Krzysztof Kolumb (Cooper)/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Krzysztof Kolumb
Data wydania 1853
Wydawnictwo S. H. MERZBACH Księgarz
Drukarz Jan Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwik Jenike
Tytuł orygin. Mercedes of Castile lub The Voyage to Cathay
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIX.

Dzień następujący po téj rozmowie był dniem, w którym kardynał Mendoza urządził dla Kolumba wspaniałą biesiadę. Najpiérwsi panowie dworu zebrali się w zamiarze uczczenia admirała, przyjmowanego wszędzie z królewskiemi niemal zaszczytami. Genueńczyk w podobnych uroczystościach zachowywał skromne, choć pełne godności ułożenie; ale wszystkich oczy z zajęciem zwrócone były na niego, każdy jego wyraz chwytano chciwie i wyścigano się w głośném dlań uwielbieniu.

Don Luis de Bobadilla w ubiorze dworskim.

Biesiadnicy oczekiwali naturalnie, że Kolumb w téj okoliczności udzielić im zechce niektórych szczegółów téj podróży. Byłoto trudne zadanie dla odkrywcy, bo stawiało go w konieczności wspomnienia o własnych czynach, o rozumie swym i nauce, nieskończenie wyższéj od nauki współczesnych. Wszelako admirał umiał zręcznie ominąć ten szkopuł, wyświecając głównie tę stronę przedsięwzięcia, z któréj zaszczyt spływał na Hiszpanią i jéj władzców.
Pomiędzy zgromadzonemi znajdował się Luis de Bobadilla, zaproszony przez kardynała ze względu na stanowisko jakie zajmował w społeczeństwie i na przyjazne stosunki łączące go z admirałem; bo w owych dniach upojenia postępowanie Kolumba było jakby modłą, do któréj stosowali się wszyscy, nie pytając sami siebie dlaczego. Luis, w poczuciu że uczynił to, czego nikt z równych mu położeniem byłby nie śmiał uczynić, przybrał wyraz szlachetnéj powagi, zgodnéj z statecznością swych postępków. Przypominano sobie sprawozdanie młodzieńca z podróży Kolumba u don Pedra Martir, i już w wyobrażeniu ogólném postać jego zespoloną była z tajemniczą wyprawą. Dzięki takiemu usposobieniu, bohatér nasz zbiérać zaczął owoce swego czynu, w sposób którego nie przewidział. Jakże często tak bywa na świecie, iż ludzie jedni drugich potępiają albo wynoszą za rzeczy zupełnie urojone.
— Piję zdrowie jego excellencyi admirała, zawołał Luis de Saint-Angel, wznosząc puhar do góry. Hiszpania zawdzięcza mu największe z odkryć tegoczesnych, i każdy mieszkaniec tego kraju uczcić powinien wysoką jego zasługę.
Spełniono zdrowie admirała, który w kilku wyrazach objawił swoję wdzięczność.
— Sennorze kardynale, ciągnął daléj poborca dochodów kościelnych; świetny to tryumf dla religii chrześciańskiéj, jeśli zważymy ile umysłów zbłąkanych wejdzie na drogę zbawienia; bo Rzym nie zaniecha pewnie stosownych ku temu środków.
— Masz słuszność, kochany Saint-Angel, odrzekł kardynał; ojciec święty zrobi wszystko co do niego należy. Poznanie prawdziwego Boga wyszło ze Wschodu, a teraz wiara, oczyszczona objawieniem, powróci w miejsce gdzie była jéj kolébka, ale powróci przez Zachód, nieznaną dotąd drogą.
Jakkolwiek napozór pomiędzy uczęstnikami biesiady najszczérsza panowała zgoda, ułomność wszakże ludzka i tu wyszła na jaw, a zazdrość, najpowszechniejsza z ziemskich namiętności, niejedno nurtowała serce. W kole biesiadników zasiadał szlachcic hiszpański imieniem Juan d’Orbitello, którego korcił szafunek tylu pochwał na korzyść cudzoziemca.
— Czy wasza eminencya mniemasz, zawołał, że Opatrzność nie byłaby znalazła środka ku dopięciu swych celów, gdyby usiłowania don Kolumba spełzły na niczém?
— Nikt z nas, sennorze, nie śmié w tym względzie ograniczać potęgi Stwórcy, odpowiedział z powagą kardynał; ale człowiek nie powinien rozbiérać wyroków najwyższéj mądrości.
— To prawda, sennorze kardynale, odparł d’Orbitello, zmięszany nieco napomnieniem prałata; nie taki téż był mój zamiar. Pragnąłbym tylko wiedziéć, czy don Christoval uważa się za wyłącznie przeznaczonego do spełnienia tego dzieła.
— Czułem zawsze w sobie jakiś popęd tajemniczy, odezwał się Kolumb z uroczystą powagą, w którym widziałem głos nieba, i sądzę że moje usiłowania były Bogu przyjemne a ludziom pożyteczne.
— Przypuszczasz więc, sennorze admirale, że w Hiszpanii niéma drugiego człowieka, coby z równém powodzeniem dokonał wyprawy do Indyj?
Śmiałość téj jakby zaczepki zwróciła ogólną uwagę, i wszyscy z ciekawością wyczekiwali odpowiedzi Kolumba. Odkrywca przez chwilę zachował milczenie; potém wyciągnął rękę, wziął jajko z stojącego przed sobą półmiska i rzekł uprzejmie:
— Czy umié kto z was, sennorowie, ustawić jajko na końcu?
Pytanie to niepomału zadziwiło obecnych; jednakże śród śmiéchu i żartów wzięto się do próby. Lecz nadaremnie: za odjęciem palców jajko natychmiast upadało.
— Na ś. Łukasza! sennorze don Christoval, to rzecz niepodobna do wykonania, zawołał Juan d’Orbitello.
— A jednak łatwą będzie dla wszystkich, i dla ciebie sennorze, gdy was nauczę sposobu.
To mówiąc Kolumb lekkiém o stół uderzeniem spłaszczył koniec jajka, które, na obszérniejszéj spocząwszy podstawie, utrzymało się w równowadze. Powszechny poklask przyjął tę trafną naukę, a Juan d’Orbitello, zawstydzony, zaprzestał dalszéj szermierki.
W téj chwili wszedł do sali posłaniec królowéj i szepnął słów kilka admirałowi, a następnie don Luis’owi de Bobadilla.
— Królowa przyzywa mnie do siebie, sennorze kardynale, rzekł Kolumb, wybacz więc wasza eminencya, że powołany obowiązkiem opuszczam to zgromadzenie.
Kardynał odpowiedział kilka słów grzecznie-ceremonialnych i odprowadził gościa do podwojów. Admirał opuścił salę, a za nim zdążył niebawem hrabia de Llera.
— Gdzie idziesz, Luis? zapytał Kolumb młodzieńca. Czemu rzucasz biesiadę, jaką znaleźć chyba można w pałacu królewskim?
— Na św. Yago! wątpię, mój mistrzu, sądząc po zwyczajach naszego króla, aby stół jego równie był smaczny i obfity; ale stawić się muszę na rozkazy donny Izabelli, i serce moje przeczuwa, że powołano nas obu w drogiéj dla mnie sprawie. Zapewne królowa, przed zezwoleniem na związek mój z donną Mercedes, chce zapytać waszéj excellencyi o zachowanie się moje w podróży.
— W ostatnim czasie tak byłem zajęty, że nie miałem nawet sposobności zapytania cię, Luis, o zdrowie donny Valverde. Kiedyż ona nagrodzi twoję stałość?
— Nie wiem rzeczywiście co na to odpowiedziéć. Od powrotu naszego trzy razy tylko widziałem Mercedes i znalazłem ją pełną dobroci, jak zawsze; lecz ciotka moja zimniejszą była niż zwykle, i zbywała mnie półsłówkami gdym nalegał o przyspieszenie związku. Zdaje się że pragnie wprzód zasięgnąć zdania jéj wysokości.
— Nie wątpię, mój młody przyjacielu, że istotnie nas powołano w tym celu; trudno inaczéj wytłumaczyć tak nagłe i przeciwne zwyczajom dworskim poselstwo.
Młodzieniec oddawał się téj myśli z przyjemnością, i wszedł do pokojów królowéj, tak lekko i radośnie, jak gdyby stanąć już miał z kochanką na ślubnym kobiercu. Po krótkiém oczekiwaniu obaj znaleźli się wobec monarchini.
Izabella miała u siebie tylko markizę de Moya, Mercedes i Ozemę. Na piérwszy rzut oka Kolumb i Luis spostrzegli, że zaszło coś niezwykłego. W twarzach osób obecnych łatwo było wyczytać jakiś przymus nienaturalny: królowa usiłowała przybrać właściwą sobie słodycz oblicza, lecz czoło jéj było nachmurzone. Twarz donny Beatrix nosiła piętno smutku, i Luis uważał że ona odwraca się od niego, jakby mocno zagniéwana. Śmiertelna bladość powlekała piękne rysy Mercedes; oczy jéj były w ziemię wlepione i cała postać wyrażała nieśmiałość i upokorzenie. Jedna tylko Ozema zachowała wrodzoną swobodę: ożywione jéj spojrzenie niewinną malowało radość, a ujrzawszy Luis’a, którego po przybyciu do Hiszpanii raz tylko widziała w Barcelonie, stłumiony okrzyk wydała zachwycenia.
Izabella postąpiła kilka kroków na spotkanie Kolumba, a gdy ten chciał przyklęknąć, wyciągnęła doń rękę.
— Nie przystoi, sennorze, rzekła, aby człowiek tyle zasłużony podobne składał nam hołdy; jestem królową twoją, lecz bardziéj jeszcze przyjaciołką. Kardynał Mendoza niełatwo mi pewnie wybaczy, że go pozbawiam przyjemności twojego towarzystwa.
— Jego eminencya i szlachetni biesiadnicy mają nad czém rozmyślać w téj chwili, odpowiedział don Christoyal z uśmiéchem, i bardzo pewnie radzi z pozbycia się méj osoby. Lecz w razie nawet przeciwnym nie wahałbym się opuścić ich grono, dla usłuchania rozkazu waszéj wysokości.
— Nie wątpię o tém, sennorze; dziś jednak mam z tobą pomówić o rzeczach bardziéj osobistych niż publicznych. Donna Beatrix poleciła méj opiece tę młodą Indyankę, któréj powaby i przymioty korzystne o twém odkryciu dają wyobrażenie. Jakiż jéj stopień i co ją skłoniło do opuszczenia kraju rodzinnego?
— Urodzenie Ozemy, miłościwa pani, pośrednie jest między królewskiém a szlacheckiém; co się zaś tyczy przybycia jéj do Hiszpanii, o tém don Luis de Bobadilla najlepiéj waszę wysokość objaśni.
— Nie, sennorze, chciałabym wszystko z własnych ust twoich usłyszéć; z hrabią de Llera późniéj będzie rozprawa.
— Kolumb, zdziwiony tą odpowiedzią, pospieszył żądaniu królowéj uczynić zadosyć.
— W Haiti, rzekł, są kacykowie piérwszego i drugiego rzędu, czyli wielcy i mali. Guakanagari, o którym wspominałem waszéj miłości, jest wielkim kacyką, Mattinao zaś, brat Ozemy, jego hołdownikiem. Don Luis znajdował się u kacyki Mattinao w chwili napadu Kaonaba, naczelnika Karaibów, zamierzającego porwać młodą księżniczkę, która obecnie ma zaszczyt zostawać pod opieką waszéj wysokości. Hrabia postąpił sobie jak przystało szlachetnemu rycerzowi kastylskiemu; pogromił naciérających i ocaloną ofiarę ukrył na okręcie. Postanowiliśmy zabrać ją do Hiszpanii, już aby.....
— Wiem o tém wszystkiém, sennorze, ale chciéj mnie objaśnić dlaczego Ozema nie znajdowała się w gronie swych rodaków podczas przyjęcia twego w Barcelonie?
— Don Luis życzył sobie aby księżniczka pod jego strażą opuściła Palos, a ja podzielałem zdanie młodzieńca, że nie wypada wystawiać jéj na spojrzenia ciekawych.
— Byłoto słusznie po części, ale niebardzo roztropnie, wtrąciła królowa; tym sposobem Ozema przez kilka tygodni zostawała sam na sam z hrabią de Llera.
— Tak jest, miłościwa pani, do chwili kiedy don Luis powierzył ją staraniom markizy de Moya.
— Jak mogłeś być tyle niebacznym, admirale?
— Sennoro!... zawołał Luis, nie będąc już panem siebie.
— Milcz, młodzieńcze, rzekła królowa nakazująco, dopóki nie będziesz pytany. Czy nie uznajesz słuszności méj uwagi, don Kolumbie?
— Najjaśniejsza pani, pytanie waszéj wysokości i jego powody są dla mnie zagadką. Przekonany jestem o prawości młodego hrabi; wiedziałem nadto że serce jego oddawna już zajęte; zresztą, miłościwa królowo, zaprzątnionym będąc ważniejszemi sprawami, nie pomyślałem nawet o rzeczy tak mało znaczącéj.
— Pojmuję to, admirale, i tłumaczę cię przed sobą; zawsze jednak zbłądziłeś zbyteczném zaufaniem w stateczność lekkomyślnego młodzieńca. Teraz, hrabio de Llera, kolej przypada na ciebie. Czy potwierdzasz słowa admirała?
— Niewątpliwie, sennoro; don Christoval niezdolny jest do wybiegów. Dom Bobadillów, najjaśniejsza królowo, nie wykraczał nigdy przeciwko honorowi.
— Być może; lecz choćby jaki członek twéj rodziny zgrzeszył złą wiarą, to z drugiéj strony (i mówiąc to królowa rzuciła okiem na markizę) wydała ona serca poświęcone, których szlachetne przymioty godne są najwznioślejszych wzorów starożytności. Nie myślałżeś, hrabio, w tych czasach o związku małżeńskim?
— Myślałem, sennoro, licząc na najłaskawsze waszéj królewskiéj mości zezwolenie.
— Niestety, Beatrixo, zawołała Izabella, przewidywania moje aż nadto były zasadne; niewinne to stworzenie zostało uwiedzioném; bo niepodobna przypuścić aby poddany Kastylii śmiał w mojéj obecności mówić o zamierzonym związku z dziewicą dostojnego rodu, wiedząc że już należy do innéj. Największy nawet rozpustnik nie urągałby w ten sposób kościołowi i monarchini.
— Miłościwa pani, wtrącił Luis, wasza wysokość przemawiasz surowo, lecz w sposób zagadkowy. Poważam się zapytać czy te wyrzuty mnie dotyczą?
— Nieinaczéj, młodzieńcze? Daremnie się zastawiasz pozorem niewinności; sumienie własne wskazuje ci całą niegodziwość twego czynu.
— Sennoro, nie jestem aniołem jak Mercedes, ani świętym; ale, na honor rycerski, nie wiem o co tu chodzi. Bacz wasza wysokość objawić, o jaką oskarżono mię zbrodnię.
— O podstępne uwiedzenie przez ślub udany niewinnéj dziewicy, lub szydzenie z swéj królowéj, z którą mówiłeś o małżeństwie, rozrządziwszy już swoją ręką.
— A ty, moja ciotko, ty Mercedes, czy także uznajecie mnie winnym?
— Tyle mamy dowodów, że trudno zaiste nie wierzyć w twą przewrotność, odpowiedziała zimno markiza.
— A ty, Mercedes?
— Nie, Luis, odrzekła dziewica z zapałem, wykraczającym z granic powściągliwości, jaką zwykle zachować umiała w swych wyrazach; nie, Luis; nie posądzam cię o przewrotność lub podłość, lecz conajwięcéj o lekkomyślność. Zanadto dobrze znam twoje serce, abym przypuścić mogła rozmyślne z twéj strony wiarołomstwo.
— Dzięki za to Bogu i najświętszéj pannie! zawołał młodzieniec, chociaż nic z tego nie rozumiem.
— Czas już zakończyć tę sprawę, Beatrixo, rzekła królowa; idźmy prosto do celu. Przystąp tu, Ozemo, i niech świadectwo twoje usunie wszelką wątpliwość.
Młoda Indyanka usłuchała rozkazu, nie wiedząc sama dobrze czego po niéj wymagają. Rozmowa któréj była świadkiem żywo ją zajmowała; lecz Mercedes tylko, z bystrością właściwą sercom kochającym, spostrzegła grę ożywioną jéj twarzy, ilekroć królowa czyniła wyrzuty Luis’owi, lub gdy ten odpowiadał.
— Księżniczko, ciągnęła daléj Izabella, mówiąc powoli i z przyciskiem, aby Indyanka tém łatwiéj ją rozumiała; czy jesteś małżonką Luis’a de Bobadilla?
— Ozema żona Luis’a, odrzekła dziewica zapłoniona; Luis mąż Ozemy.
— To dosyć jasno, don Kolumbie, a zawsze tę samę daje odpowiédź. — Gdzież Luis cię poślubił i jakim sposobem?
— Luis poślubił Ozemę religią hiszpańską; Ozema poślubiła Luis’a miłością i obowiązkiem, jak robią w Haiti.
— To rzecz nadzwyczajna, sennoro, wtrącił admirał; jeżeli wasza wysokość pozwolisz, starać się będę o zgłębienie téj tajemnicy.
— Czyń jak ci się podoba, odparła obojętnie królowa; co do mnie, pewną jestem swego.
— Hrabio de Llera, zapytał Kolumb z powagą, czy jesteś istotnie małżonkiem księżniczki Ozemy?
— Przenigdy, szlachetny admirale. Jestem jéj przyjacielem, lecz nie myślałem nigdy o związku z kimkolwiek na świecie, prócz z donną Mercedes.
Słowa te wymówione były głosem prawdy i szczérości.
— Czy łudziłeś ją kiedy przyrzeczeniem swéj ręki?
— Nie, sennorze; szanowałem ją zawsze jak siostrę, w dowód czego dosyć jest przytoczyć, żem ją powierzył staraniom swéj ciotki i umieścił obok Mercedes.
— Podzielam w tém jego zdanie, miłościwa pani, i mogę zaręczyć, że Luis zachowywał zawsze należne słabszéj płci względy.
— Przeciw tym pięknym słówkom, sennorze, i przeciw téj cnocie sumiennéj, stawiam zeznanie Ozemy, niezdolnéj zaiste do kłamliwych wybiegów. Ty, droga Beatrixo, przyznasz mi słuszność.
— Sama nie wiem co myśléć, najjaśniejsza królowo. Luis niejednego dopuścił się błędu, lecz nigdy nie uchybił honorowi. Radabym bliżéj jeszcze wybadać Ozemę.
— Dobrze mówisz, odrzekła Izabella, w któréj uczucie gniewu ustępować zaczęło wobec wymagań słuszności; sprawiedliwość wkłada na nas obowiązek podania oskarżonemu sposobności oczyszczenia się z winy. Hrabio de Llera, pozwalam ci wypytywać Ozemę stosownie do swego uznania.
— Sennoro, nie wypada rycerzowi walczyć z kobiétą, zwłaszcza z cudzoziemką, odpowiedział Luis nieśmiało. Poważam się przeto błagać waszéj wysokości, abyś konieczne w tym względzie badanie zleciła komu innemu.
— Ponieważ do mnie należy przykry obowiązek sądu, rzekła królowa spokojnie, więc się podejmę i śledztwa. Utrzymujesz, księżniczko, że jesteś małżonką don Luis’a; czy to małżeństwo nastąpiło przed kapłanem.
Ozema tyle już słyszała o religii chrześciańskiéj, że wyrazy dotyczące jéj obrządków niemal wszystkie były jej znane, chociaż ony w jéj myśli miały znaczenie tajemnicze i nieokreślone. Pojęła więc pytanie królowéj, i przyciskając rękę do serca, odrzekła z właściwą sobie prostotą:
— Luis poślubił Ozemę krzyżem chrześcian. — Luis myślał że umrze. — Ozema także — i Luis dał krzyż Ozemie, a Ozema poślubiła go sercem, jak czynią kobiéty w Haiti.
— To widoczne nieporozumienie, wynikające z różnicy języka i zwyczajów, zawołał Kolumb. Wiem że don Luis, śród burzy grożącéj niebezpieczeństwem, w pobożnym celu ofiarował księżniczce krzyż który nosił na szyi; lecz niewiadomość tylko dziewicy w tym darze niewinnym upatrzyć mogła godło małżeństwa.
— Czy w celu jedynie zbawienia i obrony ofiarowałeś jéj, hrabio, ten datek? zapytała królowa.
— Tak jest, sennoro. Wobec nieuniknionéj prawie śmierci chciałem pocieszyć to serce osierocone, pozbawione światła świętéj naszéj wiary, a nie mając nic innego pod ręką, oddałem jéj godło męki Zbawiciela, godło odkupienia, jako najskuteczniejszą obronę w wszelakiéj dolegliwości.
— Czyś nie nadużył nigdy jéj zaufania?
— Gardziłem zawsze obłudą, miłościwa pani, i wyznam, otwarcie jak na spowiedzi, w czém sądzę żem zawinił. Piękność i prostota obyczajów Ozemy, a mianowicie podobieństwo jéj do Mercedes, silnie mnie zajęły. Lecz serce moje nie było już wolne, i to właśnie podobieństwo nasunęło mi porównanie, którego wypadek nie mógł być korzystnym dla Indyanki. Otaczałem ją czułą troskliwością, bez ujmy wszelako swych uczuć dla Mercedes. Jeżelim więc zgrzészył, to przezto tylko, żem nie zwalczał skłonności jaką ku mnie powzięła Ozema; alem jéj nigdy nie ubliżył, ani słowem ani czynem.
— Beatrixo, wyznanie jego zdaje się prawdziwe. Znasz lepiéj odemnie swego synowca i wiedziéć powinnaś o ile zasługuje na wiarę.
— Ręczę sumieniem za jego niewinność, miłościwa pani. Serce Luis’a nie zna obłudy, i cieszę się niewymownie, iż cofnąć nam wolno potępiający go wyrok. Ozema, posłyszawszy o ślubnych obrządkach, i znając cześć chrześcian dla krzyża, mniemała, nieboga, że Luis ją poślubił.
— Być może iż tak jest rzeczywiście, rzekła królowa łagodnie. Starajmy się wyprowadzić z błędu to niewinne stworzenie; a że tu chodzi o uczucia niewieście, tylko kobiéty przeto powinny być obecne. Ustąpcie, sennorowie, i dajcie mi słowo rycerskie, iż nie wspomnicie nikomu o dzisiajszéj rozmowie. Jutro, hrabio de Llera, objawię swą wolę względem ciebie i Mercedes.
Po tych wyrazach Izabelli Kolumb i Luis opuścili posiedzenie, a królowa z kobiétami długą jeszcze prowadziła rozmowę, któréj treść podajemy poniżéj.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: Ludwik Jenike.