Krwawy generał/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Krwawy generał
Pochodzenie Ludzie, zwierzęta, bogowie, tom III
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.
SZALONA JAZDA „URGĄ“.

Znowu jechaliśmy okolicami znanemi. Przebyliśmy górę, skąd dojrzałem oddział Wandałowa, potok, do którego wrzuciłem swoją broń, i równinę, gdzie, wlokąc się pod eskortą Bogdanowa, miałem dużo ciężkich i przykrych myśli.
Na pierwszym urtonie (stacja, gdzie się zmienia konie) czekała na mnie niemiła niespodzianka. Nie znaleźliśmy tu wcale koni, gdyż zabrał je ze sobą oddział Wandałowa. W jurcie był tylko dozorca z dwoma synami. Obejrzawszy moją „dzarę“,[1] dozorca ożywił się i oznajmił, że na mocy dokumentu posiadam prawo jazdy „urgą“, i że konie dla mnie będą wkrótce.
Wskoczył na okulbaczonego wierzchowca-byka, skinął na dwóch moich ułaczenów i, wziąwszy długi, cienki drążek z pętlą, czyli „urgą“, na końcu, oraz kilka uzd, ruszył na step dobrym kłusem.
Bryczka jechała za nim.
Zjechaliśmy wbok od naszej drogi i w godzinę potem ujrzeliśmy duży tabun koni.
Dozorca i ułaczeni zapomocą „urgi“ bardzo zręcznie i szybko schwytali kilka koni i z triumfem prowadzili je do bryczki.
Nagle ze wszystkich stron zjawili się konni pastuchowie i, widząc, co się święci, mknęli ku nam, co koń wyskoczy. Jednak, gdy dozorca odczytał im moją „dzarę“, pastuchowie z pokorą okulbaczyli schwytane konie i zastąpili poprzednich ułaczenów, którzy spokojnie odjechali do domów, prowadząc swoje zdrożone wierzchowce.
Przy jeździe „urgą“ podróżuje się nie zwykłym szlakiem urtońskim, lecz od tabunu do tabunu, gdzie się chwyta coraz to nowe konie, i gdzie ułaczenów zastępują właściciele tabunu lub ich robotnicy.
Wszyscy Mongołowie starają się przytem jak najprędzej odbyć tę powinność, mkną, jak szaleńcy, dążąc do najbliższego tabunu innego właściciela.
Podróżnik, posiadający prawo na „urgę“, może osobiście schwytać potrzebną ilość koni i, o ile nie zjawi się ich właściciel lub pastuch, odjechać, zostawiając konie w następnym tabunie. Mongołowie nie lubią poszukiwać swoich koni w cudzych tabunach, więc natychmiast zjawiają się i spełniają obowiązki ułaczenów.
Droga, oraz szlak urtoński, którym jechałem, były zupełnie niezaludnione, gdyż w tych okolicach tubylcy, nastraszeni potyczkami i ciągłemi rekonesansami mongolskich i rosyjskich oddziałów, zwinęli urtony i koczowiska i odeszli w góry, gdzie, nie bacząc na nagą i pustą okolicę, umieją się kryć i znikać bez śladu.
Dzięki tym okolicznościom przejechałem około 350 kilometrów przez bezludną część środkowej Mongolji w granicach chanatów Sain Noin i Tuszetu.
Dało mi to możność uczynienia szeregu spostrzeżeń nad miejscową, nader interesującą fauną.
Spotykałem coraz częściej olbrzymie stada antylop mongolskich (gazella gutturosa oraz gazella subgutturosa). Niektóre z tych stad liczyły po 5000 sztuk.
Na skalistych zboczach gór widziałem nieraz grupy dumnych i ostrożnych argali (ovis ammon), niewielkie stada antylop piżmowych (gazella Cabarga); w gaikach, schowanych w głębi wąwozów, szare, bystre dziki (sus scrofa) z brunatnemi pręgami na grzbietach, zawzięcie ryły ziemię; na wysoko położonych pastwiskach „alpejskich“ wspaniałe jelenie — vapiti — żerowały, lub schodziły niżej i chciwie lizały białe plamy zwietrzałej soli, wykwitającej, jak szron, na ziemi. Kilka razy na widnokręgu zamajaczyły, niby widma mknące, dzikie konie (equus-primigenius Przewalski) i dzikie osły (equus hemionus).
Spotykałem też i starannie obserwowałem kolonje świstaków.
Na przestrzeni kilku kilometrów kwadratowych widniały tysiące małych pagórków, pod któremi ukryte były głębokie, przestronne nory. Miały tu siedziby świstaki, te największe okazy z rodzaju gryzoniów.
Pomiędzy norami stale przebiegały i kręciły się zwierzątka żółte lub brunatne, dosięgające czasem wielkości niedużego psa. Biegały ciężko, przewalając się z jednego boku na drugi, przyczem skóra na ich tłustych kadłubach fałdowała się i ruszała, jak gdyby była za szeroka.
Świstaki są doskonałymi górnikami — poszukiwaczami rudy. W usypywanych przez nich pagórkach odnajdywano nieraz złoto, cynę, miedź i ołów, które wykopują one z ziemi przy budowaniu nor.
Świstak, zbliżając się do swojej nory, nagle zatrzymuje się, siada na tylnych łapach i zamienia się w nieruchomy słupek, który łatwo można wziąć za kamień lub kawał wystającego z ziemi drzewa. Spostrzegłszy jeźdźca, zaczyna mu się ciekawie przyglądać, gwiżdżąc przytem przeciągle.
Myśliwi korzystają z tego dla swoich celów.
Znając ciekawość zwierząt, pełzną w stronę nor, wymachując kijkiem z uwiązaną na jego końcu szmatką. Cała uwaga świstaka skierowuje się wtedy na nieznany, zaciekawiający go przedmiot, i dopiero kula, przeszywająca biedne zwierzątko, rozstrzyga domysły, rojące się w jego okrągłej główce. Mongołowie chętnie polują na świstaki, zabijając rocznie do dwóch miljonów sztuk. Tłuste i smaczne mięso świstaka zjadają, skórki zaś sprzedają Chińczykom, którzy eksportują je do Chin, gdzie futro tych zwierzątek jest ogromnie poszukiwane przez najszersze warstwy społeczeństwa, gdyż jest lekkie, ciepłe i tanie.
Świstak jednak bywa też niebezpieczny dla ludzkości, gdyż najzwyklejszą chorobą tego gryzonia jest straszliwa dżuma, łatwo udzielająca się ludziom.
Nader podniecającą scenę obserwowałem pewnego razu niedaleko rzeki Orchona w granicach posiadłości księcia Beje-Sando.
Spotkałem tam tysiące nor, i trzeba było wielkiej uwagi ułaczenów, aby konie nie połamały sobie nóg w dołach, wykopanych przez świstaki. Naraz spostrzegłem dużego orła, który zawisł wysoko w powietrzu, wypatrując zdobycz. W pewnej chwili spadł on na ziemię, jak kamień, i usiadł na pagórku tuż za norą, gdzie przed chwilą schował się świstak. Orzeł siedział nieruchomo, jak posąg ze śpiżu lub z czarnego marmuru. Świstak po kilku minutach wybiegł z nory i skierował się do nory sąsiada, widocznie z jakiemiś świeżemi i ważnemi nowinami, tyczącemi się może mojej grzmiącej i skaczącej bryczki.
Orzeł natychmiast ciężko zeskoczył z pagórka, usiadł przed norą świstaka i jednem skrzydłem zakrył wejście do niej.
Świstak, posłyszawszy szmer, zatrzymał się, spojrzał w stronę swojej siedziby i z przeraźliwym gwizdem ruszył do ataku, chcąc się dostać do swego domu, gdzie pozostawił rodzinę.
Rozpoczęła się bitwa.
Orzeł walczył swobodnem skrzydłem i dziobem, nie otwierając wejścia do nory; świstak zaś skakał na wroga z wielką odwagą, lecz wkrótce padł, otrzymawszy kilka ciosów w głowę. Wtedy dopiero orzeł zwinął skrzydło, zbliżył się do leżącego przeciwnika, dobił go uderzeniem potężnego dzioba i, z trudem podniósłszy zdobycz, odleciał w miejsce bezpieczne na smaczne i obfite śniadanie.
Opowiadano mi jednak, że czasem świstakowi udaje się zwalczyć orła, odgryzłszy mu nogę ze straszliwemi szponami i zmusiwszy w ten sposób do ucieczki.
W miejscach, prawie zupełnie pozbawionych roślinności, gdzie tylko tu i owdzie wystają z suchej ziemi źdźbła trawy, spotykałem inne gryzonie, tak zwane po mongolsku „imurany“.
Są to bardzo ruchliwe zwierzątka, szybkie w biegu, nie większe od wiewiórki, o futerku koloru szarego piasku, doskonale przystosowanem do ogólnego tła miejscowości. Setki ich śmigają po stepie, zbierając przyniesione z wiatrem nasiona roślin, i żyją spokojnie, dopóki ludzie nie zwrócą niebezpiecznej uwagi na ich skórki. Imurany posiadają nory w postaci głębokich, okrągłych dziur w twardej ziemi. Zwierzątko to ma oddanego sobie przyjaciela, którym jest wielki skowronek stepowy (Larca flava), żółtoszary z brunatną główką i z grzbietem koloru ciemnej rdzy.
Spostrzegłszy mknącego imurana, ptaszek natychmiast podlatuje do niego, siada mu na grzbiet i, naprzemian — śpiewając lub trzepocąc skrzydełkami i łapiąc pasorzyty, trapiące przyjaciela, odbywa wesołą konną przejażdżkę ku widocznemu zadowoleniu zwierzątka, zamaszyście wywijającego długim ogonkiem z ciemną kitą na końcu. Mongołowie bardzo trafnie nazywają imurana „rumakiem wesołego skowronka“.
Skowronek i imuran mogą służyć za przykład tak zwanej „obronnej symbjozy“. Imuran wyrzuca z nory robaczki, liszki i różne odpadki swego gospodarstwa, z czego korzysta skowronek w tych pozbawionych pokarmu miejscowościach. Ptak zaś zastępuje swemu przyjacielowi wartę: gdy spostrzeże krążącego sępa, natychmiast wydaje dwa krótkie gwizdki na trwogę i zapada gdzieś pod kamień, znikając bez śladu na szarożółtej powierzchni stepu. Po tym sygnale żaden imuran nie wymknie się już ze swych podziemnych labiryntów, oczekując spokojnie na wesołą arję skowronka, gdy już nieprzyjaciel odleci.
W ten sposób w warunkach przyjaznego sąsiedztwa żyją w mongolskich stepach głodowych i w pustyni skowronek i jego „koń“ — imuran (Lagomys ladacensis).
W kilku miejscach Mongolji, a mianowicie w dolinie rzeki Mureni i na granicy Bargi spotkałem jeszcze jednego gryzonia stepowego.
Był to czarny szczur stepowy z rodzaju Microtus, podobny z kształtu ciała, z zabarwienia i braku ogona do zwykłego kreta. Szczury te żyją kolonjami i są świetnymi gospodarzami, nagromadzając olbrzymie zapasy żywności na zimę; mają one część swoich śpichlerzy na powierzchni ziemi. Niedaleko od okrągłego otworu, prowadzącego do nory, szczur układa wysoki na 2 stopy stóg siana. Swemi wystającemi, przedniemi zębami „kosi“ trawę, suszy ją i składa w prawidłowy, okrągły stóg, w środku którego chowa w dołku, wykopanym w ziemi, nasiona i korzenie pokarmowe.
W obawie, iż wściekłe wichry zimowe mogą zburzyć jego pracę, szczur wynalazł sposób na zaradzenie złemu. Ścina on trzy cienkie gałązki i przetyka niemi swój stóg, związując wystające końce ich źdźbłami mocnej trawy. Taki stóg jest zabezpieczony od zburzenia, gdyż jest tak mocny, iż kopnięciem nogi nie za każdym razem mogłem go rozwalić. Konie i wielbłądy starannie poszukują szczurzych stogów, gdyż są one złożone z najsmaczniejszych i najpożywniejszych gatunków trawy.
W dolinie Orchona, porosłej wysoką, dobrą trawą, spotykałem duże stada kuropatw-jaskółek, czyli „salg“ (Perdrix hirundo-Salga), które są charakterystycznym dla Mongolji okazem ornitologicznym, zamieszkującym zarówno stepy, jak i pustynię. Ten rodzaj kuropatw posiada jasno-szare „mimetyczne“ zabarwienie i dwa długie pióra sterowe w ogonie, co właśnie podczas lotu nadaje tym ptakom, stale świergocącym, wielkie podobieństwo do dużych jaskółek. Samiec-kuropatwa w szarem opierzeniu ma brunatno-czekoladowe plamy na grzbiecie i na skrzydłach, nogi zaś pokryte krótkiemi, lecz gęstemi i twardemi piórami.
Dzięki jeździe „urgą“ poczyniłem cały szereg ciekawych spostrzeżeń zoologicznych, z których najcenniejsze były obserwacje nad dzikiemi końmi i osłami, naogół bardzo do siebie zbliżonemi: jednakowej, szaro-żółtawej barwy z brunatną lub czarną pręgą, idącą przez grzbiet. Okazy te nie są większe od koni kurlandzkich lub fińskich, tylko nogi mają krótsze i bardziej krępe. Dziki koń (Equus primigenius Przewalski) ma dłuższą pręgę ciemną.
Dziki osioł (Equus Hemionus) ma czasem pręgi dodatkowe, spuszczające się na boki, krótszą grzywę i ogon długości średniej, większe uszy i znacznie szybszy bieg. Mongołowie nazywają dzikie konie i osły kułanami; polują na nie z powodu smacznego mięsa. Są to dzikie zwierzęta i prawie nigdy nie zbliżają się do tabunów koni oswojonych.
Mongołowie wieźli mnie szybko i uczciwie, zbytnio nie oddalając się od wytkniętego kierunku i otrzymując w nagrodę za to srebrne dolary chińskie, których pewną ilość zarobiłem w Uliasutaju lekcjami francuskiego i angielskiego, udzielanemi kupcom chińskim i kolonistom rosyjskim.
Lecz widocznie przyzwyczajenie moje do siodła, na którem zrobiłem już 5000 mil angielskich, dało mi się we znaki. Trzęsienie i kołysanie się mojej bryczki rozbiło mię doszczętu.
Skacząc przez kamienie, nory świstaków i rowy, bryczka mknęła unoszona przez czwórkę dzikich koni, klekotała, trzeszczała i jęczała, i chyba tylko przez upór, a może dla podtrzymania reputacji „wygodnych powozów mongolskich“ nie rozsypała się na kawałki.
Wszystkie stawy, głowa, zęby, nawet oczy zaczęły mię boleć. Jęczałem i kląłem. Wreszcie dostałem ostrego paroksyzmu ischiasu.
Do rana nie zmrużyłem oka, nie mogłem leżeć, ani siedzieć. Całą noc przechodziłem pomiędzy jurtami jakiegoś koczowiska, utykając na chorą nogę, jęcząc boleśnie i słuchając potężnego i niezupełnie muzykalnego chrapania pastuchów; od czasu do czasu staczałem energiczne walki z całą zgrają czarnych, złych psów, marzących o dobrej kolacji z mięsa nieznanego cudzoziemca, błąkającego się nocami po stepie.
Nazajutrz wyruszyliśmy w dalszą drogę, lecz jechaliśmy tylko do południa.
Czułem się bardzo źle; ból stał się nie do zniesienia. Zatrzymałem się w jakiejś jurcie na skraju małego klasztoru i postanowiłem się leczyć. Jednak, chociaż połknąłem cały zapas swojej aspiryny i chininy, ból nie zmniejszał się wcale, przeciwnie, coraz bardziej się potęgował.
Wreszcie gospodarz jurty zapytał mnie, czy nie chciałbym poradzić się doskonałego lekarza-lamy. Poradziłbym się chętnie nawet djabła, aby mi tylko ulżył cokolwiek!
Wkrótce wysoki, chudy i nader poważny lama badał mój puls; skrzyżowawszy mi obydwie ręce, wysłuchał bicie serca, opukał całe ciało i rzekł:
— Jesteś zdrów, jak dziki „jak“, lecz rozbiła cię jazda na siodle, a reszty dokonała bryczka... Dam ci dwa proszki. Jeden wypij z gorącą wodą, drugi — z zimną. Przez noc będziesz cierpiał, rano wsiądziesz na koń. Wszystko minie... Om! Om!
Otrzymawszy honorarjum, przyniósł proszki i sam mi je przyrządził. Były one obrzydliwie gorzkie i jak gdyby przetłuszczone. Po chwili poczułem gwałtowne bicie serca, potem przypływ krwi do głowy i straszny, wzmagający się ból w nodze i grzbiecie, co zmusiło mię do wstania i wyjścia z jurty; zacząłem biegać, żeby choć trochę zapomnieć o bólu.
— To dobrze! — cieszył się mój lekarz-lama, wypijając dziesiątą miseczkę herbaty. — Leki działają!
W duchu życzyłem mu wszelkich klęsk europejskich i mongolskich; biegałem, siadałem, aby za chwilę znowu się porwać z miejsca i rozpocząć chodzenie, raczej gonitwę, chwytając się co chwila za nogę i grzbiet. Tak przeszła noc. Przy pierwszych blaskach świtu, ból począł się zmniejszać, a gdy lama odsłonił płachtę, okrywającą w nocy dymowisko, wpuszczając różowe promienie słońca, zjawiającego się z poza gór, zmówił krótki pacierz poranny i zwrócił się do mnie ze słowami powitania, byłem zdrów!
Z apetytem zjadłszy śniadanie, kazałem okulbaczyć dla siebie konia i jechałem obok bryczki, w której paradował mój przewodnik, stary kolonista.
Podczas kulbaczenia koni do jurty nagle podjechał pułkownik Filipow. Oznajmił mi on, że kapitan Bezrodnow zatrzymał całą ich grupę w Dzain-Szabi, pozwalając tylko jemu jednemu jechać do Wan-Kure dla spotkania się z baronem Ungernem, którego tam właśnie oczekiwano.
Tak opowiadał pułkownik Filipow, a w tym samym czasie całą jego grupę stracili Mongołowie i Tybetańczycy Bezrodnowa w ponurym wąwozie Dzaińskim. Tego jednak wtedy Filipow nie wiedział, jak również nie wiedział, że przed nim innym szlakiem przemknął do Wana goniec z listem kapitana do krwawego barona...
Filipow ogromnie się śpieszył i, wypiwszy naprędce herbatę, ruszył dalej, zamierzając przed wieczorem być w Wan-Kure, gdzie stał obóz pułk. Kazagrandiego.


Przypisy

  1. Urzędowy dokument mongolski, nadający prawo korzystania z koni pocztowych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.