Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 96, dnia 30 kwietnia

Kłopoty jenerała Farre z dziennikarzami i adres pewnego lombardu. - Słóweczko o kasach pożyczkowych dla klas uboższych. - Znowu p. Pindter - Jego „stosunki z żandarmami", jego „wspomnienia", deputaci a wysłana do niego itd.


Gdy francuski minister wojny, jenerał Farre, zużył kilka tygodni na uruchomienie 20 000 ludzi przeciw Tunisowi, prasa paryska chórem krzyknęła, że Farre jest niedołęgą i że wziął się do i nie swoich rzeczy. Wtedy przyjaciele znakomitego ministra rzekli:

- Farre jest stworzony do wielkich spraw; nic zatem dziwnego, że potyka się o drobiazgi!... Czekajcie!...

Czekano, czekano... Nareszcie flota, przyjąwszy wojsko na okręty, odpłynęła w kierunku wyspy Tabarki.

Cała Francja wspięła się na palce, oczekując, co z tego wyniknie, aż po kilku dniach ujrzano - wracającą flotę.

- Patrzcie! Farre zdobył Tabarkę i ciągnie ją do nas! - wołano.

Gdzie tam. Tabarka została na swoim miejscu, a flota - wróciła z niczym... także na swoje miejsce.

Prasa znowu w krzyk:

- O, Farre niedołęga!... Jemu robić pończochę, nie dyrygować flotą...

Lecz przyjaciele i tym razem rzekli:

- Już raz powiedzieliśmy, że Farre jest stworzony tylko do wielkich rzeczy... Czekajcie!...

Prawdziwa fatalność, że my, czy kochamy, czy nie kochamy, zawsze musimy naśladować Francuzów. Oni - mają ministrów stworzonych tylko do wielkich rzeczy, a my - takich samych dyplomatów. Ich wojownicy umieją uruchamiać tylko miliony, a nie potrafią uzbroić 20 000 ludzi; nasi dyplomaci potrafią zbawić świat, ale - nie umieją napisać porządnego listu do p. Katkowa. Przyjaciele francuskich ministrów, po dwukrotnym ustrzeleniu przez nich bąka, każą czekać - i - przyjaciele naszych dyplomatów także każą nam czekać.

Ja również mówię: czekajcie!... choć nie mogę zataić przed sobą, żem z goryczą patrzył na naszą kupiecką flotę wracającą bez Tabarki. Napełniło mnie to nawet tak cierpkim humorem, że skomponowałem pieśń zaczynającą się od słów:


Oj!... Farze! nasz Farze!...
Dzwonić tobie przy farze...


Łańcuch awantur z naszymi dygnitarzami na szczęście urwał się. We Francji dalej posunięto sprawę.

A jak się stało, opowiem:

Przy jednej z drugorzędnych ulic w Paryżu znajduje się lombard, czyli instytucja udzielająca pożyczek na zastawy. Lombard ten posiada około 8 000 zastawników, z których co roku trzecia część zalega w płaceniu rat.

Zdawałoby się, że członkowie paryskiego lombardu dość już mają zajęcia pilnując tego, ażeby dłużnicy regularnie płacili raty, a wierzyciele regularnie odbierali procenta. Tak chce teoria lombardowych operacyj; w praktyce zaś stało się inaczej. Członkom instytucji obmierzła ich gospodarska czynność, więc postanowili przejechać się wierzchem na polityce.

Gdy zatem francuska prasa napadła na nieszczęsnego jenerała Farre, ojcowie lombardu wystąpili z platoniczną obroną i - napisali do jenerała Farre - adres.

W pierwotnej redakcji brzmiał on tak:

„Świetny ministrze, a nasz ukochany kolego!...

Jakkolwiek prasa surowo krytykuje pierwsze twoje debiuty, ale bądź spokojny. My, członkowie lombardu, w którym jesteś zadłużony, najzupełniej solidaryzujemy się z twoimi czynnościami."

Następnie zmieniono nieco „adres", lecz - pomimo to - Paryż oburzył się.

- Od kiedyż, u diabła - mówiono - członkowie instytucyj pożyczkowych zaczynają udawać przedstawicieli narodu - i - mieszać się do strategii?...

Znalazły się jednak głosy, usprawiedliwiające członków lombardu.

- Dajcie im spokój! to dobrzy ludziska, tylko - zmęczyło ich długie siedzenie i dlatego radzi by nieco wyprostować nogi...

- Widzicie - mówili inni - lombard wkrótce wystawi na licytację garderobę Farra i dlatego zawczasu osładza mu pigułkę.

Jeszcze inni twierdzili, że jak w teatrze, gdy tenor „utnie koguta", wrażliwsi odkaszlują - tak w społeczeństwie, gdy kto ustrzeli bardzo grubego bąka, wrażliwsi pośpieszają z kondolencją.

Kto w tej sprawie ma słuszność? - nie wiem. O ile mi jednak wiadomo, jenerał Farre taką odpowiedź przysłał członkom lombardu:

„Kochani koledzy!

Miły jest memu sercu dowód waszego współczucia. Niczego też więcej nie pragnę, jak tylko: doczekać okazji, która pozwoliłaby mi udzielić wam równej pociechy."

List ten wciągnięto do protokołu posiedzeń z melancholijnym dopiskiem, że: członkowie lombardu - nie życzą sobie odbierać tego rodzaju pociech. Swoją drogą autorowie adresu do jenerała Farre pielęgnują ciche przekonanie, że są znakomitymi strategami i że ich adres bardzo przyczynił się do zajęcia Tabarki.

Pasjami lubię takich frantów, którzy twierdząc głośno, że kraj nasz znajduje się „w trudnych warunkach", w głębi serca wciąż wierzą w to, że jesteśmy narodem „wcale poważne i bezpieczne" zajmującym stanowisko.

Ludzi tych łatwo poznać.

Pierwszym ich słowem w zakresie wewnętrznej polityki jest wyraz „bieda!", po czym następuje szereg faktów takich, jak: głód na Kurpiach, ciemnota, występki itd.

Dopiero w zapale dyskusji, stopniowo - zmienia się ich pogląd i jak bystra rzeka, po kilkunastu zwrotach wpada do morza - bezbrzeżnego optymizmu. Wówczas wywody swoje kończą zwykle tym:

- Tak! tak! panie... jesteśmy znakomitym narodem. Mamy przecie uczonych, inżenierów, malarzy, śpiewaków - słowem - inteligencję!...

Biedacy zapominają o tym, że „nasi" inżenierowie pracują we Włoszech, Francji, nawet w Peru; że „nasi" śpiewacy tułają się między Paryżem i Londynem, a Warszawy nie chcą znać; że „nasi" malarze po największej części malują dla obcych; a „nasi" uczeni marnieją na stanowiskach wcale nie odpowiadających ich zdolnościom.

Co zaś najgorsze, że ta średnio ukształcona część narodu, która zwie się „inteligencją", jest jakby oderżniętą od mas i na ich byt albo wcale nie wpływa, albo bardzo mało.

Uwagi te przyszły mi na myśl przy rozpatrywaniu cyfr Warszawskiej Kasy Oszczędności.

W kasie tej od początku marca liczba uczestników i ilość wkładów zniżyła się. Dlaczego?... Ha! widocznie dlatego, że pewna część ludzi, najoszczędniejszych w Warszawie, musiała wycofać pieniądze. Dlaczego musieli wycofać?... Bo ich przycisnęła bieda.

Dziwna rzecz! posiadamy w mieście z górą 32 000 ludzi uboższych, ale tak przezornych, tak rządnych, tak poczciwych, że nieboracy ci, wspólnymi siłami, ze swoich lichych zarobków uciułali przeszło milion rubli. Milion ten leży w banku i służy na tanie pożyczki dla osób może mniej przezornych i mniej rządnych, a nade wszystko - mniej potrzebujących kredytu. Taki zaś nieborak, który do kasy oszczędności niesie krwawo zapracowany grosz i umieszcza go z niemałym trudem, ten nie ma dla siebie kasy pożyczkowej. Gdy go zaś bieda przyciśnie, albo musi wycofywać swój skromny udział, albo - brać pieniądze od lichwiarzy i płacić im szalone procenta.

Może kto powie, że w naszym kraju nie łatwo o zatwierdzenie ustawy kasy pożyczkowej?... Prawda! Lecz mimo to posiadamy Towarzystwo Kredytowe Ziemskie i Miejskie, Kasę Przemysłowców i kilka banków, które służą do udzielania większych kredytów. Dlaczegóżby więc nie miało udać się założenie kasy udzielającej kredytów mniejszych, po kilkanaście i kilkadziesiąt rubli?...

Zdaje mi się więc, że powodem braku takiej kasy nie jest - trudność zatwierdzenia jej, ale co innego. Oto ludzie ubożsi nie znają się na prawnych i administracyjnych trudnościach, nie mają zresztą siły do pokonania ich, „inteligencja" zaś nie dba o masy, odkładając troskę o ich byt do lepszych czasów.

Ulubioną u nas śpiewką jest zdanie, że: w tym kraju nie przyjmą się teorie, których fundament stanowi nienawiść mas dla „inteligencji". Ej!... czy ta wiara nie stoi na glinianych nogach?... Bo miłość opiera się na doznanych usługach, proszę zaś policzyć: jakie to usługi oddaje nasza inteligencja masom?

Skąd więc pretensja do miłości?... Skąd zaślepienie, które nie pozwala nam dojrzeć obojętności?...

Skąd wiara, że wobec fermentu, który ogarnia dziś całą Europę, obojętność nie przerodzi się z czasem w niechęć?...

Bodajby los oszczędził nam gorzkich rozczarowań jeszcze i w tym kierunku. Choć zapewne nie oszczędzi ich, bo mówi stare przysłowie, że: „Dopóty pies nie nauczy się pływać, dopóki mu nie zaciekną wodą uszy."

Ale skończmy ze smutnymi proroctwami.

Pan Pindter, wielce szanowny redaktor „Norddeutscherki", nie może jakoś wybrnąć z ugotowanej przez siebie „polskiej zupy", w którą sam wpadł, chcąc w niej utopić zupełnie kogo innego. Chory ten publicysta w braku faktów miewa wizje. Siedząc w zbrojnym od stóp do< głów Berlinie, krzyczy, że „Polacy siłą pięści chcą walczyć z cywilizacją" - i - gniewa się na jakichś tam „żandarmów" z r. 1863.

Pomijamy frazes: o walczeniu z cywilizacją siłą pięści. P. Pindter ma tak słabe oczy, że nie widzi leżącej mu pod nosem Alzacji i Lotaryngii, nie mówiąc o innych „cywilizowanych zdobyczach" Prus. P. Pindter poza obrębem „Norddeutscherki" nie czytuje innych gazet, w których mógłby znaleźć list marszałka Moltkego „o wojnie jako instytucji boskiej". P. Pindter w końcu ma tak niedołężną pamięć, że zapomniał o frazesie ks. Bismarcka: „Jestem mężem krwi i żelaza..." albo: „Siła idzie przed prawem."

Te i tym podobne zmysłowe i umysłowe defekta upoważniają p. Pindtera do niewiedzenia: kto właściwie walczy pięścią przeciw cywilizacji? Jego więc publicystyczną działalność należy oceniać nie ze stanowiska prawdy, pożytku, taktu, ale ze stanowiska psychiatrii.

Troskliwe wysmarowanie grzbietu jodyną i zimne okłady więcej byłyby na miejscu aniżeli najgłębiej obmyślana rozprawa.

Nie chodzi więc o to, co p. Pindter mówi o Polakach, ale o zabawny fakt, który w schorzałym umyśle znakomitego redaktora głęboko wyrył ideę „żandarmów".

Otóż złośliwi czy dobrze poinformowani puścili pogłoskę, że w r. 1863 p. Pindter „widział z bliska żandarmów" i ze stosunku tego, na odwrotnej stronie medalu, wyniósł bardzo przykre „wspomnienia".

Wieść przybrała podobno tak obszerne rozmiary, że grono wielbicieli talentu p. Pindtera aż - zwołało mityng w tej sprawie.

Po ożywionych dyskusjach postawiono wniosek, że w pogłosce znajduje się rażąca sprzeczność. Jeżeli bowiem - jak mówiono - p. Pindter ze „stosunku z żandarmami" wyniósł „wspomnienia" itd., to - nie mógł żandarmów widzieć. Doświadczenie bowiem uczy, a kilku członków mityngu dowiodło tego natychmiastową demonstracją, że: człowiek, któremu zapisują „wspomnienia" itd. nie ma ani czasu, ani chęci, ani możności do „przypatrywania się" zapisującym. Chyba żeby posiadał skórę hipopotama, nerwy żółwia i głowę osadzoną na łabędziej szyi.

Ponieważ dyskusja stała się zapalczywą, więc mityng wysłał do p. Pindtera deputację, mającą osobiście sprawdzić owe „wspomnienia" itd. Wierna mandatowi deputacja usilnie namawiała p. Pindtera, ażeby ukazał się im w naturalnej postaci, celem spisania protokołu i zdjęcia fotografii ze „wspomnień" itd.

Zacytujemy teraz słowa protokołu:

„Wielce szanowny p. Pindter przyjął nas prawdziwie po niemiecku, z patriotyczną skwapliwością uczynił zadość celowi naszej wizyty. Po zdjęciu fotografii z kilku stron, przystąpili eksperci, lecz ci, pomimo najtroskliwszych badań, już to gołym okiem, już za pomocą szkieł, żadnych «wspomnień» itd. nie mogli dostrzec.

Gdy wyraziliśmy z tego powodu nasze ubolewanie, wówczas p. Pindter zabrał głos i w świetnej mowie objaśnił nas, że owe «wspomnienia» itd. zostawiły wprawdzie głębokie ślady, ale - tylko w jego sercu.

- W takim razie, dlaczego pozwoliłeś pan badać się i zdejmować... fotografie? - spytał prezes deputacji.

- Sądziłem, że panowie robicie to w celu podniesienia stanowiska naszego państwa, i miło mi, że choć tym sposobem mogłem się do niego przyczynić.

Tak wielki dowód patriotyzmu upoważnia nas do postawienia wniosku, ażeby na placu, najbliższym redakcji, wznieść p. Pindterowi spiżowy pomnik w tej pozie, która tak pięknie zaświadczyła o jego obywatelskich uczuciach."

Za autentyczność całego tego wypadku ręczy nasz specjalny korespondent.