Kronika tygodniowa, Kurier Warszawski 1881, Nr 113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kronika tygodniowa - Kurier Warszawski, rok 1881, nr 113, dnia 21 maja

Wyprawa francuskich literatów na polskich krumirów-tłumaczy. - Nasza orkiestra i koncerta historyczne. - Rycerskość warszawskiej poczty i pazerność niemieckiego dyrektora gimnazjum. - Dola naszych wynalazków wobec „logiki odwrotnej". - Obojętny sędzia i gorliwy komisarz.


Towarzystwo francuskich literatów poczyna z nami w dziwny sposób. Panowie ci zaprowadzili w Petersburgu pewien rodzaj kopytkowego dla płodów francuskiej muzy - i - swemu specjalnemu adwokatowi, p. Micheletowi, nakazali, ażeby: nękał jak Krumirów wszystkich polskich autorów, którzy ośmielą się bez jego pozwolenia tłumaczyć francuskie książki.

Osobliwa ironia losu! Pierwszy Michelet był obrońcą wszelkiej swobody (a więc zapewne i swobody tłumaczeń), był gorącym przyjacielem Mickiewicza i Polaków, podczas gdy drugi Michelet ma obowiązek ścigać Polaków i ograniczać swobodę tłumaczeń...

Wypadek ten przypomina mi, że historia naszych stosunków z francuskimi literatami dzieli się na kilka okresów.

W najdawniejszym literaci francuscy - uczyli nas. Była to epoka Racine'a, Moliera, Rousseau, Voltaire'a, Condorceta, d'Alemberta, Laplace'a, Montucli itd., itd.

W następnej epoce Francuzi - zdumiewali nas. Była to epoka Thiersa, Musseta, a nade wszystko - Wiktora Hugo.

W trzeciej epoce - oblagowywali nas albo gorszyli. Działo się to mianowicie w tym krótkim periodzie, kiedy uwagę naszą pochłaniał istotnie zdolny, jeżeli nie genialny, Zola i cała czereda owego Apollinowego drobiazgu, który z takim wdziękiem umie puszczać... mydlane bańki!...

Dziś literaci francuscy nie uczą nas, nie zdumiewają, nie gorszą, a oblagowywują - zaledwie odrobinę. Ale ponieważ są zawsze gotowi do robienia niespodzianek, więc chcą nas... zmartwić i ustanawiają kopytkowe na swoje wyroby.

Bądźmy jednak sprawiedliwi. Duch francuski jest tak szlachetny, że nawet wówczas oddaje usługi, kiedy chce komu wypłatać figla. Francuscy literaci oddawali nam usługi wtedy - kiedy nas uczyli, i wtedy - kiedy nas zdumiewali, i wtedy - kiedy nas gorszyli. Dziś znowu wyświadczają nam dobrodziejstwo swoim systemem kopytkowego. Nie mogąc bowiem darmo tłumaczyć autorów francuskich, z konieczności zwrócimy się do włoskich, hiszpańskich, niemieckich, a najlepiej do angielskich - i - wygramy!...

A więc dzięki wam, panowie, że już w roku 1881 robicie to, co my sami zrobilibyśmy w r. 1882. Wasz prawdziwie genialny autor nie zechce zapewne bogacić się kosztem ubogiego narodu. A jeżeli i ten zagustuje w pobieraniu kopytkowego, ha!... wówczas poprosimy go, ażeby potrącił sobie honorarium z owych sum, jakie po wojnach napoleońskich przyznała nam sama Francja.

Ze wszystkich sztuk pięknych znam się tylko na jednej, mianowicie: na - pięknych kobietach (Boże, jak ja się znam).

Nie rad bym też wchodzić bliźnim w szkodą. Ponieważ jednak, o ile słyszałem, moi przyjaciele od muzyki lubią wydeptywać ogródek , który ja zachowałem zatem dziwnego, że sposobem kontrabandy ja choć raz na rok dopuszczę się chętnie przebaczonej niedelikatności na - muzyce.

Chcę powiedzieć o tym, że mamy nareszcie naszą własną orkiestrę, grywającą pod kierunkiem p. Z. Noskowskiego, w tej samej Dolinie Szwajcarskiej, którą niegdyś wsławiali Bilse i Fliege.

Nie myślę robić reklamy młodej orkiestrze, tym bardziej że z góry dano mi łapówkę w formie biletu wejścia. Nie myślę pisać „krytyki", ponieważ:ze wszystkich sztuk pięknych znam się tylko na..." itd. Nie mogę przecie powstrzymać się od następujących uwag:

Jakby to było dobrze, gdybyśmy mieli więcej Zygmuntów Noskowskich, którzy zorganizowaliby nam orkiestrę:

W sferze nie istniejącej statystyki krajowej.

W sferze prawie nie istniejącego drobnego przemysłu po wsiach.

W sferze uspołecznienia wielkiego przemysłu tudzież drobnego handlu, które niby są nasze, a - nie nasze.

W sferze organizacji wiejskich i miejskich szkółek tudzież ochron.

W sferze organizacji taniego kredytu po wsiach, miastach i miasteczkach.

Prawdopodobnie każdy taki Noskowski musiałby na początek obsadzać niektóre krzesła cudzoziemcami. Jednakże po kilku latach w jego orkiestrę wsiąknęłyby żywioły miejscowe, my zaś zamiast - jak dziś - narzekać na cudzoziemców, mielibyśmy dla nich wdzięczność.

Do tego zaś potrzeba niewiele.

Naprzód, mieć talent i zamiłowanie przedmiotu.

Po wtóre, nabyć rutyny między ludźmi obcymi.

Po trzecie, mieć wytrwałość w zamiarach i - pomocnika w ich wykonaniu.

Po czwarte, znaleźć poparcie u swoich, co u nas trafia się rzadko.

Ta nasza młoda orkiestra jest istotnie typowym zjawiskiem, a przyszli Noskowscy, z innych sfer społecznej działalności, dobrze zrobią, jeżeli postarają się zbadać ją we wszystkich szczegółach.

Niewątpliwie znajdą w niej nie tylko muzykę, ale i naukę, o którą chodzi najwięcej.

Przy sposobności godzi się nadmienić, że opinia publiczna zachęca p. Munchheimera do urządzenia trzeciego historycznego koncertu. . Jest to także fakt pocieszający z wielu względów.

Przede wszystkim z koncertem historycznym łączy się imię czcigodnego Oskara Kolberga, który przez tyle lat wśród ciszy, jeżeli nie wśród obojętności, zbierał pieśni naszego ludu. Dokonał on wielkiej pracy, bo nawiązał jedną więcej nić pomiędzy inteligencją i ludem, teraźniejszością i przyszłością...

Dalej - ten wybuch zapału do historycznych koncertów jest bodaj czy nie symptomem nowego zwrotu w traktowaniu przez nas przeszłości. Cofamy się do niej, ale tylko po to, ażeby wybrać rzeczy dobre; kochamy ją nie uczuciem sztucznym, chorobliwym, ale żywotnym i jędrnym, bo kochamy ją tylko - w jej pięknych objawach.

Po psalmach Gomółki i pieśni: Bogarodzico, Dziewico..., której wtórował szum chorągwi i huk armat spod Grunwaldu, mniej poetycznymi wydadzą się nam garncowe puchary i zajazdy z XVIII wieku!...

Takąż samą uszlachetniającą wartość będą miały: wydawnictwa dzieł Kochanowskiego i wystawienie jego dwu utworów scenicznych.

Ani wątpić, że później przyjdą inne rzeczy, w tym samym duchu.

Świat nie zna większych uroczystości nad te, gdy narody schodzą do katakumb po swoje święte relikwie i klejnoty...

W długich boleściach rodziła nasza poczta napisy na swoich biurach, trzeba jednak przyznać, że trud jej nie lada jakie wydał owoce. Naprzód mamy napisy aż w czterech językach: dla urzędników, dla pospólstwa, dla arystokracji rodowej i - dla arystokracji z Nalewek...

Okazałe towarzystwo i wielka ze strony poczty uprzejmość! którą przecie nie złudzimy się. Słuszność bowiem nakazuje wyznać, że - dziś jeszcze - nasza literatura nie zajmuje pośredniego miejsca pomiędzy francuską i niemiecką.

Uważajmy więc ten objaw pocztowej galanterii za to, czym on jest. Nie za uznanie teraźniejszości, ale tylko - za dobrą wróżbę na przyszłość.

Od warszawskiej poczty, którą tak wiele spotyka zarzutów niejednego mogliby się nauczyć" cywilizatorowie świata". Może przed godziną słyszałem, że właśnie w tym dniu, kiedy poczta przybijała swoje napisy, dyrektor poznańskiego gimnazjum wpakował do kozy, a nawet zagroził relegacją - dwom uczniom, którzy rozmawiali ze sobą po polsku.

Straszna to bezwzględność. Nie dość, że chłopcy słuchają niemieckich lekcyj, nie dość, że się ich uczą w domu. ale jeszcze po tej forsownej gimnastyce nie wolno im dla odpoczynku zamienić kilku wyrazów w języku ojczystym!

Pan dyrektor, jeżeli jest konsekwentny w swojej s t a t s m a-n i i, nie powinien by się sam nigdy rozbierać, ale - jadać, sypiać, kąpać się i wypełniać różne inne ludzkie obowiązki w pełnym uniformie. Jakby zaś ten uniform wyglądał przy podobnej punktualności?... nie chcę nawet odgadywać.

Niedawno pewien uczony pokazał mi jakiś amerykański tygodnik. Znajdują się tam różne ciekawe rzeczy, a między nimi najciekawszy - spis patentów udzielanych na wynalazki.

Ze spisu tego okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych dokonywa się przecięciowo co tydzień po kilkaset, jeżeli nie po parę tysięcy wynalazków!...

Ponieważ jednak w naturze musi istnieć równowaga, więc za to u nas co tydzień nie robi się - żadnego wynalazku. Jeżeli zaś przyjdzie komu dopuścić się podobnej niedorzeczności, wówczas doprowadzają go do porządku inni, negując jego robotę.

Wiadomo, ile ludzi co roku ginie na kolejach żelaznych przy ręcznym łączeniu wagonów albo z powodu złego nastawienia weksli. Zapewne też do dziś dnia leczą się ofiary nieszczęśliwego zwekslowania szyn pod Nowym Dworem,

Otóż niejaki p. Franciszek Niemira, urzędnik jednej z dróg żelaznych, obmyślił dwa wynalazki. Jednym - jest: automatyczny system łączenia i odłączania wagonów, dzięki czemu ludzie nie potrzebowaliby wchodzić między bufory i narażać się na zgniecenie. Drugim wynalazkiem jest: przyrząd ostrzegający o złym nastawieniu weksli na stacji, przy czym zawiadowca, nie wychodząc ze swego pokoju, mógłby kontrolować każdy ruch weksli i natychmiast zawiadomić zwrotniczego o błędzie.

Oba te przyrządy są dotychczas dopiero modelami, ponieważ p. Niemira nie posiada funduszów na zrobienie odpowiednich doświadczeń, a poparcia ze strony osób wpływowych doczekać się nie może.

Dlaczego?... Rzecz prosta, dlatego że w Ameryce dokonywa się co tydzień setki wynalazków. Ponieważ zaś my odnośnie do Ameryki żyjemy do góry nogami, więc i wszystko inne dziać się musi u nas do góry nogami, właśnie jak potrzeba.

Świetnym objawem naszego „postępu do góry - nogami" jest inny fakt.

Dotychczas mieli u nas możność uczyć się rzemiosł: głuchoniemi i ociemniali, dzieci z Instytutu Moralnej Poprawy i dzieci z Osad Rolnych. Tylko przez jakieś niepojęte zaniedbanie i odstępstwo od ogólnej zasady utworzyło się kilka szkół technicznych i dwie rzemieślnicze, w których nabywają fachowych wiadomości dzieci normalne i nie skazane przez sądy.

Szczęściem, ten demoralizujący ruch trwał niedługo. Szkół rzemieślniczych nie przybywa, ale natomiast poczyna znowu tryumfować zasada ,,postępu do góry nogami". Bo oto dowiadujemy się, że nauka rzemiosł poczyna być udzielaną w więzieniach, na początek: w warszawskim i płockim!...

Nie można nic mieć przeciw uszlachetnianiu więźniów za pomocą nauki i pracy. Ależ. na Boga! dlaczego człowiek, chcący łatwym sposobem nauczyć się rzemiosła, musi pierwej kogo okraść albo zabić, i to właśnie w tej epoce, kiedy biedne dzieci naszych robotników nie posiadają tego rodzaju szkół i z wielkim trudem, z wielką stratą czasu dobijać się muszą wiedzy fachowej w terminie?...

Niech więc żyje „odwrotna loika"!...

Kronika niniejsza nie byłaby zupełną, gdybyśmy nie wzbogacili jej następnymi faktami.

W pewnym „ucząstku" Warszawy wierzyciel wystawił na licytację ruchomości dłużnika. Ślicznie! Prawodawca jednak wiedząc, że licytacja więcej przynosi szkody dłużnikowi aniżeli pożytku wierzycielowi, dopuścił pewne ulgi. Jedną zaś z takich ulg jest: odłożenie terminu licytacji na czas, w ciągu którego dłużnik może spłacić wierzyciela.

Adwokat licytowanego chce korzystać z dobrodziejstwa. Szuka tedy sędziego, nie ma sędziego. Na drugi dzień przed południem upływa termin ostateczny. Adwokat biegnie do sędziego o dziewiątej, sędzia śpi. Wychodzi, wraca o dziesiątej i - zostaje przy-

- Panie sędzio! błagamy o zwłokę w licytacji.

- Przyjdź pan o piątej.

- Ale nas o dwunastej zlicytują!...

- Dla mnie to wszystko jedno, dziś jest święto!...

Dzięki więc temu, że sędzia ma prawo świętować, co jest zupełnie słuszne, ale sprawy nie świętują, dłużnik został zlicytowany.

Każdy kodeks niewątpliwie posiada luki, ale luki te wypełniają się humanitarnymi uczuciami sędziów. Toteż jeszcze Katarzyna II wypowiedziała zdanie, że lepiej ocalić stu winnych niż zgubić jednego niewinnego...

Czy zasada ta nie dałaby się rozwinąć w taki sposób, że: lepiej pogwałcić sto świąt niż zgubić jednego dłużnika?...

„Azali - mówi Chrystus - kiedy wam wpadnie do rowu wół albo osioł w dzień sabatu, to go nie wyciągacie?"

Ponieważ w naturze, jak powiedziano wyżej, musi istnieć równowaga, więc obok indyferentyzmu zacytujemy przykład nadmiernej gorliwości.

W pewnej guberni istnieje kasa gminna, od której, wedle ustawy, jeden klucz winien mieć kasjer, drugi - wójt. Komisarz zaś ma obowiązek czuwać nad kasą i dokonywać rewizje.

Otóż dla uproszczenia tej czynności p. komisarz kazał dorobić sobie dwa klucze: taki, jaki ma kasjer, i taki, jaki ma wójt. Tym sposobem rewizję można robić bez zapowiedzenia jej i bez ściągania kasjera, który mieszka dość daleko.

Jest to rzeczywiste uproszczenie. Co by jednak było, gdyby majster, robiący klucze dla komisarza, dorobił jeszcze dwa klucze dla siebie i gdyby... pewnej nocy niespodzianie zrewidował kasę sam, bez asystencji wójta, kasjera i komisarza?...

Zdaje się, że jeżeli czterokluczowy system jest wygodniejszy dla rewizora, to dwukluczowy jest bezpieczniejszy dla kasy.