Ku Mapimi/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Ku Mapimi
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V
SĄD HONOROWY

Trzej oficerowie pozostali dłuższy czas po odjeździe Sternaua na placu boju; zmusiły ich do tej zwłoki rany rotmistrza i porucznika Pardera. Porucznik miał rękę zupełnie zdruzgotaną, ale krwawienie nie było zbyt silne. Zwyczajny opatrunek chwilowo wystarczył. Inaczej rzecz się miała z rotmistrzem. Rany na palcach krwawiły obficie, rana zaś postrzałowa, która przeszyła ramię i nie przedstawiała się napozór groźnie, naruszyła, zdaje się, arterię. Tamowanie krwi szło więc z wielką trudnością.
Podczas opatrunków mówiono skąpo, a nieliczne słowa, które padały, zaprawione były śliną wzburzonej żółci.
— Ktoby to przypuszczał — rzekł Pardero.
— Tak; nie spodziewałem się, że w niezgrabności będzie pan strzelał do mnie, — przerwał rotmistrz.
— Ja? Pan przecież słyszał, jak się rzecz miała. Ten Sternau jest fechtmistrzem i strzelcem, jakiego chyba już nie spotkamy na świecie.
— No, i takiego strzelca, jak pan, nie spotkamy.
— Niechże się panowie nie sprzeczają — rzekł sekundant, który musiał sam obydwóch opatrywać. — Zręczność Sternaua we władaniu szablą i strzelaniu jest zadziwiająca, ale jeszcze bardziej zadziwiające były słowa, które wypowiedział.
— Tak, to prawda, — rzekł Pardero. — Oskarżył pana, panie rotmistrzu, o wynajęcie mordercy, który miał zastrzelić doktora wraz z jego sekundantem.
— Nikczemność — mruknął Verdoja.
Mimo tych słów nie mógł pohamować uderzenia krwi, które bladą jego twarz oblało szkarłatem. Był to dowód oczywisty, że sprawa przedstawia się mętnie.
Sekundant obrzucił Verdoję badawczem spojrzeniem; był to człowiek honoru i nie przeczuwał nawet właściwych zamiarów swego zwierzchnika, któremu zresztą w sprawie o obrazę kobiety sekundował niechętnie. Był teraz przekonany, że Sternau obwiniał niebezpodstawnie, więc zapytał:
— Cóż mogłoby skłonić Sternaua do tego rodzaju zarzutu?
— Jego nikczemność.
— To jakaś pomyłka — odparł sekundant ze spokojem. — Nie uważam, by Sternau był zdolny do takiej złośliwości.
— Więc może był to źle inscenizowany efekt teatralny, którym chciał spotęgować wrażenie.
— I tego nie przypuszczam. Matava-se nie jest aktorem.
Rotmistrz niecierpliwie tupnął nogą o ziemię:
— Milczeć. Nie chce sennor chyba powiedzieć, że wierzy słowom tego człowieka?
— Wypowiedział jasno i otwarcie pewne obwinienie, którego pan, rotmistrzu, nie obalił, — odparł ze spokojem porucznik. — Powstrzymuję się oczywiście od własnego sądu, dopóki oskarżyciel nie przedłoży dowodów.
— Radzę tak postąpić.
Sekundant podniósł głowę z nad opatrunku i, ściągnąwszy brwi, zapytał:
— Czy to groźba, rotmistrzu?
— Tak jest — brzmiała odpowiedź.
Porucznik wypuścił z rąk opatrunek i odsunął się od rotmistrza.
— Wypraszam to sobie kategorycznie. W służbie jest sennor moim zwierzchnikiem, ale w sprawach honorowych jesteśmy sobie zupełnie równi. Zachowania pańskiego wobec mnie nie pojmuję; oświadczam panu, że natychmiast po powrocie będę mówił z doktorem Sternauem. Oskarżył was o zamiar skrytobójczego morderstwa. Jeżeli oskarżenie jest niesłuszne, musi odwołać je i dać satysfakcję; jeżeli miało podstawy, wyciągnę odpowiednie konsekwencje.
— Zabraniam panu rozmawiać z tym człowiekiem — obruszył się rotmistrz.
— Może mi sennor rozkazywać wyłącznie w sprawach służbowych, nigdy w osobistych. Oto mój pogląd na sprawę. Jeżeli mam dokończyć opatrunku, proszę o przerwanie dotychczasowej rozmowy.
Rotmistrz zamilkł, chcąc nie chcąc, i wyciągnął do sekundanta ramię. Gniew, od którego wrzał cały, wzburzył mu krew, więc opatrunek trwał długo. Podczas gdy porucznik krzątał się około jego rany, rotmistrz zamienił z porucznikiem Pardero kilka spojrzeń, które powiedziały mu, że Pardero będzie jego sprzymierzeńcem.
Nareszcie dosiedli koni, aby wrócić do hacjendy. Wśród ułanów znajdował się niedowarzony medyk, któremu lekkomyślny tryb życia nie pozwolił ukończyć studjów. Jako lekarz szwadronu, właściwie powinien był asystować przy pojedynku. Ale Sternau nie chciał lekarza, a rotmistrz był tak przekonany, że zamach morderczy się uda, iż nie zawiadomił go nawet o pojedynku. Teraz zato, skoro tylko Verdoja i porucznik przybyli do hacjendy, musieli odwołać się do jego usług.
Przy tej sposobności dowiedzieli się od niego, że przybył goniec od Juareza z poleceniem, aby w tej chwili wyruszyli do Monclovy, ponieważ wybuchło tam powstanie przeciw rządowi. Rotmistrz, wezwawszy gońca do siebie, przyjął od niego rozkaz wyruszenia na pomoc mieszkańcom Monclovy i poparcia ich sprawy.
— Czy będę mógł jechać konno? — zapytał Verdoja lekarza szwadronu.
— Tak; to nie nadweręża ramienia. Obawiać się tylko można gorączki, ale przyłożyłem do ran zioła i przypuszczam, że pomogą
— A porucznik Pardero?
— Rana jego jest boleśniejsza od pańskiej, panie rotmistrzu, ale również niegroźna. I on będzie mógł jechać konno. W kaźdym razie, ani porucznik, ani sennor, rotmistrzu, nie będziecie już mogli władać szablą.
— Będę się bił lewą rękę. Jutro rano ruszamy.
Podczas tej rozmowy porucznik, który sekundował przy pojedynku, wierny swemu postanowieniu, udał się do Sternaua. Sternau zmiarkował, że rozmawia z człowiekiem honoru, ale chwilowo odmówił wyjaśnień.
— Muszę jednak wszystko wiedzieć — rzekł porucznik. — Przybył goniec, który żąda, byśmy jak najprędzej stąd wyruszyli, Juarez posyła nas do Monclovy. Jeżeli zarzuty pańskie są słuszne, nie będę pod Verdoją dalej służyć i zmuszę go do ustąpienia. To samo odnosi się do porucznika Pardero, przypuszczam bowiem, że obaj są w spółce.
— Mimo to sekundował pan tym ludziom.
— Cóż miałem począć; nie było nikogo oprócz mnie. Zresztą, o szczegółach incydentu między panami dowiedziałem się dopiero w drodze na plac pojedynku. Teraz sennor rozumie, że muszę prosić o natychmiastowe wyjaśnienie.
— Otrzyma je pan wkrótce. Rotmistrz widzi, że zamach się nie udał; przypuszczam więc, iż wkrótce wyruszy, by powiadomić tego, który miał dokonać morderstwa. Zamierzam śledzić go przy tej okazji; będzie mi pan towarzyszył i wtedy przekonasz się sennor najlepiej o prawdziwości mych twierdzeń. Niech się pan przygotuje niepostrzeżenie do przejażdżki konnej; wkrótce wyruszymy.
Porucznik musiał się tem narazie zadowolić. —
Sprawdziły się przypuszczenia Sternaua, gdyż, ledwie medyk opuścił oficerów, Verdoja wraz z Parderem wyruszyli z hacjendy.
Pardero był typowym Meksykaninem; lekkomyślny i namiętny, ponad wszystko stawiał życzenia swoje i pożądania. Był biedakiem, ale nie chciał nim zostać na wleki; marzył o bogactwie, które mogłoby zaspokoić jego zachcianki. Na drodze do fortuny nie pogardziłby żadnym środkiem; niestety, dotychczas nie trafiała się okazja szczęśliwa. Nie miał nic, prócz długów, a jakże groźnym wierzycielem był rotmistrz, do którego przegrał sporą sumę. Tę okoliczność chciał Verdoja wyzyskać. Szukał sprzymierzeńca, który byłby od niego zależny; nikt nie nadawał się do tego bardziej od porucznika Pardero. Zabrał więc go teraz ze sobą, aby wtajemniczyć w swoje plany i pozyskać dla swych celów.
Verdoja nie miał o tem pojęcia, że bandyci, których wynajął, zostali schwytani; nie mógł więc zrozumieć, w jaki sposób Sternau dowiedział się o jego zbrodniczym zamiarze. Postanowił zostawić pod kamieniem drugą kartkę, zamawiającą bandytę na spotkanie o północy. Przypuszczając, iż Sternau go śledzi, jechał do kamienia nie wprost, a drogą okrężną, jeszcze dalszą, aniżeli wczoraj.
— Dlaczego wyruszamy do Monclovy dopiero jutro? — zapytał po drodze Pardero. — Według rozkazu powinniśmy przecież jechać natychmiast.
— Mamy obydwaj przedtem jeszcze coś do załatwienia — odparł Verdoja.
— Obydwaj? A więc i ja? — zawołał Pardero ze zdumieniem.
— Tak; chyba, że chcecie, by ten Sternau, który wam zmiażdżył rękę, bezkarnie z nas szydził.
— Ah, gdybym go mógł dostać w ręce, — zgrzytnął porucznik.
— To się nie uda. Sprzymierzmy się w tej walce, poruczniku. — rzekł rotmistrz, wyciągając w stronę porucznika lewą rękę.
— Dobrze — zawołał Pardero, wyciągając również swą, lewicę.
— Ale jak?
— To już moja sprawa. Mam ponadto inne plany, korzystne nietylko dla mnie, lecz i dla pana.
— Mam nadzieję, że się o nich dowiem.
— Hm, są nieco delikatnej natury; nie wiem zresztą, czy we wszystkich okolicznościach mogę liczyć na pańską dyskrecję.
— Ależ bezwzględnie. Przysięgam.
— Dobrze, wierzę panu. Co sennor sądzisz o oskarżeniu, wypowiedzianem dziś przez Sternaua?
— Hm — odparł Pardero, patrząc tępo na siodło.
— No, niech pan mówi szczerze.
— Jeżeli taki rozkaz, powiem zupełnie szczerze, że zachowanie rotmistrza w tej całej sprawie niedość przekonywało, iż Sternau myli się, lub kłamie.
— Słusznie. Przyznaję, że Sternau miał rację.
Ta bezwzględna szczerość stropiła porucznika.
— A więc mówił prawdę? — rzekł zdumiony.
— Tak — i gdyby mój zamach się udał, obydwaj nie bylibyśmy teraz kalekami, a jego wraz z sekundantem djabliby wzięli. Muszę sennorowi oświadczyć, że mam od bardzo wysoko postawionej i wpływowej osoby rozkaz unieszkodliwienia Sternaua i jego towarzyszy.
Ostatnie słowa były sprytnym wymysłem; miały zachęcić porucznika, aby pomagał rotmistrzowi.
— To niespodzianka dla mnie — rzekł porucznik. — Czy mogę wiedzieć nazwisko tej osoby?
— Nie teraz jeszcze. Ten Sternau to nie byle jaka osobistość. Od unieszkodliwienia jego zależy szczęśliwy wynik tych wielkich planów. Ci, którzy będą przy tem pomocni, mogą liczyć na owocną wdzięczność. Bądź pan pewien, że nie narażałbym się na niebezpieczeństwo, gdybym nie wiedział, iż otwieram sobie widoki na świetną przyszłość.
Rotmistrz kłamał z premedytacją. Udając, że działa z wyższego polecenia, występował jako pełnomocnik, którego czynów nie należy sądzić. Mówiąc zaś o sowitem wynagrodzeniu, zapewniał sobie współudział Pardera, który nie miał pojęcia, że przełożony jego łże jak z nut.
— Sądzi sennor, że i ja otrzymam nagrodę, gdy będę panu pomocny?
— Jestem tego pewien. Będziemy nawet obydwaj podwójnie wynagrodzeni. Przedewszystkiem możemy liczyć na szybki awans, albo na pokaźną sumkę pieniędzy, a potem satysfakcja zemsty nad tymi łotrami. Mogę więc liczyć na sennora, poruczniku?
— Najzupełniej, panie rotmistrzu. Jestem do dyspozycji; proszę mi tylko powiedzieć, co mam czynić.
— Tego sam jeszcze nie wiem. Naprzód muszę się dowiedzieć, dlaczego mój zaufany nie przyszedł dzisiaj.
— Czy spotkamy się z nim teraz?
— Nie. Damy mu naprzód znak, że chcę pomówić z nim dziś wieczorem. Wtedy dowiem się, co go zatrzymało i odpowiednio zaczniemy działać. Oto przyczyna, dla której wyruszę do Monclovy nie dziś, a jutro.
— Ale w jaki sposób Sternau przejrzał pańskie zamiary? Ten człowiek chyba sennora nie zdradził?
— Nie; tego jestem pewien. Raczej przypuszczam, iż nas Sternau podsłuchał. Musiał czuwać niedaleko miejsca, w którem prowadziłem rozmowę z mym zaufanym. Dzisiejsze spotkanie wyznaczę więc w innem miejscu. No, jedźmy dalej.
Pardero na teraz zadowolił się tem wyjaśnieniem i ruszył za rotmistrzem, który spiął konia do galopu. —
Skoro tylko nasi oficerowie wyruszyli z hacjendy, Sternau i porucznik dosiedli również koni i pomknęli tą samą drogą, którą wczoraj obrał Sternau. Ukrywszy konie w tem samem miejscu, co wczoraj, Sternau podążył w kierunku kamienia. Porucznik wdrapał się na cedr, doktór ukrył w zaroślach, osłaniających go dostatecznie.
Po niedługim czasie dobiegł ich tętent kopyt. Jeźdźcy zatrzymali się nieopodal i zsiedli z koni. Byli to Verdoja i Pardero.
Rotmistrz podniósł kamień i podłożył podeń kartkę. Rozejrzawszy się bacznie, czy ich nikt nie śledzi, skoczyli na siodła, aby odjechać czem prędzej. Teraz Sternau i porucznik opuścili kryjówkę; Sternau wyciągnął kartkę.
— Pardero był z nim, — rzekł porucznik — a więc to jego to jego sprzymierzeniec. Czy mogę przeczytać kartkę, sennor?
Zaznajomiwszy się z treścią kartki, Sternau podał ją porucznikowi. Było na niej napisane:

Pozostań wpobliżu tego miejsca. O północy spotkamy się tutaj, przy kamieniu. Będziesz się musiał wytłumaczyć.

Pismo było niewyraźne i niezgrabne, gdyż Verdoja pisał lewą ręką. I tym razem podpisu nie było. Porucznik zapytał Sternaua:
— Ta kartka jest przeznaczona dla tego, który miał zastrzelić pana i sennora Mariano?
— Tak.
— Czy znajdzie ją?
— Nie.
— A więc nie ma pan zamiaru położyć jej znowu pod kamieniem? Ja na pańskiem miejscu uczyniłbym to i podsłuchałbym o północy opryszka.
— Ten człowiek nie przyjdzie. Dostałem go w swoją moc i uwięziłem w hacjendzie. Chodźmy do koni. Skoro sennor widział obydwu morderców na własne oczy, opowiem panu wszystko w drodze powrotnej.
Opowiadanie Sternaua napełniło porucznika uczuciem pogardy i wstrętu dla złoczyńców.
— Jakież pan ma zamiary? — zapytał Sternaua.
— Zdemaskuję rotmistrza i jego sprzymierzeńca.
— Doskonale. Czy będę mógł w tem uczestniczyć?
— Owszem. Proszę pana bardzo, abyś zechciał wystąpić jako mój świadek.
— A jakie sennor ma zamiary wobec jeńców?
— Obiecałem darować im życie, jeżeli w obecności rotmistrza złożą szczere wyznanie. Obowiązkiem moim będzie dotrzymać słowa.
— Hm, to było nieostrożne. Te łotry zasłużyły na stryczek. Jeżeli sennor ich puścisz wolno, nigdy nie będziesz pewny życia.
— I ja jestem tego zdania, ale nigdy nie złamałem słowa i nie złamię go teraz. A zresztą, może moja wyrozumiałość odniesie dobre skutki.
— Nie sądzę. Z takimi ludźmi nikt łagodnością nie wskóra; uważają ją bowiem za dowód słabego charakteru.
Gdy przybyli do hacjendy, spory szmat czasu już upłynął od powrotu rotmistrza i porucznika. Verdoja zszedł do swoich żołnierzy; zasępił się, zobaczywszy nadjeżdżających. Okoliczność, że Sternau przybywa w towarzystwie porucznika, poruszyła go niemile. Podszedł do oficera i zapytał ponuro:
— Poruczniku, gdzie pan był?
— Byłem na spacerze.
— Czy miał sennor moje pozwolenie? — pytał rotmistrz groźnie.
— A czy jest ono potrzebne? — odparł oficer ostro.
— Oczywiście. Nie jesteśmy przecież na stałej kwaterze, a w marszu.
— Ja sądzę, panie rotmistrzu, że jesteśmy w obozie, a nie w marszu.
— Te dyskusje są zupełnie zbyteczne, poruczniku. Ma sennor prosić o pozwolenie, gdy się chce oddalić, i kwita.
Młody oficer zaczerwienił się ze złości, gdyż stojący wokoło ułani mogli słyszeć każde słowo.
— Byłoby to moim obowiązkiem, — odparł — gdybym miał zamiar udać się w podróż albo oddalić w czasie, poświęconym zajęciom służbowym. Tymczasem pozwoliłem sobie taką samą przejażdżkę konną, jak pan rotmistrz i porucznik Pardero.
Rotmistrz wyprostował się i zawołał groźnie:
— Poruczniku, czy pan wie, co to opór władzy?
— Wiem równie dobrze, jak sennor, rotmistrzu, ale o oporze władzy nie może tu być mowy. Chodzi tylko o zwyczajną różnicę zdań, którą można wyrównać w sposób spokojny i godny. A przytem, rzecz oczywista, że oficer nie powinien pozwolić na to, by go karcono w obecności podwładnych mu żołnierzy.
Oczy rotmistrza zabłysły gniewem. Postąpił krok naprzód, wyciągnął rękę i rozkazał:
— Proszę oddać szablę, poruczniku. Natychmiast.
Porucznik był wprawdzie młody, ale nieustraszony. Umiał zapanować nad sobą do tego stopnia, że odparł z uśmiechem:
— Mam oddać szablę? Nie ma jej pan prawa żądać.
— Jestem pańskim zwierzchnikiem!
— Był pan nim. Teraz jesteś poprostu szubrawcem. I byłoby to dla mnie największem upokorzeniem, gdybyś dotknął mej szabli.
Gdy ułani usłyszeli tę straszliwą obelgę, wypowiedzianą podniesionym głosem, natychmiast otoczyli oficerów kołem. Pardero był również obecny. Sternau, który znajdował się obok odważnego porucznika, został wraz z trzema oficerami zamknięty w pierścieniu żołnierzy.
Obelga była tak wielka, że rotmistrz zaniemówił w pierwszej chwili; po jakimś czasie wpadł na porucznika, rycząc wściekłym głosem:
— Odwołać, odwołać natychmiast!
— Ja mam odwoływać? Nigdy. Powtarzam, co powiedziałem, — brzmiała nieustraszona odpowiedź.
Rotmistrz miał już zareagować czynnie, gdy nagle Sternau spiął konia ostrogami; doskoczywszy do rotmistrza jednym susem, zadał mu pięścią cios tak mocny, iż Verdoja padł na ziemię.
— Co to jest? Jak pan śmie? — zawołał Pardero.
— Nic, drobiazg, — odpowiedział Sternau. — Plamię sobie poprostu rękę, uderzając tego człowieka.
— Oświadczam, że i sennora, poruczniku, uważam za szubrawca, — krzyczał młody zapaleniec — i że splamiłoby mnie dotknięcie pańskie.
Pardero pobladł ze złości i strachu.
— Pan oszalał chyba, pan bredzi! — krzyknął.
— Nie; jestem przy zdrowych zmysłach; może pan je stracił.
— Proszę pamiętać, żem wyższy od sennora szarżą. Jest pan najmłodszym oficerem w szwadronie.
— Nie jest pan już moim przełożonym. Ani chwili więcej nie chcę służyć pod pańskiemi rozkazami. Albo ja wystąpię, albo wy obydwaj.
— Nie tak to łatwo i prosto wystąpić — uśmiechnął się pogardliwie Pardero. — Naprzód każę pana aresztować za niesubordynację. Sennor Sternau za uszkodzenie ciała jest również moim jeńcem.
— Tak pan sądzi? — zapytał Sternau. — Taki robak śmiałby mnie aresztować? Niech pan podejdzie!
Pardero stał wpobliżu; była to nieostrożność, Sternau bowiem chwycił go za kołnierz, porwał raptownym ruchem wgórę, poczem grzmotnął nim o ziemię z taką siłą, iż Pardero nie mógł się podnieść. Tego już było ułanom za wiele. Stary wachmistrz szwadronu wystąpił i zapytał:
— Panie poruczniku, czy nie zechce nam sennor powiedzieć, co to wszystko ma znaczyć?
Zapytany skinął przyjaźnie głową:
— Rondoso, kto jest wam najmilszym oficerem? Proszę o zupełną szczerość,
— Hm. Ależ, oczywiście, to pan, poruczniku. Gbyście nim nie byli, nie patrzylibyśmy z takim spokojem na obrazę, wyrządzoną przez sennora rotmistrzowi Verdoji i porucznikowi Pardero. Tem bardziej, nie dopuścilibyśmy, by ich obraził człowiek cywilny.
— No, dobrze już, Rondoso. Wiedz, ci dwaj postąpili sobie nikczemnie. Połączyli się z rabusiami i mordercami, aby zabijać dzielnych ludzi i obrażać uczciwe kobiety. Dziś rano jeden i drugi stanął do pojedynku; w rezultacie obydwaj stracili prawice. Stało się coś w rodzaju sądu Bożego. Właśnie przed chwilą byłem w lesie wraz z doktorem Sternauem, aby ich śledzić. Niegodni są rozkazywać dzielnym ułanom meksykańskim. Nie będę dłużej służył pod ich rozkazami.
Caramba! W takim razie i ja występuję, panie poruczniku, — rzekł stary wachmistrz.
— To zbyteczne, Rondoso. Jesteś starym żołnierzem i wiesz, co czynić należy. Zbadamy całą sprawę i zadecydujemy, kto ma wystąpić, oni, czy ja; nieprawdaż?
— Racja, panie poruczniku, — odparł wachmistrz, gładząc swą bródkę: — Jeżeli sennor porucznik wystąpi, wystąpię razem z panem, i sądzę, że cały szwadron się rozleci. Ale jeżeli ci dwaj, którzy nie cieszą się naszą sympatją, zostaną wyrzuceni, wtedy, poruczniku, pan będziesz naszym rotmistrzem.
— A ty zostaniesz porucznikiem, i tak dalej, w kolejnym porządku.
— A więc zwołujemy sąd wojenny?
— Nie. Przestępstwa ich nie są natury wojskowej. Podlegają raczej sądowi honorowemu.
— Zgoda. Czy odbierzemy im broń?
— Oczywista.
— A czy ich związać?
— Nie. Tymczasem, jako aresztowanych, umieścimy ich pod strażą w jednym z pokojów hacjendy. Sąd odbędzie się na dziedzińcu, aby cały szwadron mógł słuchać rozprawy. Rotmistrz i porucznik są jeszcze nieprzytomni. Każ ich zamknąć i trzymać pod strażą; później wrócisz do mnie i będziesz obecny przy śledztwie wstępnem.
Porucznik miał szczęście, że go tak kochali podwładni, inaczej możeby się smutnie dla niego skończyła ta awantura. Stał teraz wraz ze Sternauem pośród brutalnych żołdaków. Na jego polecenie odebrano broń obydwu zemdlonym, poczem zaprowadzono ich do małego pokoju; przy oknie i drzwiach postawiono warty.
Teraz porucznik i Sternau udali się na górę, aby zawiadomić o zajściu domowników, zebranych w salonie. Mariano radził, aby sąd honorowy odbył się w obecności mieszkańców hacjendy, a obydwóch jeńców eskortowało paru mocnych vaquerów. Propozycje zostały przyjęte, poczem przystąpiono do przygotowania ceremonji sądu.
Podczas gdy ułani omawiali niezwykły wypadek, zjawił się stary wachmistrz; kilku ułanów zaprowadziło go wraz z porucznikiem do schwytanych Meksykan. Jeńcy powtórzyli zeznanie. Tymczasem na dziedzińcu umieszczono krzesła i ławy, na których mieli zasiąść uczestnicy sądu.
Przy jednym ze stołów usiadł porucznik, obok niego wachmistrz, na prawo zaś i lewo — podoficerowie. Tworzyli właściwy sąd. Przy drugim stole usiedli Sernau i Mariano, występujący w roli oskarżycieli. Naprzeciw nich siedzieli Unger oraz Pedro Arbellez i obydwie panie w charakterze świadków. Niedaleko zgrupował się szereg żołnierzy, vaquerów i cibolerów, tworząc audytorjum sądowe. Wprowadzono rotmistrza i porucznika Pardero.
Trudno opisać, w jakim nastroju obydwaj się znajdowali. Nie wyobrażali sobie, że sytuacja tego rodzaju, że upokorzenie takie może ich kiedykolwiek spotkać. Pienili się ze złości i, gdyby nie bezwład ręki, z pewnością rozdarliby na kawałki czterech prowadzących ich vaquerów.
— Co to ma znaczyć? — zawołał Verdoja na widok zebranych. — Czego tu stoicie? — ryknął do żołnierzy. — Idźcie do djabła, psy!
— Niech się pan miarkuje, sennor Verdoja, — rzekł porucznik, przewodniczący sądu. — Stoi pan przed nami jako oskartony i los pana w znacznej mierze zależy od tego, jak się sennor zachowasz.
— Jako oskarżony? Któż mnie oskarża?
— O tem się pan zaraz dowie.
— Któż ma być moim sędzią?
— My, jak nas tu sennor widzi.
Verdoja roześmiał się szyderczo:
— Czy jestem pośród obłąkanych? Moi żołnierze chcą mnie sądzić? Łotry, szubrawcy, precz stąd, do obozu! Każę was rozstrzelać.
Podniósł lewą rękę i zamierzył się na wachmistrza, ale poskromili go vaquerzy.
— Stawiam wniosek, by związać oskarżonych, o ile natychmiast się nie uspokoją, — rzekł Sternau.
— Wniosek jest przyjęty — skinął porucznik.
— Sprobujcie tylko, — krzyknął rotmistrz — a całą hacjendę zrównam z ziemią!
— Czy macie rzemienie i powrozy? — zapytał vaquerów porucznik, nie bacząc na pogróżki rotmistrza.
Vaquerzy wyciągnęli z kieszeni powrozy.
— Widzicie, sennores, że nie żartujemy, — rzekł przewodniczący. — Poddajcie się konieczności, inaczej zostaniecie do tego zmuszeni.
— Mamy się poddać?! — krzyknął Verdoja. — Cóż za przestępstwo popełniliśmy? Kto śmie urządzać sąd wojskowy nad swymi przełożonymi? To ja mogę oskarżać.
— Myli się pan. Nie jesteśmy sądem wojskowym, a honorowym, który ma rozstrzygnąć, czy ludzie honoru mogą służyć pod pańskiemi rozkazami.
Rotmistrz miał już odpowiedzieć jakąś nową obelgą, lecz Pardero położył mu rękę na ramieniu i szepnął:
— Na Boga, spokojnie. Brutalnością daleko tu nie zajdziemy.
Rotmistrz opanował się i rzekł:
— Więc dobrze, zaczynajcie farsę. Później się z wami rozprawię.
Nastąpiła cisza zupełna. Przerwał ją przewodniczący:
— Ma pan głos, sennor Sternau.
Sternau podniósł się z miejsca.
— W imieniu obydwu obecnych tu pań oskarżam tych dwóch ludzi o sprzeczne z honorem postępowanie względem bezbronnych kobiet. Ponadto oskarżam ich o usiłowanie morderstwa, którego mieli dokonać na mnie, na sennorach Marianie i Ungerze.
— Czy może pan przedłożyć dowody?
— Tak.
Porucznik zwrócił się do oskarżonych i zapytał:
— Co macie panowie do powiedzenia na te oskarżenia?
— Są tak bezsensowne, że nie uważam, by były godne odpowiedzi, — odparł Verdoja. Porucznik Pardero przytaknął jego słowom.
— Dziękuję panom — rzekł porucznik. — To stanowisko panów upraszcza sprawę. Co do pierwszego zarzutu, to przejdziemy nad nim do porządku, gdyż oskarżeni, nie odpierając go, przyznają tem samem, że jest prawdziwy. Drugi natomiast zarzut wymaga rozpatrzenia bardziej szczegółowego. Ponieważ oskarżeni i na ten nie odpowiadają, proszę pana, sennor Sternau, umotywować go nam.
Sternau przedstawił szczegółowo rzecz całą, nie wspomniawszy jednak ani słowem, że ma bandytów w swej mocy i że będzie mógł użyć ich jako świadków. Opowiedział wszystko od chwili, gdy Bawole Czoło przestrzegł podróżnych przed zasadzką. Oświadczył, że podejrzenie zbudziło się w nim podczas wycieczki do wąwozu tygrysa, którą wycieczkę odbył w towarzystwie rotmistrza i porucznika Pardero. Opowiedział o nocnych wyprawach i podejrzanych przejażdżkach rotmistrza. Skończył oświadczeniem, iż, zdaniem jego, ostatnia wycieczka Verdoji i Pardera miała również mordercze zamiary na celu.
Natychmiast po jego przemowie odezwał się rotmistrz, wbrew zapewnieniom, że odpowiadać nie będzie.
— Mam wrażenie, że otaczają mnie obłąkańcy. Ten człowiek wypowiada tylko przypuszczenia i na ich podstawie wy śmiecie stawiać przed sąd dwóch kawalerów i oficerów naszej republiki? Tej hańby nieomieszkam zmyć i ukarać, skoro tylko zakończycie swoją komedję.
— Nie boję się kary, — odparł Sternau — gdyż w każdej chwili mogę przedstawić dowody. Gdy ci dwaj panowie odjechali dziś z hacjendy, udałem się za nimi wraz z porucznikiem, przeczuwając cel wycieczki. Śledziliśmy ich i podsłuchiwali. Otóż Verdoja urządził sobie pod pewnym kamieniem w lesie, pod który podkładał listy, coś w rodzaju poczty. List dzisiejszy brzmiał: — Bądź wpobliżu tego miejsca. O północy spotkamy się tutaj, przy kamieniu. Będziesz się musiał wytłumaczyć. — Nie sądzę, aby Verdoja chciał temu zaprzeczyć.
Gdy Sternau zatrącił o kryjomą pocztę i wyciągnął kartkę, aby ją przeczytać, obydwaj oskarżeni pobledli. Sternau ciągnął dalej:
— Stwierdzam, że podsłuchiwałem rozmowy, które oskarżony prowadził w ukryciu. Postępowałem też stosownie do ich treści. Mam świadków, których zeznania będą chyba najlepszym dowodem.
Na skinienie Sternaua wprowadzono sześciu schwytanych Meksykan. Zobaczywszy ich, Verdoja cofnął się o kilka kroków. Zadrżały pod nim nogi. Teraz wszystko wyszło najaw. Jeńcy zeznawali wprawdzie z wielkiem zakłopotaniem, ale mówili prawdę i rozwiali wszelkie wątpliwości. Ustalono, że obie kartki pisał Verdoja; rotmistrz nie mógł temu zaprzeczyć.
Obydwaj oskarżeni zacięli się jednak w uporze i odmawiali wszelkich wyjaśnień.
— Wina oskarżonych została dowiedziona — oświadczył przewodniczący. — Według ustaw tego kraju Verdoja zasłużył na karę śmierci. Współwiny porucznika Pardero nie chcemy wcale badać. Zebraliśmy się jedynie na sąd honorowy; nie jesteśmy powołani do karania, a tylko do ustalenia, czy możemy z tymi dwoma ludźmi służyć nadal. Co do mnie, oświadczam, że występuję i to natychmiast.
— Nie pozwalam! — krzyknął Verdoja.
— Nie zatrzyma pan, ani mnie, ani innych, jestem bowiem przekonany, że wszyscy pójdą za moim przykładem.
— Niech tylko spróbują! — wybuchnął Verdoja.
Stary wachmistrz podniósł się z miejsca.
— I ja również oświadczam, że dłużej nie będę służył pod szubrawcami; mam nadzieję, że zgodzą się z nami wszyscy towarzysze.
Verdoja głośno protestował, ale przekrzyczały go głosy podoficerów i żołnierzy, którzy oświadczyli zgodnie, że nic nie chcą wiedzieć o Verdoji i Parderze, a pragną, aby rotmistrzował im porucznik. Gdy się nieco uspokoili, porucznik rzekł:
— Obejmuję dowództwo szwadronu; oficerów uzupełnię według kolejności. Sennor Juarez otrzyma moje sprawozdanie i zadecyduje, czy to zarządzenie, wywołane koniecznością, ma nadal obowiązywać. W ten sposób sąd nasz spełnił swą powinność; podżegaczy i ich towarzyszy oddajemy do ukarania tym, na których chcieli dokonać zbrodni. Pozostaną tutaj wraz ze wszystkiem co stanowi ich własność prywatną. A my za kwadrans ruszamy do Monclovy.
Rozkaz został przyjęty z powszechnym entuzjazmem. Żołnierze odprowadzili jeńców na miejsce, w którem byli przedtem zamknięci, porucznik zaś udał się do swego pokoju, by napisać raport dla Juareza i wysłać go jak najprędzej. A potem, pożegnawszy serdecznie mieszkańców hacjendy, odjechał ze swoim szwadronem. —
Trudno opisać stan Verdoji i Pardera, zamkniętych w jednym pokoju. Rotmistrz wrzał cały od gniewu, czuł się się bowiem najokrutniej upokorzony i najokrutniejszej łaknął zemsty. Starał się jednak nad sobą zapanować, aby Pardero, który wyglądał przez okno, niczego nie zauważył.
— Dwaj vaquerzy stoją przed domem — rzekł Pardero. — Obydwaj uzbrojeni od stóp do głów. Strzegą nas, abyśmy nie uciekli. Ale, rotmistrzu, niechże mi pan wytłumaczy swoje zachowanie.
— Co takiego? — zapytał Verdoja, napozór spokojnie.
— Zostaliśmy w niesłychany sposób zelżeni i upokorzeni, a pan się poddał decyzji. Zaczynam wątpić w prawdę informacyj, których mi pan udzielił. Mówił sennor o opiece wysoko postawionej osoby, o zapłacie, którą miałem otrzymać...
— Pardero, czy mam pana nazwać głupcem? Czy nie widzisz sennor, że to cale zajście jest przejściowe, że to jedynie epizod, nieprzyjemny wprawdzie, ale w gruncie rzeczy obojętny dla nas. Ten świeżo upieczony rotmistrz ma wprawdzie prawo tak czynić, jakeśmy to widzieli, ale to, co dziś tracimy, odzyskamy jeszcze stokrotnie. Mam rozkaz unieszkodliwić pewne osoby, bez względu na okoliczności, i stanie się to, choć chwilowo muszę znosić tego rodzaju przykrostki. Nagroda będzie zato obfitsza.
— Czy jest pan tego pewny? W jaki sposób będziemy mogli unieszkodliwić ludzi, którzy nas trzymają w swej mocy? Mogą nas przecież zabić.
Verdoja obawiał się o to samo, ale dla niepoznaki nadrabiał miną. Uspokoił Pardera fałszywemi pociechami. Zdawał sobie dokładnie sprawę, że od Juareza nie może się niczego dobrego, spodziewać, a u partji przeciwnej Juarezowi spotka się tylko z brakiem zaufania, z nieustępliwą i czujną inwigilacją. Postanowił więc zrezygnować zupełnie ze służby wojskowej i poświęcić się dwóm celom. Jednym miało być zdobycie posiadłości, którą mu obiecał Cortejo, drugim zaś Emma, którą musiał posiąść za tyle poniżenia i hańby. Potrzebny mu był jednak do zrealizowania tych obydwu zamiarów ktoś, na czyją wierność i przywiązanie mógłby liczyć. Pardero nadawał się do tego najlepiej. Starając się oficera usidłać i pozyskać, rotmistrz perorował:
— Właściwie jestem zadowolony z tego, co zaszło. Służba stała na przeszkodzie mojemu ciężkiemu zadaniu; teraz przeszkoda usunięta i mogę działać swobodnie. Czy pan pamięta wysokość swego długu u mnie?
— Hm, jestem sennorowi winien kilka tysięcy piastrów.
— Sumy tej nie będziesz pan nigdy w stanie zwrócić, jeżeli pozostaniesz sennor tym, kim jesteś. Niech mi pan dopomoże, a zanuluję cały dług i może się pan nadto spodziewać awansu i nagrody. Prócz tego jest jeszcze jedna gratka: ta piękna Indjanka Karja.
— Do licha! Jeżeli pan dotrzyma tej obietnicy, jestem gotów na wszystko.
— Może pan liczyć na mnie, jak na cztery tuzy. A co do obaw, że gotowi nas zabić, to powiem panu tylko tyle, że strach ma wielkie oczy. Uwolnią nas — i zmiejsca przystąpimy do dzieła.
Widząc oczyma fantazji owoce swej zemsty, Verdoja uśmiechnął się szatańsko. Pardero zaś rzekł:
— Hańba. której nam nie poskąpiono, wymaga wyrafinowanej kary. Czy wymierzy ją pan?
— Odpłacę tym ludziom pięknem za nadobne; zaciągnę ich w niewolę i każę zakosztować wszystkich goryczy więzienia. Niedaleko mojej hacjendy wznosi się stary ołtarz meksykański, na którym składano ofiary: jest to piramida o niezliczonej ilości korytarzy, jaskiń, które ja tylko znam. Tajemnicę tej budowli odziedziczyłem po przodkach. W tych jaskiniach jeńcy gnić będą. Tam umieścimy również Emmę i Karję.
— Jesteście istnym djabłem, — uśmiechnął się Pardero — ale bardzo sympatycznym.
— Tak. będziemy jak dwa szatany. Powoduję się jednak nietylko uczuciem zemsty, lecz i pewnem wyrachowaniem. Obiecano mi bardzo wiele na wypadek unieszkodliwienia tych trzech ludzi. Czy przyrzeczenie zostanie dotrzymane? Jestem przekonany, że tak, ale w naszych niespokojnych czasach trzeba być mimo wszystko ostrożnym. Jeżeli zabiję tych trzech i nie zechcą mi za nich zapłacić, nie będę mógł pisnąć ani słowa, a więc wystrychną mnie na dudka; jeżeli jednak żyć jeszcze będą, trzymani pod kluczem, wtedy mogę wystąpić ostro i zażądać zapłaty. Jak pan widzi, dbam bardzo o nasze wspólne dobro.
— Tak, sprytny pan, ostrożny i przebiegły jak lis; czuję do pana coraz większą ufność; jestem przekonany, że powiedzie się nasz plan. W tej chwili może sennor liczyć na mnie w zupełności. Ale, czy podołamy trzem mocnym mężczyznom i dwóm kobietom?
— O to się nie kłopoczę. W naszym błogosławionym Meksyku jest dosyć ludzi, gotowych stanąć na zawołanie za garść srebrnych dolarów.
— Ale będą nas chyba ścigać?
— Tak; i tego się nie lękam. Będziemy uciekali przez pustynię Mapimi. Tam nikt nas nie znajdzie; tego może sennor być pewien.
— Przez pustynię Mapimi? — zapytał Pardero z przerażeniem. — Przecież my tam zginiemy.
— Niech się pan nie obawia. Znam tę pustynię, jak własną kieszeń. To nieprawda, że znaleźć tam można tylko piasek i skały; rosną na niej lasy, w których dosyć wody i owoców, aby nie zginąć. —
Podczas tej rozmowy w jadalni hacjendy radzono nad tem, co zrobić z rotmistrzem i porucznikiem Parderem. Mariano był zdania, że należy ich rozstrzelać, reszta jednak sprzeciwiała się temu, wychodząc z założenia, że zbrodnia została wprawdzie zamierzona, lecz nie wykonana. Zresztą, nie było jeszcze wiadomo, jak spojrzy na sprawę Juarez. Lepiej puścić ich wolno, nie przelewając krwi, zwłaszcza, że ponieśli już karę przez utratę władzy w prawicy. Postanowiono więc broń jeńców zatrzymać, a po dwóch dniach wypuścić rotmistrza i Pardera, tak, by nie mogli porozumieć się z Juarezem prędzej, aniżeli przybędzie do niego wysłany z hacjendy goniec.
Co się tyczy współwinnych rotmistrza i porucznika, postanowił Sternau dotrzymać przyrzeczenia. Zwrócono im konie, sztylety i lassa; tylko strzelby i pistolety zatrzymano. Potem puszczono ich wolno, zagroziwszy, że każdy zostanie zastrzelony na miejscu, gdy się tylko raz jeszcze zjawi wpobllżu del Erina. —
Na trzeci dzień Verdoja i Pardero stanęli przed mieszkańcami hacjendy. Sternau oświadczył, jakie postanowienie zapadło, i niezwłocznie zwrócił im wolność. Odjechali bez słowa pożegnania, kierując się ku miastu Saltillo, położonemu w południowej części prowincji Coahuila.
Po drodze zamienili mundury na strój cywilny i wkrótce znikli bez śladu. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.