Krwawy epizod

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Krwawy epizod
Podtytuł Ustęp z pamiętników geometry przysięgłego klassy drugiej
Pochodzenie Drobiazgi
Wydawca Redakcja „Muchy”
Data wydania 1898
Druk A. Michalski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KRWAWY EPIZOD.
(Ustęp z pamiętników geometry przysięgłego klassy drugiej).

O

Ot, jak zwykle, jeździł człowiek po świecie, ze stolikiem, łańcuchem i bussolą, mierzył i krajał tę poczciwą matkę ziemię na włóki, morgi i pręty, a świat, może przez ironię, może przez wdzięczność, nazywał mnie „skoczybruzdą.”
Posiadacz drobnej własności ziemskiej kłaniał mi się nizko i nazywał wielemożnym omentrą, ale zarazem porywał za kłonicę, jeżeli jemu samemu kto od omentrów wymyślał.
Jeździło się ode wsi do wsi, od dworku do dworku; w dzień brodziłem po łąkach i bagnach, w nocy rysowałem plany i pisałem regestra pomiarowe, a myśl moja wymykała się ukradkiem i błądziła...
Brzydka myśl! niegrzeczna myśl! nieprzyzwoita myśl!.. gdzież ona błądziła, a raczej, gdzie nie błądziła.
Ten cyniczny indyferentyzm mej myśli oburzał mnie, doprowadzał do rozpaczy... pocieszałem się w mojem nieszczęściu tem tylko, że podobne wypadki nie są wyłączną właściwością geometrów przysięgłych klassy drugiej, ale trafiają się również budowniczym, adwokatom, mechanikom i wszelkim procederzystom. Regentowi nawet gubernialnemu niepomierna okrągłość brzucha i głęboka znajomość prawa hypotecznego nie przeszkadza w podobnych wędrówkach myślowych, które zresztą, nie wchodząc nigdy w sferę faktów spełnionych, pozostają na zawsze marzeniami tylko.
Kobiety! pocóż stworzyłeś je, o Boże!
Ileż nocy przemarzyłem z ich łaski w sposób okropny, ileż miałem snów straszliwych!.. a raz nawet z łaski kobiety omyliłem się w pomiarze i ukrzywdziłem porządnego obywatela o cztery morgi i siedemdziesiąt pięć prętów miary nowopolskiej.
Cherchez la femme! Cherchez la femme! Szukajcie jej wszędzie!.. ona zawsze jest w każdym wypadku, jak kwas w barszczu, jak drożdże w piwie, jak fuzlowy olejek w okowicie, której zniszczyłem dużo, zwłaszcza podczas robót jesiennych.
Nie rozkoszna to perspektywa mierzyć cudzą ziemię aż do ostatnich dni żywota — o nie! Czyż więc będziecie się dziwili, że marzyłem nieraz i wzdychałem do tego, aby dostać panienkę z kilkoma włókami, młynem i propinacyą?
Marzenia moje były niby licytacya in minus. Im więcej włosów uciekało mi z głowy, tem wymagania moje stawały się mniejszemi: kiedy miałem grzywę lwią prawdziwie, śniłem o krociowych dziedziczkach, później cieszyłbym się nawet z córki zamożnego dzierżawcy... a jeżeli tak będzie dalej, to wówczas kiedy się stanę łysym jako dynia, ożenię się z panną gołą jak pasternak i, comme de raison, będziemy żyli kartoflami z miłością.
Okropność!
Było to we Wrześniu; roku ani godziny nie wymieniam, bo nie jestem zegarmistrzem, tylko geometrą. Przyjechałem do Rozdrapanej Wólki na czynność. Skoro świt byłem na polu, a wieczorem powracałem do domu, bogaty w notatki i w głód... istotnie jeść mi się chciało jak psu.
Dano mi coś przekąsić, a kieliszek wina jeden, drugi i trzeci, rozjaśnił mi w głowie o tyle, że zrobiwszy pięć omyłek w regestrze pomiarowym, uczułem potrzebę wyjścia na świeże powietrze i wystawienia spracowanej głowy na chłodzące podmuchy wieczornego wietrzyku.
Błądziłem po dużym ogrodzie; chodziłem w około trawników, oddychałem świeżem powietrzem, zapuszczałem się w cienisty szpaler lipowy, który wieczorem wydawał się niby długi i ponury korytarz starożytnego klasztoru.
Uległem rozmarzeniu i znowu nieposłuszna myśl puściła się na wędrówki.
W kącie ogrodu błysnęło światełko... Wychodziło ono z okna pokoiku, zajmowanego przez guwernantkę i rzucało złotawą smugę na przysadziste krzaki agrestu i na potworne dynie, co rozsiadły się na grzędach, niby poważne matrony na kanapach podczas tańcującej herbatki.
Guwernantka i geometra! Czasem spostrzegałem pewną nić sympatyi łączącą te istoty. Mój przyjaciel Łańcuszkiewicz wykradł pannę Filomenę, inny przyjaciel wykradł inną pannę, a przyjaciele byli geometrami, panny zaś guwernantkami...
Czemużbym i ja?... ale zobaczmy...
Pani Fitzbrick jest wdową i pokazuje dzieciom pani Dryblasiewicz język... francuski. Przytem wykłada im teoryę robót krzyżowych i innych umiejętności ścisłych. Pani Fitzbrick gra na fortepianie, jeżeli nie tak jak Liszt, to przynajmniej jak jego sąsiadka; pani Fitzbrick jest piękna, jeżeli nie jak Madonna, to przynajmniej jak ktoś co widział Madonnę. Pani Fitzbrick jest wdową, w sercu jej goreją płomienie jak w wulkanie... w oczach błyszczy ogień jak w piecu... Doprawdy, nieraz w życiu mojem zastanawiałem się nad ważną kwestyą socyalną, a mianowicie nad pytaniem, gdzie spoczywa większa siła uczuć — czy w sercu panny czy wdowy?
W rozmyślaniach moich przyszedłem do wniosku, że nad budzącą się do życia iskierkę gorętszy jest silnie rozdmuchany płomień, i że twierdza przyzwyczajona do częstych kapitulacyj, przedstawia więcej szans dla wojownika, aniżeli mały zameczek, który da się zdobyć dopiero po długiem oblężeniu.
Zcicha zbliżałem się ku owemu pasmu światła snującego się z okna madame Fitzbrick. Do tego kroku powodowała mnie, primo: szpetna wada ciekawości, secundo: owa jakaś nadzieja, która powiada do człowieka: idź, a może... a nuż...
Poszedłem.
Powodzenie nie sprzyjało mi zaraz od pierwszego kroku. Potknąłem się na dyni i uderzyłem nosem w coś twardego, tak, że szlachetny ten organ powonienia spłaszczył się w sposób dość podejrzany.
Przeszkody wszakże nie zrażają mnie nigdy. Idę więc dalej.
Nieszczęście chce, że kaleczę sobie rękę o zdradliwy agrest, i krew broczy mą dłoń waleczną.
Lecz idę... jestem już pod samem okienkiem.
Nie zaglądam i nie widzę, ale przypuszczam, co mogę zobaczyć w pokoiku madame Fitzbrick. Może siedzi w białym kaftaniku i czyta romans? To byłoby dobre. Może też zdjęła już biały kaftanik i odsłoniła tajemnice gorsu i ramion — owe tajemnice, które przyzwoitość towarzyska zabrania pokazywać detalicznie w obec jednej lub dwóch osób, ale nakazuje wystawiać je hurtem na wielkich balach i tańcujących wieczorach. To byłoby lepsze. A może też — bo i to jest możliwem — madame Fitzbrick utonęła w puchach i spoczywając w pozie najrozkoszniejszej pod lampą (omal nie powiedziałem pod słońcem) marzy o nieboszczyku Fitzbricku, który do ostatka dni swoich był wiernym i kochającym małżonkiem?
To byłoby najlepsze. Ale wyjdźmy z błędnego koła przypuszczeń; obierzmy sobie właściwy punkt widzenia i spojrzyjmy do ustronia, w którem zamieszkuje owdowiała Wenus, wzdychająca do figlarnych amorków.
Spojrzałem...
— Co to jest!? na Boga!.. morderstwo! Co to jest?.. ona leży na łóżku... krew zalewa jej twarz i oczy... spływa po białym kaftaniku i krzepnie...
Leży martwa zupełnie... widać broniła się przed zbójcą, bo ręce jej skrwawione i zaciśnięte kurczowo.
Struchlałem...
Nie wiedząc co robić, biegnę przez podwórze do pana Dryblasiewicza. Spuszczony z łańcucha pies kąsa mnie w łydkę i ma najszczerszy zamiar zapuszczenia swych olbrzymich zębów jeszcze wyżej.
Ale cóż znaczy skaleczona łydka w obec zabitej ofiary!...
— Panie, wołam stukając do okienka, — panie Dryblasiewicz!
A jednocześnie bronię się nogami przeciw niedorzecznym pokuszeniom psa, skierowanym ku mojej ariergardzie.
— Panie!..
— A co tam... kto tam?
— Panie, na miłość Boską: to ja, geometra, wstań pan pocichu... nieszczęście...
— Pali się?
— Gorzej jeszcze...
— Złodzieje?
— Żeby tylko złodzieje!
— O, do djabła!..
— Wstawaj pan... wstawaj! morderstwo.
Dryblasiewicz wstał, wziął dla bezpieczeństwa dubeltówkę, znakomity statek, którego jedna lufa była przerobiona ze szwedzkiego garłacza, druga zaś z tureckiej janczarki. Odwiódł kurki i wyszedł. Za Dryblasiewiczem podążył stróż z siekierą i najodważniejsza z dziewek, Magda, prawdziwa Joanna D’Arc swojej okolicy, z kosorem.
Z taką armią można już było samemu dyabłu zajrzeć w oczy.
Ja także, dla osobistego bezpieczeństwa, wydobyłem scyzoryk, ale, że ten miał oba ostrza ułamane, więc otworzyłem grajcarek, mniemając, że w ostatecznym razie będzie można za pomocą tego instrumentu wydobyć z piersi zbója serce, tak dobrze jak korek z butelki.
Zbliżamy się do okna pokoju madame Fitzbrick.
Magda wydaje okrzyk straszny.
— O la Boga! guwernantkę zadydali!
I z tym okrzykiem leci do samej pani domu...
Magda zazwyczaj przynosiła do pokoju sypialnego pani Dryblasiewiczowej rozmaite rzeczy i plotki, chociaż płatną była tylko za doglądanie trzody i przynoszenie rozmaitych rzeczy.
W tym tak ważnym dla całej Rozdrapanej Wólki wypadku, panna Magda wpadła do pokoju z impetem pękającej bomby i przedstawiła całe wydarzenie w sposób tak malowniczy, że zacna pani Dryblasiewicz, jakkolwiek nie była w wieku, pozwalającym na ukazywanie się w negliżu, nawet w wypadkach wielkiej doniosłości, — wyskoczyła z łóżka i włożywszy na nogi pantofle, pobiegła tam, gdzie stał jej małżonek z rusznicą, ja z grajcarkiem i stróż z siekierą.
Przybiegłszy do okna, pani Dryblasiewicz wybuchnęła głośnym śmiechem.
— Ha! ha! krew! krew! wołała... i oto cała historja?.. Ależ na Boga, pani Fitzbrick robi to zawsze, ile razy żydzi biją cielęta... jest to jej sekret toaletowy: smaruje twarz krwią cielęcą, żeby tym sposobem zachować delikatność cery...
Na takie dictum zgłupiałem (co mi się zresztą niejednokrotnie w życiu wydarzało) i spojrzałem na panią Dryblasiewiczową, która zawstydzona swym arkadyjskim strojem, uciekła...
Nie potrzebuję dodawać, żem spał potem bardzo źle... miałem sny okropne.
Na drugi dzień, przy obiedzie, pani Fitzbrick nie wiedząc o całej nocnej awanturze, powstawała przeciw tym kobietom, które w kosmetykach fabrykowanych przez perfumiarzy, szukają środków utrwalenia swej piękności, i dowodziła, że tylko środki naturalne są w stanie zachować do późnej starości białość i świeżość policzków.
Nie oponowałem, ale myślałem w duchu:
— Gdybym był psem, polizałbym tę panią z przyjemnością po twarzy; jako geometra przysięgły klassy drugiej, czuję obrzydzenie do wdów pretensyonalnych i do cielęciny.
Od owej też pamiętnej chwili nie jadam jej wcale.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.