Przejdź do zawartości

Krwawy myrt

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Antoni Pietkiewicz
Tytuł Krwawy myrt
Pochodzenie Zupelny zbior pism Adama Pluga. Serya II (1863)
Wydawca A. H. Kirkor
Data wyd. 1863
Druk A. H. Kirkor
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Krwawy myrt.
OPOWIADANIE STAREGO LEGJONISTY.

Pół wieku już minęło, jak w jednym z polskich domów szlacheckich znajdowałem się na weselu, aż dotąd mi pamiętném z powodu pewnych okoliczności, które zbyt silnie uderzyły wyobraźnię moją, wówczas młodzieńczą. W ogóle nawet, jakkolwiek długo żyję na świecie i już niejednéj parze błogosławiłem, niejednych godów wspaniałych uczęstnikiem byłem wesołym; takich przecież jak tamte nie widziałem więcej ni razu i nie obaczę już pewno.
Pan młody miał swe gniazdo na Litwie; matka jegoz Rusi rud wiodła, chmara więc z niemi przyciągnęła kręwniaków z téj i owéj krainy, a to samo już osobliwszą cechę dawało temu weselu, które ochocza godowników drużyna żartobliwie unją Litwy z Koroną zwała. Bo trzebaż jeszcze i téj dziwnej przygody, aby oblubienica miała imię Jadwiga, on zaś, jak umyślnie, Władysław.
Obie rodziny były bardzo zamożne, a choć nie senatorskie, przecież nie brakło im bynajmniej pięknych zasług w ojczyznie; bo jak jednéj tak i drugiej przodkowie, w długiéj wieków kolei, niemało ofiar położyli na jej ołtarzu, niemało krwi dla jej dobra wyleli. Piękne więc było grono weselne; a zacne gospodarstwo, wielce radzi swym gościom, występowali co się zowie honeste.
Na kilka dni przed ślubem uczta się rozpoczęła i czas nam schodził bardzo wesoło. Ale im bliżej było do Sakramentu, tém oblubieniec poważniejszym się stawał, tém uroczystszém zdawało się piękne jego oblicze, tém jakoby wznioślejszą i okazalszą cała jego postawa. I panna młoda, cudo dziewica, zadumywała się jakoś powoli, i nie powiem, że posępniała, lecz w niewymówną rze wność i niby zapomnienie się jakieś wpadała; a patrząc na jej lica anielskie, na które jakieś nieziemskie występowały blaski, na jej postać wiotką a smukłą, którą jakby w powietrzu unosiły lekkie jéj stopy, nieraz mi się zdawalo, że nie samą już duszą, ale i ciałem od ziemi się odrywa.
Spoglądaliśmy na nich z wielkiém zajęciem, z mimowolnym podziwem i zachwytem; a szczególne to ich usposobienie nieznacznie też i na nas oddziaływać zaczęło. Z hucznej zabawy, z pląsów ochoczych przechodziliśmy zwolna do cichej a poważnej biesiady, do której w on czas treści braknąć nie mogło.
Szeptali więc niektórzy: nie dziw, że smętnie marzą nasi oblubieńcy; nie dziw, że i rodziców zachmurzyły się lica. Jednym i drugim na myśl pewno przychodzi, że pod złą wróżbą ten związek się kojarzy w czasach takich burzliwych... Kto wié, azali nim miodowe miną miesiące, nie przyjdzie młodzianowi dla Marsa o Hymenie zapomnieć?...
Nareszcie nastał dzień najuroczystszy. Młodzi cały poranek przepędzili w kaplicy, przez modlitwę i spowiedź gotując się do świętych ślubów; a gdy powrócili do dworu, drużki niebawem jedne się wzięły do robienia bukietów, drugie zaś pannę młodą poszły ubierać. Goście w wielkiej sali zebrani, rozmawiając z sobą poważnie, wuroczystym nastroju ducha czekali na oblubieńców z błogosławieństwem serdeczném! Po chwili nieco się gwarniéj zrobiło, bo druchny z bukietami nadeszły, przy których przypinaniu ten i ów z żartem wesołym się odezwał. W tém, idą! idą! zaszeptano ode drzwi bocznych, i wszystkie oczy w tamtą stronę pobiegły, i zdumienie wszystkich przejęło...
Panna młoda przez drużbów wprowadzona do sali, w czarną suknię była odziana, a na głowie, przykrytéj białym jak śnieg welonem, miała wieniec z myrtu żywego, na którego listkach zielonych krwawe centki migały. Pan młody prowadzony przez druchny, miał na sobie biały żupanik, czarnym jedwabnym, w srebrne rzuty pasem ściśnięty, a powierzch niego czarny kontusz do kolan, z wylotami białemi; u boku karabelę, w ręku białą czapkę z czarnym barankiem, na piersiach bukiet z myrtu krwawego.
Spójrzeliśmy po sobie, jakby jedni drugich pytając o przyczynę tego stroju dziwnego; spójrzeliśmy na siebie, i w swoich też bukietach teraz dopiéro spostrzegliśmy myrt krwawy.
Po niejakiej chwili milczenia, znów się szepty zaczęło by, już nie wzrokiem lecz słowem każdy dopytać się powodu takiej szaty weselnej pragnął. Aż w tém pan młody wyszedł na środek sali i tak do nas przemówił:
— Dziwią was pewno suknie nasze żałobne, w któreśmy się przystroili do ślubu, jakby na przekor zwyczajowi tradycyjnemu? Zastanawia was również i ten myrt krwawy w wieńcu oblubienicy i w bukietach weselnych? Niejeden może nieosobliwe jakieś wnioski stąd wyprowadza i gorszy się po cichu ekscentryczném postępowaniem naszém, biorąc je za maskaradę jakąś wenecką, świętości Sakramentu uwłaczającą... Owoż, nim przed ołtarz pójdziemy, nim się do kolan waszych schylimy po błogosławieństwo, wprzód powinienem rzecz wam całą objaśnić, byście tém szczerzéj nam błogosławili i tém goręcéj modlili się za nami.
Od dwóch wieków już blizko suknia żałobna jest ślubnym strojem rodu mojego, i będzie nim dopóty, dopóki krwawe plamy nie znikną na listkach myrtu, od dwóch wieków już blizko krzewiącego się z niemi w domu moim ojczystym. O tym zaś dziwnym myrcie taką mamy tradycję:
Za panowania Jana Kazimierza, w którém biedna nasza ojczyzna tak wielu na raz miała nieprzyjaciół, tak wiele krzywd okropnych, tak wiele klęsk doznała, 1661 roku, w listopadzie, w dzień świętej Salomei, patronki rodu naszego, którą dzisiaj właśnie święcimy, w domu prapradziada mojego, mimo trwogę wojenną zebrał się gości poczet bardzo wielki; a prócz starców i dzieci, męzka drużyna składała się z samych towarzyszy pancernych, co na dzień jeden wymknęli się z obozu, nieopodal rozłożonego, aby wziąć udział w uroczystej uczcie rodzinnéj, jaka nieczęsto się trafia. Były to gody weselne, ale jakie gody!
Prapradziad mój obchodził złote swoje wesele, a syn jego najmłodszy, pradziad mój rodzony, w tę radośną rocznicę, pod najszczęśliwszą wróżbą, miał też bogdance swojej wieczną wiarę ślubować. Bogiem a prawdą, nie była to pora po temu, dla tego zwłaszcza, kto, jak mój pradziad, z obozu wprost szedł przed ołtarz, by ledwie nie od oltarza, znów do obozu powrócić, a może i w ogień bojowy skoczyć. Ale że około tego wesela już lat kilka radzono, że je umyślnie odkładano cierpliwie na tę uroczystą rocznicę złotą, przypadającą w święto patronki naszéj, która jak prapradziadka mojego ślubom, tak też i ojcu jego i dziadowi, i trzem starszym synom błogosławiła więc się doczekawszy dnia tego, nie zważano już wcale na porę mniej właściwą, a ciesząc się chwilą dzisiejszą, jutro na Boga zdano.
I naprawdę, piękna to była chwila, gdy młody oblubieniec, dzielny wojownik z zastępów Czarnieckiego, z miłością i czcią wielką upadł do nóg ojca swojego, blogosławieństwa prosząc; i gdy ten szczęśliwy jubilat, bohatér uwieńczony nie tylko w cichéj walce prywatnego żywota, lecz i w bojach chwalebnych pod Zamojskim i Chodkiewiczem, ze łzami słodkiemi w oczach, z błogością niewysłowioną w licach, wzniósł drżące dłonie nad głową syna i wyrzekł błogosławiąc:
„Bądź tak szczęśliwym w życiu domowém z twoją bogdanką, jakem ja z moją był przez pół wieku i jak dziś jestem! Daj to ojczyznie, co ja za łaską Bożą jej dałem, a ujrzyj w większej ją chwale, niżli dzisiejsza!“
I piękna była chwila, kiedy staruszkowie sędziwi, w poważnych szatach godowych, z myrtowemi bukietami na piersiach, dziatwę swą pobłogosławiwszy, sami z kolei "błogosławcie nam!“ rzekli, pochylając czoło przed dziećmi i przed gośćmi, i przed domownikami swojemi!
Obie pary po chwili stały już przed ołtarzem w kościele, przepełnionym tłumem pobożnych i ciekawych widzieć obrzęd niepospolity; a w parę potém godzin całe grono weselne, przy odgłosie dźwięcznej kapeli, otaczało stoły biesiadne, wznosząc rzęsne przezdrowie!
Kochajmy się nie obeszło jeszcze kolei, gdy śród najweselszej biesiady, ussarz, cały błotem zbryzgany, snać od rączego cwału, wpadł jak piorun do sali i zadyszanym głosem zawołał: „do broni bracia! do broni!“
Kobiety przerażone w białe ręce klasnęły, towarzysze porwali się od stołu, rzuciwszy niedopite kielichy, a jubilat najpierwszy do ussarza przyskoczył, o przyczynę bojowego hasła pytając:
„Wróg na nas godzi! — odparł zwiastun Bellony, — lada moment pole mu damy; a głośniej niż tu skoczna muzyka, groźne działa wnet zagrzmią; a hojniej niż wino wesołe, krwi tam strugi popłyną! Do broni więc, komu cześć i ojczyzna miła!“
„Do broni!“ krzyknął jubilat głosem młodzieńczym, a oczy mu dziwnym ogniem zabłysły i rozgorzało oblicze; wyprostował się, wzniósł dumnie głowę i jakby urósł w téj chwili...
„Do broni!“ zagrzmiał nieodrodny syn jego, i ledwie okiem, wielkiej miłości pełnem, rzuciwszy na pobladłą swą oblubienicę, wypadł w podwórze dać stosowne rozkazy, a kilku towarzyszy za nim w ślady pobiegło.
„Oto mi gody! — prawił staruch rozpromieniony, — oto mi złote wesele!... Łaskaw Bóg na mnie, gdy mi dzisiaj w taki taniec skoczyć dozwala, com już do innego niezdolny. — I zatarł ręce, i was pokręcił, i w karabelę brzęknął, i na jednego z dworzan zawołał: — niech mi Chocimczyka siodłają!“
A sędziwa jego małżonka, drżąca i blada, załamawszy ręce w trwodze boleśnéj, słowa wyrzec nie śmiejąc, oczyma łez pełnemi spoglądała w około, jakby o ratunek błagając. Błaganie to zrozumieli starsi synowie i wnet do rodzica zbliżyli się z perswazją, aby, mając już dosyć laurów bojowych, pobłogosławił tylko młodszych na drogę, a sam w domu pozostał na Wojskiego dla niewiast.
Oburzył się staruch na te wyrazy, i ani mówić więcéj o tém już nie pozwolił. Parękroć tylko z wielką czułością całował w czoło swą żonę, swoją dzieweczkę, jak ją nazywał, uścisnął zapłakaną młodą synowę, i w pół godziny już był gotów zupełnie, uzbrojony od stóp do głowy, a na piersiach sobie zawiesił drogi bukiet swój ślubny. Obaczywszy to inni, wesoło wnet za jego poszli przykładem, powiadając, że lepiej w tańcu się sprawią, gdy myrtowe gałązki przypominać im będą, że do weselnéj należeli drużyny.
Mniej niż w godzinę dwór się cały wyludnił. Mężczyzni do obozu pobiegli, a kobiety z rzewną modlitwą w kościele się zamknęły, dziatwę z sobą zabrawszy.
A był to dzień pamiętny w dziejach naszej ojczyzny, dzień wielkiej chwały i tryumfu dzielnych polskich zastępów, które pod wodzą Stefana Czarnieckiego rozgromiły przeważne siły nieprzyjacielskie.
Lecz dla mojego rodu stał się on dniem wielkiej żałożci; bo mój prapradziad, ów jubilat sędziwy, z młodym zapałem w najgorętszy się ogień rzucając, ugodzony strzałem smiertelnym, zbyt drogo bohaterstwo swoje okupił. Krwią zbroczonego synowie i dworzanie wzięli z pobojowiska i tego jeszcze wieczora, na wpół żywego, odnieśli do domu, który się wielkim płaczem napełnił.
Cała rodzina z miłością niewymówną skupiła się przy łożu bohaterskiego starca, który luboć blizki już śmierci, miał wszelakoż całą przytomność i swobodę umysłu, a nawet błogi uśmiech na twarzy. Kiedy go rozdziewano, aby rany opatrzyć, nagle spójrzał po sobie i aż zadrżał z radości, znalazłszy bukiet swój ślubny krwią zbryzgany na piersiach. Zerwał go, a podając najmłodszemu synowi, temu właśnie, którego w dniu tym śluby święcono:
„Weź! — rzekł — te myrty! posadź je i pielęgnuj starannie na wieczystą w rodzie swoim pamiątkę! Przyjmą się pewno, przeżyją, bo krew moja serdeczna część mojego życia w nie wlała, i nie zbluźnię, gdy powiem, poświęciła je uroczyście. Niechże się krzewią, niech się rozmnażają w potomne czasy na ślubne wieńce i bukiety dla dzieci i wnuków twoich, iniech w potomne czasy przenoszą pamięć o waszym ojcu, którego umiłował tak Pan Bóg, że mu w dzień złotego wesela na toast najuroczystszy wolno bylo krwi żywej z własnych piersi utoczyć! Błogosławię wam! błogosławię!“
I ciężko dysząc, kładł ręce już stygnące na głowach rzewnie zapłakanéj rodziny, a po chwili o spowiednika prosił...
Nazajutrz dom już cały okryty był żałobą, w pare dni potém wspaniały pogrzeb się odbył, w parę zaś jeszcze tygodni znowu już tylko dzieci i niewiasty pozostaly we dworcu, bo mężczyzni znów do obozu pobiegli.
Myrt posadzony i hodowany troskliwie, przyjął się z wielką łatwością i bardzo prędko nowe listki rozwinął. A na tych listkach, ku wielkiemu zdumieniu pielęgnujących go niewiast, krwawe plamki się ukazały. Zrazu, gdy wyjęte z bukietu gałązeczki sadzono, nie opłukano ich ze krwi, czcząc ją i zachowując umyślnie, jako świętą pamiątkę; stare więc listki miały na sobie plamki ze krwi prawdziwej; kiedy więc i na młodych plamki te się znalazły, długo nie umiano zdać sobie sprawy z tego zjawiska, zawsze jednak myślano, że to jest rzecz tylko zewnętrzna; nie probowano wszakże plamek tych zmywać, by i ze starych też listków krwi nie opłukać. Lecz gdy powoli stare listki same opadly, a młode, jeden w drugi, na sporej już krzewinie, krwawemi centkami się pstrzyły, żroszono je wodą rzęsiście i centek nie opłukano. Pokuszono się ręką je zetrzéć; starto kilka listków na miazgę, i przekonano się w końcu, że dziwną igraszką przyrodzenia, a raczej dziwném Bożém zrządzeniem krew starca bohaterskiego uwieczniła się na liściach myrtu, który wyrósł z gałązek, co ślubny jego bukiet składały.
Łatwo pojąć, jak drogą, jak uroczystą pamiątką myrt ten stał się dla rodu naszego. Pielęgnowano go też z troskliwością najczulszą i ze czcią, ledwie nie religijną, a starano się jak najwięcej rozmnażać, co zresztą z niesłychaną przychodziło łatwością. Nie płonną snać była wiara konającego starca, który rzekł na swém łożu śmiertelném, że krew jego serdeczna, część życia jego w myrt ów przelała i poświęciła go uroczyście.
Dziad mój tedy już z krwawych myrtów oblubienicy swojej dał wianek, a nadto, woli ojca swego posłuszny, na uczczenie pamięci bohaterskiego przodka, starym zwyczajem rodu swojego, w dzień świętej Salomei przystępując do ślubu, nie w białą lecz w czarną szatę odzianą pannę młodą poprowadził przed ołtarz. Rodzice moi święcie też zachowali ten zwyczaj: i dla nich dzień świętéj Salomei był dniem wesela i rodowej razem żałoby, bo i oni też z krwawych myrtów ślubne bukiety i wieniec mieli. Na mnie dziś kolej, bo z myrtu prapradziadowego krew dotychczas nie zeszła. A więc nie gorszcie się szatą naszą żałobną, a z serca nam pobłogosławcie... Bo kto wié, jak miodowe miesiące dla nas się złożą? jak myrt nasz ślubny na nas oddziała? Dziad mój ś. p. całą duszą Leszczyńskiemu oddany, w parę niedziel po ślubie żonę musiał opuścić, by krwawy okup krwawemu myrtowi złożyć, a jéj dać donosić żałoby; toż samo i ojciec mój najmilszy, który już za Stanisława Poniatowskiego matkę moją poślubił... Mamże być od nich szczęśliwszym, a raczej nieszczęśliwszym?... Więc błogosławcie, błogosławcie nam z serca, nie na radość i spokój, lecz na wytrwałość i ochoczą ofiarę!
Skończył, a nas zdumienie wielkie i dziwne opanowały myśli... Ten, ów coś szepnął do swojego sąsiada i nagle urwał, bo zaczął się uroczysty obrzęd błogosławieństwa, a w ślad za tém cały orszak weselny do kościoła pośpieszył. I ja też udałem się z innymi i modliłem się szczerze za szczęście nowożeńców, błagając dla nich of wytrwałość i dobrą wolę w ofierze. Chciałem modlić się długo, lecz już mi na to nie starczyło skupienia ducha, bo myrt krwawy, który miałem w swoim bukiecie, tak mię opanował przeważnie, że już o niczém inném myśleć nie mogłem.
Skończył się święty obrządek i powróciliśmy do dworu. Spełniliśmy toast za szczęście nowożeńców, i statecznie, poważnie rozmawialiśmy z sobą, nie myśląc już o hucznej biesiadzie, a jeszcze mniej o tańcach, które nie mogły z żałobą się pogodzić.
Mnie ciągle tkwiła w myśli opowieść Władysława ó jego prapradziadka złotóm weselu, ciągle brzmiał w uszach krzyk owego ussarza: do broni bracia! do broni! I nieraz takem się zapomniał, że na lada tentent w podwórzu podbiegałem do okna, czy nie widzę skrzydlatego gońca Bellony; na lada drzwi skrzypnięcie biegłem ku nim oczyma, sądząc, że już wpada na salę...
I cóż na to powiecie? Przed wieczorem zjawił się goniec! Inacźéj wprawdzie wyglądał, inaczój się do nas odezwał, i nie poskoczyliśmy zaraz w taniec bojowy; niemniej wszelakoź niejeden z nas, zdolnych do dźwigania oręża, na weselu owem obecnych, nie wykupił się od krwawego haraczu krwawym myrtem weselnym. Cała nasza młoda drużyna wraz z panem Władysławem, w tymże jeszcze tygodniu w świat szeroki pobiegła i nierychło wróciła pod swe strzechy ojczyste...
Wiele już lat odtąd minęło. Nie zdarzyło już mi się być na weselu czyjćmbądź z rodu pana Władysława; nie wiadomo mi przeto, czy dotąd w jego domu krwawe myrty się krzewią. Ale jego opowiadanie tak mi w pamięć się wjadło, tak zamęciło w głowie, że aż do dziś dnia jeszcze, ilekroć się znajdę na jakim ślubie, to mi się ciągle coś marzy, jakoby panna młoda w żałobie i w wieńcu z krwawych myrtów szła do ołtarza, jakoby nawet całe grono weselne w czerni ubrane było; i razi mię skoczna muzyka i gorszą tańce wesołe!... Dręczy to mię nad wszelki wyraz, a nawet i zatrważa, jak symptom obłąkania; to też przy każdym ślubie modlę się najgoręcėj, aby Bóg miłosierny ten urok dziwny zdjął wreszcie z moich oczu nieszczęsnych i w barwach radośniejszych dał mi świat mój oglądać!!...