Kruszenie kamienia/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.

Czcigodny pan Rumeur, gdyby miał najmniejszą możliwość ku temu, wyłysiałby, z pewnością, do reszty. Przyczyny takiej katastrofy należałoby doszukiwać się w zdumieniu, rosnącem w nim z dniem każdym. Na szczęście hałaśliwy redaktor „Hałasu Ulicy“, będąc oddawna doskonale łysym, nic już więcej do stracenia nie miał... Od rana do wieczora polerował sobie krótkiemi rączkami nagą, zawsze spoconą czaszkę i mruczał bardzo żałośnie:
— Coś mi się to zaczyna nie podobać! Cóż to u djabła strzeliło do głowy Nesserowi? Obawiam się, że może odłamek szrapnela, którego nie zauważył.
W takich chwilach strapienia Rumeur wołał do siebie zaufanego sekretarza, starego wygę dziennikarskiego, i uskarżał się przed nim:
— Mój kochany Chalupe, co to z nami będzie?! Co będzie?
— Poco redaktor wątróbkę sobie psuje? Nic się nie stało! — uspokajał go sekretarz, przecierając niebieskie okulary.
— Jesteś niepoprawnym oportunistą, mój drogi! — oburzał się Rumeur. — Ten Nesser zasypie nas z kretesem!... Zobaczysz! Czyż można na szpaltach „Hałasu Ulicy“ zamieszczać takie rozsądne i uczciwe, bez żadnej blagi korespondencje?! Przypomnij sobie, z jaką powagą i zrozumieniem rzeczy Nesser opisywał i tłumaczył niepowodzenie francuskiej armji w końcu sierpnia! A teraz?! Nie ukrywa nic, ani jednego nawet ciosu, spadającego na Francję, nie owija w bawełnę! Tak szczeremi wyznaniami porażki można wzbudzić panikę w społeczeństwie i zaszkodzić dziennikowi! Niepowodzenie pod Morhange, Sarrebourgiem, Charleroi, Monsem — opisuje tak, jakgdyby mówił o przegranej partji na tennisowym korcie!... Gdyby choć zwalił był winę na marszałka Frencha lub na tych angielskich generałów — Douglasa Haiga i Allenby, ale gdzie tam!... Pisze wprost, że zmuszeni byliśmy się cofać przed armjami Büłowa i von Klucka, ponieważ dowództwo francuskie przed bitwą jeszcze nieopatrznie odciągnęło armję!... Trzeba ducha krzepić, oczy mydlić, a on tymczasem rozpisuje się, jak jakiś teoretyk-strateg, o nieuniknionym upadku Namura, niezbędnej ewakuacji Mülhuzy, planowem cofnięciu się od Nancy i o pochodzie tego przeklętego Klucka na Paryż... rozumiesz, Chalupe, — na Paryż?!... To wzbudza panikę, a naszem zadaniem jest wzmocnienie wiary w zwycięstwo Francuzów!...
— Widocznie Nesser dokładnie jest poinformowany, bo właśnie otrzymałem poufną wiadomość, że rząd opuszcza Paryż i przenosi się do Bordeaux — rzekł sekretarz. — Tymczasem paniki żadnej nie wyczuwam, chociaż o decyzji rządu wszyscy już wiedzą w mieście. Słyszałem nawet w drodze do redakcji jakiegoś draba, śpiewającego dość zabawną i ciętą piosenkę na temat „Paris-Bordeaux“.
— Jednakże sytuacja wzbudza trwogę... czy nie czas pomyśleć o ewakuacji „Hałasu Ulicy“... do Marsylji, naprzykład?... Nie, do djabła taki projekt! Marsylja — nad morzem.... Mogą przypłynąć pancerniki niemieckie... Radź, drogi Chalupe, głowa mi pęka od tego wszystkiego!
Sekretarz, skończywszy z przecieraniem szkieł, wyciągnął rękę do dzwonka elektrycznego.
— Czego chcesz? — zapytał Rumeur.
— Dzwonię na Leona...
Wszedł służący redakcyjny.
— Mój Leonie, — rzekł Chalupe, — przynieś mi szklankę kakao i zawiniątko z pieczywem... leży na oknie przy biurku...
Redaktor wzruszył ramionami i z oburzeniem spojrzał na pomocnika...
— Masz nieprzebrane skarby zimnej krwi, mój drogi! — zawołał. — W takiej chwili — kakao i pieczywo?!
— Zaspałem dziś trochę i nie zdążyłem spożyć pierwszego śniadania, — objaśnił ze spokojem sekretarz. — Zresztą jestem przekonany, że wszystko skończy się jaknajlepiej. Ufam Nesserowi, który w ostatnim feljetonie wspomina, że sytuacja nasza staje się rozpaczliwą, i że dla naprawy jej musimy zdobyć się na cudowny wybuch energji. Naród francuski zdolny jest do tego, więc niezawodnie podtrzyma sławne tradycje wojenne i uratuje naszą reputację... Dziękuję, Leonie. Może i redaktor napije się kakao i zje bułeczkę?
— Daj mi święty spokój! — żachnął się Rumeur. — Działasz mi na nerwy! Ja się głowię nad losem naszego przedsiębiorstwa, a ty mi podsuwasz bułeczki! To — potworne!
— Eh! Niech się redaktor nie rzuca! Pozostaniemy w Paryżu. Nic nam się nie stanie, chyba że jakaś bomba z niemieckiego „Fokkera“ zwali się nam na strych. No, a od czegóż straż ogniowa, blacharze i murarze?! Zato jakiż szyk! „Hałas Ulicy“ wytrwał na swem stanowisku do końca! Co?
— Wytrwał na swem stanowisku do końca... — powtórzył Rumeur. — To brzmi dostojnie!... Hm... Hm... Nie przyszło mi to do głowy... Wytrwał do końca!... Bardzo, bardzo ładnie!... Gdyby jeszcze Nesser zaczął pisać po dawnemu, drzeć się na całe gardło, urągać „boszom“, wygrażać pięściami i zębami!...
— Eh, nie! — potrząsnął nieczesanemi kudłami Chalupe. — Eh, nie! Byłoby to odgrażanie się w złym tonie... klepanie ozorem... Nesser rozumie, że takiego przeciwnika należy traktować poważnie i — zmienił styl. Szczwany to lis!
— A co na to powiedzą nasi czytelnicy? — mruknął Rumeur.
— Ej, redaktorze, filut z was! — zaśmiał się Chalupe, wpakowując do ust połowę ciastka. — Czytelnicy?! Oni albo niczemu, co przeczytają w „Hałasie“, nie uwierzą, albo też przyjmą wszystko za prawdziwą monetę. Zresztą muszę donieść redaktorowi, że sprzedawcy dziennika naszego mówili mi, iż konserwatywna burżuazja, — ta, co to czyta tylko „Figaro“, teraz kupuje także i „Hałas Ulicy“! Ha! To trzeba cenić! Torujemy sobie drogę do wyższych warstw, a któż to spowodował? Nesser! Nesser ostatniemi korespondencjami, wytrzymanemi w szczerym, wstrzemięźliwym i poważnym tonie, poruszającym jednak sumienie i najszczytniejsze instynkty narodu! Leonie, proszę o drugą szklankę kakao i moją cygarnicę! Leży w biurku pod biuletynami Hawasa. Ukrywam, redaktorze, papierosy, bo mi je nowy współpracownik od kroniki codziennej stale wypala...
Mimo że rozmowa z Chalupem uspokoiła nieco Rumeura, redaktor postanowił jednak napisać list do swego wojennego korespondenta z zapytaniem o prawdziwe wieści dla osobistej orjentacji.
List, wysłany przez sztab czwartej armji, pozostawał długo bez odpowiedzi.
Wreszcie otrzymano w redakcji kolejną korespondencję z frontu. Na rogu pierwszej stronicy drobnem, czytelnem pismem Nesser skreślił zaledwie kilka słów odpowiedzi na poufne pytanie szefa:
— Podaję tylko prawdziwe wieści. Przeniosłem się na front armji angielskiej, która współdziała z naszą piątą armją, dowodzoną przez generała Franchet d’Espérey.
I — więcej nic!
Strach i rozpacz nanowo zagnieździły się w sercu małego, okrągłego człowieczka, który dziś po raz pierwszy odczuł niepokojącą go duszność.
— Za stary jestem... — pomyślał żałośnie. — Wojna — nie na moje zdrowie!
Jednak nic nie mógł ani na to, ani na swego korespondenta poradzić czerwony, okrągły, jak kula, krewki Rumeur.
Nesser nadsyłał coraz poważniejsze i coraz to krótsze feljetony, a pisał je z takiem zrozumieniem rzeczy, że nawet polityczne dzienniki coraz częściej przedrukowywały je z „Hałasu Ulicy“. Redaktor, jeszcze niedawno pogardzanego brukowca, stawał się znakomitością i, nie mogąc spać po nocach, spowodu bombardowania Paryża przez niemieckich lotników, widział już siebie w tajemnych marzeniach deputowanym, a, kto wie — może nawet ministrem?
— Dlaczegóżby nie? — pytał sam siebie Rumeur. — Przecież nikt inny, tylko ja przepowiedziałem ściśle termin wybuchu wojny? A któż teraz, jak nie ja, wzywa naród do najlepszych uczuć patrjotycznych i, nie ukrywając przed rodakami prawdy, rozpala w nich entuzjazm do samoobrony i wytrwałości?
Podczas, gdy takie śmiałe marzenia zaprzątały łysą głowę redaktora „Hałasu Ulicy“, jego korespondent już od kilku dni przebywał w sztabie marszałka Frencha. Urządził się doskonale. Pośród licznych adjutantów, kręcących się po głównej kwaterze, Nesser spotkał pewnego razu kapitana olbrzymiego wzrostu i rudego, jak płomień. Anglik posiadał blade, stalowe oczy, czerwoną, piegowatą twarz, o ciężkiej dolnej szczęce trenera bokserskiego. Nesser przypomniał go sobie odrazu. W młodości, pracując jeszcze w Kanadzie, w małym banku prywatnym w Winnipegu, miał starszego kolegę — Johna Wellsa. Był to zabawny typ, rozmiłowany w sporcie, z zapałem uprawiający boks i niejednokrotnie zjawiający się do biura z obrzękłym nosem, obandażowaną twarzą, lub przetrąconą nogą. Wówczas dyrektor z niechęcią spoglądał na tego olbrzyma O POtężnych, zawsze czerwonych i odruchowo zaciskających się pięściach. Czekał tylko na sposobność, aby wybuchnąć gorzkiemi wymówkami i wylać go z banku na zbity łeb.
John Wells nie dawał jednak swemu szefowi tej sposobności. Ścisły i systematyczny, jak maszyna, brał się do pracy i, chociaż od pochylonej pozycji nos jego przybierał przerażające kształty i barwy, szybko, z zimną pasją odrabiał stosy przysyłanych mu przez dyrektora weksli, czeków i przekazów. Wells pracował, nie patrząc na szefa, lecz gdy spojrzenia ich przypadkiem się krzyżowały, stalowe oczy boksera wyrażały tyle pewności siebie, lojalności wobec obowiązków i spokoju, że bankier nie mógł pohamować uczucia prawdziwego podziwu i zapominał o potwornie opuchniętym nosie klerka.
— Hallo, John Wells! — zawołał Nesser, spotkawszy go w głównej kwaterze, gdy kapitan szybkim krokiem przechodził z teką pod pachą.
Olbrzym zatrzymał się na jedno mgnienie oka, spojrzał i mruknął:
— Przepraszam, jestem zajęty... za chwilę będę do usług pana...
Odszedł, stawiając ogromne kroki. Po chwili powrócił do sali, gdzie się tłoczyli korespondenci różnych narodowości, i przyjrzał się nieznajomemu cywilowi uważnie, poruszając nadmiernie rozrośniętą szczęką.
— Jestem Henryk Nesser, — uśmiechając się, rzekł reporter, — przed laty pracowaliśmy razem w banku Sama Smitsona w Winnipegu...
Damn! — zawołał kapitan. — Mały „Wild Henry?“ Poznaję teraz, chociaż urósł pan od tego czasu!
Nesser w milczeniu dotknął palcami siwiejących skroni.
Indeed! — mruknął Wells. — Tych białych nici i ja nie uniknąłem!
Zaśmiał się, a śmiech jego zabrzmiał tak, jakgdyby kilka dużych kamieni spadło na żelazną blachę dachu.
— Co pan tu robi? — spytał i, dowiedziawszy się, że dawny kolega jest korespondentem wojennym, klepnął go po ramieniu i zawołał:
— Teraz już wiem, wild Henry! To pan jest tym Nesserem, który dał jedyny prawdziwy opis bitwy pod Monsem i nie oskarżał angielskiego dowództwa?! Bardzo rad jestem, że to właśnie pan jest moim dawnym kolegą z tego coprawda podłego banczku głupiego Smitsona. Przedstawię pana marszałkowi!
— Dziękuję, drogi Johnie, ale w jaki sposób będę mógł znaleźć pana? — spytał Nesser.
— Gdzie pan stanął? — przerwał mu Anglik.
— W jakimś sklepiku, w spiżarni, tuż za ladą, a tak od niej blisko, że w każdej chwili czuję, co sprzedaje mój gospodarz — naftę, mydło, śledzie czy coś innego, również wonnego! — odpowiedział ze śmiechem reporter.
— O — o! — zawołał Wells. — A więc zgarnij pan swoje manatki i przenoś się do mnie! Mieszkam przy kościele w małym domku. Poznasz go pan odrazu, bo tak jest pomalowany ultramaryną, że aż w oczach świdruje!
W godzinę później Nesser przeniósł się do Wellsa. Nie próżnował ani chwili, bo wnet po wstawieniu walizki do wyznaczonego mu pokoju, wyszedł na miasto. Oglądał wszystko badawczym, wprawnym okiem. Anglicy imponowali mu. Starannie ogoleni, ubrani w nowe mundury, z ciężkiemi karabinami na ramieniu i pakownemi ładownicami, przechdzili miarowym krokiem, kierując się na pozycje lub wyznaczone kwatery. Spokojne, zimne twarze, powściągliwe, bez cienia pośpiechu ruchy; jasny, twardy wzrok; ciche rozmowy — było to całkiem niepodobne do zawsze podnieconej, skłonnej do wybuchu oburzenia lub figlów masy żołnierzy francuskich.
Przez nieduży placyk, ze stojącym w głębi kościółkiem, przechodził właśnie mały oddziałek żołnierzy. Zdaleka podobni byli do siebie, jak bracia z jednej rodziny.
— Wpływ wychowania i sportowego treningu! — pomyślał Nesser.
Żołnierze zbliżyli się wkrótce, reporter mógł słyszeć ich ciche rozmowy.
Well, Morris, — mówił jeden z nich, — jutro już spróbujesz wojny! Będziesz strzelał nie do tarcz, tylko do ludzi, najprawdziwszych ludzi!
Yes! Dla mnie to — też tarcza po komendzie naszego kapitana.
— A nie będziesz się bał walić do człowieka? A nuż policjant złapie cię za kark i powlecze do sądu?
— No! Ja przecież ciągle miałem do czynienia z ludźmi! Byłem fryzjerem i drapałem najprawdziwszych gentlemenów brzytwą po twarzy, jakgdyby nic... W moim fachu celować trzeba dobrze, by nie chybić, gdyż inaczej krew się również polać może!
Rozległ się cichy śmiech.
— Morrisowi to jeszcze jakoś pójdzie, ale trudniej to będzie ze Sparrowem! Był subjektem w magazynie damskich mód. Całkiem pokojowy fach! — dodał inny żołnierz.
— Eh! I ja sobie dam radę — odezwał się z głębi szeregu młody głos. — Będę się mścił za wszystkie ladies, bo Niemcy podobno nie po dżentelmeńsku postępują z niemi!
— Słyszeliście, jak ryczą te duże „świnie“ niemieckie?...
— Powiadasz, „świnie“? Gdzieżeś widział latające świnie?
— Patrzę na nie wtedy tylko, gdy ryją i wyrzucają ziemię, jak duże, wściekłe wieprze...
— Dlaczego te granaty tak wyją?
— A dlaczego granaty nie mają wyć?
Znowu rozległ się śmiech.
Oddział powędrował dalej i zniknął na zakręcie uliczki. Nesser spojrzał na niebo. Zmrok już zapadał. Gdzieś na wschodniej połaci nieba przygasała i znowu nabierała gorących, szkarłatnych blasków łuna.
— Palą dobytek skromnych, pracowitych biedaków!... — przemknęła Nesserowi myśl. — Tak, może wkrótce zginie w płomieniach gniazdo Gilleta, ustronna pracownia Gramauda i pachnąca jabłkami, pelargonją i woskiem plebanja księdza Chambruna, a z nią razem sztywne krzesełka, wyściełane czerwonym aksamitem, stolik okrągły, Schuman, Voltaire i posążek Matki Boskiej z Lourdes?...
Westchnął i przymknął powieki. Za miasteczkiem, na brzegu wartkiego potoku, żołnierze zakładali obóz. Stawiano namioty, rozbijano skrzynie z ładunkami; na uboczu dymiły kuchnie polowe; ludzie czyścili karabiny, oglądali trzewiki i ubranie, inni znów kąpali się lub golili przy małych latarkach składanych. Trochę wyżej, już na przeciwległym brzegu, gdzie ciągnął długi sznur koni, wlokących ciężkie haubice w stronę lasku Creey, kilku żołnierzy, zrzuciwszy mundury, grało w piłkę nożną. Oficerowie, ubrani starannie, z białemi, cienkiemi laseczkami pod pachą obchodzili obóz, zaglądając do namiotów i oddając lakoniczne rozkazy. Patrząc zdaleka, można byłoby pomyśleć, że jest to oddział, popasający po skończonej rewji na błoniach Anglji. A przecież byli to wyłącznie ochotnicy, ludzie odniedawna zapisani do szeregów. Dziedziczne poczucie obowiązku, zrozumienie realnego celu całego przedsięwzięcia i planu najbliższego wytwarzało tu ten spokój i sprawność.
Za laskiem, który czarną linją odcinał się na tle nieba, oświetlonego drgającą łuną, wykwitały białe, puszyste obłoczki, tryskały ogniem, rozpływały się i wyciągały w długie smugi i zwoje dymu. Na froncie, długim na 280 kilometrów, biegnącym — od lasu Chantilly aż do Verdun, szalała bitwa. Noc zapadała szybko. Nesser powracał do domu. Szedł przez miasteczko i słyszał, jak dzwoniły i drżały szyby w oknach domków, wstrząsanych dalekiemi wybuchami pocisków. Później, gdy baterje angielskie rozpoczęły ogień, — odezwały się jeszcze żałośniej i jękliwiej.
— Gorąco tam naszym! — dobiegły go słowa dwuch żołnierzy, idących bez karabinów, — prawdopodobnie, ordynansów sztabowych.
— Myślę, że jutro zaczniemy nacierać od lasku...
Nesser stanął na ganku domku i słuchał z natężoną uwagą. Zdawało mu się, że to potężne młoty jakiejś olbrzymiej fabryki spadają ciężko na niewidzialne kowadła.
— Fabryka! — syknął reporter. — Fabryka tworzy coś potrzebnego i wartościowego, a tu wykuwa się zniszczenie, śmierć...
Nagle przypomniał sobie kapitana de Langlois i jego słowa, pełne spokojnego zrozumienia osobistego celu — odwagi.
— Czyżby i te młoty wykuwały coś dla nowych pokoleń?... — pomyślał Nesser, wchodząc do domu.
Dopiero przed północą zjawił się John Wells wraz z dwoma innymi oficerami. Jeden z nich stary, milczący pułkownik, Robert Lower, odrazu usiadł w wygodnym fotelu i zapalił fajkę. Drugi — porucznik, wiotki, jak trzcina, wysportowany — Bernard Houston, przeprosił Nessera i zdjął mundur.
— Od dwuch już dni nie zrzucam ubrania! — usprawiedliwiał się z uśmiechem. — Ciągle latam z różnemi zleceniami sztabu. — Ale — basta! Jutro już idę do pułku. Dostałem nareszcie przydział!
Tymczasem ordynansi nakrywali stół, stawiali talerze, szklanki, blaszanki z konserwami, butelki i syfony z wodą sodową. Wkrótce wszystko było przyrządzone, lecz towarzystwo czekało na coś jeszcze.
— Przepraszam pana, wild Henry, że nie zasiadamy do stołu, lecz lada chwila nadejdzie Jimmy Brice — odezwał się Wells. — Niezawodnie stawi się, bo jest ścisły, jak chronometr astronomiczny.
— Pan nie zna Jimmy? — zapytał porucznik. — Pochodzi z jednej z najstarszych rodzin Wielkiej Brytanji, ale w pułku nazywają go wszyscy poprostu Jimmy Brice. Nawet żołnierze inaczej nie mówią, jak „black Jimmy“. Nałapał już wszystkie niemal bojowe odznaczenia! Nie zna strachu. W bitwie — zimny, jak lód, mocny, jak dąb...
— A czarny, jak węgiel z Cardiffu! — dorzucił z grzmiącym śmiechem Wells.
— A tak, jeżeli nie czarniejszy jeszcze! — zgodził się Houston. — Ale co najciekawsze: kule omijają go! Rozumie pan?! Jimmy stoi na pozycji, a wszyscy garną się do niego, jak do fetysza! Widziałem koło Mons...
W tej chwili drzwi się rozwarły i do pokoju z brzękiem długiego pałasza wszedł mały, krępy brunet, o smagłej, oliwkowej cerze i rozmarzonych, czarnych oczach. Podciągnął rękaw munduru i spojrzał na zegarek.
— Przyszedłem o dwie minuty zawcześnie — rzekł miękkim, trochę głuchym głosem. — Mogę więc umyć ręce, bo oglądałem konie!
Spostrzegł nieznajomego i, kłaniając mu się zdaleka, wymówił cicho:
— Pułkownik Jimmy Brice... Bardzo rad jestem poznać pana, panie Nesser. Opowiadał mi już o panu kapitan Wells, zresztą, oczywiście, czytałem...
Wyszedł z uprzejmym uśmiechem, twardo stawiając sprężyste nogi. Wkrótce wszyscy zasiedli do stołu.
— A więc jutro zaczynamy? — spytał Wells, zwracając się do starego pułkownika.
Lower podniósł krzaczaste brwi, ściągnął pomarszczoną, do wyciśniętej cytryny podobną twarz i nic nie odpowiedział.
— Jutro na całym froncie — ofenzywa, my dear! — odpowiedział Jimmy Brice, wchodząc do pokoju i ściskając ręce przyjaciół. — Mam już zlecenie osłaniać moim pułkiem wasze prawe skrzydło. Zdaje się, że będzie robota!
Wszyscy cicho śmiać się zaczęli.
All right — będzie robota! — zawołał porucznik Houston. — Lecz tym razem już nie będziemy się cofali!
O, no, never! — potwierdził John Wells i zacisnął ogromne pięści.
— Jakże się cieszę, że przeniesiony jestem pod komendę pana, pułkowniku Lower! — rzekł Houston, pochylając się do starego oficera.
Pułkownik nic nie odpowiedział. Podniósł brwi krzaczaste, zmarszczył twarz jeszcze bardziej i łagodnym ruchem położył dłoń na ramieniu porucznika.
W Nesserze obudziło się nagle wspomnienie o kapitanie Langlois, a jednocześnie jakieś rozdrażnienie na widok tych spokojnych ludzi, tak pewnych wyniku bitwy, jakaś niby domieszka obrazy i smutku.
— Panowie są przekonani, że bitwa nad Marną zostanie wygraną? — spytał. — Dowództwo francuskie, o ile mogę sądzić, zdecydowane jest na bitwę, lecz przewiduje też możliwość niepowodzenia, z czego wynikłyby nieobliczalne następstwa...
— Panie, — odpowiedział Brice głuchym, lecz przykuwającym uwagę głosem, — nic nie mówiliśmy o zwycięstwie. Jesteśmy przekonani tylko, że my cofać się już nie będziemy. That’s all!
— Skąd ta pewność?
— Stąd, że polecono nam część ogólnego frontu, weszliśmy w skład taranu, bijącego w lewe skrzydło armji von Klucka. Staliśmy się kółkiem mechanizmu. Wypadniemy z tego systemu wtedy dopiero, gdy nikogo z nas nie pozostanie, sir! — rzekł Brice, dolewając sobie wody sodowej do szklanki z whisky.
— To rozumieją wszyscy — od marszałka aż do prostego „tommy“, który zaledwie wczoraj przybył z metropolji! — dorzucił Wells.
— Widzimy określony plan i nie pozwolimy, aby na naszym odcinku miał się załamać — ochrypłym głosem wyrzekł stary oficer i nagle się podniósł. — Plan się uda. Anglicy dopomogą w tem! It must be done!
Usiadł znowu i z zupełnym spokojem jął nabijać fajkę z taką miną, jakgdyby nic nie był powiedział, a nawet nikogo nie słyszał. Nesser przypomniał sobie Johna Wellsa, gdy po straszliwej porażce na ringu boksowym, przychodził do biura i pracował, nie zdradzając ani bólu, ani znużenia. Musiał pracować podług ustalonego planu i zobowiązania, i — pracował wytrwale, sumiennie. It must be done! Napozór — żadnych innych pobudek, żadnych innych myśli wobec najbliższego zadania. System, plan i przynależność do nich... To — wszystko! Logika systemu i — nic więcej. Nie można zdobyć bramki na boisku piłki nożnej, nie kopiąc jej nogą. Nie można przebrnąć dżungli Centralnej Afryki, nie pocąc się. Nie można wypełnić planu bitwy bez postanowienia zwycięstwa lub śmierci. To jest takie proste, racjonalne, logiczne!
— I — wspaniałe! — mimowoli mignęła Nesserowi myśl. Z szacunkiem spoglądał na oficerów, którzy nie mówili już więcej o bitwie, tylko o rzeczach codziennych, wiadomościach z gazet lub nowinach, które dostarczyła poczta.
Nesserowi przyszło nagle na myśl nowe pytanie:
— Z wojny największe zyski ciągną przemysłowcy, bankierzy. Kto wie, czy nie oni są zakulisowymi podżegaczami? — spytał, pokolei patrząc na wszystkich.
— Zyski osiągną państwa zwyciężające — odparł Wells. — To naturalnie wchodzi w rachubę...
— I dlatego posyłają pokojowo nastrojonych ludzi na śmierć? — rzucił nowe pytanie reporter, a szyderstwo błysnęło w jego oczach.
— Mój ojciec jest jednym z największych przemysłowców w Anglji, — odpowiedział porucznik Houston. — Odprowadzając mnie na wojnę, nie myślał o zwiększeniu dochodów swego przedsiębiorstwa, upewniam pana!
— O czemże on myślał wtedy?
— O tem, że Wielka Brytanja musi wziąć udział w zwalczeniu Germanji, zagrażającej normalnemu rozwojowi ludzkości i państw europejskich, sir, a potem...
— I jeszcze o czemś — przerwał mu pułkownik Brice. — O tem, że nastał czas, aby Wielka Brytanja spełniła swoją historyczną misję — uregulowanie losów świata i pokierowanie jego życiem, podług Wypróbowanego systemu...
— Taka jest misja Anglji? — spytał Nesser z cichym śmiechem.
— Wielkiej Brytanji, sir, z jej odrębną, najstarszą w Europie cywilizacją i z nieograniczonemi możliwościami materjalnemi i moralnemi...
— W czem się one wyrażają? — wtrącił reporter nowe pytanie, brutalnie niemal patrząc na pułkownika.
— W tem, że historja nasza nadała nam kościec mocny i twardy; nie wszystkie ludy posiadają go, niech mi pan wierzy! Naprzykład Rosja... Austrja... Mamy też w narodzie naszym skrystalizowane potęgi, które przy najgwałtowniejszych nawet wstrząsach i zmianach nie nabiorą rozpędu anarchicznego. Posiadamy wybujałe poczucie miary... Przestrzeń mglista, pozbawiona horyzontów, nie pociąga nas bynajmniej. A w danej chwili posłano nas właśnie na doprowadzenie wojny do zwycięstwa. Zadanie to wchodzi w nasz system i w plan państwowy! — zakończył Jimmy Brice, nieznacznie mrużąc czarne oczy.
Stary Lower podnosił krzaczaste brwi, puszczał kłęby dymu i mruczał:
O, yes!
Już północ dawno wybiła na wieżyczce kościoła, gdy wszyscy wyszli, aby odprowadzić pułkowników Brice’a i Lowera. Pojedynek artylerji ustał. Chwilami gdzieś daleko rozpoczynał swój turkot kulomiot, lecz milknął natychmiast, niby pies łańcuchowy, dowodzący szczekaniem, że czuwa. Łuna wsiąkła bez śladu w niebo nad dalekim horyzontem.
— Wszystko, co miało się spalić — spaliło się już... — pomyślał Nesser i natychmiast rozwinął swóją myśl dalej:
— Wszystkie życia, które były skazane tej nocy na zagładę, — zgasły... Niech to djabli wezmą!
Szepnął to tak głośno, że idący obok Wells zapytał:
— Co panu jest, wild Henry?
— Pomyślałem, że wojna to — okrutna rzecz!
Kapitan zatrzymał się i ze śmiechem zawołał:
— Morze, które tną ostremi dziobami okręty; ziemia, orana stalowym lemieszem; pokłady węgla, wysadzane dynamitem, lub dziobane kilofami, mogłyby to samo powiedzieć o swoim losie, my dear! Cała rzecz w tem, że zwykle to my — ludzie tniemy, orzemy i wysadzamy, a teraz role się zmieniły. Jesteśmy cięci, orani i wysadzani w powietrze. That’s all! Zmiana objektu, prawda, — że gwałtowna i brutalna, lecz tylko zmiana, my dear wild Henry! Trzeba na rzeczy patrzeć trzeźwo i spokojnie!
— Tak! — szepnął Nesser. — Gwałtowna i brutalna zmiana, tylko zmiana! Kapitan Langlois przypłacił to życiem, a i ten „sankiulot“ — Mollin — rewolucjonista...
Zaśmiał się z jakąś goryczą i nagle ścisnęło go coś za gardło. Nigdy przedtem nie doświadczał takiego przykrego wrażenia. O północy do domku, zajmowanego przez Johna Wellsa, przysłano ze sztabu ordynansa z telegramem do Nessera. Była to depesza od Rumeura, który żądał, aby korespondent, „Hałasu Ulicy“ niezwłocznie udał się do armji generała Franchet d’Espérey. Po raz pierwszy wojenny korespondent otrzymał określone wskazówki od swej redakcji. Domyślał się, że pochodziły one nie od łysego Rumeura, lecz ze źródła, dobrze poinformowanego o oczekiwanych wypadkach wielkiej wagi. 7-go września Nesser dotarł więc już do sztabu piątej armji francuskiej i, rozejrzawszy się dokładnie w sytuacji, zrozumiał, o co chodziło kierownikowi „Hałasu Ulicy“.
Tocząca się bitwa nad Marną, z taką odwagą podjęta przez naczelne dowództwo, mogła była zakończyć się niepomyślnie. Armja gen. Focha, znajdująca się w nader ciężkiej sytuacji, z rozpaczliwem bohaterstwem walczyła w trzęsawiskach Saint-Gond. Tymczasem nie mogła ona brać czynnego udziału w ofensywie, gdyż wstrzymywały ją przeważające siły nieprzyjaciela. Część poleconego jej zadania powinny były wykonać dywizje generała Franchet d’Espérey. Nesser rozumiał dobrze, że skoro Fochowi polecono sforsowanie bagien Saint-Gond, to musiało to wchodzić w ogólny plan bitwy. Korespondent widział zaniepokojone i stroskane twarze wyższych oficerów sztabowych, słyszał ciągle telefoniczne rozmowy z główną kwaterą i z pozycjami Focha, spostrzegał rosnącą z godziny na godzinę trwogę.
Parę razy uszu jego dochodziły urywane rozmowy oficerów.
— Generał Foch jest dobrej myśli...
— Dziewiąta armja jednak wciąż pozostaje na dawnych pozycjach?...
— Z tych bagien bardzo trudno wybrnąć! Dla obrony nie trzeba dużych sił, lecz von Kluck dwoma korpusami i pruską gwardją najzupełniej zatarasował drogę!
— Nie pomógł nawet bohaterski atak marokańskiej dywizji generała Humberta!
— Okryła się ona nieśmiertelną sławą! Czy wiecie, panowie, że 3200 trupów niemieckich gwardzistów zaległo park w Mondement?!
— Właściwie to bez ryzyka nie możemy teraz iść naprzód... Będziemy mieli odsłonięte prawe skrzydło... Zgubimy Focha i siebie...
Pomimo niepokoju o losy bitwy, generał Franchet d’Espérey, jak prawdziwy Francuz, myślał zawsze logicznie i w każdej chwili był gotów do zaimprowizowania nowego planu bitwy, gdyby żądały tego okoliczności. Zatrzymawszy się przed Charleville, gdzie Niemcy stawiali szalony opór, generał szukał ukrytych powodów do zaciętej obrony. Chodził w zadumie po swojej kwaterze i co chwila na głos pytał:
— Dlaczego?
Kazał wreszcie wezwać do sztabu lotnika. Wszedł młody oficer — drobny, szczupły, o szeroko rozwartych, bystrych oczach.
— Poruczniku! — odezwał się generał surowym głosem. — Zrobisz pan ścisły wywiad rejonu, położonego pomiędzy pierwszą a drugą armją przeciwnika! Powtarzam — ścisły wywiad, chociażby z narażeniem życia, poruczniku! Słyszy pan?
Lotnik wybiegł natychmiast, a generał szepnął do adjutanta:
— Kapitanie, każ dwom innym aparatom wywiadowczym być w pogotowiu, na wypadek, gdyby wysłany pilot nie powrócił z rekonesansu...
Porucznik jednak powrócił. Generał zamknął się z nim i wypytywał długo, szczegółowo. Siedział potem nad stołem z mapami, brał ołówek, liczył, wołał szefa sztabu, naradzał się z nim i znowu liczył, kreślił na mapie kółka i krzyżyki, robił notatki. Podarł następnie kartki, zapisane liczbami i numerami dywizyj, pułków i bateryj, zapiął mundur i wyszedł do oczekujących go oficerów.
— Panowie! — rzekł wesołym już głosem. — Pomiędzy armjami niemieckiemi powstała szeroka luka; wiąże je teraz ze sobą jedynie kawalerja łącznikowa. Zaczynamy natychmiast ofenzywę!
W godzinę później lewe skrzydło i centrum piątej armji wbiły się potężnym klinem pomiędzy siły przeciwnika; prawa flanka, wzmocniwszy armję Focha, wraz z nią zmusiła Niemców do zaniechania obrony osłoniętego bagnami Saint-Gond i do cofania na całej linji. Następnego dnia zdobyto Chateau-Thierry i Vauchamp. Armja zbliżała się krok po kroku do Reimsu. Podtrzymany przez dziesiąty korpus generała Franchet d’Espérey, Foch, którego Niemcy uważali już za zniesionego doszczętnie, mógł posłać swoją najlepszą 42-gą dywizję do ataku na Fere-Champenoise i zmusić przeciwnika do szybkiego odwrotu pod morderczym ogniem francuskich dział. Zadanie było wykonane. Bitwa nad Marną miała przebieg, przewidziany śmiałym, natchnionym planem naczelnego dowództwa.
Nesser opisał szczegółowo całą bitwę i natychmiast wyprawił do Paryża grubą kopertę pod adresem „Hałasu Ulicy“. W godzinę później zbliżał się już ku pozycjom brytyjskim. Anglików znalazł za Neuilly-Saint-Front. Sforsowawszy Marnę, zbombardowali niemieckie oddziały i gnali wślad za niemi, coraz to częściej przechodząc na bagnety. Nesser dotarł wreszcie do sztabu Frencha i zaraz zapytał o Wellsa.
— Kapitan pojechał z rozkazem sztabu do czołowych oddziałów, — odpowiedziano mu.
Nesser skierował się ku pagórkom, za któremi wybuchały jeszcze pociski i złośliwie turkotały kulomioty. W oddali, gdzie połyskiwała stalowa wstęga rzeki, wisiała gęsta, żółto-szara zasłona dymów, wzbijały się wysoko słupy ziemi, szarpanej pękającemi granatami. Co chwila w tumanie i dymach migały ogniste żądła armat, a w ich złych błyskach majaczyły na jedno mgnienie oka szare sylwetki żołnierzy i znikały, jak widma.
Już zacichać zaczęły ryki dział niemieckich, a wkrótce po nich umilkły też baterje angielskie. Nesser wszedł do sztabu. Wells jeszcze nie powrócił.
— Może pan pojedzie ze mną? — zaproponował jeden z adjutantów. — Muszę doręczyć papiery generałowi Haigowi.
Nesser zgodził się natychmiast. Wsiedli do samochodu. Droga, zorana pociskami, pocięta kołami ciężkiej artylerji, ciągnęła się nieskończenie długo. Samochód objeżdżał głębokie wyrwy, skacząc po kupach kamieni i bruzdach pola, lub przedzierając się przez krzaki. Tu i owdzie widniały ruiny i zgliszcza zabudowań fabrycznych, pałacyków i domów wieśniaczych; spalone stodoły; kupy zwęglonego siana; rozrzucone w nieładzie, poszarpane sterty słomy; wyrwane z korzeniami, połupane drzewa owocowe; wyciągnięte na ziemi lub skulone — żałosne, nieruchome postacie poległych ludzi i koni o rozdętych kadłubach. Zewsząd dążyły wozy sanitarne, z czerwonemi krzyżami na płóciennych budach, sunęły powolnie, niby kondukt pogrzebowy. Wyglądały z nich blado-sine, znużone twarze i męczeńskie oczy rannych. Samochód zatrzymał się przed mostkiem, przerzuconym nad głębokim wąwozem. Na dnie jego z szumem i pluskiem pędził potok. Z drugiej strony stały białe furgony Czerwonego Krzyża, przepuszczając szereg pieszych sanitarjuszów, dźwigających nosze, okryte kocami.
— Ranni i zabici oficerowie — objaśnił idący na czele pochodu lekarz, odpowiadając na zapytanie adjutanta sztabowego.
— Czy nie pamięta pan nazwisk? — spytał oficer.
— Znam kilku zabitych — odpowiedział lekarz. — Major Grumby, major Sewer, pułkownik Boyle, porucznik Rambow, pułkownik Jimmy Brice...
— Jimmy Brice! — wyrwał się Nesserowi okrzyk przerażenia.
Jak nieprzytomny, słaniając się i co chwila przecierając oczy, skierował się ku noszom.
— Jimmy Brice... — powtórzył.
Lekarz odrzucił koc, zwisający z jednej noszy.
Nesser poznał „Black Jimmy“. Smagła twarz, czarne włosy, spokojny uśmiech na ustach, ciemne cienie pod oczami, szczelnie zaciśnięte powieki i wargi.
Nie wiedząc, poco to czyni, reporter odsłonił pierś pułkownika. Skrwawiony, poszarpany mundur; zerwany, zwisający naramiennik pasa...
— Pułkownik został ugodzony odłamkiem szrapnela... — objaśnił lekarz.
Reporter nie miał sił oderwać oczu od spokojnej twarzy Brice’a.
— Kule omijają go... — przypomniał sobie nagle opowiadanie Houstona.
— Kule omijają go! — zawołał przeraźliwie.
Jakiś lęk, a jednocześnie zdumienie dręczące i potrzeba protestu i oskarżenia kogoś porwały go i pozbawiły zwykłego spokoju i obojętności. Był nieprzytomny prawie.
— Kule omijają go! — powtórzył jeszcze głośniej, niby wyzwanie rozpaczliwe.
I znowu:
— Kule omijają go...
Powtarzał to bez przerwy i kurczowo wpijał się palcami w skrwawiony koc. Adjutant ze współczuciem ujął reportera za rękę i prowadził ku samochodowi, mówiąc:
— Pan, zapewne, był przyjacielem pułkownika?... Świetny, odważny oficer, znany powszechnie!
— Kule omijają go... — szepnął bezdźwięcznie Nesser i, jak bezsilne dziecko, pozwolił się wsadzić do samochodu.
Jechał drżący, blady, skulony. Usta jego poruszały się ciągle, lecz adjutant nie mógł pochwycić brzmienia słów. Były to raczej myśli, żądające rozpaczliwych lub namiętnych krzyków. Głos ludzki i usta nie miały jednak siły i odwagi wydać ich, bo może nie znały ich nawet. Nesser uspokoił się dopiero wtedy, gdy samochód stanął i tłum oficerów otoczył przybywających.
— Marszałek kazał mi sprawdzić, dlaczego nie wykonano manewru, wskazanego w rozkazie polowym Nr. 8? — pytał adjutant.
— Nie dostaliśmy żadnego rozkazu podczas bitwy — odpowiedział major sztabowy, ze zdziwieniem patrząc na niego.
— Z rozkazem tym zaraz po południu wyjechał ze sztabu na pozycję kapitan John Wells — objaśnił adjutant. — Tak — zaraz po południu...
— Nie widzieliśmy kapitana Wellsa! — rozległy się głosy.
Nesser drgnął i, czując słabość w całem ciele, usiadł na stopniach samochodu. Jakieś widmo straszliwe, bezmiernie ogromne, zasłaniające świat cały, przesunęło się przed nim.
Adjutant i oficerowie oddalili się w stronę zburzonej cegielni. Reporter powoli opanował się i doszedł do pewnej równowagi ducha. Zaczął nawet rozglądać się z ciekawością, nagle obudzoną, jakgdyby po głębokiem i długiem omdleniu. Wszędzie stały i siedziały gromadki angielskich żołnierzy. Te same ciche rozmowy, spokojne, niczem niewzruszone twarze, jak onegdaj, na placu zacisznego miasteczka. Tylko szczęki — mocniej zwarte i źrenice — o gorętszych błyskach. Podniecenie walką, a, może, radość życia, odczuwanego ostrzej i radośniej, zapaliły te ognie. W tej chwili od strony pola, przez które biegła wąska drożyna polna, rozległy się gwizdki przeraźliwe. Jakiś człowiek wgramolił się na kupę kamieni, gwizdał i krzyczał. Reporter zaczął nadsłuchiwać.
— Sa-ni-tar-ju-sze! — dobiegł zdaleka głos. — Dajcie nosze!... No-o-osze...
Nesser spostrzegł biało ubranych sanitarjuszów, zbliżył się do nich i powtórzył im słowa człowieka, stojącego na kamieniach. Wzięli natychmiast nosze i poszli. Nesser powlókł się też za nimi. Szli długo, bo całe pole, na którem wrzała bitwa, było poorane głębokiemi wyrwami i przegrodzone nasypami z kamieni, ziemi i piasku. W jarze, z przebiegającą w nim drogą polną, leżał strzaskany motocykl. Tuż przy nim — oderwana noga i kilka szmatek pokrwawionej, czarnej skóry. Z żółtej cholewy wystawała kość i sczerniałe już strzępy mięsa. Plamy krwi i jakieś skrawki widniały na piasku i na łodygach suchych chwastów. Na uboczu, już na polu, pociętem pługiem, tuż na skraju głębokiego dołu, powstałego po wybuchu pocisku, leżał olbrzym w mundurze oficerskim. Czapka z czerwoną opaską spadła; ruda głowa, śmiałym ruchem odrzucona wtył, nito rozpływała się w kałużę krwi, leniwie wsiąkającej w ziemię; blada twarz, opromieniona jakąś dziwną jasnością, zachowała spokojny i jakgdyby natchniony wyraz; mocno zaciśnięte usta wskazywały na upór zacięty; wpatrzone w niebo, otwarte źrenice szkliły się niby dwa nieruchome, zimne odłamki lodu.
— Pod granat trafili... — zauważył sanitarjusz. — Od szofera tylko noga została i skrawki skórzanej kurty... A tego kapitana dosięgło w głowę. Posuńcie nosze!...
Nesser ruchem ręki wstrzymał zbliżających się ludzi. Nie odzywał się wcale. Cały zamienił się we wzrok. Widział wszystko tak wyraźnie i ostro, że aż czuł ból pod czaszką, jakgdyby od rażącego światła. Spostrzegł najdrobniejsze szczegóły: wyszarpnięty kawał munduru na boku, skrzepłą kroplę krwi pod okiem zabitego, urwany guzik na kołnierzu, wygiętą mosiężną klamrę na prawem ramieniu, zaciśniętą pięść, która ostatnim wysiłkiem zgarnęła brunatne badyle.
Zabity leżał w świeżej bruździe, niedawno przeoranej pługiem. Rudą głową, bladym policzkiem, bronzowem ubraniem, żółtemi sztylpami butów przyciskał się do ziemi, wsiąkał w nią, płaszczył się niby odwalona od szarej ziemi skiba, garnąca się do jej piersi.
Sanitarjusze złożyli ciało na nosze i ruszyli w stronę szopy z flagą Czerwonego Krzyża, powiewającą nad dachem. Nesser pozostał na polu sam jeden. Obszedł dokoła i uważnie obejrzał wyrwę i drogę, przechodzącą obok. Na wilgotnej ziemi spostrzegł ślad kół motocyklu. Zatrzymał się, pomyślał chwilę, a później, robiąc drobne kroki i stawiając stopy w zagłębienia kół, szeptał:
— John Wells żył tu jeszcze niedawno... I tu żył jeszcze... I tu... I tu...
Nagle stanął i uśmiechnął się nieprzytomnie, bezradnie.
— Jakżeż to?! Tu... w tem miejscu... już przestał żyć?... Tu zgasła świeczka... tu coś przerwało życie Johna Wellsa... Tylko zmiana objektu?... John Wells — skiba, odrzucona pługiem wojny...
Stał i wpatrywał się w drogę, gdzie ślad urywał się nagle. Spojrzał dalej. Odłamki motocyklu... skrawki czarnej skóry... krew na suchem ściernisku. Powrócił na miejsce, skąd przed chwilą zaczął iść śladem opon. Stąpał ostrożnie, w skupieniu powtarzając:
— John Wells tu żył jeszcze... I tu... I tu... A tu... John Wells nie żył już...
Obejrzał się i pytał groźnie:
— Tu już przestał żyć?... Przestał żyć?!...
Bezradnym ruchem ręce rozłożył, niby zdumiony bezmiernie, obejrzał się z uśmiechem nieprzytomnym, z wysiłkiem otworzył usta, złapał niemi powietrze i zawołał zdławionym, cienkim głosem:
— Poco? Dlaczego? Kto śmiał?!...
W pobliżu szybkim krokiem przecinała pole kompanja piechoty.
It’s a long, long way to Tipperary... — dobiegła zwrotka piosnki żołnierskiej.
Z poza rzeki odezwał się i potoczył ciężkiem echem głuchy huk działa. Potwornie potężny młot uderzył w niewidzialne kowadło. Wykuwał śmierć. Wykuwał też myśli. Niby iskry z pod młota miotały się one; jedne zapalały się, inne gasły, pozostawiając po sobie mrok i boleśnie odczuwaną niewiedzę. Tylu już ludzi, z którymi Nesser dzielił się myślami, których widział, słyszał i rozumiał, tylu ich już zmiażdżył młot wojny! Langlois i Mollin... Potomek tych, którzy stali przy stopniach tronu i za to złożyli dumne głowy pod nóż gilotyny... Arystokrata z krwi i kości, a tymczasem prowadził za sobą potomków katów swoich przodków — sankiulotów, o zmienionem przezwisku — syndykalistów. Doszukiwał się w nich tradycyj wojowników z pod Magenty, Arcolu, Austerlitzu i piramid? Widocznie odgadł je, bo oto doszli z nim razem do miejsca, gdzie nagle urwało się ich życie, a skąd rozpoczynała się krwawa, ciernista droga zwycięstwa... Mollin, kapral Mollin! Marzył o socjalnej rewolucji? Wiedział, że zasiąg jej będzie szerszy niż za panowania Ludwika? Widział starą, pracowitą maszynę, która jak olbrzymi sierp, musiałaby ścinać teraz głowy nietylko „wściekłej czeladzi królewskiej“, lecz jeszcze innych zawlec pod nóż trójkątny — przemysłowców, obszarników, inteligentów — „wrogów ludu“? Mollin — rewolucyjny marzyciel, ideowy przeciwnik swego kapitana, pędził za nim, Mollin — syndykalista, nie uznający ojczyzny, wynosił z bitwy rannego dowódcę, dla którego ojczyzna była celem ofiarności... Hipnoza wojny? Sugestja odwagi? Jakież to łatwe, zdawkowe rozwiązanie zagadki! Jakiś wewnętrzny, natrętny głos coś mu podpowiadał, podszeptywał. Nesserowi zdawało się, że był to głos Jimmy Brice’a, — przerywany śmiechem rudego Wellsa. „Staliśmy się kółkiem mechanizmu. Wypadniemy z tego systemu dopiero wtedy, kiedy nikogo z nas nie pozostanie!“ Nie! Nie! Istnieje coś większego, niezrównanie potężniejszego, coś — co warte jest pchnięcia bagnetu, uderzenia stalowego czerepu granatu! Gdyby tak poznać tę przeolbrzymią potęgę, pojąć ją, o, jakiż spokój i jasność ogarnęłyby wtedy duszę, odczuwającą boleśnie nieznośne brzemię niewiedzy!
Nesser uprzytomnił sobie nagle myśli swoje i niepokój, ogarniający go. Podniósł ramiona i szybko, z siłą opuścił, jakgdyby strząsając z siebie nie wiedzieć skąd spadający ciężar. Obejrzał się z ciekawością dokoła i zacisnął zęby. Przez twarz przebiegł mu skurcz ni to śmiechu, ni to nienawiści.
— Umarli... nie żyją... no, i dlaczegóż mam rozpaczać? — spytał na głos. — Chcieli wojny — zebrali jej żniwo... Psia krew! Myślę o Langlois, Wellsie, Mollinie, a przecież tysiące innych poległo tegoż dnia! Czy mam i po nich rozpaczać?!
Syknął pogardliwie i, podnosząc głowę, rzekł:
— Ich już niema, a ja jeszcze żyję!... Cały świat stoi przede mną otworem! Żyję!
Zaśmiał się głośno, triumfująco.
Z zawodzeniem wściekłem nadleciał zdaleka ciężki pocisk, upadł poza wzgórzem, rzygnął ogniem, piaskiem i dymem, targnął ziemią i powietrzem, ogłuszył rozpasanym, jazgotliwym hukiem.
Skądś, już zdaleka odpowiadały mu beztroskie głosy żołnierzy:
It’s a long, long way...
Ciężkie młoty biły o ziemię, wykuwały śmierć i myśli...
Nessera porwała nagle wściekłość. Zaklął ohydnie, lecz po chwili, nie zdając sobie sprawy, podchwycił słowa śpiewki żołnierskiej o dalekiej drodze do nieznanej, nieistniejącej zapewne Tipperary.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.