Krwawe drogi/Idź do piekła

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Kisielewski
Tytuł Idź do piekła...!
Pochodzenie Krwawe drogi
Data wydania 1916
Wydawnictwo Centralne Biuro Wydawnictw N. K. N.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IDŹ DO PIEKŁA...![1]

Gospodyni z dzieciakami była zajęta w ogródku zdejmowaniem całkiem już źrałych gruszek. Chłopak wylazł na drzewo i albo rzucał matce owoc w zapaskę, albo, gdy nie mógł dosięgnąć ręką, potrząsał drzewem. Podwieczór był śliczny, pełen słońca i jasności. To też dziwnie przy błękitnem, czyściuchnem niebie ryczało coś, niby pod ziemią, ale to ryczało groźniej, niż wszystkie grzmoty wszystkich burz, jakie tu kiedykolwiek ludzie słyszeli. Równie dziwne mogło się wydać, że kobieta z dziećmi nie zwracali uwagi na łomot, tak potężny, jakby kto wysoki aż po niebo chwycił w łapska cep morowy na tysiąc wiorst długości i dalejże rym w ziemię: buch — rym — buch — Huk i stęk zaczął się zbliżać do chałupy, ukrytej za sadem, ale gromadka tak była zajęta zbieraniem gruszek, że ją nic a nic nie obchodziły te grzmotania niesamowite.

Kobieta zadarła głowę w górę i wrzeszczała, jak gdyby chciała przekrzyczeć one łoskoty.
— Pietrek, jak mi bedzies gałązecki łomił, to ja ci gnaty poprzetroncam, obacys, pieronie jeden.
— I, to ja niechcący ino, matulu...
— Ja ci dam nie chcący, jaz ci spuknie...
Ale uwagę gospodyni zajął tymczasem inny przedmiot. Oto z drogi skręcił ku chałupie sołdat. Karabin przytrzymuje w jednej ręce, a w drugiej niesie jakąś bańkę dużych rozmiarów. Gospodyni, że to sołdaty teraz na wojnie to największe pany, uznała za stosowne pierwsza przemówić do żołnierza.
— Sołdat, a każ ty idzies?
— Ja k’tiebia.
— Pewnie ci sie gruszków zachciało, bo som dobre na podziw.
— Nu ładno. Można i gruszki — dawaj.
— Necie i jeszcze i ta tyz ładna.
— Spasibo, matuszka, a to sucho w gorle na wojnie, to i pojem.
— Ano na zdrowie. Cóż tam awstryjcy biją?
— A biut, czorty.
— Dacie im rady?
— Prawdu skazat’ — niet. Wot i chatu twoju mam zapalić, cztoby awstrijec tu nie miał gdzie spać.
— Jaką chatę?
— Twoju.
— Coś ty zwaryował, sołdat?
— Nikak niet. Wot i bańku z kierasinom ja imieju, żeby haraszo gorieło. Tak ty zabieraj ditia i idi procz.
— Sołdat, ty nie spalis mojej chudoby, bój się Pana Boga!
— Jej Bohu, zdiełaju.
— Jezu Marya, ludzie, czy wy naród ze wszyćkiem chceta do ruinacyi ostatniej doprowadzić.
— Nu, procz!
— Dam ci 3 ruble.
— Niet.
— 5 rublów, sołdat, przecieś nie zwierz najgorszy ze stworzeń pańskich.
— Nu, dawaj, ale dziesiat rublej.
Baba skoczyła do chałupy, jak płomień, szukać pieniędzy: Wyrzuciła wszystko z kuferka, drżącemi rękami chwyciła chuścinę, w której na węzełek był zawiązany jej majątek. Przeliczyła. Było 8 rubli i 32 kopiejki. Więcej nie miała.
— Wszyćko, co mam, oddaję, zlitujcie się, cłeku.
— Skolko?
Przeliczył dokładnie.
— Wsio?
— Niech tu padnę trupem, jeśli nie prawda.
— Nu, haraszo.
Przeliczone papierki zwinął i schował na piersi, miedziaki rzucił na ogród, poczem z całym spokojem usiadł i zaczął zajadać gruszki w milczeniu. Kobieta stała nad nim jak na straży, mętnym wzrokiem ścigając każdy ruch sołdata. Dzieciska nadbiegły i z wylękłą ciekawością oglądali żołnierza.
Naraz rozszarpał powietrze głęboki a zarazem rozlegający się szeroko ryk. Nie był to huk strzałów, lecz jakby grzmot wydobywający się z szerokiej, jak ziemia, piersi ludzkiej, okrzyk tryumfu i wycie dzikie, straszliwe, żywiołowe.
Żołnierz skoczył na nogi, chwycił za bańkę z naftą i pędem jął biedz ku chacie.
Za nim poleciała kobieta, lecz gdy byli przy drzwiach, on kopnął ją, nie odwracając się, butem w brzuch. Kobieta z jękiem padła na progu swej chałupy, lecz natychmiast zerwała się i patrzyła przez okno. Sołdat ukląkł na jedno kolano i zwolna, sumiennie jął oblewać podłogę, sprzęty i ściany naftą. Kobieta, zrozumiawszy co on robi, odskoczyła od okna i wróciła do drzwi. Przymknęła je ściśle i założyła na skobel. Potem szła od okna do okna, zamykała je i przystawiała żerdziami, wbijając jak najgłębiej w ziemię, żeby mocno trzymały. Już przez szparę jednego okna zaczął sączyć się dym, a przez komin wyjrzały pierwsze jęzory płomienia, gdy usłyszała tętent koni.
Jeźdźcy w wysokich czapach stanęli przed chałupą i widząc, że gore, skoczyli na ratunek. Ale na drodze stanęła im gospodyni.
— Coście za jedne?
— My polskie wojsko... Trza ratować, jeszcze czas...
— Nie trza... szepnęła im kobieta, uśmiechając się okrutnie...
— Bo co?
— Tam je Moskal, zbój, podpalacz. Wzion pieniądze, a i tak podpalił. Niech sie upiece, nie róbcie mu prześkody, moje ludzie poczciwe.
— Ale to i chałupa wam się spali.
— Ale z nim, z nim — zgrzytnęła zębami z nienawiścią.
Dym już obwinął całą chałupę dokoła, a ze szczelin pod dachem jęły wypryskiwać czerwone iskry. Nagle dało się słyszeć w sieni chałupy gwałtowne łomotanie. Sołdat walił kolbą i wrzeszczał nieludzkim głosem, ale odurzony dymem bił nie w drzwi, lecz w ścianę. Kobieta zaś stanęła naprzeciwko wejścia i spieczonemi wargami szeptała: a dzis, a dzis! Idź do piekła! tu wypluń z siebie złodziejskom duse — idź do piekła!
Sołdat wył jak obłąkane zwierzę.


Przypisy

  1. Fakt, stanowiący motyw niniejszego opowiadania, zdarzył się w Lubelskiem w czasie, gdy walczyła tam brygada Piłsudskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Kisielewski.