Krzysztof Kolumb (Cooper)/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Krzysztof Kolumb
Data wydania 1853
Wydawnictwo S. H. MERZBACH Księgarz
Drukarz Jan Jaworski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwik Jenike
Tytuł orygin. Mercedes of Castile lub The Voyage to Cathay
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.

Kolumb, przybywszy zaledwo na pokład la Santa Maria, udał się do swéj kajuty; Luis przeto tego wieczoru nie miał już sposobności pomówienia z mistrzem. Wprawdzie młodzieniec, pod przybranym tytułem sekretarza, mieszkał w jednéj izbie z admirałem, lecz nie chcąc przeszkodzić mu w pracy, przechadzał się do północy na pokładzie, marząc jak zwykle o Mercedes de Valverde. Gdy wreszcie wszedł do kajuty, zastał Kolumba już śpiącego.
Nazajutrz ostatecznie rozwinąć miano żagle, i nie zawadzi przytoczyć tu nawiasem, że w dzień właśnie piątkowy, okrzyczany przez marynarzów jako feralny, rozpoczęto podróż najśmielszą i razem najszczęśliwszą ze wszystkich jakie kiedykolwiek odbyto na ziemi.
Luis był jednym z piérwszych na pokładzie i zastał Kolumba zajętego już wydawaniem rozkazów. Skoro admirał, czyli don Christoval, jak go nazywali majtkowie, spostrzegł młodzieńca, przywołał go do siebie. Mimo że środki wyprawy ustępowały w sile jednéj szalupie wojennéj dzisiajszego uzbrojenia, imię jednak królowéj, powaga osobista odkrywcy i wreszcie cel tajemniczy, otoczył ją znaczeniem nierównie wyższém od środków materyalnych. Przywykły do panowania burzliwym namiętnościom, Kolumb przekonany był o potrzebie wpojenia w swych towarzyszów głębokiego dla siebie poważania; unikał przeto wszelkiéj poufałości z podwładnemi, używając najczęściéj za pośredników, w swoich z niemi stosunkach, braci Pinzon. Długoletnie doświadczenie nauczyło go, że tylko najsurowsze przestrzeganie form zewnętrznych utrzymać może w karbach posłuszeństwa garstkę ludzi rzuconą w ciasny przestwór okrętu, i dlatego przepisał ścisłe zasady etykiety względem swéj osoby.
— Zostaniesz przy mnie, sennorze Gutierrez, rzekł admirał, używając zmyślonego nazwiska, które Luis udawał że kryje pod imieniem Pedro de Munoz; wiedział bowiem iż na okręcie zawsze się znajdą podsłuchujący, a zależało mu na tém, aby młodzieniec uchodził za pokojowca królewskiego; zostaniesz przy mnie, bo tu nasze miejsce, dopóki Opatrzność nie pozwoli nam dzieła dopełnić. Oto droga jaką przebyć zamyślam po niezmierzonym oceanie.
To mówiąc Kolumb wskazał na mappę, którą trzymał przed sobą, kréśląc na niéj palcem linią w kierunku zachodnim. Byłato mappa znanego wówczas świata. Europa miała na niéj kształt mniéj więcéj zbliżony do prawdziwego; na południe ląd jakiś wybiegał aż po Gwineę, niżéj zaś wszystko było już ziemią nieznaną. Wyspy kanaryjskie i azorskie właściwe zajmowały położenie, lecz stronę zachodnią Atlantyku odgraniczało urojone pobrzeże Indyj, tudzież wyspa Cipango czyli Japonia i archipelag opisany przez Marco Polo. Szczęśliwym błędem Cipango położono na mappie pod stopniem długości odpowiednim dzisiajszemu Washingtonowi, to jest dwieście mil bliżéj na wschód, i temuto zapewne przypadkowi zawdzięcza ludzkość powodzenie wyprawy Kolumba.
Luis, poraz piérwszy od czasu jak postanowił uczęstniczyć w wyprawie, z ciekawością spojrzał na mappę.
— Na św. Gennaro z Neapolu! zawołał, (byłoto nałogiem młodzieńca powtarzać imiona świętych i wszystkie zaklęcia zwidzanych przez siebie krajów); wsławimy się tą podróżą, jeśli tylko powrócić nam się uda.
— Oto pytanie, które najwięcéj podobno w téj chwili zaprząta wszystkie umysły, odpowiedział Kolumb; rzuć tylko okiem na zniechęcone twarze majtków i posłuchaj utyskiwań.
Młodzieniec na tę uwagę obejrzał się wkoło, i wzrok jego uderzył obraz smutny, choć ożywiony. La Nina pod żaglem trójkątnym była już w ruchu, okrążona czółnami, z których żegnano osadę śród oznak najwyższéj rozpaczy. La Pinta tylko co miała podnieść kotwicę, a lubo Marcin Alonzo Pinzon umiał tu powściągnąć głośne objawy boleści, i przy niéj jednak uwijały się czółna, jakich mnóstwo niezliczone otoczyło zdala nawet okręt admiralski, chociaż uszanowanie dla Kolumba nie dozwalało im się zbliżyć. Widocznie ci biédacy mniemali, że ostatni raz widzą odpływających, a tych znowu część większa przygotowaną była nie powrócić już do ojczyzny.
— Czy nie widziałeś dziś Pepe’go? zapytał Kolumb, przypominając sobie zdarzenie z młodym majtkiem. Jeżeli on nie dotrzyma słowa, trzeba nam będzie dobrze pilnować reszty, dopóki tylko jest jakaś możliwość ucieczki.
— Skoro nieobecność jego uważałbyś, admirale, za złą przepowiednię, to przeciwnie obecność powinna dobrze nam wróżyć. Oto poczciwy Pepe siedzi na rei ponad naszemi głowami, rozpinając żagiel.
Kolumb spojrzał w górę i dostrzegł młodego marynarza, jak uczepiony na szczycie trójkątnego żagla, kołysał się z masztem, rozwiązując pletnię przytrzymującą zwinięte płótno. Pepe, to zwracał oczy na admirała, jak gdyby chciał się przekonać, czy zwierzchnik zauważył jego powrót, to w tył się oglądał za jakimś przedmiotem niewidzialnym.
Powitawszy skinieniem młodego majtka, admirał postąpił z Luis’em ku przodowi okrętu, aby się przekonać czy jakie czółno ściąga w tamtę stronę uwagę Pepe’go. Rzeczywiście ujrzeli mały bacik prowadzony przez Monikę, któremu pozwolono zbliżyć się, przez wzgląd zapewne na wioślarkę. Zaledwo żona Pepe’go spostrzegła Kolumba, gdy powstawszy z siedzenia wyciągnęła ku niemu ręce, chcąc, ale nie śmiąc przemówić. Widząc ją przerażoną hałaśliwym zgiełkiem co panował dokoła, odkrywca piérwszy się do niéj odezwał.
— Uważam, rzekł, iż mąż twój umié dotrzymywać słowa. I ty zapewne czujesz teraz, moja córko, że lepiéj jest dopełnić chociażby ciężkiego obowiązku, jak skalać się haniebném zbiegostwem.
— Odkąd objaśniłeś mię, sennorze, względem celu téj wyprawy, rozstaję się z mężem jeśli nie bez boleści, to przynajmniéj bez szemrania. Uboléwam nad wczorajszém zaślepieniem swojém, i prosić będę Boga, aby mężowi mojemu pozwolił usłużyć świętéj sprawie kościoła.
— Oto słowa godne żony-chrześcianki. Opatrzność czuwa nad nami, i Pepe twój powróci szczęśliwie, przyczyniwszy się do wielkiego dzieła.
— Ale kiedy, sennorze, kiedy? zawołała młoda niewiasta, nie mogąc, mimo przybranéj odwagi, powściągnąć uczuć swego serca.
— Kiedy Bóg zechce, moja dobra.... zapomniałem jak ci na imię.
— Monika, sennorze admirale, a dziecię moje nazywa się Juan. W żyłach naszych niema ani kropli krwi maurytańskiéj; jesteśmy czystej rasy Hiszpanami.
— Będę miał staranie o ojcu małego Juan’a, odpowiedział Kolumb z uśmiéchem kryjącym łzę w jego oku. I ja także zostawiam w tym kraju drogie dla siebie istoty, a między niemi syna, który nie zna nawet swéj matki. Gdyby się nam przytrafiło nieszczęście, Diego byłby sierotą, podczas gdy mały twój Juan zostaje przynajmniéj pod opieką macierzyńską.
— Wybacz, sennorze, rzekła wzruszona niewiasta; człowiek zbyt często staje się obojętnym na cudze cierpienia, kiedy myśli o swoich. Zabierz mojego męża i niech was Bóg poprowadzi!
Wymówiwszy te słowa pożegnalne, Monika chwyciła za wiosło, i czółenko jéj zwolna zaczęło poruszać się ku brzegowi. Gdy Kolumb spojrzał za siebie, spostrzegł że większa część majtków pozawieszanych na linach i masztach, chciwie nadstawiając ucha, byli świadkami przytoczonej rozmowy. W téj saméj chwili podniesiono kotwicę i okręt la Santa Maria płynąć zaczął w kierunku wiatru, za nim La Pinta i La Nina. Piérwsze promienie wschodzącego słońca oświeciły rozpięte żagle trzech statków, w ślad których mnóstwo czółen puściło się aż do Saltes. Ztamtąd już okręty ruszyły bez przeszkody na niezmierzony ocean atlantycki, jakby trzy ciała ożywione, pchnięte ręką przeznaczenia ku tajemniczemu celowi, którego ani przewidzieć, ani uniknąć, ani przyspieszyć nie zdołają.
Ranek był piękny i wiatr wesoło dął w żagle od brzegu. Wszystko szło najpomyślniej; ale nieznana przyszłość trwogą jakąś i posępnością przejmowała serca odpływających. Wiedziano że admirał zmierza ku wyspom kanaryjskim, a w przekonaniu wątpiących od tego właśnie punktu zacząć się miały niebezpieczeństwa podróży, których oni z podobnem wyglądali uczuciem, jak oskarżony dnia sądu, jak skazany wykonania wyroku, lub grzesznik śmierci. Część wprawdzie osady, nie poddając się téj słabości, gotową była na wszystko; wszelako i najmężniejsi wahali się między nadzieją a obawą.
Podróż do wysp kanaryjskich lub azorskich uważano wtedy za nader śmiałe przedsięwzięcie. Piérwsze z nich znane już były starożytnym. Juba, król maurytański, miał je opisać pod nazwą wysp Szczęśliwych. Dzieło jego zaginęło; lecz dawni pisarze poświadczają prawdziwość faktu. Podanie niesie, że w owéj już epoce wyspy kanaryjskie zamieszkane były przez ludność dosyć oświeconą. W następstwie atoli czasów, w peryodzie ciemnoty co zamierzchła Europę po świetném Rzymian panowaniu, zupełnie o nich zapomniano, i dopiéro w połowie XIV wieku kilku awanturników hiszpańskich nanowo je odkryło. Późniéj Portugalczycy jednę z nich objęli w posiadanie, puszczając się ztamtąd w wycieczki wzdłuż brzegów Gwinei. Hiszpanie, ukróciwszy potęgę muzułmańską, zwrócili także w tę stronę swą uwagę i obsadzili niektóre wyspy, tak iż w epoce naszego opowiadania cała gromada podzieloną była między dwa te narody chrześciańskie.
Luis de Bobadilla, który najwięcéj żeglował po morzach północnych i po Śródziemném, ze słyszenia tylko wiedział o istnieniu wysp kanaryjskich; Kolumb więc, stojąc z młodzieńcem na pokładzie, wskazał mu ich kierunek, tłumaczył odrębne cechy i rozszerzył się nad ich ważnością pod względem zasobów wewnętrznych, oraz jako miejsca odpływu.
— Portugalczycy, rzekł, wielkie z tych wysp odnoszą korzyści, bo ony wybornym są punktem spoczynku dla nabrania żywności, drzewa i wody; dlaczegóżby więc Kastylia nie miała iść za ich przykładem? Wiész jak daleko sąsiedzi nasi posunęli się na południe i jakie ztamtąd bogactwa wpłynęły do Lizbony; a jednak to wszystko niczém jest w porównaniu następstw wyniknąć mogących z podróży naszéj na zachód.
— Czy myślisz dosięgnąć państwa wielkiego chana, zapytał Luis, nie płynąc daléj na zachód, jak Portugalczycy na południe?
Admirał baczne wkoło rzucił spojrzenie, a widząc że nikt go podsłuchać nie może, odpowiedział:
— Ty znasz, młodzieńcze, usposobienie mych towarzyszów. Nawet w pobliżu stałego lądu nie byłbym pewny ich wierności; bo nic łatwiejszego jak umknąć w nocy pod jakimkolwiek zmyślonym pozorem.
— Marcin Alonzo, odparł Luis, niezdolny jest dopuścić się tak podłego uczynku.
— Zapewne, mój synu, jeżeli przypuszczasz że spowodować go może jedno tylko tchórzostwo. Marcin Alonzo jest zręcznym i nieustraszonym żeglarzem, którego dobre chęci wielce są dla nas pożądane. Lecz oko jego niezawsze może czuwać, a żadna w świecie nauka nie powściągnie wściekłości rozhukanych rokoszan. Nie ręczę nawet za osadę swojego okrętu, dopóki miéć jeszcze będzie nadzieję łatwego powrotu na przypadek podniesienia buntu, a tém bardziéj za ludzi nie zostających pod bezpośrednim nadzorem moim. Gdybym na twoje zapytanie odpowiedział publicznie, strwożeni marynarze już teraz może wymówiliby mnie posłuszeństwo; bo trzeba ci wiedziéć, że podróż nasza nieskończenie dłuższą będzie od wszystkich, jakie kiedykolwiek odbyto na ziemi.
— A jednak, mistrzu, przedsiębierzesz ją z takiém zaufaniem?
— Wiadome ci, Luis, moje myśli. Śmieję się z podobnie niedorzecznych obaw jak ta, że spuściwszy się na dół, nie będziemy potém mogli wdrapać się pod górę, lub że spadniemy z brzegu ziemi; i ty zapewne już takowych nie podzielasz.
— Na Św. Yago! wyobrażenia moje w tym względzie bardzo są niejasne. Prawda żem nigdy nie słyszał aby kto z ziemi zleciał w powietrze, i nie przypuszczam by to przytrafić się miało naszym biédnym okrętom; lecz z drugiéj strony dotychczas teorya tylko przemawia za zdaniem, że ziemia jest okrągła i że płynąc na zachód, dostać się można na wschód. Jestem więc neutralnym; ale chociażbyś posterował prosto na księżyc, Luis de Bobadilla zawsze będzie przy twym boku.
— Młody wietrzniku! udajesz nieświadomego więcéj, aniżeli nim jesteś w istocie. Póżniéj może rozwinę przed tobą szczegółowo swoje plany; dziś skończmy na tém rozmowę.
O godzinie siódméj rano okręty minęły osepy Saltes, a koło południa podróżnicy nie stracili jeszcze z oczu ojczystego wybrzeża. Owoczesne statki mało zwykle rozpinali żagli; to téż największą wtedy szybkością, przy pomyślnym wietrze, były trzy mile angielskie na godzinę.
Tak więc w téj słynnéj podróży słońce poraz piérwszy zapadło w morze, gdy wyprawa, dążąc w kierunku południowym, odbyła zaledwo pięćdziesiąt mil angielskich. Palos zupełnie już znikło w mglistych falach oceanu, a że pobrzeże wybiegało na wschód, wprawne więc tylko oko starych marynarzów rozróżnić mogło wierzchołki gór sewilskich. Kolumb z Luis’em znajdowali się jeszcze na tylnéj części okrętu, śledząc w milczącém zadumaniu ostatnich zarysów stałego lądu Hiszpanii, podczas gdy nieopodal dwóch majtków zajmowało się spojeniem zerwanéj liny.
— Patrz na to słońce, co się nurza w niezmiernym oceanie, sennorze Gutierrez, rzekł admirał, używający zawsze przy innych, jednego ze zmyślonych nazwisk młodzieńca. W codziennym obiegu jego znajduję dowód kulistości ziemi i potwierdzenie teoryi mojéj, że płynąc na zachód dosięgnąć można Indyj.
— Gotów jestem zawsze uznać mądrość twych pomysłów i zasadność twych nadziei, sennorze admirale, odrzekł Luis, nie spostrzegłszy zrazu dwóch majtków; ale wyznać powinienem, że nie pojmuję styczności między słońcem a obraną przez nas drogą. Wiemy że gwiazda dzienna nieustannie przebiega niebo, że rankiem powstaje z morza, by wieczorem powrócić w faliste swe łoże; lecz ma to miejsce równie na brzegach Kastylii, jak w Indyach i wszędzie; zdaje mi się przeto, że nic nie dowodzi ani za, ani przeciw twojemu przekonaniu.
Na te słowa majtkowie z ciekawością zwrócili oczy na admirała, oczekując jego odpowiedzi. Luis w jednym z nich poznał Pepe’go; drugi był typem wytrawnego marynarza, prawdziwym wilkiem morskim, co w języku żeglarzów znaczy człowieka tak zrośniętego z swym zawodem, że cała powiérzchowność jego, umysł, a nawet mowa odrębnéj nabiérają cechy. Majtek ten miał około lat pięćdziesięciu: nizki, krępy i napuszysty, w niezgrabnych rysach twarzy łączył owę mieszaninę dzikości z pojętnością, tak często napotykaną u ludzi przywykłych do życia zmysłowego. Kolumb na piérwsze spojrzenie widział, że ma przed sobą doświadczonego gracza.
— Niepodobna, odrzekł admirał, aby słońce, któremu mądrość Stwórcy krążyć kazała koło ziemi, napróżno w nocy roztaczało swe promienie. Jakoż wiemy z przekonania, że zmiany dnia i nocy posuwają się ku zachodowi, aż po krańce znajoméj nam ziemi; wnoszę więc z tego iż gwiazda dzienna nieustannie ludzi obdarza swém ciepłem i światłem, i w miarę jak znika na jednym punkcie globu, zjawia się na drugim. Tarcza słoneczna, gdy dla nas zapadnie, jest jeszcze widzialną na wyspach azorskich i w Smyrnie; a wyspy greckie ujrzą takową nazajutrz o godzinę od nas wcześniéj. Przyroda żadnéj siły nie marnuje bezużytecznie; przekonany jestem, że kula ognista, co niedawno opuściła nasz widnokrąg, przyświéca Indyom, podczas gdy tutaj panuje ciemność, i z tamtąd, postępując w kierunku wschodnim, przez stały ląd Azyi powraca w nasze strony. Słowem, sennorze Pedro, ten ruch jaki słońce z zadziwiającą szybkością odbywa po niebie, my skromniéj naśladować zamierzamy po ziemi. Dajcie mi czas ku temu potrzebny, a wypłynąwszy na zachód, powrócę z wami przez kraj Tatarów i Persów.
— Pomyślność zatém wyprawy naszéj zawisła od kulistości ziemi?
— Tak jest, sennorze de Munoz, i bardzobym nad tém ubolewał, gdyby ktokolwiek z mych ludzi odmiennego był zdania. Oto dwóch marynarzów wysłuchało naszéj rozmowy; zapytam ich co myślą w tym przedmiocie. Jeżeli się nie mylę, mój młody przyjacielu, jesteś majtkiem z którym wczoraj rozmawiałem na pobrzeżu i nazywasz się Pepe.
— Sennorze admirale, wasza excellencya niezasłużoną pamięcią zaszczyca biédnego człowieka.
— Biédnego, ale dodaj poczciwego. Pewny jestem, że cokolwiek wypadnie, liczyć mogę na twą wierność.
— Wasza excellencya nietylko iż jako admirał może mną rozrządzać, lecz nadto, zjednawszy sobie Monikę, zyskałeś tém przychylność jéj męża.
— Dziękuję ci, dobry mój Pepe, odpowiedział Kolumb. A ty kochanku, dodał, zwracając się do drugiego marynarza; wyglądasz mi na zucha, co nie ulęknie się wody zmąconéj. Jakże się nazywasz?
— Sennorze admirale, rzekł majtek, śmiało patrząc na zwierzchnika; koledzy zwykle wołają na mnie Sancho, a czasem przez grzeczność dodają Mundo; co razem złożone daje Sancho Mundo, jako nazwisko nikczemnéj figury, którą widzisz przed sobą.
— Mundo, (świat) to szumne bardzo nazwisko dla biédnego marynarza, wtrącił admirał z uśmiéchem ujmującym; gdyż jako znawca ludzi pojmował, że jeśli zbyt wielka poufałość uwłacza godności przełożonego, to z drugiéj strony niejakie pobłażanie jedna mu serca podwładnych.
— Excellencyo, powiadam zawsze kolegom, że Mundo to mój tytuł, a nie imię, tytuł nierównie wyższy od królewskiego, bo mocarze téj ziemi w części tylko posiadają, co do mnie należy całkowicie.
— Czy z ojca masz to nazwisko, czy téż przybrałeś takowe, aby zabłysnąć dowcipem przy zdarzonéj sposobności?
— Nie znam nazwiska swych rodziców, sennorze admirale. Znaleziono mnie podrzuconego w koszyku, pode drzwiami warsztatu okrętowego niedaleko...
— Mniejsza o miejsce, przyjacielu Sancho; dosyć że znaleziono cię w koszyku, zamiast w kolebce.
— Nie chciałbym, wasza excellencyo, aby świat kiedyś spiérał się o miejsce mojego urodzenia; choć wreszcie, kiedy kto nie wié gdzie idzie, a my podobno wszyscy jesteśmy w tém położeniu, niepotrzebna mu téż wiadomość zkąd wyszedł.
— Czy dawno służysz, mój poczciwy Mundo?
— Tak dawno, sennorze, że na lądzie ściska mi się oddech i tracę apetyt. Znalezionym będąc przy warsztacie okrętowym, sam nie wiem kiedy i jakim sposobem znalazłem się na morzu, i od tego czasu co wpłynę gdzie do portu, to czém prędzéj z niego umykam.
— A jakimże trafem przyjąłeś udział w téj wyprawie.
— Władza miejscowa w Moguer wcieliła mię do niéj z rozkazu królowéj. Sądzono zapewne, że ta podróż nad wszystkie inne przypadnie mi do smaku, bo jak się zdaje będzie ona bez końca.
— Więc przymuszono cię do służby?
— Nie ze wszystkiém, sennorze admirale. Wszak każdy człowiek życzy sobie choć raz w życiu obejrzéć wszystkie swe posiadłości. Powiadano mi że płyniemy na drugi koniec świata; więc zaciągnąłem się z ochotą.
— Jesteś chrześcianinem, Sancho, i pragniesz niezawodnie upowszechnienia naszéj wiary miedzy poganami?
— Sennorze admirale, mało mnie obchodzi ładunek, byle tylko nie przyszło za wiele pompować i byle starczyło dobrego trunku. Co się tyczy mojego chrześciaństwa, musiałbym o to zapytać tych co mnie znaleźli w koszyku. Wiem, sennorze, że Pepe jest chrześcianinem, bom go widział w ręku księży; a może który staruszek w Moguer będzie mógł to samo powiedziéć o mnie. W każdym razie, szlachetny admirale, nie jestem Żydem ani Muzułmanem.
— Uważam cię, mój Sancho, za biegłego i nieustraszonego marynarza.
— O tém, sennorze, niech świadczą drudzy. Jak przyjdzie spotkać się z burzą, sam się przekonasz czy mnie zbywa na tych przymiotach.
— Dobrze więc; odtąd obydwóch was policzam do rzędu najwierniejszych towarzyszów swoich.
Rzekłszy te słowa Kolumb oddalił się i niezadługo z Luis’em wszedł do kajuty. Przytoczona rozmowa, jak przewidział odkrywca, uzyskała mu rzeczywiście serca dwóch marynarzów, a sprzymierzeniec tak bystrego umysłu i śmiałéj mowy, jak Sancho Mundo, bardzo dla niego był pożądany. Jakże często największe przedsięwzięcia zależą od rzeczy napozór drobiazgowych! W tym razie odkrycie drugiej świata połowy zawisłém może było od humoru podrzutka Sancho.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: Ludwik Jenike.