Księga Ruth (tłum. Faleński, 1921)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Księga Ruth
Pochodzenie Dywan wschodni, dział Izrael
Redaktor Antoni Lange
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1921
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Felicyan Faleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały dział Izrael
Pobierz jako: Pobierz Cały dział Izrael jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały dział Izrael jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały dział Izrael jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KSIĘGA RUTH.
ROZDZIAŁ I.

Za czasów onych, gdy przełożonemi
Byli sędziowie, cierpiąc głód w swej ziemi,
Niektóry człowiek z Bethleemu Judy
Szedł, by przechodniem był pomiędzy ludy,
Co Moabitskiej władcę są krainy.
A tedy z żoną szedł i dwoma syny.
On Elimelech zwał się, jego żona
Noemi. A zaś synów są imiona:
Mahalon, Chelion — wszyscy ci z Ephraty
Rodem; a kiedy przygnębiony laty,
Zmarł Elimelech, to została doma
Samotna żona wraz z synami dwoma
A ci, acz różne rodem i plemiony,
Z Moabitanek wzięli sobie żony.
Z tych jedna Orpha, druga Ruth się zwała,
I tam zmieszkali dziesięć lat bez mała.
Zaś gdy też zmarli, owa zasmucona
Bez synów matka i bez męża żona,
Słysząc, iż głód już w ziemi jej ustawa,
Tam wrócić chciała swem sieroctwem łzawa,
By snadź w ojczyźnie złożyć mogła głowę.
I szły z nią w drogę owe dwie synowe.
Szła tedy z miejsca swej gościny z niemi.
Alić wśród drogi rzecze im Noemi:
— Wróćcie się w matek waszych dom i braci,
I niech wam Pan Bóg miłosierdziem płaci
Takiem, jakieście, z całej serca siły
Mężom i matce onych uczyniły.
I niech was w troskach waszych uspokoi
Mężami, których da wam z Ręki Swojej! —
I całowała je — a te z płakaniem

Odpowiedziały: — Z tobą my zostaniem,
I między lud twój pójdziem. — A Noemi,
Rzekła; — Ostańcie, córki! między swemi.
Zaź mam ja syny ze mnie urodzone,
Coby z was każdą mogli wziąć za żonę?
Ani mnie starej męża mieć niebodze,
Bo do małżeństwa już się ja nie godzę!
A choćbym nawet mogła tej godziny
Począć w żywocie i porodzić syny,
Gdybyście chciały czekać, aż podrosną,
By wam mężami mogli być, w żałosną
Starość wam spłyną młodych lat rozkosze;
A przeto, córki! zaniechajcie, proszę.
Gdyż dola wasza tem mię słuszniej nęka,
Iż jest nademną ciężka Boska Ręka. —
Więc się spłakały. A zaś Orpha potem,
Ucałowawszy świekrę, szła z powrotem
Pomiędzy swoich. Ale Ruth została.
A tej Noemi mówi posmutniała:
— Patrz. Oto twoja wraca się bratowa.
Idź znią. — A ta jej rzecze takie słowa:
Nie żądaj, bym cię opuściła. Bowiem
Gdziebądź się zwrócić zechcesz, to ci powiem:
Z tobą ja będę; gdziebądź zamieszkanie
Obierzesz sobie — z tobą Ruth zostanie.
W szczęściu, w nieszczęściu niech przy sobie stoim.
Niech lud twój moim, Bóg twój będzie moim!
Na której ziemi umrzesz, ja przy tobie
Chcę umrzeć, a też w jednym spocząć grobie.
Bóg niech w dwa wspólne złączy nas ogniwa —
Bo chcę przy tobie zostać, pókim żywa! —
Tedy Noemi widząc: iż więc zgoła
Aby z nią nie szła, skłonić jej nie zdoła,
Nie przeciwiła się jej więcej ano
Szły razem w drogę ową pożądaną.
A gdy stanęła w Bethleem, na mieście
Gadania o niej wszczęły się niewieście:
— Patrzcie! Toć ta jest, którą więc Noemi
Zwano! — A ona rzekła słowy temi:
— Już nie „Noemi“ zowcie mię (co znaczy

Piękna) — lecz „Mara“ (gorzką) zwiejcie raczej.
Bowiem, Pan z nieba, we wszechmocy Swojej,
Gorzkością żółci serce moje poi.
Ztąd wyszłam pełna — wracam wypróżnioną.
Przecz więc „Noemi“ ma być tej mówiono,
Którą utrapił Pan, i nieskończenie
Udręczył, w smutne pchnąwszy poniżenie? —
A zaś, gdy obcą opuściwszy ziemię,
Wróciła, iżby zostać w Bethleemie
Ze swą niewiastką z ludu Moab wziętą,
Pora to była gdy tam jęczmień żęto. —


ROZDZIAŁ II.

A był tam krewnym Elimelechowi
Booz, człek możny, jak są męże owi,
Których znaczenie na dostatkach stoi.
Aż raz tak rzecze Ruth ku świekrze swojej:
— Każ mi, a pójdę w pole zbierać kłosy,
Któreby uszły sierpa albo kosy,
Gdziekolwiek najdę, jak się tedy zdarza,
U łagodnego łaskę gospodarza. —
A ta jej rzekła: — Idź tam, dziecię moje. —
Więc szła, by zbierać w skwarne letnie znoje
Gdziebądź przez żeńców kłos był zaniedbany.
A to zaś były Boozowe łany.
Wtem sam on z domu nadszedł w owej porze,
I rzekł ku żeńcom: — Szczęść wam, Panie Boże! —
A oni na to: — Z tobą bądź obfita
Łaska od Pana! — A zaś on się pyta
Tego, co stróżem onej był gawiedzi:
— Kto zacz ta dziewka, co tam kłosów śledzi?
Na to ów młodzian: — To ta, co z Noemi
Przyszła tu, będąc z Moabitskiej ziemi.
Prosiła, iżby mogła w trop żniwiarzy
Iść i pokłosie zbierać gdzie się zdarzy.
A tu, z pilnością pracy tej oddana,
Trwa już bez przerwy od wczesnego rana. —
I rzekł jej Booz: — Słuchaj, moje dziecię!

Już nie idź, proszę, między inne kmiecie,
Jedno tu u mnie zbieraj twój przysiewek.
Przeto się przyłącz, i idź w ślad mych dziewek,
Bo przykazałem: by ci w tem parobcy
Nie byli krzywi, jak przybłędni obcej.
A gdy pić zechcesz, nie bacz na niczyją
Część, lecz pij z łagwi, z której oni piją. —
A Ruth ku ziemi czyniąc mu kłanianie,
Mówiła: — Zkądźe, w oczach twoich, panie
Łaskę nalazła jak ja sługa licha?
Bo mię tu wszyscy zwą cudzo — ziemczycha,
A on jej na to: — Rzecz mi jest wiadoma:
Jakaś ty była świekrze twojej doma,
Gdyś postradała męża. A gdy ona
Szła ztamtąd, z nią ty, z twej rodziny łona,
I z ziemi własnej, przyszłaś w naród, który
Był tobie obcy. Przeto niech ci z góry
Izraelowy Bóg stokrotnie płaci:
Iż ty, twych własnych zaniedbywasz braci,
Pod Jego skrzydły tulisz się niebogo!
A ta mu rzekła: O! jak dziwnie błogą
Pociechę wlewasz w serce tej, co zgoła
Ledwie ostatnią z twoich sług być zdoła! —
Zaś on: Gdy przyjdzie pora jeść, ty zasię
Przyjdź i chleb wziąwszy, maczaj skibkę w kwasie.
A tak, przy żeńcach, gdy, jak życzył, siadła,
Wraz jej tam dano do sytości jadła,
Tak, że z onego mogła wziąć ostatki,
Gdy w dom powróci, dla mężowej matki.
Poczem ku kłosom znów spieszyła rada.
A tu do swoich Booz tak powiada:
— Jeśliby nawet sierpem tu na błoni
Żąć chciała, niech jej żaden z was nie broni.
Owszem, umyślnie nawet wśród zagona
Chybiajcie kłosów, by je snadź schylona
Brać sobie mogła bez wstydzenia twarzy,
I niech jej łajać nikt się ani waży.
A tak zbieżała aż po nockę czarną.
A gdy kopystką wymłóciła ziarno,
To było tego dobre aż trzy miary.

Z tam więc przybyła do swej świekry starej.
A k’temu jeszcze dała jej i jadła,
Które od swego dla niej tam odkładła.
Rzekła jej świekra: — gdzieś to proszę była?
Niech Pan zlać raczy błogosławieństw siła
Na tego, który takie miał człowiecze
Serce nad biedną! Na to Ruth odrzecze:
— Pole to było posiadacza ziemi,
Jen zwie się Booz. Na to jej Noemi.
— Pan mu Wszechmocny nieba niech przychyli,
Iż łaskę, którą świadczył tym co żyli,
Dziś oto świadczy matce ich i wdowie!
Krewny to — skoro Booz on się zowie.
A Ruth jej rzecze: To też on mi każę,
Tak długo chodzić między swe żniwiarze,
Ażeby tam całkiem niwa zżęta była.
Rrzekła Noemi: Tedy, córko miła!
Chodź raczej owdzie, gdzie ci są życzliwi,
Niż gdzie mniej chętny człek ci się sprzeciwi.
A tak, Ruth, niby Boozową sługą
Stawszy się, z żeńcy jego tak więc długo
Żęła, aż jęczmień i pszenica cała
Już wreszcie w gumnach swe schronienie miała.


ROZDZIAŁ III.

Gdy zaś wróciła do swej świekry, ona
Rzekła jej: — Córko! teraz się dokona
Odpoczynienie duszy twej i ciała —
Bo ja opatrzę, byś się dobrze miała.
Ten Booz, który doli twej uciski
W swe serce przyjął — nasz to krewny blizki,
Wiedz: iż u niego, skoro noc nastanie,
Jęczmienia będzie w bojowisku wianie.
Tedy się wykąp, i wylawszy wonie
Na szat twych strojność, idź na ono błonie,
I niech cię oko nie ogląda czyje,
Aż się on człowiek naje i napije.
A gdy spać pójdzie, bacz, byś jak najskorzej

Podeszła w miejsce gdzie się on ułoży,
I tam legnąwszy, podnieś kraj opończy,
Kędy się ona u nóg jego kończy,
I trwaj, aż on ci powie w tej godzinie,
Co więc masz zdziałać. — Rzekła Ruth: — Uczynię
Jako mi każesz. — A tak z jej namowy,
Przybrawszy postać swoją w strój godowy,
Poszła gdzie jęczmień wiano o tej dobie,
A gdy już Booz podweseli sobie,
Szedł spać u sterty zdała od wiejadła,
A tu się chyłkiem Ruth ku niemu skradła,
I uchyliwszy płaszcz z nad nóg człowieka,
Legła tam cicho i cierpliwie czeka.
Wtem on z północka budzi się, i nieco
Trwożny, osobę widząc tam kobiecą,
Pyta jej: — Ktoś jest? — Więc na to pytanie
Rzekła: Jam Ruth jest — sługa twoja panie!
Przyjmij mię, proszę, pod płaszcz twojej szaty —
Boś męża mego ty powinowaty! —
A on: — O córko! Jakżeś jest od Pana
Błogosławieństwy Jego ukochana!
Bowiem, twej nowej ofiarności siła,
Twe miłosierdzia dawne przewyższyła —
Gdy nie młodzieńcza ciągnie ciebie mrzonka,
Lecz snadż chcesz męża pojąć za małżonka!
A też się nie bój, bo ja twe żądanie
Koniecznie spełnię! Przecięż tu sielanie
Wiedzą, i wszystka ludność tego miasta,
Ześ ty jest zacnych pełna cnót niewiasta.
Więc nie odmawiam, czego chcecie obie —
Lecz jest tu krewny wiele bliższy tobie.
Śpij tedy, proszę- A gdy będzie rano,
Jeśli się jemu staniesz pożądaną,
Dobrze. Lecz jeśli nie chce lub nie może,
Ja ciebie przyjmę, tak mi pomóż Boże!
A teraz uśnij. — Więc, za temi słowy,
Spała u jego nóg po brzask wschodowy.
A potem wstała, zanim drugich ludzi
Z nocnego spania, dzienny blask pobudzi.
Bo jej rzekł Booz: — Strzeż się, by cię rano,

Żeś noc przebyła przy mnie, nie widziano. —
A na odchodnem: — Twego płaszcza zwoje
Rozciągnij proszę, i weź w rąk twych dwoje.
A gdy zdziałała jak jej zalecono,
On jęczmiennego ziarna w szatę oną
Wsypał sześć korcy średniej miary kmiecej,
I pomógł, iżby wzięła to na plecy.
A gdy, w przedświtu cieniach z tem ukryta,
Do domu przyszła, świekra jej się pyta:
— Cóż córko? Czyś mu nie dość była miłą? —
A ta jej rzekła wszystko tak, jak było.
— I patrz — powiada — jak wybrane zboże
Dał mi tu przynieść, mówiąc: — Być nie może,
Abyś musiała wracać w dom z próżnemi
Rękoma! — Tedy rzekła jej Noemi:
— Więcże, czekajmy. Bowiem najzupełniej
Wierzę: — iż człek ten to, co przyrzekł, spełni.


ROZDZIAŁ IV.

A tedy Booz siadł u miejskiej bramy.
W tem, napatrzywszy, iż tam szedł ten samy
Powinowaty, co go wprzód nazowie
Bliższym od siebie Moabitskiej wdowie:
— Zajdź, proszę — mówi, głosząc jego imię —
Bo mamy z sobą sprawy pobratymie.
A ten, gdy usiadł, Booz wybrał z ciżby
Dziesięciu mężów starszych w mieście, iżby
Świadkami byli. Poczem rzekł w te słowa:
— Oto cześć ziemi Elimelechowa
Naszego brata, w rękach jest Noemi,
Przybyłej w powrót z Moabitskiej ziemi.
Tom ci powiedzieć chciał — nie potajemnie,
Lecz wobec wszystkich — boś ty jest odemnie
Bliższy, choć krewni jej jesteśmy oba.
Więc ów szmat ziemi, gdy ci się podoba
Kup, i miej sobie zdrowy; lecz jeżeli
Nie zechcesz — niechby wszyscy to słyszeli. —
Rzekł tamten: — Kupię. — Zaś mu Booz na to

— Gdy kupisz, to więc i powinowatą
Ruth Moabitkę musisz wziąć za żonę,
Aby nie było snadż osierocone
Dziedzictwo brata. Bo ci się należy
Nasienie jego zbudzić w twej dziewierzy.
Rzekł ów: — Mam dzieci. Więc, gdy przyjdą działy,
Nie chcę, by z tego krzywdę jaką miały.
Więc ty tak uczyń jako chcą zwyczaje,
Bo ja na ciebie prawa moje zdaję!
A był obyczaj od lat bardzo wielu,
Iż, gdy spór mają krewni w Izraelu,
A ten się zgodą w sposób kończy błogi,
Ustępujący zdejmał trzewik z nogi,
I wraz go dawał w ręce drugiej strony,
Na znak, iż z praw swych życzy być zwolniony.
Tak też uczynił krewny ów Noemi.
A tedy Booz rzecze przed wszystkiemi:
— Was tu obecnych na świadectwo zowę:
Iż oto ziemię Elimelechowę,
A też i synów jego do niej prawa,
Które Noemi wdowa na mnie zdawa,
Biorę — a k’temu, żonę Machalona
W małżeństwo pojmę, iżby ze mnie ona
Po mężu zmarłych zrodzić mogła plemię.
A tak, gdy oraz wezmę po nim ziemię,
W narodzie całym, jako i w rodzinie,
Z dziedzictwem jego imię też nie zginie. —
Tu rzekł lud wszystek ze starszyzną miasta:
— Masz z nas twe świadki! Niechaj ta niewiasta,
Której Pan słusznie miłosierdziem sprzyja,
Będzie ci jako Rachel i jak Lija,
Z których więc wyszedł dom Izraelowy!
I z wejściem w dom twój owej białogłowy,
Niech się Ephracie cnoty wzór z niej stawa,
Bethleemowi zaś rozgłośna sława!
I niech Faresa, co go zaś Judowi
Zrodziła Thamar, pamięć się odnowi,
I cześć nasieniu jego przeznaczona,
Gdy w dom twój wejdzie ta wybrana żona! —
Tedy ją pojął Booz i wszedł do niej.

A gdy swą łaskę Pan Bóg ku niej skłoni,
Poczęła, oraz porodziła syna.
Więc do Noemi matek tam drużyna
Mówiła: — Iście Boska to jest sprawa!
Iż w domu twoim plemię nie ustawa,
I w Izraelu będzie trwać twe miano.
Bo jest już, ktoby duszę twą stroskaną
Cieszył, i żywił starość twą, zrodzony
Z niewiastki, która, swemi cię ramiony
Do serca tuląc, jest ci więcej miłą,
Niżby ci szczęście z siedmiu synów było. —
Tedy Noemi wziąwszy na swe łono
Dziecię, piastunką temuż ucieszoną,
I rzecby można, w służbie jego matki
Niańką się stała. A tak jej sąsiadki
Mówiły o niej: iż jest snadż ten mały
Jej serca synem. Zaczem go nazwały
Obed. A ten to później z siebie wyda
Izai, ten miał ojcem być Dawida.


(Felicyan Faleński)




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Felicjan Faleński.