwszy hełmu, z dumą nową poczęła iść ku stojącym Wejdalotom.
Nie tylko Konis i kilku ich, ale stary Krewule, na ręku chłopaka sparty, wyszedł był naprzeciw sławnéj Kunigasowéj, córce Walgutisa.
Znano ją i cała Litwa ją szanowała, bo żaden mąż naówczas, odwagą, rozumem, czujnością i nienawiścią względem Niemców, jéj nie dorównywał.
Pilleny, dawna stolica rodziny ich, leżały nad granicą samą; kusili się o zdobycie jéj nieustannie Krzyżacy; ona jedna umiała i mogła tam się utrzymać. Z jéj rozkazu tak potężnie wzmocniony był gród; ona jedna umiała, dzień i noc tu stojąc na straży, nie dać się ubiedz, zaskoczyć i zatrwożyć siłą przeważną.
Cała naówczas Litwa już była zjednoczoną w jednych ręku i pod władzą jednego pana; Reda tylko nie poddawała się i trzymała na swéj dzielnicy, nie chcąc słuchać nikogo, a przebaczano jéj to dla tego, że w obronie granicy nikt zastąpić jéj nie mógł.
Daleko w kraju znano ją, jako nieubłaganą, surową, zuchwałą i obawiali się jéj wszyscy. Niemcy, którzy dziecię porwali, sposobili się z jego pomocą może opanować Pilleny, syna jéj w zamian oddając; rachuba ta ucieczką Jerzego zawiedziona została. Reda tryumfowała.
Wejdaloci i Krewowie tę mężną niewiastę, obraniającą ziemię swą od Niemców, mieli w poszanowaniu większém może, niż drudzy. Była téż dla nich hojną a łaskawą, bo obcéj wiary nienawidziła.
Przybycie jéj tu szczególniéj Konisa wprawiło w pewną trwogę. Nie obliczył on, napastliwie odbierając narzeczoną Kunigasowi, że jego matka się o nią upomniéć może...
Dla czego to zrobił? teraz sam nie wiedział dobrze. Śliczne dziewczę uczyniło na nim wrażenie namiętne; zachciał ją miéć w orszaku Wejdalotek, aby patrzéć na nią, i aby nikt drugi jéj nie miał... Późniéj, gdy nierozważny krok pośpiesznie wykonał z pomocą powolnego Krewuli, sam zważył, że postąpił lekkomyślnie; lecz cofać mu się wstyd było... Dziewczę tak było piękne, historya jego tak cudowna!.. Sama wieść o niéj mogła do ołtarza ściągać tłumy.
Lecz teraz przybycie Redy, któréj syn się mógł skarżyć, nowe obiecywało trudności.
Krewule stary łatwo równie Konisowi, jak wszelkiéj innéj przewadze woli ulegał.
Konis był w duchu strwożony, lecz gdy trwoga ogarnia człowieka, jak on, piastującego dostojeństwo, które słabości nie znosi, rodzi się z niéj zuchwalstwo tém większe, rozpaczliwe. Nie szło już o Baniutę, lecz o to, by Wejdalota przemocy Kunigasów uledz nie był zmuszony.
Witano Kunigasową Redę... z względnością wielką, a stary Krewule wprost, poprzedzając ją, poprowadził do ognia świętego. Tu zwyczajem było, że książęce niewiasty z rąk Wejdalotek wziąwszy przygotowane drzewo, same miały prawo dorzucać je do ogniska. Przywiléj to był wielki a łaska, która szczęście i błogosławieństwo przynosić miała. W takich razach Kunigasowe zwykle do suchych szczapek, które im podawano, dokładały jakąś ofiarę dla ognia: kosztowną bryłę bursztynu, srebro lub złoto.
Stopiony kruszec, z popiołów dobyty, szedł do skarbca Perkunasowego.
Za Redą, która szła dumna i zamyślona w ślad Krewuli, stąpał z głową spuszczoną Jerzy. Kunigasowa, zbliżając się do ołtarza, z torebki wiszącéj u pasa dobyła garść srebrnych pieniążków... i gdy starsza Wejdalotka podała jéj drzazgi, które na ognisko rzucone być miały, cisnęła z niemi razem, z brzękiem na rozpalone kamienie padające, pieniądze.
Oko Redy, która już od Szwentasa w drodze o Baniucie słyszała, ciekawie szukało między Wejdalotkami, których gromadka stała we wrotach osobnej zagrody, téj, o  któréj parobek jéj opowiadał. Domyślała się nieznanéj dziewczyny w różnych, lecz Baniuty tu nie było. Jerzy także szukał jéj oczyma napróżno.
Szwentas mówił Redzie z wielkim zapałem o ślicznéj dzieweczce, o męztwie, jakiego dowody dała w podróży, o niezmiernym żalu Jerzego po téj, którą kochał i za narzeczoną uważał. Kunigasowéj jednak cała ta powieść nie podobała się. Serce matek zazdrosne jest o synów: ta miłość Jerzego dla obcéj, pobytem w Krzyżackiej niewoli już wstrętliwéj dziewczyny, niemiłą jéj była.
Dla syna chciała równéj mu rodem... a ta była prostego bajorasa dziecięciem ubogiém.
Nie ledwie się więc cieszyła z tego, że Wejdaloci ją, jak należny sobie łup, zabrali.
Przywiązanie chłopca do Baniuty w jéj oczach było prostą krewkością dziecięcą, któréj pobłażać nie myślała.
Wystawiała sobie dziewczynę z tego, co jéj Szwentas powiadał o pobycie we dworze Gmundy, jako zalotnicę zepsutą. Takiéj żony nie życzyła dla syna.
Po obejściu trzykrotném ogniska, Reda skłoniła się Krewuli, dała jeszcze garść pieniążków dla Wejdalotów, i oczyma syna ciągnąc za sobą, wyszła, przeprowadzona do wrót zagrody, w dolinę.
Tu już dla nich namiot był szary rozbity i ognisko rozłożone, przy którém pieczono mięsiwo na wieczerzę. Jerzy szedł obok matki. Spoglądał na nią ciekawie i trwożnie, uczuwszy w téj niewieście siłę i wolę większą, niż miał w sobie.
Ona patrzała nań i upatrywała, co krzyżackie wychowanie na nim wycisnęło. Piękny był w jéj oczach, biło ku niemu serce matki; a coś jakby nieprzyjacielskiego w nim czuła.
Około rozbitego namiociku, w którym dwa siedzenia usłano na prędce, stali w pewném oddaleniu ludzie Redy... dobrze zbrojni, silni, zdrowi, lecz dzikich ruchów i twarzy. Z dala uśmiechali się swojemu panu, szepcąc i wskazując nań palcami.
Reda nim rozpoczęła z synem rozmowę, długo się w niego wpatrywała i raz jeszcze, rozchyliwszy suknią, zajrzała do znamienia na szyi.
Chłopiec, czując, że mogła miéć wątpliwość, począł nieśmiało opowiadać jéj, co sobie mglisto przypominał z przeszłości; wszystko to potwierdzało jego pochodzenie i kilka razy Reda uściskiem mowę mu przerwała.
Ta mowa połamana, obco dźwięcząca, raziła ją, choć z ust dziecka. Niemiec mówił przez niego i uczucie miłości coraz to się ważyło nienawiścią wroga. Nie mogła im przebaczyć tego, że jéj dziecię przetworzyli tak ohydnie...
Jerzemu często brakło wyrazu... wahał się... Reda naówczas, cała zarumieniona, rzucała mu je szybko, z gniewem i niecierpliwością. To go onieśmielało.
Radość z odzyskania syna zatrutą była w sercu matki.
Nie rychło Marger, gdyż tego dawnego imienia kazała mu używać, ośmielił się mówić o swéj ucieczce i wspomniéć o dziewczynie.
Reda na pierwszą o niéj wzmiankę głową poruszyła i usta jéj wzgardliwie się uśmiechnęły.
— Dobrze, że ją sobie Wejdaloci zabrali — rzekła. — To nie była dla ciebie żona, a nałożnicy ja nie chcę. Lat tyle trzymali ją Niemcy, i ty potém chciałbyś mi z niéj robić synową? Nie — nie!...
Marger spoglądał błagająco. Począł sławić dziewczę z jéj wdzięku, śmiałości, z serca dobrego, jak umiał; lecz im mocniéj ją wychwalał, tém Reda się oburzała więcéj.
Nareszcie zamknęła mu zakazem usta...
— Tyle dni w drodze żyliście razem — rzekła — ta dziewczyna musiała się bezwstydnie o ludzi ocierać tak wielu; to nie żona dla Kunigasa, syna Redy... Ciesz się, że ją wzięli do ognia, przynajmniéj nie przepadnie; ja jéj znać nie chcę.
Wyrok ten, wypowiedziany surowo i stanowczo, oburzył Jerzego, który nadzieję całą na matce pokładał; zamilkł nagle, ale spojrzenie nań Redy przekonało ją, że nie uległ jéj.
— Zapomni — rzekła w sobie.
Nie chcąc dopuścić dłuższéj o tém rozmowy, Reda natychmiast poczęła z zapałem mówić synowi o swoich Pillenach.
— Nam nie myśléć o godach! — zawołała — o swadźbie i weselu... nie na zabawę ty wracasz do Walgutysowego grodu... My się tam bić i czuwać musimy dniem i nocą. Nie zamek to Krzyżacki, ale czata na granicy, w któréj spać nigdy nie można, ani się rozdziać ze zbroi. Krzyżacy oddawna czyhają na nas, a ja, biedna kobieta, muszę tam zastępować ojca twojego. Teraz koléj na ciebie, a na mnie wrócić do kądzieli, choć ja jéj już w ręku utrzymać nie potrafię. Nie pora ci żonę brać, Marger.
Znasz Krzyżaków i Niemców, ich chody i sztuki; będziesz nas uczył. Po to cię bogowie nasi nam oddali, na to cię oni w niewoli trzymali, abyś z niéj wyniósł, co nam wiedziéć trzeba, a co nam było tajno. Oni się tam przed tobą z niczém nie kryli...
Marger milczał, siedząc zadumany.
Tak wieczór zszedł na rozmowie, która się nie wiodła. Reda nawet nie wiele mu dawała mówić, tak ją raził głos i wymowa obca; on sam téż, wstydząc się, jąkał i urywał.
Nazajutrz rano zapowiedziała Kunigasowa powrót do Pillen zrana.
Łoże dla niéj z liści usłane było pod namiotem, Margerowi ludzie przygotowali drugie, szałas skleciwszy obok z gałęzi. Wróciwszy tu, chłopiec siadł zamyślony; sen go nie brał. Matka straszna, groźna, choć kochająca, któréj rozkazów słuchać był zmuszony, stała mu na myśli wraz z Baniutą, któréj ostatni krzyk w uszach miał jeszcze.
Kazano mu się jéj wyrzeknąć?... miał-że być posłusznym?
Nieświadomy, co go czekało w Pillenach, nie wiedział, jak radzić sobie. Baniuty chciał koniecznie, choćby matka jéj broniła mu. Był przecież mężczyzną, powinien był miéć swą wolę.
Tęsknica straszna po utraconéj dziewczynie, z którą odbyta droga tak ich zbliżyła ku sobie, nie dawała mu ani pomyśléć o spoczynku.
Wyjrzał ze swego szałasu: ludzie spali pokotem dokoła, ognie pogasły. Noc była ciemna, choć gwiaździsta. Księżyc wschodził późno.
Marger wyszedł z pod budy i siadł odetchnąć chłodniejszém powietrzem, bo się dusił w zamkniętéj szatrze. Cisza wielka leżała na dolinie i niestrudzone słowiki tylko w lesie śpiewały. Po-za dębem ognisko święte, jakoś przygasłe, uśpione także, maleńką czerwonawą łuną się zdradzało... Tam gdzieś musiała być Baniuta, strzeżona przez Wejdalotki.
Ona tam tęskniła za nim, jak on za nią; może spodziewała się, że ją wyzwoli.
Litwinowi żadnemu zuchwała myśl-by była nie przyszła odbierać tę ofiarę od ołtarza. Mężczyznom na staję do zagrody dziewcząt, stróżek ognia, zbliżać się nawet nie było wolno. Perkunas karał śmiercią zuchwałych.
Lecz dla wychowańca Krzyżaków czém-że był ten drewniany kloc i  te barbarzyńskie świętości??

Każda namiętność oślepia; rozgorączkowany nią, Marger, poruszył się po cichu z siedzenia, wstał, przesunął się ostrożnie pomiędzy śpiącymi, i bez myśli jeszcze jasnéj, na oślep, począł iść ku zagrodom.
Spotkanie się Margera z matką.

Baniuta musiała tam być zamknięta! To jedno powtarzał sobie. Tam ona jest.
W lewo zaroślami się przedzierając, Marger powoli zbliżył się ku strumieniowi, który łatwo mu było przeskoczyć, potém ku zagrodzie.
Zdawało mu się łatwém téż zbliżyć pod tyny, które opasywały schronienie stróżek, podsłuchać... Sam nie wiedział, po co szedł i dla czego??
Dokoła spało wszystko.
Parkany, które otaczały podwórko, gładkie, wysokie, nie były do przebycia. Marger gotów się był ważyć na nie bez rozmysłu, choć nic mu nie zaręczało, że tam znajdzie tę, któréj szukał.
Obchodził je dokoła. Wewnątrz, gdy przyłożył ucho, słychać było tylko jakby oddech sennych piersi. Uparta tęsknica powtarzała mu: tam jest Baniuta!!
Raz i drugi obszedł zagrodę, rękoma drapiąc tyn, jakby go chciał poszarpać. Wtém, obejrzawszy się za siebie, o kroków kilka ujrzał postać jakąś poruszającą się, jakby cieniem jego była.
W gniewie, który w nim bezsilność nieciła, pierwszą myśl jego było: rzucić się na tego prześladowcę. Przypadłszy już ku niemu, za ramię go pochwyciwszy, poznał Rymosa.
Chłopak, uląkłszy się o pana, którego wycieczkę dostrzegł, poszedł za nim w ślady.
Nie był to więc nieprzyjaciel, lecz posiłek może.
Myśli błyskawicami biegały po głowie Margera...
Pchnął Rymosa ku tynowi i wskoczył na jego ramiona. Z téj wyżyny mógł przez okap na tynie wewnątrz podwórka rzucić okiem.
W szopkach, otwartych dokoła, na sianie i posłaniach ze skór leżały Wejdalotki.
Trzy z nich siedziały, czuwając, aby te, co były przy ogniu wyręczyć. Szeptały z sobą po cichu, ziewając znudzone....
Pod jedną z szop, oczyma rzucając po zakątkach, Marger teraz dopiéro dojrzał na posłaniu siedzące dziewczę, które jedno nie spało z dobréj woli.
Bicie serca dało mu poznać Baniutę. Z wlepionemi w nią oczyma, stał na barkach Rymosa, dysząc niespokojnie, nie pewny, jakie popełni szaleństwo, gdy trzy siedzące stróżki wstały, otwarły wrota i poszły te, które ogień żywiły, wymienić.
Jedna chwileczka zostawała Margerowi do odezwania się i oznajmienia Baniucie, nim-by wymienione powróciły dziewczęta. Reszta pozostałych spała.
Syknął, szepcząc jéj imię.
Baniuta szybko zerwała się na nogi; spojrzała w górę; domyśliła się raczéj, niż poznała narzeczonego, i głowę a dłonie ku niemu podniosła.
— Baniuta! — zawołał szybko — nie bój się! żyć nie będę, jeśli cię nie uwolnię; ale do ognia się nie daj pędzić, bo gdy raz rzucisz łuczywo...
Nie miał czasu dokończyć... trzy stare dziewki, zmęczone dozorem przy ołtarzu weszły, ziewając i podśpiewując. Można się domyślać było, że z ofiarnych beczułek napiły się trochę dla pokrzepienia.
Jedna z nich zobaczyła stojącą Baniutę, ale nie dostrzegła już Margera.
— E! ty, szalona kozo! — zawołała na nią — na siano! spać! czego ty się snujesz, jak zmora, po nocy? Zdaje ci się może, iż za tyn wyskoczysz do kochanka!!
Rozśmiała się.
— Perkunasowa ty już! ani cię żaden tknąć śmié... darmo sobie nie psuj serca, a o Kunigasie tobie nie myśléć... Bóg przecie lepszy od niego. Spać dzieciaku!
Baniuta wylękła skryła się pod szopkę, położyła na sianie, twarz zakryła fartuchem i płakała; ale w serce trochę wstąpiło nadziei, bo on ją obiecał wolną uczynić.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.