Kruszenie kamienia/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.

Rumiany, spocony, a coraz dumniejszy i szczęśliwszy szef „Hałasu Ulicy“ ukazywał się wszędzie, wspaniały, jak indor, podług określenia cynicznego Chalupe’a. Wszystkie pisma zazdrościły teraz Rumeurowi, co tydzień drukującemu obszerny feljeton z Berlina; on sam zaś uśmiechał się na widok całej armji chłopaków, wybiegających z bramy redakcji z paczkami jego dziennika. Złe języki przebąkiwały, że feljetony berlińskie pisane są w gabinecie redaktora, lecz te plotki ustały wkrótce, jak każda plotka, nie mająca dla siebie żeru i potwierdzenia. „Hałas Ulicy“ stawał się pismem niezbędnem w każdym domu, o czem najlepiej świadczyły buchalteryjne książki, przerzucane z lubością przez Rumeura, rozczytującego się w nich, jak w najbardziej porywających powieściach.
Mała, czerwona kulka, jaką był szef brukowca, całym pędem mknęła w górę, na sam szczyt powodzenia, honorów i bogactwa. Ostatniemi czasy Rumeur zaczął się jednak niepokoić. Już mijał drugi tydzień po otrzymaniu ostatniej paczki z dwoma feljetonami Nessera, a kolejna nie nadchodziła. Rozumiał, coprawda, że przesłanie korespondencji z Berlina nie przedstawia sprawy tak łatwej, jak wyprawienie listu z Bordeaux, lecz mimo to odczuwał trwogę. Na bieżący tydzień nie miał feljetonu od swego korespondenta wojennego. Pewnego razu podano mu bilet wizytowy, na którym stało: Juljusz Verne, dziennikarz.
— Prosić! Prosić! — zawołał Rumeur do woźnego i uśmiechnął się z zadowoleniem. Nie wątpił, że redakcja któregoś z pism przysłała współpracownika z prośbą o upoważnienie na przedruk feljetonów Nessera. Wszedł wysoki, przygarbiony, ponury osobnik o mocno powichrzonych włosach i o oku, pociągniętem bielmem.
— Czem mogę służyć, kolego? — uprzejmie zapytał go Rumeur.
— Źle, panie redaktorze, bardzo źle! — mruknął gość. — Henryk Nesser przepadł w Niemczęch bez wieści...
— Szpieg!... — pomyślał szef „Hałasu Ulicy“ i postanowił być bardzo przebiegłym, aby nie zaplątać się w sidłach.
— O kim pan mówi — nie rozumiem? — spytał z udanym spokojem.
Juljusz Verne wstał i poufale klepnął Rumeura po ramieniu.
— Nie udawaj, mój stary! Wiesz o kim mówię, a ja też wszystko wiem, bo to ja z Genewy posyłałem do „Hałasu“ korespondencje Nessera. Jestem... Paweł Mouche, sekretarz „Echa Jezior“, — „Jednooki Paweł“. To ja drukowałem w tym świstku niewinne korespondencje szwajcarskiego dziennikarza Bunge. Cha — cha — cha!
— Cyt!... — syknął Rumeur i odczuwany od kilku dni niepokój przeszedł nagle w strach. — Jakie masz pan wieści o Nesserze?
— Ściśle mówiąc — żadnych! Te jednak, które doszły mnie uboczną drogą przez Amerykanów, są niepokojące! Wiem, że Nesser pojechał na front wschodni i tam zaprzepaścił się zupełnie! — szepnął „Julusz Verne“. — Obawiam się, że Niemcy zwęszyli coś, no i pięknie po-swojemu go urządzili... Taki był poczciwy i uczynny człowiek z tego Nessera, a teraz... co mam robić, szefie?... W Genewie nie jestem już potrzebny, bo nie mam roboty i nudzę się, tu... hm... lubię Paryż, ale mnie nie lubi policja paryska, — jak, zapewne, mówił już szefowi pan Nesser?
Rumeur nic nie odpowiedział. Trząsł się cały z ogarniającej go rozpaczy i niepokoju o Nessera, na którym opierało się powodzenie dziennika, tajemnica krzyża Legji Honorowej, obiadów u Foyota i błyskotliwej karjery jeszcze tak niedawno pogardzanego redaktora „Hałasu Ulicy“. Długo walczył ze wzruszeniem i namyślał się, zanim odpowiedział na pytanie „Jednookiego Pawła“.
— Musi pan powrócić do Genewy i czekać tam na ostateczne wyjaśnienie sprawy... — szepnął wreszcie zdławionym głosem. — Tu nie masz pan nic do roboty, panie Juljuszu Verne! Czy nie uważa pan jednak, że pański imiennik, z pewnością, przewraca się w grobie?...
— Mój imiennik? Cóż to za jeden? — spytał z rozbrajającą naiwnością i niepokojem sekretarz „Echa Jezior“.
Rumeur nic nie odpowiedział. Machnął tylko ręką i spytał:
— Potrzebuje pan pieniędzy? —
— Któż ich nie potrzebuje?! — zdziwił się szczerze Mouche.
Redaktor wyjął z biurka paczkę banknotów i podał gościowi.
— Dziś jeszcze musi pan wyjechać do Genewy! — upomniał go, wstając.
Okropny był to dzień dla biednego Rumeura. Stracił humor, apetyt i chęć do obcowania z ludźmi. Szoferowi kazał się wozić po całym Paryżu. Siedział w błyszczącej limuzynie nieruchomy, sztywny, przytłoczony brzemieniem nieszczęścia. Nesser zniknął! Z nim razem rozwiać się musiało, jak dym, powodzenie „Hałasu Ulicy“. Rozumiał, że na niego — szefa dziennika — padały promienie sławy i talentu wojennego korespondenta pisma. Krążył więc, jak księżyc w słonecznym systemie reportera. Z zagaśnięciem słońca znikał w mroku Rumeur, a jego „Hałas“ zapadał się w otchłań beznadziejnie żółtej nicości. Przez całą noc chodził mały, okrągły redaktor po gabinecie, ciężko wzdychał i nawet łykał jakieś pigułki, znalezione przypadkiem w biurku. Nazajutrz zapadł na zdrowiu i telefonicznie prosił Chalupe’a, aby się zajął bieżącym numerem dziennika.
— Urżnął się gdzieś stary drań — mruczał sekretarz, przecierając okulary. — Jutro będzie blagował, że z samym Steedem i Giraudoux pił „na ty“.
Chalupe nie zgadł. Rumeur istotnie był bardzo zgnębiony i chory. Bez przerwy krótkiemi rączkami polerował sobie łysą czaszkę i ocierał łzy, ciurkiem płynące mu z oczu. Przez dwa dni nie wychodził z domu, a gdy na nowo zaczął pracować w redakcji, nie miał już dawnej pewności siebie i niczem niepohamowanego tupetu.
— Dla poprawy zdrowia wyślemy szefa do Algieru, — mówił do współpracowników złośliwy Chalupe.
— Chce pan, żeby znowu łapał strusie, siadające mu na łysinie? — pytali kronikarze i reporterzy.
— Lepsze już to, niż ględzenie i lament, jak to czyni teraz nasz wielce szanowny szef — odezwał się ze śmiechem sekretarz, popijając herbatę.
Jednak zgnębiony nastrój Rumeura trwał jeszcze przez trzy tygodnie i powoli zaczął się udzielać całej redakcji „Hałasu Ulicy“. Nesser nie odzywał się wcale. Czytelnicy zasypywali redakcję zapytaniami o następne feljetony z Niemiec, niektórzy żądali nawet zwrotu pieniędzy za prenumeratę! Stan rzeczy stawał się groźnym i niepokojącym. Nawet posiadający niewyczerpany zapas zimnej krwi Chalupe zaczynał się już zamyślać i węszyć pokryjomu, rozglądając się za posadą w innem piśmie.
— Rumeur ma pieniądze, ale „Hałas Ulicy“ może zrobić klapę! — kombinował sekretarz.
I nagle, jak w bajce, wszystko się odmieniło. Pewnego popołudnia do pokoju sekretarza, gdzie się zgromadzili żądni nowin współpracownicy, wpadł, jak bomba pan Benjamin Rumeur — czerwony, spocony, z wybałuszonemi, łzawiącemi się oczkami.
— Jest!... Jest!... Henryk Nesser żyje i będzie nadal pisał! — krzyczał cienkim głosem, wymachując blankietem telegraficznym.
— Co? Jak? Skąd? Kiedy? — padały pytania ze wszystkich ust.
— Nesser przerzucił się do Rosji!... Przysłał właśnie telegram z Piotrogrodu... Kolejny feljeton jest już w drodze! — wołał coraz cieńszym głosem czcigodny redaktor „Hałasu Ulicy“. — Chalupe! Podać tę wiadomość w jutrzejszym numerze grubemi, nie! — lepiej czerwonemi czcionkami!
Redaktor wytoczył się z pokoju i wszyscy słyszeli, jak krzyknął do woźnego:
— Samochód! Natychmiast! Jadę do ministra...
Takie wrażenie spowodował w redakcji telegram wojennego korespondenta „Hałasu Ulicy“! Gdyby jednak kierownicy tego pisma posłyszeli o niezwykłych przygodach swego kolegi, to nawet oni, mijający się co chwila z prawdą, nie byliby w stanie uwierzyć. Zuchwałość i niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności dopomogły Nesserowi wykonać manewr, nad którym łamało sobie głowę kilku najwybitniejszych korespondentów wojennych.
Reporter, po krótkim wypoczynku w Berlinie, wyjechał na wschodni front, gdzie rozwijały się olbrzymie boje. Ponieważ jechał z wojskową komisją, musiał zastosować się do jej marszruty i wkrótce znalazł się w granicach zagarniętej niegdyś przez Austrję Galicji. Stanął wraz z oficerami w korpusie czwartej armji austrjackiej, dowodzonej przez arcyksięcia Józefa-Ferdynanda. Niemieccy oficerowie, a z nimi Nesser nie popasali tu jednak długo, gdyż musieli niemal natychmiast uchodzić. Rosyjski 21-szy korpus zmusił bowiem Habsburga do cofania się na Kraków, a jednocześnie VIII armja generała Brusiłowa po raz drugi sforsowała karpackie przełęcze i wdarła się na Węgry.
Nesser z patrolem pruskiej dywizji generała Bessera wyszedł tegoż dnia na czołowe pozycje, aby przyjrzeć się zbliska utarczkom z Rosjanami, wśród których były pułki, złożone z mieszkańców Azji. Reporter miał ukryty zamiar porównania tych ludzi z murzynami i Hindusami, walczącymi we Flandrji. Zdziwiło go to, że nikt tu nie oskarżał Rosjan o to, że rzucają na przeciwnika Tatarów, Kałmuków, Burjatów, Turkmenów.
— Jakaż jest w tem różnica? — myślał reporter. — Hindusi i murzyni wchodzą w skład Wielkiej Brytanji i Francji zupełnie tak, jak ci Mongołowie — w skład rosyjskiego imperjum. Na zachodnim froncie udział tych wojsk oburza, na wschodnim — nikt się tem nie przejmuje!
Nie mógł tego zrozumieć, lecz wrażenie, jakiego doznał po rozmowie z kapralem senegalskim, w znacznym stopniu osłabło. Pod Krakowem, w jakiejś małej wiosce nad Wisłą, podziwiał reporter zuchwałą szarżę kozaków, mknących z dzikiem wyciem na idący drogą bataljon austrjacki, który w popłochu rozproszył się po polu. Kozacy puścili się w pościg, doganiając piechurów, bodąc ich ostremi lancami, siekąc szablami i uprowadzając do niewoli. Dopiero, gdy silny oddział pruski rozpoczął prawidłowe natarcie, kozacy cofnęli się i zjechali z pola.
Oficer pruski objaśniał:
— Austrjacka armja nic nie jest warta! Dlatego też wszędzie w zagrożonych miejscach tkwią teraz patrole pruskie, aby ratować sytuację, lub przynajmniej powstrzymać naszego nieudolnego sojusznika od paniki.
Słońce tymczasem zaczęło już zapadać. W ostatnich, krwawych promieniach jego płonęły krzyże, okna i dachy na Wawelu, gdzie Polska, w ciągu długich stuleci składała prochy swoich królów, otaczając czcią tę prastarą stolicę, w której jaśniała zawsze gorąca wiara i kwitła wiedza i sztuka. Gasnąć wkrótce zaczęły gmachy i mury, oświetlone pożegnalnemi błyskami zimowego słońca, sczerniały drzewa parków i bulwarów. Mgła pochłonęła wartką rzekę. Cisza zapadła nagle, jakgdyby na komendę.
— Noc zapowiada się spokojnie! — zauważył oficer. — Słyszałem w sztabie, że Rosjanie nie zdążyli jeszcze ściągnąć wszystkich swoich sił.
Pruscy żołnierze przygotowywali się do noclegu. Stanęli w małej chatce, opuszczonej przez mieszkańców. Noc była mglista i zimna, zaczął padać deszcz i mokry śnieg.
— Dam panu dobrą radę! — rzekł oficer ze śmiechem. — Miejscowi wieśniacy lubią spać na piecu. Ciepło tam, a pan, jak widzę, nie ma kożucha...
Po kolacji też Nesser, czując dreszcze, wlazł na zapiecek, rozwiesił na przeciągniętym sznurze wilgotne ubranie i wyciągnął się na ciepłym leżaku. Słyszał, jak podoficer meldował porucznikowi, że austrjackie posterunki stoją na swoich miejscach. Wkrótce usnął twardym snem, znużony po całodziennym marszu po błocie i śniegu. Przez sen dochodziły go dalekie odgłosy strzałów, jakieś szamotanie się i głuche krzyki. Nie miał jednak sił, aby się obudzić i zbadać przyczynę hałasu. Dopiero światło dzienne i ruch w izbie zmusiły go otworzyć oczy. Przeciągnął się rozkosznie i zeskoczył z pieca, trzymając pod pachą wyschłe przez noc ubranie. Przy stole siedział nieznajomy człowiek w baraniej czapie, opierając się na srebrnej główni krzywej szabli. Dwóch innych z krótkiemi karabinami za plecami stało przy drzwiach.
Nesser mimowoli uśmiechnął się. Poznał kozaków i odrazu ułożył sobie plan działania. Siedzący przy stole kozak z oficerskiemi szlifami na ramionach ze zdumieniem patrzał na cywila, który najspokojniej w świecie zaczął się ubierać, cicho pogwizdując marsyljankę.
— Hej, tam! Coś za jeden? — spytał oficer po niemiecku.
Reporter spojrzał na niego i, potrząsnąwszy głową, odpowiedział po francusku:
— Nie rozumiem, monsieur!...
— To pan jest Francuz? — zadał kozak nowe pytanie.
Ponieważ pytał po niemiecku, Nesser powtórzył:
— Nie rozumiem, monsieur!
Oficer kozacki namyślał się, a potem zaczął gwizdać marsyljankę i palcem wskazywać na Nessera.
— Français? Français? — pytał.
Reporter udał wielką radość i zawołał:
Oui! oui! Monsieur! Oh, monsieur!
Rozpoczął długą mowę w najpiękniejszej francuzczyźnie, opowiadając o swoich przygodach i wyrażając zadowolenie, iż się znajduje wśród przyjaciół Francji.
Vive la Russie! — zakończył grzmiącym okrzykiem przemówienie, z którego tylko te ostatnie słowa były znane kozakowi.
Uśmiechnął się jednak przyjaźnie, wzruszył ramionami, poczęstował Nessera papierosem i powiedział coś do stojących przy drzwiach żołnierzy. Ci natychmiast przykryli szerokiemi dłońmi płaskie, mongolskie twarze i parsknęli głośnym śmiechem.
Jak się okazało, kozacy podkradli się w nocy do pozycyj austrjackich, porąbali warty i, natrafiwszy na patrol pruski, wzięli go do niewoli. Otoczony kozakami Nesser długo maszerował po błotnistej, grząskiej drodze. Dwa razy ostrzeliwano ich z daleko wysuniętych naprzód rowów austrjackich. Wkońcu doszli do sztabu korpusu, gdzie Nesser mógł się wylegitymować, prosząc, aby poinformowano się o nim we francuskiem ministerstwie wojny, oraz u ambasadora Francji, który niezawodnie czytał jego artykuły w pismach paryskich. Nazajutrz został odesłany pod eskortą żandarma do Piotrogrodu. Po przybyciu do stolicy Rosji tegoż jeszcze dnia był już na wolności. Zamieszkał w rodzinie francuskiej państwa Decombes, wskazanej mu przez ambasadę. Spotkał tam dziennikarza, urodzonego i wychowanego w Rosji, Ludwika Fougères, który pisał korespondencje do poważnego dziennika paryskiego i nieraz czytywał feljetony Nessera. Z podziwem i zachwytem patrzył Fougères na przedsiębiorczego i odważnego kolegę. Reporter opowiedział mu o swoich przygodach i o zamiarze poznania Rosji.
— Bardzo się cieszę! — zawołał Fougères. — Pan swojem piórem może ostrzec francuską publiczność przed urojonemi nadziejami na Rosję.
— Co pan chce przez to powiedzieć? — zapytał zdumiony Nesser.
— Rosja uczciwie spełniła swoje zobowiązania i przystąpiła do wojny. Ofenzywa Rennenkampfa w Prusach wschodnich, Ruzskiego i Brusiłowa — w Galicji, bitwy na północnym froncie ulżyły nam w okresie bitwy nad Marną i Izerą, ale na tem — koniec! Najlepsze wojska rosyjskie, a w ich liczbie gwardja poległy lub dostały się do niewoli. Teraz na linję bojową wysłano rezerwy; składają się one z ludzi niepewnych.
— Nie rozumiem... — zauważył Nesser.
— Tak, panie! — odparł młody dziennikarz. — Nie wątpię, że Rosja stacza się ku rewolucji. Obecny stan przetrwa jeszcze rok, — najdłużej dwa, lecz Rosja odpadnie wkońcu i stanie się areną wielkich wstrząsów wewnętrznych!
— To — groźne! — zawołał reporter i sam się zdziwił swemu przerażeniu. Co je spowodowało? Przecież, zdawało się, że wszystko szło tak, jak coraz częściej budował to w swej wyobraźni. Myślał teraz, że znalazł się naród, który nie chce wojny z jej koszmarem i nie waha się przed rewolucją, jako protestem przeciwko niemożliwemu stanowi rzeczy. Powinienby więc raczej się cieszyć, a tymczasem zatrwożyła go przepowiednia rodaka. Nie znalazł odpowiedzi na swoje zdumienie, lecz we wspomnieniach jego odżyły postacie Gramauda, księdza Chambruna, kapitana de Langlois, ponurego Bluota i małej, wylękłej Marji Louge, płaczącej nad rannym przyjacielem, niegdyś wesołym, rumianym — Janem Berget. Później nadciągnęły inne wspomnienia — przygarbiona staruszka z parku Luxemburskiego i chłopak z żałobną opaską na rękawie, z pogardą patrzący na niego — dorosłego mężczyznę i korespondenta wojennego.
— To groźne! — powtórzył w zamyśleniu. — Bardzo będę rad skontrolować wrażenia kolegi.
— Pokażę panu Rosję bez maski, bez romantycznej mgiełki, owijającej ją zawsze w opowiadaniach cudzoziemców! O, Rosjanie są od wieków genjalnymi komedjantami! Umieją oni maskować wszelkie uczucia, uśmiechać się, gdy zamierzają dźgnąć nożem, płakać serdecznemi łzami nad ofiarą własnej zbrodni, ubierać w szaty boskości i mistycznego posłannictwa najohydniejsze przejawy swej natury! Pan posiada tak mocne pióro, że nawet obowiązkiem jego jest otworzyć oczy świata na Rosję, zrzucić z niej maskę i urok obłudnego męczeństwa, fatalizmu i pozornie ofiarnego, jakgdyby dobrowolnego się poniżenia! — zawołał Fougères. — Musimy uprzedzić Francję o nieuniknionej katastrofie, bo nic już jej wstrzymać nie zdoła!
Rozstali się wkrótce. Nesser wysłał telegram do pana Rumeura i zaczął pisać korespondencję dla „Hałasu Ulicy“. Tego jeszcze wieczora wyprawił ją wraz z pierwszym od swego wyjazdu z Paryża listem do Marji Louge i rudej Julji Martin. Przypomniał sobie z uśmiechem obietnicę tych prawie obcych dla niego dziewczyn, że będą prosiły Boga, aby torował przed nim drogę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.