Ksieni z Castro

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stendhal
Tytuł Ksieni z Castro
Pochodzenie Kroniki włoskie
Data wydania 1933
Wydawnictwo Bibljoteka Boya
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. L'Abbesse de Castro
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



KSIENI Z CASTRO

I.

Melodramat pokazał nam tyle razy rozbójników włoskich szesnastego wieku i tyle osób mówiło o nich bez znajomości przedmiotu, że obecnie maimy o nich najfałszywsze pojęcia. Można rzec ogólnie, że rozbójnicy ci byli opozycją przeciw okrutnym rządom, które zajęły we Włoszech miejsce średniowiecznych republik. Nowy tyran był to zazwyczaj najbogatszy obywatel pogrzebanej republiki, który, aby pozyskać sobie lud, zdobił miasta wspaniałemi kościołami i pięknemi obrazami. Tacy byli Polentini w Rawennie, Manfredi w Faenza, Riaro w Imola, Cane w Weronie, Bentivoglio w Bolonji, Visconti w Medjolanie i wreszcie najmniej wojowniczy a najobłudniejsi ze wszystkich, Medyceusze we Florencji. Z pomiędzy historyków tych małych państewek żaden nie ośmielił się opisać niezliczonych otruć i mordów spowodowanych strachem, który nękał tych małych tyranów; owi poważni historycy byli na ich żołdzie. Zważcie, że każdy z tych tyranów znał osobiście każdego z republikanów, o których wiedział że go nienawidzą (wielki książę Toskanji, Kosma, znał naprzykład Strozziego), że wielu z tych tyranów zginęło gwałtowną śmiercią, a zrozumiecie głębokie nienawiści, wiekuistą nieufność, które dały Włochom XVI w. tyle inteligencji i odwagi, a tyle genjuszu ich artystom. Ujrzycie, iż owe namiętności nie pozwoliły się rozwinąć dość pociesznemu przesądowi z epoki pani de Sevigne, który nazwano honorem, a który polegał zwłaszcza na tem, aby poświęcić życie dla swego pana i dla spodobania się damom. W szesnastym wieku, we Francji, działalność mężczyzny i jego istotna wartość mogły się objawić i zyskać podziw jedynie na polu bitwy lub w pojedynkach; że zaś kobiety lubią odwagę, a zwłaszcza junactwo, stały się one najwyższemi sędziami wartości mężczyzn. Wówczas to zrodził się duch galanterji, który sprowadził stopniowe zamieranie wszystkich namiętności a nawet miłości, na rzecz okrutnego tyrana, któremu poddajemy się wszyscy: próżności. Królowie popierali próżność i mieli rację: stąd władza wstążeczki orderowej.
We Włoszech, człowiek wyróżniał się czynem wszelkiego rodzaju: pchnięciem szpady, jak odkryciem dawnego rękopisu; patrz Petrarkę, bożyszcze swoich czasów. Kobieta w XVI wieku kochała człowieka biegłego w greczyźnie tyleż i więcej, ileby kochała wsławionego odwagą na polu bitwy. Wówczas widziało się namiętności, a nie odruch galanterji. Oto wielka różnica między Włochami a Francją; oto czemu Włochy dały życie Rafaelom, Giorgionom, Tycjanom, Corregiom, gdy Francja wydała wszystkich owych wielkich rycerzy XVI wieku, nieznanych dzisiaj, z których każdy pozabijał tak wielką liczbę nieprzyjaciół.
Proszę mi darować te surowe prawdy. Jakbądź się rzeczy mają, okrutne i konieczne pomsty małych tyranów włoskich w średnich wiekach pozyskały rozbójnikom serce ludności. Nienawidzono bandytów, kiedy kradli konie, zboże, pieniądze, słowem rzeczy potrzebne do życia; ale w głębi serca lud był po ich stronie; a dziewczęta wiejskie przekładały nad wszystkich młodego chłopca, który bodaj raz w życiu zmuszony był andar alla machia, to znaczy umykać w las i szukać schronienia u zbójców po jakimś nierozważnym czynie.
Za naszych czasów jeszcze każdy, oczywiście, lęka się spotkania z rozbójnikami; ale kiedy ich dosięgnie kara, każdy współczuje z nimi. To stąd, że ów naród tak inteligentny, tak drwiący, który śmieje się ze wszystkich manifestów publicznych pod cenzurą swoich panów, namiętnie czytuje poemaciki opowiadające z zapałem życie najsławniejszych bandytów. Heroizm mieszczący się w tych opowiadaniach porusza stronę artystyczną, która zawsze żyje w niższych klasach. Zresztą ten lud jest tak znudzony urzędowemi pochwałami oddawanemi pewnym ludziom, że wszystko co nie jest oficjalne trafia mu prosto do serca. Trzeba wiedzieć, że prosty lud we Włoszech ma pewne bolączki, których podróżny, choćby żył w tym kraju dziesięć lat, nie spostrzegłby nigdy. Naprzykład przed piętnastu laty, zanim roztropność rządów wytępiła zbójców, nierzadko zdarzało się, że wyprawy ich miały na celu ukaranie niesprawiedliwości gubernatorów w małych miastach. Gubernatorzy ci, samowładni urzędnicy o płacy nie przewyższającej dwudziestu talarów miesięcznie, są, oczywiście, na żołdzie najznaczniejszej rodziny, która, zapomocą tego bardzo prostego środka, gnębi swoich wrogów. Jeżeli zbójcom nie zawsze się udawało skarać tych małych despotów, przynajmniej drwili sobie z nich i płatali im psoty, co jest nie drobną rzeczą w oczach tego dowcipnego ludu. Satyryczny sonet pociesza Włocha po wszystkich niedolach, a zniewagi nie zapomina on nigdy. Oto druga zasadnicza różnica między Włochem a Francuzem.
Skoro, w XVI wieku, gubernator skazał na śmierć biednego mieszkańca znienawidzonego przez możną rodzinę, często zbójcy napadali na więzienie i, próbowali uwolnić ofiarę. Ze swej strony, potężne rodziny, nie ufając zbytnio ośmiu czy dziesięciu rządowym żołnierzom mającym strzec więźnia, wystawiali swoim kosztem oddział żołnierzy najemnych. Żołnierze ci, których nazywano bravi, biwakowali w pobliżu więzienia i podejmowali się odprowadzić aż na miejsce kaźni nieboraka, którego śmierć kupiono. Jeśli wpływowa rodzina miała w swojem gronie młodego człowieka, stawał on na czele tych improwizowanych żołnierzy.
Ten stan cywilizacji okropny jest z punktu widzenia moralności, przyznaję; za naszych czasów mamy pojedynek, nudę i nieprzedajnych sędziów; ale te obyczaje szesnastego wieku cudownie wspomagały produkcję mężczyzn godnych tego imienia.
Wielu historyków, wychwalanych do dziś przez rutyniczną literaturę Akademji, siliło się ukryć ten stan rzeczy, który, około r. 1550, stworzył tak wielkie charaktery. Współcześnie, ostrożne ich kłamstwa nagradzano wszystkiemi zaszczytami, jakiemi mogli rozporządzać Medyceusze we Florencji, Este w Ferrarze, wicekrólowie Neapolu etc. Pewien biedny historyk, nazwiskiem Gianone, chciał uchylić rąbek zasłony; że jednak ośmielił się powiedzieć jedynie cząstkę prawdy i to pod osłoną powątpiewali i niejasności, pozostał bardzo nudny, co mu nie przeszkodziło umrzeć w więzieniu w ośmdziesiątym drugim roku życia, 7 marca r. 1758.
Pierwszą tedy rzeczą, jeśli się chce poznać historję Włoch, to nie czytać autorów powszechnie uznanych; nigdzie lepiej nie znano ceny kłamstwa, nigdzie lepiej nie było ono opłacane.
Pierwsze kroniki, które spisano we Włoszech, po głębokiem barbarzyństwie dziewiątego wieku, wspominają już o zbójcach i mówią o nich tak jakby istnieli od niepamiętnych czasów. (Patrz zbiorek Muratoniego). Kiedy, nieszczęściem dla powszechnego dobra, dla sprawiedliwości, dla dobrych rządów, ale szczęściem dla sztuki, średniowieczne republiki zostały zdławione, najenergiczniej«i republikanie, ci którzy kochali wolność bardziej niż większość ich współobywateli, schronili się w lasy. Oczywiście, lud gnębiony przez Baglionich, Malatestów, Bentivogliów, Medyceuszów, kochał i szanował ich wrogów. Okrucieństwa małych tyranów, którzy nastąpili po pierwszych uzurpatorach, naprzykład okrucieństwa Kosmy, pierwszego wielkiego księcia Florencji, który kazał mordować republikanów szukających schronienia w Wenecji, nawet w Paryżu, dostarczyły zaciągu tym zbójcom. Aby pozostać w czasach bliskich tym w których żyła nasza bohaterka, około r. 1550, Alfons Picoolomini, książę de Monte-Mariano i Marco Sciarra dowodzili z powodzeniem uzbrojonemi bandami, które w okolicach Albano urągały żołnierzom papieskim wówczas bardzo dzielnym. Linja operacyjna tych słynnych wodzów, których lud do dziś podziwia, ciągnęła się od Padu i bagien raweńskich aż do lasów, które wówczas pokrywały Wezuwjusz. Las Faggiola, tak wsławiony ich czynami a położony o pięć mil od Rzymu, na drodze do Neapolu, był generalną kwaterę Sciarry, w której, za pontyfikatu Grzegorza XIII, skupiało się niekiedy po kilka tysięcy żołnierzy. Szczegółowa bistorja tego znamienitego bandyty byłaby nie do wiary w oczach obecnego pokolenia, w tym sensie że nikt nie zechciałby zrozumieć pobudek jego czynów. Pokonano go aż w r. 1592. Kiedy ujrzał że sprawa jest stracona, wdał się w układy z rzeczpospolitą wenecką i przeszedł w jej służby ze swymi najwierniejszymi lub najbardziej występnymi (jak kto woli) żołnierzami. Na żądanie rządu rzymskiego, Wenecja, która podpisała układ ze Sciarrą, kazała go zamordować, dzielnych zaś jego żołnierzy posłała na obronę wyspy Kandji przeciw Turkom. Ale roztropna Wenecja wiedziała, że na Kandji panuje mordercza zaraza; jakoż w kilka dni, z pięciuset żołnierzy, których Sciarra oddał w służby Republiki, pozostało sześćdziesięciu siedmiu. Ten las Faggiola, którego olbrzymie drzewa pokrywają dawny wulkan, był ostatnim teatrem czynów Marka Sciarra. Każdy podróżnik powie wam, że to jest najwspanialsza okolica owej cudnej campagna romana, której posępny wygląd jest jak stworzony dla tragedji. Las ten wieńczy swą ciemną zielenią szczyty Albano. Wspaniałą tę górę zawdzięczamy jakiejś erupcji wulkanicznej wcześniejszej o wiele wieków niż założenie Rzymu. W epoce, która poprzedziła wszelką historję, wyrosła ona wśród rozległej równiny, rozciągającej się niegdyś między Apeninami a morzem. Monte Cavi, która wznosi się otoczona mrokami lasu Faggiola, jest jej szczytowym punktem, widzi się ją zewsząd, z Terracyny i z Ostji, jak z Rzymu i z Tivoli; góra zaś Albano, obecnie pokryta pałacami, stanowi zakończenie tego rzymskiego widnokręgu, tak słynnego wśród podróżnych. Klasztor czarnych mnichów zastąpił, na szczycie Monte Cavi, świątynię Jowisza Feretryjskiego, gdzie ludy łacińskie przychodziły wspólnie ofiarować i zacieśniać węzły federacji religijnej. Osłoniony cieniem wspaniałych kasztanów, podróżny dociera w kilka godzin do olbrzymich złomów, będących ruiną świątyni Jowisza; ale z owego cienia tak rozkosznego w tym klimacie, dziś nawet wędrowiec spogląda z niepokojem w głąb lasu; lęka się bandytów. Przybywszy na szczyt Monte Cavi, rozpala się ogień w ruinach świątyni aby zgotować pożywienie. Z tego punktu, górującego nad całą campagna romana, widzi się ku zachodowi morze, które wydaje się o dwa kroki, mimo że jest o trzy lub cztery mile; rozróżnia się najmniejszy statek; przy pomocy najsłabszej lunety można policzyć ludzi udających się do Neapolu na statku parowym. Na wszystkie inne strony oko biegnie po wspaniałej równinie, która kończy się na wschód Apeninami, ponad Palestrina, na północ zaś bazyliką św. Piotra oraz innemi wielkiemi budowlami Rzymu. Ponieważ szczyt Monte Cavi nie jest zbyt wysoki, oko rozróżnia najdrobniejsze szczegóły tego wspaniałego kraju, który mógłby się obejść bez glorji historycznej, a w którym wszelako każdy gaik, każdy złom wyszczególnionego muru widziany na równinie lub na zboczu gór przypomina którąś z owych bitew, tak cudownych patrjotyzmem i męstwem, opowiedzianych przez Liwjusza.
Jeszcze za naszych dni, aby dojść do olbrzymich złomów, resztek świątyni Jowisza Feretryjskiego tworzących mur ogrodu Czarnych mnichów, można iść drogą tryumfalną, którą szli niegdyś pierwsi królowie Rzymu. Wyłożona jest kamieniami ciosanemi bardzo regularnie; w lesie Faggiola znajdują się długie pasy tej drogi.
Na brzegu wygasłego krateru, który, wypełniony obecnie przeźroczystą wodą, zmienił się w owo ładne jezioro Albano mające pięć czy sześć mil obwodu i oprawne w skałę z lawy, leżała niegdyś Alba, macierz Rzymu, którą polityka rzymska zniweczyła za pierwszych królów. Mimo to, ruiny jej istnieją jeszcze. W kilka wieków później, o ćwierć mili od Alby, na stoiku biegnącym ku morzu, wyrosło Albano, ale to nowoczesne miasto odgrodzone jest od jeziora zasłoną ze skał, które kryją jezioro miastu a miasto jezioru. Kiedy się je widzi z równiny, białe jego budynki odznaczają się na ciemnej i głębokiej zieleni owego lasu tak drogiego bandytom i tak często wsławionego, który wieńczy ze wszech stron wulkaniczną górę.
Albano, liczące dziś pięć do sześciu tysięcy mieszkańców, nie miało ani trzech tysięcy w r. 1540, kiedy, wśród pierwszych rodzin szlacheckich, kwitnął potężny ród Campireali, którego nieszczęścia mamy opowiedzieć.
Tłumaczę tę historję z dwóch obszernych rękopisów: jeden rzymski a drugi florencki. Z wielkiem swojem niebezpieczeństwem ośmieliłem się odtworzyć ich styl, niemal będący stylem naszych starych legend. Wykwintny i pełen umiaru styl dzisiejszy, niebardzo, jak mi się zdaje, godziłby się z treścią wypadków a zwłaszcza z uwagami autorów. Pisali koło roku 1598. Proszę czytelnika o pobłażanie dla nich i dla mnie.

II

Spisawszy tyle tragicznych historyj, powiada autor rękopisu florenckiego, zakończę tą, którą mi jest najciężej opowiedzieć. Będę mówił o słynnej ksieni klasztoru Wizytek w Castro, Helenie de Campireali, której proces i śmierć tyle dały do gadania w wielkim świecie Rzymu i całych Włoch. Już około r. 1555 bandyci władali w okolicach Rzymu, urzędnicy zaś byli zaprzedani możnym rodzinom. W r. 1572, to jest w roku procesu, Grzegorz XIII Buoncompagni wstąpił na stolec św. Piotra. Ten święty kapłan jednoczył wszystkie apostolskie cnoty, ale jego cywilnemu zarządowi można było zarzucić niejaką słabość; nie umiał ani dobrać uczciwych sędziów, ani też powściągnąć bandytów; gryzł się zbrodniami, a nie umiał ich karać. Zdawało mu się, iż, skazując kogoś na karę śmierci, bierze na siebie straszliwą odpowiedzialność. Wynikiem tego usposobienia było, że gościńce wiodące do wiecznego miasta zaludniły się nieprzeliczoną mnogością złoczyńców. Aby podróżować z niejakiem bezpieczeństwem, trzeba było być w przyjaźni z bandytami. Las Faggiola, który przepinała droga wiodąca do Neapolu przez Albano, był oddawna generalną kwaterą rządu wrogiego rządowi Jego Świątobliwości, i niejeden raz Rzym zmuszony był traktować, jak równy z równym, z Markiem Sciarra, jednym z królów lasu. Siłę bandytów stanowiło to, że posiadali przychylność okolicznych wieśniaków.
Owo ładne miasteczko Albano, tak bliskie generalnej kwatery bandytów, dało życie, w r. 1542, Helenie de Campireali. Ojciec jej uchodził za najbogatszego patrycjusza w okolicy, dzięki czemu zaślubił Wiktorję Carafa, dziedziczkę wielkich włości w królestwie neapolitańskiem. Mógłbym przytoczyć ludzi, którzy żyją jeszcze, a którzy bardzo dobrze znali Wiktorję Carafa i jej córkę. Wiktorja była wzorem statku i rozumu; ale, mimo swego wielkiego umysłu, nie mogła zapobiec upadkowi rodziny. Rzecz osobliwa! okropnych nieszczęść, które będą smutnym przedmiotem mego opowiadania, nie można, jak sądzę, przypisać w szczególności żadnemu z ich aktorów, których przedstawię czytelnikowi: widzę nieszczęśliwych, ale zaiste nie mogę znaleźć winnych. Niezwykła piękność i tkliwa dusza młodej Heleny, oto były dwa wielkie niebezpieczeństwa. One to służą za usprawiedliwienie dla Juljana Branciforte, jej kochanka; tępota monsignora Cittadini, biskupa z Castro, też może do pewnego stopnia być jej wymówką. Swój szybki awans po szczeblach godności duchownych zawdzięczał on swej poczciwości, a zwłaszcza swej wielce szlachetnej urodzie oraz najskończeniej pięknej fizjognomji jaką zdarza się spotkać. Czytałem o nim, że nie można go było ujrzeć a nie pokochać.
Ponieważ nie chcę pochlebiać nikomu, nie będę ukrywał, że pewien święty mnich z klasztoru Monte Cavi (którego niejeden raz zdybano w celi wznoszącego się na kilka stóp ponad ziemię, jak św. Paweł, w ten sposób, iż nic prócz łaski bożej nie mogło go podtrzymać w tej niewygodnej pozycji) przepowiedział panu Campireali, że jego ród wygaśnie wraz z nim, i że będzie miał tylko dwoje dzieci, które oboje zginą gwałtowną śmiercią. Z przyczyny tej przepowiedni nie mógł znaleźć żony w swoich stronach i udał się szukać szczęścia do Neapolu, gdzie miał istotnie to szczęście iż znalazł wielki majątek i kobietę zdolną genjuszem swoim odmienić jego zły los, gdyby rzecz taka wogóle była możliwa. Ów pan Campireali uchodził za poczciwego człowieka i czynił wielkie jałmużny; ale zgoła był wyzuty z dowcipu, co sprawiło, iż stopniowo usunął się z Rzymu i spędzał w końcu cały prawie rok w swoim pałacu w Albano. Oddawał się uprawie swoich ziem, położonych na tej tak bogatej równinie, która się ciągnie pomiędzy miastem a morzem. Za radą żony wspaniale wychował syna swego Fabia, młodzieńca bardzo dumnego ze swego urodzenia, oraz córkę Helenę, która była cudownie piękna, jak to można poznać jeszcze z jej portretu znajdującego się w zbiorach Farneze. Od czasu jak zacząłem pisać jej historję, zachodziłem do pałacu Farneze, aby oglądać śmiertelną powłokę daną od nieba tej kobiecie, której nieszczęścia narobiły w swoim czasie tyle hałasu i dotąd jeszcze zaprzątają pamięć ludzką. Kształt głowy tworzy wydłużony owal, czoło bardzo rozległe, włosy ciemno blond. Fizjognomja raczej wesoła; miała duże oczy z głębokim wyrazem i kasztanowate brwi tworzące łuk o doskonałym rysunku. Wargi są bardzo cienkie: możnaby rzec, że zarys ust wykreślił słynny malarz Corregio. Oglądana wśród portretów otaczających ją w galerji Farneze, robi wrażenie królowej. Rzadka to rzecz, aby wesołość łączyła się z majestatem.
Spędziwszy ośm lat jako wychowanka w klasztorze Wizytek w Castro, obecnie zburzonym, dokąd przeważnie posyłano córki magnatów rzymskich, Helena wróciła do domu; ale nim opuściła klasztor, ofiarowała wspaniały kielich na ołtarz do kościoła. Ledwie wróciła do Albano, ojciec jej sprowadził z Rzymu, za znaczną pensję, słynnego poetę Cechino, wówczas bardzo sędziwego; ów wzbogacił pamięć Heleny najpiękniejszemi wierszami boskiego Wergiljusza, Petrarki, Arjosta i Dantego, jego słynnych uczniów.

(Tu tłumacz opuścił długą rozprawę o rozmaitych stopniach chwały, jaką w XVI wieku przyznawano tym wielkim poetom. Zdaje się, że Helena umiała po łacinie. Wiersze, których jej uczono, mówiły o miłości, i to o miłości, która, gdybyśmy ją spotkali w roku 1839, zdałaby się nam bardzo śmieszna; chcę rzec o miłości namiętnej, która się żywi wielkiemi poświęceniami, może istnieć jedynie tajemnicą i zawsze sąsiaduje z najstraszliwszemi nieszczęściami).
Taką była miłość, którą umiał obudzić w Helenie, wówczas ledwie siedemnastoletniej, Juljan Branciforte. Był to sąsiad jej, bardzo ubogi; mieszkał w lichym domku w górach, o ćwierć mili od miasta wśród ruin Alby, nad brzegiem przepaści wysokiej na sto pięćdziesiąt stóp, wyścielonej zielenią która okala jezioro. Domek ten, przylegający do posępnych i wspaniałych mroków lasu Faggiola, zburzono później, gdy wzniesiono klasztor Pallazuola. Ten ubogi młodzian miał na swą korzyść jedynie dziarską i zwinną postać, oraz beztroskę z jaką znosił biedę. Wszystko co można było rzec o nim najlepszego, to iż rysy jego były wyraziste choć nie piękne. Ale mówiono o nim iż walczył dzielnie pod rozkazami księcia Colonny wśród jego bravi w paru bardzo niebezpiecznych potrzebach. Mimo jego ubóstwa, mimo braku urody, serce jego byłoby, w oczach dziewcząt z Albano, zdobyczą nader pochlebną. Mile witany wszędzie, Juljan Branciforte znał jedynie miłostki, aż do chwili w której Helena wróciła z klasztoru.
Kiedy, wkrótce potem, wielki poeta Cechino przeniósł się z Rzymu do pałacu Campireale, aby kształcić umysł tej młodej panienki, Juljan, który go znał, wystosował doń łaciński utwór wierszem, o szczęściu jakie spotkało jego starość że tak piękne oczy wlepiają się w jego oczy i że dusza tak czysta czuje się doskonale szczęśliwa, kiedy on raczy przychwalić jej myśli. Zazdrość i żal młodych dziewcząt, z któremi Juljan przestawał przed przybyciem Heleny, udaremniła niebawem wszelkie ostrożności, jakie rozwijał aby ukryć rodzącą się namiętność; jakoż, wyznaję, że ta miłość dwudziestodwuletniego młodzieńca i siedemnastoletniej panny objawiła się w sposób którego rozsądek nie mógłby pochwalić. Trzy miesiące nie upłynęło, jak pan Campireali spostrzegł, że Juljan Branciforte przechadza się zbyt często pod oknami jego pałacu (który istnieje jeszcze w połowie wielkiej ulicy, wiodącej ku jezioru).
Obyczaje wówczas były szorstkie i szczere, zgodne z wolnością republikańską; polor monarchji nie zdławił jeszcze gwałtownych namiętności. Widać to jasno w postępku pana Campireali. Tegoż dnia w którym uderzyła go częsta obecność młodego Branciforte, ozwał się w te słowa:
„Jak ty śmiesz włóczyć się bezustanku pod domem i zaglądać bezczelnie w okna mojej córki, ty który nie masz nawet w co się odziać? Gdybym się nie obawiał, że sąsiedzi źle sobie wytłumaczą mój postępek, dałbym ci trzy cekiny, abyś poszedł do Rzymu kupić sobie przyzwoite ubranie. Przynajmniej moich oczu i oczu mojej córki nie obrażałby tak często widok twoich łachmanów“.
Ojciec Heleny przesadzał zapewne: suknie młodego Branciforle to nie były łachmany; były sporządzone z bardzo prostego materjału; ale, mimo że czyste i często szczotkowane, trzeba przyznać, że wygląd ich zdradzał długie użycie. Juljan był tak strapiony wymówkami pana Campireali, że nie pojawił się już za dnia pod domem.
Jak wspomnieliśmy, dwie arkady, szczątek starożytnego wodociągu, służące za główną ścianę domkowi wzniesionemu przez ojca Juljana i zostawionemu w spadku, leżały o niespełna sześćset kroków od Albano. Aby się dostać do nowego miasta, Juljan musiał przechodzić koło pałacu Campireale; toteż Helena zauważyła rychło nieobecność tego szczególnego młodzieńca, który, jak szeptały jej przyjaciółki, zerwał wszelkie inne stosunki, aby się cały oddać szczęściu patrzenia na nią.
Pewnego letniego wieczora, koło północy, okno Heleny było otwarte; młoda dziewczyna oddychała powiewem od morza, który bardzo dobrze było czuć na wzgórzu Albano, mimo że miasto dzieliła od morza równina szeroka na trzy mile. Noc była ciemna, panowała głęboka cisza; można było usłyszeć spadający listek. Helena, wsparta na oknie, myślała może o Juljanie, kiedy ujrzała coś niby skrzydło nocnego ptaka, przesuwające się zwolna tuż za oknem. Cofnęła się przestraszona. Nie przyszło jej na myśl, że przedmiotem tym mógł kierować jakiś przechodzień; okno jej, na drugiem piętrze pałacu, wznosiło się przeszło na pięćdziesiąt stóp nad ziemią. Naraz spostrzegła, że ten osobliwy przedmiot, to bukiet, który w głębokiej ciszy przesuwa się tam i z powrotem przed oknem o które wspierała się Helena; serce zaczęło jej bić gwałtownie. Bukiet ten umieszczony był na końcu kilku związanych z sobą tyczek, trzcin podobnych do bambusu, które rosną w okolicach Rzymu i dają łodygi wysokie na dwadzieścia lub trzydzieści stóp.
Dość silny wiatr był przyczyną, iż słaba trzcina z trudnością zdołała utrzymać bukiet tuż pod oknem, w którem, wedle przypuszczeń Juljana, znajdowała się Helena; zresztą noc była tak ciemna, że z ulicy nic nie można było dojrzeć na takiej wysokości. Helena, która stała nieruchomo przy oknie, uczuła się mocno wzruszona.
Wziąć ten bukiet, czyż to nie było wyznanie? Nie doznawała zresztą żadnego z uczuć, które tego rodzaju przygoda obudziłaby dziś w młodej pannie z dobrego towarzystwa przygotowanej do życia starannem wychowaniem. Ponieważ ojciec i Fabio znajdowali się w domu, pierwszą jej myślą było, że najmniejszy hałas spowodowałby wystrzał muszkietu wymierzony w Juljana; ulitowała się niebezpieczeństw, na jakie narażał się biedny młodzieniec. Drugą myślą było, iż, mimo że go znała jeszcze bardzo mało, był on wszakże istotą, którą kocha najbardziej w świecie po własnej rodzinie. Wreszcie, po chwili wahania, wzięła bukiet. Dotykając kwiatów w głębokiej ciemności, uczuła, że do łodygi przywiązany jest list; pobiegła na schody, aby go odczytać przy blasku lampki płonącej przed obrazem Madonny. „Niebaczna! powiadała sobie rumieniąc się ze szczęścia przy pierwszych słowach listu; jeśli mnie ktoś zobaczy, jestem zgubiona, a rodzina moja na wieki będzie prześladowała tego biednego młodzieńca“. Wróciła do pokoju i zapaliła lampę. Była to rozkoszna chwila dla Juljana, który, wstydząc się swego kroku i jakby chcąc się ukryć jeszcze mimo ciemnej nocy, tulił się do olbrzymiego:pnia dębu, jednego z owych drzew o dziwacznych kształtach, które dziś jeszcze rosną nawprost pałacu Campireali.
W liście swoim, Juljan opowiadał, z najzupełniejszą prostotą, upokarzającą połajankę, jaka go spotkała ze strony ojca Heleny. „Jestem biedny, to prawda, ciągnął; niełatwo wyobraziłabyś sobie pani bezmiar mego ubóstwa. Mam tylko swój dom, który może zauważyłaś koło ruin albańskiego wodociągu; przy domu ogródek, który sam uprawiam i z którego warzywo stanowi mą żywność. Mam jeszcze winnicę, wydzierżawioną za trzydzieści talarów rocznie. Nie wiem, w istocie, czemu cię kocham; to pewna, że nie mogę żądać abyś dzieliła mą nędzę. A przecież, jeśli ty mnie nie pokochasz, życie straci dla minie wszelką wartość; zbyteczne mówić że oddałbym je tysiąc razy dla ciebie. A wszakże, przed twoim powrotem z klasztoru, życie to nie było nieszczęśliwe; przeciwnie, wypełniały je najświetniejsze marzenia. Toteż mogę powiedzieć, że widok szczęścia uczynił mnie nieszczęśliwym. Z pewnością wówczas nikt w świecie nie ośmieliłby się rzec mi słów, któremi mnie splugawił twój ojciec; sztylet mój wymierzyłby mi sprawiedliwość. Wówczas, przy mojej odwadze i broni, czułem się równy każdemu w świecie; niczego mi nie brakło. Obecnie wszystko bardzo się zmieniło; znam lęk. Zawiele tego pisania: może ty mną gardzisz! Jeśli, przeciwnie, masz dla mnie nieco litości, mimo ubogich sukien które noszę, zauważysz, że, co wieczora, kiedy północ dzwoni na wieży kapucynów na wzgórzu, znajduję się ukryty pod wielkim dębem, nawprost okna w które patrzę ciągle, domyślając się że to twoje okno. Jeśli nie gardzisz mną jak twój ojciec, rzuć mi kwiat z tego bukietu, ale uważaj aby się nie zahaczył o gzyms lub balkon twego pałacu“.
List ten odczytała Helena kilka razy; stopniowo oczy jej napełniły się łzami; patrzała tkliwie na wspaniały bukiet, związany mocnym jedwabiem. Próbowała wyrwać kwiat, ale nie mogła; zdjął ją lęk: dla młodej Rzymianki, wyrwać kwiat, uszkodzić bukiet będący darem miłości, znaczy narazić się że ta miłość umrze. W obawie aby się Juljan nie zniecierpliwił, pobiegła do okna; ale przyszło jej na myśl, że zbyt dobrze ją widać, ile że lampa napełniała pokój światłem. Nie wiedziała na jaki gest się odważyć; miała uczucie, że każdy jest zbyt wymowny.
Zawstydzona, wróciła pędem do pokoju. Ale czas mijał; naraz przyszła jej myśl, która wprawiła ją w nieopisane pomięszanie: Juljan przypuści, że ona, jak ojciec, gardzi nim bo jest ubogi! Ujrzała kawałek cennego marmuru leżący na stole; obwiązała go chusteczką i rzuciła pod dąb nawprost okna. Następnie dała znak, aby się Juljan oddalił: usłyszała, że spełnił jej wolę, gdyż odchodząc nie silił się już utaić szelestu kroków. Kiedy się znalazł na szczycie skał dzielących jezioro od ostatnich domostw w Albano, usłyszała piosenkę miłosną; przesłała mu, już śmielej, znak pożegnania, poczem jęła nanowo odczytywać list.
Nazajutrz i dalszych dni, znowu listy i podobne schadzki; że jednak w wiosce włoskiej nic nie ujdzie baczności, zwłaszcza że Helena była najbogatszą dziedziczką w okolicy, ostrzeżono pana Campireali, że co wieczór, o północy, widać światło w pokoju jego córki; że — rzecz o wiele osobliwsza — okno jest otwarte, a nawet Helena stoi w niem tak jakby się zgoła nie lękała zinzares (rodzaj dokuczliwych komarów, które psują najładniejsze wieczory w campagna romana). Tu muszę na nowo prosić czytelników o pobłażliwość. Kiedy ktoś chce poznać zwyczaje obcego kraju, musi być przygotowany na pojęcia bardzo dzikie, bardzo różne od naszych. Pan Campireali narządził dwa muszkiety: swój i swego syna. Wieczorem, kiedy wybiło trzy kwadranse na dwunastą, uprzedził Fabia i obaj wślizgnęli się najciszej na kamienny balkon na pierwszem piętrze, tuż pod oknem Heleny. Lita balustrada osłaniała ich do pasa, w razie gdyby ktoś z dołu zechciał wygarnąć z muszkietu w tę stronę. Północ wybiła: usłyszeli szelest pod drzewami; ale, co ich napełniło zdumieniem, światło w oknach Heleny nie pojawiło się. Dziewczyna ta, dotąd prosta i żywa jak dziecko, zmieniła się zupełnie odkąd kochała. Wiedziała, że najmniejsza nierozwaga naraża życie ukochanego; gdyby taki możny pan jak jej ojciec zabił biedaka takiego jak Juljan Branciforte, (wystarczyłoby mu potem zniknąć na trzy miesiące, które opędziłby w Neapolu; przez ten czas przyjaciele w Rzymie załagodziliby sprawę i wszystko skończyłoby się ofiarowaniem lampy za kilkaset talarów na ołtarz modnej w tej chwili Madonny. Rano przy śniadaniu, Helena poznała z fizjognomji ojca, że jest mocno pogniewany; ze spojrzeń zaś jakie na nią rzucał ukradkiem, odgadła że to ona jest przyczyną gniewu. Natychmiast pobiegła przyprószyć nieco kurzem drzewce dwóch wspaniałych muszkietów, wiszących nad łóżkiem ojcowskiem. Posypała również lekką warstwą kurzu puginały i szpady. Cały dzień okazywała szaloną wesołość, biegała po domu po wszystkich piętrach, gotowa ostrzec Juljana w razie gdyby miała szczęście go ujrzeć. Ale nie było nadziei. Biedny chłopiec tak był upokorzony połajanką bogatego pana, że w dzień nigdy nie zjawiał się w Albano; obowiązek jedynie sprowadzał go w niedzielę na mszę do parafjalnego kościoła. Matka Heleny, która ją ubóstwiała i nie umiała jej niczego odmówić, wyszła z nią trzy razy tego dnia, ale napróżno; Helena nie spotkała Juljana. Była w rozpaczy. Cóż się z nią działo, kiedy wieczorem, oglądając broń ojcowską, ujrzała że muszkiety są nabite i że prawie wszystkie puginały i szpady poruszano! Od śmiertelnego niepokoju odrywało ją jedynie pilne baczenie, aby nie okazać, że się czegoś domyśla. Idąc do siebie o dziesiątej wieczór, zamknęła na klucz drzwi wychodzące na przedpokój matczyny; poczem przycupnęła przy oknie, leżąc na podłodze tak aby jej nikt nie mógł spostrzec z zewnątrz. Można sobie wyobrazić, z jakim lękiem słuchała bijących godzin; nie było już mowy o wyrzutach jakie sobie czyniła często iż tak szybko pokochała Juljana, co mogło obniżyć jej cenę iw jego oczach. Ten dzień posunął sprawy młodego człowieka bardziej niż (pół roku stałości i zaklęć. „Poco kłamać? powiadała sobie Helena. Czyż go nie kocham całą duszą?“
O wpół do jedenastej, Helena ujrzała wyraźnie brata i ojca, jak się czają na kamiennym balkonie pod jej oknem. W dwie minuty po tem jak północ wybiła w klasztorze kapucynów, usłyszała równie wyraźnie kroki kochanka, który zatrzymał się pod dębem. Spostrzegła z radością, że ojciec i brat jakgdyby nic nie słyszeli; trzeba było lęku zakochanego serca, aby usłyszeć szelest tak lekki.
„Obecnie, powiadała sobie, zabiją mnie, ale, za wszelkę. cenę, nie trzeba aby dostali w ręce dzisiejszy list; prześladowaliby do ostatniego tchu biednego Juljana“. Przeżegnała się i, trzymając się jedną ręką żelaznej balustrady, wychyliła się ile tylko mogła na ulicę. Nie upłynęło ćwierć minuty, a bukiet, przymocowany jak zwykle do długiej trzciny, trącił ją w ramię. Chwyciła bukiet, ale, odczepiając go żywo od żerdki na której był umieszczony, trąciła tą żerdką o balkon. Natychmiast rozległy się dwa strzały, poczem zaległa cisza. Fabio, nie wiedząc w ciemności, czy to, co uderzyło o balkon, to nie był sznur, za pomocą którego Juljan schodzi od siostry, dał ognia w stronę jej balkonu; nazajutrz znalazła ślad kuli spłaszczonej na żelazie. Pan Campireali strzelił w dół, gdyż Juljan uczynił lekki hałas przytrzymując padającą żerdkę. Słysząc huk nad głową, Juljan odgadł co się święci i ukrył się pod balkonem.
Fabio szybko nabił ponownie muszkiet i, nie oglądając się na ojca, pobiegł do ogrodu. Otworzył cicho furtkę na ulicę i skradając się na palcach zaczął przepatrywać nieliczne osoby przechadzające się pod balkonem. W tej chwili, Juljan, który tego wieczora był z silną eskortą, znajdował się o dwadzieścia kroków, przytulony do drzewa. Helena, wychylając się z okna i drżąc o kochanka, zaczęła głośną rozmowę z bratem, którego usłyszała na ulicy; Spytała go czy zabił złodzieja.
— Nie sądź, że mnie oszukasz swym piekielnym podstępem! krzyknął z ulicy, którą przebiegł wzdłuż i wszerz; opłakuj zawczasu śmierć zuchwalca, który się ważył sięgać do twego okna.
Ledwie wyrzekł te słowa, Helena usłyszała, że matka puka do pokoju.
Otworzyła czemprędzej, powiadając że nie pojmuje jakim cudem drzwi są zamknięte.
— Bez komedji, drogi aniele, rzekła matka; ojciec jest wściekły i może cię zabić; chodź się ze mną położyć do łóżka, a jeżeli masz jaki list, daj mi go: ja schowam.
Helena rzekła:
— Oto bukiet, list ukryty jest w kwiatach.
Zaledwie obie kobiety znalazły się w łóżku, kiedy pan Campireali wszedł do pokoju żony. Przybywał z kaplicy, gdzie wszystko poprzewracał. Uderzyło Helenę to, że ojciec, blady jak upiór, działa zwolna, jak człowiek który powziął stanowcze postanowienie. „Zginęłam!“ rzekła sobie Helena.
— Cieszymy się, że mamy dzieci, rzekł ojciec, przechodząc obok łóżka żony aby się udać do pokoju córki, trzęsąc się z wściekłości ale udając zupełny spokój; cieszymy się że mamy dzieci, ale raczej powinniśmy płakać krwawemi łzami, kiedy dziecko okaże się dziewczyną. Wielki Boże! czy podobna! płochość ich może pozbawić honoru człowieka, który, od sześćdziesięciu lat, nie skaził się najlżejszym cieniem.
Mówiąc, przeszedł do pokoju córki.
— Zgubiona jestem, rzekła Helena do matki, listy są pod krucyfiksem koło okna.
Natychmiast matka wyskoczyła z łóżka i pobiegła za mężem; jęła wykrzykiwać największe androny aby wywołać jego gniew; udało się to jej najzupełniej. Starzec wściekał się, łamał w pokoju córki wszystko, ale matka mogła zabrać niepostrzeżenie listy. W godzinę później, kiedy pan Campireali wrócił do swego pokoju obok pokoju żony i kiedy wszystko się uspokoiło, matka rzekła:
— Masz swoje listy, nie chcę ich czytać, widzisz ile nas o mało nie kosztowały! Na twojem miejscu spaliłabym je. Dobranoc, uściskaj mnie.
Helena wróciła do siebie zalewając się łzami; miała uczucie, że od tych słów matki nie kocha już Juljana. Następnie gotowała się spalić listy, ale nim je wydała zniszczeniu, nie mogła się wstrzymać aby ich nie przeczytać. Odczytywała je tak długo, iż słońce było już wysoko na niebie, kiedy wreszcie namyśliła się iść za zbawienną radą.
Nazajutrz — była to niedziela — Helena udała się z matką do kościoła; szczęściem ojciec nie poszedł za niemi. Pierwszą osobą, którą spostrzegła w kościele, był Juljan. Jednem spojrzeniem upewniła się że nie jest ranny. Czuła się szczęśliwa bez granic; przygody nocne były o tysiąc mil od jej pamięci. Sporządziła kilka bilecików, określonych na strzępach zadeptanego papieru, jakie można znaleźć na posadzce w kościele; wszystkie zawierały to samo ostrzeżenie:
„Wszystko odkryte, wyjąwszy nazwiska. Nie pojawiaj się już na ulicy; będę tu przychodziła często“.
Helena upuściła świstek, spoglądając znacząco w stronę Juljana, który podniósł go i wyszedł. Wracając do domu w godzinę później, znalazła na schodach pałacowych strzępek papieru; uderzył ją zupełnem podobieństwem z temi, któremi posłużyła się rano. Podniosła go tak zręcznie, że nawet matka nic nie zauważyła; przeczytała:
„Za trzy dni ktoś wróci z Rzymu, dokąd musi się udać. Będzie śpiewał w biały dzień, w dni targowe, wśród zgiełku, około dziesiątej rano“.
Ten wyjazd zdziwił Helenę. „Czyżby się lękał muszkietu Fabia?“ powiadała sobie ze smutkiem. Miłość wybaczy wszystko, wyjąwszy dobrowolne oddalenie; bo też to jest największa męczarnia. Miast płynąć w słodkiem marzeniu, wypełnione rozpamiętywaniem uroków kochanka, życie staje się wówczas pastwą okrutnego wątpienia. „Ale czy to możliwe, aby on mnie już nie kochał?“ powiadała sobie Helena, przez trzy długie dni, które trwała nieobecność Juljana. Naraz, miejsce zgryzoty zajęła szalona radość: trzeciego dnia ujrzała go w samo południe, przechadzającego się pod pałacem jej ojca. Nigdy szlachetna jego postawa oraz dziarska fizjognomja nie jaśniały żywszym blaskiem; nigdy też nie mówiono tyle co tego dnia o ubóstwie Juljana. Mężczyźni a zwłaszcza młodzi ludzie mówili o nim z przekąsem; kobiety, a zwłaszcza młode dziewczęta, zachwycały się jego wspaniałą postacią.
Cały dzień Juljan przechadzał się po mieście; zdawałoby się, że chce sobie wynagrodzić owe miesiące zamknięcia, na które skazało go ubóstwo. Jak przystało człowiekowi zakochanemu, Juljan był dobrze uzbrojony pod swoim nowym strojem. Oprócz sztyletu i puginału, miał swje giacco (rodzaj długiej kamizelki ze stalowej siatki; bardzo jest niewygodna, ale leczy włoskie serca ze smutnej choroby, która dręczyła je w owych czasach; mam na myśli obawę aby nie paść na rogu ulicy z ręki wroga). Tego dnia, Juljan miał nadzieję ujrzeć Helenę; mierziło go przytem trochę zostać samemu w pustym domu; oto dlaczego. Ranucy, dawny żołnierz jego ojca, odbywszy z nim dziesięć kampanji w oddziałach rozmaitych condottieri, na końcu w oddziale Marka Sciarra, nie opuścił swego kapitana, kiedy go rany zmusiły do porzucenia służby. Kaipitan Branciforte miał przyczyny aby się trzymać zdała od Rzymu: narażał się tam na spotkanie synów ludzi których zabił; nawet w Albano nie miał ochoty wydać się na łaskę władz. Zamiast kupić lub nająć domek w mieście, wolał raczej zbudować go sobie w sposób taki aby zdaleka widzieć każdego nadchodzącego. Znalazł w ruinach Alby cudownie miejsce; nie będąc spostrzeżonym przez niewczesnych gości można było schronić się w las, gdzie władał dawny jego przyjaciel i wódz, Fabrycy Colonna. O przyszłość syna kapitan Branciforte nie troszczył się zgoła. Kiedy się wycofał ze służby, mając dopiero pięćdziesiąt lat ale podziurawiony jak sito, obliczył że może jeszcze żyć jakieś dziesięć lat; jakoż, po zbudowaniu domu, wydawał co roku dziesiątą część tego co zebrał z grabieży w których miał zaszczyt brać udział.
Kupił ową winnicę, która dawała synowi trzydzieści talarów rocznie; była to odpowiedź na przycinek pewnego obywatela z Albano, który, kiedy kapitan coś rozprawiał o interesach i o chwale tego miasta, zauważył że śmieszne jest aby taki chudeusz dawał rady osiadłym Albańczykom! Kapitan kupił winnicę i zapowiedział, że kupi więcej; poczem, spotkawszy owego kpiarza w ustronnem miejscu, zastrzelił go z pistoletu.
Po ośmiu latach takiego życia, kapitan umarł; adjutant jego, Ranucy, ubóstwiał Juljana; mimo to, znużony bezczynnością, wrócił do służby u księcia Colonna. Często zachodził odwiedzać syna swego Juljana (takie mu dawał miano); w wilję niebezpiecznego szturmu, któremu książę miał stawić czoło w fortecy Petrella, zabrał Juljana aby walczył przy jego boku. Widząc jego odwagę, rzekł:
— Tyś chyba szalony, i co więcej bardzo naiwny, aby gnić pod Albano jak najlichszy z mieszczuchów, gdy przy tem coś nam tu pokazał i przy nazwisku swego ojca mógłbyś być u nas świetnym awenturiere, i co więcej zrobić majątek.
Słowa te dręczyły Juljana. Umiał on nieco po łacinie od pewnego księdza; że jednak ojciec Juljana drwił sobie, poza łaciną, ze wszystkiego co ksiądz mówił, nie miał ani odrobiny wykształcenia. W zamian za to, wzgardzony dla swego ubóstwa, żyjąc samotnie w ustronnym domku, wytworzył sobie pewną filozofję, która śmiałością swoją zdumiałaby uczonych. Zanim naprzykład pokochał Helenę sam nie wiedząc czemu, ubóstwiał wojnę, ale miał wstręt do grabieży; w oczach zaś jego ojca i Ranucego grabież była niby wesoła krotochwila, którą się daje w teatrze po szlachetnej tragedji. Od czasu jak kochał Helenę, poglądy te stanowiły udrękę Juljana. Ta dusza, wprzód tak niefrasobliwa, nie śmiała się nikogo radzić w swych wątpliwościach, przepełniona była miłością i smutkiem. Cóżby powiedział pan Campireali, gdyby wiedział że on jest awenturiere? Dopiero miałby prawo obsypać go słusznemi wyrzutami! Juljan zawsze liczył na żołnierkę, jako na pewną ucieczkę w porze gdy już spienięży łańcuchy i inne klejnoty znalezione w żelaznej szkatule ojcowskiej. Jeżeli Juljan nie miał żadnego skrupułu aby wykraść, mimo swego ubóstwa, córkę bogatego pana Campireali, to dlatego, że w owej epoce ojciec rozrządzał w testamencie swojem mieniem jak mu się podobało i że pan Campireali mógł doskonale zostawić córce tysiąc talarów całego majątku. Inny problem zaprzątał głęboko wyobraźnię Juljana: 1) w jakiem mieście osadzi młodą żonę, skoro ją zaślubi i wykradnie ojcu? 2) skąd weźmie pieniędzy na jej utrzymanie?
Kiedy pan Campireali rzucił mu w twarz krwawe słowa, Juljan był przez dwa dni pastwą wściekłości i bólu; nie mógł się zdecydować ani na to aby zabić zuchwałego starca, ani aby go zostawić przy życiu. Całe noce płakał, wreszcie postanowił się poradzić Ranucego, jedynego przyjaciela jakiego miał w świecie; ale czy go ten przyjaciel zrozumie? Najpierw szukał Ranucego po całym lesie Faggiola; trzeba mu było udać się na gościniec neapolitański, poza Velletri, gdzie Ranucy dowodził zasadzką: oczekiwał tam, w licznej kompanji, Ruiza d‘Avalos, hiszpańskiego generała, który się wybierał do Rzymu lądem, niepomny że niegdyś, w licznej kompanji, wyraził się wzgardliwie o awanturnikach księcia Colonna. Kapelan jego przypomniał mu bardzo w porę tę drobną okoliczność, wskutek czego Ruiz d‘Avalos uzbroił barkę i puścił się morzem.
Wysłuchawszy opowieści Jiuljana, kapitan Ranucy rzekł:
— Opisz mi dokładnie tego jegomościa Campireali, iżby jego grubjaństwo nie kosztowało życia jakiego poczciwego mieszkańca Albano. Z chwilą gdy sprawa, która nas tu trzyma, zakończy się tak lub owak, udasz się do Rzymu, gdzie pamiętaj pokazywać się po gospodach i innych publicznych miejscach ile tylko zdołasz; nie trzeba aby cię ktoś mógł podejrzewać, zwłaszcza iż wiedzą że kochasz jego córkę.
Juljan z trudnością zdołał uspokoić gniew ojcowego druha. W końcu sam musiał wybuchnąć:
— Czy ty myślisz, że mnie chodzi o twoją szpadę? rzekł. Zdaje mi się, że i ja mam szpadę! Chcę od ciebie mądrej rady.
Ranucy wciąż wracał do swego:
— Jesteś młody, nigdyś nie był ranny; zniewaga była publiczna; otóż, mężczyzną shańbionym gardzą nawet kobiety.
Juljan odpowiedział, że jeszcze się poradzi w tej mierze swego serca. Mimo nalegań Ranucego, który koniecznie chciał go wciągnąć do napaści na hiszpańskiego generała, przyczem — powiadał — można nabyć chwałę, nie licząc dukatów, Juljan wrócił sam do swego domku. Tam to, w wilję dnia w którym pan Campireali wygarnął doń z muszkietu, odwiedzili Juljana Ranucy i jego kapral, obaj z powrotem z Velletri. Ranucy użył przemocy aby zajrzeć do szkatułki, gdzie jego zwierzchnik, kapitan Branciforte, chował niegdyś złote łańcuszki i inne kosztowności, o ile nie uważał za stosowne wydać ich zaraz po wyprawie. Znalazł tam dwa talary.
— Radzę ci zostać mnichem, rzekł do Juljana; masz potemu wszystkie cnoty; miłość ubóstwa, a oto dowód; pokorę, bo pozwalasz się lżyć w biały dzień bogaczowi z Albano; brak ci jedynie obłudy i łakomstwa.
Ranucy włożył przemocą do szkatułki pięćdziesiąt dukatów.
— Daję ci moje słowo, rzekł, że, jeśli do miesiąca pan Campireali nie będzie pogrzebany ze wszystkiemi honorami należnemi jego urodzeniu i dostatkom, tu obecny kapral przybędzie z trzydziestoma ludźmi aby zburzyć twój domek i spalić twoje rzeczy. Nie ścierpię, aby, pod pozorem miłości, syn kapitana Branciforte grał w świecie rolę durnia.
Owej nocy kiedy pan Campireali i jego syn strzelili z muszkietów, Ranucy i jego kapral byli na czatach pod balkonem. Juljan ledwie zdołał ich powstrzymać aby nie zabili lub bodaj nie porwali Fabia, wówczas gdy — jak opowiedzieliśmy wyżej — wypadł na ulicę przez ogród. Argumentem, który uspokoił Ranucego, było: iż nie godzi się zabijać młodego człowieka który może jeszcze na coś wyróść i stać się użyteczny, gdy jest starszy grzesznik winniejszy od niego i dobry już tylko na to aby go pochować.
Nazajutrz po tej przygodzie, Ranucy zaszył się w lasach a Juljan udał się do Rzymu. Uciechę, której doznał kupując piękne ubranie za dukaty Ranucego, mąciła okrutnie ta myśl, bardzo niezwykła w owej epoce i zwiastująca wysokie losy który go czekały; powiadał sobie: „Helena musi się dowiedzieć kim jestem“. Każdy inny mężczyzna w jego wieku i za jego czasów myślałby jedynie o team, aby nasycić swoją miłość i wykraść Helenę, nie troszcząc się w żadnym sposobie o to co się z nią stanie w pół roku później, ani też o mniemanie jakie o nim zachowa.
Wróciwszy do Albano, tego samego dnia w którym obnosił wszędzie piękne ubranie przywiezione z Rzymu, Juljan dowiedział się przez starego Scotta, swego przyjaciela, że Fabio wyjechał konno do majątku, który ojciec posiadał o trzy mile nad morzem. Później zobaczył, iż pan Campireali idzie w towarzystwie dwóch księży ku wspaniałej alei dębowej; aleja ta okala brzeg krateru, na którego dnie leży jezioro Albano. W dziesięć minut później stara kobieta weszła śmiało do pałacu Campireali, zachwalając owoce na sprzedaż; pierwszą osobą, którą spotkała, była Marjeta, zaufana Heleny. Helena zarumieniła się po białka otrzymując piękny bukiet. List w bukiecie był niezwykle długi; Juljan opowiedział wszystko czego doświadczył od owej burzliwej nocy; ale, pod wpływem szczególnego wstydu, nie śmiał wyznać tego, z czego każdy inny młodzieniec za jego czasów byłby tak dumny, a mianowicie że jest synem junaka słynnego z przygód i że on sam odznaczył się już w niejednej potrzebie. Wciąż zdawało mu się, że słyszy coby na to rzekł stary Campireali. Trzeba wiedzieć, że w szesnastym wieku, młode dziewczyny, bliższe zdrowego rozumu republik, o wiele bardziej ceniły człowieka za to czego dokonał sam, niż za bogactwa jego rodziny lub sławne czyny przodków. Ale pojęcia te miały zwłaszcza dziewczęta z ludu; panny z zamożnych lub szlachetnych domów lękały się rozbójników, i — rzecz zupełnie naturalna — miały w estymie szlachectwo i dostatek. Juljan zakończył trymi słowy: „Nie wiem, czy przyzwoite suknie, które przywiozłem z Rzymu, pozwolą ci zapomnieć zniewagi, którą osoba posiadająca twój szacunek zbezcześciła mnie niegdyś z powodu mego mizernego wyglądu; mogłem się zemścić, honor mi to nakazywał; nie uczyniłem tego przez wzgląd na łzy, jakie moja zemsta wycisnęłaby ubóstwianym oazom. To może ci dowiedzie — jeśli, na me nieszczęście, wątpiłaś jeszcze — że można być biednym, a mieć szlachetne uczucia. Pozatem mam ci wyznać straszliwą tajemnicę; z największą łatwością przyszłoby mi ją zwierzyć wszelkiej innej kobiecie, ale — nie wiem czemu — drżę, kiedy ją mam wyznać tobie. Może ona w jednej chwili zniweczyć twą miłość: nie wystarczyłoby mi żadne zaklęcie. Chcę czytać w twoich oczach wrażenie, jakie sprawi to wyznanie. W najbliższych dniach, skoro noc zapadnie, spotkam się z tobą w ogrodzie za pałacem. Tego dnia, Fabia i ojca nie będzie w domu; kiedy zyskam pewność, iż, mimo ich wzgardy dla licho odzianego młodzieńca, nie zdołają nam przerwać rozmowy, zjawi się pod oknami człowiek, pokazując dzieciakom ulicznym oswojonego lisa. Następnie, kiedy wydzwonią Anioł Pański, usłyszysz w oddali strzał z muszkietu; wówczas zbliż się do ogrodowego muru; jeśli nie będziesz sama, zaśpiewaj. O ile nic nie przerwie ciszy, niewolnik twój zjawi się drżący u twoich stóp i opowie ci rzeczy, które może cię przejmą zgrozą. Oczekując tego rozstrzygającego i straszliwego dla mnie dnia, nie ośmielę się podać ci już bukietu: ale koło drugiej w nocy przejdę śpiewając, a ty, stojąc na balkonie, upuścisz może kwiat uszczknięty twą ręką. Będą to może ostatnie znaki przychylności, jakich użyczysz nieszczęśliwemu Juljanowi“.
W trzy dni później, ojciec i brat Heleny udali się konno do majątku nad morzem; mieli ruszyć tuż przed zachodem słońca, aby być z powrotem koło drugiej. Ale, gdy mieli wyjeżdżać, nietylko ich dwa konie, ale wszystkie konie na folwarku znikły. Zdziwieni tą zuchwałą kradzieżą, szukali koni, które znaleźli dopiero nazajutrz w lesie nad morzem. Panowie Campireali musieli wracać do Albano na chłopskim wozie zaprzężonym w woły.
Kiedy tego wieczora Juljan znalazł się u kolan Heleny, było prawie zupełnie ciemno. Biedna dziewczyna była szczęśliwa z tej ciemności; pierwszy raz była w towarzystwie tego człowieka, którego kochała tkliwie, który to wiedział, ale z którym nigdy nie wymieniła ani słowa.
Jedno spostrzeżenie dodało jej nieco odwagi; Juljan był bardziej blady i drżący od niej. Widziała go u swoich kolan. „Doprawdy, nie jestem w stanie mówić“, rzekła. Mieli kilka chwil bardzo szczęśliwych: patrzyli na siebie, ale nie mogli wymówić słowa, nieruchomi jak grupa z marmuru. Juljan klęczał trzymając Helenę za rękę; ona, z pochyloną głową, przyglądała mu się ze skupieniem.
Juljan wiedział, że, w myśl rad przyjaciół, młodych rozpustników rzymskich, powinien był pokusić się o coś; ale wzdrygnął się przed tą myślą. Ze stanu ekstazy, najwyższego szczęścia jakie może dać miłość, obudziła go ta myśl: czas uchodzi szybko, ojciec i brat zbliżają się do pałacu. Uczuł, iż, przy swoich skrupułach, nie zazna trwałego szczęścia, póki nie uczyni owego straszliwego wyznania, które jego rzymskim przyjaciołom zdawałoby się ciężką głupoty.
— Wspominałem ci o wyznaniu, którego może nie powinienbym czynić, rzekł wreszcie.
Zbladł mocno; dodał z trudem, jakgdyby brakło mu oddechu:
— Może sprawię, iż pierzchną te uczucia, których nadzieja jest mojem życiem. Sądzisz, że jestem biedny; to nie wszystko: jestem bandytą i synem bandyty.
Na te słowa, Helena, córka bogacza i mająca wszystkie obawy swej kasty, uczuła że mdleje; bała się że upadnie. „Jakieby to było straszne dla biednego Juljana! pomyślała: przypuści, że nim gardzę“. Był u jej kolan. Aby nie upaść, oparła się o niego; niebawem padła bezprzytomna w jego ramiona. Jak czytelnik widzi, w szesnastym wieku lubiano w historjach miłosnych dokładność; a to dlatego że nie sądzono ich rozumem, ale odczuwano wyobraźnią, a uczucia czytelnika zlewały się z uczuciami bohaterów. Dwa rękopisy z których czerpię, a zwłaszcza ten który zawiera pewne zwroty właściwe djalektowi florenckiemu, podają najszczegółowiej historję wszystkich schadzek które nastąpiły. Niebezpieczeństwo tłumiło w młodej dziewczynie wyrzuty. Często, niebezpieczeństwa były ogromne; ale jedynie rozpalały one te dwa serca, dla których wszystkie wzruszenia płynące z ich miłości były szczęściem. Niejeden raz Fabio i jego ojciec omal ich nie schwytali. Byli wściekli, sądząc że z nich zadrwiono; głos publiczny powiadał im że Juljan jest kochankiem Heleny, a mimo to nic nie mogli dostrzec. Fabio, młodzieniec porywczy i dumny, namawiał ojca aby kazać zabić Juljana.
— Póki on będzie na świecie, powiadał, życie siostry znajduje się w strasznem niebezpieczeństwie. Kto nam zaręczy, że, w pierwszym momencie, honor nie zmusi nas do ubroczenia rąk w krwi tej zatwardziałej? Doszła do tego zuchwalstwa, że nie zapiera się już swej miłości; widziałeś, ojcze, że na twoje wyrzuty odpowiada jedynie tępem milczeniem; wierzaj, to milczenie jest wyrokiem śmierci na Juljana Branciforte.
— Pomyśl kim był jego ojciec, odpowiadał pan Campireali. Oczywiście, nic łatwiejszego dla nas niż udać się na pół roku do Rzymu, a przez ten czas Branciforte zniknie. Ale kto nam zaręczy, czy jego ojciec, który, mimo swych zbrodni, był człekiem dzielnym i szczodrym — szczodrym tak że zbogacił wielu swych żołnierzy a sam został biedny — kto nam zaręczy, że jego ojciec nie ma jeszcze przyjaciół, czy to w kompanji księcia Monte Mariano, czy w kompanji księcia Colonny, który często obozuie w lasach Faggiola, o pół mili od nas. W takim razie, wymordowanoby nas bez pardonu, mnie, ciebie, może i twoją nieszczęśliwą matkę.
Te częste rozmowy ojca z synem nie zupełnie były obce. Wiktorji Carafa, matce Heleny, i doprowadziły ją do rozpaczy. Wynikiem dyskusji między Fabiem a ojcem było, iż niegodne ich honoru jest cierpieć spokojnie pogłoski obiegające w Albano. Skoro nie było bezpieczne sprzątnąć młodego Branciforte, który z każdym dniem stawał się zuchwalszy i, co więcej, ubrany obecnie we wspaniałe szaty, posuwał bezczelność do tego stopnia, iż publicznie zagadywał Fabia lub nawet samego pana Campireali, trzeba było obrać jedną z tych decyzyj, a może obie razem: wrócić na stałe do Rzymu, oddać Helenę do klasztoru Wizytek, iżby tam została aż się znajdzie dla niej odpowiednia partja.
Nigdy Helena nie wyznała swojej miłości matce; matka i córka kochały się tkliwie i żyły z sobą najserdeczniej, a mimo to nie padło ani jedno słowo w przedmiocie który prawie jednako je zaprzątał. Ten jedyny niemal przedmiot ich myśli pierwszy raz wyraził się w sławach, gdy matka wspomniała córce, że jest zamiar przeniesienia się do Rzymu, a może i odesłania jej na kilka lat do klasztoru w Castro.
Zwierzenie to było ze strony Wiktorji Carafa wielkim nierozsądkiem; usprawiedliwić je może jedynie bezmierna czułość dla córki. Helena, oszalała miłością, chciała dowieść kochankowi że się nie wstydzi jego ubóstwa i że zaufanie jej do jego honoru jest bez granic. „Ktaby uwierzył? wykrzykuje autor florenckiego rękopisu, po tylu schadzkach tak zuchwałych i tak igrających z okrutną śmiercią, schadzkach które odbywały się w ogrodzie a nawet parę razy we własnym pokoju, Helena była czysta! Silna swa cnotą, ofiarowała kochankowi, że się z nim wymknie koło północy przez ogród i że spędzą noc w domku w rumach Alby, o ćwierć mili od pałacu. Przebrali się za mnichów zakonu św. Franciszka. Helena była słusznego wzrostu; w przebraniu tem wyglądała na młodego braciszka. Rzecz nie do wiary niemal i znamionująca wyraźnie palec boży, to iż na wąskiej dróżce wyrąbanej w skale i biegnącej pod samym murein kapucynów, Juljan i jego kochanka, przebrani za mnichów, spotkali pana Campireali i syna jego Fabia, którzy, w orszaku czterech dobrze uzbrojonych sług, mając przed sobą pazia z zapalonemu pochodniami, wracali z Castel Gandolfo, miasteczka położonego w pobliżu nad jeziorem. Aby przepuścić kochanków, obaj Campireali i ich ludzie ustawili się po obu stronach tej drogi szerokiej może na osiem stóp. Jakiemż byłoby szczęściem dla Heleny, gdyby ją poznano! Zginęłaby od kuli z ręki ojca lub brata, męka jej trwałaby tylko chwilę; ale niebo zrządziło inaczej.
Dodają jeszcze jeden szczegół tego osobliwego spotkania, który pani Campireali, dożywszy późnej starości, niemal stuletnia, opowiadała jeszcze niekiedy w Rzymie, w przytomności poważnych osób, które, również sędziwe, powtórzyły mi go, kiedy moja nienasycona ciekawość wypytywała je w tym przedmiocie, a także w wielu innych:
„Fabio Campireali, młodzieniec hardy swą odwagą i niosący się bardzo górnie, zauważywszy że młody mnich nie pozdrowił ani ojca ani jego, wykrzyknął:
— A to mi ladaco mniszek hardy! Bóg ich wie, co oni tam obaj idą robić za klasztorem o tak późnej godzinie! Miałbym djablą ochotę uchylić im kapturów; zobaczylibyśmy ich miny.
„Na te słowa, Juljan ścisnął puginał pod habitem i przeszedł między Fabia i Helenę. Znalazł się od Fabia o niecałą stopę; ale niebo zrządziło inaczej i uśmierzyło cudem wściekłość dwóch młodzieńców, którzy niebawem mieli spotkać się z tak bliska“.
W procesie, który później wytoczono Helenie Campireali, chciano przedstawić tę nocną wyprawę jako dowód zepsucia: był to obłęd młodego serca, płonącego szaloną miłością, ale to serce było czyste.

III

Trzeba wiedzieć, że Orosiniowie, wiekuiści współzawodnicy Colonnów i wszechpotężni wówczas w okolicy Rzymu, kazali świeżo trybunałom skazać na śmierć bogatego rolnika, Baltazara Bandini, rodem z Petrella. Zbyt długoby wymieniać tu występki o które obwiniano Bandiniego: większość z nich byłaby zbrodnię dziś, ale nie można ich oceniać równie surowo w roku 1559. Bandiniego uwięziono w zamku Orisinich, położonym w górach od strony Valmontone, o sześć mil od Albano. Barigel rzymski, w orszaku stu pięćdziesięciu zbirów, zjawił się w nocy na gościńcu; przybywał po Bandiniego aby go zawieść do Rzymu do więzienia Tordinona po wyrok skazujący go na śmierć. Ale, jak wspomnieliśmy, ów był rodem z Petrella, twierdzy Colonnów; jakoż żona Bandiniego zagadnęła publicznie Fabrycego Colonnę, który się znajdował w Petrella:
— Czy pozwolisz, panie, umrzeć swemu wiernemu słudze?
Colonna odpowiedział:
— Niech mnie Bóg broni, abym miał kiedykolwiek uchybić trybunałom papieża, mego pana!
Natychmiast żołnierze jego otrzymali rozkazy, a wszystkim jego stronnikom udzielono wiadomości aby byli w pogotowiu. Schadzkę naznaczono w okolicy Valmontone, miasteczka na szczycie skały niezbyt wysokiej, ale mającej za szaniec gładką prawie i prostopadłą przepaść wysoką na sześćdziesiąt do osiemdziesięciu stóp. Do tego miasta, należącego do papieża, udało się stronnikom Orsinich oraz zbirom doprowadzić Bandiniego. Wśród najgorliwszych popleczników władzy znajdowali się pan Campireali i Fabio, spokrewnieni zresztą trochę z Orsinimi. Od dawien dawna, przeciwnie, Juljan Branciforte i jego ojciec byli oddani Colonnom.
W okolicznościach w których nie wypadało Colonnom działać otwarcie, uciekali się oni do bardzo prostego sposobu. Większość bogatych wieśniaków rzymskich należała — wówczas jak dziś — do jakiejś kompanji pokutniczej. Pokutnicy nie pojawiają się publicznie inaczej niż z głową okrytą kawałkiem płótna, które zasłania im twarz i ma tylko dwie dziury na oczy. Kiedy Colonnowie nie chcą przyznać się do jakiegoś przedsięwzięcia, zalecają swoim stronnikom, aby, udając się na schadzkę, wdziali strój pokutników.
Po długich przygotowaniach, przewiezienie Bandiniego, którem od dwóch tygodni zajmowała się cała okolica, naznaczono na niedzielę. Tego dnia, o drugiej zrana, gubernator Valmontone kazał bić w dzwony na trwogę we wszystkich wioskach w lesie Faggiola. Chłopi wyszli dość licznie. (Obyczaje średniowiecznych republik, w których bito się aby uzyskać to czego się pragnie, zachowały sporo dzielności w sercu chłopów; za naszych czasów niktby się nie ruszył).
Tego dnia można było zauważyć rzecz dość osobliwą: w miarę jak gromadki uzbrojonych chłopów zapuszczały się w las, malały o połowę: stronnicy Colonnów przemykali się ku wskazanemu miejscu. Naczelnicy zdawali się przeświadczeni, że tego dnia nie będzie starcia: otrzymali rano rozkaz szerzenia tej pogłoski. Fabrycy przebiegał las z wyborem swoich stronników, których wsadził na pół-dzikie młode konie ze swojej stadniny. Robił jakgdyby przegląd oddziałów chłopskich; ale nie mówił do nich nic, ile że każde słowo mogło być niebezpieczne. Fabrycy był to wysoki chudy człowiek, niewiarogodnie zwinny i silny: mimo że miał ledwie czterdzieści pięć lat, włosy i wąsy miał mleczno-białe, z czego był bardzo nie rad: po tym znaku można go było poznać tam gdzie wolał ujść niepostrzeżony. Na jego widok, chłopi wołali: Niech żyje, Colonna! i wkładali płócienne kaptury. Sam książę miał swój kaptur na piersiach, aby go włożyć z chwilą gdy spostrzeże nieprzyjaciół.
Nie dali na siebie czekać. Ledwie słońce wstawało, kiedy jakiś tysiąc ludzi stronnictwa Orsinich, ciągnących od Valmontone, weszło w las, przechodząc o trzysta kroków od stronników Colonny, którym ten kazał położyć się na ziemi. W kilka minut po przejściu ostatnich Orsyńczyków, tworzących tę awangardę, książę, sprawił swoich ludzi: postanowił napaść eskortę Bandiniego w kwadrans po tem jak się zapuści w las. W tej okolicy las usiany jest skałami wysokiemi na piętnaście lub dwadzieścia stóp; są to fale lawy, na których kasztany rosną wspaniale, tak że prawie zupełnie zacieniają światło. Ponieważ fale te, mniej lub więcej nadgryzione czasem, powodują znaczne nierówności gruntu, przeto, aby oszczędzić gościńcowi mnóstwa niepotrzebnych wzniesień i spadków, wyżłobiono drogę w lawie, tak iż często znajduje się ona o kilka stóp poniżej poziomu lasu.
W pobliżu miejsca obranego przez księcia Colonnę na atak, znajdowała się polana zarośnięta murawą; z jednego brzegu polanę tę przecinał gościniec. Następnie droga wchodziła w las, który, pełen głogów i krzewów, był w tem miejscu zupełnie nie do przebycia. Fabrycy pomieścił swoich po obu stronach, o sto kroków od gościńca. Na znak księcia, każdy wieśniak nałożył kaptur i ustawił się z muszkietem za kasztanem; żołnierze księcia zajęli pozycje najbliżej drogi. Chłopi otrzymali wyraźny rozkaz nie strzelać aż po żołnierzach, ci zaś mieli dać ognia gdy nieprzyjaciel będzie o dwadzieścia kroków. Fabrycy kazał ściąć na prędce ze dwadzieścia drzew, które, rzucone przez drogę dość ciasną w tem miejscu i zarytą na trzy stopy w ziemię, zatarasowały ją zupełnie. Kapitan Ranucy z pięciomaset ludźmi tworzył przednią straż; miał rozkaz atakować dopiero kiedy usłyszy pierwsze strzały od strony drzew zamykających drogę. Kiedy Fabrycy Colonna ujrzał iż żołnierze jego i stronnicy siedzą każdy za swojem drzewem, dobrze rozmieszczeni i pełni ducha, wypuścił się galopem ze swą konnicą, w której wyróżniał się Juljan Branciforte. Książę wziął się na prawo dróżką, wiodącą na skraj polany.
Zaledwie książę się oddalił, ujrzano z daleka, na drodze z Valmontone, oddział konnych; byli to zbiry, barigel eskortujący Bandiniego oraz cała jazda Orsinich. Wśród nich znajdował się Baltazar Bandini, w otoczeniu czterech katów przybranych czerwona; mieli rozkaz wykonać wyrok najwyższych sędziów i utrupić Bandiniego, w razie gdyby widzieli iż stronnicy Colonnów chcą go oswobodzić.
Skoro kawalerja Colonny przybyła na skraj polany, rozległy się pierwsze strzały z zasadzki. Natychmiast książę wypuścił swoją jazdę galopem, kierując atak na czterech czerwonych katów, którzy otaczali Bandiniego.
Nie będziemy szczegółowo opowiadali tej utarczki, która nie trwała ani trzech kwadransów; stronnicy Orsinich, zaskoczeni, rozbiegli się na wszystkie strony; ale kapitan Ranucy zginął, co miało opłakany wpływ na losy Juljana. Zaledwie rozdał parę ciosów szabli, wciąż zbliżając się do ludzi czerwono odzianych, kiedy nagle znalazł się nawprost Fabia Campireali.
Pędząc na ognistymi rumaku i odziany w złociste giacco (koszulkę drucianą), Fabio wołał:
— Kto są te zamaskowane łotry? Poprzecinajmy ich maski pałaszem; ot, zaraz wam pokażę!
Prawie w tej samej chwili Juljan Branciforte otrzymał z jego ręki poprzeczne cięcie w czoło. Cios był zadany tak zręcznie, że maska, która mu kryła twarz, spadła; równocześnie uczuł, że krew z rany, lekkiej zresztą, zalewa mu oczy. Juljan cofnął się z koniem aby odetchnąć i wytrzeć sobie twarz. Za wszelką cenę chciał uniknąć starcia z bratem Heleny; już jego koń był o kilka kroków od Fabia, kiedy Juljan otrzymał w piersi wściekły cios szablą. Cios nie zranił go, dzięki giacco, ale odjął mu oddech na chwilę. Prawie równocześnie usłyszał krzyk:
Ti conosco, parco! Znam cię, kanaljo! Więc ty w ten sposób zarabiasz na suknie w miejsce dawnych łachmanów!
Juljan, dotknięty do żywego, zapomniał o pierwotnem postanowieniu i skoczył na Fabia:
Ed in mal ponto tu venisti! (w złą chwilę się zjawiłeś) wykrzyknął.
Po kilku gwałtownych ciosach, suknie, które okrywały ich koszulki druciane, opadły w strzępach. Koszulka Fabia była złota i wspaniała, koszulka Juljana bardzo pospolita.
— W jakim zlewie znalazłeś swoje giacco? — krzyknął Fabio.
W tej samej chwili Juljan znalazł sposobność, której szukał od pół minuty: wspaniała koszulka Fabia nie dość była obcisła na szyi, jakoż Juljan zadał mu w odsłonięty nieco szyję śmiertelny cios. Rapir wszedł na pół stopy w gardło Fabia, z którego trysnął strumień krwi.
— Masz, zuchwalcze! wykrzyknął Juljan.
I pognał w stronę czerwonych katów, z których dwóch siedziało jeszcze na koniach. Kiedy się zbliżył do nich, trzeci padł; ale, w chwili gdy Juljan dopadł czwartego, ten, widząc że go otacza dziesięciu z górą konnych, wypalił z pistoletu do biednego Baltazara Bandini, który upadł.
— Mości panowie, nie mamy tu co robić dłużej! wykrzyknął Branciforte; weźmy na szable zbirów którzy uciekają.
Wszyscy pognali za nimi.
Kiedy, w pół godziny później, Juljan stanął przed Fabrycym Colonną, pan ów ozwał się doń po raz pierwszy iw życiu. Szalał z gniewu; Juljan myślał, że go zastanie pełnym radości z powodu zwycięstwa, które zawdzięczał jedynie swemu znakomitemu planowi; Orsiniowie bowiem mieli blisko trzy tysiące ludzi, a Fabrycy nie zgromadził w tej potrzebie ani półtora tysiąca.
— Straciliśmy dzielnego druha Ranucego! wykrzyknął książę do Juljana; sam dotykałem ciała, już zimny. Biedny Baltazar Bandini jest śmiertelnie ranny. Nie udało się nam. Ale cień dzielnego kapitana stanie przed obliczem Plutona w licznem towarzystwie. Dałem rozkaz aby przystroić drzewa wszystkimi łajdakami, którzy nam wpadli w ręce. Mości panowie, słyszycie? wykrzyknął, podnosząc głos.
I puścił się galopem w stronę gdzie stoczyły walkę przednie straże. Juljan zastępował patroszę Ranucego; ruszył za księciem, który, przybywszy do trupa dzielnego żołnierza, leżącego w otoczeniu pięćdziesięciu przeszło zwłok nieprzyjaciół, zsiadł drugi raz z konia, aby ująć Ranucego za rękę. Juljan uczynił toż samo, płacząc.
— Jesteś bardzo młody, rzekł książę do Juljana, ale widzę cię okrytym krwią, a ojciec twój był dzielnym człowiekiem, otrzymał więcej niż dwadzieścia ram w służbie Colonnów. Obejmij dowództwo nad resztkami kompanji i odprowadź trupa do kościoła w Pertrella; a pamiętaj, że mogą cię napaść w drodze.
Nie napadli Juljana, ale on sam przebił rapierem jednego z żołnierzy, który mu rzekł że za młody jest aby dowodzić. Ponieważ Juljan był jeszcze okryty krwią Fabia, szaleństwo to wywarło dobre wrażenie. Wzdłuż całej drogi widział drzewa przystrojone jeńcami. Ten ohydny widok, w połączeniu ze śmiercią Ranucego, a zwłaszcza Fabia, doprowadzał go niemal do szaleństwa. Jedyną jego nadzieją było, że imię zwycięscy Fabia nie wyjdzie na jaw.
Pomijamy szczegóły wojskowe. W trzy dni po tej potyczce, Juljan zjawił się na kilka godzin w Albano; opowiadał znajomym, że gorączka zatrzymała go w Rzymie, gdzie musiał przeleżeć w łóżku cały tydzień.
Ale wszędzie odnoszono się doń z wyraźnym szacunkiem; najznamienitsi obywatele kłaniali mu się pierwsi; ten i ów tytułował go nawet niebacznie kapitanem. Juljan przeszedł kilka razy koło pałacu Campireali, który był szczelnie zamknięty; że zaś świeży kapitan był bardzo nieśmiały gdy chodziło o pewne pytania, dopiero koło południa przemógł się na tyle, iż spytał Scottiego, starca, który zawsze okazywał mu wiele dobroci:
— Gdzież są Campireali? Widzę, że pałac ich jest zamknięty.
— Mój przyjacielu, odparł Scotti z nagłym smutkiem, tego nazwiska nigdy nie powinieneś wymawiać. Przyjaciele twoi są pewni, że to on ciebie szukał i powtórzą to wszędzie; ale ostatecznie on był główną przeszkodą do twego małżeństwa; śmierć jego daje olbrzymi majątek siostrze, która cię kocha. Można nawet dodać — w tej chwili niedyskrecja staje się cnotą — można nawet dodać, iż kocha cię do tego stopnia, że cię odwiedzała w nocy w twoim domku. Toteż ludzie opowiadają, że byliście mężem i żoną przed nieszczęsną bitwą.
Starzec przerwał, widząc że Juljan zalewa się łzami.
— Wstąpmy do gospody, rzekł Juljan.
Scotti udał się za nim; dano im pokój, gdzie się zamknęli na klucz, poczem Juljan opowiedział starcowi wszystko co się zdarzyło od tygodnia. Kiedy skończył, starzec rzekł:
— Widzę z twoich łez, że czym twój nie był obmyślany z góry; mimo to śmierć Fabia jest dla ciebie wielkiem nieszczęściem. Trzeba koniecznie, aby Helena oświadczyła matce, że jesteś oddawna jej małżonkiem.
Juljan nie odpowiedział, co starzec przypisał chwalebnej dyskrecji. Utopiony w zadumie, Juljan pytał sam siebie, czy Helena, przejęta śmiercią brata, zdoła ocenić jego delikatność; żałował tego co zaszło niegdyś. Następnie, na jego pytanie, starzec opowiedział mu szczegółowo wszystko, co się działo w Albano w dniu walki. Fabio zginął o wpół do siódmej rano o więcej niż sześć mil od Albano, a o dziewiątej — rzecz nie do wiary! — zaczęto mówić o tej śmierci. Około południa ujrzano starego Campireali, zalanego łzami, podtrzymywanego przesz dwóch służących, jak się udawał do klasztoru kapucynów. Wkrótce potem, trzej dobrzy ojcowie, siedząc na najlepszych koniach Campirealich, w otoczeniu licznej służby, udali się do Ciampi, gdzie ta walka miała miejsce. Stary Campireali chciał koniecznie jechać z nimi; ale mu to odradzano z przyczyny że Fabrycy Colonna jest wściekły (nie bardzo wiedziano czemu) i że, w razie gdyby go wzięto do niewoli, mogłoby mu się to obrócić na złe.
Około północy zdawało się, że las Faggiola stoi w ogniu; to wszystkie mnichy i wszyscy biedni z Albano, każdy z grubą zapaloną świecą, szli na spotkanie ciała młodego Fabia.
— Nie będę ci taił, ciągnął starzec zniżając głos jakby się lękał że go kto usłyszy, że droga która wiedzie do Valmontone i do Ciampi...
— Cóż takiego? spytał Juljan.
— Ta droga przechodzi pod twoim domem; otóż powiadają, że, kiedy trup Fabia znalazł się w tem miejscu, krew trysła z okropnej rany, którą miał na szyi.
— Cóż za okropność! wykrzyknął Juljan wstając.
— Uspokój się, drogi chłopcze, rzekł starzec; sam widzisz, że trzeba abyś wiedział wszystko. A teraz mogę ci powiedzieć, że twoja tu dzisiejsza obecność wydała się nieco przedwczesna. Gdybyś mi uczynił tem zaszczyt, aby się mnie poradzić, dodałbym, kapitanie, że nie uchodzi ci zjawiać się w Albano przed upływom miesiąca. Nie potrzebuję cię ostrzegać, że byłoby niebezpiecznie pojawiać się w Rzymie. Niewiadomo jeszcze, jakie stanowisko zajmie ojciec święty wobec Colonnów; przypuszczają, że da wiarę oświadczeniu Fabrycego, który twierdzi, że o bitwie pod Ciampi wie jedynie ze słychu; ale gubernator rzymski, zajadły Orsińczyk, wścieka się i byłby bardzo rad, gdyby mógł powiesić którego z dzielnych żołnierzy Fabrycego, o co ten nie mógłby się upominać, skoro przysięga że nie brał udziału w bitwie. Pójdę dalej i, mimo że mnie nie pytasz, pozwolę sobie udzielić ci rady wojskowej: jesteś łubiany w Albano, inaczej nie byłbyś tu bezpieczny. Pomyśl, że się przechadzasz po mieście od kilku godzin, że jakiś stronnik Orsinich może to wziąć za zniewagę lub przynajmniej dojrzeć w tem sposobność zdobycia pięknej nagrody. Stary Campireali powtarzał tysiąc razy, że da najpiękniejszą wioskę temu, kto cię zabije. Powinieneś był wziąć z sobą do Albano kilku żołnierzy, których masz u siebie w domu.
— Nie mam w domu żadnych żołnierzy.
— W takim razie jesteś szalony, kapitanie. Przy tej gospodzie jest ogród, wyjdziemy ogrodem i wymkniemy się przez winnicę. Odprowadzę cię; jestem stary i bez broni, ale jeśli spotkamy jakichś nieprzychylnych Ludzi, pomówię z nimi i pomogę ci bodaj zyskać na czasie.
Juljan był w rozpaczy. Mamyż wyznać jego szaleństwo i odkąd się dowiedział, że pałac Campireali jest zamknięty a mieszkańcy jego wyjechali do Rzymu, powziął zamiar odwiedzenia ogródka, gdzie tak często spotykał się z Heleną. Miał nawet nadzieję ujrzenia jej pokoju, gdzie go przyjmowała kiedy matki nie było w domu. Chciał jakby odczynić jej gniew widokiem miejsc, gdzie była dlań tak serdeczna.
Branciforte i szlachetny starzec nie spotkali nikogo niepożądanego, idąc ścieżkami, które przecinają winnice i biegną ku jezioru.
Juljan kazał sobie na nowo opowiedzieć szczegóły. pogrzebu Fabia. Ciało dzielnego młodzieńca, prowadzone przez orszak księży, zawieziono do Rzymu i pochowano w kaplicy rodzinnej w klasztorze św. Onufrego na szczycie Janiculum. Jako rzecz bardzo osobliwą zauważono, że w wilję ceremonji ojciec odwiózł Helenę do klasztoru Wizytek w Castro; co potwierdziło pogłoski, iż Helena wzięła tajny ślub z awanturnikiem, który miał to nieszczęście iż zabił jej brata.
Znalazłszy się blisko domu, Juljan spotkał kaprala ze swej kompanji z czteroma żołnierzami; oświadczyli mu, że dawny ich kapitan nigdy nie opuszczał lasu, nie mając przy sobie kilku ludzi. Książę powiadał często, iż, jeśli ktoś ma ochotę dać się zabić, winien wziąć dymisję, aby mu nie narzucać obowiązku pomszczenia jego śmierci.
Jaljan Branciforte zrozumiał słuszność tych pojęć, które były mu dotąd obce. Myślał tak jak pierwotne ludy, że wojna polega tylko na tem, aby się mężnie bić. Wszedł natychmiast w intencje księcia; zdążył jedynie uściskać roztropnego starca, który tak wielkodusznie odprowadził go aż do domu.

Ale w kilka dni później, Juljan, wpół oszalały z melancholji, wrócił, aby ujrzeć pałac Campireali. Skoro zapadła noc, on i trzech jego żołnierzy, przebrani za kupców neapolitańskich, dostali się do Albano. Sam jeden udał się do domu Scotitiego; dowiedział się, że Helena wciąż jest w klasztorze w Castro. Ojciec, który sądził, że zaślubiła mordercę jego syna, poprzysiągł nie oglądać jej nigdy. Nie widział jej nawet wówczas gdy ją odwoził do klasztoru. Natomiast czułość matki jak gdyby zdwoiła się; częsta opuszczała Rzym aby spędzić dzień lub dwa z córką.

IV

„Jeśli się nie usprawiedliwię wobec Heleny, powiadał sobie juljan, wracając w nocy na kwaterę w lesie, uwierzy w końcu, że jestem mordercą. Bóg wie, co za historję musiano jej opowiedzieć o tej nieszczęsnej walce!“
Udał.się po rozkazy księcia do zamku Petrella i poprosił o pozwolenie udania się do Castro. Fabrycy Colonna zmarszczył brwi.
— Sprawa owej utarczki nie jest jeszcze załatwiona z Jego świątobliwością. Powinieneś wiedzieć, że ja oświadczyłem prawdę, to znaczy, że byłem najzupełniej obcy temu starciu, o którem dowiedziałem się dopiero nazajutrz w Petrella. Mam powód przypuszczać, że Jego świątobliwość da wkońcu wiarę temu szczeremu wyznaniu. Ale Orsiniowie są potężni; wszyscy powiadają, że ty wyróżniłeś się w tej bijatyce. Orsiniowie posuwają się wręcz do twierdzenia, że kilku jeńców zawisło na gałęzi. Wiesz, jak dalece bajki te są fałszywe; ale można przewidywać odwet.
Zdumienie, które błysło w naiwnych spojrzeniach młodego kapitana, ubawiło księcia; mimo to, widząc taką niewinność, uznał, iż trzeba się wyrazić jaśniej.
— Widzę w tobie, ciągnął, ową doskonałą odwagę, która rozsławiła na całe Włochy nazwisko Branciforte. Mam nadzieję, że zachowasz dla mego domu wierność, która czyniła mi drogim twego ojca i którą chciałbym nagrodzić w tobie. Oto hasło mojej kompanji: nigdy nie powiedzieć słowa prawdy o tem, co dotyczy mnie lub moich żołnierzy. Jeżeli, w chwili gdy trzeba ci mówić, nie widzisz celu kłamstwa, kłam na los szczęścia, strzeż się jak grzechu śmiertelnego słowa prawdy. Pojmujesz, że skojarzone z innemi wskazówkami, mogłaby ono naprowadzić na trop. Pozatem wiem, że ty masz jakąś miłostkę u Wizytek w Castro; możesz się zabawić dwa tygodnie w tem miasteczku, gdzie Orsiniowie mają przyjaciół a nawet agentów. Udaj się do mego marszałka, który ci wyliczy dwieście cekinów. Przez dawną przyjaźń dla twego ojca, dodał książę śmiejąc się, mam ochotę udzielić ci paru miłosno-strategicznych wskazówek. Ty i trzej twoi żołnierze przebierzecie się za kupców; będziesz się wściekał na jednego ze swoich towarzyszów, który będzie z urzędu wciąż pijany i nawiąże liczne stosunki stawiając wino wszystkim próżniakom w Castro. Pozatem, dodał książę innym tonem, jeśli cię Orsiniowie pochwycą i wydadzą na śmierć, nie przyznawaj się za nic do prawdziwego nazwiska, a tem mniej do służby u mnie. Nie potrzebuję ci zalecać abyś okrążał każde miasteczko i wchodził zawsze, bramą przeciwną stronie z której przybywasz.
Te ojcowskie rady z ust człowieka zazwyczaj tak surowego wzruszyły Juljana. Zrazu książę uśmiechnął się z łez, które ujrzał w oczach młodego człowieka; później i jego głos się zmienił. Zdjął jeden z pierścieni, które miał na palcu; przyjmując pierścień, Juljan ucałował tę rękę słynną znamienitemu czynami.
— Nigdy ojciec mój tak nie mówił do mnie! wykrzyknął w zachwycie.
W dwa dni później, nieco przed świtem, Juljan znalazł się w murach miasteczka Castro. Towarzyszyło mu pięciu żołnierzy, w przebraniu jak on; dwaj szli osobno, udając że nie znają ani jego, ani trzech tamtych. Zanim jeszcze weszli do miasta, Juljan ujrzał klasztor Nawiedzenia, rozległy budynek otoczony czarnemi murami, dość podobny do fortecy. Pobiegł do kościoła, który był wspaniały. Zakonnice, wszystko szlachcianki, przeważnie z bogatych domów, prześcigały się która z nich bardziej wzbogaci ten kościół, jedyną część klasztoru dostępną oczom publiczności. Weszło w zwyczaj, że siostra, którą papież mianował ksienią, na podstawie listy trzech nazwisk przedstawionej przez kardynała, protektora klasztoru, składała znaczną ofiarę mającą uwiecznić jej imię. Ta, której dar był mniejszy od daru poprzedniczki, stawała się przedmiotem wzgardy, zarówno jak jej rodzina.
Juljan posuwał się drżący nawą wspaniałej budowli, lśniącej od marmurów i złoceń. C«prawda nie wiele myślał o marmurach i złoceniach; miał uczucie, że patrzą nań oczy Heleny. Wielki ołtarz, powiadano mu, kosztował przeszło ośmset tysięcy franków; ale spojrzenia jego, gardząc bogactwami ołtarza, biegły ku złoconej kracie, wysokiej blisko na czterdzieści stóp i podzielonej na trzy części dwoma olbrzymiemi marmurowemi filarami. Krata ta, której ogrom sprawiał straszliwe wrażenie, wznosiła się za wielkim ołtarzem i dzieliła chór klasztorny od kościoła otwartego dla wiernych.
Juljan powiadał sobie, że za tą złoconą kratą znajdują się w czasie nabożeństwa zakonnice i pensjonarki klasztoru. Do tej części kościoła mogła się udać o każdej porze dnia zakonnica lub pensjonarka, która się chciała modlić; na tej wszystkim znanej okoliczności biedny kochanek budował nadzieje.
Prawda, iż olbrzymia czarna zasłona wyścielała wewnętrzną stronę kraty; ale ta zasłona, myślał Juljan, nie powinna krępować wzroku pensjonarek spoglądających w kościół, skoro ja, mogąc się zbliżyć jedynie na pewną odległość, widzę doskonale przez zasłonę okna oświetlające chór aż do najdrobniejszych architektonicznych szczegółów. Każde wiązanie tej wspaniale złoconej kraty miało silne ostrze zwrócone ku publiczności.
Juljan wybrał miejsce bardzo widoczne, nawprost kraty, po lewej; tam słuchał jednej mszy po drugiej. Ponieważ otaczali go sami tylko chłopi, miał nadzieję iż zwróci na siebie uwagę nawet przez czarną zasłonę. Pierwszy raz w życiu skromny ten młodzian starał się ściągnąć uwagę; przybrał się dostatnio i sypał hojnie jałmużny tak wchodząc jak i wychodząc. Jego ludzie i on sam starali się o względy robotników i drobnych kupców, mających jakieś stosunki z klasztorem. Mimo to, dopiero trzeciego dnia zyskał nadzieję, iż zdoła przesłać Helenie list. Na jego rozkaz zaczęto pilnie śledzić dwie służebniczki wychodzące na zakupy dla klasztoru; jedna utrzymywała stosunek z kramarzem. Jeden z żołnierzy Juljana, który był niegdyś mnichem, pozyskał przyjaźń kramamarza i przyrzekł: mu cekina za każdy list doręczony pensjonarce klasztoru, Helenie Campireali.
— Co! rzekł kupiec na pierwsze słowo: list żonie bandyty!
Przydomek ten był już uświęcony w Castro, a nie było jeszcze dwóch tygodni od przybycia Heleny: tak dalece wszystko co uderza wyobraźnię szybko dostaje się w obieg u tego ludu łakomego dokładnych szczegółów!
Kramarz dodał:
— Ta przynajmniej jest zamężna! Ale ileż naszych dam nie ma tej wymówki, a otrzymują ze świata coś więcej niż listy!
W tym pierwszym liście, Juljan opowiadał szczegółowo wszystko co się zdarzyło w nieszczęsnym dniu śmierci Fabia. „Czy mnie nienawidzisz?“ pytał w końcu.
Helena odpowiedziała w kilku słowach, że nie nienawidzi nikogo, ale że postanowiła obrócić resztę dni na to aby zapomnieć o człowieku, przez którego brat jej zginął.
Juljan odpisał znowu; po kilku wykrzyknikach pod adresem losu (styl naśladowany z Platona i bardzo wówczas w modzie), tak pisał:
„Chcesz tedy podać w niepamięć słowo Boga, przekazane nam w Piśmie? Bóg powiada: Niewiasta opuści krewnych i rodziców aby iść za swym małżonkiem. Śmiałażbyś twierdzić, że nie jesteś moją żoną? Przypomnij sobie noc św. Piotra. Kiedy świt błyskał już za Monte Cavi, padłaś do moich kolan; zlitowałem się nad tobą; byłabyś moją, gdybym zechciał; nie mogłaś przemóc miłości, która parła cię w tej chwili w moje objęcia. Nieraz myślałem, że, ponieważ powtarzałem ci wiele razy, iż poświęciłem ci moje życie i wszystko najdroższe mi na świecie, mogłabyś odpowiedzieć (mimo że nie uczyniłaś tego nigdy), że wszystkie te ofiary, nie stwierdzone żadnym czynem, są jedynie urojone. Olśniła mnie pewna myśl, okrutna dla mnie, ale słuszna. Pomyślałem, że nie na darmo los daje mi sposobność poświęcenia dla twego dobra najwyższego szczęścia o jakiem mogłem kiedy marzyć. Byłaś już w moich ramionach, bez obrony, pamiętasz: usta twoje nawet nie umiały się wzbraniać. W tej chwili ranne Ave rozległo się w klasztorze Monte Cavi i cudownym trafem dźwięk tem doleciał do nas. Rzekłaś mi: „Uczyń to poświęcenie dla św. Madonny, matki wszelkiej czystości“. Powziąłem już od kilku chwil myśl tego najwyższego poświęcenia, jedynego zaiste jakie miałem sposobność dla ciebie uczynić. Uderzyło mnie, że tobie przyszła ta sama myśl. Odległy dźwięk tego Ave Maria wzruszył mnie, wyznaję! usłuchałem twojej, prośby. Nie cała ofiara była dla ciebie; oddałem nasz przyszły związek pod opiekę Madonny. Myślałem wówczas, że przeszkody zajdą nie z twojej strony, niewierna, ale ze strony twej bogatej i dumnej rodziny. Gdyby nie było w tem czegoś nadprzyrodzonego, w jaki sposób ten Anioł Pański doszedłby nas z tak daleka, ponad wierzchołki leśne, poruszane wiatrem rannym? Wówczas, pamiętasz, uklękłaś przede mną; ja wstałem, wyjąłem krzyżyk który noszę na piersiach, i ty przysięgłaś — na ten krzyżyk, na który patrzę w tej chwili, i na swoje wieczne potępienie, że, gdziękolwiekbyś się znalazła, cobądź mogłoby się zdarzyć, natychmiast kiedy ci rozkażę, oddasz się zupełnie do mego rozporządzenia, jak byłaś w chwili, gdy Ave Maria z Monte Cavi doleciało z tak daleka twego ucha. Następnie odmówiliśmy pobożnie dwa Zdrowaś i dwa Ojcze nasz. Otóż, na miłość którą czułaś wówczas, a jeżeli zapomniałaś o niej, jak się obawiam, na twoje wieczne potępienie, rozkazuję ci przyjąć mnie lej nocy w swojej celi lub w ogrodzie klasztornym“.
Włoski autor ściśle przytacza liczne i długie listy Juljana Braneiforte; ale podaje jedynie w skróceniu odpowiedzi Heleny. Po upływie dwustu siedemdziesięciu ośmiu lat jesteśmy tak dalecy od uczuć miłości i religji wypełniających te listy, że lękam się aby nie znużyły czytelnika.
Zdaje się z tych listów, że Helena usłuchała wreszcie rozkazu. Juljan znalazł sposób, aby się dostać do klasztoru; z pewnych słów można wnosić, że się przebrał za kobietę. Helena zgodziła się z nim widzieć, ale jedynie przez kratę parterowego okna, wychodzącego na ogród. Ku swej niewymownej boleści, Juljan spostrzegł, że młoda dziewczyna, niegdyś tak tkliwa a nawet tak namiętna, stała się dlań jakby obca; odnosiła się doń niemal uprzejmie. Pozwalając mu przyjść do ogrodu, czyniła to prawie wyłącznie przez cześć dla swego ślubu. Widzenie było krótkie: po kilku chwilach, duma Juljana, może nieco podniecona wypadkami ubiegłych tygodni, wzięła górę nad głębokim bólem.
— Widzę przed sobą, rzekł, jedynie grób tej Heleny, która w Albano oddała mi się rzekomo na całe życie.
Całym wysiłkiem Juljana było ukryć łzy, które zalewały mu twarz, w miarę jak Helena, mówiąc doń, szukała przystojnych zwrotów. Kiedy skończyła usprawiedliwiać zmianę, tak naturalną (powiadała) po śmierci brata, Juljan odparł, wymawiając słowa bardzo wolno:
— Nie spełniasz ślubu, nie przyjmujesz mnie w ogrodzie, nie jesteś u mych kolan, jak byłaś wówczas kiedy usłyszeliśmy Ave z Monte Cavi. Zapomnij o swym ślubie, jeśli możesz; co do mnie, nie zapominani niczego; Bóg z tobą!
To mówiąc, opuścił okienko, przy którem mógł zostać jeszcze godzinę. Ktoby mu powiedział chwilę przedtem, że skróci dobrowolnie tak upragnione widzenie! To poświęcenie rozdzierało jego duszę; ale pomyślał, że zasłużyłby na wzgardę Heleny, gdyby odpowiedział na jej uprzejmość inaczej, niż zostawiając ją na pastwę wyrzutów.
Przed świtem opuścił klasztor. Natychmiast wsiadł na koń, dając żołnierzom rozkaz, aby nań czekali w Castro cały tydzień, potem zaś aby wrócili do lasu; był pijany rozpaczą. Najpierw obrócił się w stronę Rzymu.
— Jakto! Oddalam się od niej! powiadał sobie za każdym krokiem; jakto! staliśmy się sobie obcy! O Fabio, jakżeś jest pomszczony!
Widok ludzi, których spotykał, pomnażał jego wściekłość; pchnął konia w pole i skierował się ku pustemu morskiemu wybrzeżu. Kiedy go już nie drażnił widok spokojnych wieśniaków, którym zazdrościł doli, odetchnął; obraz tych dzikich miejsc zgodny był z jego rozpaczą i łagodził jego gniew, mógł się oddać rozważaniom swego smutnego losu.
— W moim wieku, powiadał sobie, mam jeden ratunek; pokochać inną kobietę!
Na tę smutną myśl uczuł mowy przypływ rozpaczy: zrozumiał aż nadto, że istnieje dlań tylko jedna. Wyobrażał sobie mękę, jakąby cierpiał, gdyby się ważył zwrócić słowa miłości do innej: ta myśl rozdzierała go.
— I oto jestem, pomyślał, jak owi bohaterowie z Ariosta, którzy wędrują sami przez odludne kraje, kiedy im trzeba zapomnieć że ujrzeli przewrotną kochankę w objęciach innego rycerza... Nie, ona nie jest tak winna, mówił sobie, zalewając się łzami po napadzie szalonego śmiechu; niewierność jej nie posuwa się aż do miłości innego. Ta gorąca i czysta dusza dała się omamić okrutnym bajkom jakie jej o mnie powiadano; przedstawiono mnie z pewnością jako człowieka, który chwycił za broń w tej nieszczęsnej wyprawie jedynie aby zamordować jej brata. Posunięto się z pewnością dalej: przypisano mi tę brudną rachubę, iż, skoro brat jej padnie, ona stanie się dziedziczką włości... I ja popełniłem to szaleństwo, aby ją całe dwa tygodnie zostawić podszeptom moich wrogów! Trzeba przyznać, że, jeśli jestem bardzo nieszczęśliwy, niebo pozbawiło mnie też rozumu do pokierowania mem życiem! Jestem bardzo nędzny, bardzo godzien wzgardy! życie moje nie zdało się na nic nikomu, a mnie samemu mniej niż komukolwiek w świecie.
W tej chwili młody Branciforte uczuł pokusę bardzo w tej epoce rzadką: koń jego kroczył samym brzegiem, tak że chwilami fala zalewała jego kopyta; przyszło Juljanowi na myśl, aby go pchnąć w morze i położyć w ten sposób koniec okrutnemu losowi którego był pastwą. Co pocznie z sobą, skoro jedyna istota, która dała mu niekiedy uczuć istnienie szczęścia, opuściła go! Ale zatrzymała go jedna myśl.
— Czem są męki które cierpię, powiedział sobie, w porównaniu z temi, które wycierpię kiedyś, skoro raz zakończę to nędzne życie? Helena nie będzie już dla mnie poprostu obojętna, jak teraz; ujrzę ją w ramionach rywala, a rywalem tym będzie jaki panek rzymski, bogaty i poważany; aby bowiem udręczyć moją duszę, biesy będą szukały najokrutniejszych obrazów, to ich obowiązek. Tak więc nie zdołam znaleźć zapomnienia o Helenie, nawet w śmierci; co więcej, miłość moja zdwoi się, skoro to jest najpewniejszy środek, jaki znajdzie wiekuista potęga, aby mnie skarać za okropny grzech który popełniłem.
Aby do reszty odpędzić pokusę, Juljan zaczął pobożnie odmawiać Zdrowaś! Dźwięk porannego Ave, modlitwy poświęconej Madonnie, omamił go niegdyś i skłonił do szlachetnego czynu, który obecnie uważał za największy błąd swego życia. Ale, przez szacunek, nie śmiał posuwać się dalej i wyrazić całej myśli.
— Jeżeli z natchnienia Madonny popełniłem straszny błąd, czyż nie powinna ona, w swej nieskończonej sprawiedliwości, znaleźć jakiegoś sposobu aby mi wrócić szczęście?
Ta myśl o sprawiedliwości Madonny ukoiła stopniowo jego rozpacz. Podniósł głowę i ujrzał nawprost siebie, za Albano i jego lasami, owo Monte Cavi, okryte ciemną zielenią, i ów święty klasztor, którego ranne Ave przywiodło Juljana do tego co nazywał obecnie haniebną głupotą. Niespodziewany widok świętego miejsca pocieszył go.
— Nie, wykrzyknął, niepodobna aby mnie Madonna opuściła. Gdyby Helena była moją żoną, jak się na to godziło jej serce i jak tego żądała moja godność męska, wieść o śmierci brata byłaby napotkała w jej duszy pamięć węzłów spajających ją ze mną. Powiedziałaby sobie, że należała do mnie dawno przed nieszczęsnym wypadkiem, który na polu bitwy zetknął mnie z Fabiem. Był o dwa lata starszy ode mnie, bieglejszy w robieniu bronią, dzielniejszy, silniejszy. Tysiąc argumentów stanęłoby mej żonie aa dowód, że ja nie szukałem walki. Przypomniałaby sobie, że nigdy nie żywiłem nienawiści do jej brata, nawet wówczas gdy wypalił do niej z muszkietu. Pomnę, że na pierwszej schadzce, po powrocie z Rzymu, mówiłem: „Cóż chcesz? honor talk nakazywał; nie mogę go potępić jako brata!“
Odzyskawszy nadzieję mocą nabożeństwa do Madonny, Juljan pchnął żywiej konia i w kilka godzin przybył na kwaterę swej kompanji. Zastał ją na wymarszu: ruszano na gościniec wiodący z Neapolu do Rzymu, przez Monte Cassino. Młody kapitan zmienił konia i ruszył z żołnierzami. Nie bito się tego dnia. Juljan nie spytał poco idą, mało go to obchodziło. W chwili gdy się znalazł na czele żołnierzy, los jego przedstawił mu się z innej perspektywy.
— Jestem poprostu głupiec, powiadał sobie; nie powinienem był opuszczać Castro. Helena jest prawdopodobnie mniejiwinna, niż sobie wyobraziłem w pierwszem uniesieniu. Nie, ta dusza tak prosta i czysta, której pierwsze drgnienia urodziły się w mych oczach, nie przestała należeć do mnie! Kochała mnie tak głęboko, tak szczerze. Ileż razy chciała uciec ze mną, biedakiem, aby wziąć ślub u jakiego mnicha w Monte Cavi! Powinienem był w Castro uzyskać przedewszystkiem drugą schadzkę i przemówić jej do rozsądku. Doprawdy, namiętność czyni mnie niedorzecznym jak dziecko! Boże! czemuż nie mam przyjaciela aby go błagać o radę! Jeden krok wydaje mi się w ciągu dwóch minut naprzemian okropny i wyborny!
Wieczorem, kiedy kompanja opuszczała gościniec aby wrócić do lasu, Juljan zbliżył się do księcia i spytał czy nie mógłby zostać jeszcze kilka dni w wiadomem miejscu.
— Ruszaj do wszystkich djabłów! wrzasnął Fabrycy, czy myślisz, że to jest czas na głupstwa?
W godzinę później, Juljan puścił się z powrotem do Castro. Zastał tam swoich Judzi; ale, po swem wyniosłem rozstaniu z Heleną, nic wiedział jak pisać do niej. Pierwszy jego list zawierał tylko te słowa: „Czy zechcesz mnie przyjąć najbliższej nocy?“
„Możesz przyjść“, było też jedyną odpowiedzią.
Po odjeździe Juljana, Helena sądziła że ją rzucił na zawsze. Wówczas uczuła całą wagę słów zrozpaczonego młodzieńca: była jego żoną, nim miał nieszczęście spotkać jej brata na polu bitwy. Tym razem, Juljan nie spotkał się z ową sztywnością, która zraniła go tak boleśnie pierwej. Helena przyjęła go coprawda również przez kratę, ale czuć było że drży; że zaś Juljan przemawiał bardzo wstrzemięźliwie, prawie tak jak do obcej, tym razem Helena odczuła jak okrutny może być ów ton niemal urzędowy, gdy następuje po słodkiej zażyłości. Juljan, który lękał się zwłaszcza usłyszeć jakieś zimne słówko któreby mu zraniło duszę, przemawiał tonem adwokata, dowodząc że Helena była jego żoną o wiele przed nieszczęsną walką. Helena pozwoliła mu mówić; lękała się, że ją zdławią łzy, w razie gdyby rzekła coś ponad oderwane słowa. W końcu, widząc iż jeszcze chwila a zdradzi się, poprosiła Juljana aby wrócił nazajutrz. Tej nocy, jako w wilję uroczystego święta, odprawiano jutrznię wcześniej, tak iż schadzka ich łatwo mogła wyjść na jaw. Juljan, który rozumował jak zakochany, opuścił ogród w głębokiej zadumie; nie umiał rozstrzygnąć czy go Helena przyjęła dobrze czy źle. W głowie zaczynały mu świtać pojęcia nabyte z rozmów z kompanami:
— Któregoś dnia, powiedział sobie, trzeba będzie wykraść Helenę.
I zaczął rozpatrywać sposoby dostania się siłą do klasztoru. Ponieważ klasztor był bogaty i kuszący do grabieży, utrzymywał znaczną ilość służby, przeważnie byłych żołnierzy; pomieszczono ich w koszarach, których zakratowane okna wychodziły na wąski korytarz. Korytarz ten szedł od bramy klasztornej wybitnej w czarnym murze wysokim na ośmdziesiąt stóp, do furty strzeżonej przez siostrę odźwierną. Po lewej tego wąskiego korytarza znajdowały się koszary, po prawej mur ogrodowy, wysoki na trzydzieści stóp. Front klasztoru wychodzący na plac była to gruba ściana sczerniała od starości; jedyne jej otwory to była brama oraz okienko pozwalające żołnierzom wyglądać na zewnątrz. Można osądzić jak ponure wyrażenie sprawiała ta ściana, z bramą wzmocnioną szerokiemi blachami żelaza przybitemi zapomocą ogromnych gwoździ oraz jednam okienkiem cztery stopy wysokiem a ośmnaście cali szerokiem.
Nie podążymy za kronikarzem w długiem opowiadaniu schadzek, które Juljan wyprosił u Heleny. Stosunek odzyskał serdeczność, jaką miał niegdyś w ogrodzie w Albano; jednakże Helena nigdy nie zechciała wyjść do ogrodu. Pewnej nocy, uderzyła Juljana jej zaduma: matka przybyła z Rzymu aby ją odwiedzić i zamieszkała na kilka dni w klasztorze. Matka była zawsze tak tkliwa, tyle okazywała delikatności dla uczuć których domyślała się iw córce, że Helena czuła głębokie wyrzuty iż musi ją oszukiwać: jakże bowiem ośmieliłaby się wyznać że miewa schadzki z mordercą jej syna? W końcu Helena wyznała szczerze Juljanowi, że, jeśli ta dobra matka zapyta ją wprost, nie będzie miała siły jej okłamywać. Juljan uczuł całe niebezpieczeństwo; los jego zależał od przypadku, który mógł podsunąć jakieś słowo pani Campireali. Następnej nocy przemówił stanowczym tonem w ten sposób:
— Jutro przybędę wcześniej, usunę jedną sztabę w tej kracie, ty zejdziesz do ogrodu, zaprowadzę cię do kościoła w mieście, gdzie oddany mi ksiądz połączy nas. Zanim się zrobi dzień, znajdziesz się z powrotem w ogrodzie klasztornym. Skoro raz zostaniesz moją żoną, będę już bez obawy. Jeśli matka twoja zażąda tego jako pokuty za okropne nieszczęście nad którem bolejemy wszyscy, zgadzam się nawet na to, aby spędzić kilka miesięcy zdala od ciebie.
Kiedy Helena zdawała się oszołomiona tą propozycją, Juljan dodał:
— Książę wzywa mnie do siebie; honor i inne względy każą mi jechać. Jedynie to czego żądam może zapewnić naszą przyszłość; jeśli się nie zgadzasz, rozstańmy się na zawsze, tu, w tej chwili. Odjadę, wyrzucając sobie swoją nierozwagę. Uwierzyłem twemu słowu, sprzeniewierzyłaś się najświętszym ślubom. Mam nadzieję, że słuszna wzgarda obudzona twą zmiennością zdoła mnie uleczyć z miłości, która od zbyt dawna jest nieszczęściem mego życia.
Helena zalała się łzami:
— Wielki Boże! wykrzyknęła z płaczem, cóż za cios dla matki!
Zgodziła się wreszcie.
— Ale, dodała, mogą nas spostrzec kiedy będziemy wychodzili lub wracali; pomyśl, co za zgorszenie, pomyśl o okropnem położeniu w jakiem znalazłaby się matka; poczekajmy aż odjedzie.
— Sprawiłaś, że zwątpiłem w to co było dla mnie najświętsze: twoje słowo. Jutro wieczór będziesz moją żoną, lub widzimy się w tej chwili ostatni raz z tej strony grobu.
Biedna Helena zdołała odpowiedzieć jedynie łzami. Gnębił ją zwłaszcza stanowczy i okrutny ton Juljana. Czy w istocie zasłużyła na wzgardę? Czy to był ów kochanek niegdyś tak powolny i czuły? Wreszcie zgodziła się; Juljan odszedł. Od tej chwili Helena czekała następnej nocy w męczarniach rozdzierającego lęku. Gdyby się przygotowała na pewną śmierć, boleść jej byłaby mniej dotkliwa; mogłaby znaleźć nieco otuchy w myśli o Juljanie i o tkliwem przywiązaniu matki. Reszta nocy zeszła jej na najsmutniejszych wahaniach. Były chwile, że chciała wszystko wyznać matce. Kiedy nazajutrz stanęła przed nią, była tak blada, że matka, zapominając o wszelkich postanowieniach, rzuciła się w ramiona córki, wołając:
— Co się dzieje? wielki Boże! powiedz, coś ty uczyniła, albo co masz uczynić? Gdybyś wzięła sztylet i utopiła mi go w sercu, mniejbyś mi zadała bólu niż tem okrutnem milczeniem.
Helena tak żywo uczuła tkliwość matczyną, tak jasno widziała że matka nietylko nie przesadza swych uczuć ale raczej je powściąga, iż roztkliwiła się sama; padła do jej kolan. Kiedy matka, dochodząc co to może być za nieszczęsna tajemnica, wykrzyknęła iż Helena chce uciec, Helena odparła, że nazajutrz i przez dni następne pozostanie przy niej, ale błaga aby o nic więcej nie pytała.
Po tem niebacznem słówku nastąpiło pełne wyznanie. Pani Campireali wzdrygnęła się na wiadomość, że morderca syna znajduje się tak blisko. Ale po tym okrutnym bólu nastąpił wylew żywej i czystej radości. Któż zdoła sobie wyobrazić jej szczęście, kiedy się dowiedziała, że córka nigdy nie chybiła swoim obowiązkom?
Natychmiast roztropna matka odmieniła z gruntu zamiary; uznała, że wolno się jej uciec do podstępu wobec człowieka który nie był dla niej niczem. Serce Heleny było w straszliwej rozterce; wyznała wszystko do ostatka, ta umęczona dusza potrzebowała się wywnętrzyć. Signora Campireali, która działała w przeświadczeniu że jej wszystko wolno, wytoczyła szereg argumentów, zbyt długich aby je tu przytaczać. Dowiodła bez trudu nieszczęsnej córce, że w miejsce tajnego małżeństwa które zawsze jest plamą dla kobiety, uzyska małżeństwo publiczne i pełne chwały, jeśli zechce na tydzień odłożyć akt posłuszeństwa wobec tak szlachetnego kochanka.
Ona, signora Campireali, uda się do Rzymu; przedstawi mężowi, że na długo przed nieszczęsną walką, Helena była żoną Juljana. Ceremonji dokonano owej nocy, kiedy, przebrana w habit, spotkała ojca i brata nad jeziorem, na dróżce biegnącej pod klasztorem-kapucynów. Cały dzień matka nie opuściła córki; wreszcie, nad wieczorem, Helena napisała do kochanka naiwny i naszem zdaniem bardzo wzruszający list, w którym opowiedziała mu wszystkie walki targające jej sercem. Kończąc, błagała na kolanach o tydzień zwłoki. „Pisząc do ciebie (dodała) ten list, na który czeka posłaniec mej matki, mam uczucie iż źle zrobiłam zwierzając jej wszystko. Widzę jak się gniewasz, oczy twoje patrzą na ranie z nienawiścią; najsmutniejsze wyrzuty rozdzierają moje serce. Powiesz, że mam charakter słaby, tchórzliwy, bardzo godny wzgardy; przyznaję, drogi aniele. Ale wyobraź sobie ten widok: matka, zalana łzami, niemal klęcząca przede mną. Niepodobna mi było nie wyznać jej, że jest coś, co mi broni spełnić jej prośby; a skoro raz słabość moja wyrzekła niebaczne słowo, nie wiem co się stało, ale było mi wręcz niepodobieństwem nie opowiedzieć wszystkiego co zaszło. O ile mogę sobie przypomnieć, mam wrażenie, że dusza moja, wyzuta z wszelkiej siły, potrzebowała rady. Spodziewałam się znaleźć ją w słowach matki... Zapomniałam, drogi mój, że ta ukochana matka nie może być twoją sojuszniczką. Zapomniał ani o mym pierwszym obowiązku, którym jest słuchać cię. Widocznie nie jestem zdolna do prawdziwej miłości, która, jak powiadają, wyższa jest nad wszystkie próby. Gardź mną, Juljanie, ale, na imię Nieba, nie przestań mnie kochać. Wykradnij mnie, jeśli możesz, ale oddaj mi.tę sprawiedliwość, iż, gdyby matki nie było w klasztorze, najstraszliwsze niebezpieczeństwo, hańba nawet nic nie wzbroniłyby mi usłuchać twych rozkazów. Ale matka jest tak dobra! tak rozumna! tak szlachetna! Przypomnij sobie, co ci opowiadałam niegdyś; gdy ojciec wpadł do mego pokoju, matka ocaliła twoje listy, których nie miałam już sposobu ukryć; następnie, gdy niebezpieczeństwo minęło, oddała mi je nie czytając, bez słowa wymówki. I całe życie była dla mnie taka jak w owej straszliwej chwili. Sam widzisz, czym powinna ją kochać, a mimo to, w chwili gdy piszę do ciebie — cóż za okropne wyznanie! — mam uczucie że jej nienawidzę. Oznajmiła że z powodu gorąca chce spać w ogrodzie; słyszę uderzenia młotków, ustawiają właśnie namiot, niepodobna nam widzieć się tej nocy. Lękam się nawet że sypialnia zamknięta jest na klucz, zarówno jak drzwi na kręconych schodkach: rzecz, której nie robiono nigdy. Ostrożności te nie pozwoliłyby mi zejść do ogrodu, gdybym nawet chciała to uczynić, aby ułagodzić twój gniew. Och! jakżebym się oddała tobie w tej chwili, gdybym mogła! jakbym pobiegła do owego kościoła, gdzie nas mają połączyć!...“
List ten kończyły dwie stronice oszalałych wykrzyków, których żar wydał mi się jakby naśladowany z filozofji platońskiej. Tłumacząc ten list, opuściłem wiele ozdób w tym rodzaju.
Juljan Branciforte zdziwił się mocno, otrzymując pisano na godzinę przed wieczornem Ave; właśnie porozumiał się z księdzem. Gniew go ogarnął.
— Nie potrzebuje mi radzić abym ją wykradł, ta słaba i tchórzliwa istota!
I ruszył natychmiast do lasu Faggiola.
Oto, iz drugiej strony, jakie było położenie signory Campireali: mąż jej był umierający, niemożność pomszczenia się na Brancifortem wiodła go zwolna do grobu. Próżno ofiarował znaczne sumy rzymskim bravi; żaden nie chciał się targnąć na jednego z kapralów — jak ich mienili — księcia Colonny; zbyt byli pewni, że wytraconoby ich i ich rodziny. Nie dalej niż w zeszłym roku, spalono całą wioskę, aby pomścić śmierć jednego z żołnierzy Fabrycego Colonny; wszystkim mieszkańcom, mężczyznom i kobietom, którzy chcieli uciekać w pole, związano ręce i nogi sznurem, poczem rzucono ich w płomienie.
Signora Campireali miała wielkie posiadłości w królestwie Neapolu; mąż nakazał jej, aby sprowadziła stamtąd morderców, ale udała tylko że go słucha; myślała, że córka jest bez ratunku związana z Juljanem. W tem przeświadczeniu umyśliła, aby Juljan odbył jedną lub dwie kampanje w armji hiszpańskiej, która wówczas wojowała z buntownikami we Flandrji. Jeśli go nie zabiją (myślała), będzie to znak, że Bóg nie potępia tego musowego małżeństwa; w takim razie oddałaby córce swoje ziemie neapolitańskie, Juljan Branciforte przybrałby nazwisko od jednego z tych majątków i udałby się z żoną na parę lat do Hiszpanji. Po wszystkich tych próbach przemogłaby się może aby znieść jego widok. Ale wszystko zmieniło fizjognomję od wyznania córki; małżeństwo nie było już konieczne, zgoła przeciwnie. Gdy Helena pisała do kochanka list, któryśmy przytoczyli, signora Campireali pisała do Pescara i do Chieti, nakazując swoim dzierżawcom, aby jej przysłali do Castro, pewnych i śmiałych ludzi. Nie taiła, że chodzi o pomszczenie śmierci ich młodego pana, Fabia. Goniec wyruszył przed zachodem słońca.

V

Ale nazajutrz Juljan wrócił do Castro, wiodąc z sobą ośmiu żołnierzy, gotowych iść za nim i narazić się na gniew księcia, który czasem śmiercią karał takie wybryki. Juljan miał w Castro pięciu ludzi, przybywał z ośmioma; mimo to, liczba czternastu żołnierzy, choćby najdzielniejszych, zdawała mu się niedostateczna na tę potrzebę; klasztor był niby warownia.
Chodziło o to, aby, siłą czy zręcznością, dostać się przez pierwszą bramę; następnie trzeba było minąć korytarz więcej niż pięćdziesiąt kroków długi. Na lewo, jak wspomniano, wznosiły się zakratowane okna koszar, w których zakonnice pomieściły kilkudziesięciu sług klasztornych, dawnych żołnierzy. W razie alarmu, z okien tych posypałby się rzęsisty ogień.
Ówczesna ksieni, kobieta z głową, lękała się zakusów Orsinich, księcia Colonny, Marka Sciarra i tylu innych, którzy władali wszechmocnie w okolicy. Jak oprzeć się ośmiuset śmiałkom, gdyby zajęli niespodzianie miasteczko takie jak Castro, w mniemaniu, że klasztor jest nabity złotem? Zazwyczaj u Wizytek w Castro znajdowało się piętnastu lub dwudziestu bravi w koszarach na lewo od korytarza wiodącego do furty klasztornej; na prawo od tego przejścia był wielki mur niepodobny do przebycia; na końcu wznosiła się żelazna brama wychodząca na sień usianą kolumnami; za tą sienią był dziedziniec klasztorny, na prawo ogród. Tej żelaznej bramy strzegła siostra odźwierna.
Kiedy Juljjan wraz z ośmioma ludźmi znalazł się o trzy mile od Castro, zatrzymał się w gospodzie, aby przeczekać największy upał. Tam dopiero przedstawił swój zamiar; następnie wyrysował na piasku plan klasztoru, który chciał napaść.
— O dziewiątej, rzekł do swoich ludzi, powieczerzamy za miastem; o północy wejdziemy; zastaniemy pięciu kamratów, którzy czekają w pobliżu klasztoru. Jeden z nich, konny, uda gońca z Rzymu, aby odwołać signorę Campireali do łoża konającego męża. Będziemy się starali przebyć bez hałasu pierwszą bramę, ciury klasztorne zbyt łatwo mogliby nas wystrzelać z muszkietów, na placyku pod klasztorem lub w przejściu między pierwszą a drugą bramą. Druga brama jest żelazna, ale mam do niej klucz.
„Prawda, że są tam olbrzymie wrzeciądze żelazne przytwierdzone do muru; kiedy są założone, wówczas niema sposobu otworzyć. Ale ponieważ te sztaby żelazne są zbyt ciężkie aby odźwierna mogła je poruszyć, nigdy nie widziałem aby je zamykano, a przechodziłem tamtędy z dziesięć razy. Mam nadzieję, że i dziś wieczór uda mi się przejść bez przeszkód. Zgadujecie że mam sprzymierzeńców w klasztorze; zamiarem moim jest porwać osobę świecką, nie zakonnicę; nie powinniśmy robić użytku z broni, chyba w ostateczności. Gdybyśmy wszczęli bitwę przed naszem przybyciem do drugiej bramy, odźwierna zawołałaby niechybnie dwóch starych ogrodników mieszkających w klasztorze, i zdołaliby założyć sztaby, o których mówiłem. Jeżeli zdarzy się to nieszczęście, trzeba będzie rozbijać mur, co nam zabierze z dziesięć minut; w każdym razie ja podejdę do bramy pierwszy. Jeden ogrodnik jest przekupiony; możecie się domyślić, że nie pisnąłem mu słowa o swoich zamiarach. Przebywszy bramę, bierzemy się na prawo i jesteśmy w ogrodzie; tam zaczyna się wojna, trzeba kłaść każdego kto się nawinie. Będziecie używali, to się rozumie, jedynie szpady i puginału; najmniejszy wystrzał poruszyłby całe miasto, zaatakowanoby nas przy wyjściu. To nie znaczy abym z trzynastoma zuchami takiemi jak wy nie czuł się zdolny przejść przez ten kurnik, ale ten i ów w mieście ma rusznicę, strzelaliby z okien. W takim razie — mówię to nawiasem — trzeb aby się przemykać pod same domy. Raz znalazłszy się w ogrodzie, powiadacie zcicha każdemu kto się zjawi: „zabieraj się stąd“; — kto nie usłucha, tego puginałem. Ja wchodzę do klasztoru furtką z trzema którzy się znajdują najbliżej, w trzy minuty później schodzę z jedną albo dwiema kobietami, które wyniesiemy na rękach. Poczem zmykamy co żywo z klasztoru i z miasta. Dwóch zostanie przy bramie; oddadzą w krótkich odstępach ze dwadzieścia strzałów, aby nastraszyć mieszczan i trzymać ich zdaleka.
Juljan powtórzył dwa razy to objaśnienie.
— Czyście dobrać zrozumieli? rzekł. W sieni będzie ciemno, po prawej ogród, po lewej dziedziniec; nie pomylcie.
— Możesz na nas polegać, kapitanie! wykrzyknęli żołnierze.
Następnie poszli pić: tylko kapral został i poprosił kapitana o chwilę rozmowy.
— Nic prostszego, rzekł, niż projekt Waszej Dostojności. Włamywałem się już w życiu do dwóch klasztorów; to będzie trzeci; ale za mało nas jest. Jeśli przyjdzie nam się bawić w burzenie muru, trzeba pamiętać że ciury klasztorne nie zostaną bezczynni w czasie tej operacji; ustrzelą panu siedmiu lub ośmiu ludzi, a kiedy będziemy wracali, mogą nam odebrać brankę. Tak nam się stało w pewnym klasztorze koło Bolonji; zabito nam pięciu ludzi, my zabiliśmy ośmiu, ale kapitan nie dostał swojej lubki. Poradzę Waszej Dostojności dwie rzeczy. Znam w pobliżu czterech wieśniaków, którzy dzielnie sługiwali pod Markiem Sciarra i którzy za cekina będą bili się całą noc jak lwy. Może i ukradną jakie srebro w klasztorze; pana to nic nie obchodzi, grzech jest ich: pan najął ich poto aby porwali kobietę, oto wszystko. Druga rada jest taka. Nasz Hugo jesto sprytny i wykształcony chłopak; był lekarzem nim zabił szwagra i umknął do lasu. Może go pan posłać przed nocą do bramy klasztornej; poprosi o służbę i postara się aby go wpuszczono na strażnicę; spoi tych ciurów, ba, może mu się uda zamoczyć im zapał u muszkietów.
Nieszczęściem Juljan usłuchał rady kaprala. Odchodząc, kapral dodał:
— Mamy się targnąć na klasztor, to pachnie exkomuniką większą; co więcej klasztor Wizytek jest pod osobliwą opieką Madonny...
— Rozumiem cię! wykrzyknął Juljan jakgdyby zbudzony tem słowem. Zostań.
Kapral zamknął drzwi i wrócił odmówić różaniec z Juljanem. Trwało to dobrą godzinę. Skoro zapadła noc, ruszyli w drogę.
Kiedy wybiła północ, Juljan, który sam wszedł do Castro koło jedenastej, wrócił po swoich ludzi, znajdujących się poza bramami miasta. Wszedł z ośmioma żołnierzami, do których przyłączyło się trzech dobrze uzbrojonych chłopów; połączył się z pięcioma żołnierzami których miał w mieście i w ten sposób znalazł się na czele szesnastu ludzi gotowych na wszystko. Dwóch było przebranych za służących; wzięli obszerne czarne bluzy aby osłonić swoje giacco (koszulka druciana) i nie mieli piór na czapkach.
O wpół do pierwszej, Juljan, który wziął na siebie rolę gońca, przybył galopem do bramy klasztoru, czyniąc wielki zgiełk i krzycząc aby otworzono bezzwłocznie gońcowi kardynała. Ujrzał z przyjemnością, że żołnierze, którzy z nim rozmawiali przez okienko, są dobre podpici. Zgodnie ze zwyczajem podał swoje nazwisko na kawałku papieru, żołnierz poszedł oddać tę kartkę odźwiernej, która miała klucz od drugiej bramy i budziła ksienię w ważnych wypadkach. Czekanie trwało śmiertelne trzy kwadranse; przez ten czas Juljan z trudem zdołał utrzymać swą gromadkę w milczeniu. Ten i ów mieszczuch otwierał trwożliwie okno, kiedy wreszcie nadeszła pomyślna odpowiedź ksieni. Juljan dostał się na strażnicę po małej drabince którą mu podano z okna, ile że załodze klasztornej nie chciało się otwierać głównej bramy. Wszedł, a za nim dwaj żołnierze przebrani za służących. Skacząc z okna do strażnicy, napotkał spojrzenie Hugona; cała strażnica była pijana dzięki jego staraniom. Juljan oświadczył sierżantowi straży, że dwóm służącym domu Campireali, których uzbroił i przebrał za żołnierzy aby mieć eskortę w drodze, udało się dostać dobrej wódki; proszą tedy, by im pozwolono wejść, iżby się nie nudzili sami na ulicy. Przyzwolono jednogłośnie. Sam Julijan, w towarzystwie swoich dwóch ludzi, zeszedł po schodkach które prowadziły ze strażnicy na korytarz.
— Staraj się otworzyć główną bramę, rzekł do Hugona.
On sam dostał się spokojny do bramy żelaznej. Tam zastał poczciwą siostrę odźwierną; oświadczyła mu, że, gdyby go wpuszczono do klasztoru, ksieni musiałaby uprzedzić biskupa, ile że jest po północy; dlatego prosi, aby oddał listy siostrzyczce którą ksieni przysłała w tym celu. Na co Juljan odpowiedział, iż w zamęcie spowodowanym niespodzianą agonją pana Campireali, otrzymał jedynie list wierzytelny pisany przez lekarza; szczegółów ma udzielić ustnie żonie i córce chorego, o ile te panie są jeszcze w klasztorze, w każdym zaś razie wielebnej ksieni. Odźwierna poszła z tem zleceniem. Przy bramie została jedynie siostrzyczka przysłana przez ksienię. Gawędząc z nią, Juljan wsunął rękę za pręty żelazne i niby żartem próbował otworzyć. Siostra, która była bardzo trwożliwa, zlękła się i zgorszyła tą psotą; wówczas Juljan, widząc że drogi czas mija, popełnił tę nierozwagę, że jej ofiarował garść cekinów, prosząc by mu otworzyła, gdyż nadto zmęczony jest aby czekać dłużej. Czuł dobrze, że robi głupstwo, powiada kronikarz: że należało działać żelazem nie złotem; ale nie miał serca; z łatwością mógł chwycić siostrę, była ledwie o stopę od niego po drugiej stronie kraty. Ofiarowane cekiny przestraszyły siostrzyczkę. Powiadała później, że z zachowania Juljana odgadła że to nie jest prosty goniec: to kochanek której z zakonnic (pomyślała), który przybył na schadzkę; siostrzyczka zaś była nabożna. Przejęta zgrozą, zaczęła targać ze wszystkich sił sznur od dzwonka i niebawem narobiła hałasu zdolnego zbudzić umarłych.
— Wojna się zaczyna, rzekł Juljan do swoich ludzi, baczność!
Wyjął klucz i wsunąwszy rękę przez kratę, otworzył bramę, ku rozpaczy siostrzyczki, która padła na kolana i jęła odmawiać Ave Maria wołając że to świętokradztwa. Jeszcze w tej chwili Juljan powinien był uciszyć dziewczynę, ale nie miał odwagi: któryś z jego ludzi zatkał jej usta.
W tej chwili Juljan usłyszał wystrzał z muszkietu za sobą. Hugo zdołał otworzyć bramę, reszta żołnierzy wchodziła pocichu, kiedy jeden ze straży, mniej pijany od innych, zbliżył się do okna i zdumiony że widzi kurytarz pełen ludzi, zaczął kląć i wykrzykiwać że ich nie przepuści. Trzeba było nie odpowiadać i iść dalej ku żelaznej bramie; tak uczynili pierwsi żołnierze, ale ten który szedł na ostatku — jeden ze zwerbowanych popołudniu wieśniaków — wypalił z pistoletu do ciury, który wykrzykiwał przez okno, i zabił go. Ten strzał w ciemną noc oraz krzyki pijaków na widok padającego kamrata, zbudziły żołnierzy klasztornych, którzy, spędzając tę noc w łóżku, nie mogli pokosztować Hugonowego winka. Ośmiu czy dziesięciu bravi skoczyło wpółnago na chodnik i jęli ostro nacierać na oddziałek Juljana.
Jak rzekliśmy, hałas ten rozpoczął się w chwili gdy Juljan otworzył bramę żelazną. Na czele dwóch żołnierzy skoczył w ogród biegnąc ku drzwiczkom wiodącym na schody oddziału pensjonarek; ale przyjęto go kilkoma strzałami. Dwaj żołnierze padli, on sam dostał kulę w prawe ramię. Strzały te oddali ludzie signory Campireali, którzy z jej rozkazu nocowali w ogrodzie, otrzymawszy szczególne pozwolenie biskupa. Juljan pobiegł sam ku znanym sobie drzwiczkom, które wiodły na schody pensjonarek. Potrząsnął niemi z całych sił, ale były mocno zamknięte. Rozejrzał się za swemi ludźmi, ale nie odpowiedzieli nic, konali. W ciemności Juljan natknął się na trzech pachołków pani Campireali; obronił się puginałem.
Pobiegł z powrotem przez sień do żelaznej bramy aby wołać swoich ludzi; drzwi były zamknięte: ogrodnicy, zbudzeni dzwonkiem siostrzyczki, założyli wrzeciądze i zamknęli je na kłódki...
— Jestem odcięty, powiedział sobie Juljan.
Krzyknął na swoich ludzi; próżno silił się skruszyć kłódkę szpadą; gdyby mu się to udało, byłby odchylił jedną sztabę i otworzył jedno skrzydło. Szpada złamała się w kłódce; w tej chwili nadbiegł z ogrodu służący i zranił go w ramię. Juljan odwrócił się; przyparty do bramy, uczuł że naciera nań kilku ludzi. Bronił się puginałem; szczęściem, dzięki ciemności, prawie wszystkie ciosy odbijały się od drucianej koszulki. Otrzymawszy dotkliwą ranę w kolano, rzucił się na człowieka, który zanadto się odsłonił, powalił go ciosem puginału w twarz i zdołał zawładnąć jego szpadą. Odetchnął, myślał że jest ocalony; zajął pozycję po lewej stronie bramy, od dziedzińca. Ludzie jego, którzy nadbiegli, oddali kilka strzałów przez kratę i rozprószyli służbę. W sieni było coś widać jedynie przy blasku wystrzałów.
— Nie strzelajcie w moją stronę! krzyczał Juljan do swoich ludzi.
— Chwycili pana niby w łapkę na myszy, rzekł doń przez kratę kapral, który zachował zimną krew; zabili nam trzech ludzi. Rozwalimy mur koło zawiasów; niech się pan nie zbliża, kule będą lecieć na nas; zdaje się, że są nieprzyjaciele w ogrodzie?
— To te łajdaki, ciury Campirealich, odparł Juljan.
Nie skończył mówić, kiedy zaczęto ich ostrzeliwać z pistoletów; strzały kierowały się głosem a szły od sieni wiodącej na ogród. Juljan schronił się do izdebki odźwiernej, na lewo od wejścia; ku wielkiej radości znalazł tam niedostrzegalną prawie lampkę przed obrazem Madonny; ujął ją ostrożnie, aby jej nie zgasić; Uczuł że drży; obejrzał ranę w kolanie, która mu bardzo dolegała; krew płynęła obficie. Spoglądając dokoła, ujrzał zemdloną kobietę na krześle; zdumiał się poznając Marjetę, zaufaną Heleny; potrząsnął nią.
— Och! panie Juljanie, wykrzyknęła z płaczem, chce pan zabić Marjetę, swoją przyjaciółkę?
— Ani trochę; powiedz Helenie iż ją przepraszam żem napotkał jej spokój; niech pamięta Ave Maria w Monte Cavi. Oto bukiet, który zerwałem w jej ogrodzie w Albano; nieco splamiony krwią, umyj go zanim jej oddasz.
W tej chwili rozległa się salwa muszkietów od strony korytarza; to bravi atakowali ludzi Juljana.
— Powiedz mi, gdzie jest klucz od furtki? spytał Marjety.
— Nie widzę go; ale oto klucze od kłódek przy wrzeciądzach. Może pan wyjść.
Juljain pochwycił klucze i wypadł z izdebki.
— Nie silcie się rozwalać muru, rzekł do żołnierzy; mam klucze.
Nastała chwila głębokiego milczenia, gdy Juljan próbował otworzyć kłódkę; pomylił się co do klucza, wziął inny, wreszcie otworzył; ale w chwili gdy podnosił sztabę, otrzymał z bliska postrzał w prawe ramię. Uczuł, że traci władzę w tem ramieniu.
— Podnieście sztabę, krzyknął na ludzi.
Nie potrzebował im tego mówić.
Przy blasku strzałów pistoletowych, ujrzeli zagięty koniec żelaza nawpół już poza pierścieniem. Natychmiast kilka krzepkich rąk podniosło sztabę; kiedy koniec znalazł się poza pierścieniem, upuszczono ją. Wówczas można było uchylić bramę; kapral wszedł i szepnął do Juljana:
— Nic się już nie da zrobić; jest nas ledwie trzech czy czterech bez ran; pięciu nie żyje.
— Krew mnie uchodzi, odparł Juljan, czuję że zemdleję, powiedz im aby mnie wynieśli.
W chwili gdy Juljan rozmawiał z dzielnym kapralem, żołnierze klasztorni dali jeszcze kilka strzałów i kapral padł martwy. Szczęściem, Hugo słyszał rozkaz Juljana, zawołał po imieniu dwóch żołnierzy, którzy unieśli Juljana. Juljan, który nie zemdlał, kazał aby go nieśli przez ogród, do furtki. Żołnierze zaklęli otrzymując ten rozkaz, mimo to usłuchali.
— Sto cekinów temu, kto otworzy drzwi! wykrzyknął Juljan.
Ale drzwi oparły się wysiłkom rozwścieczonych zuchów. Stary ogrodnik, usadowiony w oknie na drugiem piętrze, ostrzeliwał ich mocno z pistoletu, przyświecając im w ten sposób w drodze.
Po bezskutecznem mocowaniu się z drzwiami, Juljan zemdlał zupełnie; Hugo krzyknął na żołnierzy, aby czemprędzej unieśli kapitana. On sam wstąpił do izdebki odźwiernej, wypędził Marjetę, nakazując jej straszliwym głosem aby zmykała i nie ważyła się nigdy zdradzić kogo poznała. Wyciągnął słomę z łóżka, połamał kilka krzeseł i podpalił izdebkę. Kiedy ujrzał że dobrze płonie, uciekł co miał tchu, wśród kanonady załogi.
Dopiero dalej niż o sto pięćdziesiąt kroków od Wizytek dopadł kapitana, zupełnie zemdlonego, którego unoszono co sił. W kilka minut później, za miastem, Hugo nakazał postój; miał ledwie czterech żołnierzy, odesłał dwóch do miasta, z rozkazem oddawania strzałów z muszkietu co pięć minut.
— Starajcie się odszukać rannych kamratów, rzekł, i opuśćcie miasto przed świtem; my udamy się ścieżką do Croce Rossa. Jeśli mażecie gdzie podłożyć ogień, nie żałujcie sobie.
Kiedy Jułjan odzyskał przytomność, znajdowali się o trzy mile od miasta i słońce było już wysoko. Hugo zdał mu raport.
— Twój oddział, kapitanie, składa się już tylko z pięciu ludzi, z tych trzej ranni. Dwaj wieśniacy, którzy zostali przy życiu, otrzymali po dwa cekiny i uciekli; dwóch nie rannych posłałem do miasteczka po chirurga.
Chirurg, trzęsący się starzec, przybył niebawem na wspaniałym ośle; trzeba mu było zagrozić podpaleniem domu, aby go skłonić do przybycia. Tak był wystraszony, że musiano go napoić wódką, aby go doprowadzić do możliwego stanu. Wreszcie wziął się do roboty; oświadczył Juljanowi, że rany jego nie są groźne.
— Rana w kolanie też nie jest niebezpieczna, dodał; ale będzie pan kulał całe życie, jeśli nie zachowasz zupełnego spokoju dwa lub trzy tygodnie.
Chirurg opatrzył żołnierzy. Hugo mrugnął na Juljana. Dano chirurgowi dwa cekiny, z których był bardzo kontent; poczem, tytułem wdzięczności, wlano weń tyle wódki, iż w końcu zasnął spokojnie. O to chodziło. Przeniesiono go dalej w pole, zawinięto w papier cztery cekiny i włożono mu je do kieszeni; była to zapłata za osła, na którego wsadzono Juljana i rannego w nogę żołnierza. Przeczekano największy upał w starożytnej ruinie nad stawem; szli całą noc unikając wsi, wreszcie, na trzeci dzień, o wschodzie słońca, Juljan, niesiony przez swoich ludzi, obudził się w lesie Faggiola, w chatce węglarza, która była jego generalną kwaterą.

VI

Nazajutrz po bitwie, siostry Wizytki znalazły ze zgrozą dziesięć trupów w ogrodzie i w korytarzu wiodącym od głównej bramy do żelaznej furty; załoga klasztorna liczyła ośmiu rannych. Nigdy klasztor nie zakosztował takiego strachu; słyszano niekiedy strzelaninę na ulicy, ale nigdy tylu strzałów w ogrodzie, w zabudowaniach klasztornych i pod oknami zakonnic. Rzecz trwała dobre półtorej godziny, przez ten czas panował w samym klasztorze nieopisany zamęt. Gdyby Juljan Branciforte pozyskał był najlżejszą pomoc której z zakonnic albo pensjonarek, byłby dopiął celu; wystarczyłoby aby mu otworzyły któreś z licznych drzwi wychodzących na ogród. Ale, przejęty oburzeniem i wściekłością na to co mienił wiarołomstwem Heleny, Juljan chciał działać jedynie siłą. Uważałby to za uchybienie samemu sobie, gdyby powierzył swój zamiar komukolwiek, ktoby go mógł powtórzyć Helenie. Jedno słowo przesłane Marjecie byłoby wystarczyło; byłaby otworzyła drzwi do ogrodu, mężczyzna zaś zjawiający się w sypialniach klasztoru, przy straszliwym akompanjamencie strzałów, zyskałby posłuch bez cienia oporu. Po pierwszych strzałach, Helena drżała o życie kochanka i myślała jedynie o tam aby ujść z nim razem.
Jak odmalować jej rozpacz, kiedy Marjeta opowiedziała o okropnej ranie którą Juljan otrzymał w kolano i z której w jej oczach krew płynęła obficie. Helena przeklinała swoje tchórzostwo i brak charakteru.
— Miałam tę słabość aby się zwierzyć matce i Jułjan zapłacił to krwią; mógł zginąć w owym wspaniałym ataku, w którym męstwo jego dokazało cudów.
Bravi, wpuszczeni do rozmównicy, opowiadali siostrom słuchającym ich chciwie, że w życiu nie widzieli męstwa równego temu jakie rozwinął herszt bandytów, ów młodzieniec w przebraniu gońca.
Jeśli wszystkie mieszkanki klasztoru słuchały tych opowiadań z najwyższym współudziałom, można sobie wyobrazić jak namiętnie Helena chwytała szczegóły o młodym wodzu. Kiedy słuchała opowiadań klasztornych sług, oraz dwóch starych ogrodników, nader bezstronnych świadków, miała uczucie że zupełnie już nie kocha matki. Nastąpiła nawet żywa wymiana słów między temi istotami, które się tak tkliwie kochały w wilję walki; signorę Campireali zgorszyły ślady krwi, widniejące na bukiecie, z którym Helena nie rozstawała się ani na chwilę.
— Rzuć te kwiaty zmazane krwią.
— To ja wytoczyłam tę szlachetną krew; popłynęła dlatego, że miałam tę słabość aby się zwierzyć tobie.
— Kochasz jeszcze mordercę swego brata?
— Kocham mego małżonka, którego, na me wiekuiste nieszczęście, brat zmusił do walki.
Po tej odpowiedzi, przez całe trzy dni które signora Campireali spędziła w klasztorze, nie wymieniły ani słowa.
Nazajutrz po wyjeździe matki, Helena zdołała się wymknąć korzystając z zamętu jaki panował między dwiema bramami w klasztorze: wprowadzono do ogrodu mnóstwo murarzy, iżby tam zbudowali nowe fortyfikacje. Marjeta i jej pani przebrały się za robotnice. Ale obywatele miasta pełnili czujną straż u bramy. Wreszcie ten sam kramarz, który doręczał Helenie listy od Juljana, zgodził się podać ją za swą córkę i odprowadzić aż do Albano. Helena znalazła schronienie u swojej mamki, która, dzięki jej dobrodziejstwom, miała tam sklepik. Natychmiast po przybyciu, Helena napisała do Juljana, a mamka znalazła, nie bez trudu, człowieka, który odważył się zapuścić w las Faggiola, mimo iż nie znał hasła żołnierzy Colonny.
Wysłannik wrócił po trzech dniach mocno wystraszony; nie mógł znaleźć Juljana Branciforte, a kiedy się zbyt pilnie wypytywał o młodego kapitana, ściągnął na siebie podejrzenie, tak iż w końcu zmuszony był uciekać.
— Niema wątpienia, biedny Juljan nie żyje, i to ja go zabiłam! Musiał być taki skutek mojej nędznej słabości i tchórzostwa; Juljan powinien był pokochać dzielną kobietę, córkę którego z kapitanów księcia Colonny.
Mamka zlękła się, że Helena umrze. Udała się do klasztoru kapucynów, położonego przy skalistej drodze, gdzie niegdyś Fabio i jego ojciec spotkali w nocy parę kochanków. Mamka rozmawiała długo ze spowiednikiem i pod pieczęcią Sakramentu wyznała mu że młoda Helena Campireali pragnie się spotkać z Juljanem Branciforte, swoim małżonkiem, i że gotowa jest ofiarować do klasztoru lampę wartości stu piastrów.
— Sto piastrów! odparł mnich wzburzony. A co się stanie z naszym klasztorem, jeśli ściągnie na siebie gniew pana Campireali? Nie sto, ale tysiąc piastrów dał nam za to, żeśmy przynieśli ciało syna jego z Ciampi, nie licząc wosku.
Trzeba powiedzieć na chwałę klasztoru, że dwaj starzy zakonnicy, dowiedziawszy się o położeniu Heleny, udali się do Albano w zamiarze sprowadzenia jej po woli lub po niewoli do rodzinnego pałacu; wiedzieli, że czeka ich bogata nagroda ze strony signory Campireali. Całe Albano rozbrzmiewało ucieczką Heleny i opowieściami o nagrodach przyrzeczonych przez matkę temu kto dostarczy nowin o córce. Ale dwaj zakonnicy tak wzruszyli się rozpaczą biednej Heleny, która była przekonana że Juljan Branciforte nie żyje, iż nietylko nie zdradzili jej przed matką, ale podjęli się przeprowadzić ją aż do warowni Petrella. Helena i Marjeta, wciąż przebrane za robotnice, udały się pieszo, nocą, do źródła w lesie w Faggiola, o milę od Albano. Zakonnicy przyprowadzili tam muły i kiedy zrobił się dzień puścili się do Petrella. Żołnierze, którzy wiedzieli że książę otacza klasztor swą opieką, kłaniali się im z szacunkiem; ale inaczej z dwoma młodzikami którzy im towarzyszyli: żołnierze spoglądali na nich okiem zrazu surowem, a zbliżywszy się parskali śmiechem i winszowali mnichom urody mulników.
— Milczcie, bezbożnicy, i wiedzcie, że to wszystko dzieje się z rozkazu księcia Colonny, odpowiadali zakonnicy nie zatrzymując się.
Ale biedna Helena nie miała szczęścia; księcia nie było w Petrella, kiedy zaś w trzy dni później, po powrocie, udzielił jej posłuchania, obszedł się z nią bardzo twardo.
— Poco acanna tu przybyła? Co znaczy ten niewczesny koncept? Twoje babskie paplanie sprowadziło śmierć siedmiu najtęższych zuchów w całych Włoszech, czego żaden rozsądny człowiek nie przebaczy ci nigdy. Na tym świecie trzeba chcieć albo nie chcieć. Z pewnością także nowe twoje paplarstwo jest powodem, że Juljana Branciforte ogłoszono świętokradcą i skazano na dwugodzinne szarpanie rozżarzonemi kleszczami, a potem na spalenie żywcem jak żyda, jego, najlepszego chrześcijanina jakiego znam! Jakżeby ktoś mógł, bez jakichś bezecnych plotek acanny, wymyślić to niecne kłamstwo, że Branciforte był w Castro w dniu napadu na klasztor? Wszyscy moi ludzie zaświadczą ci, że owego dnia widziano go tu w Petrella, wieczór zaś wysłałem go do Velletri.
— Ale czy żyje? wołała po raz dziesiąty Helena zalewając się łzami.
— Umarł dla acanny, odparł książę, nie ujrzysz go już nigdy. Radzę acannie, wracaj do klasztoru i staraj się trzymać język za zębami; nakazuję ci opuścić Petrella w ciągu godziny. Zwłaszcza nie opowiadaj nikomu żeś mnie widziała, lub potrafię cię skarać.
Biedna Helena boleśnie odczuła przyjęcie księcia Colonny, dla którego Juljan miał tyle czci i którego kochała ponieważ on go kochał.
Mimo opinji księcia, ten krok Heleny nie był źle pomyślany. Gdyby przybyła do Petrella trzy dni wcześniej, zastałaby Juljana; rana w kolanie nie pozwalała mu chodzić i książę kazał go przewieźć do Avezzano, sporego miasta w królestwie Neapolu. Na pierwszą wiadomość o straszliwym wyroku na Juljana Branciforte kupionym przez pana Campireali, który to wyrok głosił go świętokradcą i gwałcicielem klasztoru, książę zrozumiał, że, gdyby chodziło o obronę Juljana, nie może liczyć ani na czwartą część swoich ludzi. To był grzech przeciw Madonnie, do której opieki każdy ze zbójców rościł sobie szczególne prawo. Gdyby się znalazł w Rzymie barigel dość śmiały i spróbował ująć Juljana w lasach Faggiola, możeby mu się to udało.
Juljan przybył do Avezzano pod mianem Fontanny, a ludzie, którzy go przewieźli, byli dyskretni. Wróciwszy do Petrella, oznajmili ze smutkiem że Juljan umarł w drodze, i od tej chwili każdy z żołnierzy księcia wiedział że ten ktoby wymówił to nieszczęsne imię, naraziłby się na pchnięcie puginałem w serce.
Próżno tedy Helena, wróciwszy do Albano, pisała list po liście, i wydała na posłańców wszystkie cekiny jakie posiadała. Owi dwaj starzy zakonnicy powzięli dla niej wielką życzliwość, niezwykła uroda bowiem (powiada kronikarz florencki) ma wpływ nawet na serca zarosłe plugawem samolubstwem i obłudą. Tłumaczyli tedy biednej dziewczynie, że daremnie siliłaby się przesłać pismo Juljanowi: Colonna oświadczył, że nie żyje, i z pewnością Branciforte zjawi się na świecie nie wprzód, aż książę będzie sobie tego życzył. Mamka Heleny oznajmiła jej z płaczem, że matka odkryła w końcu jej schronienie i że wydała najsurowsze rozkazy, aby ją dostawiono siłą do pałacu Campireali w Albano. Helena zrozumiała, że, skoro raz znajdzie się w tym pałacu, więzienie jej może się stać bezgranicznie surowe i że zdołają jej wzbronić bezwarunkowo styczności ze światem, podczas gdy w klasztorze w Castro będzie mogła prowadzić korespondencję równie łatwo jak inne zakonnice. Zresztą — i to ją skłoniło ostatecznie — w ogrodzie tego klasztoru Juljan przelał dla niej krew; ujrzy to drewniane krzesło w izdebce odźwiernej, gdzie przysiadł na chwilę aby obejrzeć ranę w kolanie; tam-to dał Marjecie ów zakrwawiony bukiet, z którym Helena się odtąd nie rozstawała. Wróciła tedy smutno do Castro, i tu możnaby zakończyć jej dzieje: byłoby to dobrze dla niej, a może i dla czytelnika. Odtąd będziemy w istocie świadkami powolnego poniżenia szlachetnej i tkliwej duszy. Bezmyślne względy i kłamstwa cywilizacji, które ją odtąd otoczą ze wszystkich stron, zastąpią odruch krzepkich i szczerych namiętności. Rzymski kronikarz robi tu naiwną uwagę: dlatego że kobieta zada sobie tę fatygę aby urodzić ładną córkę, myśli że posiada talenty pokierowania jej życiem. Dlatego że, kiedy córka miała sześć lat, mówiła jej bardzo słusznie: „Moje dziecko, wyprostuj sobie kołnierzyk“, — wówczas, gdy ta córka ma ośmnaście lat a matka pięćdziesiąt, kiedy córka ma tyleż albo i więcej rozumu niż matka, matka, zaślepiona chęcią panowania, czuje się w prawie kierować jej życiem i posługiwać się kłamstwem. Ujrzymy, że to Wiktorja Carafa, matka Heleny, ząpomocą zręcznych i chytrych sposobów spowodowała śmierć ukochanej córki, sprawiwszy jej nieszczęście przez dwanaście lat. Smutny owoc żądzy panowania!
Przed śmiercią, pan Campireali doczekał się tej radości, że w Rzymie ogłoszono wyrok skazujący Juljana Branciforte na szarpanie przez dwie godziny rozżarzonemi obcęgami na placach Rzymu, a potem na spalenie na wolnym ogniu i wrzucenie popiołów do Tybru. Na freskach w klasztorze Najśw. Panny we Florencji można oglądać jeszcze dziś, w jaki sposób wykonywano te okrutne wyroki na świętokradcach. Zazwyczaj trzeba było silnej straży, aby powstrzymać oburzony lud który chciał zastąpić kata w jego funkcjach. Każdy uważał się za osobistego przyjaciela Madonny. Pan Campireali kazał sobie odczytać ten wyrok niedługo przed śmiercią; adwokatowi, który go uzyskał, darował piękne dobra między Albano a morzem. Adwokat ów nie był w tem bez zasług. Juljana skazano na tę okrutną karę, mimo że nikt go nie rozpoznał pod przebraniem młodego kurjera, który tak dzielnie kierował napadem. Ten wspaniały dar nie dał spać wszystkim intrygantom w całym Rzymie. Był wówczas na dworze niejaki fratone (mnich), człowiek przebiegły i zdolny do wszystkiego, nawet do wymuszenia na papieżu kardynalskiego kapelusza; zajmował się sprawami księcia Colonny i ten straszliwy klijent przymnażał mu wiele reputacji. Kiedy signora Campireali dowiedziała się że córka wróciła do Castro, kazała wezwać owego fratone.
— Wasza Wielebność otrzyma wspaniałą nagrodę, jeśli zechce pomóc w sprawie nader prostej, którą natychmiast wyłożę. W najbliższych dniach wyrok, który skazuje Juljana Branciforte na straszliwą karę, ma być ogłoszony i stanie się prawomocny w królestwie Neapolu. Proszę, niech Wasza Wielebność zechce przeczytać ten list wicekróla, patroszę mego krewniaka, który raczy mi oznajmiać tę nowinę. Na jakiej ziemi Branciforte będzie mógł szukać schronienia? Każę doręczyć pięćdziesiąt tysięcy piastrów księciu z prośbą aby przekazał wszystko albo część Juljanowi, pod warunkiem, że przyjmie służby u króla hiszpańskiego, mego pana, przeciw buntownikom we Flandrji. Wicekról wystawi temu Branciforte dekret na kapitana; iżby zaś wyrok na świętokradztwo (który mam nadzieję uprawomocnić i w Hiszpanji) nie szkodził mu w karjerze, przybierze nazwisko barona Lizzara; jest to mająteczek który mam w Abruzzach, i który, zapomocą fikcyjnej sprzedaży, zdołam mu przekazać na własność. Sądzę iż Wasza Wielebność nigdy nie widział, aby matka w ten sposób obchodziła się z mordercą swego syna. Za cenę pięciuset piastrów oddawna mogliśmy się pozbyć nienawistnego młokosa; ale nie chcieliśmy wchodzić w zatarg z Colonną. Toteż raczy Wasza Wielebność przedstawić księciu, iż szacunek dla jego praw kosztuje mnie sześćdziesiąt albo ośmdziesiąt tysięcy piastrów. Nie chcę już słyszeć nigdy o tym Branciforte; a zwłaszcza niech Wasza Wielebność przedłoży mój szacunek księciu.
Fratone oświadczył, że do trzech dni wybierze się w stronę Ostji, a signora Campireali wręczyła mu pierścień wartości tysiąca piastrów.
W kilka dni później, fratone zjawił się w Rzymie i oświadczył pani Campireali, że nie udzielił jej propozycji księciu; ale że przed miesiącem młody Branciforte popłynął do Barcelony, gdzie może mu doręczyć pięćdziesiąt tysięcy piastrów za pośrednictwem którego z bankierów.
Książę spotkał się ze strony Juljana z wielkiemi trudnościami; mimo niebezpieczeństw jakie mu odtąd groziły we Włoszech, młody kochanek nie mógł się zdobyć na to aby opuścić kraj. Próżno książę przedkładał mu, że signora Campireali może umrzeć; próżno obiecywał, że w każdym wypadku po upływie trzech lat Juljan będzie mógł wrócić do kraju; Juljan płakał, ale nie godził się. Wreszcie, książę musiał zażądać od niego tego wyjazdu jako osobistej przysługi; Juljan nie mógł niczego odmówić przyjacielowi ojca; ale przedewszystkiem chciał spytać o rozkazy Heleny. Książę raczył się podjąć przesłania długiego listu; co więcej, pozwolił Juljanowi pisywać do niej z Flandrji raz na miesiąc. Wreszcie, zrozpaczony kochanek puścił się do Barcelony. Książę, który nie życzył sobie aby Juljan wrócił kiedykolwiek, palił wszystkie jego listy. Zapomnieliśmy powiedzieć, iż, mimo że bardzo odległy od wszelkiej próżności, książę czuł się zmuszony powiedzieć, w interesie sprawy, że to on zapewnia majątek w wysokości pięćdziesięciu tysięcy piastrów synowi jednego z najwierniejszych sług domu Colonnów.
Biedną Helenę traktowano w klasztorze w Castro jak księżniczkę. Śmierć ojca uczyniła ją dziedziczką olbrzymiego majątku, do którego przyłączyły się znaczne spadki. Po śmierci ojca kazała dać po pięć łokci czarnego sukna wszystkim mieszkańcom Castro i okolicy, którzy oświadczą chęć noszenia żałoby po panu Campireali. Jeszcze była w pierwszym okresie żałoby, kiedy nieznana ręka oddała jej list Juljana. Trudno oddać wzruszenie z jakiem otwarła ten list jak również głęboki smutek po przeczytaniu. Było to wszakże pismo Juljana; zbadała list z największą bacznością. List mówił o miłości; o jakiej miłości, wielki Boże! Ale to signora Carafa, kobieta pełna rozumu, ułożyła ten list. Zamiarem jej było rozpocząć korespondencję od kilku listów przepełnionych namiętną miłością; chciała w ten sposób przygotować przejście do następnych, gdzie miłość miała stopniowo gasnąć.
Miniemy szybko dziesięć lat nieszczęśliwego życia. Helena sądziła, że Juljan zupełnie o niej zapomniał, a mimo to odtrąciła wyniośle starania najwytworniejszych młodzieńców w Rzymie. Zawahała się wszakże chwilkę, kiedy jej wspomniano o młodym Oktawie Colonna, najstarszym synu słynnego Fabrycego, który ją niegdyś tak źle przyjął w Petrella. Zdawało się jej, że, skoro nieodzownie musi wyjść za mąż, aby dać opiekuna majątkom jakie miała w państwie rzymskiem i w królestwie Neapolu, mniej będzie jej wstrętne nosić nazwisko człowieka, którego Juljan niegdyś kochał. Gdyby się Helena zgodziła na to małżeństwo, doszłaby rychło prawdy co do Juljana. Stary książę Fabrycy mawiał często i z zapałem o nadludzkiej dzielności i czynach pułkownika Lizzara (Juljan Branciforte), który, podobny bohaterom dawnych romansów, starał się pocieszyć pięknemi czynami po nieszczęśliwej miłości, odbierającej mu smak do wszelkich uciech. Myślał, że Helena oddawna wyszła za mąż; signora Campireali otoczyła i jego kłamstwem.
Helena pojednała się napoły z tą przemyślną matką. Ta, pragnąc gorąco aby córka wyszła za mąż, poprosiła swego przyjaciela, starego kardynała Santi-Quatro, protektora zakonu Wizytek, który udawał się do Castro, aby oznajmił poufnie co najstarszym siostrom, że przyczyną opóźnienia jego podróży był pewien akt laski. Dobry papież Grzegorz XIII, zdjęty litością dla złoczyńcy imieniem Juljan Branciforte, który niegdyś targnął się na ich klasztor, raczył, dowiadując się o jego śmierci, odwołać wyrok mieniący go świętokradcą. Papież uczynił to w silnem przekonaniu, iż, pod brzemieniem takiego wyroku, Branciforte nie mógłby nigdy wydostać się z czyśćca, o ile człowiek ten, ujęty w Meksyku i zamordowany przez dzikich, miał szczęście dostać się wogóle do czyśćca. Nowina ta wprawiła w poruszenie cały klasztor; doszła i do Heleny, która oddawała się wówczas wszystkim szaleństwom próżności, jakie osobie głęboko znudzonej może podsunąć posiadanie wielkiego majątku. Począwszy od tej chwili, nie opuściła pokoju. Trzeba wiedzieć, iż, aby móc pomieścić swój pokój w izdebce odźwiernej gdzie Juljan schronił się na chwilę w noc walki, Helena kazała przebudować cały klasztor. Z niesłychanym mozołem, z powszechnem i trudnem do załagodzenia zgorszeniem zdołała wyszukać i przyjąć w swe służby owych trzech zuchów, których niegdyś użył Branciforte i którzy pozostali przy życiu z pięciu ocalonych z utarczki w klasztorze. W ich liczbie znajdował się Hugon, stary już i pocentkowany ranami. Widok tych ludzi wzniecił wiele szemrań; ostatecznie lęk, jaki duma Heleny budziła w całym klasztorze, zwyciężył. Odtąd widywano ich codzień, jak, przybrani w barwy Heleny, przychodzili do kraty po jej rozkazy i nieraz długo odpowiadali na jej pytania, zawsze w tym samym przedmiocie.
Po półrocznem zamknięciu i zobojętnieniu na wszystkie rzeczy świata, jakie nastąpiło u niej po wiadomości o zgonie Juljana, pierwszem wrażeniem, jakie obudziło tę duszę już złamaną nieuleczalnem nieszczęściem i długą nudą, było drgnienie próżności.
Ksieni klasztoru zmarła niedawno. Wedle zwyczaju, kardynał Santi-Quatro, który był jeszcze protektorem Wizytek mimo swoich dziewięćdziesięciu dwóch lat, ułożył listę trzech zakonnic, z których papież miał wybrać ksienię. Trzeba było bardzo ważnych pobudek, aby Jego świątobliwość odczytał dwa dalsze nazwiska na tej liście, zwykle poprzestawał na przekreśleniu ich i nominacja była dokonana.
Pewnego dnia, Helena znajdowała się w oknie dawnej izdebki odźwiernej, która stała się obecnie krańcem nowego skrzydła wzniesionego z jej rozkazu. Okno to znajdowało się nie wyżej niż dwie stopy nad chodnikiem zbroczonym niegdyś krwią Juljana, a obecnie wcielonym do ogrodu. Helena, miała oczy głęboko utkwione w ziemi. Trzy panie, o których wiedziano od kilku godzin że kardynał pomieścił je na liście, przeszły pod oknem Heleny. Nie widziała ich, i tem samem nie mogła ich pozdrowić. Jedna z dani uczuła się dotknięta i ozwała się dość głośno:
— Ładne mi obyczaje, aby pensjonarka wystawiała swój pokój na widok publiczny!
Zbudzona temi słowami z zadumy, Helena podniosła oczy i spotkała trzy jadowite spojrzenia.
— Ba! rzekła do siebie zamykając okno nie ukłoniwszy się, dość długo jestem jagnięciem w tym klasztorze, trzeba mi zostać wilkiem, choćby poto aby dostarczyć rozrywki gapiom z miasteczka.
W godzinę później, jeden z jej ludzi, wyprawiony jako goniec, zawiózł następujący list do jej matki, która od dziesięciu lat mieszkała w Rzymie i umiała tam sobie wyrobić znaczne wpływy.
„Wielce czcigodna pani matko.
„Co rok dajesz mi trzysta tysięcy franków w dzień imienin; obracani tutaj te pieniądze na szaleństwa, szanowne coprawda, ale zawsze szaleństwa. Mimo że mi tego nie przypominasz oddawna, wiem, że miałabym dwa sposoby dowiedzenia ci mojej wdzięczności za dobre intencje jakie dla mnie żywiłaś. Nie wyjdę za mąż, ale zostałabym chętnie ksienią tego klasztoru; myśl tę zrodziła we mnie okoliczność, że trzy panie, pomieszczone na liście przez naszego kardynała, są niemi wrogami; którąkolwiekby wybrano, czekałyby mnie wszelkie dokuczliwości. Ofiaruj mój bukiecik imieninowy tam gdzie trzeba; na początek odwleczmy nominację na pół roku, co uszczęśliwi przeoryszę, moją dobrą przyjaciółkę, obecnie sprawującą rządy. Już to samo będzie dla mnie szczęściem, a słowa tego rzadko mogę użyć mówiąc o twojej córce. Pomysł mój jest szalony, wiem; ale jeśli widzisz jaką nadzieję powodzenia, za trzy dni przywdzieję biały welon; ośm lat mieszkania w klasztorze bez jednego dnia przerwy daje mi prawo do półrocznego opustu. Dyspensy nie odmawia się, to kosztuje czterdzieści talarów.
„Pozostaję z całym szacunkiem, czcigodna pani matko, etc“.
List ten przepełnił radością signorę Campireali. Otrzymała go w chwili gdy sobie żywo wyrzucała iż oznajmiła córce śmierć Juljana; nie wiedziała jak się skończy jej głęboka melancholja, przewidywała jakieś szaleństwo; bała się wręcz aby córka nie zechciała oglądać w Meksyku miejsc gdzie rzekomo padł Branciforte; wówczas, przejeżdżając przez Madryt, łatwo dowiedziałyby się o prawdziwem nazwisku pułkownika Lizzara. Z drugiej strony, to, o co córka prosiła ją w liście, to była rzecz najtrudniejsza, a nawet, można powiedzieć, najniedorzeczniejsza w świecie. Młoda dziewczyna nie będąc nawet zakonnicą, znana jedynie z szalonej — podzielanej może! — miłości bandyty, miała stanąć na czele klasztoru, gdzie każdy magnat rzymski miał jakąś krewniaczkę! Ale, myślała signora Campireali, powiadają, że każdy proces można wytoczyć a tem samem wygrać. Jakoż, w odpowiedzi swojej, Wiktorja Carafa dała pewne nadzieje córce, która zazwyczaj miała zachcenia niedorzeczne, ale wzamian zapominała o nich bardzo łatwo. Wieczorem, zbierając wiadomości o wszystkiem co zdaleka lub zbliska mogło tyczyć klasztoru w Castro, dowiedziała się, że, od kilku miesięcy, przyjaciel jej, kardynał Santi-Quatro, jest wielce zgryziony: pragnął wydać bratanicę za don Oktawa Colonna, starszego syna księcia Fabrycego, o którym tak często była mowa w tem opowiadaniu. Książę ofiarował mu swego drugiego syna, don Lorenza, ponieważ, dla załatania jego fortuny, mocno wyszczerbionej w wojnie, którą król Neapolu i papież, wreszcie pogodzeni, wydali zbójcom z lasów Faggiola, trzeba było aby żona starszego syna wniosła domowi Colonna sześćset tysięcy piastrów (3.210.000 fr.) posagu. Otóż, kardynał Santi-Quatro, nawet wywłaszczając w najdzikszy sposób innych krewnych, nie mógł ofiarować więcej niż trzysta ośmdziesiąt do czterystu tysięcy talarów.
Wiktorja Carafa do późnej nocy wypytywała o te sprawy przyjaciół starego Santi-Quatro. Nazajutrz o siódmej rano kazała się oznajmić u starego kardynała.
— Eminencjo, rzekł, jesteśmy oboje bardzo starzy; nie byłoby celu oszukiwać się wzajem, dając piękne nazwy rzeczom które nie są piękne. Przychodzę ci zaproponować szaleństwo: wszystko co można powiedzieć na jego korzyść, to że nie jest wstrętne, ale wyznaję iż zdaje mi się mocno niedorzeczne. Kiedy się toczyła sprawa o małżeństwo Oktawa Colonny z córką moją Heleną, nabrałam sympatji dla tego młodzieńca i w dniu jego ślubu wypłacę Waszej Eminencji dwieście tysięcy piastrów w ziemi lub gotowiźnie, z prośbą byś mu je doręczył. Ale, aby biedna wdowa mogła uczynić tak olbrzymią ofiarę, trzeba by moja córka Helena, która liczy obecnie dwadzieścia siedem lat i która od dziewiętnastego roku życia nie opuściła klasztoru ani na jedną noc, została ksienią w Castro; trzebaby opóźnić w tym celu wybór o pół roku; rzecz jest kanonicznie dozwolona.
— Co pani powiada? krzyknął stary kardynał wzburzony; nawet Jego świątobliwość nie mógłby uczynić tego, czego pani żądasz od biednego niedołężnego starca.
— Toteż mówiłam Waszej Eminencji, że pomysł jest niedorzeczny; głupcom wyda się szalony; ale ludzie znający stosunki na dworze pomyślą, że nasz miłościwy władca, dobry papież Grzegorz XIII, zechciał wynagrodzić wierne i długie służby Waszej Eminencji, ułatwiając małżeństwo, którego — jak całemu Rzymowi wiadomo — Eminencja pragnie. Zresztą rzecz jest bardzo możliwa, zupełnie kanoniczna, ręczę; córka moja przywdzieje welon od jutra.
— Ale symonia, pani! wykrzyknął kardynał straszliwym głosem.
Signora Campireali zabierała się do odejścia.
— Co pani za papier zostawia?
— To spis majątków, które oddałabym jako równowartość dwustu tysięcy piastrów wrazie gdyby nie chciano gotowizny; przelanie tytułów własności możnaby trzymać w ukryciu długi czas; naprzykład Colonnowie mogliby mi wytoczyć proces, którybym przegrała.
— Ale symonia, pani, okropna symonia!
— Trzeba zacząć od odroczenia wyboru na pół roku; jutro przyjdę po rozkazy Waszej Eminencji.
Czuję, że czytelnikowi urodzonemu na północ od Alp trzeba objaśnić urzędowy niemal ton pewnych ustępów tego djalogu; przypomnę, że w krajach ściśle katolickich większość drażliwych rozmów opiera się w końcu o konfesjonał, a wówczas zgoła nie jest obojętne czy dane wyrażenie było pełne uszanowania czy też ironiczne.
Nazajutrz, Wiktorja Carafa dowiedziała się, że wskutek ważnego błędu faktycznego, odkrytego w liście trzech pań proponowanych na stanowisko ksieni w Castro, odłożono wybór na pół roku: mianowicie druga z pań na liście miała w rodzie renegata; któryś jej stryjeczny dziadek przyjął protestantyzm w Udine.
Signora Campireali uznała za właściwe porozumieć się z księciem Fabrycym Colonna, którego domowi ofiarowała tak znaczne korzyści. Po dwudniowych zabiegach, zdołała uzyskać spotkanie w miasteczku niedaleko Rzymu, ale wyszła z tego posłuchania wręcz przerażona: książę, zazwyczaj tak spokojny, tak był przejęty chwałą wojenną pułkownika Lizarra (Juljana Branciforte), że uważała za zupełnie bezcelowe prosić go o tajemnicę w tej mierze. Pułkownik był dlań niby syn, co więcej niby ulubiony wychowanek. Książę bezustanku odczytywał listy z Flandrji. Cóżby się stało z ukochanym projektem, dla którego signora Campireali tyle poświęcała od dziesięciu lat, gdyby córka dowiedziała się o istnieniu i sławie pułkownika Lizarra?
Sądzę że lepiej pominąć milczeniem wiele okoliczności, które, to prawda, malują obyczaje tej epoki, ale których opowiadanie wydaje mi się dość przykre. Autor rzymskiego rękopisu zadał sobie nieskończony trud, aby dociec ścisłej daty szczegółów które opuszczam.
W dwa lata po widzeniu signory Campireali z księciem Colonna, Helena była ksienią w Castro; ale stary kardynał Santi-Quatro umarł z bólu po tym akcie symonji. Biskupem w Castro był wówczas najurodziwszy mężczyzna na dworze papieskim, monsignor Francesco Cittadini, szlachcic z Medjolanu. Ten młody człowiek odznaczający się skromnością, wdziękiem i godnością, był w częstych stosunkach z ksienią Wizytek, zwłaszcza z okazji nowych budowli, któremi zamierzyła upiększyć swój klasztor. Ów młody biskup Cittadini, wówczas liczący dwadzieścia dziewięć lat, zakochał się do szaleństwa w pięknej ksieni. W procesie który wytoczono w rok później, wiele zakonnic, powołanych w charakterze świadków, powiadało, że biskup jak mógł najczęściej odwiedzał klasztor i często mawiał do ksieni: „Gdzieindziej rozkazuję, i wyznaję to na mój wstyd, znajduję w tem niejaką przyjemność; przy tobie, pani, jestem posłuszny jak niewolnik, ale z przyjemnością która o wiele przewyższa słodycz rozkazywania gdzieindziej. Czuję się pod władzą istoty wyższej; gdybym nawet próbował, nie mógłbym mieć innej woli niż jej wola, i raczejbym pragnął być na wieki ostatnim z jej niewolników, niż być królem zdała od jej oczu“.
Świadkowie zeznają, iż często, wśród tych dwornych przemów, ksieni nakazywała mu milczenie i to w twardych i wzgardliwych słowach.
— Prawdę rzekłszy, dodaje inny świadek, pani traktowała go jak lokaja; wówczas biedny biskup spuszczał oczy, zaczynał płakać, ale nie odchodził. Znajdował codzień jakiś pozór aby się zjawić w klasztorze, co mocno gorszyło spowiedników klasztornych i wrogów ksieni. Ale ksieni miała silne popracie w przeoryszy, swojej serdecznej przyjaciółce, która pod jej rozkazami sprawowała rządy.
— Wiecie, moje szlachetne siostry, powiadała przeorysza, że, od czasu nieszczęśliwej miłości jaką nasza ksieni żywiła za młodu dla pewnego rycerza, zostało jej sporo dziwactw; ale wiecie również, że nigdy nie zdarzyło się jej przekonać do osoby której okazała wzgardę. Otóż może przez całe życie nie wyrzekła tylu obraźliwych słów, ile ich wylała w naszej obecności na głowę biednego monsignora Cittadini. Codziennie w naszych oczach znosił obejście takie, że musimy się rumienić za jego dostojeństwo. — Tak, odparły zgorszone zakonnice, ale wraca codzień; nie dzieje mu się tedy zbytnia krzywda; w każdym zaś razie ten pozór zgorszenia szkodzi powadze świętego zakonu Wizytek. Najsurowszy pan nie obsypuje najniezdarniejszego sługi ani czwartą częścią obelg, jakiemi dumna ksieni smagała codzień młodego biskupa tak pełnego namaszczenia; ale był zakochany, przywiózł zaś ze swej ojczyzny tę kardynalną zasadę, iż, skoro się raz podejmie tego rodzaju przedsięwzięcie, trzeba się troszczyć jedynie o cel a nie zważać na środki. — Ostatecznie, powiadał biskup do swego powiernika Cezara del Bene, hańba spada na kochanka, który poniecha ataku, zanim go zmusi do tego zupełna beznadziejność. Obecnie smutne moje zadanie ograniczy się do podania wyciągu — z konieczności bardzo suchego z procesu, który spowodował śmierć Heleny. Proces ten wyczytałem w bibljotece, której nazwę trzeba mi zmilczeć; tworzy on nie mniej niż osiem tomów infolio. Pytania i wywody są po łacinie, odpowiedzi po włosku. Znajduję tam, iż w listopadzie r. 1572, koło jedenastej wieczór, młody biskup udał się sam do bramy kościoła, gdzie przez cały dzień mają dostęp wierni; ksieni sama otworzyła mu i pozwoliła iść za sobą. Przyjęła go w pokoju, w którym przebywała często i który tajemnemi drzwiczkami łączył się ze stallami nad nawą kościoła. Nie upłynęła godzina, a zdumionego biskupa odprawiono z powrotem; ksieni odprowadziła go sama do wrót kościoła mówiąc te słowa: — Proszę wracać do swego pałacu i poniechać mnie corychlej. Żegnam cię, monsignore, brzydzę się panem, mam uczucie że się oddałam lokajowi.
Jednakże za trzy miesiące nadszedł karnawał. Mieszkańcy Castro słynni byli z zabaw jakie wydawali w owej epoce; całe miasto rozbrzmiewało gwarem maskarad. Żaden korowód nie ominął małego okienka, przez które wnikało nieco światła do jednej ze stajen klasztornych. Można się domyślić, że na trzy miesiące przed karnawałem stajnię tę zmieniono na salon i że w dnie maskarady było tam pełno ludzi. W pełni tego szaleństwa, biskup zjawił się w swej karocy; ksieni dała mu znak, i następnej nocy o pierwszej znalazł się u wrót kościoła. Wszedł; ale w niespełna trzy kwadranse odprawiono go z gniewem. Od pierwszej schadzki w listopadzie zachodził do klasztoru mniejwięcej co tydzień. Na twarzy jego malował się wyraz tryumfu i zadowolenia, który nie uszedł niczyjej uwagi, a który mocno drażnił dumny charakter młodej ksieni. Zwłaszcza w poniedziałek wielkanocny, między innemi, potraktowała go jak ostatniego z ludzi, obrzucając go słowami, których nie zniósłby ciura klasztorny. Mimo to, w kilka dni później, dała mu znak, wskutek którego piękny biskup znalazł się o północy u bramy kościoła; sprowadziła go, aby mu oznajmić że jest brzemienna. Na tę wiadomość (powiadają akty procesu), piękny młodzian zbladł ze zgrozy i zupełnie ogłupiał ze strachu. Ksieni dostała gorączki, sprowadziła lekarza i nie taiła przed nim swego stanu. Człowiek ten znał szczodrość chorej i przyrzekł wybawić ją z kłopotu. Zaczął od tego iż zaznajomił ją z pewną prostą kobietą, młodą i ładną, która, mimo iż nie nosiła tytułu położnej, znała się ma tem. Mąż jej był piekarzem. Helena rada była z tej kobiety; ale ta oznajmiła jej, iż dla wykonania planu, który miał przynieść ocalenie, trzeba by chora miała dwie powiernice w klasztorze.
— Kobieta taka jak ty, zgoda; ale któraś z równych mi nigdy! Odejdź.
Położna wyszła. Ale za kilka godzin, Helena, nie uważając za bezpieczne narażać się na plotki tej kobiety, kazała zawołać lekarza, który przysłał piekarzową z powrotem. Ksieni przyjęła ją łaskawiej, piekarzowa zaś przysięgła, iż, nawet gdyby jej nie odwołano, nie byłaby rozgadała tajemnicy; ale oświadczyła ponownie, że, jeśli nie znajdzie się w klasztorze dwóch kobiet oddanych ksieni i świadomych wszystkiego, nie może się niczego podjąć. Bezwątpienia bała się oskarżenia o dzieciobójstwo. Zastanowiwszy się głęboko. ksieni powierzyła tę straszliwą tajemnicę pani Wiktorji, przeoryszy klasztoru, ze szlachetnej rodziny książąt de C... i pani Bernardzie, córce margrabiego P... Kazała im przysiąc na brewiarz, że nigdy nie zdradzą ani słowa z tego co im powie, nawet przy sakramencie spowiedzi. Obie panie zdrętwiały ze zgrozy. Świadczą w swoich zeznaniach, iż, znając wyniosły charakter ksieni, spodziewały się dowiedzieć o jakiem morderstwie. Ksieni oświadczyła im spokojnie i poprostu:
— Chybiłam swoim obowiązkom, jestem w ciąży.
Pani Wiktorja, przeorysza, głęboko wzruszona i wiedziona przyjaźnią, która od tylu lat łączyła ją z Heleną, nie zaś próżną ciekawością, wykrzyknęła ze łzami w oczach:
— Któż jest zuchwalec, który popełnił tę zbrodnię?
— Nie powiedziałam tego nawet spowiednikowi; osądź czy zechcę powiedzieć tobie!
Obie panie zaczęły się naradzać nad sposobem ukrycia nieszczęsnej tajemnicy. Przedewszystkiem, postanowiły, że łóżko ksieni przeniesie się z jej obecnego pokoju, położonego w samym środku, do apteki, którą właśnie urządzono w najodleglejszej części klasztoru, na trzeciem piętrze budynku wzniesionego hojnością Heleny. Tam to ksieni dała życie potomkowi płci męskiej. Od trzech tygodni piekarzowa była ukryta w mieszkaniu przeoryszy. Kiedy się przemykała pod ścianami klasztoru unosząc dziecko, dziecko zaczęło krzyczeć; przerażona kobieta schroniła się do piwnicy. W godzinę potem pani Bernarda, przy pomocy lekarza, zdołała otworzyć furtkę i piekarzowa szybko opuściła klasztor, a wkrótce potem miasto. Znalazłszy się w szczerem polu, gnana panicznym strachem, schroniła się do groty, którą przypadkiem napotkała w skałach. Ksieni napisała do Cezara del Bene, powiernika i pokojowca biskupa, który pośpieszył do wskazanej groty; był na koniu; chwycił dziecko i puścił się galopem do Montefiascone. Dziecko ochrzczono w kościele św. Małgorzaty; otrzymało imię Aleksandra. Miejscowa gospodyni postarała się o mamkę, której Cezar wręczył osiem talarów. Kobiety, licznie zgromadzone pod kościołem w czasie ceremonji chrztu, jęły natarczywie pytać Cezara o nazwisko ojca.
— To wielki pan z Rzymu, odparł, który nadużył wiary wieśniaczki ubogiej jak wy.
I znikł.

VII

Wszystko szło dobrze w tym olbrzymim klasztorze, zamieszkałym przez więcej niż trzysta ciekawych kobiet; nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Ale ksieni wręczyła lekarzowi kilka garści cekinów, świeżo wybitych w mennicy w Rzymie. Lekarz dał sporo tych sztuk piekarzowej. Kobiecina była ładna, a mąż zazdrosny; szperał w jej walizie, znalazł te lśniące sztuki złota i, w przypuszczeniu że stanowią cenę jej hańby, zmusił ją, przykładając nóż do gardła, aby powiedziała skąd pochodzą. Po paru wykrętach, kobieta wyznała prawdę i pogodzili się. Małżeństwo zaczęło się naradzać nad sposobem użycia takiej sumy. Piekarzowa chciała zapłacić jakieś długi, ale mężowi zachciało się kupić muła, co też się stało. Ten muł poruszył całą dzielnicę, gdzie znano ubóstwo owej pary. Wszystkie kumoszki z miasteczka, przyjaciółki i nieprzyjaciółki, zachodziły raz po raz pytać piekarzową, co za szczodry kochanek dał jej fundusze na tego muła. Kobiecina, doprowadzona do ostateczności, powiadała tu i ówdzie prawdę. Jednego dnia, kiedy Cezar del Bene odwiedził dziecko i przybył zdać sprawę ksieni ze swoich odwiedzin, ta, miano iż bardzo niezdrowa, zawlekła się aż do kraty i obsypała go wymówkami za niedyskrecję jego pomocników. Biskup rozchorował się ze strachu; napisał do swoich braci do Medjolanu aby im donieść o niesłychanem oskarżeniu którego padł ofiarą; prosił aby mu przyszli z pomocą. Mimo iż mocno niezdrów, postanowił opuścić Castro, ale przed odjazdem tak napisał do ksieni:
„Wie pani już, że wszystko wyszło na jaw. Toteż, o ile pani dba o to, aby ocalić nietylko moją reputację ale może i życie, i aby uniknąć większego zgorszenia, może pani obwinić Jana Baptystę Doleri, zmarłego przed dwoma dniami; jeśli w ten sposób nie ocali pani swojej czci, moja cześć przynajmniej uniknie wszelkiego niebezpieczeństwa“.
Biskup zawołał spowiednika klasztoru w Castro, imieniem don Luigi.
— Oddaj to, rzekł, do rąk wielebnej ksieni.
Ta, przeczytawszy haniebne pismo, wykrzyknęła głośno w obecności wszystkich obecnych:
Na takie, obejście zasługują panny głupie, które przekładają piękność ciała nad piękność duszy!
Wiadomość o wszystkiem co się dzieje w Castro doszła rychło uszu straszliwego kardynała Farneze (stał się taki od kilku lat, ponieważ spodziewał się na najbliższem konklawe zyskać poparcie kardynałów zelantów). Natychmiast wydał podeście w Castro rozkaz uwięzienia biskupa Cittadini. Cała służba biskupa, obawiając się śledztwa i tortur, uciekła. Jedyny Cezar del Bene został wiemy swemu panu i przysiągł że raczej umrze w męczarniach, niżby miał powiedzieć coś coby mogło biskupowi zaszkodzić. Cittadini, osaczony przez straż w swoim pałacu, napisał znów do braci, którzy coprędzej przybyli z Medjolanu. Zastali go w więzieniu w Ronciglione.
W pierwszem przesłuchaniu ksieni czytam, iż, wyznając swój błąd, przeczy aby miała stosunki z Jego Wielebnością; wspólnikiem jej był rzekomo Doleri, adwokat klasztoru.
9 września r. 1573, Grzegorz XIII nakazał, aby proces odbył się z całym pośpiechem i z całą surowością. Sędzia kryminalny, prokurator i komisarz udali się do Castro i do Ronciglione. Cezar del Bene, pokojowiec biskupa, wyznaje tylko, że zaniósł dziecko do mamki. Przesłuchują go w obecności pani Wiktorji i Bernardy. Biorą go na tortury dwa dni z rzędu, cierpi strasznie, ale wiemy słowu, wyznaje jedynie to czego mu niepodobna zaprzeczyć, tak iż prokurator nic zeń nie wydobył.
Kiedy nadeszła kolej pań Wiktorji i Bernardy, które były świadkami tortur zadanych Cezarowi, wyznają wszystko co uczyniły. Zapytywano wszystkie zakonnice o nazwisko sprawcy zbrodni; większość odpowiada, iż słyszały że to Jego Wielebność. Jedna z odźwiernych przytacza zelżywe sława, jakiemi ksieni obrzuciła biskupa wypędzając go z kościoła. Dodaje: „Kiedy ludzie mówią do siebie w tym tonie, znaczy że już oddawna są z sobą bardzo blisko. W istocie ksiądz biskup, zazwyczaj rad z siebie, miał, wychodząc z kościoła, minę wielce markotną”.
Jedna z zakonnic, pytana pod groźbą tortur, odpowiedziała, że sprawcą zbrodni musi być kat, ponieważ ksieni trzyma go nieustannie w objęciach i pieści go często. Inna zakonnica twierdzi, że sprawcą musi być wiatr, ponieważ w dnie w które jest wiatr, ksieni jest rada i wesoła, wystawia się na wiatr w altanie którą kazała umyślnie zbudować; i kiedy ją prosić o łaskę w tem miejscu, nigdy nie odmawia. Piekarzowa, mamka, kumoszki z Montefiascone, przerażone torturami, na które w ich oczach wzięto Cezara, wyznają prawdę.
Młody biskup był chory lub udawał chorego w Ronciglione, co dało sposobność jego braciom, wspieranym wpływami i środkami signory Campireali, rzucić się do stóp papieża i błagać o wstrzymanie śledztwa aż do wyzdrowienia biskupa. Na co straszliwy kardynał Farneze pomnożył liczbę straży strzegącej go w więzieniu. Ponieważ biskupa nie można było przesłuchiwać, komisarze zaczynali każde posiedzenie od nowego badania ksieni. Pewnego dnia, kiedy matka kazała jej powiedzieć aby była dobrej myśli i dalej przeczyła wszystkiemu, Helena wyznała wszystko.
— Czemu obwiniłaś zrazu Jana Baptystę Doleri?
— Przez litość dla tchórzostwa biskupa; przytem, jeśli zdoła ocalić swoje drogie życie, będzie mógł opiekować się moim synem.
Po tem wyznaniu, wtrącono ksienię w klasztorze w Castro do celi, której mury, zarówno jak sklepienie, miały osiem stóp grubości; zakonnice mówiły o tem więzieniu ze zgrozą, znane było pod mianem „celi mnichów“. Ksieni była tam pod ustawiczną strażą trzech kobiet.
Skoro zdrowie biskupa polepszyło się nieco, trzystu zbirów czy żołnierzy przybyło aby go zabrać z Ronciglione. Przeniesiono go do Rzymu w lektyce i pomieszczono w więzieniu Corte Savella. Wkrótce potem zakonnice przewieziono również do Rzymu; ksienię zamknięto w klasztorze św. Marty. Cztery zakonnice były oskarżone: panie Wiktorja i Bernarda, siostra furtjanka, oraz odźwierna, która słyszała zelżywe słowa ksieni do biskupa.
Biskupa przesłuchał audytor Izby, jedna z najwyższych osobistości sądowniczych. Wzięto na nowo na tortury biednego Cezara del Bene, który nietylko nie wyznał nic, ale powiadał rzeczy wielce niemiłe dla władz, co nań sprowadziło nową porcję tortur. Tym wstępnym męczarniom poddano również panie Wiktorję i Bernardę. Biskup przeczył wszystkiemu bezrozumnie ale z uporem; opowiadał szczegółowo wszystko co robił owych trzech wieczorów najoczywiściej spędzonych u ksieni.
Wreszcie postawiono sobie do oczu ksienię i biskupa; i, mimo że Helena wciąż mówiła prawdę, wzięto ją na tortury. Gdy powtarzała to samo co wciąż mówiła od swego pierwszego wyznania, biskup, wiemy swej roli, obrzucił ją obelgami.
Po wielu dalszych aktach, usprawiedliwianych w gruncie, ale skażanych owym duchem okrucieństwa, który po Karolu Piątym i Filipie Drugim utrwalił się we włoskiem sądownictwie, biskupa skazano na dożywotnie więzienie w zamku św. Anioła; ksienię na zamknięcie na całe życie w klasztorze św. Marty. Ale już signora Campireali, pragnąc ocalić córkę, podjęła wykopanie podziemnego przejścia. Tunel ten wychodził z kanału pozostałego po wspaniałościach starożytnego Rzymu i miał się kończyć w głębokiej piwnicy, gdzie składano szczątki mniszek zakonu św. Marty. Szeroki na dwie stopy, miał ściany z desek przytrzymujące ziemię po prawej i po lewej; w miarę zaś jak się posuwano, wstawiano sklepienie z dwóch desek, tworzących niby ramiona dużego A.
Przekop ten drążono w głębokości mniejwięcej trzydziestu stóp. Ważne było zachować właściwy kierunek; raz po raz studnie i fundamenty dawnych budowli kazały robotnikom zbaczać z drogi. Druga trudność, to ziemia, z którą nie wiedziano co począć; zdaje się, że ją rozsypywano w nocy po ulicach Rzymu. Wszyscy dziwili się tej obfitości ziemi, która, można rzec, spadała z nieba...
Minio olbrzymich sum, jakie signora Campireali wydawała aby ocalić córkę, podkop jej odkrytoby z pewnością; ale w roku 1585 umarł papież Grzegorz XIII; z opróżnieniem papieskiego stolca rozpoczęło się panowanie zamętu.
Helena cierpiała u św. Marty bardzo; można sobie wyobrazić, z jakim zapałem owe dość ubogie zakonnice siliły się dokuczać ksieni bardzo bogatej i skazanej za taką zbrodnię. Oczekiwała z niecierpliwością wyniku prac podjętych przez matkę. Ale nagle serce jej doznało osobliwych wzruszeń. Już pół roku wprzódy, Fabrycy Colonna, widząc iż zdrowie Grzegorza XIII podupada i mając wielkie zamiary na czas bezkrólewia, posłał jednego ze swych oficerów do Juljana Branciforte, tak znanego obecnie w armji hiszpańskiej pod mianem pułkownika Lizarry. Wzywał go do Włoch; Juljan płonął chęcią ujrzenia ojczyzny. Wylądował pod przybranem nazwiskiem w Pescara, małym porcie na Adrjatyku pod Chietti w Abruzach, i górami przybył do Petrella. Radość księcia zdumiała wszystkich. Oświadczył Juljanowi, że go sprowadził, aby go uczynić swym następcą i powierzyć mu dowództwo armji. Na co Branciforte odparł, iż, z punktu widzenia wojskowego, rzecz cała jest licha warta, czego z łatwością dowiódł; że jeżeli Hiszpanie naprawdę zechcą, mogą w pół roku i z niewielkim zachodem zniszczyć wszystkie partyzanckie korpusy we Włoszech.
— Ale, ostatecznie, dodał młody Branciforte, jeśli książę sobie życzy, jestem gotów. Zawsze znajdzie książę we mnie następcę dzielnego Ranucego, ubitego pod Ciampi.
Przed przybyciem Juljana, książę nakazał, tak jak on umiał, aby nikt w Petrella nie ośmielił się mówić o Castro i o procesie ksieni; kara śmierci bez żadnej litości czekała za najmniejsze gadulstwo. Wśród wylewów przyjaźni, z jakie, mi książę przyjął Juljana, poprosił go, aby nie jechał do Albano bez niego; sam zaś miał uskutecznić tę podróż tak, iż obsadził miasto tysiącem swoich ludzi, tysiąc dwustu zaś umieścił jako przednią straż na drodze do Rzymu. Można osądzić, co się działo z biednym Juljanem, kiedy książę, wezwawszy starego Scotti, który żył jeszcze, do domu gdzie się mieściła generalna kwatera, kazał go wprowadzić do pokoju, gdzie znajdował się Branciforte. Skoro dwaj przyjaciele padli sobie w ramiona, książę rzekł:
— A teraz, biedny pułkowniku, spodziewaj się wszystkiego co najgorsze.
Poczem zdmuchnął świecę i wyszedł zamykając ich na klucz.
Nazajutrz, Juljan nie chciał wyjść z pokoju; posłał poprostu do księcia z prośbą, aby mógł wrócić do Petrella i nie pojawiać się przez kilka dni. Ale oznajmiono mu, że książę zniknął, zarówno jak jego wojsko. W nocy dowiedział się o śmierci Grzegorza XIII; zapomniał o swym przyjacielu Juljanie i pognał w pole. Przy Juljanie zostało jakich trzydziestu ludzi należących do dawnej kompanji Ranucego. Wiadomo, że w owej epoce, w czasie interregnum, prawa spały, każdy dawał folgę swoim namiętnościom, prawem była tylko siła; dlatego, nim dzień dobiegł końca, książę Colonna powiesił już pięćdziesięciu z górą wrogów. Co do Juljana, ten, mimo że nie miał ani czterdziestu ludzi, ośmielił się iść na Rzym.
Wszyscy słudzy ksieni z Castro pozostali jej wierni; pomieścili się w ubogich domkach, sąsiadujących z klasztorem św. Marty. Agonja Grzegorza XIII trwała więcej niż tydzień; signora Campireali czekała niecierpliwie zamętu, który nastąpił po jego śmierci, aby dokończyć ostatnich sążni podkopu. Ponieważ trzeba było przebyć granice kilku zamieszkałych domów, obawiała się, że nie zdoła utaić przed światem celu swego przedsięwzięcia.
Na trzeci dzień po przybyciu Juljana Branciforte do Petrella, trzej dawni bravi Juljana, przyjęci przez Helenę w jej służby, zachowywali się tak jakby oszaleli. Mimo iż wiadomo było aż nadto, że Helena znajduje się w najściślejszem zamknięciu i pod strażą zakonnic, które jej nienawidziły, Hugo, jeden z bravi, przybył do bramy klasztoru i jął natrętnie się domagać, aby mu pozwolono ujrzeć jego panią, i to natychmiast. Odpędzono go i wyrzucono za drzwi. Pod wpływem rozpaczy, człowiek ten został pod bramą i zaczął rozdawać po bajoku każdemu ze sług klasztornych, który wchodził albo wychodził; powtarzał przytem te słowa: Cieszcie się ze mną; pan Juljan Branciforte przybył, żyje; powiedzcie to swoim przyjaciołom.
Dwaj kamraci Hugona cały dzień znosili mu bajoki i rozdawali je dzień i noc, powtarzając wciąż te same słowa, póki nie rozdali wszystkiego. Ale trzej bravi, luzując się wzajem, dalej pełnili straż u bramy klasztoru, wciąż powtarzając przechodniom te same słowa z towarzyszeniem głębokich pokłonów: Pan Juljan przybył etc.
Pomysł dzielnych ludzi powiódł się: w niespełna trzydzieści sześć godzin po rozdaniu pierwszego bajoka, biedna Helena w głębi swej kazili wiedziała, że Juljan żyje: słowo to wtrąciło ją w istne szaleństwo.
— O matko, wykrzyknęła, ileż ty mi złego wyrządziłaś!
W kilka godzin później zdumiewającą wiadomość potwierdziła Marjeta, która, za cenę wszystkich swoich klejnocików, zdobyła pozwolenie towarzyszenia odźwiernej, gdy ta przynosiła Helenie jadło. Helena rzuciła się jej w ramiona, płacząc z radości.
— To bardzo pięknie, rzekła; ale nie długo dane mi będzie zostać z tobą.
— Myślę! odparła Marjeta. Przypuszczam, że nim conclave się skończy, więzienie pani zamieni się na proste wygnanie.
— Ach, droga, ujrzeć Juljana, i ujrzeć go tak występną!
Trzeciej nocy po tej rozmowie, posadzka kościelna zapadła się w jednem miejscu z wielkim hałasem; zakonnice myślały, że klasztor wali się w gruzy. Popłoch był straszny, wszyscy krzyczeli że to trzęsienie ziemi. W godzinę po zawaleniu się marmurowej posadzki, signora Campireali, poprzedzona przez trzech bravi w służbie Heleny, weszła podziemnym chodnikiem do więzienia.
— Zwycięstwo, pani, zwycięstwo! krzyczeli zuchy.
Helena zlękła się śmiertelnie; myślała, że to Juljan nadchodzi. Uspokoiła się i rysy jej odzyskały zwykły wyraz, kiedy jej oznajmili, że towarzyszą jedynie signorze Campireali i że Juljan jest dopiero w Albano, które zajął wraz z kilkoma tysiącami żołnierzy.
Po chwili oczekiwania, signora Campireali zjawiła się; szła z trudem, prowadzona przez koniuszego: był w paradnym stroju i przy szpadzie, ale jego wspaniałe ubranie było całe zachlastane ziemia.
— O moja droga Heleno! ocaliłam cię! wołała signora.
— A kto ci powiedział, matko, że ja chcę ocalenia?
Signora Campireali osłupiała; patrzała na córkę szeroko otwartemi oczami, widocznie bardzo wzruszona.
— A więc, droga Heleno, rzekła wreszcie, los zmusza mnie do wyznania postępku, bardzo naturalnego może wobec nieszczęść zaszłych w naszej rodzinie, ale którego żałuję i za który proszę o przebaczenie: Juljan... Branciforte... żyje...
— I dlatego że on żyje, ja nie chcę żyć.
Signora Campireali nie zrozumiała zrazu, następnie zaczęła znów mówić do córki błagalnemi słowy, ale nie otrzymała odpowiedzi. Helena obróciła się w stronę krucyfiksu i modliła się nie słuchając. Próżno przez całą godzinę signora Campireali siliła się uzyskać słowo lub spojrzenie. Wreszcie córka zniecierpliwiona rzekła:
— Pod marmurowym krucyfiksem w moim pokoiku w Albano, były schowane jego listy; lepiej było pozwolić mi zginąć od sztyletu ojca! Idź, matko, i zostaw mi złoto.
Signora Campireali chciała jeszcze coś mówić, mimo znaków jakie jej dawał wystraszony koniuszy. Helena zniecierpliwiła się.
— Zostaw mi bodaj godzinę swobody; zatrułaś mi życie, chcesz mi zatruć i śmierć.
— Będziemy jeszcze panami przekopu przez parę godzin; mam nadzieję, że się opamiętasz! wykrzyknęła signora Campireali, zalewając się łzami.
I zapuściła się w korytarz.
— Hugonie, zostań przy mnie, rzekła Helena do jednego z bravi, i bądź uzbrojony, mój chłopcze, będzie może trzeba mnie bronić. Chodź, pokaż mi swój puginał, swoją szpadę, sztylet!
Stary żołnierz pokazał jej broń w dobrym stanie.
— Dobrze! zostań tam w pobliżu mej celi; napiszę do Juljana długi list, który mu sam oddasz; nie chcę aby przechodził przez inne ręce niż twoje, bo nie mam czem zapieczętować. Możesz przeczytać to co zawiera list. Zabierz wszystko złoto, które mi zostawiła matka; potrzebuję tylko pięćdziesięciu cekinów; połóż je na łóżku.
To rzekłszy, Helena zaczęła pisać.
„Nie wątpię o tobie, drogi Juljanie; jeśli odchodzę, to dlatego, że umarłabym z boleści w twoich ramionach, widząc jakie byłoby moje szczęście, gdybym nie była popełniła błędu. Nie sądź, bym kochała kiedy jaką istotę po tobie; wręcz przeciwnie, serce moje było przejęte najżywszą wzgardą dla człowieka, którego dopuściłam do mej sypialni. Błąd mój wypłynął jedynie z nudy, i — można rzec — z rozpusty. Pomyśl, że umysł mój, mocno osłabiony od czasu daremnej podróży do Petrella, gdzie książę, którego czciłam ponieważ ty go kochałeś, przyjął mnie tak okrutnie; pomyśl, powtarzam, że umysł mój, wielce osłabiony, dławiono dwanaście lat kłamstwem. Wszystko, co mnie otaczało, było fałszem i kłamstwem, i ja wiedziałam o tem. Zrazu dostałam ze trzydzieści listów od ciebie; osądź z jakiem wzruszeniem otwierałam pierwsze! ale, w miarę jak je czytałam, serce moje ścinało się. Badałam pismo, poznawałam twoją rękę, ale nie twoje serce. Pomyśl, że to pierwsze kłamstwo podcięło istotę mego życia; tak iż otwierałam obojętnie list, pisany twą ręką! Ohydna bajka o twej śmierci do reszty zabiła we mnie wszystko co zostało jeszcze ze szczęśliwej młodości. Pierwszą mą myślą, wyobrażasz sobie, było jechać aby zobaczyć i dotknąć własnemi rękami wybrzeży Meksyku, gdzie rzekomo dzicy cię zgładzili; gdybym była poszła za tą myślą, byłabym teraz szczęśliwa; w Madrycie bowiem — mimo liczby i zręczności szpiegów, któremi czujna ręka mogłaby mnie otoczyć — byłabym trafiła do wszystkich dusz, w których zostało jeszcze nieco współczucia i dobroci, i wierzę iż byłabym dotarła do prawdy. Tak, mój Juljanie: już twoje wspaniałe czyny zwróciły na ciebie uwagę świata, i może ktoś w Madrycie wiedział, że ty jesteś Branciforte. Mamż powiedzieć, co zburzyło nasze szczęście? Najpierw pamięć okrutnego i upokarzającego przyjęcia w Petrella: ileż przeszkód trzebaby pokonać od Castro do Meksyku! Widzisz, dusza moja straciła już całą energję. Następnie wzięła we mnie górę próżność. Zabudowałam klasztor wielkiemi gmachami, aby obrócić na swoje mieszkanie pokoik przy furcie, gdzieś ty się schronił w noc walki. Jednego dnia, spoglądałam na ziemię, którą ty niegdyś dla mnie oblałeś krwią; usłyszałam wzgardliwe słowo, podniosłam oczy, ujrzałam wrogie twarze; aby się pomścić, zapragnęłam być ksienią. Matka, która wiedziała że ty żyjesz, dokonała heroicznych czynów, aby uzyskać tę dziką nominację. Godność ta była dla mnie jedynie źródłem nudy, do reszty spodliła mi duszę; często sprawiało ani przyjemność znaczyć swą władzę nieszczęściem drugich; popełniałam niesprawidliwości. Miałam trzydzieści lat, byłam — wedle świata — cnotliwa, bogata, poważana, a mimo to głęboko nieszczęśliwa. Wówczas zjawił się ten nieborak, sama poczciwość, ale i wcielone niezdarstwo. Nicość jego sprawiła, że zniosłam pierwsze jego nadskakiwania. Wszystko, co mnie otaczało od twego wyjazdu, tak udręczyło mą duszę, że nie miała siły oprzeć się najlżejszej pokusie. Mamż wyznać coś, co jest bardzo nieprzystojne? Ba, myślę, że umarłej wszystko wolno. Kiedy będziesz czytał te słowa, Tabaki zeżrą owe rzekome piękności, które powinny były istnieć tylko dla ciebie. Trzebaż wreszcie powiedzieć tę rzecz tak bardzo mi przykrą: otóż, nie widziałam, czemubym nie miała zakosztować grubej cielesnej miłości, jak wszystkie nasze rzymskie panie; byłam rozwiązła w myśli, ale nigdy nie mogłam się oddać temu człowiekowi bez zgrozy i wstrętu, które niweczyły całą przyjemność. Widziałam wciąż ciebie przy mym boku, w ogrodzie w Albano, kiedy Madonna podsunęła ci ową myśl, szlachetną napozór, ale która — wraz z moją matką — sprawiła nieszczęście naszego życia. Nie byłeś groźny, ale tkliwy i dobry, jak zawsze; patrzałeś na mnie; wówczas chwytała mnie wściekłość na tego człowieka, tak że biłam go ze wszystkich sił. Oto cała prawda, drogi Juljanie: nie chciałam umrzeć, nie wyznawszy ci jej; myślałam także, że ta rozmowa z tobą odbierze mi chęć do śmierci. Widzę z niej tem lepiej, jaką radością byłaby dla mnie ujrzeć cię, gdybym została godną ciebie. Nakazuję ci żyć i dalej iść drogą chwały wojennej, która sprawiła mi tyle radości, kiedym się dowiedziała o twoich tryumfach. Cóżby to było, wielki Boże! gdybym była dostała twoje listy, zwłaszcza po bitwie pod Achenne! Żyj, i wspominaj często Ranucego, poległego pod Ciampi, i Helenę, która, aby nie widzieć wyrzutu w twoich oczach, umarła w klasztorze św. Marty“.
Skończywszy pisać, Helena zbliżyła się do starego żołnierza, który tymczasem zasnął; wzięła pokryjomu puginał, poczem zbudziła go.
— Skończyłam, rzekła; lękam się, aby wrogowie nasi nie zawładnęli podkopem. Weź prędko mój list — leży na stole — i oddaj go sam Juljanowi, ty sam, rozumiesz? I jeszcze daj mu tę chustkę; powiedz mu, że go kocham w tej chwili tak jak zawsze go kochałam, zawsze, słyszysz!
Hugo stał w miejscu i nie odchodził.
— Idźże!
— Pani, czy pani dobrze się namyśliła? Pan Juljan tak panią kocha!
— I ja go kocham; weź list i oddaj mu go sam.
— A więc, niech panią Bóg błogosławi, tak jak pani jest dobra.
Hugo wyszedł i wrócił szybko; zastał Helenę martwą, z puginałem w sercu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Stendhal i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.