Księga Zaświata/Sztuka umierania

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bô Yin Râ
Tytuł Księga Zaświata
Wydawca Księgarnia Ludwika Fiszera
Data wydania 1923
Druk Zakłady Graficzne Grapowa i Mazurkiewicza
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. Das Buch vom Jenseits
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Sztuka umierania.

...Mniemasz zapewne, iż umierać nie jest sztuką, lecz przykrą koniecznością, którą się samą przez się umie. —
Podobnie sądzą niezliczeni i codzień niezliczeni opuszczają przez śmierć ciało ziemskie, nie ucząc się nigdy przedtem sztuki umierania.
Na wielu przychodzi śmierć niespodzianie, „jak złodziej w nocy“, innym jawi się jako przeraźliwy upiór, jeszcze innym jako ostateczny wybawca od cierpień, a inni znowu sami ją przywołują, albowiem oczekują od niej wyzwolenia z biedy i troski cielesnej i duchowej.
Rzadko jednak napotyka śmierć na kogoś, kto zna sztukę umierania — —
Aby poznać tę sztukę, musisz się od lat najwcześniejszych uczyć, czem jest śmierć, co znaczy „umierać”.
Podobnież musisz w pełni swych sił umrzeć na próbę“, iżbyś umiał umierać, gdy śmierć cię zaskoczy. — — —
Umierać nie jest tak łatwo, jak mniema wielu, alić nie jest też nazbyt trudno, kiedy się tego uczyło.
Każda sztuka wymaga ćwiczenia, i sztuki umierania nie można się bazeń nauczyć. Wszelakoż trzeba bowiem dnia pewnego popróbować, czy się to mnie już, czy nie. —
Większość ludzi lęka się śmierci, bowiem nie wiedzą dobrze, co się wówczas dzieje, a ci co twierdzą, że się nie lękają, podobni są dzieciom, wyruszającym w łódce na morze, nie znając jego niebezpieczeństw. —
Atoli ty masz być, jako sternik, co zna prądy i wichry i wie, jakie krainy czekają go po drugiej stronie morza.

„Śmiercią“ nazywa się utrata panowania nad ciałem ziemskiem i jego narządami zmysłowemi, jeśli owa utrata zachodzi na zawsze, bowiem ciało z przyczyn fizycznych nie jest już w stanie zachować siebie.
Podobne przejście ma miejsce zawsze, gdy kładziesz się do snu, lecz wówczas tracisz tylko chwilowo i w części tylko panowanie nad ciałem i zmysłami, podczas gdy przy śmierci odchodzi cię ono bezpowrotnie.
Widzisz, jak przyroda uczy cię właściwie codzień umierać. Możesz tego również doświadczyć przy omdleniu lub sztucznem wyparciu świadomości z ciała.
Ale doświadczasz przytem tylko pierwszej części owego przejścia, ponieważ twoje zmysły wewnętrzne powinny być do tyla rozbudzone, abyś „po tamtej stronie“ bytu powrócił do siebie i bez ciała ziemskiego odnalazł się przy życiu. —
Marzenia senne mogą ci dać pojęcie o tem życiu bez ciała fizycznego.
Jak w marzeniach sennych odnajdujesz siebie czynnym, myślącym, świadomym i czującym, jak i tam żyjesz w „ciele“, choć twoje ciało fizyczne spoczywa na swem łożu w ciężkim śnie, tak dzieje się, gdy po duchowej stronie świata przychodzisz do siebie bądź to chwilowo, bądź — jak przy śmierci — na zawsze.
Różnica polega tylko na tem, że we śnie spostrzegasz jeno mniej lub bardziej zwiewne obrazy swojej plastycznej wyobraźni, które przez tysiące psychicznych i fizycznych podniet zyskują pozór życia, podczas gdy obudziwszy się po duchowej stronie świata, tak samo porzucasz królestwo snów, jak gdy się budzisz w swem ciele fizycznem.
Wkraczasz wówczas w królestwo ducha, które nietrudno ci jest odróżnić od najżywszych i „najnaturalniejazych“ ze swoich snów, bowiem ty sam znajdujesz się wówczas w stanie, wobec którego najbardziej świadome życie za dnia w ciele ziemskiem zdaje się tylko wędrówką senną.
Widzisz, słyszysz i czujesz ten sam świat, co w stanie czuwania swego ciała fizycznego, ale widzisz go z innej strony.
Niedostrzegalne dla ciebie w ciele fizycznem ukształtowanie świata staje ci się nagle dostrzegalnem, a rzeczy dostrzegalne fizycznie są ci teraz pustem „powietrzem“. —
Jakkolwiek mało byłoby ludzi, co w ciele ziemskiem doświadczyli tego stanu, jest ich wszelako znacznie więcej, niż się przypuszcza, bowiem większość ludzi instynktownie trzyma w tajemnicy swoje przeżycia z tej dziedziny, bądź z obawy przed niewiarą innych, a co zatem idzie przed piętnem śmieszności, bądź w przekonaniu, iż obdarzeni zostali wyjątkową „łaską“.
Nie można wprawdzie w ten sposób wkraczać w wysokie sfery duchowe, ale zawsze jest to „tamten brzeg“, aczkolwiek ci, co tam wkroczyli, nie są w stanie dotrzeć do „wnętrza“ tej krainy, ani nawet wspiąć się na jej „wysokie góry“. —
Tam docierają jeno owi zgoła nieliczni, którym tu, po fizycznej stronie świata powierzone zostało prastare dziedzictwo tajemno-duchowego doświadczenia, ci, co zrodzili się wysokimi kapłanami, „mistrzami“ czynu tajemno-duchowego, oraz ich prawi następcy.
Ich wiedza będzie ci tu dana, a ten, kto ją daje, mówi z własnego doświadczenia, mówi jako słyszalny głos swoich ukrytych wysokich Braci...

∗             ∗

— Co dnia, co godzina widzimy tysiące ludzi, którzy na zawsze przekraczają „tamten brzeg“, a nie mamy możności dopomóc im, albowiem nie posiedli oni w swem życiu ziemskiem sztuki umierania i tak oto idą tam nieprzygotowani, jak rozbitkowie, wyrzuceni przez burzę na ląd. — —
Bezradni błądzą w nowej formie bytu, nie mając możności uchwycenia dłoni pomocnych, co się im naprzeciw wysuwają. Jak nowonarodzone dzieci, nie wiedzą, czy to, co ich spotyka, niesie niebezpieczeństwo, czy pomoc. — —
Tak oto błądzą nadal, ciągle w pobliżu brzegu morza, które wiąże jeszcze ich uczucia z opuszczoną drugą stroną bytu, aż przyciągnięci magnetycznie, odkrywają jedną z owych małych krain nadbrzeżnych, z owych niższych dziedzin wszechświata duchowego, która odpowiada ich pojęciom i ich tęsknocie, a wówczas mniemają, iż odnaleźli swe „niebo“, tem bardziej, że ci, których tam spotykają, wierzą w to samo.
Kiedy tam raz popadli, na długi czas podlegają swemu losowi i niezwykle trudno jest nam tak zbłąkanego wyciągnąć z jego instynktownie wybranej żałosnej błogości. —
Że jednak chcemy nauczać unikania manowców i że odwieczna miłość każe nam tak czynić, tedy uczyć was będziemy sztuki należytego umierania.

Istota sztuki tej polega na tem, że się w każdej chwili, — wśród planów przyszłości i gorączkowej pracy, w kwitnącem zdrowiu i świeżości sił, — jest gotowym w radosnem weselu przekroczyć „drugi brzeg“ bytu na zawsze i bez możności powrotu. — —
To, czego wymagamy, jest to stan duszy zgoła niełatwy do osiągnięcia, lecz jest on bezwarunkowo nieodzownym.
Kogo sprawy życia ziemskiego tak wiążą, że nie może się ich wyzbyć, ten z trudnością nauczy się sztuki należytego umierania. —
Atoli żyć należycie i radośnie umie ten tylko, kto potrafi stworzyć w sobie z własnej woli stan gotowości do śmierci co dnia i co godzina, wolny od obaw i wolny od wszelakiego smutku. — —
Wie on, iż nic z tego, co tu zostawia, — choćby to byli najukochańsi ludzie, istoty najbardziej łaknące opieki, — nie może być z nim rozłączone, jeśli sam nie sprowadził rozłąki. —
Wie on, iż pozostanie tutaj, w tem samem „miejscu“, bliżej jeszcze tych ludzi, niż kiedykolwiek za życia, i, aczkolwiek nie „wszechobecny“, jednakże znacznie bardziej zdolny im pomagać, niżby to było możliwem w ciele fizycznem. — —
Kto w ten sposób praktykuje sztukę umierania, niechaj wie, iż łatwo będzie mu umierać, nawet gdyby go śmierć zaskoczyć miała zgoła niespodzianie. —

∗             ∗
Że przejście fizyczne przy śmierci jest w swych okolicznościach tylko dla widza bolesne, sam zaś umierający wcale przy tem nie cierpi, a czuje jedynie ból wskutek swej ewentualnej choroby, dopóki jeszcze nie umarł, o tem wie każdy, kto na to przejście fizyczne umiejętnie zwrócił uwagę.

Nie należy to właściwie do dziedziny spraw tajemno-duchowych.
Musimy tu tylko omówić stan świadomości.
— Choćby umierający był do ostatniego tchnienia zupełnie przytomny, jednakże w chwili śmierci opada go rodzaj drzemki, z której budzi się wówczas dopiero, gdy zewnętrzna „śmierć“ już się dokonała.
W chwili tego przebudzenia, które następuje w kilka sekund, minut po zewnętrznie stwierdzonym „zgonie“, znajduje się on już w swem ciele duchowem po duchowej stronie świata, t. j. odmienił on zdolność dostrzegania uwarunkowaną zmysłami fizycznemi na nowy, dotąd w rzadkich tylko wypadkach znany mu rodzaj dostrzegania. —
Daleki jest jednak od tego, aby się uważać za „umarłego“, bowiem czuje się samoświadomym, obdarzonym wolą i zdolnością dostrzegania. — — —
Nie czuje się w żadnym razie „bezpostaciowym“, albowiem jego ciało fizyczne było tylko mniej lub więcej podobnym obrazem ciała duchowego, stworzonego nieświadomie przez siły jego woli. —
Tak zaś jak ból ustaje, gdy tylko cierpiący członek ciała zostaje sztucznemi środkami znieczulony, tak i cierpienia fizyczne, które może umierający odczuwać na krótko jeszcze przed śmiercią, znikają całkowicie w chwili przebudzenia w duchu.
Istnieje jeszcze natomiast pewne połączenie przez rodzaj sił „magnetycznych“, elektrycznych, czy „astralnych“ t. j. fluidycznych, i dzięki niemu odczuwa przebudzony w zaświecie na sposób duchowy wiele z otoczenia swego ciała, co właściwie należy do sfery świata fizycznego, opuszczonego oto przezeń.
Odczuwa w ten sposób promieniowanie „magnetyczne“ otaczających ciało jego osób, odczuwa „wartość uczuciową“ ich poruszeń, wartość uczuciową ich słów, i podobnie ślepcowi ma jednak dokładną świadomość przestrzeni zewnętrznej.
Wszystkie te stosunki ze światem zmysłów trwają jeszcze dość długi czas, choć „trup“ już zdawna ostygnął, wreszcie jednak znikają całkowicie.
Nie znika jeno świadomość istnienia oraz jasne widzenie i poznawanie ludzi w ich duchowych kształtach, które, pomijając różnice w stopniu udoskonalenia, odpowiadają kształtom ziemskim.
Osobników mało rozwiniętych duchowo przeraża nowy stan tak bardzo, iż nie spostrzegają, że nie znajdują się już w ciele fizycznem, uważają się za „ozdrowionych“ poprostu i pojąć nie mogą, czemu ich najbliżsi rozpaczają po nich.
Częstokroć usiłują wówczas z całych sił przekonać opłakujących ich, że istnieją jeszcze, ale usiłowania ich są w podnieceniu boleści niedostrzegane, aż wreszcie zwątpiali odwracają się od tej szalonej głupoty i wówczas dopiero dostrzegają, że nie są już uwięzieni w ciele fizycznem.
Wtedy to poczynają się niby „uczyć patrzeć“, a „oczy“ ich otwierają się stopniowo na nowy świat (zawarty w starym), który ich otacza.
Tu oto zaczyna się dla tych, co nie znali wprzódy sztuki umierania, błądzenie.
Są wprawdzie zaraz w pobliżu skorzy pomocnicy, lecz nie są jako tacy uznawani, a opętany przez swe fizyczno-ziemskie idee zmarły odpycha ich od siebie, tak że nie mogą mu pomagać. — —
Kto zupełnie był uwięziony w ziemskości, lub troski swe kierował jedynie na sprawy ludzi ziemskich, do których nie może już fizycznie wrócić, tego opanuje na myśl o niemożliwości powrotu bolesne zwątpienie, które może być wtedy jedynie opanowane, gdy będzie on zupełnie zdolny do rozpoznania swych nowych możliwości działania wobec świata ziemskiego, które są teraz jedynie duchowego rodzaju.
Ci jednak, co w życiu fizycznem zrośli się z jakąś ideą, z jakiemś specjalnem dążeniem i związanemi z niem wyobrażeniami, tracą natychmiast prawie całe zainteresowanie się opuszczonym światem fizycznym i albo usiłują zdobyć jeszcze jedną możliwość uskutecznienia swej idei, albo szukają przekazanego sobie wedle ich wiary królestwa „błogości“, i dziwią się jeno, że go zrazu nie znajdują.
I ci i owi znajdą wreszcie spełnienie swych pragnień, wkraczając nakoniec w jedno z niższych królestw duchowych, którego nieświadomymi współtwórcami byli już na ziemi.
To przejście nie jest w żadnym razie zmianą miejsca, bowiem wszystkie światy duchowe, — a jest ich niezliczenie wiele, — aż do najwyższego i najczystszego świata ducha znajdują się w jednem miejscu, przenikając się wzajem. — — —
Aby z jednego świata duchowego wkroczyć w drugi, potrzeba tylko innego nastawienia, które czyni świadomość na pewne zjawiska jakoby „ślepą“, na inne zaś widzącą. — —
Ale tego ozy innego „nastawienia“ nie może w sobie własnowolnie wywołać nikt, prócz mistrzów najwyższego królestwa duchowego i ich pełnomocników, ich wybranych uczniów.
Kto zaś nie należy wprawdzie do nich, ale na ziemi, póki świadomość jego była jasna i zdolna do przyjmowania wrażeń, zżył się wewnętrznie z oczekującym go po „śmierci“ stanem, jak my mu go obwieszczamy, zarazem przeżywając go zawczasu w wyobraźni, ten wnet po obudzeniu się w duchu spostrzeże wyciągające się doń pomocne ręce i znajdzie w sobie wolę do pochwycenia ich. Tego jedynie spodziewał się on w życiu po tamtej stronie fizycznego świata zjawisk.
Jemu możemy dopomóc.
Pojął on istotę sztuki umierania, a zaufanie jego nie będzie zawiedzione.
Powiedziemy go — mimo różnorakich królestw nadbrzeżnych, które przez siły woli stworzyło sobie marzycielstwo i obłęd ziemski, — wprost do „wnętrza“ krainy, gdzie oczekiwać go będzie miłujące, wysokie nauczanie, które powiedzie go naprzód, iżby wreszcie kiedyś, po czasie zależnym od stopnia duchowości, osiągniętego przezeń na ziemi, i określonym siłą rozjaśnienia jego woli, stał się zdolnym wkroczyć do naszego najwyższego królestwa ducha, do świata błogiego, absolutnego Dokonania. — — —
— Widzisz, że „śmierć“ zachodzi nawet mimo twej woli, a co cię „po tamtej stronie“ oczekuje, stanie się, choćbyś w nijakizaświat“ nie wierzył, ale widzisz też, jaka moc właściwa jest twej woli i że zdolen jesteś przez przygotowanie się tutaj, na fizycznie dostrzegalnej ziemi, określić istotnie swój dalszy los. — —
Wymagane jest jednak od ciebie bezwarunkowo życie po ludzku wolne od zarzutów, rozjaśniane przez wysokie prawo, miłości do wszystkich twych współstworzeń, bowiem istnieją po tamtej stronie świata również krainy męki i zwątpienia, trawiącego żalu i pożądania samozniszczenia (bez spełnienia pożądania tego), a przez te krainy muszą niechybnie przejść ci wszyscy, którzy tu nie uszanowali prawa miłości do siebie samych i swoich współstworzeń. — — —
Do nich należy też w pierwszym rzędzie wielu tych, co się tutaj targnęli na swe życie, aby się umknąć tchórzliwie zadaniom swym w świecie fizycznym, aczkolwiek niewzruszone wieczne prawo i w tych wypadkach często sąd nierównie łagodniejszy wydaje, niźli wyrok większości ludzi na ziemi. —
Częstokroć jest samobójstwo cielesne rodzajem „choroby duchowej“, a ludzie, co tak oto z własnej ręki zmarli, w mniejszym stopniu ponoszą skutki obranej przez siebie śmierci, niżeli skutki myślenia i działania, które ich do tego przywiodło.
Najczęściej podlegają oni po pewnym czasie ponownemu wcieleniu na ziemi, i jest to jeden z nielicznych wypadków, gdy możliwa jest tak zwana „reinkarnacja“. — — —
Nie sądź jednak mimo to, jakobyś musiał wieść na ziemi bojaźliwe, wiecznie zatroskane o „zbawienie duszy“ życie „świętego“.
Zawiodłoby cię to z pewnością do jednej z owych złudnych krain nadbrzeżnych, które szaleństwo ludzkie stworzyło nieświadomie.
Życie w wiernem spełnianiu obowiązków, pełne miłości do wszystkiego, co żyje, pełne dążenia do wszelkiego piękna i dobra, do ładu w zbiorowisku twych pragnień i do uszlachetniania przyjaciół, życiu pełne radosnej wiary w spełnienie twych najwyższych i najrozgłośniejszych tęsknot, będzie dla ciebie tutaj najlepszem życiem, szczególnie, jeśli zarazem pragniesz nauczyć się tego, co nazwałem tu „sztuką umierania“. — — —
Jest jeszcze droga daleko godniejsza, o której mówiłem w innem miejscu.
Na tej drodze może człowiek osiągnąć to, iż „g“ jego w nim się „narodzi“. —
Nie dla wszystkich jest ona dostępna, bowiem wielu ludziom brak do tego siły i wytrwałości.
Ale i tym, co na tę wyższą drogę wkraczają, nie inne jest potrzebne życie tu na ziemi, jeno to, które-m dopiero co opisał...
Żałosne „świętoszkostwo“ zarówno jest godne pogardy, jak puste gesty „zaprzeczenia świata“.
Wszystko, co jest po fizycznie dostrzegalnej stronie świata pomyślane, odczute i uczynione, ma swój nieustanny wpływ na tamten świat, a dzieła, które człowiek tu tworzy, pozostają przy nim na długo po śmierci, chociażby tu służyły wyłącznie potrzebom fizycznym. — — —
Zakładając możliwość odpowiedzialności moralnej, nie idzie o to, co czynisz, lecz jak czynisz. — — —
Najniższa praca na ziemi może ci przysporzyć nieprzerwanych sił do dalszego życia po duchowej stronie świata, jeśli jej dokonujesz w najtroskliwszem spełnianiu obowiązku, radośnie i wedle wszystkich sił swoich, jak gdyby istnienie wszechświata od tego tylko zależało.
Przed sobą samym jesteś odpowiedzialny; we wszystkiem, co myślisz lub czynisz, we wszystkich swoich poczynaniach po tej stronie świata jesteś li nieświadomym twórcą swego losu. — —
To, co nazywasz „tu na ziemi“ swoim „losem“, jest tylko śmiesznie małym wycinkiem bezmiernie wielkiej całości, a gdy się tu ze swoim losem zmagasz w sposób może bardzo rozsądny i z ludzkiego punktu widzenia usprawiedliwiony, podobien jesteś dziecku. które chce otrzymać coś, co mu później, gdy dorośnie, jest w bogatej pełni przeznaczone, a coby mu dziś może jeno szkodę przyniosło. —
Dopiero osiągnąwszy wysoki stopień świata duchowego, będziesz mógł kiedyś zrozumieć swój los i wówczas uśmiechać się będziesz na myśl o swych poprzednich sądach. — —
Zobaczysz wówczas, iż najlepsze twe zasady rozumowe, co zwiodły cię do tych sądów, były takoż głupotą, albowiem chciałeś mierzyć piękno kwiatu, słodką wspaniałość owocu wedle mnogich włókien korzonków, zapomocą których roślina umocowana jest w ciemnej ziemi. — — —
Ten tylko, kto się uwolni od ciasnych wyobrażeń, powstałych z ograniczonego pola widzenia jego fizyczo-zmysłowego poznania, pojmie w przeczuciu odrobinę tego, co go czeka.
— Nie jest to pustym frazesem, gdy ongiś pewien Wiedzący w jednej z chwil swego podniesienia rzekł: „Oko tego nie widziało, ucho tego nie słyszało, co Bóg zgotował dla tych, którzy go miłują“. —
Atoli „miłować Boga“ znaczy to: — miłować tak wszelkie utrapienie i wszelki ból ziemi, jak gdyby tak się właśnie wszystkiego pragnęło, jak się w naszem życiu dzieje. — — —
„Miłować Boga“ znaczy to: — miłować ziemię i wszystko, co żyje na niej, takie jakiem ono jest, choćby było zgoła przeciwne pragnieniom naszym. — — —
„Miłować Boga“ znaczy to: — miłować siebie samego i gwoli miłości samego siebie brać na się radośnie wszelkie brzemię, które dane jest nam do dźwigania na długiej i uciążliwej drodze, wiodącej wreszcie po długotrwałem błądzeniu do nas samych w Bogu. — — —

∗             ∗

Po tem wszystkiem będziesz też wiedział, jak czcić „zmarłych“, tych, co wprawdzie jak przódy istnieją i potem, jeno umknięci chwilowo twojej zdolności dostrzegania. — —
Będziesz oto wiedział, jak możesz im nadal pomagać i jak ty sam, jeśli potrzebować będziesz pomocy, otrzymasz ją od nich. —
Nie jest to zaiste właściwa droga do porozumiewania się z tymi, co zmarli dla ziemi, zakładać „kółka spirytystyczne“. Przyjmując nawet uczciwość uczestników i niemożliwość jakiegokolwiek, choćby nieświadomego oszustwa, macie przecież jednakże za mało wiedzy o siłach, które się w ten sposób ujawniają, i nie jesteście nigdy w stanie rozpoznać niemylnie istotnych sprawców zjawisk. Zjawiska te nie są też bynajmniej objawami sił „zaświata“, ale pochodzą z nieznanej jeszcze dziedziny świata fizycznego. — Jest wprawdzie możliwe, iż niektórzy przebudzeni w duchu, więc „zaświatowi“, posługują się istotnie temi siłami odnośnie do pomocy istotom, żyjącym w owej nieznanej dziedzinie, a nadto zazwyczaj usuniętym z zakresu ich zdolności dostrzegania, — ale niebezpieczeństwo omyłki do tyla przewyższa możliwość prawdziwego porozumiewania się, iż nie można dość dobitnie ostrzegać przed wkraczaniem na tę drogę. —
Ten, kto was tu ostrzega, zna wszystkie możliwe w dziedzinie spirytyzmu zjawiska z własnego, pewnego doświadczenia i zna także ów niewidzialny fizyczny świat pośredni, jego moce i jego niewidzialnych mieszkańców, którymi umie się posługiwać, gdy tego żądają okoliczności, tak jak się posługuje wierzchowcem lub wyżłem. Jemu służą te siły, gdy tego żąda, i nie ma on potrzeby urządzać „seansów spirytystycznych“, albowiem może, gdy tego wymaga zadanie jego, wkraczać w ten świat zupełnie tak, jak może zupełnie świadomie wkraczać w czysto duchowe światy.
Jużci przyjemnie nie jest mieć z temi stworzeniami do czynienia, i nikt z tych, co się tego dobrowolnie podejmują, nie czyni tego bez konieczności i bez pewnego wstrętu. — —
Z temi to istotami i ich siłami psychicznemi wstępujecie jednakże czasami w związek i wysysają one was jak pijawki, gdy podczas seansów spirytystycznych mniemacie, iż rozmawiacie ze „swymi ukochanymi zmarłymi“. Jeśli to naturalnie nie wasze własne, wam samym nieświadome siły, które należą do tej samej nieznanej fizycznej dziedziny, gdzie żyją opisane stwory, powodują wyłącznie wszystkie zjawiska, a wy w ten sposób gracie w istocie sami komedję duchów. — — —
Prawdziwe porozumienie się, jedyne pewne porozumienie się ze zmarłymi odbywa się tylko we wnętrzu, w „duszy“, i jest natury czysto duchowej. Wasze własne ciało duchowe jest dla was narzędziem poznawania. —
Każda wasza myśl, każde przenikające was uczucie jest przejmowane po tamtej stronie, jak tu słowo wypowiedziane, i takoż przejmujecie wy, jeśli znajdujecie się w spokoju i w stanie dostatecznie dobrego odczuwania, oznajmienia tych, co żyją po duchowej stronie świata, jako ciche myśli i wnikające w was z zewnątrz uczucia, które przy pewnej wprawie łatwo można odróżnić od własnych myśli i uczuć. — —
Ale pomijając to, co może się stać dla was świadome, zachodzi ciągłe nieświadome działanie influencyjne i częstokroć jesteście w znacznie prawdziwszym sensie „medjum“ zmarłego, niźli wszystkie medja kółek spirytystycznych. — — —
Gdybyście byli przyzwyczajeni dokładniej obserwować swe życie, spostrzeglibyście nieraz, iż bez jakiegokolwiek świadomego względu działacie nagle po myśli ukochanego „zmarłego“, i podobnie dałoby wam wiele do myślenia, iż często ze strony ludzi obcych zachodzi coś, co możnaby uważać właśnie za spełnienie jakiegoś pragnienia, które nosił w sobie zmarły za czasów swego życia fizycznego. —
Jużci jest to wszystko mniej efektowne, niźli tańczący czy latający stół, lub zgoła „zmaterjalizowana“ postać, w której się pod czarem hipnotyzmu z całą pewnością rozpoznaje i słyszy zmarłego, aczkolwiek to, co stoi przed wami i wyciąga dłoń do was, nie jest niczem więcej, jeno rodzajem astralnej „figury z panoptikum“, która pożyczyła sobie od zmarłego rysów twarzy i przez którą przemawia jeden z owych stworów, od których odwrócilibyście się z odrazą, gdybyście je nagle cielesnemi oczyma ujrzeli, stojące obok siebie w ich właściwej postaci. — — —
To wszystko wyda się niedorzecznością ludziom, co nigdy nie przeżyli prawdziwego zjawiska spirytystycznego, ale to nie szkodzi, iż spirytyzm posiada miljony tajemnych zwolenników, stworzył ogromną literaturę i coraz nowych nawróconych ściąga w swe zaczarowane koło, tak iż ostrzeżenie moje dla wielu winno być na miejscu...

— Cały wszechświat fizyczny i duchowy jest jednolitą Całością.
Jego istotna rzeczywistość dla niewielu tylko jest odsłonięta.
Prawie wszystkie żyjące w nim istoty widzą jeno części rzeczywistości i to w nieświadomie stworzonem przez siebie przekształceniu. Po fizycznej i po duchowej stronie świata istnieją najrozmaitsze sposoby widzenia, a wszystko tak widziane rości sobie pretensję do „rzeczywistości“.
Życie po „śmierci“ ciała fizycznego jest tylko odmianą sposobu widzenia. Tę samą rzeczywistość widzi się i odczuwa, lecz w czysto duchowy sposób, z nastaniem którego znika dostrzeganie zmysłów fizycznych. —
Życie pozostaje jednak we wszystkich regjonach dostrzegalne zmysłowo, chociażby „zmysły“ były zgoła rozmaite. — —
„Śmierć“ jest tylko przymusem do świadomego używania swoich dotąd nieświadomych zmysłów. — — — — — — — — — — — — — —
— — Kto umie już w życiu fizycznem używać swych zmysłów duchowych, ten widzi rozmaite światy jakgdyby pomieszane ze sobą i często trudno mu jest odróżnić, co należy do fizycznego świata zmysłów, a co do duchowego. — Tylko bardzo nieliczni, którym się odsłoniła i „rzecz sama w sobie“, „królestwo przyczyn“, odczuwają wnet jedyną, ostateczną rzeczywistość, która „działa“ zarówno w duchowym jak i w fizyczno-zmysłowym świecie, która jest praprzyczyną wszelkiego życia, bez względu na to, czy jest ono przeżywane w duchowy czy fizyczny sposób. —
Człowiek zaś jest to:
Życie zdolne samo siebie świadomie przeżywać. — — — — — — — — — — — — — — — —

∗             ∗



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Anton Schneiderfranken i tłumacza: Marceli Tarnowski.