Krzyk (Reymont, 1928)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Krzyk
Pochodzenie Krosnowa i świat
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KRZYK.

Cicho było i słonecznie nad brzegiem morza.

O mio Napoli, o santa città,
Tu sei sempre il Paradiso...

Śpiewała kobieta, wsparta o złom kamienny, zapatrzona w miasto, które wielkim amfiteatrem, utkanym z plam białawych, ulic spiętrzonych nad sobą, tonęło zwolna w fioletowym zmroku, pociętym złotawemi sznurami świateł zapalonych. Ciemno-lazurowe, o rozstrzępionych grzywach pian, fale, przesiane purpurowemi pyłami zachodu, biły rytmicznie o dzikie, skaliste brzegi, porośnięte cielskami potwornych kaktusów, co, jak rojowisko polipów o srebrnej łusce, pełzały po złomach i zwieszały się nad wodą, jakby czyhając w rozpadlinach skał na barki, snujące po zatoce.
Rząd rdzawo-białawych, jakby umierających, eukaliptusów stał nad wąską drogą i szemrał sennie.
Cisza stawała się wieczorna i wiosenna, nadmorska i włoska.

O mio Napoli, o santa citta.
Tu sei sempre il Paradiso...

rozbrzmiał znów słodki głos i drgał długo w powietrzu, i płynął... odpowiedziały mu złotawemi dźwiękami mandoliny z barki niedalekiej i morze swym wiecznym, bezustannym gwarem.
Henryk, który leżał na samym brzegu i patrzył na fale, co obryzgiwały go i seledynowem koliskiem przychodziły lizać mu nogi, niby węże cofały się, płaszczyły, rozlewały, czaiły w głębiach i po chwili wracały znowu z nieustanną zaciekłością, podniósł oczy, skąd dochodził go ten głos dziwny. Wstrząsnął się. Ogromne, błękitne oczy patrzyły tuż nad nim, w nieskończoność tej lazurowej topieli, pokrajanej smugami purpury, pereł i śniegu. Pies, leżący cicho obok niego i wielkiemi, żółtawemi oczami patrzący w morze z jakąś senną apatją, podniósł się, zawarczał i niespokojnie zaczął strzyc uszami, węszył, aż raptem skoczył i pobiegł ścieżką do drogi, szczekając natarczywie.
Nieznajoma ocknęła się, powiodła wzrokiem po brzegu. Spotkały się ich oczy, przenikały zwolna i wpijały w siebie. Henryk powstał, jakby pod uderzeniem prądu elektrycznego — te ogromne, błękitne oczy, rozwarte szeroko, miały zawrotną głąb morza, ogarniały i ciągnęły nieprzeparcie.
Ostry dźwięk nawoływań rozległ się na drodze. Nieznajoma odwróciła się szybko. Czarna sylwetka mężczyzny stanęła obok niej, rozmawiali przez chwilę i odeszli.
Henryk wydostał się na drogę, przed nim o kilkanaście kroków szli nieznajomi...

O mio Napoli, o santa citta,
Tu sei sempre il Paradiso

zaśpiewała znowu i umilkła.
Pies zawył żałośnie, zaczął drapać skalistą drogę i jakiś strwożony powlókł się przy nogach swego pana.
Zmrok już zapadł. Wiatr zerwał się od morza, uderzał w ściany eukaliptusów i targał winnicami, które, jak nieskończone, zielone sieci, zwisały od drzewa do drzewa.

Świeca drgnęła po raz ostatni i zagasła. Przez wielkie okna zaczęły się wsączać srebrne blaski księżyca i zatapiać pokój w ciszy głębokiej. Wszystkie kształty rozsypały się w widmowy, drgający pył, z którego dopiero po chwili zaczęły się wynurzać słabe zarysy psa, zwiniętego w kłębek na dywanie. Złocone ramy obrazów, metalowe drobnostki, mosiężne pręty łóż ka świeciły w blaskach miesięcznych złotawemi refleksami...
Henryk już trzecią noc nie spał, zalewały go niejasne, chorobliwe majaczenia, bez form i bez kształtów, przesuwające się ponad świadomością widmami obrazów, błyskami myśli i rzeczy, niewiadomo skąd przychodzących, z przeszłości czy z przyszłości oderwanych? Patrzył w okno, lecz nie widział morza, które nieco niżej skrzyło się miljardami drobnych fal i przychodziło konać na żółtych żwirach wybrzeża z westchnieniem głębokiem. Długie, portowe tamy pluskały w wodzie i, jak polipy, wyciągały czarne ramiona ku otwartemu morzu.
Latarnia morska majaczyła na dalekim widnokręgu, niby złota glorja bóstwa, które zdawało się kołysać na falach. Las masztów sinawych, z obwisłemi żaglami, stał cicho i sennie, podobny stadu bocianów, które czeka, rychło ozwie się klekot przewodniczy, by się poderwać, zatrzepotać skrzydłami i ulecieć w świat!
Cisza była odurzająca. — Mgły szkliste i porwane w strzępy, jak przędza babiego lata, snuły się nad zatoką i przysłaniały słabo wody i wzgórza, pokryte winnicami — morze połyskiwało chwilami i zapadało jakby w sen, szemrząc coraz ciszej i coraz wolniej bijąc o brzegi... a nad tem wszystkiem płynął księżyc ogromny i promienny...
Rozkwitłe akacje dyszały wonią, która wdzierała się przez szyby i wraz z bełkotem fal spowijała serce słodkim bezwładem.
Henryk leżał bez ruchu. Chwilami zdawało mu się, że leży na srebrzystym obłoku lub na tych rozbitych, rozstrzępionych grzywach fal, snujących się po zatoce, płynie bezmiarem świetlanej topieli, wchłania spokój i szczęśliwość, roztapia się w blaskach łagodnych, w mrokach, rozdrganych echami nieznanemi, w morzu i ciszy...
Uśmiecha się słabo, uśmiechem spokoju i szczęścia... Nie wie, gdzie jest i dokąd płynie — lecz jakaż to rozkosz czuć zamieranie swoje w atomie i zmartwychwstawanie w bezmiarze...
— Ratunku, ratunku!
Drgnął. Uniósł głowę, lecz za chwilę opadł znów ciężko na poduszki i zapomniał o krzyku, który na sekundę uderzył weń jak smuga purpurowego światła. Kołysał się na fali rozmarzenia, był już tylko barwą kwiatów, wyłaniających się tajemniczo z cieniów, i światłem, i śpiewem ptaków, i pluskiem morza, piorunem, przebiegającym gdzieś nad otchłanią — wszystkiem był i niczem!
— Ratunku! Ratunku!
Usłyszał znów krótki, rozpaczliwy krzyk, lecący od strony portu. Słyszał, lecz nie zdawał sobie sprawy, czy to głosy płyną z zewnątrz, czy też są jego majaczeniem. Skupiał rozproszone myśli, jednoczył i naraz zadrżał cały, bo ten krzyk rozległ się prawie tuż przy nim z taką mocą, że odruchowo zerwał się z łóżka i rozejrzał dokoła — chciał wołać, uciekać, lecz było już za późno, spazm strachu ścisnął mu szczęki, oblał lodem i pozbawił przytomności — przed nim kłębiły się jakieś zjawy w rozpaczliwej walce. Mglisty zarys kobiety odpychał od siebie szary, ogromny cień, odchylał głowę wtył i krzyczał straszną, bezbrzeżną rozpaczą:
— Ratunku! Na pomoc!
Pies zaczął warczeć, szczekać, wskoczył na parapet okna i wył żałośnie, że cały pokój napełnił się jękiem.
Henryk widział to rozpaczliwe szamotanie się widm, widział, jak szary cień obejmował kobietę i dusił, słyszał krzyk, który go przeszywał jak nożem, i siedział skamieniały, bezsilny! Widma zaczęły się oddalać, podniósł się i zaczął iść za niemi, wyskoczył oknem, szedł jakby wybrzeżem, przedzierał się przez zarośla i zaczął biec ze wszystkich sił. Widma były coraz bliżej — szary cień jakby go pochwycił, walczył z kimś, jakieś ostrze przebiło mu ramię — czuł, że upada, że go ktoś podnosi, wlecze — czuje, że leci w przepaść — usłyszał jeszcze jeden straszliwy krzyk, plusk wody, ciemności pochłonęły go, i stracił zupełnie świadomość.

Słońce podniosło głowę nad Oceanem i czerwonawe źrenice zatopiło we mgłach bladego fioletu, kołyszących się nad ziemią i opadających na wodę. Świat śmiał się rzeźwością poranku, złotem słońca, zielenią i gwarem budzącego się życia. Gwizdawki parowców darły powietrze, skrzyp wind, świsty pociągów leciały od portu. Rybackie łodzie odrywały się od tam portowych i ze wzdętemi żaglami pruły morze, mieniące się teraz w brzaskach poranku barwami roztopionego szmaragdu. W willach, rozsianych na stokach wzgórz, otwierano okna. Brzegiem snuli się ludzie, osły, ciągnące beczki z wodą słodką, ryczały komicznie. Swiegot ptactwa podnosił się i wrzał w gęstwinach.
Henryk leżał we śnie kamiennym, nie czując zimna, wiejącego od morza, i nie słysząc psa, który zaczął warczeć na służącą, wchodzącą do pokoju. Wsunęła się cicho, zostawiła trepy przy drzwiach, na palcach podeszła do łóżka i delikatnie zaczęła budzić śpiącego.
Spojrzał na nią napoły przytomny.
— Kazał się pan zbudzić o piątej. Statek za godzinę odchodzi. — Przysunęła stolik do łóżka i podała śniadanie.
— Wie pan — zaczęła z twarzą, pełną grozy i surowości — dzisiejszej nocy popełniono straszną zbrodnię. Jakiś mężczyzna... O, a co to, okno otwarte? I pan tak spał całą noc! Otóż jakiś mężczyzna zamordował tę śliczną Angielkę, co to mieszkała obok w hotelu, zamordował i wrzucił do wody. Z rana morze wyrzuciło ją na brzeg. Słyszane to rzeczy, taka zbrodnia — biadała żałośnie.
— A to co? Krew? — szepnęła, oglądając z przerażeniem plamy na podłodze. — I łóżko! I pan cały zakrwawiony!
— W nocy? Zabito? — zaczął pytać cichym szeptem.
Nagle zerwał się z łóżka, wyciągnął przed siebie obie ręce i zaczął krzyczeć oszalałym rykiem:
— Ratunku, ratunku!

20/2 1895 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.