Księżniczka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Księżniczka
Pochodzenie Osądzona. Dwie opowieści
Data wydania 1923
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Klamkowski i Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KSIĘŻNICZKA
... Uroczyste święto panowało na nieskończonej Milwaukee Ave: sklepy były zamknięte, saloony[1] przywarte, ruch wozów powstrzymany, tramwaje nieczynne, że tylko niekiedy przemykał z rykiem jakiś wojskowy automobil pod rozwiniętym gwiaździstym sztandarem; całe zaś avenue od piwnic aż po dachy, obwieszone było niezliczonemi chorągwiami, napisami i kolorowemi plakatami, że co chwila, niby stada ptactwa, łopotało tysiące barwistych skrzydeł w szarem, zimowem powietrzu. Zimno bowiem było, padał suchy, rzadki śnieg, ciężkie, ołowiane niebo zwisało nisko nad miastem i lodowaty wiatr prześwistywał z bocznych ulic, siejąc tumanami śnieżnego pyłu. Ale nikt na to nie zważał, ulica była literalnie zapchana tłumami, jedynie środkiem wyboistej jezdni szarzał pas wolnego miejsca, po którym spacerowali uroczyście policmeni. Nawet w oknach powywieranych i na balkonach przystrojonych w dywany, portrety, girlandy i wstęgi w barwach wszystkich narodów koalicji, również mrowili się ludzie. Widać ich było na dachach niższych domów i na drzewach; wieszali się po słupach tramwajowych, po kominach i gdzie się tylko dało.
Śnieg wciąż padał, przysłaniając sinawą, drgającą zasłoną całe to ludzkie mrowisko, a tylko niekiedy z pod tego lodowatego okwiatu zrywał się jakby ryk morza, wybuchał orkanem wrzasków, bił w ołowiane niebo i ścichał, przemieniając się w głuche, nieustanne wrzenie głosów, szeptów, wołań.

Tłumy zbierały się już od południa na zapowiadany od kilku dni wymarsz ochotniczego oddziału, który wyruszał na dalekie pola bojów, do Francji. Kompanja była sformowana przeważnie z Polaków, więc też i z Chicagoskiej Polonji nie brakowało prawie nikogo, — zebrali się na pożegnanie swoich bohaterskich chłopaków. Stawiła się też i reprezentacja władz federalnych, wojskowych i municypalnych. Stawiło się również całe prawdziwie amerykańskie Chicago. A prócz tego, istna wieża Babel języków, ras, narodów i kolorów skóry waliła ze wszystkich stron miasta, zapychając już boczne ulice i przejścia. Rosła też i niecierpliwość, bo modrawe zmierzchy jęły przysłaniać ulice. Tłum wrzał, kłębił się i miotał niby morze spętane kamiennemi brzegami. Co chwila ktoś alarmował, że już nadciągają, i wtedy wszystkie oczy rwały się w zaśnieżone dale i nieruchomieli w zasłuchanem oczekiwaniu. W tych nagłych ciszach głośniej dawały się słyszeć zadyszane, schrypnięte głosy sprzedających extra biuletyny z placu boju. Właśnie o pierwszym zmierzchu sypnęły się nadzwyczajne dodatki gazet na zgorączkowane tłumy, — a każdy z nich już tytułami porywał oczy, zaciekawiał i roznamiętniał, — każdy z nich bowiem krzyczał strasznemi ranami wojny i ociekał krwią tysięcy, wołał o nikczemności Niemców, o bombardowaniu miast, zabijaniu dzieci, kobiet i starców, o zatapianiu bezbronnych statków, zatruwaniu powietrza, o głodach, pożogach i gwałceniu wszelkich praw boskich i ludzkich...
Odczytywano głośno te wiadomości, a każde słowo targało duszę zgrozą, oburzeniem, gniewem i nienawiścią tak żywą, iż zaszemrały klątwy i złorzeczenia.
Tłumy zadygotały niby bór, zafalowały gwałtownie, i naraz głuchy pomruk wybuchnął grzmotem strasznej nienawiści.
— Śmierć Niemcom! Hańba! Śmierć Hunnom! Śmierć barbarzyńcom!
Ale w tejże samej chwili zahuczały gdzieś w oddali potężne trąby i w modrawej głębi, zasnutej śnieżnym pyłem, zamajaczył rozkołysany las sztandarów i wiatr przynosił dźwięki narodowego hymnu.
Wszystkie kapelusze wyleciały w górę, tysiące chustek powiało z okien i balkonów, a sto tysięcy gardzieli zaśpiewało refren ukochanej pieśni.

„And the star-spanglad banner, oh, long may it wave,
O’er the land of the free, and the home of the brave!“

Śpiewali jednym, potężnym głosem uniesienia.
Śpiewała wolność ze wszystkiej mocy dumy niebosiężnym głosem szczęścia. Pochód zbliżał się szybko i toczył niby fala rozśpiewana, grzmiąca, pokryta bryzgami rozmiotanych na wietrze sztandarów. Niedojrzane jeszcze orkiestry, wycia elektrycznych organów, trąby, turkoty jadących armat, świsty, brawa i wzmagające się ustawicznie okrzyki tłumów grzmiały jak ocean, a i zwisające z domów chorągwie jęły się trzepotać i bić o ściany.
— Prawdziwie amerykański bluff! — szepnął Topór, usiłując zajrzeć wgłąb ulicy, ponad głowami niżej stojących. — Record wycia! — i zwrócił się do smukłej kobiety o popielatych włosach i błękitnych oczach. Uśmiechnęła się wzgardliwie. Stali całem towarzystwem na rogu jakiejś ulicy, na schodkach sklepowych.
— Dzisiaj w każdej wardzie[2] jeden saloon wydaje drinksy za darmo dla ochotników! — objaśniał cicho jakiś obrzękły obywatel; haczykowaty nos mu poczerwieniał i królicze oczy połyskiwały złośliwie. Żuł gumę i oblizywał tłustym językiem grube, murzyńskie wargi.
— Well! dla polskich bohaterów dzisiaj wszystkie szynki stoją otworem. Komitet płaci. Księża kolektują po kościołach na wypitkę! — śmiał się ktoś z olbrzymiem cygarem w zębach i z brzuchem mocno wysadzonym.
— Jesteśmy w cenie. Licytują się po świecie o polskie mięso.
— Ciszej! — ostrzegała piękna pani. — Mogą nas obserwować...
— Robią to z pewnością — potwierdził młody, straszliwie chudy chłopak, rozglądając się podejrzliwie. Jego świter rdzawy w zielone pasy zwracał uwagę.
— Piknikowe gęby, nastrój odpustowy, brakuje tylko karuzelów.
— Well, dobrze podgrzewają. Ciężką robotę mają werbunkowi agenci, żeby poruszyć i rozhuśtać takie burżuazyjne stado...
— Taki musi pić pierwszy, pierwszy płakać, pierwszy krzyczeć, pierwszy śpiewać i pierwszy nastawiać gnaty w razie potrzeby. A do tego musi udawać zwykłego obywatela, bo inaczej — dziesięć dolarów fiut, i nogą na pożegnanie.
— Czy to inaczej na naszych wiecach? — szepnęła pani.
— Księżniczko! — jęknęło olbrzymie cygaro. — Dla świętej sprawy ludu...
— Nie zlękną się Niemcy tych amatorskich bohaterów — wątpił ktoś.
— Mylicie się gruntownie, towarzyszu — szepnął Topór w samo ucho.
— Co, ja się mylę? To mi się podoba! Przecież to koń, na którego gramy...
— Niech żyje Ameryka! Niech żyje koalicja! Śmierć Hunnom! — zawrzeszczał naraz Topór wraz ze swojem towarzystwem, gdyż pochód nadciągał i oszalałe wrzaski zatargały powietrzem. Zagrały naraz wszystkie orkiestry, sypały się ulewy kwiatów z okien i balkonów; ziemia zadudniała od mocnych, mierzonych kroków wojska, jakoby od bicia tysięcy cepów.
Tu i owdzie strzelano na wiwat prawie rotowym ogniem.
— Mam już dosyć tego widowiska.
— Jeszcze chwileczkę, księżniczko — prosił grubas. — Przyszliśmy nie dla przyjemności.
— A na złość kropidlarzom uświetniamy tę narodową szopę! — drwił któryś.
— Przejdą i uciekamy. Numer na jutro jeszcze nie gotowy. Wspaniałe chłopaki. Niech żyje Polska! — wrzasnął Topór. — Niech żyje Ameryka!
Jakoż nadchodzili: na przedzie widniała kapela trębaczów rozgłośnie dmąca w mosiężne trąby, a za nią ciągnął oddział regularnego wojska z rozwiniętym pułkowym sztandarem i z oficerami na koniach, potem szła amatorska orkiestra, przybrana w nieco fantastyczne czapy i mundury z czasów księcia Józefa; zasię dopiero po niej waliły karnie ochotnicze szeregi. Maszerowali czwórkami w kompletnym bojowym rynsztunku, w stalowych hełmach, z karabinami na ramionach i nawet z baterją polnych dział dla większej parady. Oficerowie z dobytemi szablami trzymali krok na skrzydłach. Maszerowali zwarci, jak śmigły bór, rozkolebani w ruchu, potężni. Szły chłopaki wybrane, równe wzrostem, dorodne, sprężyste, zwinne, baczne, krzepkie, i sękatym dębczakom podobne. Twarze mieli wygolone, szarawe, miny srogo zawadjackie, a oczy niebieskie niby zagon rozkwitłego lnu. Żołnierz to był rasowy, z krwi, animuszu, fantazji i dobrowolnego wyboru.
„Jeszcze Polska nie zginęła“!
Krzyknęły trąby, a za niemi zaśpiewały orkiestry i wszystkie polskie serca i piersi, że powietrze roztrzęsło się siarczystym mazurem. Jaki taki już pokrzykiwał i bił nogami do wtóru, inny wrzeszczał jak opętany, zasię drudzy śpiewali z zamkniętemi oczami tę pieśń tułaczą, tę pieśń — nadziei i wiary nieśmiertelnej. Szlochem wzbierały piersi. Dusze się rwały do ojczyzny dalekiej. Wskrzesały w sercach pomarłe wiary. Cud się stawał na wszystkich oczach. Przygięte kerki prostowały się dumnie, a zasnute nędzami oczy spozierały na te szeregi ze zdumieniem, prawie ze strachem.
Chciało się naraz ludziom śmiać, i płakać, i krzyczeć z jakiejś dzikiej, szalonej radości; chciało się na dźwiękach tej piosenki lecieć we wszystek świat. Wnet i łzy, i ciężkie westchnienia, i spazmatyczne wybuchy płaczów, i żałosne łkania, i niepowstrzymane szlochy, i jakieś bezładne, radosne wołania wyszarpywały się z głębin dusz wzburzonych.
— Jezus, Marja! Jezus! — krzyczał ktoś obłąkanie, zalewając się rzęsistemi łzami.
Jakaś babina pod wystawą, gdzie widniał obraz Częstochowskiej, na klęczkach odmawiała pacierz oblewany strugami łez serdecznych.
Jakże tu nie oszaleć! Toć prawdziwe polskie wojsko maszeruje! Na bój ciągnie z prawiecznym wrogiem. Toć nasze rodzone, chłopaki. I w obronie Ameryki! W obronie Polski! W obronie świata stanęli! A słowo stało się ciałem! Spełniają się sny długich lat i całych pokoleń! A jak to idą, aż ziemia dygoce pod ich mocarnemi krokami. Kto się im oprze? Na bagnetach rozniosą, w puch rozbiją, gotowi cały świat stratować! I któż to są ci nieustraszeni rycerze, śpieszący lać krew za wolność świata? Plemię tułaczów, synowie nędzarzów, których głód wypędził z własnej ojczyzny i niby liście rozsypał po całej kuli ziemskiej, — którym jeszcze wczoraj zaprzeczano imienia polskiego, — którzy jeszcze wczoraj byli celem szyderstw i wzgardy, a żyli w poniżeniu, traktowani gorzej bydła! I oni pierwsi stanęli na głos Ameryki! Dobrowolnie rzucili rodziny i fabryki, zwarli się w szeregi i oto maszerują ramię przy ramieniu, a z jedną tylko myślą z jednem pragnieniem: służenia świętej sprawie. Prężą się w marszu dumnie i spokojnie, godnie przechodzą w ulewach kwiatów, śpiewów, entuzjastycznych okrzyków i pod gwiaździstemi sztandarami, chylącemi się przed nimi.
Bo znowu, jak kiedyś, pierwsi idą na wyłom, gdzie walka o wolność.
I znowu, jak kiedyś, imię Polski wywyższone mocą poświęceń jej synów!
Więc i słuszna duma rozpierała serca, podnosiła czoła i syciła takiem rozrzewnieniem, że błogosławiącym ruchem wyciągały się spracowane, twarde ręce, szeptano pacierze, żegnano ich znakami krzyża, zaś tysiące rozpłakanych spojrzeń obejmowało te drogie głowy, jakby serdecznym uściskiem miłości. I coraz rzęsistsze grady kwiatów spadały na nich z okien i balkonów, a ze wszystkich stron coraz zapamiętałej wołano:
— A bijcie chłopcy tych psubratów. Za Kalisz! Za rugi pruskie! Za sto lat niewoli! Zdepczcie gadzinę! Bez pardonu! Śmierć zbójom i mordercom!

„Co nam obca przemoc wzięła —
siłą odbierzemy“.

Śpiewali, wydając się jakoby stadem orłów lecących na bój, na śmierć, ale i na zwycięstwo...
— Idą na rzeź, jak stado baranów z wesołym bekiem!
— Jeszczeby, w każdego wlano z litr dobrej gorzałki — mruknął brzuch wysadzony.
— Zrobiłabym to samo... gdybym była mężczyzną — wyznała niespodzianie księżniczka.
— Pani tak mówi, pani? Żona Topora! I żeby tak dowcipu nie zmarnować, zawodowa, przysięgła rewolucjonistka! — podjęły gorąco murzyńskie wargi.
— Teraz prawdziwy humbug polsko-katolicko-amerykański. Uwaga!
Ochotnicy przemaszerowali, ale tuż za nimi zagrzmiały nowe orkiestry, grały bojowe trąbki, warczały głucho bębny i rozkołysane płoty lanc furkotały proporczykami a ziemia jęczała od ciężkiego bicia kroków. Maszerowały bowiem, jako straż honorowa, przeróżne związki wojskowe, każdy z własną kapelą, sztandarami i oficerami. Barwność i rozmaitość ich bojowego ekwipunku ciągnęła oczy i budziła powszechny entuzjazm. Było ich tysiące! Grzmieli w karnym ordynku, szóstkami; miny mieli zawadjackie, krok równy i mocny, spojrzenia weteranów zahartowanych w bojach.
— All right! Tego mi jeszcze brakowało do zupełnego obrazu. — Artylerja św. Barbary! Krakusy królowej Jadwigi! Husarzy Puławskiego! Ułani ks. Józefa! Kosynierzy Kościuszki! Gwardja Korony Polskiej! — wyliczał ktoś ze śmiechem na rogu. — Co za mundury! Musieli złupić jakiś teatr. Procesja jakby w Boże Ciało na Krakowskim rynku.
— Panbyś, cholero jedna, wolał majufes na śmietniku pod baldachimem, co? — zagadnął do niego naraz jakiś rozsrożony robotnik.
— Co pan się ciska! Niech pan krzyczy jak ja: Niech żyje Polska! Niech żyje Ameryka! Niech żyje polskie wojsko! — zawrzeszczały murzyńskie wargi i jeszcze prędzej przepadły w tłumach i mroku.
Całe towarzystwo jęło się również wycofywać i to z wielkim trudem, gdyż za wojskiem tłumy ruszyły jak rzeka, całą szerokością ulicy.
— Wracam do redakcji — zaczął Topór, kiedy się nareszcie wyrwali na boczną ulicę. — Trzeba dać na jutro notatkę o tej hecy. Napisz Aniu i nie żałuj sobie — zwrócił się do żony. — Pisz po swojemu, niech się i towarzysze ucieszą. Oszczędzaj tylko amerykańskie odciski. Towarzysz Merda idzie ze mną, co?
— Well, chętniebym po drodze zawadził o czerwony corner.
— I dał się pięknej Ewci skusić miętówką. All right! — zgodził się Topór.
I poszli wszyscy, prócz Księżniczki. Skinęła im głową i odwróciła, się, by jeszcze popatrzeć na rozbłyskające światła i słuchać muzyk grających właśnie Marsyljankę. Odpływały milknącą falą w dal i mroki nadchodzącej nocy.
Wiatr ustał, ociepliło się znacznie i śnieg padał mokremi płatami. Ulice pustoszały i cichły. Tu i owdzie z powrotem otwierano sklepy.
Nadziemna kolej zaturkotała tak gdzieś blisko, że wzdrygnęła się i pobiegła do domu. Mieszkali niedaleko. Dzielnica była nędzna, brudna i słabo jeszcze zabudowana; domy podobne do siebie, jak dwie krople wody, stały dosyć rzadko, poprzedzielane pustemi placami lub elami podobnemi do rynsztoków zawalonych śmieciem i błotem. Wyniesione trotuary pokryte były płytami pełnemi dołów i wyrw po kolana, ulica zaś położona nieco niżej, pomimo sypiącego śniegu, czerniała niby błotnista kałuża. Bandy dzieci harcowały po niej z wrzaskiem, uganiając się za jakimś psem bezdomnym. Straszliwy, słodkawo-mdły zapach pobliskich garbarni przesycał powietrze.
Księżniczka rozkołysana była wrażeniami, z których nie mogła zdać sobie jeszcze sprawy. Przystanęła przed domem i bezwiednie spojrzała w okna pierwszego piętra, ciemne były. Dom, który wynajmowali, był jak sąsiednie, piętrowy, drewniany, obity szalówką, na wysokiej podmurówce, naśladującej ciosowy kamień, piernikowy w barwie i z długą werendą od ulicy. Dwa rachityczne drzewka stróżowały przy schodach, z trotuaru.
Wilgotny chłód ogarnął ją w sieni, gdzie stał stół, parę wyplatanych kolebaczów i pod schodami, wiodącemi na piętro, uschnięta palma przyozdobiona pękami czerwonych, papierowych róż.
— Mr. Jack! — zawołała na schody.
— Good bye! Ania — odwrzeszczała z góry papuga. — Good bye! Ania!
Zajmowali parter, na piętrze mieszkali lokatorzy i tam była również wanna, kuchnia zaś w suterenach. Wielki parlor położony od frontu, zaciemniała werenda, następne dwa pokoje z oknami na sąsiedni dom, przedzielony tylko dosyć wąską elą[3], były również ciemne i smutne. Pozapalała światła i, chodząc z pokoju do pokoju, rozbierała się, rzucając — gdzie padły — rękawiczki, kapelusz, okrycie i woalkę. Mieszkanie wionęło chłodem i opuszczeniem; brzydkie było, urządzone fabryczną tandetą, kupowaną na tygodniowe spłaty, więc jeno napełnione najpotrzebniejszemi meblami. Jedynie parter urządzono z pewnem staraniem; na wielkim dywanie stało kilka głębokich foteli na biegunach, skórą krytych, a w pośrodku wielki, okrągły stół zawalony książkami i pismami. W rogu pianino szczerzyło żółte zęby, a nad niem wisiał ogromny portret Marksa, otoczony zwiędłym, laurowym wieńcem z czerwonemi szarfami. Kilka szaf z książkami, niskich, podpierało ściany.
Pod jednem z okien usychały jakieś rośliny. Ale osobliwością, przykuwającą każde oczy, był portret umieszczony na wprost głównego wejścia. Malował go Axentowicz w Krakowie: stała na nim smukła dziewczyna o płowych, lekko sfalowanych włosach i błękitnych oczach, w balowym stroju ze srebrzystych gaz, tiulów i koronek. Wychylał się z płótna, jak księżycowa bajka!
— Człowiek się tylko czuje sobą w przeszłości, — myślała z jakimś gryzącym smutkiem, patrząc na portret i przyodziewając się w wielki fartuch.
Spiesznie zeszła do kuchni, bo jakiś zegar wybijał piątą.
Łusia, jej bortniczka[4] i prawie przyjaciółka, kładła pasjansa na białym, okrągłym stole, jedną rękę miała w bandażach i na temblaku.
— Mr. Jack pytał o panią. Poleciał odprowadzać wojsko na kolej. No, jakże tam było? Tak mnie rwała ręka, że iść nie mogłam. Ładnie było?
— Jak w Częstochowie na odpuście. Dawno poszedł mr. Jack?
— Z godzinę temu. Było pięć telefonów i przylatywał boy z redakcji. A zaraz po pani wyjściu przyszło jakichś dwóch grynhornów. Tak się dobijali, że musiałam ich wpuścić. Polacy, młodzi, jeden miał nos przetrącony. Mówili, że jadą ze starego kraju. Towarzysze podobno. Niby, że skądciś uciekli...
Księżniczka, rozpalająca ogień w dużym furnesie, podniosła się nagle i odpasując fartuch, wyrzekła stłumionym głosem:
— Może Łusia nastawi obiad. Za jakieś pół godziny wrócę...
Ubrała się pośpiesznie i wybiegła z domu. Dopadła wolnego Taxi i kazała mu dogonić pochód. Dopędzili go już w śródmieściu, pod mostami, na kanałach. Przepchała się z gorączkową siłą w sam środek i szła ogłuszona tym niemilknącym ani na chwilę huraganem śpiewów, krzyków i muzyk.
Pomimo szalonych ścisków, wojsko maszerowało dosyć prędko, witane i tutaj z niesłabnącym entuzjazmem i zasypywane kwiatami.
Miasto nurzało się w morzu świateł. Nad ulicami błyskały kolorowe transparenty, a ze wszystkich ścian, domów i głębin nieba, wytryskiwały elektrycznością pisane słowa powitań, zachęty i wołań do obrony świata przed barbarzyńcami. Straszliwe drapacze nieba patrzyły gdzieś z chmur tysiącami rozgorzałych okien na te mrowiska ludzkie, płynące głębokiemi kanałami ulic.
Księżniczka grążyła się zwolna na dno tych wzburzonych odmętów, aż w końcu zupełnie w nich utonęła. Zapomniała o sobie, jakby się zatracając w tym wulkanicznym entuzjazmie. Poczuła się jakby straszliwym płomieniem, uskrzydlona niewypowiedzianą radością, zdała się unosić na dźwiękach muzyki, na migotach świateł, na śpiewach. Stało się z nią to, co się już nieraz stawało w dzieciństwie, na nabożeństwach w ich wiejskim kościele, kiedy to grania organów, śpiewy chłopstwa, bicia dzwonów, światła, procesje z pozłocistą monstrancją na przedzie — doprowadzały ją do ekstatycznych uniesień, do płaczów i długich omdleń. I obecnie nie wiedziała już co się z nią dzieje. Czuła się jakby źdźbłem porwanem przez huragan i z rozkoszą nadludzką dawała mu się ponosić, i rzucać choćby na zatracenie. Spragnionem sercem piła te wrażenia, aż do utraty świadomości.
Ochłonęła nieco dopiero przed dworcem kolejowym. Cały plac był udekorowany w niesłychane ilości świateł, chorągwi i zieleni. Improwizowane trybuny zapchane były do ostatniego miejsca. Wszystkie okna domów pełne były ludzi, ze wszystkich stron leciały okrzyki wraz z kwiatami na głowy żołnierzy. Publiczność prawdziwie amerykańska przyjmowała ich owacyjnie.
Ochotnicy stanęli rozwiniętym frontem, mając na lewym flanku potężną watahę sokołów, a z prawej głęboki czworobok wojskowych związków.
Na jakiś znak, — muzyki przestały grać, stało się prawie cicho, że głos Majora miasta dawał się wyraźnie słyszeć. Mówił krótko, dobitnie i obrazowo, a zakończył okrzykiem na cześć koalicji i Polski.
Potem jęli przemawiać inni.
Księżniczka znalazła się niespodzianie tuż przy ochotniczych szeregach. Znała z nich bardzo wielu i spróbowała zagadać, ale odpowiadały jej tępe, niewidzące spojrzenia i jakieś wzgardliwe uśmiechy. Dotknięta do żywego zwróciła się do jednego z byłych towarzyszów, zecera z ich drukarni.
— Co to znaczy, panie Antoni, że nikt się do mnie nie odzywa?
— Niewolno nam rozmawiać z podejrzanymi... — szepnął i jakby skamieniał w powinnej pozie, z karabinem u nogi i niewidzącemi oczami.
Padła komenda, odezwały się trąbki, zawarczały bębny, zagrzmiały kapele i oddział paradnym krokiem pomaszerował pod triumfalną bramą na stację, do pociągu przystrojonego w festony, kwiaty i chorągiewki.
Tłum, niby przypływ morski, zakołysał się nagle, uderzył w kordony policmenów, rozwalił wszelkie przeszkody i z dzikim rykiem runął na perony. Podniósł się niesłychany wrzask tratowanych i rozpaczliwe płacze.
Księżniczka, wydobywszy się cało z odmętów, dostała się prawie pędem na kolej nadziemną i wpadła w pierwszy, nadchodzący pociąg, nawet nie wiedząc dokąd ją zawiezie. Po dłuższej chwili sprawdziła, że siedzi pod oknem, że ma okrycie poszarpane, kapelusz zgnieciony, włosy rozplecione i twarz mokrą od łez. Dygotała jeszcze z gorączki i ze zmęczenia. Oczy miała pełne świateł a w sobie chaos zamierających dźwięków. I nie prędko zdobyła równowagę.
Pociąg z krzykiem przelatywał nad ulicami. Noc była na świecie szara i posępna, śnieg już nie padał, bielił się jak całun na nieprzejrzanych przestrzeniach. Chicago w tej martwej poświacie widniało niby step zaśnieżony i zamarzły a pokryty niezliczonemi szałasami. Niezliczone przejścia, ścieżki i przesmyki znaczyły się linjami świateł. Tu i owdzie czarne wzgórza fabryk świeciły tysiącami okien. Niebotyczne drapacze stały gdzieniegdzie, jakby na straży. Pociągi przesuwały się nad domami we wszystkich kierunkach, niby węże migocące rozjarzonemi ślepiami.
Odwróciła się od okna, rozdrażniała ją ta nieskończona panorama, ale jeszcze więcej irytowały rozmowy, prowadzone dokoła. Wagon był zapchany, wszyscy zdali się powracać z pochodu i rozmowa toczyła się o ochotnikach, wojnie i Niemcach. Miała już tych tematów powyżej uszów. Lata upływają i wszędzie, o każdej porze, nic innego tylko wojna i Niemcy! Zaklęła po cichu. Poczuła się bardzo strudzoną, nieomal chorą. Bolały ją fizycznie te głosy ludzkie, huk pociągu, trzaskanie drzwiami. Jej entuzjazmy stawały się śmiertelnem zmęczeniem i wyrzutami sumienia. Trzeźwemi oczami spojrzała na siebie i aż się zatrzęsła z gniewu. Nie mogła sobie teraz darować, że dała się porwać i to właśnie temu, co najzawzięciej zwalczała: militarystyczno-patrjotycznej hecy! Czyniła sobie gorzkie wyrzuty i napomnienia. Tak już wiele w życiu wycierpiała przez tę swoją impulsywność, przez tę nieszczęsną niemoc zapanowania nad sobą, że płakać się jej chciało z upokorzenia.
— Szczęściem, że mnie nikt z towarzyszów nie widział — rozmyślała.
Jakiś Amerykanin głośno wysławiał Polaków za ich lojalność w stosunku do Ameryki, a potem jął chwalić za niesłychaną pracowitość i wytrwałość.
— Najlepszy robotnik, bo da się bezkarnie wyzyskiwać — rzekła wyzywająco.
Nie było odpowiedzi, gdyż w tejże chwili, na jakiejś stacyjce, chłopak wskoczył z ostatniemi wydaniami „Trybuny“, gdzie już podawano szczegóły z pochodu i świeże wiadomości z wojny. Czytano je głośno, dyskutowano i nowy grad przekleństw posypał się na Niemców i ich przyjaciół.
Obok niej, chłopak Polak, tłumaczył ojcu z gazety jakiś artykuł wielce pochlebny dla Polaków.
— Nareszcie zrozumieli, że my nie hetki pętelki — zaszeptał z dumą stary.
— Ale stado, które się pochlebstwem prowadzi na rzeź — warknęła mimowoli.
— Za ojczyznę trzeba płacić żywą krwią — rzekł z namaszczeniem. — Z dobrej woli idziemy, moja pani. Niech pani ludziom serca nie odbierał — szepnął surowiej. — Czasy nadeszły przepowiedziane i biada tym, którzy znaków Pańskich nie posłuchają! Mój chłopiec, dziewiętnaście lat stary, chce wstąpić do polskiego wojska. Jedyne to moje dziecko, a ja mu rzekłem: jest tylko jeden Bóg i jedna Ojczyzna. Woła cię głos powinności, to idź synu, a jak potrzeba to i daj głowę za świętą sprawę, My są Polacy, moja pani — dodał z naciskiem. — Nasza powinność!
Wysiadła na najbliższej stacji, jakby uciekając przed głosem starego.
— Zakute łby — rozmyślała już na ulicy. — Zbawcy świata — uśmiechnęła się wzgardliwie.
W domu zastała Łusię jeszcze przy pasjansie.
— Pan zaglądał, ale naszych chłopaków jeszcze niema, kolacja wyschnie.
Telefon zabrzęczał, ktoś pytał o Topora.
Księżniczka zasiadła w parlorze do pisania, lecz napisawszy z rozmachem tytuł: „Odpustowe procesje“ — odrzuciła pióro i kołysząc się na bujaczu, próbowała się skupić i zapanować nad zdenerwowaniem. Jeszcze nie wiedziała co napisać, ale już w mózgu przewijały się pojedyncze zdania, charakterystyki, złośliwe uwagi, jadowite słowa. Wzbierał w niej i kształtował się jakiś zły, urągliwy, mściwy wylew. A równocześnie pod nawałą brzękliwą słów, pod zgiełkliwym chaosem przelatujących myśli i nieskoordynowanych uczuć, podnosiły się jakieś dalekie, dalekie echa tęsknoty niewiadomo za czem!
Ktoś zapukał i wszedł. Dreszcz nią zatargał radosny, znała te ciche kroki.
— Good bye! — głos był dziwnie dźwięczny i ciepłem przejmujący.
Ktoś o suchej, wygolonej twarzy i szarych za wielkich oczach, usiadł przy niej.
— Był pan na wymarszu! Jakież wrażenia? — spojrzała na niego z przyjemnością.
— Płakałem, jak wszyscy i entuzjazmowałem się jak wszyscy. Niech żyje Polska i Polacy! — wykrzyknął, mocno jeszcze podekscytowany wrażeniami.
— Żołnierze jak żołnierze, stado wymustrowanych baranów, ale nasze związki wojskowe sprezentowały się niby chóry z jakiejś opery. Mogliby się pokazywać w cyrkach!
— Wspaniałe, wspaniałe! — prawie zakrzyczał. — Pani ich krzywdzi. Zaimponowali całemu miastu swojem wyszkoleniem i sprawnością. A sokoli? toż to nadzwyczajna organizacja, żołnierz gotowy w każdej chwili na usługi Ojczyzny. Przy nich nasze milicje stanowe — zabawa w żołnierza. Jestem Amerykaninem i niełatwo przychodzi mi chwalić cudze, ale takich żołnierzy, jak wasi, poprostu uwielbiam.
Drgnęła w niej jakby duma narodowa, lecz odezwała się z szyderstwem:
— Nie cierpię militarystycznych pachołków, czem lepsi, tem gorzej dla świata.
— Nie rozumiem, jak człowiek rozumny i uczciwy może być socjalistą. — Gniewem zamigotały jego stalowe oczy. — Jak można sławić międzynarodówkę!
— Pan z amerykańskim uporem nie chce niczego rozumieć, co się nie zgadza z pańskiemi przekonaniami — uśmiechała się z pobłażliwą wyższością.
— Polskie sprawy zaczynam rozumieć, bo codziennie czytam wasze gazety.
— Nauczył się pan po polsku? — zdumiona była i głęboko poruszona.
— Trochę, tyle, że rozumiem gazetę, mówić mi trudno, Frank mnie wieczorami poprawia. Moja fabryka ma zamiar założyć filję w Polsce i mogą mnie tam wysłać — objaśniał, ale dziwnie się przytem zmieszał i poczerwieniał.
— Chętniebym panu pomogła.
— All right! Godzinę dziennie, wieczorem, mogłaby pani? — pytał gorączkowo.
— Mogę zacząć od jutra — zgodziła się bardzo chętnie. Lubiła go bowiem, chociaż drażnił ją zimną rezerwą, z jaką się zachowywał i wprost wrogim stosunkiem do socjalizmu. — Dla mnie uczy się po polsku! — pomyślała z cichym triumfem. Nie obchodził ją żywiej niźli inni znajomi, ale to odkrycie sprawiało jej szczególną przyjemność. — Ma pan czas wieczorami?
— Od szóstej, — wszystkie godziny do rozporządzenia — schylił głowę z wdzięcznością.
— I nie obawia się pan nawrócenia na socjalizm? — żartowała.
— A pani się nie lęka przejścia na mój konformizm? — odparował wesoło.
Roześmieli się oboje. Wszedł na to zadyszany Merda, zgasłe cygaro latało mu w zębach, a okrągłe, wyblakłe, rybie oczki przeszukiwały każdy kąt pokoju.
— Razem poszliście do pięknej Ewci na miętówkę! — odpowiedziała na pytanie o męża.
— Dawno już wyszedł i przepadł jak kamień w wodzie. Narzekał i rzucił się do telefonu, ale zewsząd odpowiadano, że Topora niema.
— Sprawa jest ważna i pilna. Wie pani, B. wylądował wczoraj w Nowym Jorku. Miałem depeszę z drogi, jedzie do Chicago. Naturalnie jest pod pseudonimem. Ktoś musi po niego iść na stację, a tylko jeden Topór zna go osobiście. Trzeba go przyjąć i dać mu bezpieczną kwaterę, mogą za nim tropić.
— Powinien zająć się tem Komitet, albo redaktor, toby było najwłaściwiej.
— Mam jeszcze dzisiaj zebranie delegatów. Omawiamy sprawę wiecu — jego biegające wciąż oczy odkryły świeżo napisany tytuł. — Odpustowe procesje! Świetny tytuł. Doskonały do wykrzykiwania. Każę odbić tego numeru o tysiąc egzemplarzy więcej do ulicznej sprzedaży.
Mr. Jack, nie chcąc im przeszkadzać, admirował w pobożnem skupieniu portret, nieznacznie porównywując go z oryginałem.
— Well, B. jedzie z Krakowa z dyrektywami dla nas, i dokazał prawdziwych cudów, przedostając się do Ameryki. Przyjechał na jakimś duńskim żaglowcu, musimy go dobrze pilnować przed detektywami. Wie pani, co wyrabiali z Pazurkiem? — I opowiedział prawdziwą epopeję pogoni i ucieczki, prawie po całej Ameryce, towarzysza tropionego przez politycznych agentów. — A w końcu złowili go psiekrwie! — wybuchnął całym gradem klątw na agentów.
— Zrobili, co byli powinni — przerwał mu niespodzianie mr. Jack. — Wszystkich podejrzanych o sympatje dla Niemców powinni spędzać do więzień i obozów.
— Znaczy się, podejrzanych o inne przekonania, tylko o inne przekonania!
— Tak, bo te inne przekonania mogą właśnie przygotować zdradę, pomagać wrogowi, szerzyć w kraju niepokój i osłabiać energję! — mówił zimno i stanowczo.
— Pan chciałby z Ameryki zrobić conajmniej carat! — zawrzał Merda.
— Nie chciałbym tylko, aby moja ojczyzna stawała się bezpiecznym chlewem dla świń całego świata! — wparł w niego swoje szare, stalowe oczy.
Merda sprężył się jak bokser, cygaro wypluł i podskoczył groźnie do niego.
— Jakże ja to mam rozumieć? — pytał, uśmiechając się szczękającemi zębami.
— Jak powiedziałem — odparł z wyniosłym spokojem. — A powiedziałem bez żadnych ukrytych intencji! Wyrzekłem to, co każdy Amerykanin myśli i czuje! Jestem u mrs. Topór i nigdybym nie umiał obrażać jej gości. Pan jako cudzoziemiec...
— Jestem obywatelem amerykańskim od lat piętnastu i szczycę się tem.
— All right! to nam ułatwi rozmowę! Przecież amerykańska gościnność nie miała granic, przyjmowaliśmy każdego, który pod naszym sztandarem szukał schronienia. Byliśmy aż zbyt pobłażliwi dla wszelkich europejskich odpadków, ale przyszły czasy, że musimy od wszystkich żądać lojalności.
— Polacy wykazali tę lojalność w takiej mierze, że cała Ameryka ze wzruszeniem podziwu sławi ich ofiarność. Natomiast inni odpłacają się nam konspiracjami na rzecz Niemców, lub hasłami dziecinnego pacyfizmu, co zresztą jest zamaskowaną robotą pro Germania, no i tak samo bezwzględną zdradą Ameryki. A kto nie z nami, ten przeciwko nam, a kto przeciwko nam, ten musi być unieszkodliwiony każdym sposobem. Ameryka ma dosyć sił do wygrania wojny i wytępienia wewnętrznych wrogów — powiedział tonem niedopuszczającym dyskusji, poczem, pożegnawszy Księżniczkę, wyszedł.
Merda gryzł ze złości świeże cygaro, daremnie usiłując je zapalić.
— Cóż to za bydlę? Gęba rekina. Czystej wody żółty! — syczał wzburzony.
— Mój lokator, inżynier od Mac-Cormica, porządny chłopak, Bostończyk.
— Aha, kwakier i arystokrata. Myślałem, że to nasz i niepotrzebnie przy nim plotłem o naszych sprawach. Gotów nas wsypać...
— Ręczę za niego. Zresztą bardzo słabo rozumie po polsku.
Telefon zaskrzypiał, znowu pytano o Topora.
Merda poleciał go szukać, a Księżniczka zabrała się do artykułu. Pisała szybko i z pasją i, jakby się mszcząc za doznane na pochodzie wrażenia, unurzała go w błocie drwin i wymyślań. I nie tylko dostało się ochotnikom, ale i całej Polonji. Zwymyślała wszystkich i wszystko zmieszała z błotem. Nie dotknęła tylko ani słowem Ameryki. Notatki były swojego rodzaju arcydziełem drwin, fałszów i taniego, nędznego frazesu, dyszały wzgardą i nienawiścią. Dopisywała ostatnich wierszy, gdy zjawił się Topór. Chwiał się nieco na nogach, nucił coś pod nosem i, upadłszy w kolebacz, z rozczuleniem przyglądał się piszącej żonie, cierpliwie wyczekując końca.
Miał ze czterdzieści lat i przepyszną, rasową głowę polskiego szlachcica: orli nos, czoło wyniosłe, szafirowe oczy, ciemne włosy gładko przyczesane i nieco już przerzedzone, twarz bladą, wygoloną, minę wielkopańską i uśmiech filuta. Wargi miał nazbyt czerwone, lubieżnie lśniące, uszy dziecka, a szczęki okrutnika. To też pomimo urody nie budził zaufania. Jego barytonowy głos czarował i porywał wiecowych słuchaczów, zwłaszcza kobiety, ale chód miał lękliwy — czającego się zwierza. Przyglądając się żonie, zachrapał naraz głośno.
Obudziła go wkrótce, notatki były gotowe, przeczytał je z uniesieniem, podpisał jak zwykle swoim pseudonimem, i zaczął ją namiętnie całować.
— Dziękuję ci, furorę zrobi, genjalny! Mój skarbie jedyny!
— Miętówka jedzie od ciebie, że niepodobna wytrzymać — odsunęła się z obrzydzeniem.
— Jedna mała i jedno piwo, musiałem z towarzyszami — tłumaczył się skwapliwie.
— Było ich więcej, ale piękna Ewcia nalewała, nie mogłeś przecie odmówić...
— Aniu! Jak cię kocham, nieprawda! Znowu ktoś plotek narobił! Pewnie Merda, zbiję draniowi pysk, że popamięta. To jej śluger, naprowadza gości.
— Nic mnie ta szynkarka nie obchodzi, rób co się podoba. Merda był tutaj i zapowiadał przyjazd p. B. dzisiaj w nocy, wiesz o tem?
— Wiem. Kłopotów z nim będzie, kosztów, a żadnego pożytku. Nie cierpię go.
— Czy to ten sam, którego kiedyś w Warszawie wsypał Brzozek?
— On we własnej osobie. Nadęty pyskacz, ale przyjeżdża jako mąż zaufania krakowskiego Enkaenu, figura! Przywozi ciekawe wiadomości z kraju.
Skrzywiła się i mocno zakłopotała.
— Co? znasz go może?
— Znałam go kiedyś, był nauczycielem mojego brata u nas na wsi...
— Naturalnie zakochał się w tobie. Zwykłe dzieje: jaśnie panienka i ubogi student. Juści oboje piękni, oboje szlachetni, oboje pełni ideałów. Poznanie, pierwsze rozmowy, przeciągłe spojrzenia, wymiana książek, niekiedy w jesienne wieczory czytanie Słowackiego pod srogim dozorem babuni, a potem wiosna, księżycowe noce, słowiki, zwierzenia, łzy, przysięgi, pocałunki, tęsknoty i t. d...
— Drwisz z naszej własnej przeszłości, to jest nędzne. Twoja tępa wyobraźnia nie umie się zdobyć na nowe obrazy — przerwała mu, boleśnie dotknięta. — Ze mną ten pan nie flirtował, za to uwiódł naszą pokojówkę i porzucił ją z dzieckiem.
— Cóż miał zrobić? Poprosić o jej rękę i ożenić się, co? — drwił.
— A teraz gra rolę obrońcy ludu, mściciela jego krzywd, trybuna!
— Egzagerujesz, jak zwykle — schował artykuł, zabierając się do wyjścia.
— Możeby tych notatek nie drukować — zatrzymała go w progu. — Czy to uczciwie wydrwiwać i opluwać szczery patrjotyzm i taką ofiarność? — przemówiło sumienie.
— Frazesy! — rzucił ze wzgardą. — Przypuśćmy, że są uczciwi, prawi, ofiarni, ale właśnie to przeszkadza naszym sprawom politycznym. Nasza przyszłość jest związana z centralnemi państwami. Z Niemcami iść musimy! Zresztą, oni wygrają wojnę! Wszystek proletarjat świata idzie z nimi. A, że przeciwnikom nie możemy zabronić głupich manifestacji, więc trzeba ich chociaż ośmieszać i podcinać im nogi. A przytem, ci kochani rodacy także nas nie oszczędzają. Ale, jeśli chcesz, napisz drugi artykuł entuzjastycznie patrjotyczno-koalicyjny, postaram się go umieścić w jakiej narodowej szmacie, dobrze zapłacą. Byłby to rodzaj reasekuracji! — mówił z cyniczną szczerością.
Rzuciła w niego całym stosem gazet, wybiegł z drwiącym śmiechem.
Obmierzły jej był ten plugawy cynizm, otrząsnęła się z niego, jak z błota i mimowoli poniosły ją myśli w dawne lata, do rodziny opuszczonej na zawsze i do domu, którego już nigdy ujrzeć nie miała. Ożyły w niej wspomnienia, zdało się spopielałe i martwe.
Tęsknota głucha i niepokojąca niby nurt podziemny, daremnie silący się przerwać na powierzchnię, zatargała ją boleśnie.
Porwała się, aby uciekać gdzieś, pomiędzy ludzi, ale późno było, noc, i okna sąsiedzkich domów gasły jedno po drugiem, a mroźną pustką zionęły ulice.
Sufit zadrgał, to mr. Jack, jak zwykle, spacerował w grubych śliperach po swoim pokoju, rozmawiając z papugą, jej ostry skrzek przenikał ściany.
Otworzyła drzwi do sieni z jakiemś postanowieniem, zbliżyła się nawet do schodów i po chwilowem wahaniu poszła do kuchni.
Trzej bortnicy siedzieli przy Łusi, a czwarty, Frank Bijak, smażył kiszkę na kominie. Wstrętny zapach przepalonego tłuszczu uderzył w nią, jakby obuchem. Cofnęła się gwałtownie, ale nie odeszła, zaciekawiły ją bowiem głośne rozmowy. Mówili o pochodzie w gorączkowem podnieceniu. Entuzjazmowali się wojskiem. I z zachwytem, jeden przez drugiego, opowiadali o wspaniałościach przeróżnych. A przemowa Majora, dygnitarzów i podziw Amerykanów przejmowały ich głęboką, narodową dumą. Wśród dość bezładnych opowiadań, co chwila wybuchały okrzyki na cześć Ameryki, albo słowa żywiołowej, bezgranicznej nienawiści do Niemiec. I pewni byli zwycięstwa nad nimi, jak pewni byli powstania Polski.
Księżniczka, powróciwszy nagle do parloru, stanęła przed własnym portretem.
— To byłam ja? Kiedyś, przed wiekami! — zaszeptały pobladłe wargi, a w błękitnych oczach zaszkliły się łzy jakichś niewypowiedzianych żalów. Nie pozwoliła im popłynąć, bo, zgasiwszy nagle światło, powróciła na kuchenne schody. Na dole rozmowa przeszła już w przyjacielskie zwierzenia. Rozmarzali się o Polsce. Tęsknota oprzędzała im serca pajęczynami cudnych wspominań. Budowali niedalekie jutro ze słońca nadziei. Przyszłość wydawała się im szczęśliwa i wierzyli w nią całą potęgą pragnienia. I byli przekonani najgłębiej, że skoro Niemcy zostaną pobici, — Polska zmartwychwstanie i lud weźmie rządy kraju w swoje ręce, to stanie się prawdziwy raj. Wierzyli w to serdecznie. Ale jeden z nich, stary Szmidt, który pono w kraju nazywał się Kowalski, nasłuchawszy się tych marzeń, odezwał się z przekąsem:
— Polska! Takie tam nastaną raje, jakie i były! Wszędzie psi boso chodzą! Nie panuje dziedzic, to panuje boss, nie panuje ci boss, to cię trzyma za łeb unja, a ty robociarzu rób, wyciągaj gnaty i płać każdemu, płać ciągle, płać za wszystko i jednakowo tam w Polsce, jak tutaj w Ameryce, jak na całym świecie!
Jeszcze rozważali jego słowa, gdy podnosząc się do wyjścia, rzekł:
— Dołożę wam jeszcze: powiedział mi stary boss od Mac-Cormicka: „lada dzień zaczną polskich socjalistów gonić, więzić, do obozów brać, lub pędzić na front do kopania okopów“. Z przyjaźni mnie ostrzegał.
— Dlaczego? Za co? — podnosiły się zaniepokojone głosy.
— Dlatego, że za niemieckie pieniądze buntują przeciw wojnie, śmieją się z ochotników, przeszkadzają po fabrykach amunicji...
— Głupie gadanie — zaperzył się jeden. — To mnie z towarzyszami płacą Niemcy?
— Ty Frank nie dostaniesz choćbyś i chciał, ale za ciebie i towarzyszów może brać partja. Mało to kosztują redaktorzy, agitacje, gazety i książki...
— Na to idą nasze składki. A mało się to kolektuje? — bronił Frank.
— Co mi powiedzieli, powtórzyłem. Ale tak między nami mówiąc, za co taki Merda żyje jak pan i całe dnie przesiaduje na czerwonym cornerze? Albo i te żydki z naszym... — ruchem głowy wskazał na górę — pieniędzy mają jak lodu...
— Mnie tam już za jedno — odezwał się któryś. — Z partji wystąpiłem, a w niedzielę zapisuję się do polskiej armji. Byłem dzisiaj na stacji werbunkowej — i rzucił na stół garść proklamacji.
Łusia zaczęła je głośno odczytywać.
Nie słuchała więcej, odwołał ją telefon. Topór narzekał, iż pomimo starań nie mógł znaleźć bezpiecznego schronienia dla B., więc trzeba go przenocować u nich w domu, choćby przez jeden dzień.
— Nie chcę go widzieć na oczy — zawołała. — I nie będę obsługiwała tego szubrawca. Mam dość roboty ze swoimi bortnikami.
Odłożyła gniewnie telefon i mimo, że przywoływał ją jeszcze parę razy, nie podeszła. Zamknęła się w swoim pokoju. Nie zasnęła jednak, była za bardzo zdenerwowana. Jakiś bunt poczynał wrzeć w jej myślach i sercu. Zaciężyło jej naraz dotychczasowe życie; obmierzli ludzie i stosunki; obmierzł cały ten świat w jakim żyła. Tułaczka z kraju do kraju, prześladowania, więzienia, wieczne spory, życie z dnia na dzień, życie tropionego zwierzęcia, oto jaka była treść jej istnienia od lat dziesięciu! Zmęczona się poczuła. I poco to wszystko!
Jej udręczone myśli krążyły omdlałym lotem w jakiejś pustce smutnej. Nie, nie pragnęła tego rachunku sumienia, jaki się natarczywie cisnął do mózgu. A przytem, coś boleśniejszego jawiło się i szarpało serce, — jej bortnicy i ich marzenia o powrocie do kraju, do rodzin, do swoich domów...
— „Do swoich chlewów i wszów“ — dodawała z zawiścią. — „Do swojej zwierzęcej egzystencji“ — szeptała z gniewną pasją.
— A ja? Ni domu, ni rodziny, ni ojczyzny, ni nawet własnego barłogu. Wydziedziczona ze wszystkiego! Prawdziwa proletarjuszka. Poza społecznością, poza prawem i poza życiem — snuła ponure refleksje. Proletarjusze wszystkich krajów łączcie się! Zaśmiała się naraz w strasznem rozdrażnieniu. Będzie wam milej zdychać na jednym śmietniku. A zakopią was głęboko, jak wściekłe psy. I nieprzekopaną warstwą wzgardy was zasypią — szarpała się rozpaczliwie, wybuchając płaczem. Ale te łzy nie przyniosły jej ulgi, zatapiając ją w nowych a sroższych jeszcze udręczeniach.
— Stefan! Stefan! — łkała, wyciągając namiętnie ramiona. Zawył w niej przyczajony głód pocałunków, i pieszczot, i miłości. Głód tej samej wielkiej miłości, jaka ją kiedyś obłąkała i, wyrwawszy z cichej wsi polskiej, rzuciła na bezdroża życia rewolucjonistów. Głód tych samych uniesień, tego straszliwego szczęścia i tej samej wiary w siebie, w ludzkość i w ukochanego!
Przez sen jeszcze płakała i, wijąc się w mękach, zrywała się z pościeli z krzykiem, że Łusia wystraszona, zaglądała do niej parę razy.
Ale rano, chociaż śmiertelnie wyczerpana i z twarzą mokrą od łez, zerwała się mężnie na nogi. Czekał ją zwyczajny dzień ciężkiej pracy i zwykłych kłopotów. Nie ulękła się: na dno serca, głęboko jak trupy, pochowała zawiedzione nadzieje, zaś buntownicze myśli splątała w żelazne nakazy woli już panującej nad sobą. Wstydziła się tych chwil słabości, przypisując je przemęczeniu wczorajszemi wrażeniami. I obwinięta po szyję w niebieski fartuch, w szkaradnym żydowskim czepku, obrzeżonym zieloną falbanką, w filcowych sliperach na nogach i w gumowych rękawiczkach, wyniosła i piękna pomimo tego stroju, jak codzień gotowała kawę swym bortnikom a po ich wyjściu, zabrała się do sprzątania pokojów, słania łóżek, trzepania dywanów i mycia podłóg.
Mr. Jack wyszedł dzisiaj wcześniej, drzwi były uchylone do jego pokoju, a biało-różowa papuga, kolebiąca się w złocistej obręczy pod oknem, krzyczała:
— Dżek, poszedł precz! Ania! Hip! Hip! hurra! Merrda! Merrrda!
Nie zdążyła sprzątnąć tego pokoju, gdy powrócił Topór. Zmięty był i wyszarzany nocną hulanką jak szmata, schrypnięty i nieco napity, nadrabiał jednak zwykłą bezczelnością.
Podobno noc przepędził na naradach z delegatami i p. B. w redakcji. Szczególny dzisiaj objawiał humor, serdeczność i tkliwość dla żony.
— Nawet w tym stroju masz urodę prawdziwej księżniczki! — szepnął szarmancko.
— Dziękuję ci, wolałabym go nie nosić, nawet kosztem tej urody.
— Powiedziane i zrobione! Poszukaj sobie służącej. Nie mogę już dłużej pozwolić, żebyś się zapracowywała. Dawno z tego powodu miałem wyrzuty sumienia, ale nie mogłem zaradzić. Na szczęście, zmieniły się warunki. Z tem właśnie leciałem do domu. Nie będzie już usługiwała parobom moja cudna pani.
— Odkryłeś kopalnię złota? — zdumiewała ją głównie jego czułość.
— Przypłynęły większe zasiłki. Pewno coś potrzebujesz kupić dla siebie?
— Wszystko mniej więcej, poczynając od bucików. B. przywiózł pieniędzy?
— Tak... właśnie... przysłali z kraju... — Potwierdził śpiesznie, kładąc przed nią tysiąc dolarów. — Ubierz się odpowiednio, B. zaprosił na obiad.
Nie protestowała, onieśmielona jego dobrocią i miłosnemi spojrzeniami.
— Proszę cię tylko, nic mu nie wspominaj, może mnie nie pozna — zastrzegała.
Obiecał solennie. Przy śniadaniu opowiedziała mu rozmowę bortników.
— Musimy być przygotowani na najgorsze, — wiedział co im groziło. — Księża i patrjoci z Wydziału ciągle nas denuncjują w Waszyngtonie. Mogą nawet zażądać naszej deportacji dla dobra państwa! Wzmagają się na siłach i znaczeniu. Rząd federalny bardzo się z nimi liczy, napędzają mu całe kohorty wyćwiczonych ochotników, masami wykupują bondy wolnościowe i wszystkiemi sposobami podsycają zapał do wojny.
— Te ciągłe manifestacje patrjotyczne, nawoływania do broni, te agitacje z ambon po kościołach, odezwy Wydziału Narodowego, przemówienia Paderewskiego, to wszystko podoba się niezmiernie Amerykanom, zwłaszcza, że ich to prawie nic nie kosztuje, Polacy to robią dla Ojczyzny! To bydło nie rozumie, że Ameryka wyciągnie z nich ostatniego kwodra[5] i ostatni żywy gnat, a jak przestaną jej być potrzebni, puści ich na paszę z kwitkiem! Nie ja zresztą będę płakał nad nimi! — zaśmiał się.
— Jakież wiadomości z wojny? — nie lubiła jego urągań Polsce i rodakom.
— Zwykłe: Niemcy, piorą i piorą koalicję aż wióry lecą — zatarł ręce. — Byle jeno zdążyli skończyć wojnę, nim Ameryka zdoła przerzucić swoje posiłki.
— Obawiasz się tej przewagi sił? — wparła w niego zaniepokojone oczy.
— Nie, nie, bo niemieckie submaryny przynajmniej połowę tych sił spuszczą pod wodę, ale wolałbym już koniec. Obawiam się różnych niespodzianek, zadługo się to już przeciąga. Że to męczy burżuazję, dobrze, ale i podtrzymuje nacjonalizmy! Niech się jednak dorzynają do końca — dodał z nowym ogniem i, odsunąwszy filiżankę, zapatrzył się gdzieś w siebie i zaczął przyciszonym głosem marzyć:
— Nadejdzie wkrótce dzień zapłaty! Nasze organizacje czekają, są już gotowe. Rewolucja czyha zaczajona i sprężona do skoku! Rosja da sygnał, zapłonie od krańca do krańca i pierwsza się weżre głodnemi kłami w burżuazyjne ścierwo! Francja podminowana, wybuchnie, jak tylko Niemcy staną w Paryżu! Już widać, jak w Anglji lordów wrzucają do Tamizy niby szczeniaki, a wielebnymi ubierają przydrożne drzewa! A tutaj, w tym niby wolnym kraju, zagrzmią takie pioruny, o jakich się ludziom jeszcze nie śniło. Jestem pewny, że na gruzach tej nowej, stokroć jeno nikczemniejszej Kartaginy, przyszłe pokolenia będą odczytywały napis: „tu był Nowy York“. A w naszej kochanej ojczyźnie, — zaśmiał się drwiąco, — pójdzie gładko. Towarzysze mają do pomocy legjony, zaufanie okupantów, ciemnotę chłopstwa i bierność burżuazji. W parę dni z endecji nie pozostanie innego śladu, prócz kup potrzaskanych gnatów. Ludzie ani przypuszczają, że w chwili, kiedy ostatnie działa wojny zamilkną, rozpocznie się dopiero prawdziwie trzęsienie ziemi. Prawdziwa wojna wyzwolenia. Cały ten gmach fałszu, zbrodni i krzywdy w proch się rozleci pod uderzeniem proletarjackiej pięści! — pienił się, porwany własnym głosem i frazesem.
— Cóż powiedzą na to zwycięskie mocarstwa? — spytała, jakby przywołując do rozsądku.
— Go to hell! z niemi! — krzyknął brutalnie. — Będą tem, czem je zrobimy, socjalistycznemi Federacjami! Nasza godzina dziejowa wybije, czeka już za progiem. Sędziami będziem my! Nie chcę już być wiecznie tropioną i szczutą zwierzyną! Pragnę i sam zapolować... Na nich teraz kolej, niechaj posmakują nędzy, głodów i kajdan! Niech posmakują życia wywołańców, a zwłaszcza niech poznają jak się umiera... — syczał z taką nienawiścią, że zadrżała. Oczy miał rozszalałe, twarz skurczoną i szczękał zębami, jakby kłami gotowemi do darcia i duszenia.
— Upijasz się marzeniami — szepnęła w tonie pobłażliwości.
— Jesteś rewolucjonistką tylko z imienia, bo wiecznie w tobie pokutuje jaśnie pani, hrabianka, która jeno z litości raczy się zniżać do proletarjatu! — rozgniewał się.
— U djabła starego — odrzuciła mocno, — a bo się zniżam; dobrowolnie i celowo się zniżam, żeby ich podnieść do człowieczego poziomu! Mam to sobie za powinność. Ale i ty, panie Toporczyku Wyhowski, kasztelanicu, robisz to samo. Robisz nawet lepiej, bo jako zawodowy rewolucjonista — skończyła ironicznie.
— Nie drwij — zakrzyczał, dotknięty tym epitetem.
— Dokończę swoich mniemań, — otóż myślę, że bez pomocy takich zdeklasowanych inteligentów, idealistów i marzycieli, jak my i nam podobni, proletarjat nie dałby sobie rady. Mógłby się zdobyć na bunty, na zniszczenie całej cywilizacji, na wyrżnięcie swoich ciemiężycieli, ale nie potrafiłby się zdobyć na stworzenie nowego, kulturalnego społeczeństwa.
— Dołoj gramotnyje. Precz z burżuazyjną kulturą! — zakrzyczał dziko — moskale mają rację — przerwał, spostrzegłszy jej zdumienie, — pomówimy jeszcze kiedyś. Muszę już lecieć, B. śpi w redakcji. Przyprowadzę go na godzinę drugą.
Wybiegł pospiesznie, ona zaś zamedytowała się o jego nigdy nieprzewidzianych wybuchach i nastrojach. Zdało się jej, że go zna dobrze i przegląda nawskroś, a przychodziły chwile, jak obecna, że dręczyła się jego zagadkowością.
Umiał przy niej marzyć, ale nigdy się nie zwierzał. Bywał niezmiernie wylany, nawet gadatliwy, a pomimo tego czuła, że nie odsłania prawdziwego dna swojej duszy. Tak, jak i swojej przeszłości, o której wspominał niechętnie i bardzo niejasno. A te jego rosnące ambicje władzy i przodowania, krzykliwa demagogja, puste frazesy, brak skrupułów, kłamstwa, zanik sumienia i pociąg do wódki przejmowały ją niepokojem i udręką. Zszargał się! Żal ścisnął jej duszę i cichy smutek zamierającej miłości przejął serca jakiemś niechętnem współczuciem.
Jeszcze kochała, lecz przedmiot kochania tracił już swój kształt wymarzonego ideału, zaczynała widzieć pod nim człowieka i zaczynała go surowo osądzać. Samo to jakoś przyszło, prawie mimowoli.
Dosłyszawszy kroki Łusi, zeszła śpiesznie na dół, do kuchni.
— I cóż Łusi powiedział adwokat?
— Powiedział: Twoja ręka warta dwa tysiące, ale żeby to była prawa i zupełnie obcięta zapłaciliby całe pięć tysięcy dolarów.
— Oddała mu Łusia mój list?
Łusia sponsowiała i, coś pilnie oglądając chorą rękę, nieśmiało objaśniała:
— Nie byłam u pana Maleszy! Poszłam, ale w kolei spotkałam Mazurkową i powiadam gdzie jadę. Załamała ręce i w głos krzyczy: do prawdziwego złodzieja cię posłali, dziewczyno, do socjalisty, do takiego, co nie wierzy w Pana Boga i trzyma z Niemcami! Przecież ten człowiek — powiada — całe Chicago wie o tem, w Krakowie pookradał wdowy i sieroty. A jak go zasądzili, uciekł z kryminału do Ameryki. I — powiada — on się inaczej nazywa, nasz proboszcz ci powie. Przyjechał tutaj, przystał do czerwonych, bo go ochraniają przed szeryfem. Tyle mnie nastraszyła, że poszłam do proboszcza. Potwierdził wszystko co do słowa i dał mi adres amerykańskiego adwokata. Com rzekła, klerk mu przełożył. Oddałam mu sprawę! Muszę przecież pamiętać o sobie, a jakby mnie okradli z tego co mi zapłacą za moją rękę, to cóżbym poczęła biedna kaleka! I z czemżebym wróciła do tatusia?
Popłakała się nad swojem kalectwem, gdyż rękę zmiażdżyła jej maszyna w rzezalni, ale na propozycję Księżniczki z radością zgodziła się jej pomagać w gospodarstwie, o ile tylko będzie mogła. W najgorszym razie mogła ją zastępować ciotka, mieszkająca przy wnukach, o parę domów dalej.
— Ale nikt o mojej robocie wiedzieć nie powinien — zastrzegała. — Klerk mi radził, aby się z leczeniem nie spieszyć i często wzywać doktora do domu. A tu jak na złość rany się prędko goją, szczęściem, że mi już te cztery palce nie odrosną — wyznawała się z rozbrajającą szczerością.
— Mazurkowa kłamie i proboszcz łże, p. Malesza to uczciwy człowiek i pierwszy adwokat w sprawach odszkodowania, odpowiedziała jej rozgniewana Księżniczka, i pobiegła na Milwaukee Ave, po różne zakupy. Obładowana sprawunkami, powracała silnie przenerwowana wilgotnem i zimnem powietrzem. Dzień był szkaradny, śnieg padał gęstemi, mokremi płatami, zalewając jej twarz i oczy, błoto rozbryzgiwało z pod kół automobilów, woda spływała z dachów na wyboiste trotuary, a te niezliczone tramwaje, przelatujące z przeszywającym sykiem, rozdrażniały ją najboleśniej. Szła też coraz wolniej i coraz częściej zatrzymując się przed wystawami sklepów. Wszędzie bowiem widniały wielkie portrety Wilsona, Paderewskiego i wielkich mężów koalicji. Nie brakowało też zjadliwych karykatur Wilhelma i jego satelitów. A wśród herbów i barw skoalizowanych narodów, wyłaniały się obrazy straszliwych zniszczeń, przerażające pola bitew, sceny wstrząsających mordów, ohydne dokumenty niemieckiego bestjalstwa, ruin, śmierci i zniszczenia. Zasię w polskich sklepach, aż ćmiło się w oczach od białych orłów na amarantach i portretów królów, hetmanów i narodowych wodzów z powstań i rewolucji. Były tam i „Olszynki“ i „Samosierry“ i księcia Józefa przewagi, i Kościuszkowskie przysięgi, i Racławice, i Grottgerowskie przesmutne mary, i Malczewskiego żałosne Sybiru wspominki i echa! Cała martyrologja narodu i zarazem cała jego duma, sława, cierpienia i wszystkie jego nieśmiertelne marzenia o Całej, Wolnej i Niepodległej! I było tam jeszcze coś więcej, — wezwanie do nowego czynu, do zapisywania się w szeregi tworzącej się armji polskiej, napisane tak mocno, podniośle i porywająco, że czytała je po kilka razy, nie mogąc się od tego oderwać. I tak idąc wolno, co krok, co dom, co sklep, wszędzie pełno było wezwań, afiszów i nawoływań do broni, do kupowania bondów wolnościowych, do składek na cele wojny, do walki z Niemcami o wolność świata, o cywilizację, o Polskę...
Przywiędłym, ironicznym uśmiechem potraktowała te szowinistyczne naganki. Cóż ją obchodziły te wszystkie ojczyzny, w imię których mordowano się po całym świecie. Wzruszyła pogardliwie ramionami. Wszak nie uznawała nawet własnej! Stopniowo wyzbywała się przywiązania do kraju. Zrywała nić po nici, aż nareszcie poczuła się wolną. Alboż nie wydrwiwała tych uczuć? Alboż nie opluwała na wiecach i zebraniach wszystkiego, co było narodowem i świętem dla jej dawnych rodaków. Powszechne braterstwo i wszystek świat, oto jej prawdziwa ojczyzna — ojczyzna z wyboru. Topór miał rację — myślała — ten stary, podły świat musi się zawalić. Zbrodnią jedynie dyszy, zbrodnią panuje i na krzywdzie człowieczej się wspiera. Ogarnęła nienawistnem spojrzeniem napisy, odezwy i portrety.
To wszystko po to — rozważała smutnie, żeby na tem gnojowisku pomordowanych mogły wyrosnąć nowe fortuny. Zasiądą do zwycięskiej uczty na trupach! Wrzała w poczuciu zgrozy tego widowiska. Niedługo w niej żyły te patetyczne refleksje, gdyż, powróciwszy do domu, musiała się zająć przyrządzaniem obiadu dla swoich lokatorów i zaproszonego gościa. I przeszkadzała rozmyślaniom stara Tekla, którą przyprowadziła Łusia, bowiem tak ją rozbolała ręka, że jęczała w swoim pokoju.
Starowina zwijała się nadzwyczajnie: wysoka, sucha jak wiór, z głową okręconą w barwną chustkę, modą podkrakowską, z twarzą woskową, niezmiernie wydelikaconą, wyglądała jakby wyrzezana w gruszkowem drzewie. Czarne jej oczka świeciły jak węgle, gadała nieustannie o polskiem wojsku i dniu wczorajszym.
— Radujecie się, jakby wam z tego co przyszło — zauważyła zniecierpliwiona.
— A ta sama szczera radość to się nie liczy? — odpowiedziała rozpłomieniona. — Jakże, toż my w tej Ameryce byli gorzej niż te Czarnuchy uważani, sam Mayor przemawia do naszych chłopaków, to nie honor, co? Wszystkie gazety chwalą i podają z nich obrazki. A jak mnie wczoraj zemgliło w ścisku i upadłam, to sam wardowy odwiózł mnie swoją karą do domu. Bywało to tak kiedy? — Gadała, snując radosną pieśń dumy. — Na mszę dałam do św. Stanisława, że to patron Polski, na intencję naszych chłopaków. A w niedzielę pójdę do Komitetu, mam ta trochę grosza, to je dam na polskie wojsko, mam jeszcze korale ze złotym krzyżykiem, dam również. Powiedziałam o tem wnukowi, a on mówi: co tylko babka ma, niech babka daje na wojsko. Jabym, mój Jezu, ostatnią żyłkę wypruła z siebie dla Polski.
— Sobczak was tak namawiał? — spytała z niedowierzaniem, gdyż był to człowiek oddany partji, rozbijacz kropidlarskich wieców i nieprzyjaciel księży.
— A Sobczak, mój wnuk, moja krew rodzona. Już się odmienił, jak ta pogoda.
Przyszli lokatorzy na obiad i, obsiadłszy stół, zaczęli jeść, opowiadając sobie przytem przeróżne wiadomości zasłyszane po fabrykach.
Czterech ich było. Tylko stary Szmid milczał, uśmiechając się z niestworzonych bajęd, jakie powtarzali.
Z głęboką ulgą odetchnęła po ich wyjściu. Drażniły ją te rozmowy, a ich gorąca wiara w Polskę, zachwyty nad wojskiem i postanowienia zapisywania się do polskiej armji sprawiały jej prawdziwą przykrość. Zwłaszcza, że wszyscy, prócz Szmida, byli to niedawni towarzysze. Nie mogła im darować dezercji.
Doczekała się wreszcie męża i p. B. Przyszli nieco spóźnieni. Obiad już na nich czekał. Tekla, mimo starości, podawała go bardzo sprawnie.
B. przyglądał się Księżniczce z ledwie ukrywanem zdziwieniem. Poznał ją, ale jeszcze nie wierzył swoim oczom. Spoglądała na niego z obrzydzeniem. I tak bardzo się zmienił, że zaledwie go poznała. Był wysoki, podobny do nieociasanego kloca; twarz miał rozlaną i czerwoną, usta od ucha do ucha, nos krogulczy, czarne rzadkie włosy pozlepiane i lśniące, łysinę przez środek głowy aż do karku, uszy szpiczaste jak nietoperz, złote binokle kryły oczy niewiadomej barwy; ręce miał zakrótkie o pałąkowatych, tępych palcach i płaskich paznogciach, które wciąż ogryzał. Mówił głosem kłótliwym, prowokującym, nie dopuszczając nikogo do słowa. Nie jadł, lecz pożerał wyzłoconemi obficie szczękami, kieliszkami też nie gardził. A przytem był bardzo ruchliwy, wesoły, dowcipny i inteligentny, o szalonej wprost pamięci i wielce wybuchowym temperamencie. Sypał anegdotami, przytaczał różne powiedzenia, cytował autorów, powtarzał całe ustępy z poetów i znał w Polsce wszystkich ważniejszych ludzi. Szeroko rozpowiadał o kraju, ludziach i wojnie. I nie zostawił suchej nitki na wrogach i na przyjaciołach. Wszystkich wykpił, opluł, zlekceważył. Z lubością prezentował swoje wartości. Co się stało w kraju dobrego — jego było zasługą. A jeśli dzieje się źle, to juści dlatego, że nie słuchają jego wskazań i rad. — Ja! Ja! Ja! — powtarzało się w tych rozmowach, jak monotonne buczenie basetli. Topora traktował przyjacielsko, ale tak protekcjonalnie i arogancko poklepywał go po plecach, że ten siniał z wściekłości i ściskał dłonie w kułaki. Księżniczka zaś, ukrywszy twarz za maską uprzejmego uśmiechu, słuchała go ciekawie, chociaż przerażał ją swoją cyniczną złośliwością. I ledwie już mogła wysiedzieć, tak bolało ją wprost fizycznie jego niechlujne chamstwo i brutalność.
Siedzieli przy stole przeszło dwie godziny. Gość gadał niepowstrzymanie, zalewając się nieustannie, ale, w miarę coraz liczniejszych kieliszków, trzeźwiał, przycichał i coraz głębiej i jaśniej ujmował przeróżne sprawy. Pod koniec, kiedy Toporowi już zamykały się oczy z nieprzezwyciężonej senności, zaczął się zwierzać, opowiadając ściszonym głosem szczegóły swego politycznego życia, tysiączne matactwa, konszachty z okupantami, podstępne targi, fałszywe umizgi do Wiednia i Berlina. Podstawianie nogi przeciwnikom na każdy sposób, choćby nawet denuncjacją i pakowaniem ich do więzień, a wszystko pod hasłami dobra ludu i Polski. Była to hazardowa gra politycznego spekulanta, budującego swoją karjerę kosztem ludu i Ojczyzny. Dawał obraz dosadny, mrożący swym egoizmem i brutalną szczerością.
Przerwała mu w jakiemś miejscu.
— O tem mniej więcej coś wiemy, ale może pan mi opowie, co się tam w kraju dzieje, jak tam przetrzymują ludzie tę wojnę, jak tam żyją?
— Żyją nadzieją, żyją zupą kartoflaną, żyją rozpaczą i żyją, bo umrzeć nie mogą. — Głos mu nabrzmiał jakiemś uczuciem jakby bólu, gdy opowiadał o ruinie Polski, o spalonych wsiach i miasteczkach, o miljonach wypędzonych na Wschód przez moskali, o miljonach zagładzanych i wywożonych na Zachód przez Niemców, i o miljonach doprowadzonych do ostatniej nędzy przez Austrjaków. W miarę opowiadania budził się w nim człowiek i Polak, zrozpaczony tragedją Ojczyzny. Widział jeno łzy, ruiny, śmierć i zniszczenie dorobku całych pokoleń. A nie było w nim już śladu partyjnika, kiedy malował niedolę mas, umierających z głodu i zimna, gwałty i nikczemności zaborców, pomory dzieci, rozbestwienie żołdactwa i całą okropną martyrologję narodu...
Słuchała z zapartym tchem, słuchała z wezbranem tęsknotą sercem i z rozdzierającą żałością.
Opowiadał prędko, dosadnie i tak plastycznie, że, chwilami zamierając z bólu, wybuchała niepowstrzymanym płaczem. A chwilami, odrętwiała z bólu, nie czując nawet spływających łez, niosła się całą duszą do Ojczyzny dalekiej, do tej wzgardzonej Ojczyzny, i cierpiała jej nędzami, płakała jej łzami, żyła jej nieszczęściem...
Ale B. opanowawszy wkrótce własną słabość, przeszedł z liryki i rozrzewnień do opowiadania o nastroju ludności. O chłopach gnijących w ziemiankach i pod ogniem armat uprawiających swoje pola, o nieugiętej postawie miast, o powstawaniu Legjonów, o wielkiej ofiarności na cele narodowe, i o dumnej woli wytrwania i przetrwania. A wybuchał szczerym entuzjazmem, rozpowiadając o szarym żołnierzyku polskim. I brakowało mu już słów, gdy kreślił jego nędzę, jego bohaterstwa, jego cierpienia, jego zwycięstwa i jego świętą, nadludzką ofiarność dla Ojczyzny.
— Tak być powinno! — porwała się rozpłomieniona. — Przecież to Polacy! Przecież to rycerze z ducha i krwi! — wołała dumnie, zagrała w niej krew praojców. — Trzeba panu było widzieć wczoraj naszych ochotników! Szli na wojnę jak do tańca! — mówiła.
Wtedy B., zajrzawszy w jej załzawione błękity, szepnął poufale:
— Pani mnie nie poznaje? Jestem B., byłem nauczycielem pani brata...
Chociaż zaskoczona znienacka, spojrzała w niego niepojmującemi oczami.
— Przecież pani jest de domo hr. Ostroróg z Wielkich Młynów?
— Niestety, myli się pan, uwiodło pana jakieś podobieństwo.
— Niemożebne! Byłem absolutnie pewny. Pierwszy raz w życiu zawiodła mnie pamięć! Niepodobna, ten sam głos, te same ruchy! — I, nie dając za wygraną, przypominał różne drobne szczegóły.
Nie dała się sprowokować.
Na szczęście dla niej, B. tak się wkrótce poczuł zmęczony, że mimowoli zasnął. Zostawili go w spokoju, przechodząc do sypialnego.
— Jakże ci się podoba? — spytał Topór, nalewając sobie wody z lodem.
— Ciekawy i zarazem moralny brudas. Opowiada nadzwyczajnie.
— Większa to świnia, niźli nawet przypuszczasz — szepnął ciszej. — Ale do takich należy jutro! Muszę z nim objechać najważniejsze miasta. Będzie mówił o kraju, podtrzyma ducha naszej orjentacji. Faktycznie bowiem my jedyni w kraju coś działamy, mamy organizację i znaczenie. Ale na to potrzeba pieniędzy!
— Mówiłeś, że przywiózł jakieś zasiłki? — przypominała zaniepokojona.
— Coś przywiózł... tak... ale od przybytku głowa nie boli. A sama wiesz, co kosztuje agitacja, broszury i wydawnictwa — zaziewał rozpaczliwie.
— Wiecznie te żebracze kolekty! Wymyślamy księżom, a robimy to samo!
— Wiesz, trupem padnę, jeśli się z pół godziny nie prześpię! Daruj! — rzucił się, jak stał, na łóżko i momentalnie zachrapał.
A i ona czuła się jakby zaczadzona, chociaż nic nie piła. Ciężyła jej głowa, brakowało tchu i ciężyła ta atmosfera, przesycona dymem cygar i alkoholem. Duszno jej było, ciasno i nudno w tym nędznym pokoiku, wszystko w nim było szare, zużyte i nad wyraz brzydkie. Jedyną ozdobę żółtawych ścian stanowiły straszliwie kolorowe kreacje jakiegoś towarzysza, pełne zielonych, zaciśniętych pięści, krwawych dymów, poskręcanych postaci i t. p. symbolów. Zajrzała do parloru, B. spał rozwalony w bujaczu; otwarte szeroko usta i śmiertelna bladość czyniły go podobnym do trupa. Przywarła prędko drzwi. Nie, nie mogła już dłużej wytrzymać, musiała zaczerpnąć powietrza, musiała choćby na chwilę zapomnieć o tem wszystkiem. I śpiesznie, jak tylko mogła, wydawszy jakieś polecenie Tekli, uciekła do miasta. Często się jej to zdarzało, że po kłótni z mężem, po tłumniejszych zebraniach, a przeważnie tylko z wewnętrznej potrzeby uciekała z domu, gdzie ją oczy poniosą.
Lubiła samotność, lubiła włóczęgi po ulicach zapchanych, przepełnionych krzykiem i zgiełkiem życia. Tam czuła się lepiej, prawie zapominając o sobie. Zasię dzisiaj wypędziło ją z domu jakieś niedające się określić obrzydzenie do własnego otoczenia. A przytem pełna była roztkliwień, rzewnych nastrojów, palących łez, utajonych, niemych wołań tamtego dawnego życia młodości, jakie się w niej przebudziły pod wpływem opowiadań B. Jakaś furja wyrwała ją naraz z tej szarej codzienności, jak huragan drzewo wyrywa i poniosła w świat dzikich szamotań i nieokreślonych marzeń. Pożądała czegoś, co nie miało jeszcze nazwania — tęskniła za czemś, czego może jeszcze nie było, albo co już dawno umarło.
Tak ją zdenerwował ten stan, że ani wiedziała, w jaki sposób znalazła się aż nad jeziorem, na Michigan Av. Noc już zapadała i ze wszystkich stron wytryskiwały potoki światła. Stężały śnieg pokrywał ulice. Jezioro wrzało głuchym, ponurym bełkotem. Z mrocznych dali zawiewał przejmujący wiatr. Fale z uporem, monotonnie a ustawicznie biły o płaskie brzegi, nastroszone zielonemi taflami potrzaskanych lodów. Bełkotliwy szum wody i wichru rozdzwaniał suche, rzeźwe powietrze. Wciągała je w piersi z rozkoszą, bo dawało posmak i zapach, jakby przemarzniętych lasów.
Automobile snuły się cichym a nie kończącym się nigdy korowodem. Na trotuarach pełno było strojnych dam. Wspaniałe wystawy lśniły przepychem i światłami.
Co chwila podjeżdżały pod sklepy automobile, wyrzucając strojne, obwinięte w futra kobiety. Trzaskały drzwiczki, otwierane przez wygalonowanych Murzynów. Brzmiały wesołe śmiechy powitań i rozmów. Wykwintne zapachy perfum rozwłóczyły się jak dymy, a czasem mroźny powiew jeziora przewiewał.
Księżniczka szła od wystawy do wystawy, przystając co parę kroków, bo przyciągały jej oczy cudowne chińskie porcelany, to brylanty, to przedziwne barwy i formy strojów, to wschodnie dywany i przepyszne futra, a wreszcie sklepy antykwarjuszów przepełnione relikwiami różnych narodów i pomarłych pokoleń. Ale najdłużej stała przed wystawą zastawioną przystrojonemi lalkami i ubrankami dziecinnemi. Zwłaszcza jakieś czapeczki koronkowe i białe, futrem okładane płaszczyki pożerała rozgorączkowanemi oczami! Odeszła z westchnieniem.
Zwolna jednak ogarniał ją błogi spokój, jakim zdawała się dyszeć ta część miasta. Bowiem wszystko tutaj znamionowało powagę i pewność siebie, zarówno ludzie, jak i budowle. Olbrzymie bloki domów miały wyniosłą dostojność kamiennych skrzyń, zapełnionych nieprzeliczonemi bogactwami. A te strzeliste drapacze o nie dających się dojrzeć szczytach wynosiły się jak myśl skamieniała w zuchwalstwie własnej potęgi. Zdawały się czuwać nad miastem, stróżując setkami rozgorzałych oczów, aż gdzieś na wzburzonych wodach Michiganu.
Obce to było dla niej miasto, a zarazem tak bliskie i tak fascynujące swoją wielkością i siłą, że sama poczuła się mocniejszą i bardziej pewną siebie. Prostowała się bezwiednie, oczy zaczynały patrzeć z wysoka, na ustach wykwitał uśmiech dumy i wyniosłości. Bez wahania też wstąpiła do najmodniejszego Tee Room’u. I, znalazłszy miejsce przy pustym stoliku, kazała sobie podać czekolady. Herbaciarnia była natłoczona najwykwintniejszą publicznością. Kilka niewielkich pokoików urządzonych było w stylu Ludwika XV, z nadzwyczajnym przepychem. Lakierowane, perłowe ściany i meble pełne były złoceń, zwierciadeł, rzeźb, kwiatów i świateł.
Kilku mężczyzn ginęło w masie kobiet niesłychanie strojnych i pięknych. Futra i perły, jedwabie i koronki, pióra i kwiaty, podmalowane, jarzące oczy, nadzwyczajne urody, wypieszczone twarze, ręce podobne kwiatom, subtelne uśmiechy, królewskie stroje, dyskretne szmery rozmów, całe symfonje zapachów, bogactwo i beztroska wypełniały te małe pokoje — były to jakby kwiaty hodowane w cieplarniach zawsze pełnych słońca i powietrza.
Przyglądała się wszystkiemu radosnemi oczami, nie zauważywszy, iż sama jest również obserwowaną. A jej sprawiała wprost fizyczną przyjemność ta atmosfera wykwintu i kultury, to oddychanie powietrzem przesyconem zapachami perfum i kwiatów. Poczuła się jak kiedyś, w starym kraju na wielkich przyjęciach i pierwszych balach. Nasycała się cichą błogością marzenia. Na domiar złudzeń gdzieś w oddalonym pokoju zabrzmiała muzyka: załkała wiolonczela i skrzypce zaśpiewały jakąś przejmującą, słodką pieśń na tle fortepianu, którego burzliwy głos przelewał się po klawiaturze z monotonnym brzękiem, jak fala, z uporem bijąca o brzegi. Cisza zapanowała i tem więcej spojrzeń zamigotało koło jej postaci. A wyglądała wyjątkowo dobrze: smukła, wytworna w ruchach, blada matową, niepokalaną bielą, płowowłosa i bardzo rasowa. Jej spojrzenia błękitnych oczów miały wyraz dumy i zarazem słodyczy. Nos orli, heroiczny, przeczysty owal, usta wypukłe i brwi czarne musiały zwracać uwagę. I miała przytem w swojej urodzie szlachetną wyniosłość. Dostrzegła wkrótce, że sąsiadki oglądają ją tak bezceremonjalnie, jak zwierzę w klatce.
Odwróciła się mocno urażona. Naraz jakaś jadowita uwaga przeszyła ją wężowym sykiem. Nie wzięła jeszcze tego do siebie. Kilka przestrojonych dam starszych, brzuchatych i straszliwie ubrylantowanych, siedzących naprzeciwko, pokazywało ją sobie oczami. Zrozumiała, że jakoś szczególnie się mą zajmują.
Niemile ją to dotknęło. Ale w dalszym ciągu jakieś złe uśmieszki, jakieś szepty i jakieś lekceważące spojrzenia obsypywały ją niby kamieniami. Zadygotała z przejmującego bólu. Co to znaczy? Dlaczego? Zalewała ją przykrość, jak paląca trucizna. Uderzyła oczami dumnej wzgardy w te rozbawione jej kosztem, jak rozumiała, twarze. Snać przeszły bez wrażenia, bo rozmowy stały się jeszcze żywsze, a jej się wydało, że teraz wszyscy spoglądają na nią ze śmiechem politowania. Nastrój cichej radości prysnął zdławiony nagłem wzburzeniem. Jej niepohamowana natura zaszarpała się jak rumak na uwięzi. Przemogła się jednak, i opanowawszy nerwy, podniosła się z miejsca spokojnie. I znowu miała wrażenie, jako nazbyt skwapliwie usuwają się przed nią, że przeprowadzają ją takiem spojrzeniem, które poczuła, jak smaganie rózeg. Ledwie już trafiła do wyjścia. Przepalał ją wstyd a upokorzenie szarpało niby pazurami. Poczuła się jakby wypędzoną, jak ostatni parjas.
Nawet dalekie, ściszone brzmienia muzyki wydawały się jej szyderczym chichotem i naigrawaniem. Na domiar jej wzburzenia, wygalonowany czarny boy, stojący przy wyjściu, ani drgnął na jej widok. Rumieniec gniewu zapalił jej policzki, wzięła to za osobistą obelgę, i naciągając rękawiczki, krzyknęła tak rozkazująco, że Murzyn z pośpiechem otworzył przed nią drzwi na rozcież...
Długo łkała przed jakąś wystawą, nim mogła pójść dalej.
— Dlaczego? — wracało ustawicznie pytanie. Dopiero zwierciadła jakiegoś sklepu odpowiedziały ze straszliwą szczerością. Oto była bardzo źle ubrana! Czerwony beret, okrycie wyświechtane rezedowej barwy, zarękawek z rudych wyleniałych lisów i takiż kołnierz dawały jej pozór bardzo podejrzany, a przytem śmieszny.
Z przerażeniem patrzyła teraz w swój obraz i tem większy gniew, ból i upokorzenie, poczucie ubóstwa i wydziedziczenia zalewały jej serce bezgraniczną, mściwą nienawiścią.
— Podłe burżujki! Podłe! — załkała. Jej człowiecza godność jeszcze nigdy nie czuła się tak strasznie sponiewieraną, nigdy.
Więc też w śródmieściu, gdzie się wkrótce znalazła, na widok stad kobiecych wystrojonych modnie i zapełniających magazyny, trotuary i wspaniałe auta, zaszarpał nią nowy paroksyzm nienawiści.
— Utuczone na krzywdzie miljonów! Wampiry! — szeptała.
Pierwszy raz w życiu poczuła klasowe różnice i spostrzegła otchłanie, dzielące ludzkość, zobaczyła nagą rzeczywistość. Była bowiem rewolucjonistką z teorji, z miłości do Topora, i z jakiejś wielkopańskiej łaski i sentymentów. Zadrżała naraz ze zgrozy i lęku.
— To straszne! straszne! — powtarzała bezradnie pobladłemi wargami.
I smutna, jak ta noc zimowa, powróciła do swojej dzielnicy. I nie poczuła się w niej lepiej i spokojniej. Ciemno się jej wydało na tych rojnych ulicach, pusto jakoś i dziwnie smutnie. Te zaśmiecone wąskie ele pomiędzy domami, te zaułki brudne, te niezliczone uliczki nasadzone domkami, jakież to wszystko było odrapane, pospolite, zaszargane i plugawe! Wszędzie snuły się tłumy szare, nędzne, zaledwie przyodziane i o twarzach przeżartych pracą, biedą i alkoholem. Sklepy pokazywały swoje nędzne wystawy, zawalone ordynarną tandetą. Na rogach ulic, po wszystkich salonach wyły ohydnie gramofony. Najpiękniejsza część Milvaukee Ave, nakryta jakby namiotem utkanym z płonących świateł, sprawiała jej wrażenie wstrętnej budy jarmarcznej. Brzydota panowała niepodzielnie i we wszystkiem, nieśmiertelna brzydota tłumów i fabryk.
Nawet dzieci, te ludzkie kwiaty, były brzydkie, o podstępnych dzikich spojrzeniach. A te wiecznie zatroskane kobiety, przystrojone w jakieś niby modne łachy, zdeformowane przez pracę, o ruchach i oczach niewolnic przejmowały ją wstrętem.
— Ohydne miasto! Juczne zwierzęta! Urodzeni parjasi — myślała, otrząsając się z obrzydzenia.
Po niektórych rogach ulic, chłopcy sprzedający gazety, wykrzykiwali tytuły jej artykułów, ostatnie wiadomości z wojny i straszne cyfry zabitych ludzi i zatopionych statków.
Tak już miała dosyć tego wszystkiego, że uciekła do domu.
Gościa nie zastała, wyszedł był razem z Toporem jak objaśniła Łusia, czytająca w kuchni półgłosem jakąś broszurę. Stara Tekla drzemała pod piecem.
— Doktór mi coś zastrzyknął i ręka przestała mnie boleć... — opowiedziała dziewczyna.
Mr. Jack był w swoim pokoju, słychać było jego kroki i skrzeczenie papugi.
W domu było zimno, wiatr chodził po pokojach i wstrętny odór przepalonych kaloryferów nasycał powietrze. Zamknęła się w parlorze i napisała wściekły artykuł pod tytułem: „Burżuazyjne klempy“. Dała w nim folgę swoim upokorzeniom dzisiejszym. Wylała cały kubeł pomyj na bogaczki, próżnujące po kawiarniach. Naturalnie, nie odbyło się bez zwykłej frazeologji: o głodnych matkach, o dzieciach ginących z zimna, o wyzysku, o tuczeniu się krwią pracujących i t. p. I aby jeszcze mocniej uwydatnić ohydę życia tych klemp burżuazji amerykańskiej, jęła wynosić i sławić skromność, pracowitość i wszelakie cnoty kobiet niemieckich.
Znacznie się uspokoiła po napisaniu, jakby jej kto krwi upuścił. Stara Tekla poniosła artykuł do redakcji. W jakąś godzinę Merda już odpowiedział:
— Nadzwyczajny, ale drukować go nie możemy — telefonował. — Amerykanka to Tabu! Dotknąć je, to znaczy, że jutro mielibyśmy zdemolowaną redakcję i przenicowane pyski. Pani dzisiejszy artykuł wywołał niebywały skandal! Prawda, poszły trzy nakłady, wolałbym jednak, żeby się go było nie drukowało. Wywołał taką wściekłość, że mi wciąż wymyślają telefonami, i grożą obiciem i szubienicą. Strachy na lachy, ale niepotrzebnie, zwłaszcza w tym czasie, rozpętaliśmy przeciwko sobie nową burzę. Well! Topór się z niczem nie liczy, a ja mogę grubo zapłacić!
Narzekał, głęboko zaniepokojony o następstwa.
Przerwała rozmowę, przysięgając sobie w rozgoryczeniu, że już nigdy nie tknie pióra.
Mr. Jack przyszedł na kolację, obiady jadał na mieście. Był dzisiaj dziwnie wstrzemięźliwy w rozmowie. Unikał jej wzroku, a przyglądał się z pod ściągniętych brwi, gdy tego nie widziała. Coś jakby taił w sobie a co, podrażniało jej ciekawość.
— Możemy dzisiaj zacząć naszą lekcję! — zaproponowała, pewna zgody.
Wymówił się wyjątkowym brakiem czasu i wyszedł zaraz na miasto. Dotknął ją ten zawód głęboko, gdyż może nigdy nie czuła się bardziej zbiedzoną i łaknącą przyjacielskiej pogawędki. Została sama w pustem i smutnem mieszkaniu, z całem brzemieniem tych przeżyć dnia dzisiejszego. Poczuła się tak opuszczoną, że chciało się jej płakać nad sobą.
Topór zatelefonował, jako z B. idzie pokazywać mu osobliwości Chicago.
— Wróci rano. Będą pili całą noc. Znam te osobliwości, — warknęła gniewnie i zabrawszy jakąś robótkę, poszła do Łucki na dół.
— Co się stało, że żaden z chłopaków nie przyszedł jeszcze na kolację?
— Nie wie pani? W sali św. Stanisława wielkie zgromadzenie! Sam biskup będzie przemawiał o polskiej armji. Tam polecieli. Tekla zostawiła im jedzenie, przyjdą później trochę, to im odgrzeję. Żeby nie ręka, teżbym poszła.
Nie pytała o nic więcej, ale Łucka, nie mogąc znieść milczenia, zagadnęła:
— Po wojnie, to państwo pewnie zaraz wrócą do starego kraju?
Księżniczka podniosła zdziwione oczy, nigdy o tem na serjo nie pomyślała.
— Tak... naturalnie... Ale wojna nie prędko się jeszcze skończy...
— Jabym w tym oczymgnieniu powróciła do tatusia. Czekają na mnie...
— A na mnie nikt nie czeka! — wyznała bezwiednie.
— O rety! A przecież w groserni u Kubikowej, powiadał, jeden z pod Wilna, że zna tatusia pani! I rozpowiadał jaki to wielki hrabia, jakie to tam ziemie, jakie pałace i jakie bogactwa czekają! I jeszcze powiadał...
— Nigdzie nikt na mnie nie czeka — przerwała jej szorstko. — Niech Łusia nie wierzy plotkom! — zakończyła tak stanowczo, że Łucka dopiero po dłuższem milczeniu zaczęła opowiadać, ale już o sobie. Jakby się spowiadała cichym głosem:
— Pani wie... Tatuś za te talary, com posłała dawniej, dokupił trzy morgi, postawił nowy dom i dwie cieliczki wziął na spłaty. Myślałam, popracuję jeszcze parę lat w Ameryce, złożę jaki tysiączek albo dwa, to znowu dokupi się pola i obórkę postawi, że wrócę już na gospodarkę jak się patrzy. A tu skaranie Boskie z tą wojną! Prawda, złożyłam sobie więcej... a teraz i za tę zgniecioną rękę też zapłacić muszą, tylko jakże to dziewczynie bez jednej ręki?... Kaleka, weźmie mnie to kto? Weźmie?... — zajęczała żałośnie, łzy błysnęły w jej bladych oczach.
— Jak Łusia zadzwoni talarami, znajdzie się niejeden — zażartowała.
— Właśnie też sobie w głowie układam, któreby to mogły być? — rozjaśniła się.
— I tak bez kochania Łusiaby poszła za mąż, za byle kogo?
— Jak sobie wybiorę, to już nie byle kogo! A ożeni się, to musi mnie kochać, przeciem nie żadna pokraka, i na gospodarkę pójdzie! Już i tutaj stara Kubikowa z groserni, raiła mi jednego od Mc. Cormicka. I jeszcze jakiego!
— Nic dziwnego Łusia będzie bogata... — szepnęła nieco zniecierpliwiona.
— Dlatego też sobie poprzebieram zanim którego wezmę. Poprzebieram! — odpowiadała z radosną dumą i poślinionemi palcami przygładzała jasne, puszyste włosy, rozdzielone nad czołem i zaczesane aż za uszy.
Księżniczka słuchała tych naiwnych zwierzeń z początku nieco drwiąco, potem ze ściśnionem sercem a w końcu z gryzącym żalem.
— Weźmie swój dział szczęścia i nie popuści — myślała. — Ale na mnie już nikt i nic nie czeka! — odpowiedziała w myślach swojej duszy i nagle wezbranej tęsknocie.
Uciekła do swego pokoju i stanęła na środku, jakby przemieniona w zdumienie.
— Był tutaj ktoś, który znał jej ojca? Może go nawet widział niedawno?
Miała szaloną chęć proszenia Łusi, żeby go przyprowadziła do niej. Nie uczyniła tego jednak i położyła się do łóżka. Słyszała jak bortnicy, jedząc spóźnioną kolację opowiadali z zapałem o zgromadzeniu; słyszała później ciche kroki powracającego Mr. Jacka. Dom zwolna przycichał; rozchodzili się po swoich pokojach, skrzypiały jeno schody, trzaskały z jękiem żelazne łóżka, i rozlegał się huk ciężkich butów, rzucanych na podłogę.
A potem szły zwolna długie godziny i przewiewały przeróżne szmery i pogłosy nocy. Wiatr z cichym jękiem obiegał dom i trącał w szyby, a jakieś echa błądziły po mieszkaniu.
Nie zasnęła ani na chwilę, bo zbudzona pamięć ojca wskrzesiła w mózgu nieskończony korowód obrazów przeszłości. Była w ich mocy, nie mogła się ich pozbyć! Olbrzymiały aż do rozmiarów widzenia. Jawiły się przed nią opromienione tęsknotą. Broniła się przed nimi! Przecież nie żałowała przeszłości. Stało się z nią to, czego sama pragnęła. Dla miłości potrzaskała pręty złoconej klatki; dla Topora poświęciła wszystko. Tak być musiało. Opuściła dom, bogactwa i ojczyznę dla stokroć większych rzeczy: dla idei, dla wolności, dla walki o prawo uciemiężonych! Napróżno jednak zatykała krwawiące rany serca watą frazesów, bolały coraz dotkliwiej i tęsknota pożerała ją do dna.
Dopiero wczesny ranek wyrwał ją z tych udręczeń i szamotań, wstawać bowiem musiała do codziennej pracy.
Topór zjawił się późno, o dużym dniu i tak pijany, że musiała go rozbierać i ściągać mu buty. Całował ją i z płaczem przepraszał, ale skoro się dotknął łóżka, zapadł momentalnie w kamienny sen.
Dzień potoczył się zwykłą koleją. Księżniczka, dzięki wyręczeniu Łusi, mogła się trochę zająć sobą. Wczorajsza przykra lekcja nie poszła na marne. Parę bowiem godzin poświęciła na penetrowanie magazynów i kupowanie.
— Jak cię widzą, tak cię piszą — zaopinjował mąż, który się właśnie przebudził, gdy mu opowiedziała wczorajsze przygody. — Istotnie, ale wyglądałaś na prawowitą rosyjską nihilistkę. Brakowało ci tylko baszłyka i kaloszy — śmiał się.
— Czemuś mi nie zwrócił uwagi? — miała żal do niego.
— Do uwag trzeba ci było dołożyć pieniędzy, a tego zrobić nie mogłem — zaziewał i nie chcąc słyszeć nawet o obiedzie, spał dalej.
Księżniczka z nakupionemi skarbami zeszła do kuchni, gdzie było najwidniej i przy pomocy Łusi i przywołanej znajomej szwaczki, zajęła się przymierzaniem i dopasowywaniem jakiejś paradnej sukni. Co chwila słychać było głos:
— My God! jaka pani śliczna! Very nice! — wykrzykiwała szwaczka zapchanemi przez szpilki wargami, opinając ją na wszystkie strony, Łusia zaś obchodziła ją dookoła, dotykała z lubością palcami fałdów sukni i szeptała z zachwytem:
— Śliczności, nie suknia! Teraz będzie pani ustrojona, jak prawdziwa dziedziczka!
Śmiała się z tych naiwnych zachwytów, ale sprawiały jej przyjemność.
O zmierzchu przyszło kilku najbliższych przyjaciół celem ułożenia programu massmeetingu, jaki mieli urządzić w najbliższym czasie.
Topór jeszcze leżał w łóżku, obsiedli go, robiąc jeneralną naradę i kłócąc się zawzięcie o treść rezolucji, jaka powinna była być uchwalona. Merda najczęściej zabierając głos, usilnie zalecał ton umiarkowany, niedrażnienie przeciwników politycznych a zwłaszcza władz amerykańskich. Mr. Koohn, młody człowiek o zapalczywie zakrzywionym nosie i grubych murzyńskich wargach, najgłośniej wrzeszczał, żądając rezolucji, twardo przeciwstawiającej się kapitalistom, prowadzącym wojnę, naturalnie kapitalistom Ententy. Dwóch towarzyszów siedziało w poważnem skupieniu, słuchając z powagą. Topór czuł się w rezerwie, a w stosownej chwili zaproponował, że napisze zupełnie nową deklarację i przyniesie na zebranie.
— I nie możemy jej uchwalić bez aprobaty naszego gościa z Europy — tłumaczył.
Rozmowa się zaogniła. Merda już na dobre kłócił się z Mr. Koohnem. Obaj wrzeszczeli aż się rozlegało po całym domu. Uciszyło się nieco, gdy im Księżniczka przysłała czarnej kawy i butelkę likieru. Wtedy dopiero dwaj milczący towarzysze, jęli powstawać nietylko przeciwko rezolucji, ale przeciwko zwoływaniu massmeetingu. Zwłaszcza starszy, prawdziwy robociarz i człowiek ostrożny, mówił:
— Wszystkie rezolucje są niepotrzebne, bo tak czy owak występują przeciw Ameryce, a my robotnicy możemy za to ciężko zapłacić. Panom wszystko zajedno, uciekniecie i już. A nas powyrzucają z fabryk! Przecież już głośno mówią, że nasza partja jest na niemieckim żołdzie! Najlepiej byłoby siedzieć cicho.
— Wczoraj — zabrał głos drugi — Mysiakowi rozbili cały Shop, że go nie zamknął na czas pochodu i tak samego sprali, że wzięli go do szpitala przypadkowego. Naszych gonią z fabryk jak Niemców i prześladują na każdym kroku.
Rozmowa potoczyła się na nowe tory, gdyż robociarze stanowczo sprzeciwiali się urządzeniu masówki, dając przytem tak mądre racje, że i Merda przeszedł na ich stronę. Mr. Koohn aż zapluł się cały, napróżno starając się ich przekonać, gdy naraz zabrzęczał telefon i ktoś wystraszonym głosem meldował, że na redakcję napadł cały tłum, wszystko rozbija i szuka redaktorów.
— Spodziewałem się tego — zaryczał Merda, wybiegając wraz z robociarzami.
— No, co teraz będzie z nami? Co będzie — wrzeszczał nieprzytomnie Mr. Koohn, nie mogąc znaleść kapelusza i równocześnie napróżno poszukując drzwi.
Topór zaczął się gorączkowo ubierać.
Wpadła przerażona Księżniczka.
— To za twój artykuł — krzyknął. — Gdzie, psiakrew, nogawki!
— Mogłeś go nie drukować, prosiłam o to! — odparła oszołomiona, nie wiedząc co począć.
Szwaczka prawie zdzierała z niej przymierzane szaty.
— Zawsze masz rację, za którą ja gorzko płacę! Cholera, gdzie moje buty! Dobrze, że nas nie capnęli! Ładniebyśmy wyglądali! — dyszał schrypniętym głosem.
Pobiegła do telefonu, redakcja nie odpowiadała, przerwano połączenie.
— Możeby kogo posłać, dowiedzieć się, co się tam dzieje? — zaproponował nagle.
Pochwyciła na głowę chustkę Łusi i bez słowa wybiegła na ulicę.
Topór ubrał się nareszcie i pogasiwszy światła, chodził od okna do okna, ostrożnie wyglądając na wszystkie strony. Stary to był gracz i w mig się zorjentował.
— Idjoto! Mogą cię tutaj nakryć! Wiedzą o twojem legowisku! — powiedział sobie, i podarłszy jakieś papiery, a inne schowawszy do kieszeni, zapakował w mały kufereczek najpotrzebniejsze rzeczy, wziął ze sieni długie palto Mr. Jacka, nacisnął na uszy jego sportową czapkę i zeszedł do kuchennego wyjścia.
— Łusia powie pani, że poszedłem do brata, pani wie... Jutro powrócę.
Wyjrzała za nim, zamajaczył na śniegach i przepadł gdzieś na pustych placach.
Księżniczka wpadła jak huragan i po relacji Łusi, szepnęła gorzko:
— Pozostawił mnie samą... podły... a może musiał... może powinien się był schronić. — Zaczęło go bronić jej serce, ale była tak roztrzęsiona i zaskoczona temi niespodziewanemi wypadkami, że w końcu nie wiedziała już co myśleć i co robić.
Mimowoli pozapalawszy wszystkie światła, chodziła po całem mieszkaniu w coraz większym niepokoju o męża i towarzyszów. Wprawdzie w redakcji nie zastała nikogo, prócz porozbijanych stołków, podartych papierów i paru wybitych szyb. Cały tłum poleciał szukać redaktorów, a drugi, zwiększający się co chwila pod redakcją, zachowywał się groźnie, wył przekleństwa i walił w dom kamieniami.
Nie strach ją obleciał, ale poczucie jakby swojej wielkiej winy.
Przeczytała te swoje nieszczęsne notatki od początku i najuważniej. Nie znalazła w nich nic karygodnego! Przecież od tylu lat wypisywała to samo po artykułach i głosiła w przemówieniach publicznych.
— Dlaczegóż się teraz wściekają? To księża podbechtują to głupie stado — myślała.
Trzasnęły drzwi do sieni, zatrzęsła się z dziwnej trwogi, lecz równocześnie wydobyła z szuflady nabity rewolwer i podeszła do okna. Jacyś ludzie czernieli przed domem. Wszedł na to Mr. Jack, blady był, uroczysty, z rozgorzałemi oczami.
Niezmiernie ucieszona, opowiedziała mu dzisiejsze wypadki.
— Właśnie po to tutaj jestem, żeby się pani nic złego nie stało.
— Wiedział pan o tych awanturach?
— Frank mnie uprzedził. Przyleciał wraz ze mną na obronę pani — wyjrzał oknem. — Już się zbierają. Proszę być spokojną, dam sobie radę z tym tłumem. Tylko nie ręczę za gnaty mr. Topora. Niechaj natychmiast ucieka!
— Już go niema w domu, — przyznała ze wstydem.
— Spodziewałem się tego! — powiedział z przykrym dla niej naciskiem.
Naraz szyba od strony werandy rozprysnęła się w kawałki, grad kamienny posypał się do parteru i straszliwy, złowróżbny wrzask zatargał domem.
— Śmierć niemieckim szpiegom! Dawać Topora! Zlinczować zdrajcę! Na gałąź! — ryczały jakieś potężne głosy i skłębiony, rozsrożony tłum rzucił się na dom.
Księżniczka uciekła w głąb domu a mr. Jack, skoczył na piętro do swojego pokoju a po chwili zjawił się na balkonie nad werandą powiewając gwiaździstym sztandarem i krzycząc ze wszystkiej mocy.
Na ten nieoczekiwany widok, tłum się zatrzymał, przycichły na mgnienie groźby i świsty, że głos Jacka dał się już wszystkim słyszeć. Zapewniał ich na honor Amerykanina, że w tym domu niema szpiegów niemieckich, bo tutaj mieszka on, Jack Brown.
— Prawda! Znamy go! Od Mc. Cormick’a. Nasz Boss! — zrywały się tu i owdzie głosy.
Tłum się zawahał i nie napierał, chwiejąc się w różne strony, jakby zatargany, sporami i kłótniami, jakie nagle powstały. Zawziętość pryskała, ten i ów machał ręką, nawet podżegacze nie wiedzieli, co robić dalej? Skorzystał z tego momentu Jack, i okrywszy sztandarem balustradę niby gwiaździstym płaszczem, zwisającym niemal do samej ziemi, zakrzyczał groźnie:
— Kto znieważy ten sztandar, znieważy Amerykę!
Tłum się rozproszył, zwłaszcza że i Frank puszcza wiadomości o nadciąganiu policji.
Mr Jack znalazł księżniczkę w sypialni, siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach.
— Już po burzy, — odezwał się, stając w progu. — Jest pani bezpieczna.
— Czemże się panu odwdzięczę, — głos miała niby przełzawiony. — Przysięgam, że w obronie byłam gotowa nawet zabijać — pokazała rewolwer. — Oszczędził mi pan tej strasznej konieczności. Ale ten motłoch jest okropny! — wstrząsnęła się.
— Nie można ludzi prowokować w ich uczuciach i wierzeniach.
— Nie zna pan powodów. Oni stokroć gorzej obchodzą się z nami!
— Czytałem artykuł Topora. Frank przetłumaczył mi go dosłownie.
— Więc pan przyzna, że niema w nim nic, prócz trochy drwin i żartów.
— Znacznie, znacznie więcej i, gdyby podobny artykuł napisał Amerykanin, jużby wisiał. Któżby się z pomiędzy nas ośmielił w takiej chwili, jak obecna, wymyślać własnej Ojczyźnie? Chyba warjat lub zdrajca! Jakże, w samym ogniu walki o niepodległość załatwiać partyjne rachunki! W przeddzień zmartwychwstania ojczyzny pluć na własne wojsko! Wyśmiewać bohaterów, dobrowolnie idących na śmierć! Najwznioślejsze poświęcenia nazywać głupią donkiszoterją! Święty ogień patrjotyzmu zalewać błotem! Kopać walczących o wolność? To się nie mieści w mojej twardej, amerykańskiej głowie ani sercu! Mało was znam, ale zdaje mi się, że tego nie napisał Polak, — zawahał się chwilę — to musiała pisać zdradziecka ręka i za niemieckie pieniądze! — uderzył.
— Przysięgam, że nie za niemieckie pieniądze — zerwała się, jakby ogarnięta nagłem szaleństwem. — Przysięgam panu! — wołała najuroczystszym głosem i w tym porywie szczerości chciała się już przyznać do autorstwa, powstrzymał ją jakiś wstyd i prawie strach przed nim.
— Wierzę pani — zaszeptał łagodniej. — Nie rozumiem jednak, że pani pozwala pisać mężowi takie okropności — ubolewał wsparty o drzwi.
Podrażniło ją to jakieś opiekuństwo i litościwy ton głosu.
— Więc powiem otwarcie, że to ja napisałam ten artykuł, mąż go podpisał tylko, przyznała się szczerze znajdując jakąś gorzką przyjemność w udręczaniu siebie i jego, że gotowa była do Bóg wie jakich wyznań i samobiczowania.
— Pani... pani... pani... — powtarzał przygasającym głosem. Oczy mu pociemniały a twarz jakby ścinał mróz, tak pobladła i tężała.
Patrzył w nią ze współczuciem.
— Musieli panią strasznie pokrzywdzić rodacy — skłonił się i odchodził.
— Mr Jack! — zawołała, szarpnięta jego niemą rozpaczą.
— Wierzę pani, że to nie za niemieckie pieniądze! Tylko że nie rozumiem pani, nie wiem kto pani jest? — wyznał i, nie odebrawszy odpowiedzi, odszedł.
Dobił ją ten głos przesmutny. Zabrzmiał w niej niby dzwon żałoby. Nie myślała teraz o awanturach, niedawnem niebezpieczeństwie i wrzaskach tłumów, do tego była przyzwyczajona oddawna. Przeszło, nie pozostawiając w pamięci głębszego śladu. Ale jego bolesne wyrzuty i jego szczery ból, oto co ją przejmowało, nie dając ani chwili spokoju. Siedziała wciąż na dawnem miejscu, a te jego twarde słowa, niby uderzenia bokserskiej pięści, waliły ją po głowie, rozbijając gmachy jej wierzeń i krusząc jej serce rewolucjonistki.
Łusia pozasłaniała wybite szyby i przyszła do niej.
— Proszę pani, chłopaki poszły do baru na kolację, bo już późno.
Porwała się i opadła z powrotem, głos Łusi przebrzmiał w niej bez echa.
Obudziła się rano o zwykłej godzinie, nie mogąc sobie przypomnieć, kiedy się położyła. Mąż jeszcze nie powrócił a wczorajszy dzień już przysłaniały mgły oddalenia! Ileż to znacznie cięższych burz przeżyła! I także przeszły bez śladu. Tylko słowa Jack’a wciąż powracały do pamięci. Rozważała je teraz w spokoju, w trzeźwem świetle dnia i rozumu. Śmieszne się jej wydały i naiwne. Znała je oddawna mówione i pisane we wszystkich językach świata. Przecież on powtarzał je niby echo, nawet nie wiedząc o tem. I pomijała już z pewnem lekceważeniem te naiwne wynurzenia, ale nie mogła zapomnieć tonu, w jakim były wypowiedziane, tonu szczerości, entuzjazmu i głębokiej wiary. I wzruszyła się jego zapalczywością. Była mu wdzięczną za obronę. Z tkliwością podziwiała w nim tę jakąś młodą drapieżność. Szlachetnym się jej wydał.
Cały dzień snuł się jej w pamięci pomimo trosk i groźnej niepewności jutra. Była nawet przygotowana, że jakaś konieczność może ją wyrwać z Chicago i rzucić gdzieś w nowe strony. Jak to już nieraz bywało w jej życiu...
Topór nie dawał znaku o sobie, natomiast o zmierzchu wsunął się Merda z bardzo trwożącemi wiadomościami. Był zgnębiony i prawie w rozpaczy; zapalając ustawicznie gasnące cygaro, napomykał o konieczności ukrycia Topora na jakiś czas, dopóki się nie uspokoi opinja.
— Well, osaczeni jesteśmy, jak dzikie zwierzęta w kniei. I wie pani, zabrali z drukarni resztę nakładu i spalili go na ulicy. Tropią nas jak bandytów.
— I wszystko za ten artykuł! — westchnęła szczerze zmartwiona.
— Właśnie — podchwycił gorąco. — O tem chcę z panią pomówić. Odwołać go już nie można, ale trzeba go w jakiś sposób wyjaśnić. Musimy dać satysfakcję obrażonym ochotnikom, bo inaczej gotowi, jak obiecują, rozbić mi drukarnię.
— A jeśli tego nie zrobię? — rzuciła, jakby bawiąc się jego kłopotami.
— Well, to jestem zrujnowany i mogę się powiesić — wyrzekł ponuro. — W ten bussiness włożyłem swoje przekonania, ale jeszcze więcej kapitału. A tego stracić nie mogę! Przyszły takie okoliczności, że pod grozą zagłady nie można walczyć przeciwko prądowi. Zrozumieli to dobrze nasi niemieccy towarzysze i, odłożywszy na później porachunki partyjne, walczą za ojczyznę i słuchają Kajzera. Cały świat ich podziwia a Niemcy wielbią. Droga dla nas wytknięta, musimy nią pójść albo stracimy stanowisko, zdobyte całemi latami pracy. Topór zgadza się ze mną. Napisze pani sprostowanie? — prosił, całując ją w rękę.
— Wszystko mi już jedno, napiszę co chcecie, mam już dosyć polityki.
— Dam w jutrzejszym numerze. Żeby pani ułatwić, przyniosłem rodzaj konspektu...
— Któż to wyszczekał? — spytała, czytając notatkę. — Pewnie mr. Koohn?
— Well, nawet nieproszony. To mądry żydziak, w mig zwąchał sytuację...
— Poznać osła po ryku! Ale za bezczelna, wzbudzi politowanie, trzeba z godnością.
— Słusznie Topór powiedział, że pani to zrobi najlepiej — mruczał radośnie.
Obudziła się w niej rasowa pisarka i w jakąś godzinę wykoncypowała coś, co było odwołaniem i nie było, co było przyznaniem się do omyłki, a wszystko razem naszpikowała bujnemi frazesami o ojczyźnie, niepodległości, dawnych walkach, potokach krwi, wylewanej od stu lat za wolność i lud i t. d.
Merda, po przeczytaniu, wpadł w taki zachwyt, że nietylko ucałował jej ręce, ale, co mu się nigdy nie zdarzało, wypłacił zaległe honorarja i dał nawet sporą zaliczkę na serję artykułów do nowego działu, jaki zamierzał otworzyć w swojem piśmie.
Po jego wyjściu ogarnęła ją bezbrzeżna apatja i obrzydzenie do wszystkiego. Wszystko stało się dla niej nienawistnem, i nużącem, i bezcelowem.
Mr Jack przyszedł na kolację o zwykłej porze, ale był niezwyczajnie milczący, blady i zmizerowany, oczy mu się gorączkowo jarzyły.
— Napisałam coś w rodzaju odwołania swojego artykułu — powiedziała otwarcie.
Rozjaśnił się i patrzał w nią z nieukrywaną wdzięcznością.
— Źle go zrozumiano, musiałam wytłumaczyć prawdziwe moje intencje — objaśniała obszerniej, starając mu się przedstawić ze strony, jakiejby pragnął.
Zrozumiał, jak chciała, gdyż po chwili się odezwał:
— Przypuszczałem, że Frank przetłumaczył mi niedokładnie. Cieszę się z tego, księżniczko. Czy to pani tytuł: „Księżniczko“? — wymówił po polsku.
— To mój „nom de guerre“. Tak mnie kiedyś przezwano w konspiracjach i to mi się przykleiło na zawsze.
— Zapewniali mnie, że ten tytuł należy się pani, — nie dowierzał jej wyjaśnieniom.
— Nie, zaręczam panu, tylko moi rodacy biorą pseudonim za tytuł i stąd nieporozumienie. Nieraz już wyjaśniałam, nie pomaga, nie wierzą. — Żeby rozwiać resztę jego uprzedzeń i dobrze go usposobić dla siebie, zapragnęła mu coś niecoś opowiedzieć o swojej przeszłości, kiedy niespodzianie zapytał:
— Ale dlaczego napadli na redakcję i dom pani?
— Partyjne dawne porachunki i fałszywa interpretacja tego artykułu.
— Prawie rozumiem, ale te obelgi i oskarżenia miotane na pani męża? — ciągnął uparcie do zupełnego wyjaśnienia.
Obruszył ją swoją natarczywością.
— Prowokatorskie sposoby do podburzania tłumów przeciwko niemiłym i zwalczanym jednostkom. — Niepodobała się jej ta rozmowa, kończąca się jakby indagacją.
Chciał jeszcze o coś zapytać, ale zaczęła sprzątać ze stołu.
— Dzieciak — myślała, gdy odszedł. — Naiwny i szlachetny, — westchnęła z żalem.
Zeszła do kuchni podawać kolację swoim lokatorom, już siedzieli przy stole, brakowało jeno Franka. Łusia właśnie pytała któregoś:
— Podobno i Nowak zapisał się na ochotnika? I, że mu pozwoliła żona?
— Sama go zaprowadziła do werbunku! A może i pięścią przymusiła?
— Herod baba! Serce ma do wojaczki! Mało się to już bijała ze sąsiadkami! Sam słyszałem jak krzyczała: żeby nie moja kiecka, pierwszabym poszła prać Niemców, i tak go wstydziła, i tak naganiała, aż go zniewoliła, opowiadał Szmid.
— Rząd płaci za każdego zabitego na wojnie żołnierza dziesięć tysięcy dolarów odszkodowania — komentowała złośliwie Księżniczka. — Nowakowa sprzedała męża, jak barana na rzeź, a tymczasem będzie brała zapomogi dla siebie i dzieci.
Jak burza wpadł Frank, czerwony, zgorączkowany i trochę napity. Na rękawie miał czerwono-białą przepaskę, takąż kokardę na piersiach i przy kapeluszu pęk wstążek w barwach koalicyjnych. Trzasnął obcasami, sprężył się przed Księżniczką i podnosząc rękę do czoła, zameldował po wojskowemu.
— Melduję pokornie, jako w sobotę się wyprowadzam, bo już w niedzielę pojadę do „Niagara on the Lake“ do obozu armji polskiej. Jedziemy w pięćdziesiąt chłopa na trzy miesiące ćwiczenia, a potem prosto na wojnę! Niech żyje Polska! — zakrzyczał z uniesieniem. — Moja fabryka do pejdy dołożyła mi dwieście talarów na ekwipunek! Psiakrew, będziemy czesali Niemców, aż się kłaki posypią!...
Zasiedli, żywo rozmawiając, słuchała ze ściśniętem sercem i podając im kolację, błądziła po tych głowach rozmarzonych bojami, jakiemś matczynem zatroskanem spojrzeniem. Rozmawiali bowiem tylko o wojnie i o znajomych, którzy się na nią wybierali; animusz ponosił ich coraz potężniej.
— A nie boicie się to, przecież tam strzelają — szepnęła z podziwem Łusia.
— Nie każda kula trafia! A trafi, to i cóż? Mam już po gardziel tego sobaczego życia we fabryce. Praca dzień w dzień i co za to? Że się człowiek raz na tydzień po pejdzie upije? Że pobrząka sobie talarami? To mi dopiero uciecha! — Wrzał Tomek, spluwając z obrzydzeniem. — Wojaczka, to mi dopiero życie!
— „Jak to na wojence ładnie, jak to na wojence ładnie!“ — zaryczał Franek.
— Cicho, musimy zaraz iść! Zabierajcie się chłopcy! — wołał któryś.
Powstali naraz, spozierając z pewnem skłopotaniem po sobie, to na Księżniczkę, przestępując z nogi na nogę, wreszcie Tomek zdobył się na odwagę i rzekł:
— Proszę pani, w sobotę się wyprowadzam, — zapisałem się do polskiej armji, — dodał.
— Ja też się wyprowadzam, — ozwał się skwapliwie drugi.
— To i ja nie zostanę w tym domu, — dorzucił z naciskiem Szmid.
— Co to znaczy: w tym domu? — wparła w niego gniewne oczy.
— Rzekło się dlatego, że mogą na ten dom drugi raz napaść, a jak nikt nie obroni — zniszczyć wszystko. Nie będą wybierali pomiędzy rzeczami, które bossa, a które bortników — tłumaczył otwarcie! — A i to jeszcze wstyd mieszkać w domu, gdzie, jak powiadają, chronią się niemieckie szpiegi. Już i tak detektywi włóczą się za nami, dzisiaj takiemu jednemu nakręciłem karku, żeby zapamiętał, że my są Polacy i z Polakami trzymamy, a nie ze zdrajcami. Nam u pani dobrze, że nigdzie lepiej nie będzie, ale takie czasy, że każdy musi się pilnować i uważać z kim przestaje.
Smagały ją te słowa, niby bicze, odezwała się jednak bardzo spokojnie:
— Szmid jest człowiek mądry, a powtarza takie krzywdzące i głupie bajki.
— Nie obnoszę ich po świecie i com usłyszał powiedziałem w oczy, — obraził się. — A czy to bajki, czy prawda, to się jeszcze pokaże! Chodźcie prędzej, chłopcy.
Po ich odejściu, zwróciła się do dziewczyny:
— A cóż Łusia zrobi ze sobą?
Dziewczyna zaczęła ją całować po rękach i wśród łez i przepraszań, zabełkotała:
— Do śmiercibym się stąd nie ruszyła! Przecież i matka nie byłaby dla mnie lepsza, ani mi to w głowie postało! Chłopaki się wynoszą, to będą drugie, bortników nie zabraknie. Tak myślałam, aż tu klerk od mojego adwokata mnie spotkał i powiada: uciekaj panna z tego domu, bo to może zaszkodzić twojej sprawie z fabryką. Jeszcze posądzą o trzymanie z Niemcami, doniosą o tem sądowi i djabeł wie, co się stać może. To cóż ja biedna kaleka pocznę? Muszę swojego dobra pilnować. Ale mi tak żal pani... — rozpłakała się rzewnie.
— Nikogo siłą nie zatrzymuję... I mnie Łusi żal, i bardzo mi przykro, że mnie tak wszyscy opuszczają — odpowiadała, ledwie się powstrzymując od łez.
Długo w nocy chodziła po mieszkaniu, nie mogąc się uspokoić, zwłaszcza słowa Szmida żarły ją niby ogień. Nie pierwszy raz w życiu słyszała podobne oskarżenia, przywyknąć do nich nie mogła. Wzdrygała się na samą myśl o czemś podobnem. Przeciwko takim oskarżeniom protestowała sama jej natura.
I nazajutrz, skoro powrócił Topór, opowiedziała mu o wszystkiem.
— Plotki te są rafinowanie podłe, ale mogą nam zaszkodzić — wydał się mocno strwożonym. — Obsaczają nas jak zwierzynę! Psy wściekłe! — zaklął.
Nadomiar jej zmartwień, to jej sprostowanie artykułu nie wywołało oczekiwanego efektu. Prasa przeciwnego obozu zbyła je grobowem milczeniem.
— A wiesz dlaczego? — powiedział Topór, kiedy o tem rozmawiali. Bo chcą nas zdusić milczeniem i bojkotem. A kto wie, czy nie szykują przeciwko nam jakiej bomby! Czuję ich przez skórę. Nie zawahają się przed niczem, byle nam zaszkodzić.
— Wiesz, wszyscy moi bortnicy wyprowadzają się jutro...
— To robota tamtych! Uciekają jak szczury z tonącego okrętu! Może to i lepiej na te czasy, nie będzie w domu szpiegów. Czy i mr. Jack się wyprowadza?
— Nie wymówił, a ja nie mam powodu pozbywania się go! — odparła żywo.
— Naturalnie, jakże się pozbywać takiego bohatera i obrońcy! — wykrzywił się.
— A bronił i obronił, kiedyś ty uciekł, pozostawiając mnie na pastwę tłuszczy!
Zakrzyczała tak dziwnie rozsrożona, że uciekł bez słowa i parę dni nie mówili ze sobą, pomimo jego usiłowań i przeproszeń. Chodziła chmurna, pełna jakichś niewypowiedzianych lęków i trwożnych przewidywań. Bała się czegoś, na co wciąż oczekiwała ze drżeniem. Posępny obłok niepokojów okrył jej duszę mrokiem.
Po wyprowadzeniu się bortników, Topór sam pozasłaniał szczelnie okna w kuchni i tam przyjmował różnych ludzi. Zjawiali się prawie co noc, mówili przeważnie po niemiecku, ale słyszała i język rosyjski. Nie wtajemniczał ją w te sprawy, ni zaznajamiał z ludźmi. Tylko nieraz musiała im gotować i urządzać spania. Nie podobały się jej twarze i cała ta konspiracja. Uspakajał ją, opowiadając o jakiejś nowej akcji międzynarodowego proletarjatu.
W innym czasie nie byłaby się zadowoliła ogólnikami, ale teraz było jej wszystko obojętne i jakby poza nią. Apatja ogarniała ją bezwładem i prawie bezczuciem. Najchętniej spędzała czas na pisaniu sentymentalnych szkiców i wierszyków dla „Krzyku“.
Nie pomagało to jednak gazetce, Merda włosy wyrywał sobie z głowy nad upadkiem pisma. Nie pomagało mu nic, nawet częste przedruki z pism klerykalnych szowinistycznych artykułów, lekko jeno przysłanianych delikatnemi kontrowersjami redakcji.
„Krzyk“ upadał. Sprzedaż uliczna była znikoma, prenumerata żadna, ogłoszenia wyschły. Bojkot celowy, systematyczny i nieubłagany niweczył wszystkie wysiłki i dusił na śmierć. Merda z towarzyszami rozpaczali, ale Topór przyjmował to z dobrze maskowaną obojętnością.
Wojenna burza szalejąca w kraju, znosiła ich statek na mielizny rozbicia.
Najgłębiej odczuwała to Księżniczka swojemi przesubtelnionemi nerwami. Czuła się bowiem coraz bardziej otoczona wrogiemi siłami. Nawet mr. Jack, stał się jakiś inny, zimniejszy i powściągliwszy w stosunkach. Widywali się przy śniadaniach i kolacjach, prawie nie rozmawiając — ją powstrzymywała duma od zwierzeń i zapytań, a on, wymawiając się brakiem czasu, spiesznie odchodził i... całe wieczory przesiadywał w domu. Rozmawiał z papugą i godzinami spacerował po mieszkaniu. Ileż razy pragnęła żeby zeszedł do niej, a nieraz już była na schodach i otwierała usta aby go przywołać, zawsze w ostatniej chwili brakowało jej odwagi, albo przeszkodził mąż. A w domu mroziło pustką i tak strasznie czuła się samotna i opuszczona. I na mieście nie było jej lepiej, gdyż wszędzie zdawała się spostrzegać jakby zmowę przeciwko sobie. Po sklepach, a nawet i po znajomych domach spotykała nieufne spojrzenia, zimne przyjęcie i surowe, ponure twarze. Odczuwała to jak straszną zniewagę i nie mogąc zrozumieć powodów, coraz bardziej odsuwała się od ludzi, stroniąc nawet od zaufanych towarzyszów.
A do tego i te zimowe dnie były bardzo przykre: zimne, lodowate deszcze, wichry i śnieżyce panowały naprzemian w ulicach. A jakby na przekór tej zmiennej i obrzydliwej pogodzie, Chicago wrzało jak nigdy, szalonym ruchem i niesłabnącym ani na chwilę zgiełkiem. Codziennie grzmiały trąby, biły bębny i dudniała ziemia od ciężkich kroków maszerujących wojsk, a wciąż wśród nieustających entuzjazmów i olbrzymich tłumów. Codziennie i w stu miejscach naraz odbywały się wrzaskliwe, tłumne mityngi! Codziennie odbywały się jakieś huczne, manifestacyjne pochody, jakieś zebrania po placach, jakieś mowy po rogach ulic, jakieś zbiegowiska! Nieraz wśród nocy rozlegały się wściekłe gonitwy za szpiegami, lub rozbijanie niemieckich sklepów. A wszystko razem drażniło ją okropnie, podniecając jednocześnie do tego stopnia, że całe dnie spędzała na ulicach w tych wrzaskach i ciżbach. Zwłaszcza dziwnie ją pociągały stacje werbunkowe do armji polskiej. Przed jedną z nich wystawała nieraz po parę godzin.
Biuro było urządzone w sklepie od ulicy. Wielki biały orzeł, otoczony chorągwiami, wisiał nad wejściem. Oślepiający wieniec świateł pokazywał go już z daleka. Żołnierze z karabinami na ramionach trzymali straże u drzwi, poza któremi widać było ogromną salę o ścianach udekorowanych w portrety, narodowe barwy i girlandy zielone. Przy długim stole siedzieli oficerowie werbunkowi w błękitnych, zawiesistych rogatywkach. Kilka pań z odznakami Czerwonego Krzyża kręciło się między wchodzącymi. A wchodzili nieustannie młodzi i starzy, kobiety i dzieci. Całe zaś tłumy zalegały trotuar i część ulicy. I co pewien czas, na widok wchodzących a już przystrojonych w oficerskie odznaki, wybuchały grzmiące brawa, świsty i radosne krzyki.
Atmosfera była gorąca, rozmawiano tylko o Polsce, wojsku i tych, którzy się zapisywali na służbę ojczyźnie. Jakieś staruszki, przepychające się przez tłumy całemi godzinami, składały na ręce oficerów ostatnie grosze dla Polski.
Księżniczka całą duszą chłonęła te nastroje i przejęta patrjotycznym ogniem, zaczynała marzyć o Ojczyźnie, o walce za nią, i o życiu dla niej. Czepiła się jej myśl zapisania się do Czerwonego Krzyża, myśl tak uparcie nurtująca, że stawała się niezwalczonem pragnieniem. Wszystko co było przypomnieniem teraźniejszości, odpędzała jak złe psy, nie chciała nawet pamiętać, tak ją porywało to jakieś nowe, wielkie i wolne życie.
Któregoś dnia dojrzała w tłumach mr. Jacka, nim jednak zdążyła się przed nim ukryć, zobaczył i przedarł się do niej z radością.
— All Right! Doskonale idzie werbunek! Tak być powinno — wołał z zapałem.
— Tak być powinno — powtórzyła jak echo.
Wydostali się z tłumów. Podała mu rękę, zmierzając do odejścia.
— Podwiozę panią do domu. Mam swoją fabryczną maszynę — proponował.
— Chciałam się trochę przejść... może być panu nie po drodze...
— Tam mi po drodze, gdzie pani każe... — prosił serdecznym tonem.
Auto stało w głębi ulicy, usiadła przy nim zażenowana i zarazem zadowolona.
— Gdzie pani chce, może nad jezioro?
Skinęła potakująco, uderzył w nią pęd powietrza pomimo szyby. Milczała.
Śnieg padał suchy i gęsty. Zamykano już sklepy, światła przygasały, coraz mniej ludzi snuło się po trotuarach, tylko auta, jak wielkie szare żuki przemykały nieustannie i na wszystkie strony. Gdzieś górą, huczały pociągi niedojrzane w białych, spływających tumanach.
Prześlizgiwał się ostrożnie jak wąż, kluczył spokojniejszemi stronami, aż dopadł parku Lincoln. Znaleźli się jakby w lesie zasypanym śniegami, na białych, puszystych drogach, w głuchej ciszy i pod obwisłemi pod okiścią drzewami. Po chwili zagrało im jezioro. Przystanęli nad wybrzeżem.
Potrzaskane zwały lodów piętrzyły się długim pasem. Wicher szamotał się z jeziorem. Fale z rykiem i pluskiem przewalały się całemi górami, biły o lodowe zwały, ciskały się ze wściekłem wyciem na brzegi i rozbite, zmiażdżone, powracały mrzeć z jękiem w głębinach. Bełkotliwy, niemilknący krzyk jeziora przejmował dreszczem. Wiatr wdzierał się do parku i jął otrząsać drzewa.
— Jedźmy dalej. Smutno tutaj i zimno.
Pomknęli aż do Eveston, nieskończenie długiemi avenues, tak zasypanemi śniegiem, że z pod białych drzew zaledwie mżyły światła i czerniały zarysy domów.
Przypomniało to jej polską zimę tak żywo, że prawie bezwiednie zaczęła opowiadać o polskiej zimie, o kuligach w sto sań, z kapelą na przedzie, pędzących na złamanie karku wśród brzęku dzwonków, trzaskania biczów i łun pochodni, przez osypane, głuche bory, przez drogi zawiane, przez wsie podobne do śnieżnych grobli, przez pola niby stepy bezbrzeżne i pod niebem mroźnem i wyiskrzonem gwiazdami. O najeżdżaniu po drodze dworów sąsiedzkich, o tańcach szalonych do upadłego, o zabawach, trwających dni parę, o tem życiu bujnem, rycerskiem i dzikiem — o życiu dawnej szlachty polskiej.
Opowiadała z taką plastyką, barwnością i przejęciem, że zatrzymał maszynę i zawisł oczami na jej ustach, żeby nie stracić ani jednego słowa, rozgorączkowany jak ona i przejęty jak ona.
Śnieg ich zasypywał, nie wiedzieli o tem. Czar ich ogarnął, że zapomnieli o sobie, o świecie, o wszystkiem.
Oprzytomniała w jakiejś chwili i rozglądając się, szepnęła z lękiem:
— Gdzie jesteśmy? — stali w jakimś parku pod ośnieżonemi drzewami.
— W Eveston! Opowiada pani cudownie i cudowne rzeczy! — wyznał gorąco.
— Wracajmy! późno, po dziewiątej — spojrzała na zegarek. — Zimno mi!
Popędził jakby na przełaj, jakiemiś zgoła nieznanemi sobie ulicami, a tak pełen czarów tego opowiadania, że z trudem się orjentował.
— Bardzo panu dziękuję! — powiedziała, kiedy przystanęli przed domem.
— Nie zapomnę tego spaceru nigdy! — pocałował ją w rękę.
— Będę czekała z kolacją — rzuciła, wchodząc na werendę.
— Nie zdążę... proszę na mnie nie czekać... — zawołał zakłopotanym głosem.
W domu nie zastała nikogo, tylko w parlorze, na stole leżała gazeta, wychodząca w jednem z miast na wschodzie, leżała na wierzchu innych, jakie codzienna poczta przynosiła całemi dziesiątkami! Otworzyła ją machinalnie, z przyzwyczajenia i utknęła, jakby nagle sparaliżowana, oczami na wielkim tytule, wydrukowanym grubemi czcionkami przez całą szerokość gazety.
Cofnęła się gwałtownym wysiłkiem, trwożnie rozglądając się po pokoju: elektryczność świeciła jasno, meble stały na zwykłych miejscach i z jej portretu patrzyły, jak zwykle, jej własne, błękitne oczy.
— Więc jeszcze nie zwarjowałam! — wykrzyknęła, lecz, jakby nie dowierzając, poszła do sypialni, zdjęła kapelusz, rozebrała się z okrycia, poprawiła włosy przed lustrem i, przypudrowawszy rozgorączkowaną twarz, rzuciła się pędem do parloru i znowu przeczytała: „Przywódca Czerwonych, St. Topór, na żołdzie niemieckim“.
Tak brzmiał sam tytuł i pod nim mrowił się długi artykuł a raczej akt oskarżenia, zarzucający Toporowi, że przed laty wypędzony był z partji za bandytyzm, że wykradł jakąś księżniczkę wraz z kasą jej ojca, że, że i że bez końca. Słowem cała kryminalna kronika, całe morze błota, łajdactwa i nikczemności. Autor przysięgał, że na sądzie udowodni wszystkie zarzuty autentycznemi dowodami.
Oskarżenia były straszne, ale zarazem brzmiały tak fantastycznie i tak były ordynarnie napisane i niezdarnie zgrupowane, że musiały budzić wątpliwości. W końcu autor zapowiadał dalsze i szczegółowsze rewelacje.
Księżniczka czytała ten artykuł kilka razy z rzędu, jakby wbijając sobie w pamięć każde oskarżenie zosobna. Wiedziała ile w tem partyjnej zaciekłości, przesady i kłamstwa, ale ta część prawdy, jaką wyłowiła z oskarżenia, zwaliła ją z nóg. Pochwyciła ją bolesna febra, że nie mogła zacisnąć zębów ni ustać spokojnie na miejscu. Zapiekłe łzy paliły ją pod powiekami.
— Zdrajca, bandyta i szpieg! — powtarzała zbielałemi ustami.
I dawne podejrzenia, dawne niedowierzania, różne tajemniczości, jakiemi się otaczał, kłamstwa, jakiemi się nieraz bronił przed jej sumieniem, pogłoski, które przyjmowała ze śmiechem a nawet i oskarżenia przeciwników, do których nie przywiązywała żadnej wagi, zamrowiły się teraz w jej pamięci, obłażąc ją niby wstrętne robactwo, z którego się nie mogła otrząsnąć. W tem świetle piorunu, jaki w nią uderzył, zobaczyła naraz wszystko w przerażającej jasności.
— To nieprawda! To wszystko nikczemne oszczerstwo! — zaprzeczała jakby samej sobie. Zapadła potem w ciężką, rozpłakaną wewnętrznie niemoc.
Godziny wlokły się wolne, długie i nieubłagane. W szyby niekiedy trącał wiatr, czasem zaglądała noc zaśnieżona, czasem zaś spływały po nich jakby zastygające, ciężkie łzy. Zimno się zrobiło, więc okryta, czem tylko miała, wciśnięta w głęboki kolebacz, pozwoliła swobodnie płynąć łzom swoim i żalom i przypomnieniom. Kochała go! Bandyta — odpowiadał z głębi jakiś głuchy, ponury głos. — Kochała go! Szpieg! Kochała go! Przeniewierca! — odpowiadały echa. I za tę bezgraniczną miłość i poświęcenie cóż jej dał? Zgryzoty, tułaczkę i hańbę! Na ruinie wszystkich ideałów, wszystkich marzeń i wszystkiego życia płakała teraz rozpaczliwie bezsilnemi łzami.
Dopiero nad ranem kuchennem wejściem powrócił do domu, niepomiernie zdziwiony, że ją zastaje w parlorze. Usprawiedliwiając się ze spóźnienia, próbował ją całować, odsunęła go, wskazując gazetę rozłożoną na stole. Przeczytał ją jednym tchem i śmiertelnie zbladł.
— Zaprzecz, jeśli możesz — jęknęła, wpijając się w niego tonącemi oczami.
— Łajdaki, szpicle, wściekłe psy! — szeptał przerażony.
— Zaprzecz! Skarż do sądu! Broń się! Zabij tego nikczemnika! — zakrzyczała.
Zwinął się niby gad nadeptany, nie mogąc jeszcze zapanować nad strachem.
— Daj mi zebrać myśli! — prosił jakimś łkającym, rozdrganym głosem.
— Takich oskarżeń hańbiących nie wolno ci puszczać płazem! To kwestja życia lub śmierci! — ostrzegała, goniąc za nim drapieżnemi oczyma: rzucał się po parlorze, szalejąc ze złości, wił się w jakichś obłędnych paroksyzmach i w twarzy grały mu błyskawice gniewów, przerażeń i nienawiści. Pragnęła wydrzeć z niego tajemnicę, chociażby kosztem życia — o szczęściu już nie myślała.
— Wszystko podłe kłamstwa — poczuł jej przyczajone, badające oczy — partyjne porachunki! Zapłacą mi za to! Polecę do Merdy, musimy się naradzić nad odpowiedzią. Nie taki djabeł straszny, jak go malują! — nabierał już pewności. — Temu durniowi się zdaje, że coś wie, dlatego grozi. W tem kryje się jakiś szantaż. Księża go zapłacili! Zgnije w kryminale! Oh, ty mój niepokalany gronostaju, — szeptał czule do żony. — Jakże mi cię żal! Moja ty księżniczko z bajki, rozumiem jak to odczułaś. Wierz mi, niema w tem ani słowa prawdy! — objął ją, okrywając gorącemi pocałunkami.
Siedziała martwa jak głaz i milcząca. Nie mogąc z niej wydobyć ani jednego odruchu współczucia, wyszedł na miasto.
Na drugi dzień po południu „Krzyk“ wydrukował jego odpowiedź. Widniała na pierwszej stronie. Była napisana z szaloną werwą i tonem drwiącym; opluwała przeciwnika, druzgocąc go pod koniec uderzeniami pięści i zapowiedzią oddania sprawy do sądu.
— Jakże ci się wydaje? — spytał Topór po przeczytaniu jej całego artykułu.
— Świetna! Ale mnie ten ogień nie pali, ani te gromy nie zabijają.
— Czegóż ty więcej chcesz? — pytał, strasznie rozdrażniony.
— Prawdy, że to wszystko kłamstwa — podniosła przesmutne, zapłakane oczy.
— Masz ją w moim artykule, resztę dopowiedzą sądy. Można z tobą oszaleć — porwał się i rozsrożył. — Plotkom wierzysz a nie mnie. Było inaczej pókiś mnie kochała.
— Było inaczej... dopókiś ty mnie kochał! — jęknęła z niewypowiedzianym żalem.
— Kocham cię zawsze, nie zmieniłem się... A jako dowód, powiem ci, że przecież tylko dla ciebie siedzę w tem ohydnem Chicago! I to w czasie, kiedy świat się cały wali, kiedy się poczyna nowa epoka, kiedy wszystkie moje instynkty rwą mnie do rzucenia się w bój! I przez miłość dla ciebie wdaję się z Merdami, z Koohnami, piję i przyjaźnię się z całą tą swołoczą. Nie utrudniaj mi życia! Sama widzisz, jak mi ciężko. Jakiś bydlak wylewa na mnie błoto całemi kubłami, gorzej nawet, bo mię tem denuncjuje, że mogą mnie lada chwila schować, a ty mnie trapisz podejrzeniami. Nie będę się łasił jak pies obity. A zresztą jakiej ci potrzeba prawdy o mnie? — duma zaświeciła mu w oczach. — Czy zabijałem? Zabijałem, potwierdzą towarzysze z bojówek rewolucji 1905 roku. Czy rozbijałem? Rozbijałem: Rogów i Mińsk Mazowiecki zaświadczą! Czy rzucałem bomby? Rzucałem! Więc i cóż? Patrzysz na mnie, jak na zbrodniarza! Nie wiedziałaś o tem? Nie robiłem tego dla poklasku! Nie mogłem się chwalić przed tobą, bo to są tajemnice nie tylko moje. I jeszcze dodam, że jeśli będzie potrzeba, unurzam się po szyję we krwi bliźnich i pół świata wysadzę w powietrze! Czy potrzebowałaś tej prawdy? Aniu, moja jedyna, mój cudzie, mój przyjacielu — rzucił się przed nią na kolana. — Zlituj się nade mną i nie dręcz, potrzebuję sił i spokoju...
Nie przemogła się, budził w niej coraz większą zgrozę i przejmował strachem. Dalszy ciąg zapowiedzianych rewelacji potwierdzał jej przeczucia. Niepodpisany autor, spokojnie popierając swoje wywody datami, nazwiskami osób i dokumentami, opowiadał: jak Topór, studjując na jednym z uniwersytetów niemieckich, okradł kasę bratniej pomocy, za co został skazany przez kolegów na wypędzenie. Tak brzmiał początek jego biografji. Groziły dalsze odkrycia.
Nie rozpacz ją ogarnęła po przeczytaniu, lecz tylko palił bezbrzeżny, rozpaczliwy wstyd, że kochała i była żoną ordynarnego złodzieja i szubrawca. Zgasła w niej ostatnia iskra nadziei, jaką, pomimo wszystko taiła jeszcze w sercu. Poczuła, że wszystko się pomiędzy nimi skończyło. Jeszcze tylko nie umiała pomyśleć o jutrze.
Ale tymczasem, opanowana żrącem poczuciem hańby i wstydu, przeniosła się na mieszkanie do pokoiku po Łusi. Rozumiał co się w niej dzieje, nie śmiał jednak się usprawiedliwiać. Żyli obok siebie jak obcy, razem jadali, unikając nawet swoich spojrzeń, wymijali nie widząc się. Coraz większa przepaść otwierała się pomiędzy nimi.
Ona stawała się podobna do posępnego widma, tylko oczy miała coraz większe i płomienniejsze, ale i Topór mizerniał z dnia na dzień, wychudł, poczerniał, żył w takiem podnieceniu, że nie mógł usiedzieć na miejscu, i po sto razy na dzień wybiegał z domu, nawet noce nie dawały mu uspokojenia.
Któregoś dnia, naładowawszy walizę wyniósł ją o zmierzchu gdzieś za plac.
Przyszłość stawała się tragicznie zagadkowa — nie rozmawiali jednak o niej. Mr. Jack, którego widywała przelotnie, powiedział jednego dnia przy śniadaniu:
— Dopiero dzisiaj ruszają nasi chłopcy do Kanady, do obozu ćwiczeń. Może pani chce ich zobaczyć w marszu? Mam swoją maszynę, możemy pojechać na kolej.
Podziękowała mu, prosząc go tylko o pożyczenie papugi.
— Nie będę się wieczorami czuła tak samotna — wyznała się otwarcie.
Przyniósł ją natychmiast i zawiesił z obręczą pod oknem w parlorze.
— Ania! Ania! Kocham cię! — zakrzyczała, siadając jej na ramieniu.
Wyszedł rozczerwieniony, nie śmiejąc spojrzeć w oczy.
Pobiegła zaraz do kościoła, zdążywszy jeszcze na nabożeństwo odprawiane na intencję polskiej armji. Nie miała tam swojego miejsca, lecz się jakoś wcisnęła pod chór. Msza odprawiała się z Wystawieniem i przy licznej asyście kleru. Śpiewał chór parafjalny i grały organy, wspierane przez amatorską orkiestrę. Główną nawę zapełniali żołnierze z oficerami i sztandarami na czele, a w bocznych i przed wielkim ołtarzem, cisnęli się co najzacniejsi obywatele.
Nastrój był podniosły i niezmiernie uroczysty. W przerwie, jeden z księży Zmartwychwstańców, wszedł na ambonę i w porywającej mowie żegnał idących walczyć, błogosławiąc ich na drogę rzewnemi łzami. A kiedy potem chór zaśpiewał „Boże coś Polskę“, cały kościół rozszlochał się śpiewem i błaganiem. Potężny krzyk wydarł się ze wszystkich piersi, wstrząsał murami i rozełkaną, gorącą, jak roztopiona lawa melodją, poniósł się ku niebu i ku tej dalekiej Ojczyźnie!
Księżniczka zadygotała, jak pod uderzeniem huraganu. Chwycił ją spazmatyczny płacz, a te głosy śpiewów zalewały jej duszę wrzącą falą niewyczerpanych łez.
Nie wiedziała kiedy wszyscy wyszli, zbudziła ją dopiero cisza i pustka.
Przysunęła się przed boczny ołtarz i tam jakby skamieniała, wpatrzona w obraz Częstochowskiej, przypadła na kolana, boć taki sam był jak w domowej kaplicy, tam gdzieś za morzami. Poczuła się, jak niegdyś w młodości. Jak niegdyś w dniach wiary, przyszła prosić o zmiłowanie, o pomoc i ratunek! I nie mogła rozpalić serca ufnością i wiarą. Słowa modlitw przesypywały się przez jej spalone gorączką wargi, niby wyschnięty, sypki piasek. Nie spłynęła na nią łaska modlitewnego żaru i uniesienia. Nie potrafiła wskrzesić w sobie obumarłej wiary.
Pomimo to wyszła z kościoła znacznie spokojniejsza, z jakiemś postanowieniem i pewną myślą, zrodzoną właśnie wśród tych modłów i płaczów.
Męża zastała w domu, — jakby wyczekiwał, gdyż podniósł na nią ponure oczy.
— Znalazłam dla nas drogę wyjścia — rozpoczęła żywo i w podnieceniu niemałem.
Spojrzał niespokojnie, robiła wrażenie nieprzytomnej.
— Wstąpisz do wojska i pojedziesz walczyć za Polskę. Zapisz się zaraz. Idź na wojnę! Służba Ojczyźnie i krew za nią przelana, maże wszystkie winy. Ja jeszcze dzisiaj zapisuję się do Czerwonego Krzyża, za miesiąc już będę na placu boju.
— Widzę, że naprawdę bzikujesz. Ja — w roli obrońcy Polski? Można zdechnąć ze śmiechu! Miewasz kapitalne pomysły! Wysyłasz mnie na rzeź, jak pierwszego lepszego osła! Każesz mi bohatersko ginąć za Ojczyznę! A cóż mnie obchodzi ta twoja Polska? I za cóż to mam wylewać krew, za jakież to grzechy, za jakie zbrodnie? I któż to mnie napędza do tego niechlujnego ojczystego chlewa? Kto! — krzyczał uniesiony gniewem.
Przerwała i nie zważając na nic, najczulszemi słowy przedstawiała konieczność tego poświęcenia, jeśli pragnie uratować ich honor i życie. Modliła się do niego wszystką mocą serca, obłąkanego nadzieją, wszystką miłością, jakby zmartwychwstałą na te ostatnie chwile. Nic nie pomogło...
— Nigdy! Nigdy! — odparł szorstko, odpychając ją od siebie. — To są panieńskie sentymentalizmy! Paznogcia nie poświęcę za żaden naród! I nie czuję się Polakiem! Jestem tylko człowiekiem. Zkądże się w tobie wziął taki nawrót do Ojczyzny? Nie poznaję cię, Księżniczko! A może byłaś u spowiedzi, a ksiądz ci nakazał za pokutę abyś i mnie nawróciła? Nie mówmy o głupstwach. Właśnie czekałem, aby ci powiedzieć, że dzisiaj w nocy jadę do Kanady, a ztamtąd do Europy. Mam już dosyć tej amerykańskiej ojczyzny producentów i konsumentów. Wyjedziesz za mną w jakiś tydzień, będę czekał na ciebie w Winnipiegu. Pojedziemy razem do Europy na zupełnie nowe, inne życie.
— Nie pojadę z tobą, ty... złodzieju i morderco! — bluznęła ze wzgardą.
Była pewną, że się na nią rzuci i zabije, czekała na to spokojnie.
Zaryczał tylko jak zwierz raniony, gniew nim zamiotał, ale się opanował i obtarłszy spoconą twarz, patrzył w nią strasznemi oczami. Patrzył długo z jakimś niemym, ciężkim wyrzutem, aż mu dwie łzy spłynęły po policzkach.
I jeszcze tej nocy wyjechał bez jednego słowa pożegnania.
— Jakbym się zamknęła w grobie! — myślała nazajutrz, chodząc po opustoszałem mieszkaniu. Nie miała już łez do wypłakiwania i jeszcze nie mogła spokojnie rozmyślać o swojem położeniu. Uderzył w nią piorun, o tem wiedziała, czuła to po ranach i bólu, nie zdawała sobie jeszcze sprawy, czy wytrzyma to uderzenie. Czuła się bowiem dziwnie rozstrojona, słaba, wyczerpana i w takim nastroju tkliwości, że zwierzyła wszystko mr. Jackowi. W miarę opowiadania, nie mógł ukryć radości, rozpierającej mu serce.
Jeszcze tego samego dnia zapisała się do Czerwonego Krzyża. Poczem zaczęła gorączkowo likwidować swoje interesy i przygotowywać się do wyjazdu.
W jakiś tydzień przyszedł list od męża, był niesłychanie czuły, błagał o przyjazd i przysłał czek na sporą sumę. Ani jej w myśli postało odpisywanie.
— Trup pisze do umarłej — wskazując list, szepnęła do Merdy, który często do niej zaglądał i bardzo poczciwie dopomagał w różnych sprawach.
— Well! Nie lubię przesady! Pani jest chora! Nie może pani pozostać w tej pustce. Jest wolny pokój w naszym hoteliku, może się pani tam przeprowadzi?
Stanowczo odmówiła.
— Przywykłam, potrzebuję samotności, a przytem za parę tygodni wyjadę.
Któregoś dnia w południe wpadł mr. Jack.
— Przyszedłem się pożegnać! — wołał, prężąc się przed nią po wojskowemu.
— Wyjeżdża pan? i na długo? — spojrzała z niepokojem, przykrą jej była ta nowina.
— Udało mi się zapisać do polskiej armji — wyznał radośnie. — Tam brakuje jednego, stanąłem do apelu, żeby go zastąpić! — dodał ciszej, prawie z lękiem.
— Idzie pan na wojnę! Bić się za Polskę! — zdumienie odebrało jej głos.
— All right! Tak, będę się bił za Polskę... głos mu się załamał, oczy zamigotały wilgotnemi blaskami, a serce gwałtownie zabiło.
Długą chwilę trwała ta niema rozmowa spojrzeń, krzyżujących się jak błyskawice, wreszcie Jack zasalutował po wojskowemu i odchodził bardzo wolno, ciężkim niezmiernie krokiem.
— Jack! Jack! Jezus Marja! Jack! — wyrwał się jej okrzyk z głębi serca i tak radosny i czysty, jak głos dzwonu. Podbiegła ku niemu z wyciągniętemi rękami.


KONIEC.



28. I. 1922. Warszawa — Kołaczkowo.



Przypisy

  1. Saloon — szynk.
  2. Warda — okręg.
  3. Ela — przejście między domami.
  4. Bortniczka — sublokatorka.
  5. Ćwierć dolara.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.