Kruszenie kamienia/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX.

W Berlinie, w biurze hotelu „Korona“, wychodzącym na ogród zoologiczny, toczyła się ożywiona rozmowa. Komisarz policji, dwu wywiadowców i dwu przybyłych z zagranicy cudzoziemców przyglądali się sobie bacznie i nieufnie.
— Panowie twierdzicie, że przyjeżdżacie z Szwajcarji? — pytał komisarz surowym głosem, badając swoje ofiary i jednocześnie konstatując dłonią, że lewy policzek jego nie został dostatecznie gładko wygolony.
— Nakiwam jutro fryzjerowi! — myślal komisarz i jeszcze surowiej spoglądał na przybyłych cudzoziemców.
Jeden z nich — wysoki, barczysty, o śmiałem, niemal bezczelnem spojrzeniu, odparł, podnosząc ramiona:
— Pan komisarz oglądał nasze paszporty oraz wizę konsulatu niemieckiego w Zurychu, a ci panowie jadą za nami od samej granicy. Mam nadzieję, że nic podejrzanego nie spostrzegli, bo też nic podejrzanego nie było i być nie mogło?
Wywiadowcy, na których wzrokiem wskazał mówiący, — osobniki w jednakowych garniturach i paltach, o jednakowych niespokojnych, biegających oczach, co stanowiło niemal oznaki zawodowe tych panów, kiwnęli potakująco głowami.
— Jestem korespondentem nowo założonego tygodnika „Echo Jezior“ i obywatelem szwajcarskim, mam listy polecające od niemieckich fabrykantów i dziennikarzy, którzy są poinformowani o germanofilskich nastrojach redakcji naszego pisma, — spokojnie zapalając cygaro, ciągnął cudzoziemiec o szyderczym wyrazie lekko zmrużonych oczu. — Nazywam się Fryderyk Bunge, rodem z Bouverais nad Lemanem. Mój przygodny towarzysz podróży, z którym poznaliśmy się na dworcu w Zurichu... Czyż nie tak, panowie?
Z lekkim ukłonem pochylił się w stronę wywiadowców:
— Stwierdzam, że ci panowie zupełnie przypadkowo nawiązali znajomość w bufecie, siedząc przy jednym stoliku. Znajdowałem się obok, dlatego słyszałem ich pierwszą rozmowę — meldował jeden z agentów.
— ...więc poznaliśmy się na dworcu z Mr. Georgem Rabbitem, współpracownikiem pism amerykańskich. Przed wojną przebywałem już czas dłuższy w Berlinie, Frankfurcie i Lubece.
— Czem się pan zajmował w Niemczech przed wybuchem wojny? — spytał komisarz, krzywiąc usta w chytrym uśmiechu, jakgdyby w przekonaniu, że zadaje nader ważne i niebezpieczne dla podejrzanego cudzoziemca pytanie.
Dziennikarz roześmiał się głośno i nieprzymuszenie.
— O! — zawołał. — Wdawałem się w kompetencję panów od policji, ale my — dziennikarze, idziemy z nią nieraz jednym tropem! Było to tak: pan komisarz przypomina sobie, być może, napad bandytów na szwajcarski kantor wymiany w Besançon?
— A jakże! — odpowiedział komisarz. — Rozpruta kasa w kantorze Ludwika Pfeifera z Berna? O ile śledziłem przebieg tej sprawy, — nieudolna policja francuska nie wykryła złoczyńców?
— Tak jest! Lecz ja ich wykryłem! Co prawda nie całą bandę, tylko jej herszta, — spokojnie ssąc cygaro, mówił Bunge, — herszta, imieniem Mouche, znanego pod przezwiskiem „Jednooki Paweł“. Podróżowałem za nim z Neufchatel do Zurychu, z Zurychu — do Frankfurtu nad Menem, do Berlina i nakoniec do Lubeki. Tu mi się wymknął, ale mnie nie łatwo nabić w butelkę, panie komisarzu! Zdybałem go!
Umilkł.
— Jakżeż to było? — już z zaciekawieniem spytał policjant.
Bunge wypuścił kilka kółek dymu; patrząc na sufit rozmarzonym wzrokiem, dokończył opowiadania:
— Przejrzałem jego zamiary — oto i wszystko! Nie szukałem go na odpływających okrętach, lecz powróciłem nad granicę szwajcarską i tu czekałem. Przyłapałem go i oddałem w ręce władz. Gdzieś tu mam, z pewnością, wycinek jakiejś gazety francuskiej ze wzmianką o tem.
Wyjął pugilares, przeglądał różne papiery, aż nareszcie znalazł, czego szukał. Przejrzał uważnie wyciętą kolumnę dziennika i podał komisarzowi, mrucząc:
— To z jakiegoś „Hałasu Ulicy“. Piękna, niema co, nazwa dla dziennika! Tylko Francuzi są zdolni do czegoś podobnego!
Pogardliwie wzruszył ramionami i wywołał na twarzy uśmiech szyderczy.
Komisarz z ciekawością czytał dość długą wzmiankę o pościgu szwajcarskiego dziennikarza, Fryderyka Bunge, za bandytą — kasiarzem Pawłem Mouche.
— Brawo! — zawołał komisarz, doczytawszy do końca. — Czysta i zupełnie fachowa robota! Dostanie pan premję, o której wspomina artykuł?
— Już dostałem i za te pieniądze nabyłem właśnie udział w „Echu Jezior“ — odparł niedbale. — Teraz chcę postawić ten tygodnik na wysokości zadania, propagując w Szwajcarji sympatje dla Niemiec, jedynego w Europie państwa o zdolnościach współpracy organizacyjnej w sensie współczesnym, postępowym! Cóż pan chce?... Mój ojciec był Szwajcarem z niemieckiego kantonu, a matka — czystej krwi Niemką z Hannoweru, nazwiskiem Bodungen.
— Jak długo pan zabawi w Berlinie? — zadał pytanie jeden z wywiadowców.
Dziennikarz zamyślił się. Po chwili z zakłopotaniem na twarzy odpowiedział:
— Trudno mi jest określić ścisły termin... Muszę się panom zwierzyć z całą szczerością. Mam zamiar prosić Sztab Generalny, aby dopuszczono mnie na front. Szczególnie chodzi mi o odcinek Verduna. Jak panowie wiecie, Francuzi stawiają tam wściekły opór. Z paryskich pism, zjawiają się w Szwajcarji przedruki o biernym nastroju niemieckich wojsk na tym froncie. Zamierzam zwalczyć to oszczerstwo! Mój kolega po fachu, Mr. George Rabbit, bardzo poważnie akredytowany przy waszem naczelnem dowództwie, obiecał mi swoje poparcie. Nie mogę więc nic ścisłego o swoim pobycie w Berlinie powiedzieć... Ażeby ułatwić panu komisarzowi zadanie, to jest: ażeby pan mógł mnie mieć na oku, składam uroczyste przyrzeczenie meldowania się w jego biurze codziennie...
— Zupełnie niepotrzebnie będzie się szanowny pan fatygował! — zawołał komisarz. — Wystarczy, jeżeli pan powiadomi mię listownie o każdym swoim odjeździe z Berlina.
Ukłonił się i skwapliwie wziął podane mu przez Bungego grube cygaro hawańskie.
— Teraz zadam kilka pytań Mr. Rabbitowi — rzekł z uśmiechem. — A więc pan...
Amerykanin pyknął mu w nos dymem fajki i przerwał indagację krótkiem oznajmieniem:
— Oto mój paszport, well!
Ogromny arkusz amerykańskiej legitymacji, czerwone pieczęcie generalnego Sztabu niemieckiego, stemple dowództwa VIII-ej armji, z podpisami generałów Ludendorffa i Hindenburga, wiza austrjackiej Armee-Oberkommando, dołączone do paszportu listy Głównej Kwatery do generałów von Klucka, Bülowa i króla bawarskiego, wywarły wstrząsające wrażenie na komisarzu. Omal, że nie wypadł mu z rąk olbrzymi arkusz grubego papieru paszportowego, jakgdyby sparzył mu palce.
Well? — powtórzył Amerykanin. — Jestem dyrektorem głównego biura prasy amerykańskiej. Well, co dalej?
— Przepraszam pana, ale to mój obowiązek... — tłumaczył się policjant.
Yes, indeed! — kiwnął głową Mr. Rabbit i otoczył się gęstym obłokiem dymu.
Badanie było skończone. Komisarz z wywiadowcami odeszli. Bunge rzekł do kolegi amerykańskiego:
— Jednak nie bardzo gościnnie spotykają Niemcy neutralnych cudzoziemców, na których, jak, naprzykład, na Amerykanach i Szwajcarach, powinno im bardzo zależeć!
Yes! — odparł Amerykanin. — Cóż pan chce? Obawiają się szpiegów francuskich.
— Któżby z nich odważył się zajrzeć do legowiska lwa? — zaśmiał się Bunge.
Indeed! — kiwnął głową Mr. Rabbit. — Byłaby to gra ryzykowna!
— I ja tak myślę! — zgodził się dziennikarz. — A więc pan wpłynie na pomyślną decyzję sztabu w mojej sprawie?
Yes! — syknął przez zęby Rabbit. — Będziemy razem na froncie. Pan mi zato dopomoże w rozmowach z Niemcami, bo ja mam znaczne trudności z ich djablo niestrawnym językiem.
Za chwilę rozstali się. Urządziwszy się w swoim pokoju, Nesser, zamaskowany i opancerzony paszportem Bungego, wyszedł na miasto. Przeszedł kilka ulic i stanął na obszernym placu. Tłumy przechodniów zalegały chodniki, a nawet jezdnię. Bataljon piechoty przechodził szybkim krokiem, odprowadzany okrzykami chłopaków, otaczających szeregi żołnierzy. Sprzedawcy gazet darli się na całe gardło:
— Szczegóły klęski rosyjskiego generała Rennenkampfa! — Armja generała Hindenburga sformowana! — Dwa pruskie korpusy, przeznaczone dla obrony Krakowa, są w pogotowiu. — Opór Rosjan pod Warszawą zostanie niebawem złamany! — Przygotowania do szturmu na Antwerpję! Dostarczenie austrjackich haubic 42-centymetrowych!
Publiczność rozchwytywała dzienniki i tuż na ulicy czytała, zapominając o wszystkiem. Wyczuwało się niepokój i głęboki wstrząs całego życia, niegdyś tak bardzo uregulowanego. Nesser przyglądał się uważnie tłumowi. Zdziwił się, bo, gdyby nie wiedział, że jest w Berlinie, i nie słyszał rozlegającej się dokoła mowy niemieckiej, byłby przekonany, że stoi na placu jednego z miast francuskich. W tłumie ciągle majaczyły czarne postacie kobiet w żałobnych strojach. Patrzyły przed siebie nieruchomym wzrokiem, zgnębione, blade i zrozpaczone. Nie wzruszały ich, a nawet zupełnie nie obchodziły wrzaski sprzedawców dzienników, krzykliwe nagłówki artykułów i telegramów wojennych. Oddały na wojnę wszystko, co miały najdroższego, i wiedziały, że tych, którzy odeszli, już nigdy nie ujrzą ich ponure, wyżarte łzami oczy. Mężczyźni z nachmurzonemi czołami przeglądali pisma. Entuzjazmu nigdzie nie spostrzegł Nesser. Uderzał go trwożny, ciężki nastrój, wytrącający ludzi ze spokojnych, sztywnych ramek codziennego życia.
O ile w pierwszym okresie wojny wybuchnął entuzjazm, gdy spokojnemu, pracowitemu i wyszkolonemu narodowi rząd berliński hałaśliwie przyrzekł rychłe, niemal natychmiastowe zdobycie Paryża i zwycięskie zakończenie wojny, — o tyle teraz, po klęsce nad Marną, po porażkach, zadanych mu przez Rosjan w Prusach Wschodnich, po rozbiciu armji generała Prittwitza, Auffenberga i Brudermana, po wycofaniu się generała Hindenburga z pod Warszawy — poryw rozbudzonych drapieżnych instynktów i niezachwiana wiara w zwycięstwo oręża niemieckiego ustępowały coraz bardziej biernemu, z przyzwyczajenia wypływającemu wykonaniu obowiązków i niememu posłuchowi bez protestu, bez zagłębiania się nawet w istotny stan rzeczy. Inni — dygnitarze, stojący przy cesarzu, zostali powołani do myślenia, ludność zaś ograniczała się jedynie do tego, że bez słowa protestu wypełniała ich rozkazy.
Była to karność bezgraniczna. Obywatele spełniali ściśle czynności drobnej części maszyny, sprawnej, lecz bezmyślnej, kierowanej przez wyższą, niemal Boską wolę, panującą nad tym zbiornikiem kół, kółek, trybów i tłoków.
Nesser, który już w Szwajcarji i w pociągu przyglądał się Niemcom, wyczuwał dobrze ich duszę. Widział olbrzymią przepaść, dzielącą narody Germanji i Francji. W Niemczech nad wszystkiem górował oddawna zorganizowany rygor i bezwzględna karność wobec rozkazu władz. Wszelki myślowy, niezależny proces, jeżeli się odbywał w pewnych warstwach intelektualnych, przechodził w prawie abstrakcyjnej płaszczyźnie, niczem nie hamując ślepej, niemej i głuchej uległości przed żądaniem i nakazem autorytetu. Nesser zupełnie szczerze podziwiał genjusz klasy rządzącej, posiadającej zdolność do narzucania swej woli miljonom Niemców różnych szczepów i kultów; oceniał potęgę tak silnie spojonego i zorganizowanego społeczeństwa, lecz rozumiał zarazem, że potęga ta trwać może tylko wtedy, gdy sam rząd wierzy we własne zarządzenia i nie zmienia ich gwałtownie.
W razie załamania się myśli i woli uznanego autorytetu, cała potęga państwa niemieckiego musiałaby się nagle rozprzęgnąć i zburzyć tak, jak rozpryskuje się w połamane i pogięte kawałki maszyna, z nagle wypadającem z niej kołem zębatem, poruszającem wszystkie części zbiorowego mechanizmu.
Inaczej było we Francji. Rząd Republiki, jak każdy rząd, dążył do narzucenia ogółowi swej woli. Dochodził do tego jednak nie wyszkoleniem ludności w bezwzględnym posłuchu, lecz wychowaniem w warunkach wrażliwości na pewne, bliskie duchowi rasy hasła. Naród francuski mógł krytykować swój rząd, mógł wydrwiwać go i złorzeczyć mu, lecz nie śmiał dotknąć fetysza haseł, bo one tkwiły w jego mózgu i duszy. Nie ten, to inny rząd, aby tylko posiadał umiejętność odnowienia w odpowiedniej chwili tych znanych, drogich słów i rzucenia ich ulicy, wsi, masom robotniczym, inteligentnym warstwom, — dochodził do celu i wolę swoją narzucał Francuzom.
Odbywał się w praktyce politycznej odrębny proces psychiczny. W Niemczech wola cesarza przeistaczała się w ścisły, lecz bierny czyn, wykonywany przez społeczeństwo i kończący się z zanikiem kierującej woli; we Francji myśl rządu wybuchała w płomienny poryw narodu, który sam wytwarzał zbiorową, długotrwałą wolę. Co było pewniejsze i korzystniejsze dla toczącej się wojny, o tem Nesser nie miał wyrobionego zdania, bo wszystko zależało od napięcia i ciągłości woli, nadającej kierunek wypadkom. Korespondent postanowił sprawdzić swoje spostrzeżenia, korzystając z kilku dni wolnych, niezbędnych dla otrzymania przepustek na front zachodni. Należało jednak znaleźć sprzymierzeńców, myślących inaczej, niż ogół niemiecki. W Austrji przyszłoby mu to z łatwością, Czesi, Węgrzy niezawodnie dostarczyliby mu potrzebnych informacyj... Polacy też.
— Polacy? — pomyślał Nesser. — Ależ część Polski wchodzi w skład Niemiec?
Nie zwlekając, wstąpił do najbliższej kawiarni, kazał sobie podać kufel piwa i adresową książkę Berlina. Przejrzał ją uważnie. — Polska jadłodajnia! — przeczytał. — Doskonale!
Spojrzał na zegarek. Dochodziła pierwsza. Wyszedł z kawiarni i wsiadł do tramwaju. W wąskiej, bocznej uliczce odnalazł restaurację z szyldem w niezrozumiałym języku. Niezawodnie, sądząc już z samego wyglądu domu i lokalu, ukrytego w ciemnem podwórzu brudnej, rozległej kamienicy, była to instytucja, przeznaczona dla niezamożnej klienteli.
Nesser uśmiechnął się złośliwie.
— Bardzo odpowiednia placówka dla obserwacyj i zbierania prawdziwych wieści o nastroju ludności! — pomyślał. — Uboga publiczność, która powinna się tu gromadzić, ideowo nic wspólnego mieć nie może ani z wojną, ani z entuzjazmem, sztucznie podniecanym dla celów niewielkiej garstki rządzących imperjalistów, zależnych od magnatów przemysłu. Biedacy idą na wojnę, biją się, stają się bohaterami, kalekami lub trupami, bo wiedzą, że w kraju zbudowano sporo bardzo ponurych i groźnych gmachów o oknach, zabezpieczonych w żelazne kraty i osłoniętych żaluzjami!
Już skierował się ku bramie żółtej, dość brudnej kamienicy, gdy nagle spostrzegł przechadzającego się mężczyznę. Niespokojne, biegające oczy i zbyt badawczy, czepiający się ludzi i przedmiotów wzrok, niby powleczony lepkim klejem, przypomniały reporterowi wywiadowców, towarzyszących mu od Zurychu; przyszło mu na myśl, że odwiedzając miejsce zebrań ludzi obcego pochodzenia, na wstępie mógł był wzbudzić podejrzenia policji.
— Muszę to odłożyć do bardziej odpowiedniej chwili, a najlepiej będzie, jeżeli wpadnę tu kiedyś z tym opancerzonym we wszelkie możliwe przepustki Amerykaninem! — zdecydował.
Wolnym krokiem wyminął szpiega i poszedł wzdłuż ulicy. Zatrzymał się przed barwnym afiszem małego kinematografu. Przeczytał tytuł wyświetlanego filmu:
„Swoim bohaterom wdzięczna ojczyzna“.
Skrzywił usta pogardliwie i szyderczo.
— Wdzięczna ojczyzna! — szepnął. — O, ona bywa bardzo wdzięczna, dla tych, którzy należą do kliki rządzącej! Lecz prawdziwi bohaterowie, właśnie ci, którzy giną lub tracą zdrowie w niezliczonych szeregach, jedną tylko wdzięczność otrzymują — zbiorowy pomnik z szumnym napisem; w razie zaś gdyby powrócili bez nóg i rąk, ślepi lub obłąkani, — mogą umierać z głodu, lub w najlepszym wypadku oczekiwać w nędznym przytułku na przyjście zbawczej śmierci. Wdzięczna ojczyzna! Teraz tym filmem, jak głupie ryby na przynętę z piórka i czerwonego gałganka, usiłują schwytać myśli tego oto urzędnika z banku, kuchcika restauracyjnego, usługującego w piwiarni, lub głodnego roznosiciela gazet, ochrypniętego od bezustannego wykrzykiwania bezczelnych nagłówków artykułów i telegramów.
Wściekłość ogarnęła reportera. Miał nawet chętkę zerwać agitacyjny afisz, nacechowany brutalnym podstępem, źle ukrytym fałszem, pogardą dla myśli i dążeń ludzkości. Długo stał z mocno zwartemi szczękami; oprzytomniał dopiero, ujrzawszy, wybiegającą z kinematografu, wysoką, rozrosłą kobietę. Miała na sobie popielatą pelerynę i czarny kapelusz. Z pod ronda wymykały się puszyste, rude włosy. Natychmiast we wspomnieniach Nessera stanęła zgnębiona postać Julji Martin, jej oczy pełne łez, gdy żegnała go ostatniego wieczora. Ciepła struga rzewnego uczucia wlała mu się do serca, uczuł świeży powiew, zalatujący zdaleka, niby od pola, pełnego kwiatów, ziół wonnych i powietrza, — powietrza nieskazitelnie czystego. Uśmiechnął się łagodnie i cicho — cicho wyszeptał:
— Julja Martin... śmieszna dziewucha, coraz staranniej naśladująca „porządne damy“... Jak się im tam powodzi jej i tej małej, biednej Marji?...
Poszedł dalej, pogrążony w układaniu swego pierwszego, z pobieżnych wrażeń złożonego artykułu do „Hałasu Ulicy“.
Skierował się do hotelu, gdzie miał się spotkać z Amerykaninem. Znalazł go w czytelni. Mr. Rabbit tonął w powodzi dzienników, które przeglądał, robiąc notatki.
All right! — zawołał, spostrzegłszy wchodzącego kolegę. — Myślałem, że pan już nie przyjdzie. Czas na obiad. Głodny jestem!
— Możemy iść — odpowiedział Nesser.
— Zawiozę pana do restauracji, gdzie się schodzą wszyscy niemal neutralni dziennikarze — oznajmił Amerykanin. — Wcale dobrze karmią, a jeszcze lepiej dają pić...
— Bardzo szlachetnie to ze strony pańskiego restauratora! — zaśmiał się reporter.
Po chwili wsiadali do samochodu Rabbita. Zatrzymali się przed dużą restauracją na „Unter den Linden“ i weszli na salę. Wszystkie prawie stoliki były zajęte. Nesser zdziwił się, że usługiwały tu kobiety w czarnych sukniach z białemi fartuszkami i w sztywnych czepkach na głowie. Tem spostrzeżeniem podzielił się zaraz z Amerykaninem.
— Służyli tu dawniej bardzo zręczni i wytresowani kelnerzy, lecz zostali zmobilizowani i poszli do wojska — odparł dziennikarz. — W Niemczech wkrótce wcale nie pozostanie mężczyzn! Cesarz i rząd wszystko stawiają na jedną kartę. Bardzo energiczny i stanowczy naród!
— Naród? — zapytał korespondent. — Naród to — króliki...
Amerykanin spojrzał na kolegę ze zdumieniem, po chwili jednak, — widocznie zrozumiał myśl reportera, bo powiedział półgłosem:
— Rząd i partja wojenna... chciałem powiedzieć. Ale dlaczego pan, panie Bunge, wspomniał o królikach.
— Chciałem tylko wnieść poprawkę do powiedzenia kolegi — odparł. — Narody rzadko z własnej nieprzymuszonej woli biorą udział w energicznych posunięciach rządu. Lud pozostaje zawsze w roli królika, którego tuczą, pobudzają do rozpłodu, a później rżną na smaczną potrawkę i pasztet, oddają na pożarcie wężom w ogrodzie zoologicznym lub do laboratorjów doświadczalnych!
Amerykanin uważnie spojrzał na Nessera.
— Hm, hm... — mruknął. — Ma pan rację... lecz nie radzę o tem mówić z Niemcami! Nie radzę!
— Podejrzewam, że z Francuzami i Anglikami również niebardzo bezpiecznie dzielić się podobnemi myślami! — zaśmiał się korespondent. — Ani z Amerykanami, gdyby wypowiedzieli komuś wojnę?
Yes! yes! — zgodził się dziennikarz. — Nie byłoby to bezpieczne!
Mr. Rabbit skierował się do stolika, przy którym siedziało dwuch panów.
— Zaznajomcie się, dżentlemeni! — rzucił Amerykanin. — Jest to pan Fryderyk Bunge, towarzysz mojej ostatniej podróży do Szwajcarji, nad granicę francuską.
Panowie powstali, witając przybyłych.
— Jestem Magnus Eriksson, korespondent szwedzkich dzienników — rzekł wysmukły, jak maszt, Szwed o złocistych włosach. Miał śmiałą, bronzową twarz marynarza, badawcze, niebieskie oczy i ruchy, zdradzające żołnierza. Jego towarzysz, — mały krępy, w obszernem jasno-szarem ubraniu, w żółtych sztylpach i grubych, podkutych gwoździami trzewikach, mocno uścisnął dłoń nowego znajomego i potrząsnął tak, jakgdyby zamierzał ją urwać. Lewą ręką wyjął fajkę z ust i wybuchnął głośnym śmiechem:
— No, o mnie to chyba Rabbit już pana poinformował? On zawsze anegdoty o mnie rozpowiada na lewo i na prawo! Urodziłem się w szałasie kowboja, ochrzczono mnie, jak się należy, i nazwano Willy Brown, chociaż w wyborze imienia i nazwiska nie brałem żadnego udziału. Zresztą, jest mi to obojętne, gdyż słyszałem, że prezydent Wilson, a nawet Abraham Linkoln w podobnej byli sytuacji!
Śmiejąc się, zasiedli do stołu.
Zamówiwszy śniadanie, Rabbit spojrzał na swego amerykańskiego kolegę wesołemi oczami i, pykając fajką, odezwał się:
— A widzisz, Willy, pomyliłeś się! Nic jeszcze panu Bunge o tobie nie mówiłem. Ale teraz opowiem za karę, bo jesteś szalenie zarozumiały, my boy! Jesteś przekonany, że w każdej okoliczności życia tylko o tobie myślę i mówię?... Panie Bunge, przedstawiam panu Willy Browna; jest on najprawdziwszym typem z powieści Jacka Londona. Dzieciństwo spędził wśród kowbojów, młode lata w kopalniach na Alasce, ale uświadomiwszy sobie, iż nie ma szans na tytuł „króla złota“, plunął na „goldfields“ i zapisał się, jako marynarz, na kuter przemysłowy...
— No... no... już się zbliżasz do mety, my dear! — mruczał, uśmiechając się oczami, Brown.
— Opowiada wszystkim, że trudnił się polowaniem na wieloryby, ja zaś mam ścisłe informacje, że był potrosze piratem, potrosze przemytnikiem. Na wyspach Komandorskich z pod nosa władz rosyjskich porywał drogocenne foki a przy okazji bił się z marynarzami i dozorcami celnymi! Twierdzę tak, bo wiem, że Willy ma w skórze trzy dziury od kul. A może nie masz, stary wilku?
Brown wymachiwał rękami i śmiał się. Nesser dostrzegł granatowo-czerwone znaki wytatuowane na przegubach rąk dziennikarza i długą bliznę za prawem uchem.
No... no... no!... — mruczał Brown. — Nie wiele wiadomości o mnie posiadasz! Mógłbym podać o sobie więcej ciekawych szczegółów, George, bo te historje to — drobnostki, epizody, przygody, nie warte pióra Watermanna i skrawka dobrej bibuły. Doprawdy!
Wszyscy się śmiali, patrząc na Barczystego Amerykanina o zawadjackiej twarzy, gładko ogolonej, co jeszcze bardziej podkreślało ślady burzliwej przeszłości jej posiadacza.
— Kiedy powróciłeś, Willy, z frontu? — zapytał Rabbit.
— Dziś w nocy. Byliśmy tam razem z Erikssonem, — odpowiedział Brown. — Widzieliśmy, jak korpus bawarskiej armji generała von Strantza zmusił Francuzów do kapitulacji w forcie Camp des Romains i zajął Saint-Mihiel. Francuzi rzucili całą swoją pierwszą armję i wstrzymali Strantza, który, nie oddając Saint-Mihiel i Chauvoncourt, cofa się teraz na północ od lasu d’Apremont. Zdolny Strantz utworzył „kieszeń“, która będzie drogo kosztowała Francuzów przez długi czas!
— Niezawodnie! — zawołał Szwed. — Jako oficer sztabu generalnego, twierdzę, że pozycje, zajęte przez bawarskie korpusy, są nie do zdobycia, szczególnie dla Francuzów!
— Dlaczego pan tak myśli? — spokojnie podnosząc kufel piwa do ust, zapytał Nesser.
— Dlatego, że Niemcy posiadają plan i zdolność skupienia sił w jedną organizację, powiedziałbym — w jedną pięść, Francuzi zaś wciąż improwizują! — odparł z przekonaniem w głosie.
— Jednak ta improwizacja pokrzyżowała wszystkie plany von Klucka i Bülowa — zauważył reporter. — My — szwajcarscy dziennikarze byliśmy zdumieni taką sprężystością Francuzów, wcale do wojowników nie podobnych.
Szwed nic nie odpowiedział.
Nesser natychmiast dodał:
— Improwizacja na wojnie może popsuć wszystkie, najlepiej obmyślone plany przeciwnika. Tak twierdził Napoleon...
— Tak, to — prawda! — zgodził się Rabbit. — Chociaż co do „kieszeni“ Saint-Mihiel, to mówiono mi w sztabie niemieckim, że tam już sam Bóg nie pomoże i że z tych pozycyj nikt i nic nie wyprze Bawarczyków!
— Jestem zupełnie tego samego zdania! — potwierdził Eriksson.
— Dajcie pokój wojnie, bo to psuje apetyt! — zawołał Brown. — Patrzcie, nasza panna niesie ogromne sznycle i przysmażone na słoninie ziemniaki! Bardzo to lubię...
— Dobrze! — rzekł Rabbit. — Powiedz tylko, co masz zamiar robić dalej?
— Za dwa dni jadę na front! — odpowiedział Amerykanin, łakomie patrząc na duże kawały smażonego mięsa, leżące na półmisku.
All right! — mruknął Rabbit, zabierając się do jedzenia.
— Panie Brown! — poprosił Nesser. — Chciałbym pojechać z panem!
— Zrobione! — odparł za kolegę Rabbit. — Właśnie mówiłem dziś o panu ministrowi. Jutro otrzyma pan przepustkę i potrzebne listy polecające. Ale przysługa za przysługę! Czy obiecuje mi pan korespondencję z frontu?
— A cóż ja będę robił? — spytał zdumiony Brown.
— Ty jesteś warjat, włazisz pod najgorętszy ogień, wścibiasz swój nos wszędzie. Czy ja wiem, co tobie do głowy strzeli, Willy? Być może, udasz się na „interview“ do francuskich okopów, gdzie cię poczęstują kulą? Proszę więc, aby pan Bunge na wypadek twojej śmierci dał korespondencję dla naszego biura.
— O! — zawołał ze śmiechem Brown. — To nie tak źle! Sam wszak twierdzisz, że widziałem w swojem życiu kule? Ostrożny jestem!
— Nie powiedziałbym tego! — zaprzeczył Szwed. — Podczas ataku na Saint-Mihiel biegł pan obok lewego skrzydła trzeciego korpusu Bawarczyków. Widziałem, przecież, jak tam pracowały francuskie kulomioty. Dziwiłem się ryzykownej eskapadzie pana, drogi Brown!
— Jakież to ryzyko?! — wzruszył ramionami Amerykanin. — Francuzi prażyli do Niemców, a ja cywilny „yankee“ szedłem sobie osobno, na uboczu. Nie byliby przecież specjalnie ostrzeliwali mnie z dział i kulomiotów?
— Wiecie panowie, co ten szaleniec robił? — zawołał Eriksson. — Biegł obok idących w tyraljerkę Bawarczyków i wcale się nawet nie krył. Chwilami przystawał, i zapisywał coś do notatnika...
— Wcale nie pisałem! — oburzył się nagle Brown. — Robiłem sylwetki... oto patrzcie!
Wydobył z kieszeni szerokiej marynarki gruby szkicownik i pokazał kilka rysunków, pełnych ruchu i wyrazu.
— Prawdziwy z pana artysta! — zawołał zachwycony Nesser.
— Gdzież tam! — potrząsnął głową Amerykanin. — Dyletant najgorszego gatunku, bo zuchwały i bezczelny! Ośmielam się konkurować z malarzami! Ha! uczyłem się rysunku od pewnego sztormana na żaglowcu koło Labradoru. Ten to pięknie rysował! Robię szkice i dobrze je sprzedaję, bo fachowi malarze nie chcą narażać swego życia i rysują z wyobraźni, a wojna to już nic wspólnego z najbujniejszą nawet fantazją nie ma! Bitwę trzeba widzieć, wczuć się w nią, zrozumieć wszystko!...
Nesser długo oglądał szkice Browna i, zwracając mu album, zauważył:
— Bardzo piękne rzeczy i prawdziwe! Te ciała poległych, które same wciskają się w ziemię, płaszczą na jej powierzchni, jak galareta; te szmaty, pozostające z ludzi zdrowych, wesołych, pełnych porywu, nawet, być może, genjalności, są wyśmienite! Tego na żadnym obrazie największych mistrzów nie widziałem! Nigdy!
Szwed podniósł głowę i uważnie słuchał.
— Człowiek — chytra bestja! — zaśmiał się Brown, chowając swój szkicownik. — Gdy przestał być żywą istotą, zamienia się w kupę szmat (dobrze pan to podpatrzył!), jakgdyby chciał rzec: „No, już zrobiliście swoje i dajcie mi teraz święty spokój!“
— Zrobiliście swoje? — powtórzył Nesser i, blednąc, zapytał: — A więc w XX-ym wieku zadaniem ludzi cywilizowanych jest mord? Mord, z którym trzeba się pogodzić?!
Amerykanie spoważnieli i siedzieli w zamyśleniu.
— To, co się teraz dzieje, jest wstrętne i straszne! — mówił coraz bardziej zapalając się Nesser, czując, że ponosi go oburzenie. — Ludzie szukają w głębi dusz i mózgów jakichś odruchów dawno przeżytych wieków, jakichś skrawków myśli, budzących odwagę, potrzebę bohaterstwa — są to męczennicy, szmaty ludzkie, które mówią: „zrobiliście swoje i dajcie mi teraz spokój!“ Lecz ci, którzy rozmiotali po całej Europie stosy tych świętych w swojej niewiedzy i porywie szmat, co czynią to w imię dochodów, płynących z ich kopalni węgla, nafty, żelaza, z ich fabryk, z ich roli, rozrzuconych po całym świecie, o, to są zbrodniarze, wstrętni i straszni, potworne płazy, karmione przez brutalnych dozorców żywemi królikami!
Eriksson oczu nie spuszczał z mówiącego. Jakieś błyski zapalały się w jego niebieskich, rozmarzonych oczach. Odgarnął z czoła złociste włosy i cicho rzekł:
— Prawda! My możemy mówić i myśleć tak, jak pan, panie Bunge! Lecz w Niemczech, Francji, Rosji i Anglji taka myśl równałaby się wyrokowi śmierci. Tam wszyscy wykonać muszą do końca, do ostatniego skrawka szmaty ludzkiej wolę cesarzy i ich popleczników, plany tajnej rady lub gabinetu ministrów, zamaskowanego w swej samowoli chytrze zawikłanym systemem „demokratycznym“! Tak! Jednak takie myśli przychodzić mogą tylko do głowy Amerykanom, Szwedom, szwajcarskim obywatelom, bo oni nie potrafią znaleźć żadnego powodu, usprawiedliwiającego tworzenie chociażby najmniejszej kupy, ze szmat ludzkich złożonej. Niema dostatecznie potężnej przyczyny dla takiego zjawiska, istotnie wstrętnego, strasznego i zbrodniczego do ostatnich granic!
Amerykanie milczeli uparcie z mocno zaciśniętemi szczękami.
— Cóż myślą o tem amerykańscy dżentlemeni? — z szyderstwem w głosie zapytał Nesser.
Pierwszy odezwał się Rabbit.
— Pytanie drażliwe i potrącające najboleśniejsze struny umysłowości Nowego Świata — mruknął, marszcząc brwi. — Ameryka z głębokiem zdumieniem dowiedziała się o wybuchu wojny. Europa oszalała! Zadała ona niezwykle silny wstrząs całej ludzkości. Konsekwencje tego nie dadzą się w obecnej chwili określić.
Umilknął.
Brown uderzył pięścią w stół.
Damn! — zawołał — Wojna — zabawna heca, porywająca i zajmująca!... Ale znam inne rzeczy. Naprzykład, spędzenie najbogatszych mieszkańców z całego Nowego Jorku na Down-Street za opłatą po sto dolarów od głowy i demonstrowanie wysadzania w powietrze 54-piętrowego Woolworth Buildingu wraz z biurami, bankami, urzędnikami. Porywające, zajmujące widowisko! Albo przerwanie tam na Mississippi i zalanie kilku stanów wodą? Pyszne! Pytam się tylko, poco było budować Woolworth-Building i tamy na Mississippi!? Poco! Budować, żeby burzyć?! Europa od wieków wciąż tworzy, a my uczyliśmy się tej sztuki od niej. A teraz? Burzy ona katedrę Reimsu, wznoszoną, zdaje się, w ciągu siedmiu stuleci, a może i dłużej; wysadza w powietrze i pali miasta, fabryki, mosty. Zabija tysiące ludzi, z których każdy może coś tworzyć pożytecznego, pięknego albo nawet wielkiego... Szaleńcy! Nie! Ameryka interesuje się wojną, ten i ów oblicza już swoje dochody z tej imprezy, lecz w duchu mówi: „Głupia, zbrodnicza, stara Europa! Wpadła w starczy marazm, w obłęd i musi zginąć! Ameryka tworząca będzie teraz zapisywała karty historji!“...
Nesser spostrzegł, że siedzące obok towarzystwo przysłuchuje się rozmowie cudzoziemskich dziennikarzy. Dał swoim towarzyszom ostrzegawczy znak oczami. Zaczęli rozmawiać o rzeczach obojętnych i wkrótce opuścili restaurację. W hotelu Nesser napisał pierwszą korespondencję dla „Echa Jezior“ — tygodnika, który miał wydawać „Jednooki Paweł“ w porozumieniu ze sztabem francuskim. Do artykułu zuchwały korespondent wojenny dodał list prywatny. Chociaż opisywał w nim tylko swoje życie w stolicy Niemiec, donosił o istniejących cenach na papier, farbę drukarską, maszyny, produkty żywności i inne szczegóły, niezbędne dla nowopowstałej redakcji tygodnika genewskiego. Napracował się bardzo, zanim skończył ten list. Nie było w tem nic dziwnego, ponieważ każde słowo miało podwójne znaczenie, był to tajny szyfr, ustalony podczas ostatniej narady z Rumeurem. Osobiście wyprawiwszy dużą kopertę do Genewy, powrócił do domu. Uśmiechnął się do siebie, widząc już swoją kopertę w ręku „Jednookiego Pawła“, który część jej miał przesłać do Paryża; wyobrażał sobie rozpromienioną twarz i spoconą łysinę szefa, czytającego pierwsze wiadomości z Berlina. Uśmiechał się na myśl o tem, jak wprawny i zręczny dziennikarz z tej wiązanki autentycznych wiadomości i spostrzeżeń będzie przez cały tydzień fabrykował korespondencje i telegramy od „specjalnego korespondenta z frontu niemieckiego“.
Dwa następne dni upłynęły mu na wizytach do różnych biur wojskowych, na gromadzeniu listów polecających, przepustek, biletów kolejowych, na wysłuchiwaniu wskazówek i objaśnień. Zawdzięczając wpływowemu Rabbitowi, Nesser uzyskał wreszcie wszystko i miał już odjeżdżać na front z Willy Brownem, który zamierzał obejrzeć przygotowania do bitwy w Szampanji, gdy do pokoju wszedł Rabbit i rzekł tajemniczym głosem:
— Dowiedziałem się w tej chwili o bardzo ważnej rzeczy. Cesarz rozkazał rozpocząć „marsz na Calais“. Wie pan co to znaczy?
— Zdaje się, że tak! — odpowiedział reporter. — Napoleon również z Calais zamierzał zagrozić izolowanej na wyspach Anglji. Skończyło się to jednak źle, o ile uprzytamniam sobie w tej chwili historję Francji...
— Tak! — zawołał Amerykanin. — Wilhelm postanowił wykonać szalony czy genjalny plan napadu na Anglję! Dowództwo rzuci 600 000 ludzi do Flandrji. W tym celu potajemnie wyszkolono cztery nowe korpusy, rozkwaterowane po małych miasteczkach. Zacznie się bitwa, mająca na celu przerwanie frontu franko-anglo-belgijskiej armji. Będzie to ważny moment w tej wojnie! Jadę sam i chętnie zabiorę pana ze sobą! Brown niech jedzie do Szampanji, jeżeli chce!
W godzinę później siedzieli już w pociągu, zdążającym ku granicy belgijskiej. Stanęli w Ostendzie, która pozostawała nadal w rękach Niemców. Rozpoczął się atak na Dixmude. Przywiezione po upadku Antwerpji ciężkie haubice austrjackie już bombardowały miasto. Ruprecht Bawarski rzucił do ataku swoje wojska. Sprawne szeregi niemieckich żołnierzy, zbite w jedną masę, uderzyły jak olbrzymi bałwan, lecz cofnęły się, zdziesiątkowane, poszarpane, ociekające krwią. Na pewną śmierć rzucono nowe pułki, dywizje, korpusy całe. Zdawało się, że nic nie może wstrzymać tej powodzi zbrojnych ludzi. Wtedy od morza potoczyły się głuche odgłosy armat, ukrytych w mgle. To przemówiły ciężkie działa floty angielskiej; posyłały pociski, szarpiące straszliwie szeregi atakujących. Nesser z Rabbitem stali na dobrze osłoniętym punkcie obserwacyjnym i mogli widzieć dokładnie znaczny odcinek bitwy, rozpoczynającej się nad Izerą.
Znajdujący się wpobliżu pułkownik niemiecki mruczał:
— W tej norze siedzą Belgowie, broniący ostatniego kawałka swojej ziemi, i „panny z czerwonemi pomponami“.
— Co to znaczy? — zapytał zdziwiony Amerykanin.
— Piechota morska francuskiego admirała Ronarcha — odpowiedział pułkownik, przyglądając się bitwie.
Niedaleko od punktu obserwacyjnego zdążał biegiem ku atakującym nowy bataljon piechoty. Nesser spostrzegł, że składał się z niemłodych już ludzi, zapewne rezerwistów starszych roczników.
— Aha! — zawołał pułkownik do oficera telefonisty. — Wprowadzają do bitwy 22-gi korpus rezerwowy! Zobaczymy, jak się będzie zachowywał? Miał zaledwie dwa miesiące na wyszkolenie.
Bataljon w zwartych szeregach biegł naprzód. Nikt się nie wysuwał, nikt nie łamał linji. Jedna wola, paraliżująca wszelkie uczucia jednostek, parła ludzi naprzód. Tylko coraz bliżej przyciskały się do siebie sylwetki żołnierskie i coraz wolniej posuwał się bataljon, zbity w jedno ogromne ciało o tysiącu bijących serc. Od strony Dixmude niby setkami kłów, szczęknęła na lewem skrzydle ukryta baterja kulomiotów i odrazu namacała idący do ataku bataljon. Jakgdyby wielkie ostrze automatycznej kosiarki, niewidzialne w błyskawicznym ruchu, machnęło raz i dwa, podcięło pierwsze szeregi, dosięgło dalszych i jęło wyrywać dziesiątki ludzi odrazu, za jednym zamachem. Niby drzewa, ścięte pod pion, padali żołnierze, tu — pozostawali bez ruchu, tam — czołgali się jeszcze, usiłowali wstać i znowu padali, rażeni gradem kul, tworzących wirującą zasłonę z mknącego metalu.
— Cofać się! Cofać!! — nawoływali oficerowie.
Bataljon zatrzymał się, jak osadzony w biegu byk, na chwilę jedną zawahał się, cofnął, ustawiając się w nowym szyku.
Nesser zauważył dwóch najbliższych żołnierzy. W życiu zwykłem, byli oni z pewnością niepodobni do siebie, lecz w chwili bitwy i szalejącej śmierci, wydali się reporterowi sobowtórami. Te same blade, okryte straszliwą bielą przerażenia twarze, te same sine, zapiekłe, bezmyślnie otwarte usta, te same oczy, wychodzące z orbit, nieruchome, wylękłe do obłędu.
— Naprzód! Naprzód! Biegiem! — komenderowali oficerowie.
Bataljon popędził znowu ku strasznej ścianie z gwiżdżących przeciągle kul, ku niewidzialnemu ostrzu potwornej kosiarki. Siekła ona i waliła ludzi, jak wicher obala i rozrzuca po polu snopy zboża. Umilkły głosy oficerów; już inne gardziele wykrzykiwały przeraźliwe, szalone słowa komendy. Kosiarka robiła swoje, szerząc klęskę i nagromadzając stosy, zwały drgających, skrwawionych ciał.
Nesser bez lornetki dojrzał wyraźnie, jak zatoczyli się i wypuścili karabiny z rąk żołnierze, których widział w ostatnich szeregach. Jakaś zgroza, ostry wstyd, że z bezpiecznego miejsca przygląda się wstrętnej rzezi, jakiś nakaz wszechwładny porwały go nagle. Wybiegł ze skrytki obserwacyjnej i o niczem nie myśląc, popędził przez pole tam, gdzie wyrastały stosy poległych rezerwistów i gdzie zmagały się z nieubłaganem przeznaczeniem poruszane bezmyślną sprężyną posłuchu resztki bataljonu.
Nesser słyszał, jak gwizdały dokoła i uderzały o wilgotną ziemię kule, lecz nie czuł strachu i biegł naprzód. Dopadł i schylił się nad leżącymi żołnierzami. Rozwalone kilku naraz kulami czaszki, krwawiące otwory zamiast oczu, przebite piersi — były to tyle razy już widziane przedtem straszne szmaty ludzkie, lecz ci, do których pchnęło go nieobjaśnione a wszechwładne współczucie, żałość bezmierna, jeszcze się ruszali, jak rozgniecione robaki. Zobaczył ich blade twarze, sine wargi szybko, niby u wyrzuconych na brzeg ryb, chwytające powietrze, usta, wydające jeszcze te same, bezmyślne, dzikie, ochrypłe okrzyki, zajrzał przytomnie, z jakąś sprawiającą mu ból bacznością w ich oczy, z zastygłym w nich obłędem przerażenia. Obok niego, potrącając go, padali cofający się żołnierze; dowodzący niedobitkami podoficer zwrócił na niego nieprzytomny wzrok, jakgdyby zobaczył przed sobą widmo nieznane, zatoczył się raptownie, bluzgnął mu w twarz strugą krwi, wytryskującej z wykrzywionych ust, i padł obok, głucho uderzając głową o kamień.
Nesser podniósł jednego z rannych. Żołnierz jęczał, zaciskając ranę na piersi, i nie słyszał, że nieznajomy człowiek powtarza raz po raz:
— Uratuję!... Uratuję... Uratuję!...
Usadowił go, oparłszy plecami o ciało zabitego podoficera, i zaczął dźwigać drugiego, który miał strzaskaną rękę i przebitą szyję.
Poczuł znużenie. Wyprostował się i całą siłą płuc wciągnął powietrze. Schylił się znowu, podźwignął jednego i, objąwszy wpół, podniósł i przerzucił sobie przez ramię. Drugiemu dopomógł wstać i, podtrzymując, prowadził go, a raczej wlókł za sobą. O niczem nie myślał i niczego się nie bał. Czuł tylko, że musi ratować tych dwuch. Dlaczego ich, a nie innych? Dlaczego tu wśród niemieckich żołnierzy, wśród wrogów, przebudziła się w nim nieprzezwyciężona żądza ofiarności, cichego bohaterstwa? Tego nie uświadamiał sobie i o tem nie myślał.
Z punktu obserwacyjnego biegł mu na pomoc dziennikarz amerykański, porwany przykładem kolegi. Razem doprowadzili rannych do pobliskiego okopu dali im wody i zatelefonowali do czołowego oddziału opatrunkowego.
„Panienki z czerwonemi pomponami“ i resztki belgijskiego wojska z załogi Antwerpji obroniły Dixmude. Niemcy cofnęli się na dawne pozycje. Artylerja ich rozpoczęła zasypywać pociskami Dixmude i wszczęła huraganowy ogień przeciwko Pervyse, gdzie najłatwiej, zdawało się, można było przebić obronny front nieprzyjacielski.
Wieczorem tegoż dnia Nessera i Rabbita przedstawiono dowódzcy korpusu. Podziwiano ich odwagę i dobre serce, dziękowano i obiecywano zaszczytne nagrody za ich czyn bohaterski. Po powrocie do swojej kwatery, Rabbit mocno potrząsnął rękę reportera i rzekł wzruszonym głosem:
— Dziękuję panu, Mr. Bunge, że dał mi pan okazję do spełnienia chrześcijańskiego obowiązku miłosierdzia i zarazem bohaterskiego czynu!
Nesser wzruszył ramionami obojętnie. Amerykanin zapytał:
— Co pana zmusiło do takiego szaleństwa, Mr. Bunge?
Reporter zawahał się chwilę, a potem rzekł, patrząc w oczy kolegi surowym wzrokiem:
— Bez miłości życie nie jest życiem... a miłość żąda ofiar bez liku, bez miary...
Dziennikarz nic nie odpowiedział. Nesser usiadł i zaczął pisać, nie odrywając się od papieru. Gdy skończył, Rabbit spytał go:
— Korespondencja?
Reporter skinął głową.
— Czy nie mógłby mi pan przeczytać jej, ułatwi mi to moją pracę, jestem jeszcze zbyt wzburzony — poprosił dziennikarz.
Nesser zaczął czytać. Była to historja bataljonu rezerwistów, którzy mieli tylko dwa miesiące wyszkolenia, szli na śmierć bez oporu i zostali wybici niemal do nogi. Gorący, namiętny ton artykułu czynił z niego straszliwy, ciężki akt oskarżenia przeciwko zbrodni wojny.
— Wspaniałe! — zawołał Amerykanin. — To już nietylko korespondencja reporterska, to — epopea, krótka a potężna, napisana przez genjalnego pisarza! Panie Bunge, może pan sobie pisać do swego „Echa Jezior“, ale ja nie mogę opuścić okazji, aby nie zaangażować takiego utalentowanego pisarza do swego biura.
— Dobrze! — zgodził się reporter.
Uścisnęli sobie ręce w milczeniu.
— Hm! — mruknął Rabbit. — Nazywałem Willy Browna warjatem, a dziś sam narażałem swoje życie jeszcze bardziej po warjacku! Zadziwiające!
Nesser spojrzał na niego uważnie i rzekł:
— Zadziwiające!? Zadziwiające jest to dla mnie — Europejczyka, żyjącego wśród nieprzerwanej sieci zbrodni i ohydy politycznej i społecznej, lecz dla pana, obywatela młodej i, na szczęście, nie cuchnącej jeszcze padliną republiki uważam to za odruch normalny!
Rabbit z uczuciem potrząsał i ściskał ręce kolegi i mruczał zmieszany:
— Gdyby tak było... O, gdybyż tak było!...
Od tego wypadku karjera czcigodnego Benjamina Rumeura i rozwój „Hałasu Ulicy“ weszły na najszersze tory. We wszystkich sferach i warstwach społecznych podziwiano zręcznego, niemal genjalnego kierownika niedawno pogardzanego brukowca. Korespondencje, nadchodzące z Berlina, podawały najściślejsze informacje co do wojsk niemieckich, walczących we Flandrji i Szampanji, przebiegu walki składu dowództwa i nastroju ludności. Wiadomości, „Hałasu Ulicy“ wyprzedzały nieraz komunikaty urzędowe, a zawsze były przez nie potwierdzane. Imię Henryka Nessera stawało się najpopularniejszem w prasie. Wszystko to zawdzięczał teraz reporter nieobjaśnionej żądzy ofiarności, wybuchającej w nim tak potężnie w bitwie przy Dixmude. Dopomagało mu też stanowisko współpracownika wpływowej agencji amerykańskiej. Koperty z godłem Stanów Zjednoczonych nie były poddawane cenzurze i szły swobodnie do Genewy, gdzie Paweł Mouche sumiennie odbierał je i przesyłał panu Rumeurowi.
Tymczasem bitwa we Flandrji, tocząca się w październiku 1914 roku dla ułatwienia „marszu na Calais“ i napadu na Anglję w jej własnem „legowisku“, przechodziła w wielką zgiełkliwą „bijatykę“. Francuzi nazwali ją „melée des Flandres“. Była to bardzo trafna nazwa, zabawna, lecz budząca niepokój. Nesser, objeżdżając front niemiecki nad Izerą i przyglądając się zbliska wzajemnemu tępieniu się miljona ludzi różnych ras i barw, zrozumiał teraz to zmaganie się wściekłe, trwające cały miesiąc. Przed oczami jego odgrywała się olbrzymia, fantastyczna tragedja, przesuwał się film o straszliwem napięciu akcji, wstrząsających epizodach i przerażających dekoracjach.
Na tle mglistego, jesiennego nieba, osłoniętego powłoką nigdy nie opadających chmur dymów armatnich, rzygały ogniem wybuchające olbrzymie pociski, miotały się żagwie pożarów; padały wysmukłe, strzeliste wieże kościołów i gmachy gotyckie, które przetrwały stulecia, a w tej chwili ponurego szału rozpryskiwały się w gruzy; kładły się pokotem lasy, ścięte szrapnelami; znikały wioski i miasteczka; każda piędź ziemi ociekała krwią, na każdym metrze powierzchni tego skrawka spokojnej od wieków, pracowitej Flamandji wyrastał grób po grobie. Nesser, przyglądając się bitwie, chwytał się nieraz za głowę i pytał bezdźwięcznym głosem:
— Skąd ten obłęd okrucieństwa i pęd do zniszczenia?!
Burzono wszystko dokoła, nie oszczędzano niczego. Historję, sztukę, kulturę — wszystko to rzucono na łup szalejącej wojny. Zresztą, czyż mogli walczący przeciwnicy oszczędzać dawne zabytki jakiegoś tam flamandzkiego budownictwa, gdy codziennie dziesiątki tysięcy trupów rzucano do rozmiękłej, błotnistej ziemi, przeciętej kanałami, zbiegającemi do Izery? Czyż mieli oni czas na omijanie pociskami koronkowych, wysmukłych, pełnych polotu ku niebu wieżyczek i dzwonnic gotyckich, gdy o kilka kilometrów dalej ciągnęły się baraki szpitalne, skąd w dzień i w nocy płynęła monotonna fala jęków, skarg i łkań przedśmiertnej męki? Tam zmagały się ze śmiercią, wiły się w tęsknicy i bólu niezliczone tysiące rannych — kwiat młodzieży cywilizowanej Germanji, jej nadzieje, jej synowie, którzy niedawno jeszcze zamierzali ująć w swoje dłonie losy ojczyzny i poprowadzić ją szlakami dalszego postępu.
Wielkie zabytki przeszłości ginęły w płomieniach i zapadały się wśród wybuchów pękających granatów, bo już straciły dla ludzi swoją wartość; inne rzeczy nabierały pierwszorzędnego znaczenia. Inne rzeczy? Naprzykład — ubogi „domek przewoźnika“ nad Izerą? Wpobliżu tej kupy odłamków cegły i zwęglonego stropu przez długie tygodnie toczyła się zawzięta bitwa. O tajemniczym domku czytali ludzie w Paryżu i Kwebeku, w Londynie i w Batawji, w Berlinie i na Tasmanji...
Zdawaćby się mogło, że przeciwnicy widzą w tym zburzonym domku jedyną dla siebie deskę ocalenia. Być może, oczekiwali, że z jego gruzów wyjdzie nagle nieznany przewoźnik i wskaże drogę do promienistego szczęścia. Ta jasna meta jakgdyby przyświecała walczącym z obydwu brzegów rzeki. Tymczasem ze zwalisk cegły wychylało się blade widmo śmierci, upiorna mara, siejąca zniszczenie i przekleństwo. Nie spostrzegały tych zjaw ponurych wojska przeciwników i walczyły z nowym wybuchem sił i zaciętości.
„Domek przewoźnika“, od pierwszego dnia wojny leżący w gruzach! Ileż tysięcy młodych istnień zgasło przed potrzaskanemi, okopconemi murami tej nory śmierci? Ileż krwi wsiąkło w ścieżkę, wydeptaną niegdyś stopami nieznanego przewoźnika i w stratowane klomby małego ogródka, w którym nawet zdziebełka trawy nie pozostało? Ileż wysiłków nadludzkich, polotu myśli, porywów bohaterstwa rozbiło się o te kawałki rozmiotanego dokoła tynku? Z takim uporem nie walczono chyba nawet o Kartaginę, ani o pałac królewski w Babylonie, ani nawet o stolicę Francji — Paryż. Inne bowiem rzeczy nabierały nagle zagadkowego a tragicznego znaczenia...
Belgowie, broniąc się zażarcie pod dowództwem generała Urbala, nie cofnęli się przed zniszczeniem szluzów koło Nieuportu, zatopiwszy olbrzymią przestrzeń. Niemcy przewidywali plan belgijski i zasypywali pociskami dostęp do rzeki, lecz belgijscy saperzy dokonali największego dzieła zniszczenia, wysadzając tamy. Przez wieki całe walczył pracowity naród flamandzki z morzem, odbierając mu ziemię urodzajną — metr po metrze. Przed 500 laty zakończył tę pracę potężną i zawładnął dawnem dnem morza, zwiększając obszar swego państwa. W te dni październikowe jednym zamachem zburzono wielkie dzieło minionych pokoleń, broniąc nie ziemi ojców, lecz idei prawa, rzeczy oderwanej, nieuchwytnej, ale droższej od bogactwa, szczęścia, droższej od życia nawet. Ostry, skrwawiony lemiesz pługu wojny wyrzucał na powierzchnię ziemi nieznane dotąd wartości. Były to: zburzony „domek przewoźnika“, oszukańcze hasła sztucznej ideologji niemieckiej misji dziejowej i wygórowane poczucie prawa, wypływające z samego dna sumienia romańskiego. Miljon zbrojnych ludzi, spośród których dwuch starczyłoby do odbudowy rozbitej chałupy nad Izerą lub napisania nowego prawa, w dobie tej szaleńczej oddawał za to swoje życie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.