Królewska miłośnica/Część III/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Cztery głowy
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ VI.
Cztery głowy.

Był piękny wiosenny poranek roku 1790.
Pani Dubarry dano znać, że przybył w odwiedziny do niej książę de Brissac, gubernator wojenny Paryża. Pozostawiła natychmiast dwóch swoich gości w altanie parkowej, gdzie śród strzyżonych cisów i posążków, przedstawiających Amorka w mnóstwie póz, raczyli się kruszonem i gawędzili — i pobiegła, szeleszcząc jedwabiami, do sali, gdzie oczekiwał gospodynię sędziwy Książę.
Rozpromieniła się biegiem i radością tego spotkania i przybyłemu wydała się tą zwinna swawolną dzieweczką, jaką ujrzał ongi w przełomem zetknięciu, o którem oboje myśleli, spoglądając na siebie podczas przyjęć dworskich, ale nigdy — jakoby naskutek milczącej umowy me wspominali. Kiedy brzęknął ostrogami i pochylił ku jej subtelnym palcom wysoką postać i siwiejącą głowę, aby złożyć na jej ręce długi hołdowniczy pocałunek, zasypała go szczebiotem serdecznych wyrzutów:
— Jak można tak długo nie pokazywać się, książę?... Mam wrażenie, że od naszego ostatniego widzenia upłynęła wieczność. Gdybyś nie był tak piękny w tym wspaniałym mundurze, w którym jeszcze nie miałam szczęścia oglądać pana, nie wybaczyłabym ci tak brzydkiego postępowania! Słowem... stęskniłam się za panem!
Patrzył na nią w swój zwykły czuły sposób, odchyliwszy na bok lwią głowę i mrużąc sympatyczne oczy w ten sposób, że poprzez rzęsy przenikał ich niezwykły blask. Jakoby nasycał się jej pięknością — i dopiero po dłuższej chwili odparł:
— Rad jestem, że ta, dla której czas nie płynie, raczyła zauważyć moją nieobecność. Może dlatego nie przybywałem, że nie liczyłem na to, iż pani zauważa moją obecność, i chciałem nieobecnością zyskać tę odrobinę tęsknoty, o której pani mówi... żartując z moich siwych włosów.
— Ale nie wolno, nie wolno było panu tak długo nie być, gdyż ryzykował książę zapłatę zapomnieniem za zapomnienie. Proszę się zaraz naserjo wytłomaczyć! — tupnęła nóżką.
— Serjo?... czy ten mój mundur i czas, który przeżywamy nie tłomaczy mnie dostatecznie? Dzisiejszy Paryż jest domem warjatów — a ja mam wrażenie, że, nie poddając się obłędowi, jestem największym z nich. Właściwie, głupieję — może to prawo wieku. Nie rozumiem dzisiejszego świata... nie rozumiem nawet króla, któremu służę. Ach! gdyby pani wiedziała, co to za męka chcieć służyć jednocześnie logice, która wymaga jednej męskiej decyzji, i królowi, który... ma tak wielu doradców, wskazujących mu drogi wprost przeciwne!... Lękam się, że ten taniec nad przepaścią zakończy się fatalnie dla naszego drogiego Monarchy i... dla Francji! I nad tem cierpię, nie mówiąc już o tysiącznych kłopotach nowego urzędu.
Przyjrzała mu się bacznie. Głęboki smętek jego oczu, które naraz przygasły, odpowiadał przyciszonemu, niezwykle melancholijnemu głosowi, którym wypowiadał swe skargi.
— Tembardziej należało zdobyć się na decyzję znalezienia odpoczynku i kojącego leku w Luciennes!
— Widzi pani, że to uczyniłem.
— Tak, ale... jak późno!
Przez cały czas, rozmawiając, stali.
— Ach! — zawołała nagle, zostawiłam gości moich w parku. Racz towarzyszyć mi, książę.
— Któż taki? — skrzywił się nieznacznie.
— Znasz obu, książę. Wiem zgóry, że będą ci radzi. A ja cieszę się, że moją samotność otoczy piękna młodość, której symbolem jest Maussabré, piękna dojrzałość, którą symbolizuje d’Escourt, — i piękna...
Zatrzymała się, jakby poczuwszy, że jej komplement ma kolące ostrze.
— Starość w mojej osobie! — westchnął. Czemu pani nie kończy. Nie jestem tyle śmieszny, abym ukrywał swoje zmarszczki.
Szli razem przez aleję śród kołysanych lekkim wiatrem topoli. Jakby ulegając potrzebie wypowiedzenia myśli, które długo tłumił w sobie, mówił, nagle ożywiając się:
— Niepodobna nic zrozumieć z tych krzywych linii, któremi kroczy Francja. Albo jest Monarcha na tronie, to trzeba go szanować — lub choćby... udawać szacunek dlań, jakimkolwiek jest — strzedz tego ośrodka równowagi, który zapewnia państwu i narodowi zdrowie, albowiem bezeń wszystko runie... zacznie się wścieklizna bratobójstwa i zdziczenie obyczajów. Widziałem z okna, jak krwawej głowie Flesseles’a, niesionej na pice, lud pchał w usta siano... Przyznaję, że to był... gałgan. Gdybym był królem, sam bym go kazał powiesić — ale gdzie zaczyna się samosąd, tam nie widzę kresu... tam można dojść do sięgnięcia nawet po... najświętszą Głowę — Monarchy.
— Ach! nie mów tego, książę! — niemal krzyknęła.
— Mówię, bo czuję zapach krwi w powietrzu... Ale co to rzec chciałem? Ach, tak!... Król jest królem! Albo przestaje się czcić monarchę, drwi się z niego, daje mu się rozkazy, to.. trzeba, do pioruna! (daruje pani) — strącić go z tronu i cofnąć się do prymitywu rzymskiej republiki. Ale wprzód należy nam wszystkim, obrońcom Majestatu, poucinać głowy! Jednak... nim by do tego doszło, jeszcze zmierzylibyśmy się z tym hardym buntem adwokatów i kupczyków, podjudzających rzeźników i gałganiarzy — i z królem na czele, obronilibyśmy własne głowy i prerogatywy tronu, lub leglibyśmy pokotem!... Bo czego nie rozumiem, to tego, że...
Ale już stali na progu altany, gdzie dwaj obecni z szacunkiem skłonili się wchodzącemu z hrabina jej gościowi, a kawaler d’Escourt zaraz pochwycił:
— Czego to m ądry książę de Brissac nie rozumie?
— Nie rozumiem. — rzekł książę, siadając na marmurowej ławie — że lud kocha króla, a więzi go, jak jeńca, że okazuje monarsze jawną wzgardę, a jednocześnie wlecze go z okrzykami miłości w otoczeniu przekupek i woziwodów z Wersalu do Paryża!... Byłoby to homerycznie śmieszne, gdyby nie zakrawało na tragedję!... Co za poufałe cackanie się z królem, nienawidzonym i deptanym. Nie rozumiem! Ten motłoch czuje, że mu potrzeba króla, jak ul potrzebuje królowej. Ale rój pszczeli od wieków zachowuje swój byt, podążając za swoją królową, a tu...
— Jest może to samo — zauważył kawaler d‘Escourt, albowiem królowa pszczół jest więźniem ula. Nie rusza się, gdy one hasają po łąkach. Więc może i Francja przez instynkt samozachowawczy tak czepia się swojego króla, czyniąc go jeńcem narodu, aby... nie „zwiał“ swoim poddanym.
— To dowód, że Francja nie chce republiki... Nikt o niej nie myśli! wtrącił Maussabré. Czytuję „Przyjaciela ludu“ Marata. A przecież i ten skrajny fanatyk, kryjący się przed policją i redagujący w piwnicach swój dziennik, żąda tylko konstytucyjnej monarchji. Francuzi kochają piękno monarchji i bądź co bądź miłują Ludwika! Oni...
— Piękna mi to miłość — przerwał mu szorstko de Brissac — która ostrzy zęby i miota przekleństwa na króla i królową! Wygląda to wszystko na przygotowywanie się narodu-tygrysa do skoku, przy którym... kły wpiją się w gardło monarsze!
— To znaczy, że... pszczoły francuskie nie miałyby instynktu samozachowawczego? — spytała pani Dubarry, której twarz niezwykle spoważniała. Mój Boże! cóżby się stało naówczas... chyba wszyscy zaczęliby się mordować wzajem?!...
Jakby w odpowiedzi na jej słowa wiatr poruszył naraz mocniej gałęźmi i zdaleka dobiegł grom zbliżającej się burzy.
Wszyscy zamilkli i zwiesili głowy. Jakieś złe przeczucie ściskało im serca. Byli wszyscy czworo rozbitkami tej epoki, albo wkrótce mieli się stać nimi.
Gorzej! — wszystkie te cztery głowy piękne skazane były na śmierć gwałtowną — jednej groził drąg mordercy, drugiej topór kata, dwie miały spaść pod nożem gilotyny.
— Będzie burza! — ozwała się pani Dubarry. Chodźmy do pokojów... Śmierć, jeśli nas czeka, nie ucieknie... Tymczasem możemy jeszcze zjeść obiad... Proszę!...
I śmiejąc się figlarnie, poszła przodem ku domowi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.