Kruszenie kamienia/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.

W małej wiosce pod Compiègne, gdzie ukrył swoją pracownię uczony René Gramaud, dość długo nie odczuwano wojny. Wraz z młodym Karolem Gilletem kilku jeszcze wieśniaków powołano do wojska; czytano tu i ówdzie złowróżbne wiadomości z teatru wojny, lecz rolnicy nie zagłębiali się w studjowanie mapy, więc nie pojmowali całej grozy położenia. Bitwy rozgrywały się w Belgji, w Alzacji i innych miejscowościach, gdzie ci prości ludzie nigdy nie bywali. W ich pojęciu wszystkie wypadki działy się gdzieś bardzo daleko i nie budziły obawy.
Trzech tylko bardziej myślących mieszkańców wioski z troską w oczach uważnie odczytywało sprawozdania wojenne i coraz większy niepokój dręczył ich. Ci ludzie rozumieli już plan niemiecki. Niebezpieczny, groźny wróg postanowił skończyć jednym zamachem wojnę na froncie zachodnim, zdobyć Paryż i stamtąd już podyktować warunki pokoju. Operacja wojenna była oparta na prawidłowym w zasadzie efekcie psychologicznym. Utrata Paryża przez Francuzów mogła łatwo nabrać cech porażki moralnej. Zabicie wiary w genjusz wojenny dowództwa i ciężki cios, zadany dumie narodowej, mogły spowodować nastrój zupełnego zgnębienia lub nawet wybuch rewolucji. Szczególniej jeden z trzech inteligentnych mieszkańców małej, spokojnej wioski — lekarz i były oficer — lepiej od innych oceniał sytuację Francji.
— Co oni sobie myślą ci panowie z głównej kwatery? — wołał podrażnionym głosem do księdza Chambruna. — Nie trzeba być nawet strategiem, aby zrozumieć, że Kluck zamierza całym ciężarem swojej armji zwalić się na Paryż, angażując nasze skrzydła i zmuszając nas do odsłonięcia centrum... Tymczasem z naszej strony wyczuwam równocześnie operację oskrzydlenia Niemców. Genjalny czy szalony to plan?
Ksiądz Chambrun kiwał głową i nic nie odpowiadał. Nie znał się na tych rzeczach i głosu nie zabierał. Wysłuchawszy wszystkich zarzutów, wyjaśnień i kombinacyj wojowniczego lekarza, odpowiadał zwykle:
— Duch francuski jest giętki, zdolny do tworzenia nawet w chwilach niebezpieczeństwa... Cała historja nasza dowodzi tego, doktorze.
— Ależ, mój proboszczu! — oburzał się lekarz. — Czyżby ksiądz myślał, że najgenjalniejszy Francuz byłby zdolny myśleć nad wynalazkiem przyrządu, gaszącego pożar w chwili, gdy płomień już się wyrywa z pod strzechy jego domu?!
— Kto wie? kto wie? — szeptał ksiądz. — Historja zna takie przykłady...
Gramaud słuchał i milczał. Ten człowiek, zatopiony zwykle w półśnie, obcujący, zda się, wyłącznie z echami dawno przebrzmiałych dziejów, z cieniami zgasłych epok, porywów ich ducha i myśli, zmienił się do niepoznania. Zaczął od tego, że spakował wszystkie swoje rękopisy i książki do dużej skrzyni i szczelnie zabił ją deskami. Od tego czasu na biurku uczonego sanskrytologa nagromadzały się i rosły stosy dzienników. Czytał od rana do wieczora, i w oczach zapalały mu się chwilami nowe, nieznane ognie. Coraz częściej boleść niezmierna kurczyła mu twarz, a trwoga miotała się w jego źrenicach. Chodził po izbie, wybiegał w pole i szedł przed siebie szybkim krokiem, bez celu, przyciskając dłonie do piersi. Czuł się bardzo nieszczęśliwym.
Nie rozumował nad tem, bo już wiedział, że do życia jego, tak zazwyczaj spokojnego i bez wzruszeń, wdziera się jakaś brutalna siła i z pogardą burzy jego dawne myśli, uczucia i wrażenia. Pogodziłby się z tem jednak. Mógłby był przecież wyjechać na południe, do ciepłego morza, lub ukryć się w górach, zapominając o dziennikach, o wojnie, o całym świecie. Przyszło jednak coś nowego, stokroć silniejszego od przeczucia nieszczęścia, niepokoju i możliwości ucieczki przed niemi. Była to trwoga. Trwoga bezustanna nie o siebie, lecz o to, co wciąż jeszcze pozostawało poza jego świadomością. Jakaś gorycz, dręczący lęk, niezadowolenie z siebie i obawa, że dotychczas nie została dokonana jakaś rzecz nieznana, lecz niezbędna, najistotniejsza. Nastrój, ogarniający uczonego, stawał się coraz bardziej zachłannym, potężnym i władnym. Gramaud przestał sypiać po nocach, i, leżąc z otwartemi, wpatrzonemi w mrok oczami, myślał, analizując siebie i swoje życie, lecz ani odpowiedzi na dręczące go pytania, ani objaśnienia swego nastroju znaleźć nie umiał. Myśl jego i pojęcia, przez tak długi czas obracały się w innym świecie, że nie mógł teraz zdobyć się na rozważanie proste, z życiem, wrzącem dokoła, związane. Jeszcze bardziej zbił z tropu miotającego się w niepewności sanskrytologa ksiądz Chambrun.
Pewnego wieczora, posłyszawszy wynurzenia Gramauda, położył mu na kolanie rękę i rzekł łagodnie:
— Możebyś, kochany przyjacielu, poszedł do kościoła i poprosił Najwyższego o radę i wyprowadzenie ciebie z bezdroża zwątpień?
Gramaud spojrzał na proboszcza zdumionym wzrokiem:
— Co za pomysł?! — zawołał. — Wszak ksiądz wie, że nie jestem wierzącym człowiekiem i że nigdy nie potrzebowałem pomocy Nieba!
— Zwykle tak bywa do czasu... — szepnął ksiądz.
— Hm... do czasu? — mruknął Gramaud. — Do jakiegoż to czasu?
Proboszcz zamyślił się, szukając odpowiedzi.
Wreszcie powiedział:
— To różnie bywa... Jedni potrzebują od Boga rady w sprawach zawiłych i utajonych, drudzy — w chwili poczucia swej winy lub popełnienia ciężkiego grzechu...
— Nie poczuwam się do żadnej winy! — zaprotestował Gramaud z niezwykłem dla niego rozdrażnieniem. — Do żadnej... Jak siebie pamiętam, nikogo nie skrzywdziłem i nikt nigdy nie był na mnie obrażony... Mnie zato kilkakrotnie zadawano ciężkie ciosy, lecz ja nie odpowiadałem na nie ani słowem, ani czynem... Ziemia jest tak mała, życie tak krótkie, że nie warto tracić czasu ani na miłość, ani na nienawiść... Elisé Reclus za tę myśl zasłynął jako wielki mędrzec! Jest to tymczasem stara hinduska myśl, zrodzona na jakie cztery tysiące lat przed naszą erą.
— Może wpadłeś, drogi mój Gramaud, w sidła grzechu i trwasz w nim nieświadomie?... — cichym głosem pytał proboszcz, uważnie patrząc na przyjaciela.
— Grzech?... — powtórzył uczony. — Pamiętam przykazania, które przed Mojżeszem, znane były innym prawodawcom, zapewne, nawet ludziom przedhistorycznym; nie przekroczyłem ich nigdy. Ja nie poczuwam się do grzechu!
— Uważasz się za świętego, Gramaud! — oburzył się ksiądz. — Nie lubię takiego lekkomyślnego sądu o rzeczach.
— Święty — to człowiek bezgrzeszny, usiłujący dowieść tego publicznie; jest to albo agitator, albo reklamista, — odparł Gramaud. — Co do mnie — jestem wprost bezgrzeszny. Nie dbam, aby podziwiano mnie za to, uwielbiano lub naśladowano. Nie widzę w tem żadnej zasługi osobistej. Mam taką naturę i odpowiedni ustrój mózgowy, kochany mój proboszczu!
Widząc, że ksiądz siedzi zgorszony, z opuszczonemi oczami i gniewnie szarpie guzik sutanny, uczony dodał pojednawczo:
— Nie jest to wcale lekkomyślne oświadczenie! Sam nieraz zastanawiałem się nad tem...
Pleban długo milczał, przeżuwając oburzenie. Uspokoiwszy się nieco, spojrzał w pełne troski i trwogi piwne oczy Gramauda, i nagle surową twarz księdza opromieniła jakaś wewnętrzna, wielka radość, jakieś gorące błyski zamigotały w źrenicach jego niebieskich oczu.
Pochylił się, ujął przyjaciela za rękę i rzekł cicho, a bardzo łagodnie:
— Bracie drogi, umiłowany! Po Mojżeszu, Buddzie i innych mędrcach dawno minionych wieków, przebywał na naszej małej planecie ktoś większy i mądrzejszy. Wyciągał on ręce do ludzkości całej i wskazywał jej drogę boskiego postępu. Był to „Galilejczyk“, jak Go nazywał Henryk Nesser... Mistrz Boskiej Miłości.
— Chrystus, o którym tak mało pisze historja Rzymu... — zauważył Gramaud.
— Tak! Bardzo mało... — potrząsnął głową pleban. — Bardzo mało! A jednak z naszego ludzkiego punktu widzenia, „Galilejczyk“ zwyciężył, bo połowa, a może, więcej całej ludzkości, wyznaje naukę Jego, szczyci się „chrześcijańską“ kulturą, „chrześcijańską“ cywilizacją i szczerze, lub w celach egoistycznych szerzy ją...
— Cóż z tego? — zapytał uczony, patrząc na księdza.
— Jego nauka i filozofja układa się w najkrótszej formule: „kochaj bliźniego swego, jak siebie samego“. Największa część grzechów, przechodzących niespostrzeżenie, polega na mniejszych lub większych, zwykłych, codziennych lub straszliwych, wołających o pomstę do ludzi i Boga wykroczeniach przeciwko tej formule miłości... — Wiem o tem, jako spowiednik...
Ksiądz umilkł i nie patrzył na Gramauda. Uczony czekał i z jakimś bolesnym wysiłkiem marszczył czoło.
— Przebiegnij wstecz drogę swego życia, bracie, — szepnął ksiądz, — a niezawodnie ujrzysz grzechy swoje, nie jeden, lecz setki, tysiące grzechów i zbrodni przeciwko Miłości... One zgnębiły i na kamienistą ścieżkę zwątpień i miotania się wyprowadziły cię, porzuciwszy na bezdrożu i pustkowiu... Muszę iść... Na nieszpory już dzwoni poczciwy Jan... Biedak — jest dziś zupełnie chory!
Ksiądz Chambrun wziął z biurka beret, brewjarz i wyszedł. Gramaud opuścił plebanję i skierował się w pole. Lubił iść wijącą się wśród pól wąską ścieżką, słuchać szelestu i szmeru suchego ścierniska; uśmiechał się zwykle do stadka niebiesko-rdzawych kuropatw, które, zabawnie przygarbione, kryły się w małych krzaczkach i chwastach, rosnących po miedzach. Zmrok zapadł... Uczony doszedł do lasku dębowego i zatrzymał się. Drzewa roniły suche, żółte liście, padające z lekkim brzękiem — niby cienkie odłamki szkła. Mętna od niedawnych ulew rzeka z gniewnym pluskiem biegła wartkim potokiem. Gramaud stał w zamyśleniu. Oparł się plecami o gruby, zielonym mchem okryty pień dębu. Szeroko otwartemi oczami patrzył na przeciwległy brzeg rzeki i na szybujące nad nią jękliwe, żarłoczne rybitwy. Pod wpływem rozmowy z księdzem zaczął sobie rozpamiętywać całe życie ubiegłe.
Szeptał bezdźwięcznie:
— Do nikogo nie miałem nienawiści. Do nikogo!... Pogardzałem Duverièrem za jego płytkie rozumowania... Walczyłem namiętnie z Hertvigiem, bo jego komentarze do tekstów sanskryckich były bezpodstawne... „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego“... Chrystus myślał zapewne o innej miłości — wielkiej, mającej znaczenie życia lub śmierci, a nie o tych drobnych przejawach oburzenia, zawiści, lub fachowego zwalczania przeciwnika?!
Gramaud podniósł głowę. Ściemniło się zupełnie. Niebo, niby szara płachta, zwisało nisko, tuż nad lasem, rzeką i polami. Gwiazdy nie mogły się przebić przez chmury. Uczony wpatrywał się w mrok. W wiosce świeciły się już okna domków, przed chwilą tonących w ciemności. Długo jeszcze stał Gramaud pod drzewem, słuchał, jak z lekkim szelestem — spadały liście dębowe, jak nadbiegał, pogwizdywał, syczał wśród suchych badyli i drobnych krzaczków zalatujący od rzeki powiew wiatru. Gdzieś za laskiem, wysoko pod obłokami z głuchem warczeniem motoru przeleciał jakiś statek powietrzny.
— Zeppelin? Fokker? A może to nasz samolot wywiadowczy? — pytał siebie uczony, obojętnie wsłuchując się w zacichający woddali gniewny warkot motoru.
Gramaud zmarszczył się boleśnie. Natrętna, nagle rodząca się myśl sprawiła mu ból.
— Zdobywcy powietrza!... Ikary! — szepnął. — Wykonawcy marzeń setek pokoleń... I cóż ludzkości po tem? Zrzucają jej na głowy torpedy, bomby wybuchające... „Kochaj bliźniego swego“. Myśl ludzka brnie przez gąszcze sprzeczności, przechodzących w zbrodnię... Nesser ma zapewne słuszność, twierdząc, że pomimo nauki Chrystusa, istniejącej obecnie jedynie dla zamaskowania brutalnej prawdy, — ze stanu zwierzęcości nigdy nie wyjdziemy... Wszystko potrafimy objaśnić na podstawie „chrześcijańskiej“ moralności, stopionej w jedną całość z współczesnym racjonalizmem. Hipokryzja!... Zbrodnia!... Podłość nad podłościami! Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego! Co to? Szatańska ironja... Klęska nauki Jezusa?
Rozumowania Gramauda przerwały dalekie, basowe odgłosy, toczące się nad ziemią niby ogromne głazy, niby pomruk zbliżającej się burzy.
— Armaty... — pomyślał uczony. — Gdzieś niedaleko...
Mimowoli skierował wzrok w stronę Paryża. Na niebie ślizgały się i krzyżowały przyćmione odległością jasne smugi. Tu i ówdzie wynurzały się nagle oświetlone, pogmatwane kontury stłoczonych, skłębionych obłoków. Jasne pasma rozbiegały się na różne strony, wbijały się w zwały chmur, obmacywały każdy skrawek nieba, zatrzymywały się na chwilę i sunęły dalej, jak szerokie ostrza olbrzymich brzytew. Gramaud czytał o powietrznych atakach niemieckich lotników, o bitwach samolotów nad Paryżem. Domyślił się, że widzi przed sobą promienie projektorów, szukających zbliżającego się wroga, którego odpierano ogniem dział zenitowych.
— Zeppelin czy samolot niemiecki zrzuci bombę, poszarpie odłamkami żelaza ciała bezbronnych ludzi, zabije kobiety, rozmiota po jezdni mózg i krew dzieci. W imię czego? Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego?
Zakrył twarz rękami i uszy zatkał, aby nie widzieć i nie słyszeć tych odgłosów dzieła wyznawców wielkiej prawdy — Miłości i Sprawiedliwości, głoszonej przez skromnego proroka z Galilei. W tej chwili nienawidził Go prawie. Zacisnął zęby i szeptał:
— Rzuciłeś, Mistrzu, słowa zwodnicze, budzące nadzieję szczęścia; słowa, którym kłam zadali Twoi rodacy, oddając Ciebie w ręce siepaczy rzymskich na pohańbienie i śmierć! Wyrzekłeś prawdę, która widać, obca była ludziom, skoro zamieniła się w mord i w fałsz, trwające bez przerwy, tyle wieków... tyle wieków! Cóżeś uczynił!?
Ze szmerem spadały liście, szeleściły krzaki i coraz gniewniej pluskał wzburzony prąd rzeki. Sunęły po czarnem niebie ostre żądła świateł, — nieme, czujne. Coraz częściej przewalały się w mroku głuche huki dalekich wybuchów. Odpowiadało mu echo w lasku i od pasma pagórków za Oazą...
Nagła rozpacz, przechodząca w gniew, ogarnęła Gramaud. Pocóż wyrwano go z błogiego, niczem niezmąconego spokoju starych napisów sanskryckich, zmurszałych papyrusów, wizerunków świątyń nieznanych bóstw, pałaców legendowych władców?! Poco pokazano mu prawdziwe oblicze cywilizacji? Miał przed nią instynktowny strach, chwilami nawet wstręt nieprzezwyciężony. Bał się tego potwora, który zgromadził miljony ludzi w jednem miejscu i zmusił ich siłą prawa do ciągłego, uciążliwego obcowania, a okrucieństwem — do walki bezwzględnej o każdy krok, o każdy dzień swój.
Coraz bardziej stawał się Gramaud obcym, zgnębionym i przerażonym, w każdej chwili przeczuwając zbliżenie się czegoś bezmiernie ciężkiego, ogromnego i wściekłego, niby bieg nieogarniętego okiem olbrzymiego koła rozpędowego, porywającego ludzi i ludy całe, miażdżącego i odrzucającego poszarpane i potrzaskane resztki ruchem obojętnym, a coraz zawrotniejszym, coraz bardziej szaleńczym. Niczego nie szukał w tym chaotycznym zgiełku, nic nie miał do ofiarowania mu, nie posiadał głosu dość doniosłego, aby przyłączyć się do rozpaczliwego chóru wyjących, zziajanych, upadających ze znużenia ludzi. To, co robił, co stanowiło treść jego życia i myślenia, było poza skotłowanym, walczącym zębami i pięściami tłumem, nie rozumiejącym, że najkrwawsza nawet zbrodnia nie jest tak okrutna, jak to codzienne zmaganie się, walka o śmierć i życie, podstępna, zawzięta, pełna zimnego okrucieństwa, a ujęta w formę prawa i uświęcona przez paragrafy tego lub innego kodeksu. Nie wiedział, nie myślał zresztą o tem, dla kogo pracuje sam — uporczywie i sumiennie, odczytując, komentując i wprowadzając w łańcuch dziejowy człowieczeństwa wszystkie te teksty, pojedyńcze napisy, wizerunki bogów, bohaterów, mędrców i królów.
— Arystokracja wiedzy! — przypomniał sobie Gramaud niespodziewane określenie księdza Chambruna. — Prawda! Arystokracja wiedzy... Czy ludziom potrzebne są wersety Wedy, teksty ksiąg bramińskich, odczytanie asyryjskiego prawa Hamurabiego, studja nad kulturą Maya, odnalezienie i odcyfrowanie papyrusów z grobowców faraonów? Na półtora miljarda ludzkości pięciuset wybranych zaledwie będzie o tem wiedziało, a pozostałe setki miljonów nigdy nie posłyszą o tem i nic na tem nie stracą... — Bezużyteczne, niepotrzebne nikomu, pasorzytnicze życie moje!... — myślał z goryczą i niemal wstydem Gramaud. — Jestem słabym tchórzem, kryjącym głowę przed prawdziwem życiem! Nie krzywdzę nikogo, bo nie mam sposobności czy odwagi, bo stoję na uboczu, nie potrzebuję występować na pole walki o byt. Ci znużeni, znękani ludzie oddają część swego potu i krwi, aby rząd mógł opłacać moje prace nad niepotrzebnemi zagadnieniami...
Zwątpienie i wyrzuty sumienia człowieka, wyrwanego nagle z długiego półsnu, żmudnych dociekań i skrupulatnej, drobiazgowej pracy, dręczyły i gnębiły Gramauda. Potrzebował pomocy i rady. Próba rozmowy z księdzem jeszcze bardziej zaostrzyła wątpliwości uczonego. Co miał na myśli pleban, mówiąc o widomych i ukrytych wykroczeniach przeciwko nauce o miłości?
— Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego! — powtórzył Gramaud na głos i wzdrygnął się cały. — Tam w Paryżu i na froncie gwiżdżą kule i pękają pociski, siejąc śmierć. Tam niema miłości... A ja — uznany autorytet w sanskrycie, czemże przejawiłem swoją miłość dla bliźnich? Tem, że nie zabijam, nie podpalam, nie rabuję ich? O, to — nie miłość! Miłość wymaga ofiar... codziennych, bez liku, bez namysłu długiego...
Stał, trawiony rozterką duchową, i z przerażeniem spoglądał na niebo, po którem ślizgały się olbrzymie ostrza potwornych brzytew świetlnych; wpatrywał się w obłoki skłębione, lizane białemi żądłami reflektorów paryskich. Niepokój ogarniał go coraz wyraźniejszy, coraz bardziej męczący. Z opuszczoną głową powracał do domu. Kropił drobny deszcz jesienny, którego nie spostrzegł, stojąc pod drzewami. Przechodząc koło plebanji, zajrzał w okno. Ksiądz Chambrun, siedząc przy biurku, podnosił rękę i potrząsał głową. Zapewne rozmawiał ze znajdującymi się w saloniku ludźmi. Gramaud wszedł na ganek i zapukał.
— Proszę! — zawołał ksiądz. — A — a! Pan Gramaud! Dobrze, żeś pan mnie odwiedził! Mam gości...
W saloniku paliła się mała lampka naftowa, pozostawiając część pokoju w mroku. Gramaud przyjrzał się uważnie i spostrzegł starego wieśniaka i dwie kobiety. Siedzieli na sztywnych krzesłach, wyprostowani i trochę zmieszani.
— Pan Gillet z żoną i sąsiadka Caille przyszli, aby poinformować się o wojnie... Opowiadałem im właśnie, że przeczytałem dziś bardzo zajmujący i poważny feljeton przyjaciela pańskiego — Henryka Nessera. Nie należy wpadać w rozpacz! Przekonał mnie Nesser, że nasze dowództwo jest dobrej myśli i nie ma wątpliwości co do powodzenia swego planu.
Zwracając się do gości, dodał:
— W każdym razie musicie pamiętać, państwo, że Francja, Anglja i Rosja zaprzysięgły sobie wierność do końca wojny i aż do zwycięstwa!
Wieśniacy milczeli sztywni i czujni. Nie zdradzali swoich myśli. Ksiądz Chambrun nie wyczuwał ani w ich postawach, ani w wyrazie twarzy wiary w słowa jego, nie dodające im otuchy. Nagle sędziwa Caille powstała z krzesła i, zbliżywszy się do proboszcza, pochyliła ku niemu żółtą, pomarszczoną twarz. Surowo patrząc niemrugającemi, mętnemi od starości oczami, mruczała:
— Cała rodzina wymarła mi... Starszego syna zabito w Tonkinie, młodszemu Arabowie w Maroku przerżnęli gardło... Pozostał mi tylko wnuczek — Robert... Wczoraj śnił mi się... Stanął przedemną wysoki, blady, usta miał wykrzywione, jakgdyby krzyczał, i ręką skinął w moją stronę... Obudziłam się, a on znowu przyszedł... i tak cztery razy... cztery... a był coraz bledszy... siny prawie... i wciąż krzyczał... Nie słyszałam słów... musiały być żałosne, przerażające... Ksiądz proboszcz taki zwykle dobry... może napisze do pułku Roberta, dowie się o chłopaka, o wnuczka mojego... Już dwa tygodnie nie mam listu od niego... przedtem pisał... pisał... często... A teraz... dwa tygodnie... ani słówka... ani słówka... i we śnie zjawia mi się taki blady, siny... woła... Może już...
Staruszka zaczęła nagle mrugać powiekami szybko — szybko, kurcząc malutką, pooraną czarnemi zmarszczkami twarz. Długo nie znajdowała łez w starczych oczach, które, być może, oddawna już wypłakały je wszystkie. Mały nosek poczerwieniał jej, usta drgały, węzłowate, pożółkłe palce zaciskały na piersi końce czarnej chustki. Powieki, okryte sinemi żyłkami, szybko mrugały, jak drgające skrzydła zgniecionego motyla. Nagle po zmarszczkach policzków pobiegły drobne kropelki łez, padały coraz częściej i ściekały po czarnej tkaninie chustki. Drżące usta wyrzucały urywane słowa:
— Blady... i siny... krzyczy... woła... Robert — wnuczek!... Księże proboszczu, napiszcie... ukójcie moje serce... stare, umęczone serce... Przecież, ja tak dłużej żyć... nie mogę! Nie mogę!
Zasłabła nagle i opuściła się na podłogę. Odrzuciła chustę, dotykała bezradnemi rękami głowy, twarzy pomarszczonej, zaciskała usta, jakgdyby chciała zagłuszyć rwący się już krzyk, kiwała się wprzód i wtył i ciężko oddychała, powtarzając cicho — cicho, jak westchnienie:
— Ach... ach... ach....
Ksiądz przybladł jeszcze bardziej i usta zwarł mocno, aż guzy mięśni poruszyły mu się koło uszu.
— Ach... ach... ach!... — rozlegały się westchnienia staruszki i rozpaczliwie, jak ćmy, tłukły się pod sufitem i po szybach okien.
Były to westchnienia zaraźliwe, siejące trwogę bez miary i bez granic; brzmiały jak pobudka cicha, a władna, porywająca.
— A Karol!... A Karol!... — zawołała z rozpaczliwym szlochem żona Gilleta, rzucając się do księdza z podniesionemi rękami i potrząsając niemi nad głową plebana. — Karol też nic, nic, nie pisze! Nic! Ksiądz proboszcz rozumie, co to znaczy? Rozumie?... Nie życie to już i nie śmierć, ale gorsze od śmierci i straszniejsze... W chwili każdej... w nocy i w dzień... widzę chłopaka... Leży skrwawiony na ściernisku i daremnie usiłuje się podźwignąć... Ma wylękłe, obłąkane z bólu oczy... Pada do głębokiego dołu, dokąd wrzucają zabitych żołnierzy... To znów biegnie przez pole, a dokoła huk... taki jak teraz... Słyszycie, plebanie? Gdzieś już niedaleko się rozlega... Umieram wraz z synem... wrzucają mnie do grobu... biegnę obok Karola i boję się, boję tego huku!...
Szloch przerwał jej mowę, zmusił ręce opuścić, płakać żałośnie, wstrząsać ramionami i twarz rękami zasłaniać.
— Ach... ach... ach... — szemrały w saloniku i zamierały w ciemnych kątach westchnienia starej Caille.
Wieśniaczka gwałtownym ruchem podniosła głowę i ostrym głosem zaczęła wyrzucać słowo po słowie, zdanie po zdaniu.
— Dlaczego zabrano nam Karolka?... Jedynaka, pomocnika, nadzieję naszą? Dlaczego?
Patrzyła na księdza złemi, żądającemi odpowiedzi oczami.
— Dlaczego? — powtórzyła i nagle krzyknęła. — Mów!
Proboszcz pochylił głowę, jakgdyby chroniąc się przed smagnięciem bata.
— Dla wojny... dla zwycięstwa... — szepnął po chwili.
— Dla wojny? Dla zwycięstwa? — powtórzyła groźnie. — My o wojnie nie myśleliśmy, chodząc koło zagonu naszego, obory, domu... Nam zwycięstwo nic nie da... Nie nam potrzebne są te rzeczy!
— Wojna jest poto, aby już nigdy się nie powtórzyła, — szepnął znowu proboszcz. — Poto, aby inne matki nie traciły swoich synów, aby nie płakały, nie troskały się o nich...
— Inne matki? — zapytała wieśniaczka. — Inne? A my oddałyśmy synów, aby wrzucono ich do błotnistych dołów, niby ścierwo jakie, bez trumien, bez krzyży... hej! hej! przeklęci bądźcie na wieki wieków wy, podżegacze, doradcy, popychający na śmierć!
Traciła przytomność, porwana rozpaczą palącą, trzęsła czarnemi, spracowanemi rękami nad głową księdza, groziła mu. Ksiądz milczał. Siedział skulony, blednąc coraz bardziej. Gramaud pochylił się, aby lepiej widzieć twarz proboszcza. Spostrzegł, że wargi księdza drgają hamowanem wzruszeniem, a oczy pałają, do płomyków podobne.
Namiętne, śmiałe słowa żony podnieciły i dodały odwagi Gilletowi. Uderzył pięścią w stół i odezwał się, ponuro patrząc z podełba.
— Dlaczegóż to my mamy płacić, cierpieć i w trosce spędzać dnie i noce za innych? Dlaczego? Gdzież takie prawo wypisane? Wam — ministrom, generałom, urzędnikom, księżom łatwo o naszych obowiązkach rozprawiać! Wy siedzicie sobie w ciepłych kątach, jecie i pijecie... spokojni jesteście, bo nie wasza tam leje się krew...
Stawał się coraz bardziej zuchwałym. Wstał targając na sobie ubranie, przez zaciśnięte zęby mówił:
— My syna oddaliśmy, a, jak tak dalej źle pójdzie, to i wszystko stracimy! Powiadacie, że jest to naszym obowiązkiem względem naszej kochanej ojczyzny, a obowiązek proboszcza — nabożeństwo odprawić przed obrazem świętej Tereski i — kwita? Dalej już mała święta będzie odpowiadała za Karola, za wnuka sąsiadki Caille, a ksiądz ręce umyje, jak Piłat? Cha! Cha! Niewielka to praca! Daj przynajmniej gwarancję, że twoje modły na coś się przydadzą! Nie! Ty spróbuj sam pójść pod kule, posłuchaj grania armat, gdy w ciebie walić będą ogniem i żelazem! Boży sługo! Świętoszku! Doradco prostych ludzi, ogłupianych przez ciebie!
— Bóg, jeśli On słyszy skargi nasze, pokarze was! — krzyknęła, odchodząc od zmysłów, żona Gilleta.
Gramaud przygotował się do obrony księdza, bo nie wątpił, że zrozpaczeni ludzie rzucą się na niego. Ksiądz Chambrun nie poruszył się nawet. Tylko głowa mu opadła na złożone na stole ręce i wąskie ramiona poruszały się gwałtownie. Zdawało się, że płakał ciężko, gorzko. Gillet usiadł i rzucał na plebana ponure spojrzenia; wieśniaczka opuściła wzniesione ręce; tylko sędziwa Caille kiwała się bez przerwy i powtarzała:
— Ach!... Ach!... Ach!...
Zapanowała cisza.
Taksamo przyczaja się i zapada w milczenie złowrogie cała natura przed burzą.
— Ach!... Ach!... Ach!... — umierało w ciemnych zakątkach saloniku.
Ksiądz Chambrun powolnie, jakgdyby w obawie przed nowym ciosem, uniósł głowę. Uczynił to jednak ruchem człowieka, czującego, że ci, którzy rzucali nań obelgi i policzkowali go, nasycili się już zemstą i gotowi są odejść. Opuścił i podniósł ramiona. Ni to zrzucał z nich nieznośne brzemię, ni to drżał od wstrząsającego nim dreszczu. Wyprostował się i zesztywniał. Straszliwa bladość okrywała chudą twarz jego, niebieskie oczy płonęły namiętną rozpaczą, myślami palącemi, a żądnemi czynu. Cienkie palce wpijały się w aksamit serwety, leżącej na stole. Szeptał coś ale tak cicho, że ani wieśniacy ani Gramaud nie mogli pochwycić żadnego wyrazu. Jednak wargi, obezwładnione skurczem, poruszały się coraz żywiej i z zaciśniętego gardła wydobywać się zaczął głos — cichy, tajemniczy, pełen porywających, budzących lęk drgań.
— Chrystus, Boski Nauczyciel, Zbawiciel doznał hańby i męki, umarł na krzyżu obok złoczyńców... Syn Boży umarł za szczęście setek pokoleń, aby zatwierdzić pokój ludziom dobrej woli... A wy — małowierni, wy — duchem słabi!...
Urwał nagle i drżał na calem ciele.
— Nie! nie! — szeptał w niemocy. — Nie to! Nie tak!...
Znowu upadł głową na złożone na stole ręce i, zaciskając zęby, przymykając oczy, słuchał rozlegających się w pokoju coraz żałośniejszych, coraz rozpaczliwszych westchnień staruchy:
— Ach... ach...
Wstał wreszcie, oparł się ciężko na rękach i już na głos rzekł:
— Nie! źle powiedziałem... Chrystus w ogrodzie oliwnym zawahał się... Lękiem przeszyła serce Boskie nagła myśl o śmierci... Błagał Zbawiciel, krwawo płacząc: „Ojcze, Ojcze, uczyń, aby ominął mnie ten kielich męki!“ Zbawiciel... Syn Boży!... Cóż czynić, jak czuć mają ci maluczcy, słabi, zbłąkani, duchem ubodzy? Jak? Bluźnią i serca mają nienawiścią rozpalone... Odpuść im, Panie, albowiem nie wiedzą co czynią! W niewiedzy swej wielką prawdę znaleźli i rzucili ją słudze Twemu, jako obelgę, jako policzek, jako wieniec cierniowy wtłoczyli ją na niegodne skronie jego. I oto teraz odpuść, Panie mój i Boże, sługę swego!
Wszyscy w milczeniu i niepokoju, coraz bardziej ich ogarniającym, słuchali słów kapłana. Rozumieli, że mówił nie do nich, a nawet nie do siebie samego, tylko do Tego, w którego wierzył niezłomnie, czując obecność Jego w tej małej izdebce, pachnącej miętą i woskiem. Usiadł i pochylił się nad biurkiem. Rozległo się głośne skrzypienie pióra i szelest papieru. Ksiądz Chambrun pisał. Skończywszy, podał kopertę Gilletowi i rzekł:
— Sąsiedzie! Oddajcie to wójtowi, niech natychmiast wyśle do biskupa.
— Do biskupa? — mruknął chłop.
— Tak! — odparł ksiądz. — Jutro porzucam plebanję, więc kurja będzie zmuszona przysłać na moje miejsce innego kapłana.
— Ksiądz proboszcz wyjeżdża? — zapytała zdumiona wieśniaczka. — Ja nie chciałam przecież...
— Nie! Nie! moja droga, poczciwa pani! — przerwał jej pleban. — Nie trzeba o tem mówić! Ja zrozumiałem wszystko... Sama prawda była w waszych słowach...
— Taka jestem zrozpaczona, w głowie mi się mąci — usprawiedliwiała się zupełnie już zmieszana kobiecina.
— Nie trzeba już o tem wspominać, dobra pani Gillet! — w pośpiechu obciągając sutannę i pelerynę, wtrącił pleban. — Zrozumiałem, że nie dość jest miłować ojczyznę i bliźnich swoich, nie dość budzić w nich porywy do wielkich czynów, — ofiary, ofiary potrzebne, widome, proste, namacalne! Tak, tak — ofiary, albowiem bez nich miłość nie jest miłością!...
Gramaud wydał cichy okrzyk. Ksiądz Chambrun powtórzył prawdę, do której doprowadziły i jego również trwożne, męczące rozmyślania.
Pleban mówił tymczasem:
— Sąsiadko Caille, przynieście mi później ostatni list Roberta, a wy, dobry panie Gillet, powiedzcie mi nazwę pułku Karola... 101-szy?... ósma kompanja?... dobrze!
Zapisał w notatniku i ciągnął dalej głosem wzruszonym, przejęty cały i rozpromieniony nagle:
— Przyrzekam wam, że wkrótce dostaniecie wieści o waszych chłopakach. Szczegółowe wieści, bo ujrzę ich, lub dowiem się prawdy... Tak! tak!... Jadę jutro na front... Oddajcie, sąsiedzie, list wójtowi... bądźcie zdrowi, drodzy moi! Niech Najwyższy pocieszy was i ukoi troski wasze!
Wieśniacy — zmieszani, zgnębieni, wychodzili, oglądając się co chwila i wzdychając. Gramaud w milczeniu przyglądał się księdzu. Proboszcz chodził po saloniku z nisko opuszczoną głową.
— Czy ksiądz istotnie ma zamiar porzucić parafję i wyjechać na front? — zapytał uczony.
— Odjadę! — szepnął pleban. — Jestem pasterzem dusz tych ludzi. Mam dla nich miłość... Jakżeż inaczej dowiodę jej, jakżeż będę mógł żądać od nich wiary w Boga i zaufania do siebie, jeżeli nie podzielę z nimi doli i niedoli w dobie troski najcięższej, lęku nieznośnego o los ich synów. Niedola — tam, na froncie i tam, tylko tam jest miejsce moje, kapłana nieudolnego, słabego, ale miłującego braci i siostry, pieczy mojej oddanych! Jutro odjadę...
Gramaud nic nie odpowiedział. Zbliżył się do księdza, długo wpatrywał się w jego płonące gorącym ogniem źrenice; coraz bardziej się pochylając, dotknął ustami dłoni kapłana i powtarzał urywanym szeptem:
— Zrozumiałem!... Zrozumiałem!...
Wybiegł z pokoju. Ksiądz Chambrun słyszał odgłosy kroków uczonego na stopniach ganku, a, gdy zacichło wszystko, podniósł ręką i w milczeniu, z jasnością na natchnionej twarzy, zakreślił krzyż... szeroki, jak świat — ukrzyżowany, umęczony, krwawiący.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.