Królewscy synowie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Królewscy synowie
Podtytuł Powieść z czasów Władysława Hermana i Krzywoustego
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



KORNELOWI UJEJSKIEMU


jako upominek przyjaźni, ten grosz wdowi


przesyła




AUTOR.


Drezno.
22. kwietnia 1877.
Tom I
I.


Słońce zachodziło za lasy złocąc niebiosa, które się gorzeć zdawały, tam nawet gdzie bledły jego blaski, lazur się mienił w barwę ołowianą, jaką po skwarach przybiera. Wieczór był duszny, najmniejszego ruchu w powietrzu. Na starych drzewach, które cichy klasztor otaczały, liście wisiały jakby powiędłe od gorąca. Co żyło szukało cienia, a w nim spoczynku i orzeźwienia. Niebo bez chmurki nie zapowiadało zmiany.
W klasztorze i po za tynem, który opasywał jego podwórza, cisza panowała głucha; niekiedy szmer, jakby powolnego, znużonego chodu ludzkiego przerywał ją na krótką chwilę i ginął gdzieś w dali.
Ukośne promienie słońca, zabarwione gorąco, padały na czoło małego kościołka, na mury i ściany klasztorne, silnemi cieniami oznaczając każde wgłębienie, gzéms, kamień, zarysowaną powłokę.
Jak pustka wyglądały teraz te budowy ze drzwiami pozamykanemi, z pozasuwanemi oknami, około których ani człowiek, ani zwierz, ani nawet mała ptaszyna nigdzie się nie pokazywała. Wszystko co żyło chroniło się w mury, czekało aż wieczór odżywi powietrze rosą, a noc świeżość z sobą przyniesie.
Był to rok posuchy, na polach zboża pożółkły przed czasem, samotnie stojące drzewa miały już spalone liście, w rzekach resztki wód, jakby wstrzymane w biegu, drzémały i okrywały się pleśnią; strumienie w obnażonych łożyskach jeżyły się oschłemi kamieniami, w studniach brakło wody, trzęsawiska wśród lasów gorzały; gdzieniegdzie bory zażegnięte przez pastuszków paliły się łuny szerokiemi, czerwieniąc niebo po nocach.
Powietrze przejęte było tą zgorzelizną błót i lasów, i jakby od dymu skwaśniałe.
Klasztór stojący wśród puszcz niedawno przetrzebionych, choć na owe czasy rozległy, wspaniałéj nie miał powierzchowności. Znać na nim było i trudność budowania i pośpiech może i małą troskę o kształty jego zewnętrzne. Kościół się nie wiele nad nim podnosił, a w skromnéj wieżyczce jego zaledwie para z blachy kutych dzwonów wisiała. Mury z których się składały budowy, były z kamieni polnych grubo i nie bardzo foremnie polepione. Część budowli do nich przytykająca z drewnianych brusów zaledwie ociosanych złożona, ciemniejszą barwą odbijała od ścian kamiennych.
Obok tych gmachów, dość rozległych a niepozornych, znać jednak było w podwórcach i ogrodach przytykających, troskliwą rękę, która koło nich chodziła. Bujnie tu rosły pozasadzane krzewy, którym dostarczano wody ze studni, jak świadczyły leżące na ziemi korytka; nieznane pod północném niebem rośliny kwitły tu i rozwijały się na podziw bujno i pięknie.
Na wbitych w ziemię kołach obwijały się latorośle winne, między których liśćmi już ciemne grona się zafarbowały; na grzędach rozściełały się zioła, wonią aromatyczną napełniające powietrze. Tuż około studni z któréj ożywcze na sad rozlewały się wody, wysoki krzyż drewniany ze znakami męki pańskiéj zdawał się ubłogosławiać źródło. U stóp jego na tablicy głoskami wielkiemi stał napis:

Tu es fons et vita.
(Tyś jest źródłem i życiem.)

Wpośród sadu na pochyłości wzgórza ku południowi zwróconéj założonego, ręka co trzebiła las tam niegdyś rosnący, pozostawiła kilka starych drzew rozłożystych, ocieniających szerokie przestrzenie, zieloną okryte murawą.
Pod kilką z nich stały ule z pszczołami, pod innemi leżały kamienie dla spoczynku, lecz teraz ani pszczół około ulów, ni ludzi na siedzeniach widać nie było.
W rogu sadu, gdzie kilka razem skupionych starych lip zostało, a krzaki pod niemi promieni słońca nie dopuszczały, przyparty do parkanu był daszek słomą okryty, a pod nim ława leżała z jednego kloca drzewa.
Dwóch ludzi ukrytych siedziało tu w milczeniu. Oba odziani byli w suknie czarne, braciszków klasztornych odznaczające; nie mieli jednak ani kapturków, ni zwierzchnich sukni kapłańskich. Oba młodzi byli, a choć ubiorem nie różnili się od siebie, najmniéj wprawne oko musiało w nich dojrzeć, jeśli nie stanu różnicy to charakterów i usposobienia.
Jeden z nich siedział w rogu ławy, sparty na rękach, które na kolanach trzymał jak wbite; drugi patrzący nań z rodzajem obawy i podziwienia, nieco opodal się umieścił i z oka go nie spuszczał. W rysach twarzy jego malowała się zarazem litość, podziwienie i trwoga. Ten drugi twarz miał łagodnego wyrazu, bladą, oczy niebieskie, włos jasny krótko postrzyżony, ciało wątłe i delikatne, ręce małe. Suknia czarna, zbyt dlań obszerna, w szerokich a grubych fałdach opadała na wychudzonych jego ramionach, pas którym był ściśnięty, osuwał się i zdawał rozpuszczać.
Ten, na którego on patrzał, jak gdyby tylko co mówić poprzestał, a ostatniemi słowy trwogą napełnił towarzysza — mimo sukni zakonnéj, nie miał mnicha pozoru. Odzież, którą miał na sobie zdawała się dlań za ciasną, wyszarzaną była jakby obchodzeniem się z nią niedbałém i dzikiém; w kilku miejscach widać było na niéj dziury jakby gałęźmi wyszarpane, plamy od tłuszczu i kurzawy która przylgnęła do niego. Twarz i postać cała stan ten sukni tłumaczyły. Mężczyzna był zaledwie zmężniały, bujno się jeszcze rozrastający, na wojownika może bardziéj stworzony niż na spokojnego mnicha. Ręce wystające z rękawów silne były i do dźwigania miecza lub siekiery jakby ulane; kark obnażony, ogorzały, ponad kołnierz wychodzący, nadawał głowie charakter zwierzęcéj siły jakiéjś. Wyrazistszą jeszcze nad te kształty była głowa sama z długą i wielką twarzą bladą, która miała w sobie coś dzikiego. Ponad nią obcięty włos jeżył się twardy i poplątany.
Mimo wieku młodego oblicze było prawie stare, zbladłe, zżółkłe i patrzące srogo a szydersko. Rysy jego nie piękne, wyciosane grubo a twardo, odpychały dumą i jakby złością tłumioną, trawiącą wnętrze człowieka. Szerokie dosyć usta warg nie miały prawie, jednym wązkim pasem przecinając policzki. Nad oczami brwi zmarszczone, pofałdowane, ruchome wisiały jakby je myśl jakaś ściągnęła gniewna. Z bladych oczów patrzących bystro, grozę tylko tłumionéj złości można było wyczytać.
Z pod sukni nogi wysunięte w chodakach zaniedbanych i okurzonych, tak silnie wryły się w ziemię, jakby je w nią gniew jakiś i miotanie się wkopało. Na całym też młodzieńcu widać było wyraz buntowniczy, bezsilnego uporu.
Milczeli tak, dwaj pod daszkiem siedzący dosyć długo; ostatnie promienie słońca zapadały za lasy, a ogród okrywał się pół mrokiem zwiastującym chłód wieczorny.
— Wracajmy do celi — rzekł w końcu cicho, bojaźliwie niemal młodszy brat siedzący na rogu ławy.
Zadumany smutnie młodzian odwrócił ku mówiącemu głowę, i potrząsnął nią tylko na znak, że tego uczynić nie myśli.
Po niejakim czasie, znowu cicho powtórzył towarzysz toż samo żądanie. Usłyszawszy je jakby gniewem zatrząsł się słuchający i nagle zwracając się cały do mówiącego, zawołał:
— Nie chcę! dosyć się w niéj nasiedzę... Dusi mnie ta cela wasza, zdaje mi się w niéj żem w trumnie.
— Ojciec przełożony gniewać się będzie — szepnął drugi oczy spuszczając.
Uśmiech przebiegł po ustach niecierpliwego młodzieńca, który zadrżał i twarz na chwilę ukrył w dłoniach.
— Bracie Aleksy, ozwał się łagodnym głosem drugi — bracie Aleksy, jużby wam czas było z tém się położeniem oswoić a o dawném zapomnieć. Co być nie może, tego się daremnie spodziewając człowiek dręczy tylko... Trzeba się poddać...
— Tak! tak! dziwnym bełkotliwym głosem wybuchnął brat Aleksy, w którym czuć było razem złość i szyderstwo — chcecie, to wam powiem to co wy mnie mieliście mówić?? Rozum mieć trzeba, rezygnację mieć należy, głowę skłonić, całować rękę co chłoszcze, milczeć, uśmiechać się, jakby to było szczęściem co jest karą i tyraństwem... Hę??
— A tak, tak! potwierdził młody, który słuchał z trochą podziwienia — wyrwaliście to mi z ust. A czemuż nie czynicie tego co tak dobrze znacie??
— Bo, nie mogę — zawołał brat Aleksy — bo nie jestem bratem Aleksym, tak jak wy jesteście bratem Łukaszem, ale księciem jestem i królewskim synem! Na mnicham się nie rodził, suknia ta cięży mi i ściska jak żelazna, pali jak ogień, parkany te mnie duszą, klasztór mi się wydaje więzieniem, wy katami i stróżami, a ojciec przełożony — oprawcą...
Z trwogą obejrzał się młodszy i załamując ręce zawołał:
— Na Boga! coście to rzekli! Idźcie i spowiadajcie się ze słów waszych, bunt to grzeszny.
— Idź, idź, zdradź mnie, powiedz że mi się te słowa wyrwały, jeśli chcesz — krzyknął wstając z ławy i napowrót się na nią rzucając królewski syn, z miną pogardliwą. — Braciszek Łukasz zarumieniony spuścił głowę i zamilkł.
— Nie potrzebuję ja was zdradzać — odezwał się po przestanku łagodnym głosem politowania — wy się co dzień zdradzacie sami, mową, wzrokiem, milczeniem nawet. Żal mi was.
— A co mi po twojéj litości! rozśmiał się królewicz. Ona mi téj sukni nie ściągnie i nie da swobody.
Westchnął ciężko.
— Gdybym choć zapomnieć mógł dziecinnych lat i moich nadziei, i czyja to krew płynie we mnie, i co mi wydarto.
— Zapomniéćbyście mogli gdyby wola — odezwał się brat Łukasz — wy się daremnie tém trujecie i jątrzycie. Wszystko to sny są tylko i marzenia niezdrowe.
— Jakie sny! wybuchnął królewicz znowu zrywając się z ławy i opadając na nią. Matka moja była tak dobrze żoną królewską czy książęcą jak Judyta, dla któréj ją precz odegnano, gdyby nałożnicę. Ojcem moim był król, czekało mnie panowanie. Cóż z tego że z książęcego nie szła rodu, kiedy łoże pańskie podzielała przez lat tyle. Gdybym nie był królewskim synem, gdyby się mnie nie bali, czyby mnie byli postrzygli i gwałtem zaparli w tych murach obrzydłych?
— Dajcie już pokój tym żalom — począł uśmiechając brat Łukasz — gorycz pijecie dobrowolnie.
— Daj mi ją pić — przerwał królewicz — co ci moja gorycz szkodzi? Ja tém żyję, temi piołunami się karmię — postrzygli mnie, ale i postrzyżeni na świat wracają, włosy odrastają.
— Darmo o tém nie marzyć! wtrącił braciszek.
— Któż ci powiedział że darmo? gniewliwie przerwał drugi — póki człowiek żyje, póty nic nie stracone!
Brat Łukasz ruszył tylko ramionami.
— Ach! rzekł cicho — czyż może być większe szczęście nad to jakie my tu mamy? Zaprawdę, jabym go na żadną stolicę książęcą nie mieniał. Czegoż nam brak? sługami jesteśmy największego z panów, panów pana, nie znamy trosk życia, w ciszy możemy chwalić Boga, zarabiając na królestwo niebieskie. Na tronie, na wojnie żadna chwila życia nie pewna, brat morduje brata, wrogi się zasiadają, wojna sieje niebezpieczeństwy.
— Tak — odparł szydersko królewicz — a tu! co za rozkosze! W murach ciasnych jedne ścieżki o jednéj codzień wydeptywać godzinie, milczeć, śpiewać, pościć, słuchać i powoli umierać. Tak, bracie Łukaszu, dla ciebie to wszystko dobre, ale nie dla mnie, nie dla mnie. Mnie należało i należy panowanie, mnie wydarto ziemie moje, imię moje, godność moją, starszeństwo moje, cześć matki, prawo, własność... wszystko.
Brat Łukasz wstał, stanął przed mówiącym i przypatrywał mu się bacznie.
— A nie powinniścież Bogu dziękować, że wam, jak drugim, życia albo oczów nie wydarto?
Podniósł głowę z groźném wejrzeniem królewicz.
— Tyś małe człecze — krzyknął — tyś się gdzieś rodził w ubogiéj chacie; tobie przystało za wszystko dziękować, boś ty nie miał nic; a ja się burzę, bo mi wydarto wszystko! Dosyć tego!
— Zaraz zadzwonią na chór wieczorny — rzekł Łukasz — chodźmyż już.
— Idź — jam chory, zostanę w ogrodzie, rzekł na ręku się podpierając królewicz.
— Bez was nie godzi mi się.
— Boście do mnie łańcuszkiem przykuci, stróż mój — zaśmiał się królewicz. Weź że mnie siłą, nie chcę i nie idę.
— Siły nie mam, a gdybym ją i miał nie użyłbym — rzekł Łukasz.
— Widzisz żeś stworzony do niewoli — zaśmiał się złośliwie drugi. Ja, gdybym mógł, gdyby się to na co zdało, choć cię lubię, zdusiłbym cię jak żabę aby być wolnym. Ciebie, twoję bracią zakonną, i samego przełożonego.
— Człowiecze! krzyknął przerażony brat Łukasz.
Królewicz śmiał się złośliwie — wstał z siedzenia, wyciągnął się tak silnie, że ciasna suknia zakonna pękać na nim poczęła, ręce do góry podniósł z dłoniami zaciśniętemi, popatrzał z pogardą na towarzysza i zdawał się, mimo to co mówił, zabierać do pochodu; gdy nagle, jakby zmieniwszy postanowienie, by mieć przyjemność dręczyć dodanego mu towarzysza, znowu padł ciężko na kłodę i położył się na niéj. Odetchnął całą piersią, powietrze zaczynało ostygać nieco; otarł czoło po którém krople potu spływały...
Łukasz stał, zdając się niecierpliwie oczekiwać na niego, spozierając niekiedy ku klasztorowi.
— Idziemy — rzekł z cicha.
Królewicz śmiał się urągająco.
— Czekaj, rzekł, dlatego że ty chcesz iść tak posłuszny, ja właśnie nie chcę? co mi uczynią?
— Ojciec przełożony, począł braciszek.
Królewicz ramionami ruszył z pogardą.
— Wszyscy nad wami litość mają — dodał brat Łukasz — tylko wy jéj nie macie nad sobą. Gdyby chciał ojciec przełożony, tak dobrzeby was posadził do ciemnicy na chleb i wodę jak każdego innego.
— A ja, myślisz, nie zaniósłbym do ciemnicy mojéj dumy i moich dum? szydząc rzekł brat Aleksy. I ręką zamachnął w powietrzu.
Mrok padał, ptastwo w gałęziach ruszyło się przed snem czyniąc przygotowania, około gniazd polatując z krzykiem. Jaskółki pokazały się górą szybując ponad ich głowami, leciuchny wietrzyk zaszemrał w gałęziach.
— Chodźmy już! prosił brat Łukasz.
— Iść i w dusznych murach się zamknąć teraz, gdy właśnie jest tu czém odetchnąć. Bodaj was wszystkich z tym waszym klasztorem.
Zamilkł, wziął liść z drzewa i odwilżył nim usta, ale wnet zębami poszarpał go w kawałki i odrzucił.
— Co wam dziś jest? zapytał stojący i oczekujący braciszek.
— Dziś?? a! macie słuszność, odparł żywo królewicz, prawda!! Dziś jestem gorszy, rwę się z powroza jak ciele które do rzeźni prowadzą. Wiesz czemu?
— Cóż się nowego stało?
— Miałem sen — odparł królewicz.
— Sen? Sny zsyłają złe duchy, aby kusiły ludzi. Snom nie potrzeba dawać wiary — rzekł Łukasz.
— Nieprawda, są sny prorocze — zawołał królewicz. Nie czytałżeś w biblji o snach wykładanych przez Józefa?
— Ale wy nie jesteście Faraonem — szepnął braciszek.
— Jestem synem królewskim! odparł z dumą zagadniony. Sen był straszny, dziwny, wstałem po nim jakbym wyszedł z łaźni, długo oprzytomnieć nie mogłem. Śniła mi się dawno zmarła matka moja; widziałem ją przed sobą tak, jak oto was widzę; taką piękną, silną, zdrową, jak ją niegdy pamiętam. Ale miała włos rozpuszczony, szaty podarte, wzrok z gniewu ciskający pioruny. Choć uśmiechała się do mnie, straszną była. Wyciągnęła rękę ku mnie leżącemu i poczęła głosem w którym gniew mięszał się z płaczem, choć po ustach jéj uśmiech się przesuwał. — Zbyń! — tak ona mnie nazywała. Zbyń! wstawaj, zrzuć tę suknię plugawą, zbroję wdziéj, drzwi wyłam, koń tam stoi i czeka na ciebie. Idź! śpiesz! pamiętaj że wolność ci dam na to abyś się mścił na nich wszystkich, wszystkich do ostatniego, na ojcu nawet, tak, na własnym ojcu. Mścij! mścij!
— A! okropny sen! zawołał kleryk drżący.
— Na ojcu! tak mówiła — kończył królewicz. Co mi za ojciec, który się wyparł własnego dziecięcia!! Cały dzień tętniały mi w uszach te wyrazy matki. Widzę ją jeszcze przed sobą rozkazującą — wstawaj, idź. — Mam ochotę wybić furtę klasztorną i lecieć w świat!
Zbudzony napół, wpół śpiący, mówił daléj — chciałem zaraz zerwać się posłuszny, nie mogłem. Coś mnie przybijało do łoża, głowa była jakby obręczą przykuta do poduszki, nogi jakby żelazném obciążone brzemieniem.
Wysilałem się aby wstać, jęcząc, miotając się, a nie mogąc ruszyć z łoża. Matka wołała ciągle: Wstań, idź, mścij!
Dopiero nad ranem okrutną tą męczarnią znękany zerwałem się z krzykiem, dzwon na jutrznię wołał do chóru. Obejrzałem się, matki nie było, ale głos jéj, głos ten mam jeszcze w uszach, w pamięci...
— Sen mara, Pan Bóg wiara! szepnął braciszek. Było się przeżegnać i pomodlić, ustąpiłyby siły nieczyste.
Słów tych domawiał, gdy nagle królewicz się zerwał.
— Tst! krzyknął głosem stłumionym — tst! Słyszysz?
Milczeli oba.
Na drodze wiodącéj do klasztoru, która przechodziła po za parkanem ogrodowym, coraz wyraźniéj zbliżający się słychać było tentent koni. Ucho królewicza rozróżniało już brzęk rycerskich zbroi i mieczów, głosy jakieś obce. Lice mu się mieniło.
Gościńcem jechali niewidzialni, bo parkanem zakryci jeźdźcy jacyś, których kilkunastu lub kilkudziesięciu być musiało. Długo tak słychać było wolne stąpanie koni, pobrzękiwanie oręża i zbroi. Królewicz uczepił się ławy, aby spojrzeć na drogę, ale dach spuszczający się na ogrodzenie nie przepuścił wzroku. Ciche jakieś szepty od téj gromady jeźdźców, dostawały się tylko do sadu klasztornego. W dźwiękach ich zdało się królewiczowi rozpoznawać mowę znaną, tę pierwszą, którą z ust matki słyszał w dzieciństwie. Po czole jego przepływały światła i cienie.
Teraz już i on chciał co rychléj do klasztoru powracać, bo rzeczą było pewną, że ktokolwiek byli ci podróżni, pod noc znajdujący się na gościńcu wśród lasu, musieli u mnichów szukać spoczynku i do gościnnéj furty zapukać. Królewski syn rad był zobaczyć tych obcych ludzi rycerskich, coś od nich posłyszeć, zwłaszcza że z pochwyconych kilku wyrazów, domyślał się Czechów lub Polaków.
— Chodźmy! odezwał się — żywym krokiem wyprzedzając towarzysza — chodźmy, żywo!!
Brat Łukasz z trudnością mógł za nim podążyć, tak szybko przez wązkie między krzewami i zielem zostawione ścieżki, przesuwał się królewicz, ciągle towarzysza swojego i stróża wyprzedzając. Właśnie bramą drewnianą przez całą klasztoru szerokość z sadu na dziedziniec wiodącą, dostawali się w pierwsze podwórze, gdy do zewnętrznych wrót stukać zaczęto.
W gorączce niecierpliwéj, chciał już sam królewicz biedz otwierać przybyłym, gdy brat Łukasz zatrzymał go chwytając za poły i odezwał się surowo, że to do brata odźwiernego należało, a nikt inny do wrót mięszać się nie miał prawa.
Stanął królewicz i za wrotami pierwszemi, na wpół otwartemi ukryty, mimo że go towarzysz odciągał, pozostał uparcie, chcąc koniecznie zobaczyć przybywających.
Odźwierny, człek stary, wlókł się mrucząc powoli z pękiem kluczów, nie otworzył jednak zrazu bramy, wstąpił na wschodki przy furcie, z których gościniec widać było i wyjrzał za wysokie ogrodzenie.
Rozmowy która się między nim a podróżnemi rozpoczęła, dosłyszéć nie było można. Stary zdawał się z otwarciem wahać i układać z podróżnemi o warunki, gdy, powołany, przyszedł mu w pomoc, zakonnik drugi. Układano się jeszcze; naostatek zstąpił odźwierny i otworzył nie wrota całe, ale furtę z boku, przez którą jednego z przybyłych wpuścił do wnętrza.
Cały wychylony, rozciekawiony, oczyma pożerał przybywającego brat Aleksy.
Ten który wszedł nie młodym był już mężczyzną, silnym, rycerskiego oblicza! w żelazne blachy odzianym, z hełmem kowanym na głowie, mieczem u pasa, ostrogą u nogi, cały kurzem okryty. Znać przybywał z daleka...
Barwy jego włosów dla pyłu rozpoznać nie było można, twarz też ogorzała pomalowała się dziwnie, bo pot który po niéj spływał, jakby zaschłém popstrzył ją błotem. Wąs tylko ciemny i brodę widać było na kaftan spływającą, siwizną już pomalowaną. Odźwierny starzec został u furty na straży, a drugi zakonnik powiódł gościa do przełożonego. Nim jednak zaprowadzono go do klasztoru, rycerz ów zwrócił się ku swoim i głośno do nich zawołał.
— Stać i czekać na mnie, aż wrócę.
Słowa te zadźwięczały dziwnie w uszach słuchającego królewicza, mowa to była, któréj nie słyszał już od lat kilku, która mu dziecinne przypomniała lata; ręce zacisnął silnie, twarz oblała się krwią, jasne oczy ogniem zapalały.
Byłby się rzucił naprzeciw gościa gdyby go kleryk stojący przy nim, strwożony coraz bardziej, oburącz objąwszy, gwałtem całą nie powstrzymał siłą.
— Na miłość Bożą, do celi! chodźmy do celi! bracie Aleksy — błagać począł obejmując go rękami. Do celi! My tu nic do czynienia nie mamy, to do nas nie należy!
Zrazu wyrwał mu się królewicz, i zdało się jakby iść chciał przebojem, potém spuścił głowę jakby go jakaś myśl złamała, i, słowa nie mówiąc dał się prowadzić.
Ciemnemi wschodkami poczęli na piętro wstępować. Tu wązki ciemny także korytarz, ciągnąc się przez całą długość budowy, zaledwie kilką wązkiemi otworami od podwórza oświecony, wyciągał się przed niemi cichy i pusty, smutny ze swym więziennym mrokiem i pustki milczeniem.
Tuż przy wschodach były dwie cele obok siebie. Do jednéj z nich jakby z rozpaczą jakąś, rozdrażniony wpadł królewicz, a brat Łukasz, widząc go w takim stanie, po krótkim namyśle, wcisnął się za nim.
Cela była zakonna, nielepsza od innych, po mniszemu urządzona. Jedno w niéj okno, na sad wychodzące, zasunięte okiennicą, natychmiast z trzaskiem, gwałtownie otworzył przybyły. W pół świetle, które izbę oblało, widać w niéj było łoże twarde, prosty klęcznik z krzyżem nad nim, dzban u drzwi gliniany, drewnianą misę i skrzynię, któréj wieko napół stało otworem.
Królewski syn był tu niczém więcéj jak ubogiém Ś. Benedykta dziecięciem.
Królewicz popatrzawszy przez okno, odskoczył od niego, rzucił się na twarde łóżeczko, siadł na niém i głowę zanurzył w dłonie.
Poruszony był, niespokojny, rozgorączkowany. Przybycie tych rycerzy po śnie nocnym, rodziło w nim przeczucia i nadzieje.
Milczał trochę, potém głowę podniósł i począł głosem niespokojnym.
— Słyszałeś? to są Krakowianie, to moi są. Po mowie ich poznałem. Zkąd oni tu? po co? Między Sasami? Jak? dla czego?
— To może Czesi od Pragi — odparł Łukasz — onić tak samo mówią i rozpoznać ich od Polan trudno... Czesi tu często się zapędzają.
— Oh! oh! począł królewicz — co ty mi mówisz? Czeska mowa pieszczona inaczéj brzmi niż nasza. Słowa jedne a śpiew inny. Moje ucho nawet Szlązaka rozróżni od Krakowianina, co dopiero Czechów od Polan? To są moi, Krakowianie — począł rozgorączkowując się coraz bardziéj — moi są! Sen mój! sen! konie stoją za wrotami. Siadaj, jedź, mścij! mścij. — Bełkotał coraz żywiéj i pięściami bił po kolanach...
Brat Łukasz, patrząc jak na obłąkanego ruszał ramionami, nie wiedząc co z nim robić.
— A! gdybym choć widzieć się, choć pomówić mógł z niemi — rozpoczął po przestanku królewicz. Któż wie? Serce którego z nich ulitowałoby się może krwi królewskiéj... Wzięli by mnie z téj niewoli.
Zbliżył się doń brat Łukasz, i w ramię go pocałował.
— Bracie mój — rzekł — bo mi was inaczéj nazywać nie wolno, bracie, na miłość Boga, zaklinam was, uspokójcie się! uspokójcie. Co wam pomoże mówić z niemi, aby się rany otworzyły i smutek potém urósł jeszcze? Choćby i Polanie byli, wasi, cóż oni wam pomogą? Ztąd was żadna siła nie może wyrwać.
Królewicz zlekka go odtrącił.
— Precz! — krzyknął — tyś prawy klecha... Ty tego nie rozumiesz, że kto swéj rodzonéj mowy od dawna nie słyszał, ten dla tego tylko aby się jéj napić uszami i sercem, gotówby się skazać na męki. Ty! ty!
I pogroził mu. Brat Łukasz milczał ręce załamując. Zwolna odstąpił ku oknu.
Cisza panowała w klasztorze, a że korytarz sąsiedni na podwórze wychodził, słyszeć prawie ztąd było można co się na niém działo.
Po chwili zaskrzypiały szerokie wrota, tentent koni wchodzących na dziedziniec tłumnie i wrzawę rozpoznawali braciszkowie, brzęk żelaza, rozmowę gwarną, to cichszą, to głośniejszą.
Królewiczowi twarz się paliła, nastawiał ucha, serce mu biło, zrywał się po kilkakroć z siedzenia, jakby chciał biedz, a towarzysz łagodnie, chłodno ale uparcie spychał go na łoże; w pół prośbą, na pół musem zmuszając do pozostania na miejscu.
— Cierpliwość miejcie — dodał. Jeżeli ich tu już wpuszczono, toć i do refektarza poproszą, nocleg tu pewnie mieć będą. Zobaczycie ich, posłyszycie, choćby jutro na mszy świętéj w kościele, boć bez niéj przecie odjechać nie mogą.
Zmilczał brat Aleksy, ale usta zagryzając rzucał się niecierpliwie. Szmer, który słyszeli w dziedzińcu, zrazu cichy, wzmógł się, głosy jakieś gwałtownie podnosić zaczęły, brzmieć groźno. Zdawało się jakby spór jakiś powstał między wpuszczonemi gośćmi a zakonnikami. Brat Łukasz rozpoznawał podniesiony głos Ojca przełożonego, potém odpowiedź nań hałaśliwą, niecierpliwą i okrzyk. Rycerze wtórowali swojemu, i znowu mówił przełożony, potém wszyscy razem rwali się wrzawliwie głusząc jedni drugich. Po krótkich ciszy przestankach, następowały jakby wybuchy i milczenie znowu; krzyki uparte i postukiwania oszczepami o ziemię.
Można się było domyśleć, że spór o coś zajść musiał, brat Łukasz drżał, Aleksy podchodził ku drzwiom, uśmiechał się, siadał na łóżko, zrywał.
Po burzliwéj owéj rozmowie, nastąpiło łagodniejsze mruczenie i umiarkowańsze głosy, ustał spór, wróciło znowu milczenie klasztorne tak dziwnie i niespodzianie przerwane.
Wtém na korytarzu dały się słyszeć szmer i kroki, brat Łukasz niespokojny podbiegł ku drzwiom, gdy się one otwarły szeroko i Ojciec Abdon przełożony, wszedł z twarzą chmurną, krokiem powolnym. Widać było na nim że tylko co był do gniewu pobudzony, i teraz dopiero odzyskiwał spokój zwykły i powagę.
Zjawienie się jego niespodziane w celi jednego z braciszków, było tak dziwnym wypadkiem, iż ujrzawszy go, królewicz już nawykły do karności, na pół zachowując regułę klasztorną, która z przyklęknięciem, pocałowaniem ręki witać przełożonego nakazywała, na pół się z niéj wyłamując, pochylił się tylko i nie zgiąwszy kolan, zawołał:
— Ojcze przewielebny — ojcze! to moi, Krakowianie są.
Opat spojrzał nań surowo, zatrzymał wzrok na nim, usta mu się litościwie uśmiechnęły, i rzekł z westchnieniem:
— Bogu jednemu wiadomo, ażali wy się tém cieszyć macie czy zasmucić. Tak, Polanie to są i Czesi, którzy nie mając prawa, gwałtem wymódz chcą na mnie, abym was im wydał... Ja wojny z niemi prowadzić nie mogę. Wdarli się tu jako goście, a postąpili jako gwałtownicy.
Królewicz zaledwie dosłuchawszy, wykrzyknął z radości. Radość ta była z początku tak wielką, iż padł na kolana i rękę opata niechętnie mu podaną, ucałował, ale wnet zerwawszy się z ziemi począł wołać:
— Sen mój! matka moja! koń stoi! Ja jechać muszę z niemi! Muszę...
Rzucił się niepatrząc na starszego ku drzwiom, wypadł niemi, i słychać było jak biegł po wschodach. Opat zwolna poszedł za nim zamyślony.


II.


W wielkiéj izbie na dole, w któréj gości zwykli byli przyjmować zakonnicy, zdawna tak tłumno i huczno nie było jak tego wieczora.
Przy blasku kilku kaganków, widać było kilkunastu zbrojnych ludzi, którzy stali, oczekując, pozdejmowawszy hełmy z głów oblanych potem i z kurzawy twarz i odzieże swe ocierali.
Byli to tylko co przybyli goście, do których biegł królewicz. Zatrzymano go jednak, drzwi pozamykawszy i sam opat miał go tu wprowadzić. Napróżno się zżymał i wyrywał, uledz musiał, choć złość nim miotała.
Czesi i Polanie czekali z równą niecierpliwością, jak on się ku nim wyrywał. Na twarzach ich widać było radość, że się nareszcie do celu podróży dobili i postawili na swojém. Mężowie to byli wszyscy niemal lat poważnych, znać wojennego rzemiosła, ogorzali, silni, niektórzy z bliznami na twarzach, poodziewani dostatnio, bogato nawet, zbrojni jak należało.
Zostawieni sami sobie, gdyż zakonnik, który ich tu wprowadził wyszedł zaraz, rozpatrywali się ciekawie po foresterium.
Na głównéj ścianie jéj wisiał olbrzymi krucyfix, z wielką figurą ukrzyżowanego Chrystusa, wyrzeźbioną z drzewa nie bardzo zgrabnie i pomalowaną. Naturalne włosy okrywały głowę. Wyraz rzeźby, jak całej sztuki owych wieków, surowy był, smutny i groźny. Bóg i święci jego tym ludziom namiętnym i dzikim musieli się przedstawiać jako siły straszliwe; nie dobrocią, ale strachem można było pokonać tych, dla których łagodność słabością się wydawała. I sztuka owych czasów nie miłością i miłosierdziem, lecz grozą i trwogą mówić musiała, przedstawiając męki, malując postacie surowe a niezbłagane. Takim był i ten Chrystus na ścianie forestorium.
Izba była rozległa, nizka, z ławami u ścian i podobnemiż siedzeniami ciężkiemi przy dwu stołach, które środek jéj zajmowały.
U stóp krucyfiksu paliła się lampka mała, światełkiem mdłem niekiedy oblewając spuszczoną twarz Chrystusa. Miedziane naczynie z święconą wodą u wnijścia, było jedyną ozdobą ścian nagich i pociemniałych. U stropu widać było belki olbrzymie, na których topor ciesielski probował rysować jakieś ozdoby. Przez otwarte okna na przestrzał widać było zielony sad z jednéj, podwórze puste z drugiéj strony.
Niektórzy z przybyłych znużeni już na ławach spoczywali, inni chodzili, oknami ciekawie wyglądając na sad bujno i pięknie rozrastający się, jakiemiś nieznanemi krzewy. Wiadomo, iż benedyktyni pierwsi z sobą z innych krajów przynosili nietylko winną latorośl, ale wiele innych nasion i roślin pożytecznych.
Trzech czy czterech panów w pośrodku izby kołem stanąwszy, mówiło z sobą po cichu, jakby się naradzając.
Za każdym od strony drzwi szelestem zwracali ku nim głowy, ale już po kilkakroć zawiodło ich oczekiwanie. Zwłoka zdawała się ich niepokoić. Ten, który pierwszy zjawił się u furty klasztornéj stał na przedzie, gotując się widocznie wyręczyć towarzyszów w rozmowie i przyjęciu tych, których oczekiwano, bo na drzwi ciągle miał zwrócone oczy.
Był to Dobek z Morawicy, daleki jakiś powinowaty matki królewicza, przy nim stali Sreniawa, Kaniowa i Mutyna Czech dodany im w Pradze. Siedzący na ławach wszyscy byli Szlązacy lub Krakowianie.
Gdy tak czekają, po trosze się zżymając już, podejrzewając opata, kręcąc głowami, bo mimo obietnicy zaczęli powątpiewać, czy ten, po którego przybyli, wydany im zostanie. Otwarły się nareszcie drzwi i opat wszedł, wiodąc za rękę królewicza Zbigniewa, w téj saméj sukni poszarpanéj i poplamionéj, w któréj siedział przed chwilą w ogrodzie. Odmienić mu ją chciano, ale się oparł temu.
Nikt z przybyłych, nawet Dobek z Morawicy, po matce mieniący się powinowatym Zbigniewa, nie znał go z twarzy. Wszyscy sobie wystawiali królewskiego syna, owo dziecię pańskie, po które przybyli — piękném, rysów twarzy szlachetnych, postawy rycerskiéj. Jakież było zdziwienie ich, gdy ujrzeli przed sobą niezgrabnego kleryka w sukni ciasnéj, rozrosłego wprawdzie i silnego, lecz do parobka stajennego podobniejszego niż do książęcia, z twarzą długą, bladą, odstraszającą, na któréj się zwierzęca niemal radość jakaś rozszalała, malowała.
Jakiś czas stali osłupieni, nie mogąc przyjść do siebie, takim zawodem wydał się im ten wyrostek, którego widzieli przed sobą. Zmierzyli się oczyma, ledwie nie posądzając opata, że ich oszukać pragnął, podstawując im innego kleryka w miejsce królewskiego syna. W tém nie czekając na ich powitanie, Zbigniew gwałtownym ruchem naprzód wystąpił, stanął i począł śmiejąc się głosem drżącym.
— Witam, miłości wasze.
Brzmienie mowy wywiodło ich dopiero z wątpliwości i osłupienia. Ci, co króla znali i słyszeli mówiącego, w głosie znaleźli jakieś z nim podobieństwo. Dobek z Morawicy poszedł ku niemu i hełmem, który trzymał w ręku, do kolan mu się pokłonił.
— Czołem a głową miłości waszéj — odezwał się. — Myśmy po was tu przybyli. Dosyć tego zamknięcia w klasztorze, pojedziemy z wami, aby odzyskać, co wam odebrano.
Śmiejąc się głośno, Zbigniew rzucił się go ściskać.
— Zbawcami mi jesteście! — zawołał — marłem zaszyty w téj sukni.
To mówiąc, potrząsnął nią. — Konałem w téj ciemnicy — osiem lat, wiek, nim dorosłem, zestarzałem.
Łatwość i śmiałość z jaką mówił, poprawiła pierwsze niemiłe wrażenie. — Przybyli powstawszy z ław, kołem go otaczać zaczęli.
Opat tymczasem, mowy téj nierozumiejący, widząc siebie i godność swą nieco zaniedbaną — ponury stał i milczący. Dawny wychowaniec wcale się nie zdawał zważać na niego, poczynał już sobie jako człek swobodny, który przełożonego nad sobą znać nie chce.
Wyczekawszy chwilę opat, skinął na Dobka z Morawicy, który starszym się zdawał między przybyłemi i szepnął mu, gdy się zbliżył, iż chciałby z nim mówić na osobności. Dobek żwawy i poradny człek, swoim coś rzekł i zostawując na ich rękach królewicza, sam z opatem udał się do jego celi.
Zwolna kroczył ojciec Abdon, nic nie mówiąc, zamyślony. Mąż to był powagi, doświadczenia wielkiego i zdobytego wiekiem spokoju ducha, a przełożeństwo po kilkakroć w różnych miejscach piastował i nawykł był do rozkazywania. Nadawało mu to postać i obyczaj prawie pański. Dobek z Morawicy czuł się, im dłużéj z nim obcował, bardziéj przybitym i zmalałym... Coś biskupiego dlań miał w sobie, a pod owe czasy biskupia dostojność, niemal się z królewską równała.
Weszli do sporéj izby, w któréj ojciec Abdon zwykł był gości dostojniejszych przyjmować. Nie było w niéj innego zbytku nad ten, jaki przystał duchownemu: ksiąg wiele, obrazów złocistych kilka, krucyfiksy, ołtarzyk do modlitwy, ozdobnie przybrany. Otwartemi oknami wpadało światło jeszcze żywe i jaskrawe, choć dołem w podwórzach mrok się już poczynał.
Zajął miejsce opat w krześle swém z poręczami, na poduszce, a drugie wskazawszy Dobkowi, odezwał się po krótkim namyśle:
— Przynieśliście mi list i pieczęć z Pragi, abym na ręce wasze wydał wychowańca mojego Zbigniewa. Ci, co go żądają, nie dali mi go, prawa doń nie mają, bierzecie mi go siłą.
Z Krakowa mi był powierzony, z woli króla, jak mówiono, dziś może przeciw niéj go bierzecie?? Miły panie, gdym brał tego młodzieńca, nie wielem o nim wiedział; gdy mi go zabieracie, godziłoby się, byście mnie nauczyli, dla czego wprzódy odsunąć i zamknąć go chciano od oczów ludzkich w ciszy klasztornéj, a dziś go chcą ztąd siłą odebrać? Ciemném to dla mnie. Obcym jestem i zakonnikiem, o sprawach Polan tak jako nic nie wiem. Sasi téż o nich tyle tylko wiedzą, iż się napaści na siebie od królów waszych lękają.
— Byćże to może ojcze przewielebny — spytał Dobek, ażeby was zostawiono w nieświadomości?
— Tak ono jest — odparł opat spokojnie. Lat temu osiem przywieziono płaczącego chłopaka, gwałtem znać do klasztoru, ze znacznym darem dla kościoła naszego. Niepomnę, jak się zwał ten, co go oddawał, stoi zapisane na mszale imię jego. Powiedziano mi, że dziecko jest nieprawym potomkiem księcia polskiego, że je chcą zamknąć i oddalić, aby król czy książę żonę biorąc ślubną, dziecka się nie wstydził, i aby prawym następcom jego uszczerbku nie było. Kazano go do zakonu sposobić, przyrzekając wyposażenie.
Imie mu było Zbigniew, myśmy w zakonie zwali go Aleksym.
Dobek słuchał zawstydzony i nieco zdziwiony.
— Ani królów waszych, ani królestwa waszego dziejów i spraw nie znam — kończył opat. — Tyle moich uszu doszło, iż mieliście zuchwałego pana, który się na swojego ojca duchownego porwał i zamordował go; że z Rzymu Ojciec nasz, interdykt rzucił na królestwo wasze, iż korony pozbawiono panującego, a ta się pono z woli Ojca naszego biskupa rzymskiego, czy cesarza, dostała czeskiemu królowi.
Dobek ramionami ruszył.
— Niechże mnie przewielebność wasza posłucha — rzekł powolnie — ja wszystko, jak umiem opowiem. Prawda to jest żeśmy króla mieli, który jak rycerzem był wielkim, tak niepohamowanym i zuchwałym, bo ani królów swych braci za równych, ani Papieża, ani cesarza za wyższych nad siebie mieć nie chciał. Zabił on biskupa naszego, męża świątobliwego, który mu grzéchy jego na oczy wyrzucał, ale potém sam z kraju uchodzić musiał. Ulitował się przecie Papież rzymski nad nami, brat króla, choć nie koronowany, królestwo dzierży, przecie dla nas królem jest.
Synem jego pierworodnym ten oto Zbigniew, po którego my przybyliśmy.
— Ale dziecięciem nieprawém — wtrącił opat.
— Jako żywo — odparł Dobek — my téj różnicy nie znamy. Dawnym obyczajem naszym domowym, wziął Władysław pan nasz żonę, krewną moją, Hannę, żył z nią jako z małżonką, choć kościół nie pobłogosławił związku, boć u nas to nie było w owe czasy koniecznością i duchowni się o to nie upominali jako teraz.
Z téj Hanny, ciotecznéj mojéj, miał król oto tego syna, który tak jego prawym synem jest, jako i ten drugi co mu się późniéj z czeskiéj Judyty narodził za przyczyną Idziego świętego.
Gdy król Judytę brać miał za małżonkę z krwi królewskiéj, zażądano, by nietylko pierwszą żonę, ale i pierwsze dziecię odtrącił od siebie i zapomniał o nich. Zmarła z boleści wielkiéj żona, sierota została, tę wtrącono do klasztoru jak w studnię.
Opat się poruszył mocno.
— Miły bracie — rzekł — nie na zgubę, ale na zbawienie dano go nam, nie studnia to jest, ale wrota do wiecznéj szczęśliwości.
— Pewnie, pewnie — poprawił się zmięszany, głowę skłaniając Dobek — ale, dałże on się nałamać i skłonić, aby umiłował ten stan, ojcze przewielebny?? Powiedzcie, abyście nasze uspokoili sumienie?
Opat pomilczał nieco, w twarzy jego znać było zakłopotanie pewne, smutek, walkę z samym sobą. Namyślał się, miałli rzec, co mu na sercu leżało.
— Miłościwy panie — odparł — nie zataję prawdy przed wami. Osiem lat trzymamy go na oku, mogę rzec na pasku, zobowiązaliśmy się do tego. Dziecko zepsute i krnąbrne tu przyszło, a daj Boże, aby lepszém ztąd odebrane zostało. Naturę ma do przezwyciężenia trudną i niezgiętą, umysł pojętny, krew burzliwą. Nie wiem co z nim czynić myślicie, lecz jeśli władzę jaką z rąk waszych ma otrzymać — bodajbyście danéj mu nie pożałowali.
Ostatnie wyrazy ciszéj domówił opat, spuścił głowę na piersi i umilkł. Zdziwił się mocno, gdy podniósłszy na Dobka oczy, ujrzał go prawie uśmiechniętym i rozradowanym tém, co go powinno było nastraszyć.
— Ojcze przewielebny — odezwał się Dobek — takiego nam potrzeba właśnie, któryby rękę silną i wolę miał, a strasznym był... Stary król nie wiele może, rządzi Palatyn i nas wszystkich zabierać chce w niewolę. Niech będzie zły, byle silnym był, a mógł się mu opierać...
Opat się poruszył.
— Nie żądajcie złego w złą godzinę! — rzekł cicho.
— Nie odwołuję com rzekł — począł Dobek — pan nasz pobożny Władysław Herman, dobrym jest, ale słabym i bojaźliwym, nie panuje on, a nad nim panują. Nie pana mamy, ale z ręki jego tyranów, a raczéj tyrana, przez którego królestwo paść może. Zawczasu o sobie myśleć musimy; królowa niewiastą jest i nie wié kędy idzie, król zawojowany, wojewoda Sieciech, faworyt obojga, bodaj na przywłaszczenie sobie wszystkich ziem godzi i zastawia sieci. Nie było rady innéj, jak oto to królewskie dziecię wziąć, a niém się podeprzéć przeciw samowoli Sieciechowéj. Garnie on wszystkie ziemie pod siebie, a każda chce swoje prawo i wojewodę mieć...
— Daj Boże, by wasze lekarstwo gorsze od choroby nie było — odezwał się opat — Świeckie sprawy obce mi. Nie radbym téż obmawiać tego wychowańca mojego, ale o niego i o was trwoży się dusza moja. Dzikie zwierzę w klatce nie straszne, na wolności biada z niém.
Umilkł.
— A cóż w nim tak złego jest? — zapytał Dobek.
— To najgorsze, żem dobrego w nim znaleźć nie mógł. Jak na suchéj płonce com zaszczepił zmarniało, a dzikie wilki bujają. Ugiąć się, usłuchać, ukorzyć nie umiał nigdy. Rozumu nie brak, słowo ma łatwe, bystrość wielką, gdy zechce, ale przewrotność w nim większa jeszcze...
Jakby znużony opat zamilkł znowu i czoło ocierał.
— Nie posądzajcie mnie — dodał — abym niechęć jaką miał ku niemu, Bóg mi świadkiem, kochałem go i litowałem się, trochę z serca mi zdejmujecie, zabierając go. Nie miałbym sumienia jednak, gdybym was nie ostrzegł, nie oznajmił wam, iż pilno czuwać nad nim powinniście.
Dobek pochyliwszy się do ręki opata, ucałował ją.
— Dziękujemy przewielebności Waszéj — odezwał się. — Bynajmniéj to niezmienia naszych zamiarów. Jakikolwiek on jest wziąć go musimy. Kto wié, czy swobodniéj puszczony nie zmieni się, a nie stanie takim panem, jakiego nam trzeba. Namby teraz żelaznych rąk Mieszka i twardéj prawicy Bolka Chrobrego nie nadto było...
— Mówiliście przecie sami, że pobożnego i dobrego króla macie? — spytał opat.
— Pobożnego, tak ci jest — odezwał się Dobek — dobrego téż, ale słabego. On dziś już nie panem jest tylko na łasce Sieciechowéj posłuszném narzędziem.
— Mówiliście, że syna ma? — wtrącił opat, spoglądając niedowierzająco.
— Dziecko to prawie jeszcze — rzekł Dobek — zawojowane przez Sieciecha, który je wychował, bo u nas Sieciech Palatyn wszystkiém i królowéj ulubieńcem i króla prawą ręką i królewicza nauczycielem i królestwa władcą, a jutro kto wié czém być zechce?
— A któż ten Sieciech jest? — rzekł opat.
— Kto Sieciech pytacie? — rozśmiał się przybyły, ramionami ruszając, jakby go to pytanie nie pomału zdziwiło. — Jakże to rzec, kto on jest? Byłto gładki młodzieniec, Toporczyk rodem, nie wielkiego imienia, ale pięknéj postawy i żywego ducha, śmiałości wielkiéj. Królowi się podobał, bo mu do wszystkiego służył, miłym się stał królowéj, która młodzież lubi. Umiał się przymilić, wyręczyć i objął powoli wszystko. Króla obsadził swojémi ludźmi, w ręce wziął miecze i klucze, Władysławowi dając spoczywać, modlić się i zażywać pokoju. Żołnierz i wódz szczęśliwy, rozumem i nauką choćby z biskupami o lepszą iść gotów. Dziś on pan na Sieciechowie, a jutro na ziemiach i karkach naszych panem być może.
— Cóż jeden taki chłopak przeciw niemu znaczy? — odparł przełożony.
— Bardzo wiele — zawołał Dobek. — Mamy dlań zapewniony Szlązk, gdzie go Wrocławianie i wojewoda Magnus przyjmą za pana, aby postawić przeciw Sieciechowi. Ukrócim władzę jego i uratujemy krew pańską.
Pomilczał trochę opat.
— Lepiéj to zapewne wiecie co czynić macie — odparł krótko — róbcie jak was Bóg natchnął, ja z sumienia mojego zrzuciłem brzemię. Teraz — dodał, zlekka się podnosząc duchowny — idźcie miłościwy panie, sam na sam weźmijcie przyszłego pana, a zajrzyjcie mu w duszę. Obaczym co o nim powiecie.
— Pospieszę, gdy dozwalacie — rzekł Dobek i raz jeszcze rękę opata ucałowawszy, wyszedł z celi. Tu stojący kleryk, który na rozkazy czekał, drogę mu do foresterium pokazał.
Zbliżając się do wnijścia, już omylić się nie mógł Dobek, taką tam wrzawę wewnątrz słychać było i śmiechy, w których głosy towarzyszów swoich poznawał. Nad wszystkimi huczniéj rozlegało się ryhotanie dzikie, w którém się domyślał Zbigniewa.
Uchyliwszy drzwi ujrzał widowisko osobliwe. Polanie przybyli z Dobkiem, którzy jadąc na tę wyprawę, zawczasu obmyślili, czego potrzebować będą, zabrali z sobą suknie i uzbrojenie stosowne dla przyszłego księcia, aby się w nich mógł przystojnie Wrocławianom okazać.
W czasie niebytności Dobka albo oni się o przebranie nędznie odzianego kleryka upomnieli, lub on sam zażądał innych sukni. Dobek trafił właśnie na tę chwilę, gdy sakwy i węzły na ziemi leżące rozwiązawszy, towarzysze jego młodego syna królewskiego na nowo przyodziewali.
Zbigniew szczęściem swém był upojony, i, jako się nie dawno rzucał rozpaczliwie w niewoli, tak teraz miotał się oszalawszy swobodą bez miary. Nie czyniło go to piękniejszym. Rozebrany z ciasnych sukien silnym się okazał, ale równie niezgrabnie wyciosanym, jak wprzódy. Twarz jego blada rumieniła się weselem, a oczy iskrzyły dziką jakąś zapalczywością, niemal rozpasaną, która już i tych, co go otaczali raziła.
Gdy Dobek wszedł, ujrzał na ziemi podarty w szmaty drobne habit zakonny, Zbigniewa już na pół rycersko przyodzianego, samemu sobie dziwiącego jak się dziecię. Wszyscy dokoła posługiwali mu chciwie; jeden kaftan podawał, drugi pas opinał, inny chciał hełm próbować. Zbigniew nogą obutą bił w ziemię, śmiał się, urągając i wykrzykiwał głośno.
— Osiem lat mię więzili — wołał — raz wolny wolę zginąć, niż się im dać okuć na nowo. Ani panu ojcu, co się zaparł syna, ani królowéj macosze, ani miłemu bratu, ni w świecie nikomu.
Wydali mi wojnę gdym dzieckiem był; zaprawdę, nie poczynałem jéj, będą mieli wojnę, bo ja tak ich nie znam, jak oni mnie znać nie chcieli. Prawo tylko swe znam i Boga nad sobą, więcéj nic.
Dobek nie zbliżając się, przysłuchiwał z za drugich.
Kleryk (bo mu już tu pierwszego dnia niektórzy nadali to przezwisko, mające przy nim zostać na zawsze) im mu bardziéj śmiechami potakiwano, tém raźniéj wykrzykiwał. Nie wiedział Dobek, czy się miał tém radować, czy trwożyć; miarkował, że człek był jeszcze nie wytrzeźwiony z pierwszego szału, a młody, lecz w zahukaném dziecku nieśmiałości się zbytniéj raczéj było można spodziewać, niż takiego nagłego rozzuchwalenia.
— O! ho! — wołał ryhocząc wyzwolony, gdy mu miecz przypasywano — oho teraz mi już nikt nie zabroni, gdy włosy odrosną puścić je na ramiona i brodzie téż dać bujać, a jeść a pić i — na niewiasty patrzéć i pieśni słuchać i śmiać się dowoli!!
— Na niewiasty — wtrącił któryś — nietylko patrzéć wam wolno, ale je i brać.
— O! — przerwał Zbigniew — a no cicho! tu o nich ani mówić, ani ich widzieć, ani myśléć o nich nie wolno pod karą wielką. Ojcowie mówią, że szatan siedzi w nich.
Śmiali się niektórzy, inni szeptali.
— Krew nie woda, teraz sobie nagrodzi!
Zbigniew dosłyszał to i ręce podnosząc, począł wołać.
— Zaprawdę! zaprawdę! nagrodzić sobie muszę stracone lata! Gędźby, pieśni, śmiechu, swawoli zażyć, jak mężczyźnie przystało.
— Wszystko mieć będziecie — odezwał się poważniéj Dobek — ale i miecz téż nie będzie próżnował.
Zbigniew spojrzał na wiszący u boku obojętnie jakoś.
— Tym ja jeszcze nie władnę, rzekł, bo mi téż ani go dotknąć, ani probować nie dano. Zkądżebym miał wziąć go tam, gdzie i pałka zakazaną była?
Nauczycie mnie z nim się obchodzić.
— Nauczymy! nauczymy! — odezwali się chórem wszyscy.
Wesołość była wielka, bo każde słowo książęce nią witano, on zaś był jak pijanym i rozpasanym do zbytku. Nogami gniótł i szarpał zrzucony habit, i wyciągał się radując wygodnemu kaftanowi, mieczowi przypatrywał, pasa pociągał, a coraz to mu się słowo wyrwało zuchwalsze, niżby się z ust kleryka spodziewano.
Dobek odwiódł Starżę na stronę.
— A co, pan nasz? — spytał po cichu.
— Widzicie go — rzekł Starża — człek chudy, zasępiony i frasobliwy z natury. Musiało mu się od téj nagłéj swobody w głowie zakręcić. Mówi jak po pijanemu — po mnie ciarki chodzą słuchając.
Pochylił mu się Dobek do ucha.
— Jeszczeby was gorsze wzięły dreszcze — rzekł — gdybyście posłyszeli, co do mnie o nim opat rozpowiadał — a, no, wyboru nie mamy.
— Cóż mówił?
— Straszył mnie nim. Ażali my na nasze karki nie ostrzymy topora? — Szeptał Dobek nieco zasępiony. — Któż wié?
Namyślił się Starża.
— Gorzéj ci nie będzie — odparł po namyśle. — W naszych on rękach, jakeśmy go wzięli, tak go porzucić możemy...
— Łacniéj pono wziąć, niż się zbyć — dokończył Dobek. — Znajdzie sobie zawsze tych, co go podpierać będą.
Spozierali z ukosa na królewicza, a Starża rzekł w końcu:
— Po tém, coście wy od opata słyszeli i ja się trwożyć będę. Bogiem a prawdą, ten syn królewski do serca mi nie przystał. Suknia zakonna nie uczyniła go lepszym, choć na rozumie i języku mu nie zbywa.
Przysłuchajmy się im — Czech wtrącił.
— Dzieckiem jest jako oni wszyscy po klasztorach, po wielkiéj niewoli bryka człek jak źróbek, którego na łąkę wypuszczą.
— Prawdęś rzekł — potwierdził Dobek. — Nie łapmy ryb przed niewodem!!
I zbliżył się do wesołego kółka, które Zbigniewa otaczało.
Właśnie stoły dla gości zakonni braciszkowie przygotowywali do wieczerzy, gdy Dobek ze Starżą podeszli do królewicza, który odziany w szaty nowe, pysznił się niémi. Siedział na ławie, dumnie spoglądając na braciszków, niedawno towarzyszów swych, z obawą jakąś rzucających nań przestraszone wejrzenia. Przeistoczenie to człowieka, którego wczoraj sądzili, już na wieki obleczonym suknią i ślubem, budziło w nich myśli trwożne. Wedle ich pojęć zgubionym był i zaprzedanym nieczystéj sile. Z poszanowaniem podnieśli z ziemi podartą suknię zakonną, którą Zbigniew zdeptał nogami, i jeden z nich wyniósł ją co prędzéj z foresterium. Na twarzy pozostałych malowała się zgroza, oburzenie, postrach kary bożéj, która świętokradzcę dosięgnąć miała.
Zbigniew się im rozparty na ławie urągał.
— Bracie Łukaszu, bracie Agapicie, braciszku Odonie, patrzajcie no! nie wyglądamli ja na rycerza? nie dobrze mi tak? Chciałoby się i wam takiéj sukni? hę?
Braciszkowie nie spoglądali nań, nie odpowiadali nawet, ustawiali na stole miski, kładli chleby, krzątali się około kubków i dzbanów; spuszczali oczy. Wesołość tylko co rozdzianego kleryka, choć się tłómaczyć dała, nawet świeckim jego towarzyszom wydawała się nieco dziwną, trochę rażącą, cóż dopiero skromnemu braciszkowi Łukaszowi! Szał ten trwożył go nad wyraz wszelki, gdyż i ów sen i przygody uważał za dzieło złego ducha, wiodącego nieszczęśliwego do zguby.
Wejście nawet opata i kilku milczących zakonników, którzy mu pokornie towarzyszyli, postępując za nim z oczyma w ziemię wlepionymi, nie wiele uśmierzyło rozbujanego książęcia.
Dobek musiał go cichą przestrogą skłonić, aby nieco skromniéj i ciszéj się znajdował, za co mu wejrzeniem złośliwém zapłacił.
Opat odmówił stojąc błogosławieństwo, gościom podano miednice, nalewki i ręczniki, skromny posiłek zastawiła służba na stołach, na trzech jedną, wedle obyczaju, dając misę, z któréj społem jedli.
Rozmowa stała się ciższą i nieśmiałą, opat był poważny i milczący. Nie biesiadowano téż nad miarę, gdyż, choć przyjęcie dostatnie było, zbytku w klasztorze nie dopuszczano. Piwa po kubku postawiono przy każdym, jadła brał każdy ile chciał i jak stało. Mięso dawano tylko dla obcych, a Zbigniew długo pozbawiony go, niepomiernie użył i z widoczną żarłocznością.
Nie okazując tego opat mierzył go oczyma, spoglądali nań i inni, nie mogąc poznać w tym śmiałym aż do zuchwałości chłopcu, który się im urągać zdawał, chmurnego, milczącego braciszka, jakiego znali w sukni zakonnéj.
Po dziękczynnéj modlitwie mnisi ucałowawszy z przyklęknięciem rękę opata, opuścili jadalnię, przełożony sam został z obcymi.
Widać było, iż życzył sobie mówić ze Zbigniewem, który unikać się go zdawał. Stało się to nareszcie niemożliwém, gdy o. Abdon wprost doń podszedłszy, stanął, mierząc go oczyma, które wzrok spuścić zmusiły. Sile tego wejrzenia, którego słuchać był nawykł, uledz musiał. Gniewny czekał, co opat mu powie.
— Powinszować wam chcę i pobłogosławić — odezwał się głosem surowym przełożony. — Zmienił się los wasz tak pono, jakeście w duszy waszéj pożądali; daj Boże, by na szczęście dla was i dla tych, co was na pana ku sobie powołują. Wielki ciężar zaprawdę spada na ramiona wasze, a ujrzycie kiedyś, iż cięższym jest do dźwigania od téj sukni ubogiéj, któréj nie umielibyście umiłować. Idźcież w świat z Bogiem miłościwy panie — tak z Bogiem! nie zapominajcie o Bogu, którego wola spełnia się nad wami. Jutro do dnia, niżeli rozpoczniecie podróż, odprawię mszę świętą na intencyę waszą i pobłogosławię...
Sądzili wszyscy, słuchając, że się chłopak słowy pełnymi dobroci uczuje za serce ujęty, że się ugnie, jako należało przed opatem i podziękuje za doznaną opiekę i względy. Czekali. Zbigniewowi czoło się zachmurzyło tylko, zmarszczyły brwi, oczy spuścił w dół, zamruczał coś niewyraźnie i nie pochylił się nawet do ręki opata.
Kapłan stał, popatrzał chwilę, nie rzekł już więcéj nic, głowę skłonił ku otaczającym się zwracając i krokiem powolnym, z klerykiem, który ze światłem czekał nań u drzwi — wyszedł.
Gdy się te za nim zamknęły, książę dopiero podniósł głowę z wyrazem niemal gniewnym.
— Ha! — mruknął — chciał, bym mu jeszcze dziękował może, że mnie ręką żelazną trzymał przykutego bez litości lat tyle. Niedoczekanie ich! Mnichy i życie mnisze mi dojadło. Jutro jak świt, w drogę!
— Ale nie bez mszy i błogosławieństwa — odezwał się Dobek. — Niepewna jeszcze, co nas i was miłościwy panie czeka, jest o co Pana Boga prosić.
— O! dla mnie byle na swobodę i za te mury — zawołał Zbigniew, ręką machając przed siebie.
W tém zbliżył się nieśmiało braciszek Łukasz, dawny towarzysz, pytając go, czy w dawnéj swéj celi nocować nie zechce.
— Ja, w téj dziurze! — krzyknął szydersko Zbigniew. — Nie! wolę tu na gołéj ziemi. Od moich towarzyszów nie odejdę krokiem.
Wnet młodsi wzięli go między siebie, a brat Łukasz zawstydzony, skłoniwszy głowę, z pomiędzy nich się wyśliznął.




III


Działo się to w roku 1096.
Zamczysko w Płocku, kędy król, (bo tak go w domu zwano, choć koronowanym nie był) najczęściéj przebywał, już naówczas nieco przystojniejszy, niż za lat dawnych pozór miało, acz i teraz obozowisko i namioty więcéj przypominało niż gród stołeczny.
Stolic téż naówczas stałych nie mieli królowie, czasowo przemieszkując po grodach i ziemiach, do których ich upodobanie, obowiązki, wojny i sprawy domowe powoływały.
Kraków, od tego czasu gdy Bolesław Szczodry skalał kościelne progi krwią świątobliwego biskupa, był jeszcze jakby pod klątwą; unikano go, tkwiły w nim wspomnienia straszne, obawiano się jakby miejsce samo nieszczęśliwém było. Pustoszało potrosze opuszczone zamczysko, nie zatarte nosząc ślady niedawnej jeszcze przeszłości.
Władysław Herman bezpieczniéjszym się czuł w pośrodku ziem swoich, na mazurach w Płocku, niż w Poznaniu, Gnieźnie, na Szlązku i w Krakowie. Tu więc i on i dwór i królowa Judyta, cesarskiéj krwi pani, przebywać z nim musiała, tu lata pierwsze spędzał Bolko, młodziuchny, jedyny syn królewski z Judyty czeskiéj, bo z niemki trzy tylko córki rodzinę pańską pomnożyły.
Wdowa po królu Węgrów, krwią z domem cesarskim blizko połączona, królowa Judyta, pędziła tu życie, które sobie sama zabawami i wesołością zaprawiać umiała.
Król chorowity lubił ciszę, ale nikomu się weselić i wedle myśli swéj zabawiać nie bronił.
Zamek w skwarne dni lata tego, bardzo ożywionym nie był. Połowę budynków jego zajmowała ze swym dworem, niemiecko-węgiersko-polskim królowa pani, pół mniejszą król zamieszkiwał. Do koła obojga dwór a raczéj dwa osobne dwory się rozkładały, nie licząc trzeciego, otaczającego królewicza Bolesława, naówczas jedenastoletniego, przy którym nieodstępnym był ochmistrz jego, Wojsław, Sieciecha pokrewny i rówieśnicza drużyna.
Dworska gawiedź przy królu i królowéj w większéj części młoda była, raźna, ochocza i dosyć swobodna, bo taką i królowa pani i Władysław otaczać się lubił. Starszyzna służyła tylko aby trochę ładu wśród niesfornéj młodzieży utrzymać i z karbów jéj wyjść nie dawać.
Pięćdziesiąt i kilka lat mający król, starszym się wydawał niż był w istocie. Zwał się panem i królem, ale królować się obawiał; cugle z rąk jego dawno się już w inne dłonie dostały. Rad był temu. Chorzał i stękał, a jeśli mu się kiedy rozjaśniło lice, to chyba gdy oznajmiono przybycie Wojewody Sieciecha. Naówczas i król i królowa, która go nad wszystkich przenosiła, występywali jak dla najmilszego z gości, życie się budziło w Płocku, twarze jaśniały radością, zamek brzmiał weselem.
Sieciech wojewoda wojewodów, naczelny wódz, namiestnik pański, ręka prawa, zjawiał się tu często, ale bawił krótko. Musiał zarazem na wszystko mieć oko, docierać wszędzie, pilnować granic, a w środku strzedz by mu się Starostowie z pod zwierzchnictwa nie wyłamywali. Trzeba było to się ku Krakowu puścić, to na czeską granicę podsłuchać co się tam działo, to na Szląsk, to na niespokojne Pomorskie rubieże, to do Gniezna i Poznania, na grody, po ziemiach, gdziekolwiek się co luzowało i psuło.
Król dawał mu czynić co chciał, a co on uczynił, dobrém było. Królowa się téż nie przeciwiła. Z jego ręki ludzie stali przy panu i przy pani, krewny jego Wojsław był przy królewiczu, a kto nie od niego był, albo nie z nim, długo tu trwać nie miał nadziei.
Po skwarnych dniach lata, król osłabłym czuł się bardzo, a im się gorzéj na zdrowiu czuł, tém Sieciecha więcéj pragnął, bo mu tylko z nim i przy nim dobrze było.
Już dnia przeszłego wyglądano Wojewody; pytała się nieustannie królowa, król przypominał co chwila — Sieciech, mimo obietnicy nie przybywał.
Zamknięty w izbie, któréj okna ku północy obrócone, gorących promieni słonecznych nie dopuszczały, Władysław Herman wstał następnego dnia blady, nieustannie czuł pragnienie, wargi miał spiekłe, oczy zaognione, oddech ciężki, ręce drżące. Patrząc nań litość brała, tak nad wiek wyniszczonym się zdał i z sił opadłym. Oczy jego podnosiły się nieśmiało, patrzały trwożliwie, cały wyraz twarzy cierpieniem był napiętnowany i wyczerpaniem. Dopalały się w nim resztki życia.
Wstającego z łoża dwu młodych chłopaków wzięło pod ręce, aby go przeciw okna otwartego, na świeżem powietrzu posadzić.
Król powiódł oczyma zgasłemi po izbie, po dworze swym, jednego z chłopaków służących mu pogłaskał pod brodę i zapytał głosem ochrypłym.
— Niema?
— Pana Wojewody? podchwycił odgadując chłopak, który się nieznacznie uśmiechnął — nie, miłościwy panie.
— A gdzież on jest? — odezwał się jakby sam do siebie król — gdzie on jest?
Na to mu odpowiedzi nie dano.
Nie było stołów rannych, obiednich dla dworu razem i państwa; król chory jadł u siebie, królowa sama, gdy rozerwać się była rada, szła między dwór i za stołem panowała. Szmer, tłum, gwar króla męczyły.
Że klęknąć nie mógł król pobożny, siedząc począł modlitwy odmawiać, co postrzegłszy chłopcy, stary szatny pański i podkomorzowie, którzy w progu stali, oddalili się. Wzdychając modlił się król, zadumywał, czasem modlitwa marła mu na ustach, to się jak pokutnik bił w piersi ręką wychudłą i kościstą.
Do koła cicho było, niekiedy śmiech się wyrwał zdala stojącéj młodzieży i wnet przycichnął; to goniących się po podwórzu swawolników słychać było, których rozkaz starszych precz odpędził.
W drugiéj stronie dworca u królowej hałaśliwiej i żwawiej ranek się poczynał, bo każde z państwa po swojemu żyło, jak chciało.
Raniéj od wszystkich wstał królewicz i już w lesie był. Ten z konia prawie nie złaził, a choć jedenaście lat liczył dopiero, jak stary do łowów i do wojny tylko wzdychał. Mordowali się z nim wszyscy, on nigdy dosyć nie miał.
Gdy po skończonéj modlitwie służba weszła królewska i komornicy, niosąc jadło w misach pokrytych i napój w dzbanach, zapytał król naprzód słabym głosem o syna. Odpowiedziano mu że w lesie już był ze psami, a nie wracał zwykle aż nocą.
Mimowoli oko królewskie zwróciło się na rozpostartą skórę niedźwiedzią.
Była ona pamiątką pierwszego, dziecinnego przed laty dwoma boju młodego Bolka ze strasznym zwierzem, na którego i starszy człek sam jeden nie rad by się porwał. Spotkawszy w borze starego niedźwiedzia, który się z połowicą swą w pląsach zabawiał i igrał wesoło, Bolko puścił się nań mężnie, i choć mu śmierć groziła od rozjuszonéj bestyi dla przerwanéj zabawy, oszczepem go przebił. Skórę tą ojcu pod nogi młode chłopię rzuciło, jako zdobycz pierwszą.
Był to zadatek przyszłości.
— Nie darmo on Bolesławów imię nosi, odezwał się naówczas król, ale mu zapewne Szczodrego losy przyszły na pamięć, bo posmutniał.
Zapytawszy wprzódy o syna, spytał król potém o królowę, panią swą. Podkomorzy oznajmił iż obiadowała ze dworem i panami, którzy przybyli z pokłonem. Starczyła ta wiadomość królowi i nie badał już więcéj.
Na stojące przed sobą misy popatrzył obojętnie i polewkę jeść począwszy, o czémś innem dumać się zdawał. Oczy jego patrzały w jedno miejsce i nie widziały nic, bo nic widzieć niechciały.
W tém w podworcu zdala zaszumiało coś, zatętniało, królowi łyżka wypadła z ręki, zatrząsł się cały, na poręczach sparł i poruszył jak do wstania. Ale sił mu nie stało.
— Wojewoda? — zapytał.
Służba rzuciła się do okien, inni wybiegli precz, i komornik królewski Zegrzda, rzekł wyjrzawszy.
— Tak jest, miłościwy panie.
Z radości widocznéj, drżąc cały, usiadł król bo na nogach się utrzymać nie mógł, blask jego oczom bladym powrócił, uśmiech ustom.
— Wojewoda! — powtórzył sam do siebie, Wojewoda!
Rozradowany był i ożywiony.
Zaledwie wyrazów tych dokończył, gdy drzwi boczne otwarły się z łoskotem, dał się słyszeć szelest sukni niewieścich i niewiasta ukazała się w progu, wchodząca śmiało, ku któréj król oczy obrócił.
Była to pani już nie pierwszéj młodości, ale pragnąca być młodą jeszcze; siostra cesarza Henryka IV., Judyta, małżonka schorzałego pana, tak zdrowa i rzeźwa, jak on był zniszczony i wybladły. Prawda że i twarz i strój z wielką sztuką były barwy jasnemi odżywione. Słusznego wzrostu, bujnych kształtów, dumą i lekceważeniem królowa, trzepiotowatość miała zarazem odbijającą dziwnie od dobrze zwiędłéj twarzy, obwisłych policzków, oczu podbitych i pofałdowanych skroni.
Ubiór jasny, włos starannie trefiony, nawet kwiatek który trzymała w białych rękach przystałby lepiéj młodéj dzieweczce, a śmieszną czyniły niewiastę, która dawno młodą już nie była.
Szła królowa ku siedzeniu męża, zwolna rozglądając się na wsze strony, uśmiechając do podkomorzych i komorników, nie wiele zdając troszczyć o chorego. Stanęła wreście o parę kroków od siedzenia i wąchając kwiatek, odezwała się głosem nieprzyjemnym, jakby w nim fałsz jakiś czuć było.
— Ciesz się, miły panie — pana Wojewodę mamy. Przyjechał.
Klasnęła w ręce, patrząc ku drzwiom, król uśmiechnął się, skłonił głową i razem z nią ku drzwiom już spoglądał niecierpliwie, czekając zapowiedzianego.
Wszystkich wejrzenia zwracały się w tą stronę, milczenie było w izbie, Wojewody spragnieni byli wszyscy, królowa nogą uderzała o podłogę, król siedział oparty o poręcze jakby do wstania się gotował. Upragniony ów gość nie ukazywał się jeszcze.
Judyta oglądała się i niecierpliwiła coraz bardziéj, uśmiech przebiegał po jéj zwiędłych ustach, oczy zmrużała z wyrazem jakimś czułym; ręką w któréj trzymała kwiat potrząsała, to ją podnosząc do twarzy, to zabawiając się dziecinnie.
Król o jedzeniu zapomniał, skinął na podkomorzego, który rozkaz ów niemy zrozumiawszy wyszedł. W tém za progiem kroki słyszeć się dały, lica króla i królowéj rozjaśniły się, po brzęku ostrogi, po chodzie śmiałym, poznali wszyscy przybywającego, on to sam był, a z nim dwór dosyć liczny i bogato przybrany, który się u progu pokłoniwszy, zatrzymał.
Słuszny, wspaniałego wzrostu i postawy, w sile wieku mężczyzna, z twarzą jasną i młodą jeszcze, okoloną włosem złocistym, oczyma bystremi zdala policzył kto był w pańskiéj komnacie. Wzrok to był co dwa razy spozierać nie potrzebuje. Królowa pierwsza, nim wszedł już go ręką z kwiatkiem witała, przymrużając oczy, uśmiechając się czule.
Król rozradowany wyciągnął dłonie obie, jakby wzywając ku sobie. Zwolna szedł ku nim po rycersku ubrany, można było powiedzieć, strojny Wojewoda; gdzieindziéj z pozoru za książęcia, a nawet za króla wziąćby go było można; tak pańskie, piękne, rozkazujące, dumne, promieniste miał oblicze. Wpatrzywszy się w nie jednak strach przejmował, oczy były nielitościwe, w ustach siedziały fałsze i zdrady.
Stworzonym się zdał do rozkazywania, wyraz twarzy, postawa, chód, wodzem go czyniły; królowa Judyta patrząc nań zdawała się zachwyconą i przejętą.
Szedł jakby umyślnie powoli, gdy serca ku niemu leciały.
Król i królowa, znając go dobrze, spostrzegli zdala że niósł z sobą coś niemiłego, że przybywał gniewny czy smutny. Chorego pana oblicze ściągnęło się, królowa posunęła się ku drzwiom, jak gdyby pytaniem uprzedzić chciała lub przestrzedz.
Zawahawszy się nieco w progu, wolnym krokiem, niby winowajca, lub zwiastun złéj wieści, przybliżył się Wojewoda, kłaniając panu i pani. Judyta, niezważając na małżonka, który także pragnął zwabić ku sobie, wyciągała rękę białą.
— Sieciech do mnie! — zawołał król żywo. Cóż tak ociężałym krokiem?
— Bo ciężkie, ciężkie na sobie brzemię niosę, odparł ponurym głosem Wojewoda.
— Jezus ukrzyżowany niech będzie z nami! wykrzyknął król — cóż się stało?
Mniéj daleko zatrwożona królowa, usta zagryzła i bystrém wejrzeniem w oczach Sieciecha szukała tajemnicy, z któréj wypowiedzeniem się tak opóźniał.
— Czesi nam niepokój i zawichrzenie niosą, rzekł Sieciech.
— O! te Przemysławy obłudne! — zamruczała królowa nogą uderzając o ziemię.
— Z jakiegoż powodu? — zapytał król ręce trzymając załamane.
— Bo im Szląska żal straconego, odparł Sieciech, stojąc u stoła przy którym król siedział — bo im się znowu zachciewa może Wrocławia i Krakowa i niewiem czego.
Odetchnął Sieciech, jakby się znużył, twarze się chmurami powlokły — królowa przystąpiła bliżéj, zablizko może, bo się niemal o Sieciecha otarła, usiłując zwrócić na siebie jego uwagę.
— Miéj, miłościwy panie męztwo wysłuchać wszystkiego jak jest, mówił zwolna patrząc na twarz króla Sieciech. Przekupiono Magnusa, którego ja dawno precz wyrzucić, oślepić lub zabić radziłem, bo czułem w nim zdrajcę; wzięto z klasztoru saskiego Zbigniewa.
Królowéj twarz się zmarszczyła groźnie, król oczy sobie zasłonił i jęknął.
— Tak, miłościwy panie, kończył Wojewoda. Czechy co przytułek zdrajcom i zbiegom dawały, użyły ich i Zbigniewa, który śmie się synem starszym i prawym mienić. Zbigniewowi Magnus Wrocław wydał, siedzi już na nim — Szląsk opanował.
Głuche milczenie w izbie zapanowało. Król siedział ciągle z oczyma rękami zasłonionemi; królowa spoglądała nań z rodzajem zimnego politowania. Sieciech stał ponury i zachmurzony.
— Trzeba lud zwołać i swoje odzyskać, a buntu nie dopuścić — odezwał się Wojewoda.
— Wojna więc! — znowu wojna! krwi przelew chrześciańskiéj, wojna ojca z synem, jęknął król — a! nie, nie!!
— Niemożemy tracić Szląska, zawołał Sieciech, jutro puszczą się daléj, jutro nam zabiorą więcéj.
Milczał król długo i jęk głuchy tylko z piersi mu się dobywał.
— Czechy! zaczął cicho. — Czechy. Król nie może być przeciwko mnie, przeciw nam! Swawolnicy obszyli się jego imieniem. Do króla się ze skargą na nich udać potrzeba, wezwać go o pomoc. W przymierzu z nim i z Węgrami jesteśmy, niech nas ratują.
— A myż sami się ratować nie możemy? zapytała królowa.
Sieciech głową potrząsnął.
— Z Magnusem zdrajcą jest część naszych — Wojna to przeciw miłościwemu panu, ale bardziéj przeciw mnie, co łaską jego żyję i szczęśliwy jestem. Mnieby to oni obalić i odegnać chcieli, aby broili bezkarnie. Szląsk się oderwać chce, jutro Kraków tego zażąda, Mazury też i wszystko się rozpadnie.
Gdy Sieciech wspomniał że jego obalić chcą król wtrącił prędko:
— Ja bez was żyć nie chcę i nie mogę!!
Królowa potwierdziła to głowy skinieniem.
— Musimy się odezwać do sprzymierzeńców bośmy swoich niepewni, dodał Wojewoda, ludzi przekupują i odwodzą.
Zamilczał król tuląc twarz w dłoniach i pasując się z sobą. Sieciech czekał odpowiedzi. W tém zniecierpliwiona wtrąciła się królowa, dotknęła ręką Wojewodę i rzekła.
— Co wy postanowicie i uczynicie to będzie dobrém. Widzicie że król się słabym czuje, zdał na was wszystko. Wy myślcie, wy poczynajcie, niedopuścicie aby lada bękart groził ojcu własnemu.
Sieciech słuchając patrzał na króla, który myślami zdawał się być gdzieindziéj.
— Magnus! przerwał nagle, niby sam do siebie. Magnus zdrajcą! a komuż ufać, wierzyć komu!
I ręce spuściwszy załamał.
— Miłościwy panie, wtrącił Sieciech — sprawa trudna, ale z pomocą Bożą damy radę bękartom i zdrajcom.
Dwa razy w rozmowie wyrzeczony wyraz, piętnujący nieprawe urodzenie Zbigniewa, przykro się zdawał razić króla. Syknął jak z bolu i Sieciechowi dał znak ręką aby umilkł. Królowa gniewnie ramionami ruszyła.
Tak rozpoczęta rozmowa, przeszła w opowiadanie, które Sieciech ciągnął daléj, starając się wywołać gniew pański. Król słuchał milczący, blady, siedząc w krześle swém zwisły i bezsilny. Judyta przerywała niekiedy wykrzyknikami oburzenia. Wojewoda coraz się bardziéj zapalał.
Wieść przywieziona przez niego popłoch na całym rodziła dworze, podawano ją sobie z ust do ust; wchodzili i wysuwali się u drzwi stojący komornicy, na podwórcu widać było skupiających się coraz gromadniej i gwarzących z dworem Sieciecha. Król tak był widocznie przejęty i osłabły że Wojewoda sam na razie, powieść swą o Zbigniewie przerwać musiał, i rzekł.
— Wam, miłościwy panie, spoczynek potrzebny.
Nieprzecząc temu, powiódł Władysław oczyma osłupiałemi i oparłszy się o krzesło zmrużył powieki.
Widząc to Sieciech powoli od stołu się odsunął, królowa skinęła aby szedł za nią.
Komornicy zaczęli się cofać ku wnijściu, król usypiać się prawie zdawał, ale z pod powiek zaciśniętych płynęły dwie łzy świadczące że cierpiał okrutnie, a wybuchnąć nie śmiał z tym bólem. Gdy wszyscy wyszli, podniósł powieki strwożony, i szybko zamknął je znowu.
Zostawiono go samym.
Królowa wiodła Wojewodę podsieniami i krużgankami ku swojemu mieszkaniu. Tu inny był świat, inne życie. Króla w jego komorach otaczała cisza jakaś złowroga, jakby śmierć zwiastująca, około cesarskiéj siostry kręciło się wesoło ludzi mnóstwo, wszystko strojne, butne i trochę swawolne.
Swobody widać mieli do zbytku.
Przepych téż większy daleko spotykał się na każdym kroku.
Judyta wprost do swéj komnaty prowadziła Wojewodę, którego orszak został u wnijścia, w drodze już poufną z nim rozpocząwszy rozmowę. Chociaż przedmiot jéj był smutny, siostra cesarska prowadząc ją niemal wesoło się wdzięczyła do pięknego towarzysza, który butnie a śmiało szedł koło niéj. Oczy jéj z téj męzkiéj postaci rycerza nie schodziły na chwilę i zdały się w niéj po długiém niewidzeniu lubować.
Zbigniew[1] niekiedy się uśmiechał, lecz wnet wracała mu powaga, znać było na nim troskę przygniatającą, która zaprzątała go mocno, tarł czoło dłonią, marszczył się i okazywał w mowie popędliwym i gniewnym.
W obec króla miarkował się i łagodził, teraz poufalej sobie poczynał, pewien będąc że słowa jego zostaną dobrze przyjęte. W istocie królowa im potakiwała tylko i starała się widocznie dowieść że z nim trzymała jedno. Niekiedy słowem to ruchem wyrazistym potwierdzała oburzenie Sieciecha.
Komnata gościnna królowéj, do któréj weszli, lśniła przepychem, lecz był to przepych owym czasom właściwy, który mógł przylgnąć na chwilę do ścian każdego domowstwa, gdyż cały był przenośnym i ruchomym. Nie zamieszkiwano wówczas nigdzie, obozowano życie całe. Najlichsza chata mogła się stać pałacem, gdy ją jak te izby obito oponami, kobiercami wysłano, zastawiono w niéj sprzęty, okryto ławy proste poduszkami, i sukiennemi szkarłaty. W izbie królowéj całe ściany odziane były szytem obiciem, podłoga wyłożona suknem, stoły zwyczajne osłaniały kobierce i opony.
Lśniło wszystko i świeciło, a kwiatów nad miarę rozrzuconych wszędzie, upajającą wonią napełniało powietrze. Lubiła bowiem królowa i co świeciło i co wonném było, i co się uśmiechało niosąc z sobą wesele: śpiewy, gędźbę, twarze młode i mowy swobodne.
Przedłużała swoją młodość, okłamując się sama.
Wszedłszy do komnaty, padła królowa na krzesło swe u stoła, całe wygodnie poduszkami wzorzystemi miękko wysłane, umieściła się w niém tak aby wdzięczniéj wydawać mogła, podparła na ręku, a widząc Sieciecha stojącego, wskazała mu poufale ławę naprzeciw, ręką zapraszając aby bliżéj jéj zajął miejsce.
Twarz Judyty, która piękną być chciała, przybrała jakiś pożyczany wdzięk młodość przypominający; spoglądała to tęskno, to zalotnie, to wyzywająco: gryzła kwiatek w ustach, i rzucała go pod nogi, ciągle Sieciechowi bystro patrząc w oczy, Wojewoda niezdawał się na to zważać wiele.
— Złe, złe wieści przywieźliście królowi, poczęła cicho i poufnie, jakby się lękała być podsłuchaną; złe bardzo, boję się aby to biedaka chorego nie wzruszyło zbytecznie. Kruchy i wątły ten pan mój, szeptała głos zniżywszy — słaby ciągle i stękający. Życia w nim mało! to przeznaczenie moje, nigdzie długo szczęścia nie zaznać.
Jakże się wam król zdaje? — gorzéj? nieprawda?
Sieciech oczy spuścił.
— Tak, gorzéj niżelim się spodziewał, rzekł cicho.
— O! gorzej jest co dnia! źle jest! Ja o tém najlepiéj wiem, ja się znam na tém. Człowiek ten, niestety, nie może długo pociągnąć.
Mówiąc to królowa zdawała się bardziéj tego pożądać niżeli się lękać, Wojewoda zmilczał.
— Uchowaj Boże co na niego teraz, poczęła szybko siostra cesarska, rzucając oczyma niespokojnemi, cóż z królestwem, co z nami, co się ze mną stanie?
A! ojciec Bruno, który mnie na to namówił małżeństwo, odpowie przed Bogiem! W jednym, w was mam całą nadzieję, wy moim opiekunem będziecie...
Wlepiła oczy swe ciemne w Sieciecha, wyzywając go do odpowiedzi, lecz nim miał czas ją dać, szczebiotliwa niewiasta dorzuciła.
— Na brata mojego Henryka, na synowców nie wiele liczę; chybaby młodszy syn wziął koronę, najbardziéj na was, Wojewodo. Wy mnie nie opuścicie. Weźmiecie i sprawę i mnie, na ręce wasze...
Podała mu dłoń białą, którą Wojewoda milcząc do ust przybliżył, lecz bez zbytniego ukorzenia i uniżoności. W jego obejściu się z królową poznać było można iż ona go więcej niż on jéj potrzebował, że pewnym był swojego stanowiska.
— Ja z wami zawsze — rzekł cicho.
Wyjaśniło się czoło Judyty, przysunęła się, pochyliła i zniżywszy głos, poczęła głosem śpiesznym.
— Król jest źle, on już z tego nie wyjdzie. Najmniéjsza rzecz go niepomiernie trwoży, siły traci, nie w smak mu nic. Często godzinami ust nie otwiera, siedzi dysząc z oczyma zamkniętemi...
Ani go pytać trzeba, ani się radzić, wy radźcie sami...
Ruszyła ramionami białemi.
Wojewoda ciągle skłopotany milczał; brwi Judyty ściągały się trochę gniewnie.
— Uchowaj Boże nieszczęścia, wy tylko i ja zostanę. Wy królestwo całe macie w ręku, dziecko małoletnie, tego syna niewolnicy nie liczę, nie ma prawa żadnego...
Tak, Wojewodo, wy ze mną!
Widocznie chciała Judyta stanowczą wywołać odpowiedź, z którą Sieciech się ociągał, wodząc do koła oczyma i ważąc coś w sobie.
— Miłościwa pani, rzekł nakoniec, zawczasu dziś o tém mówić co jeszcze chyba dalekie jest. Król chorowity pożyje, potrzebny on nam dziś bardzo...
Wrocław zajęty, to są wszystko wrogi moje, zawzięci na mnie, przeciwko tym nie ja, ale król sam iść musi. Chory czy zdrów, trzeba go nam mieć.
— A! zrobi co wy mu każecie — spiesznie wrzuciła królowa — ale nie wiem czy wywiózłszy go ztąd, nazad z nim żywym powrócicie.
Potrzęsła głową obojętnie; uśmiechając się do Sieciecha, król nie zdawał się ją obchodzić wiele.
— Zdzieciniały biedak cały dziś w rękach waszych, ani go już liczyć — mówiła. Wsadzicie go na koń, pojedzie choćby konał. Jeżeli go tam potrzebujecie, czemuż nie? bierzcie — niestanie go, wy zastąpicie.
Wyraziste te do zbytku usłyszawszy słowa, Sieciech dał znak królowéj, wskazując na drzwi których zasłona zlekka zadrżała, jakby za nią ktoś odprawiał podsłuchy. Nie przestraszyło to jednak królowéj, która usta zaciąwszy uśmiechnęła się pogardliwie i ramionami potrzęsła.
Jednakże wstała z siedzenia, podeszła ku ławie i gdy Sieciech powstał, prędko mu coś szeptać poczęła. Rada była widocznie iż miała pozór zbliżenia się do Wojewody, parękroć uderzyła go po zbroi, klapnęła po ręku, dotknęła ramienia. Niesłychać było co mówili z sobą, lecz po szeptach przedłużonych, siostra cesarska głośniéj skończyła.
— Dokuczyło mi już z tym trupem żyć. Gdy się wola Boża stanie, nie wiele łez wyleję. Brat lub synowiec mój temu da to królestwo kogo ja zechcę, a ja wiem kogo mam wybierać.
Cynicznie uśmiechnęła się królowa, Sieciech nie sprzeciwiał się jéj wcale, chociaż oświadczenia te przyjmował dosyć zimno. Niekiedy trwożyła go drgająca zasłona, w słowa był skąpy, słuchał więcéj niż mówił i świetnym obietnicom nie radował się tak bardzo. Napróżno Judyta usiłowała go ożywić.
Zbigniew, Wrocław, Magnus i Czechy nie dawały mu pokoju.




IV.


Noc już była prawie, gdy na osobny podwórzec, królewicz Bolko, w kilkanaście koni z drużyną swą, zajechał z łowów wracając. On i mało co od niego starsi towarzysze, w czwał, jak burza i wichry wpadli przeganiając się we wrota, i popędzili przed podsienia, u których służba czekała. Bolko konia swojego osadził w miejscu żelazną ręką, aż się spiął do góry i omało wznak nie przewalił; skoczył lekko z niego i puścił, dwu towarzyszów ze swoich szkap zleciało.
Wojsław ochmistrz królewicza, mający nadzór nad nim, wolniej dociągnął za niemi, gdy już Bolko, otrząsnąwszy się z kurzu, śmiejąc się stał ująwszy w boki.
Ci co pospadali śmieli się także, dwór cały był dobréj myśli, zwierzyna nabita oszczepami i strzałami wisiała na siodłach, wlokła się poprzywiązywana do nich.
Dzień nie był stracony, powiodły się łowy; rżały do stajen i otrząsały się zmęczone konie, psy ujadały wesoło, trzepotały się sokoły, rozprawiali głośno ludzie, a młode chłopię co tym oddziałem dowodziło, po królewsku spoglądało na swe otoczenie, rzucając ku niemu słowy wesołemi. Ochmistrz tylko Wojsław burczał ponuro z konia zsiadając powoli znużony.
Śliczniejszego pana nad to chłopię, które z niebios na ziemię zesłał Ś. Idzi patron cudowny, nad to dziecię wymodlone u Boga, widzieć było trudno jak te ziemie szerokie stały.
Lat dziewięć mając Bolko już w puszczy bił niedźwiedzie, a gdy z Sieciechem pierwszy raz na wojnę się wyprosił, trudno było powściągnąć i utrzymać dzieciaka, który się parł gdzie największe było niebezpieczeństwo.
Natura to była owych pierworodnych, do wielkich spraw przeznaczonych gorąca, niepohamowana, szybka, nierozważna, zuchwała, prędka jak piorun, szalona jakby się swą młodością upajała.
Gdzie się on ukazał, był jak ogień co wszystko grzeje; ciepło się robiło gdy przystąpił, pobłyskiwały oczy, śmiały się ku niemu usta, słowem ludźmi miotał jak chciał, rzucał niemi, bo miał owo królewskie słowo co nie rozkazując nawet budzi do posłuszeństwa.
Mimo własnej woli krnąbrni nawet biegli gdzie wskazał, a on sam, skoro go myśl porwała nie zważając na niebezpieczeństwo, pędził zapamiętale nie zważając na nic. Kipiało w nim życie i jak wrzątek wylewało się za brzegi...
Chociaż jedenaście ledwie miał skończonych, rycerzem już się mógł nazwać, szanowano go jak dorosłego męża. Nad wiek się rozwinął, zmężniał, zolbrzymiał; tylko nie porosła twarz i policzki niewieście o latach świadczyły.
Gniewało go to że starszym nie był, ale mu chłopięcych lat niktby był zadać nie śmiał, obawiano go się. Biłci już Pomorzan, krew przelewał, raną się chlubił, śmierci w oczy zaglądał nie drgnąwszy, chłopak od Boga darowany.
Dość spojrzeć nań było gdy tak stał między słupami, otoczony drużyną, zdala każdy królewicza w nim poznał: kształtny był, krzepki, zwinny, giętki, choć całego swojego wzrostu nie miał jeszcze, już duży, ramion szerokich, piersi wypukłéj jakby puklerzem okrytéj, rąk silnych choć drobnych.
Twarz téż była piękna, rycerskiego wyrazu, tylko około ust z jednéj strony, wrzód który był nabrał i rozpękł w dzieciństwie ślad po sobie zostawił, piękne wargi skrzywiwszy, nieco. Dziwny to wyraz dawało twarzy, nie szpecąc jéj bardzo. Królewicz mawiał wskazując na szram ten że broda i wąsy go pokryją. Szkoda tylko że blizna nie od włóczni jest ale od wrzoda lichego.
Twarz miał ciemno ogorzałą, bo jéj nie szanował i nie krył; czoło tylko jak śnieg białe, policzki rumiane jak jagody, oczy ciemne w których płomię skryte nieustannie paliło się i gorzało.
Gdy stał, choć spokojnym być chciał królewicz, drgał jakby go wewnątrz coś bodło i spokoju nie dawało.
Gwiazda to była wszystkich co się do niego zbliżali, kochali go wszyscy, choć podczas i srogim być umiał a popędliwym. Gdy się pogniewał a rozjątrzył ubić gotów był druha, choćby go potém opłakał.
Mówili nań niektórzy — Bolesława to onego wielkiego potomek prawy, odżyje w nim tamten, wdał się w niego. Miał odwagę niezłomną Chrobrego a Szczodrego szał bojowniczy i wspaniałość.
Straszném się to zdało że tak wczesnym był, bo w jedenastu leciech mężem prawie. Nic mu nie brakło, bo pobożność ojca i matki, któréj nie znał, odziedziczył, męztwo dziadów i ich rozum; po księgach go jednak szukać nie lubił. Słuchał chętnie rozumnych ludzi, mawiając że lepsze są księgi żywe nad te co się na zdechłych skórach piszą. Do nich téż i czasu nie miał, bo koń i oręż, zabawa rycerska śmiała mu się w dzień, marzyła w nocy...
Pieszczot macierzyńskich nie znał Bolko, niewieściego wychowania nie kosztował; matka mu zmarła na świat go wydając, a macocha nie lubiła téj perły, która nie jéj była. Wyszło mu to na dobre, że go zawczasu wzięli między siebie wojacy, bo w tym wieku, gdy drudzy się jabłkami bawią, on z łuku ptastwo strzelał, a konia małego dosiadał jakby doń przyrosnął...
Macocha go precz od siebie oddaliła, zdając na ręce Wojsława, ale ojciec za to miłował jak oko własne jedynaka, owe dziecię z daru Bożego.
Szanował w nim niemal ten cud wyjednany ofiarą Ś. Idziemu złożoną, że gdy się już potomka nie spodziewał, Bolko na świat przyszedł.
Pobożny król gryzł się bezdzietnością swą, bo mu Zbigniewa bez ślubu i błogosławieństwa duchownych narodzonego, za syna uznawać nie dozwolono. Kochał i tamtego a wyrzec się musiał, pragnął więc takiego któregoby kochać mógł bez grzechu. Miłował go téż nad wszystko w świecie, a i z tém prawie się musiał ukrywać, bo macochę to jątrzyło że nie jéj był ten którego kochano.
Z królem razem kochali go wszyscy oprócz zazdrośnéj Judyty i oprócz Sieciecha.
Wojewodzie ten syn pański, dziedzic prawy, choć go przy ojcu pod niebiosa wynosił, był solą w oku i strachem; stał mu na drodze, zapierał wschody do góry...
Przed królem Sieciech mawiał zawsze iż młodego pana ostro i surowo trzymać było potrzeba aby się nie rozbujał zawcześnie, nie zhardział do zbytku, cugli sobie nie popuścił. Po cichu i wzdychając przypominano cesarza Henryka IV, który z obu synami miał zatargi. Z ręki też Sieciecha, krewny jego Wojsław dodany był za ochmistrza królewiczowi.
Wojsław może w początkach posłusznym był temu co go posadził na straży, gdy Sieciech nań patrzał, surowo się z wychowankiem obchodził, ale się wprędce rozmiłował w nim, nawykł mu ulegać i sprzeciwić się nie umiał. Urok ów i potęga życia pełnego młodości podziałały nań. Zaczynał często od strofowania a kończył na uścisku, wołał głośno a wprędce zniżał głos, uśmiechał się, milknął.
Wojsław mrukliwy był, podżyły, ciężki, często do zbytku milczący; w potrzebie śmiały, ale nie prędkiéj myśli i niepewien siebie; Bolko go wyprzedzał we wszystkiém, a gniewnego czasem objąwszy za szyję skruszył pocałunkiem i śmiechem. Powoli rozmyślając Wojsław widział więcéj, rozumiał lepiéj niż się zdawało, nie chwalił się z tém, milczeć umiał. Mówił mało, ale to co rzekł ważyło. Do niedźwiedzia podobnym był z postawy i obyczaju, ruszyć mu się było ciężko, a gdy się dźwignął, druzgotał co popadł.
Rachował nań Sieciech jako na krewniaka ze swéj ręki postanowionego, przeliczył się jednak sądząc że mu w myśl jego działać będzie. Wojsław obowiązek swój pełniąc, nic na deń zrozumieć nie chciał. Zżymał się Wojewoda, ale go już z miejsca ruszyć nie było można.
Gdy burza ta młodzieńcza wpadła w podwórzec zamkowy, aż cały grod niemal zatrząsł się od niéj, pozostałe psy zamknięte w psiarni zawyły, konie w stajniach rwać się i rżeć poczęły, ludzie z komor powybiegali. Każdy się domyślił że to królewicz przyjechał.
W spokojnéj nawet izbie królewskiéj, oddalonéj od Bolkowego dworu, zadźwięczały naczynia stojące na stole. Władysław nastawił ucha i uśmiechnął się; on także czuł że to syn jego ukochany przylecieć musiał... On jeden a chyba Pomorcy drudzy na zamek iść mogli z takim szturmem i nagłością. Sieciech co przy królu siedział zmarszczył się, królowa stojąca przy mężu, zacięła wargi. Na twarzy Władysława Hermana malowało się jakby ubłogosławienie.
Przybywało życie jego, tak jak ten co Wrocław zajechał, był dlań śmiercią i sromem.
Bolko stał w przedsieniu, chciał widzieć gdy zdejmą zwierzynę, gdy psy, konie i ludzie się rozejdą, a na jutro nowe łowy, ludzi, konie i psy zakazać. Na jutro mu obiecywano niedźwiedzia. Polowania dlań nie było na tego zwierza co pierzchał, ale na tego co walczył.
Już miał Bolko zakrzyknąć na swą czeladź, gdy z ławy na któréj wdali w kącie podsienia siedział, podniósł się młody chłopak bladéj twarzy, szczupły, drobny, ale zręczny jak jaszczurka co się między kamieniami zwija, z długim włosem jasnym, z ogromnemi oczyma niebieskiemi, które mu z pod czoła wyskakiwać się zdawały. Był to ulubiony służka i towarzysz królewicza a zwali go Pruszynką, choć imie miał Mikołuszka.
Szedł jak ocucony ze snu, i domyślić się było łatwo czemu; choć panu ulubiony w domu pozostał, bo rękę jedną miał całą chustami obwiązaną i niósł ją, niemogąc poruszyć. Na polowaniu dobijając borsuka dał mu się pochwycić zębami, tak że musiano żelazem ściśniętą rozwalać paszczękę, aby wydobyć dłoń chłopca strzaskaną, która się dopiéro ziołami okładana goiła.
Dla Pruszynki zostać w domu było srogą karą, ale ruszyć się nie mógł, bo słuchać musiał. Królewicz go lubił nad innych ze swéj drużyny, bo Pruszynka szedł i biegł z nim, choć sił jego niemiał, w ogień i wodę. Dla Bolka gotów się był dać ubić i zarznąć. Sypiał u pańskiego progu, stał cały dzień u jego boku, chodził i jeździł gdzie się kolwiek ruszył.
Zobaczywszy go Bolko krzyknął wesoło.
— Cóżeś to nie zdechł Pruszynko?
Chłopak potrząsł głową i włosy odgarnął.
— Nie, miłościwy panie, odparł z pokłonem, tylko z nudów a żalu żem tu sam jeden zostać musiał, o małom nie przepadł; ręka się już goi, baba mówi za dni pięć, a ja za trzy do licha, płachty i onuczki rzucę w pokrzywy.
Rozśmiał się, rękę chciał podnieść i jęknął, pogroził mu królewicz.
— Nie dokazuj, rychło mi będziesz potrzebny.
— Wojewoda Sieciech przybył! cicho odezwał się Pruszynka.
Skrzywił się nieco Bolko.
— Co mi potem! rzekł krótko.
— Licha nam nawiózł.
— Jakiego? co?
Wojsław stał niedaleko, usłyszawszy rozmowę zbliżył się zwolna swym niedźwiedzim, ociężałym krokiem.
Pruszynka mówił daléj.
— Srogie rzeczy rozpowiadają.
Wyrwał się słyszę klechom Zbyś co siedział w klasztorze u Sasów, zawiedli go panowie do Wrocławia i jak na stolicy posadzili. Biorą go Szlązacy za księcia.
— Co ty szalejesz! przerwał Wojsław.
— Cały już dwór o tém prawi! zawołał urażony Pruszynka, tak ci jest, król o mało nie omdlał gdy się dowiedział.
Stał Bolko namarszczony.
— Nic tak strasznego, odezwał się, ludzi zebrać a prędko, nie tracąc i dnia, dopóki oni głów nie mają, póki się nie spodziewają paść na nich i rozbić a zgnieść...
Ręką w powietrzu zakreślił koło i pokazał na ziemię.
— Dobrze! dodał, wojna będzie, a nie, toby się ludziska pospali i popuchli! — a! dobrze pójdziemy na wojnę...
Spojrzeli nań wszyscy — oczy mu pałały.
— Ale on z sobą ma Czechów pono i Magnusa, rzekł Pruszynka, ludzi dużo nazbierali.
— A my to ich niemamy? śmiał się Bolko — on zbiéra, my tylko wici poślemy aby stawano, pod gardłem. Muszą być!
Co drugim zachmurzało czoła, królewiczowi twarz rozjaśniło, rad był! Spodziewał się na tę wojnę wyprosić. Czemże dlań były łowy przy prawdziwéj wojnie, w zażartym boju do którego wzdychał, walki w któréj się rąbano zajadle i on mógł ręki na karkach ludzkich spróbować!
Z drugiego podwórca pędem biegł komornik królewski.
Król już wiedział o synu i wołał go do siebie bo cały dzień nie widział ukochanego i tęsknił, a chciał wiedzieć czy był cały, czy mu się nie stało nic.
— Król, pan miłościwy, wzywa a żąda was pilno — rzekł komornik, pospieszajcie.
Choć nie odziany był tylko tak jak na łowy, w kaftanie krótkim, w łosiowém, obcisłém ubraniu do konia, w bucikach do jazdy, a róg jeszcze miał na plecach i mieczyk myśliwski u boku — pospieszył jak stał.
A że nieumiał ślimaczym chodem iść jak drudzy, popędził przedsieniami żwawo, nim Wojsław miał czas mu przypomnieć aby się przeodział. Ruszył za nim powolny ochmistrz, gdy już mu z oczów zniknął, więc ręce załamawszy stał mrucząc.
W komnacie królewskiéj, Władysław siedział na tym samym miękko wysłanym stołku, na którym go z rana zła wieść znalazła. Stała królowa u jego boku tak, iż król jéj widzieć nie mógł, a ona Sieciecha naprzeciw stojącego miała przed sobą. Znaki mu dawała jakie chciała, nie bardzo troszcząc się o to iż u progu stojący podkomorzowie i komornicy je także widzieli.
Król posępniejszy był niż z rana, ale rzeźwiejszy nieco. Sieciech przy nim, gdyby drugi król swobodnie się obracał, a choć pana szanował z nawyknienia, znać było że go nie wiele ważył.
Po szybkim chodzie ojciec poznał Bolka, twarz mu się rozjaśniła, usta otwarły, na drzwi wzrok obrócił, zapomniał o wszystkiém.
W tém po młodzieńczemu wpadło chłopię z czapeczką w ręku, z rogiem na plecach prosto biegnąc ku ojcu. Długie włosy rozwiane na ramiona mu spadały, twarz umyślnie rozweseloną przybrał, i szedł spiesząc do ręki ojcowskiéj. Oburącz pochwycił go król za głowę i począł nic nie mówiąc, ściskać i całować. Od ojca zwrócił się królewicz ku Judycie.
Ta dziwnie się z nim obchodziła, kochała go czasem do zbytku, częściéj nienawidziła i niechęć wyraźną okazywała. Urok młodości téj wesołéj, żywéj, wdzięcznéj chwytał ją za serce, potém wstręt jakiś odpychał. Była macochą, a niemiała syna.
Zawahała się z podaniem mu ręki, aż zwolna wyciągnęła ją ku niemu. Bolko pochylił się do pocałowania i ustąpił prędko. Sieciech stał jak mur groźny, surowy, niemal straszny, na powitanie oczekując i niewyprzedzając go. Z wejrzenia jakie rzucał na syna królewskiego widoczném było że dlań nie miał życzliwości, że mu zawadzało to chłopię tak ukochane ojcu i wszystkim.
Pokłonił się zdala wojewodzie królewicz, w zamian Sieciech ledwie głową skinął lekceważąc sobie dzieciaka.
— Bolek — zawołał król zwracając się ku niemu i ręce doń wyciągając — słyszałeś? wojna, mieć będziemy wojnę!
— Tak, mówiono mi coś gdym z konia zsiadał, rzekł królewicz, niech więc Bogu będą dzięki!
Ręce obie podniósł do góry, Sieciech się obrócił doń zmarszczony...
— Niegodzi się, rzekł surowo, wojny pożądać nigdy, nikt nie wie jak ona wypadnie.
Król westchnął głośno.
— A! gdyby i najgorsza była, rzekł wesoło królewicz, zawsze to wojna, a dla ludzi rycerskich cóż nad nią milszego.
Czoło króla rozpogodziło się, cieszyła go ta odwaga dziecięcia.
— Prawy wojak z ciebie będzie, zawołał i pociągnął go ku sobie, całując w głowę.
Judyta skrzywiła się, Sieciech przeszedł w głąb izby kroków kilka, jakby na te pieszczoty ojcowskie nie rad patrzał. Stanął potém nieco opodal, zwrócił się i przerwał szepty króla z Bolkiem, których dosłyszeć nie mógł.
— Miłościwy panie, królewiczowi po łowach czas spoczywać, ja czekam rozkazów waszych, bo i jednéj nocy tracić nie trzeba.
Odprawiony w ten sposób Bolko oczyma się pytającemi do ojca odwołał, a król ręką wskazał aby nieco ustąpił. Chłopak się cofnął ku ścianie, Sieciecha wzrok poszedł za nim.
— Mów, wojewodo, odezwał się król, nic nam chłopiec nie wadzi, niech słucha owszém i waszego się uczy rozumu.
Była chwila wahania się i milczenia. Sieciech spoglądał na królowę, ta mu znaki jakieś dawała, nareście począł, będąc posłusznym królowi.
— Miłościwy panie, rany goić potrzeba dopóki się nie zaognią.
Wyślę więc posłańców po grodach aby się ludzie nasi ściągali co najrychléj tu do nas. Musimy iść siłą znaczną na Magnusa i Wrocław. Zdrada jawna, lecz przystało nam zrazu w nią nie wierzyć, oczy zamknąć, sprobować ażali się nie pomiarkuje. Jeżeli go do rąk dostanę, łeb mu zetnę.
Pójdzieli jedna ziemia po swéj woli, osobno każdéj się zechce swego księcia mieć i stać samopas...
Magnus zaskoczony nim siły zbierze, uledz musi i Zbigniewa nam wyda. Ale mnie nie przystało samemu iść, powiedzą że ja to czynię a nie wy, miłościwy panie. Musicie być ze mną osobą swą, Sieciecha, nienawidzą, dla tego że wam wiernie służy. Sieciech im solą w oku, na Sieciecha wszystko złe zwalają! Bez was, miłościwy panie, powagi nie będzie, Magnus ulegnie wam a mnie się opierać będzie.
Król słuchając z uwagą natężoną, kilkakroć dłonią drżącą powiódł po czole — wzdychał ciężko.
— Luźnym słowom które lada kto przynosi odezwał się, nie dawajcie łacno wiary. Nim się rycerstwo zbierze, nim wystąpiemy, do Magnusa trzeba słać z pytaniem, niech powie czego chce, co myśli. Podda się może bez bitwy, nie, pójdziemy nań, gdy inaczéj nie może być.
Sieciechowi słuchającemu, twarz się mieniła i ramiona poruszały.
— Ślijmy do Magnusa, kiedy taka wola Wasza — odparł miłościwy panie; ślijmy doń, ale wici trzeba słać i lud gromadzić, aby być pogotowiu.
— Gromadźcie, potwierdził król smutnie, wy lepiéj wiecie co trzeba.
Bolko stojący pod ścianą ręce zacisnął z radości. Młodéj głowie jego tylko zdało się że słać do Magnusa nie było po co, a z buntem się w rozmowę wdawać nic potem; wprost nań uderzyć, rozbić i ukarać... Po dziecinnemu myślał. Po co tu w słowa grać, gdy w miecze brzęknąć można!
Stało się milczenie.
— Niewiem ci co Magnus powie, począł Wojewoda, ale to wiem że podłym zdrajcą jest. On to z jamy dobył klechę, aby go przeciw nam prowadzić, nim się zastawić i ranić serce ojcowskie. Tak! zdrajcą jest, on i wielu innych po tych ziemiach co z nim przeciw mnie trzymają. Niemogą na króla uderzyć, biją we mnie, wiedząc że król stoi za mną.
Wszyscy przeciw mnie są, wszyscy przeciw wam, panie! zdrajcy niepoczciwi wszyscy!
Poczynał się coraz bardziéj unosić.
— Na mnie biją, mówił, bo ja stoję na straży dobra pańskiego i całości tych ziem, które oni rozerwaćby radzi na kawały; każdy z nich ciągnie w swą stronę, radby sam panem być, słuchać niechce nikt. A co warte królestwo rozerwane na poły i szmaty?
Wszakci je krwawo Mieszko i Bolko spoili na to w jedno, aby siłę miało, na to korona im była dana, aby pod nią się wszystkie ziemie jak kurczęta pod kokoszą gnieździły...
Władysław słuchając niby na stół patrzał, myślał niewiadomo o czém; wzrok czasem ukradkiem wyrywał się ku synowi. Roztargniony był i gdy się Wojewoda zatrzymał, rzekł jakby machinalnie.
— Ślijcieno do Magnusa.
— Kogoż, wasza miłość posłać każecie! pytał Wojewoda.
— Wybierzcie sami — szepnął Władysław, ja niewiem.
Królowa poczęła znaki dawać Wojewodzie, który się namyślać zdawał, milczał.
— Duchownegobym słał — odezwał się Sieciech, aby pokryjomu i z ks. biskupem Żyrosławem się rozmówił, a jego téż ku nam nakłonił. Gdy ojciec a pasterz słowo rzecze, ludzie rychléj za nim pójdą niż za Wojewodą. Duchownegoby potrzeba, ale takiego coby i mógł i chciał, niewidzę.
— Znajdźcie i wyślijcie kto wam po myśli, potwierdził król zbywając się ciężaru.
Znowu królowa dała znak.
— Duchownego nie mam, Wojsława poślę, gdy innego nie znajdę — odezwał się Sieciech. Temu przynajmniéj zawierzyć mogę że mnie nie sprzeda. Mojéj krwi jest i wam wierny, miłościwy panie, Wojsław małomówny, powolny, ale jak kamień twardy; nie przemienią go, nie kupią, nie nastraszą.
— Ślijcie Wojsława, zamruczał król obojętnie.
Ruszyła z politowaniem ramionami Judyta.
— Co ma rzec im? — zapytał uparty Wojewoda.
— Co wy mu każecie, rzekł król zimno, spuszczając oczy, będziecie wiedzieli jak mówić do nich. Niech wichrzeń wszelakich zaniechają, niech Zbigniewa nazad pod strażą do klasztoru odeślą.
Mówił coraz ciszéj, rozmowa widocznie króla nużyła, ocierał pot z czoła tuwalnią, wzdychał, oczyma niespokojnemi po izbie wodził, jakby ratunku szukał przeciwko temu męczeństwu.
— Idźcie, wojewodo miły — dodał żywiéj, idźcie, rozporządzajcie, czyńcie jako chcecie, wiem że co uczynicie dobrém będzie. Na wszystko rękę daję — na wszystko.
Sieciech głowę uchylił, poruszył się jakby odchodzić miał, i zawrócił raz jeszcze.
— Więc wola wasza, wojsko ściągać — Wojsław jutro na zaraniu w skok do Wrocławia ruszy, takeście przykazali, tak się stanie, ale Wojsław wróci z rękami próżnemi.
— Usłyszym czego chcą — mruknął król trochę niecierpliwie.
Jeżeli zażądają co niegodziwe, postanowiemy co daléj.
Gdy Sieciech już ku drzwiom się zbliżał, królowa za krzesłem pana stojąca, ruszyła się jakby goniąc za nim, Władysław podniósł oczy na nią, ale widząc że gdzieindziéj była zwróconą, ku synowi spojrzał. Ruch ten dostrzegłszy macocha śpieszniéj jeszcze do wyjścia się miała. Suknia jéj jeszcze nie znikła całkiem za zasłoną, gdy Bolko z pod ściany poskoczył i wesoło zbliżył się do ojca.
Oba się do siebie uśmiechali, król o trosce zapomniał.
— Łowy? jak że poszło na łowach? spytał.
— Już mi łowy nie w głowie, kiedy wojna za pasem! — prędko począł Bolko. A! miłościwy ojcze, po co do nich posyłać, na co ich pytać, iść na nich, na karki paść i tłuc!
O! ja — zawołał chwytając ojca za rękę, ja z wami i Sieciechem idę.
Władysław głową potrząsał.
— Nie — nie, rzekł.
Zachmurzyła się twarz Bolkowi, odskoczył.
— Chodziłem na Pomorze! zawołał.
— Inna to wojna, jeżeli od niéj Bóg miłosierny nas nieuchroni — rzekł król smutnie. Któż wie kogobyś mógł napotkać naprzeciw siebie!
Bolkowi oczy się zaiskrzyły.
— Kto przeciw ojcu mojemu idzie, ten mi wrogiem jest, nie pytam jak się on zowie, zawołał.
Król przyciągnął ku sobie i w głowę pocałował, dwie łzy mu pociekły po twarzy, które otarł po cichu. Zamiast odpowiedzi głową potrząsał długo — słowa rzec nie mogąc. Głośna rozmowa, widać dla tych co u drzwi choć zdala stali, ale słyszeć ją mogli, przeszła w szepty ciche.
Król dopytywał, słuchał odpowiedzi roskoszując się niemi; widać było że żył w tém dziecięciu — uśmiechał się do niego, głaskał. Nagle przycisnął go do piersi i rzekł głośno.
— Idź już! idź!
Posłuszny syn, do ręki się pochylił, ucałował ją i zwrócił ku wyjściu. Na twarzy królewskiéj niepokój się odmalował, na komornika skinął, który gdy się zbliżył szepnął cichym głosem.
— Ojca Lamberta wezwijcie do mnie.
Czy dozorca i kierownik sumienia królewskiego był tak blisko, czy się spodziewał i czekał wezwania wieczornego do modlitwy lecz i jeden pacierz, nie upłynął gdy już się ukazał na progu. Na widok jego cała służba komornicza, która dla rozkazów zwykła stać była we drzwiach, cofnęła się zaraz i znikła.
Ojciec Lambert, mężem był poważnym, lecz umiał składać tę powagę i surowość, a stawać się łagodnym w potrzebie. Rozum patrzał mu z oczów. Mimo dość podeszłego wieku twarz miał rumianą, od któréj siwe zupełnie włosy mocno odbijały.
Rysy były wyraziste, piękne niemal, ożywione przelatującemi po nich wrażeniami. Usta choć się starały być dumnemi, miały więcéj łagodności i pobłażliwości, niż powagi, prawdziwy to był kapelan dworski, który dla spełnienia posłannictwa swojego naprzemiany różne przybierać musiał charaktery; do niczego już zbytniéj nie przywiązując wagi. Szedł zwolna do króla nie uniżając się przed jego majestatem, z którym był oswojony, patrzał tylko jakim go znajdzie, aby się do stanu choréj zastosować duszy.
Król witał go z upragnieniem, zdala głową i ręką zapraszając ku sobie. Nieprzyspieszył kroku ojciec Lambert i dopiéro przy stole stanąwszy, ukłonił się.
Na wezwanie podał rękę, Władysław obyczajem wieku, z pokorą ją ucałował.
Oczy jego zwróciły się ku drzwiom niespokojnie, ale tam już nikogo nie było.
Rozkazawszy przybliżyć się duchownemu, Władysław pochylił się ze złożonemi rękami, jakby spowiedź przed nim miał czynić.
— Ojcze mój, począł, ojcze uspokój sumienie moje. Nieszczęście dotknęło mnie. Grzech mój wychodzi na światło dzienne, aby się pomścił nieprawości méj. Chciałem go przed światem utaić, czyniąc ofiarę na przebłaganie Boga.
Wiecie? zapytał król.
O. Lambert zawahał się trochę, choć z twarzy jego łacno poznać było, że wiedział to o co był pytanym. Przez o. Lamberta, który sumieniem pana władał, kierował niem Sieciech, musiał go więc uprzedzić zawcześnie.
— Wiem co Bóg dopuścił — westchnął kapelan.
— Wiecie więc niedolę moją, na którą pociechy szukam i rady, mówił Władysław. Dziecię moje, które daleko ztąd ukrywałem, wyciągnęli na świat nieprzyjaciele moi. Mnie, ojca, na sąd powołują! na pośmiewisko podają!
Co pocznę? — Ojcem jestem i zguby dziecka pragnąć nie mogę.
Ojcem jestem.
Królowi pot zciekał z czoła, łzy z oczów, głosu mu brakło.
Duchowny wpatrywał się w niego z uwagą milcząc.
— Coście uczynili raz — rzekł, a dobrém było, nie cofajcie. Osiem lat spędził w klasztorze, Bogu był ofiarowany, cofać nie godzi się daru położonego na ołtarzu. To gniew Boży przebłaga. Spuścił głowę Władysław.
— A! mówili mi szeptał — donosili, pisywał przełożony, że go nałamać nie mogli i suknia mu powołania nie dała, krnąbrny był.
— Upor złego ducha w nim złamać było potrzeba, rzekł o. Lambert.
Król w dłoniach ukrył czoło.
— Cóż winne biedne dziecko? wyjęknął.
— Dziecięciem grzechu jest, odpowiedział kapłan.
Nastąpiło milczenie, po którém król znowu mówić począł, jakby litości wzywał nad sobą.
— Ojcze mój! wy to najlepiéj wiecie, ile takich małżeństw do niedawna było jeszcze, nim kościół nakazywać począł, aby bez jego błogosławieństwa ludzie się żyć nie ważyli. Niewiasta z któréj się narodził syn ten, prawą mi i wierną żoną była, żoną się zwała moją, tak jak ja mężem jéj się wyznawałem. I byłaby została małżonką moją do końca żywota jéj, gdyby mi po Bolesławie nie kazano wziąć tego ciężaru nad siły, a innéj królewskiego rodu małżonki dla potomstwa. Naówczas tamtą usunąć musiałem... dziecka się zaprzeć.
— Stało się i dobrze się stało, odpowiedział duchowny. Dla królestwa téż waszego lepszém jest jeden co je dzierżeć będzie, niż dwu coby je mieli rozrywać.
Bolek miłym wam jest.
Królowi obficie się łzy rzuciły, płakał ręce wyciągając.
— Ojcem jestem, powtarzał, wnętrzności ojcowskie dla obu mam, i to jest dziecko moje!
Wyrzekł to tak silnie przejęty, że kapłan, który go nie spuszczał z oczów, na chwilę oniemiał, zbierając się do odpowiedzi.
— Miłościwy panie, rzekł po namyśle. Miłość ojcowska nie wymaga po was ofiary spokoju ziem tych i bezpieczeństwa. Gdy się Zbigniew narodził królem nie byliście, nie winniście mu działu z królestwa, bo by pokrzywdzonym był ten którego modlitwy pobożnéj królowéj wyjednały. Azali w klasztorze szczęśliwym nie może być?
Miłujecie Bolesława! powtórzył Lambert, bijąc w słabość królewską.
— Kocham go jak oczy moje, rzekł król — jak życie i nad to mizerne życie, ale na sumieniu kamieniem, brzemieniem cięży mi ten — ten!! Nocą słyszę płacz jego w kolebce, jawi mi się nocami matka jego, staje u łoża i woła jako na Kaina.
Coś uczynił z dzieckiem mojém? — Azali ono i twojem nie było?
Trwożę się i drżę a boleję, bo gdy serce odpowiada, Bogum go dał na ofiarę, ona woła na mnie, iż Izaaka nie chciał Bóg od Abrahama, choć posłuszny pod nóż głowę skłaniał a ten niechce jéj poddać pod słodkie jarzmo Chrystusowe.
Widząc króla tak mocno poruszonym, iż w mowie czuć było niepokój, o. Lambert począł łagodnie go pocieszać.
— Miłościwy panie, sny i widzenia zsyła moc nieczysta... Krzyż od nich uwalnia. Klasztor nie jest stosem ofiarnym, ale przedsieniem przybytków niebieskich.
Mogliżeście mu co lepszego dać nad spokój i pewność zbawienia? Czyż świat ma co droższego nad to? niemacie na sumieniu nic, boście wedle serca ojcowskiego postąpili.
Zamilkli, płakał król jeszcze.
— Módlmy się, ojcze, odezwał się znużony — psalmy mówcie abym je powtarzał za wami, aliści dusza się moja uspokoi i wstąpi w nią łaska pańska a da siłę.
Kapłan natychmiast ukląkł u stołu, złożył ręce, król nieco się przychylił klęknąć niemogąc i psalmy razem odmawiać zaczęli.
Nabożeństwo to trwało tak długo, że gdy o. Lambert powstał, aby odejść, a komornicy weszli aby króla rozdziać i do łoża prowadzić, znużony pan o swéj sile dźwignąć się niemógł.
Podczaszy niósł napój na sen w kubku złotym, drudzy misę, nalewkę i ręczniki, inni odzież nocną. Młodsza czeladź przyświecała. Dwóch pod ręce podniosło chorego i tak pochodem długim ciągnąc znikli w przyległéj sypialni, a w pierwszéj izbie zostali tylko na czatach komornicy.
Na zamku cicho już było, świeciło się tylko i poruszało w komnatach królowéj. Sieciechowi ludzie stali pogotowiu zbrojni, których rozsyłał na wsze strony. Coraz to się z zamkowych bram wysunęła gromadka i pognała gościńcem w noc ciemną.
O. Lambert z pacierzy i rozmowy, wprost poszedł do Wojewody.
Pełno téż tu było starszyzny różnéj, z którą narady trwały do białego dnia, wszystko co króla otaczało szło tu po rozkazy, bo Sieciech w Płocku, jak we wszystkich ziemiach panował sam, czynił co chciał i w rękach trzymał wodze, które ściskał tém mocniéj, im mu się bardziéj wyrywać chciano.
I na ten raz, ci co go znali, potrząsając głowami zapowiadali, że groźbę i niebezpieczeństwo na swą korzyść obrócić potrafi.
Palatyn chodził zasępiony i gniewny, powtarzał ciągle jedno.
— Dam ściąć zdrajcę Magnusa, a z nim wszystkich spólników jego.




V.


Na wrocławskim grodzie, jak ludzie zapamiętali, czasu pokoju, nigdy nie było tak tłumno, pełno, gwarno jak teraz.
Nietylko zamek, ale miasto, podzamcze, przedmieścia, wały i bramy obsadzone były wojskowemi, zalane Szlązakami i Czechami. Coraz to nowe jeszcze poczty przybywały. Noc mało się od dnia różniła, bo i w ciągu jéj do wrót się dobijano, przybywały oddziały, zajeżdżali rycerze.
Pilnowano się czujnie u bram, ztąd coraz u nich nowe krzyki, wrzawa, pytania i odpowiedzi mieniały się długo, nim gości niecierpliwiących się wpuszczono. Obawiano się zdrady i podejścia. Wysyłano dniem i nocą czaty na gościńce, wici po resztę ludzi, wybiegali zbrojni, wysuwali się piesi, ciągnęły wozy ze zbożem i sianem dla nagromadzonego rycerstwa.
Namiestnik Magnus krzątał się pilne oko mając na wszystko. Na podzamczu, w kilku uliczkach drewnianemi ostawionych chatami, zwykle cichych i pustych, po których innego czasu więcéj krów chodziło niż ludzi, stały teraz kupy różnéj gawiedzi, gwarzyły, rozpytywały się, spierały. Zatrzymywano konnych, wykrzykiwano, a gdy od zamku się słyszeć dawał ruch jaki, oczy i uszy chciwie się zwracały ku niemu.
Widać było ciągle sotnie zbrojnych w hełmach okowanych, z oszczepami na plecach, toporami, łukami i tarczami, przeciągające od zamku na wały, z wałów napowrót ku zamkowi. Wszystko się jakby do wojny gotowało.
Miejscowi ludzie, choćby się wysypali wszyscy na rynek i ulice tyleby wrzawy nie wnieśli z sobą, aniby ich tak wszędzie było pełno; czuć było obcych, a ci się najżwawiéj ruszali, najwięcéj dokazywali, najgłośniéj krzyczeli. Gawiedź ta nie mogąc się cała na zamku pomieścić, po domach mieszczan się rozpościerała. Dolatywały z nich niewieście krzyki, śmiechy i łajania.
Wyrwała się czasem uchodząca dziewczyna z rozpuszczonemi włosami i wpadłszy w tłum, z jeszcze większą trwogą wracała nie wiedząc gdzie się schronić.
Na targowisku, u studzien, koło zamku, namioty i szałasy gęsto stały jedne koło drugich. Tu i ówdzie całemi rzędami konie u ladajakich żłobów powiązane się pasły. Przed namiotami kilką powiewały wbite chorągiewki. Na przyźbach siedzieli gęślarze nucąc, a tłum obstępywał ich dokoła, przysłuchiwał się i wtórował...
Już zdawało się wszędzie jak nabito, a ciągle jeszcze przypływało coraz więcéj ludu. Wchodzące kupki szukały sobie miejsca, wszczynały się spory, zanosiło na bitwy, aż wójci nadbiegający rozstawiali, uspokajali i godzili.
Spokojni ludzie patrzali na tę nagłą powódź zalewającą miasto ze trwogą. Nie w smak im ona była. Wiedzieli z doświadczenia co znaczy sprowadzanie żołnierza i komu ono najdolegliwsze. Za tém szła wojna, oblężenie, głód, mordy i wszystkie plagi Boże. Ale mały człek wielkich spraw odżegnać nie zdoła. Patrzali osłupieni, a baby i dzieci tuliły się po wyżkach wylękłe.
Gdy się to działo w mieście i na targowisku, na grodzie gorzéj było jeszcze. Tam się już prawdziwe obozowisko rozkładało, choć noc nadeszła jasno było od ognisk porozpalanych, przy których ludzie leżeli, nie rozdziewając się na straży. Czaty chodziły dokoła, we wszystkich wrotach czuwały warty, z okien poodsuwanych szum i gwar straszny i światła biły, jakby wesele obchodzono. W podwórcach, choć pod okiem starszyzny, nie uszło pół dnia bez zatargu krwawego, który setnicy kijmi uciszali. Z zamku też dolatywały głosy, jakby i tam nie lepiéj się działo.
W prawo i lewo od wielkich sieni na dworcu świeciło, drzwi stały otworem szeroko, tu i tam ścisk ludzi widać było, tak że przybywający ledwie do środka dobić się mogli. Służba konwie nosiła i beczki próżne wytaczała, bo pić trzeba było dać, a po skwarze letnim żłopali chciwie kto się dorwał, jak ze studni.
W lewo kilka izb pominąwszy, była jedna największa, w któréj starszyzna siedziała u stołu, choć stół już próżny był i kubki tylko a dzbany na nim.
Na ławach jeden przy drugim, w postawach różnych, siedzieli ludzie rycerscy poopierani, pół leżący, niektórzy poskładawszy głowy na rękach ze znużenia.
Namiestnika Magnusa w tłumie tym odróżnić łatwo było, bo mu wszyscy cześć oddawali, a i postawa była nielada. Wzrost ogromny, otyłość wielka, twarz szeroka, ręce silne. Olbrzymem się wydawał przy drugich, a gdy głos zabrał, jego jednego wśród największéj wrzawy słychać było. Głową wszystkich przechodził, a że mu z niéj już dużo włosa spadło, świeciła górą biała i lśniąca. Rysy twarzy wyraziste, grube, szerokie, zdala biły w oczy. Że lato odzieży ciężkiéj na siebie nie dozwolało brać, miał kaftan szkarłatny wdziany bez gzła na ciało gołe, a na nim u szyi łańcuch ciężki złoty.
Kilku duchownych w sukniach ciemnych około niego stało, kilku tuż tylko co zbroje z siebie pozrzucali, bo na skórzanych kaftanach znać było powyciskane ich ślady.
W pośród nich na szerokiém krześle i węzgłowiu, zmieniony do niepoznania siedział niedawny kleryk, teraz pan a syn królewski Zbigniew.
W sukni mniszéj niezgrabnym był, teraz, gdy się pstro i bogato przestroił nielepiéj mu było; twarz się tylko wielce przerobiła, gniew i złość z niéj zeszły, została chytrość i buta wesoła.
Na siedzeniu swém nie siedział a leżał rozpostarty, sam się sobie przyglądając niekiedy, tak mu dziwno było iż się tu znalazł; łańcuchem, który na piersi miał bawił się uśmiechając do niego, to pasem od mieczyka, na który z ukosa czasem poglądał.
Pas był misternie kowany, sadzony i świecący.
Sukni nowéj rękawy to naciągał, to spuszczał, to koło szyi rękami przebierał, to włosy jeszcze krótkie przygładzał, bo mu postrzyżyn klasztornych wstyd było.
Przez ten czas gdy wolnym był, na brodzie mu się włos puścił rzadki swobodnie, pieścił się też nim, choć wedle życzenia nie rosnął, zasiewał się nędznie, a sterczał twardo. Rysy twarzy rozweselone nie wypiękniały, grube były i niekształtne; wzrok latał dziko, usta krzywiły się szydersko. Ludzie się doń nie bardzo garnęli, a i ci co mieli do tego ochotę, rozmówiwszy się prędko ją tracili.
Wśród kółka które go otaczało stał namiestnik Magnus, poważnie ręce za pas pozakładawszy, silnym i donośnym głosem rozmawiając ze starszyzną.
— Hej! hej! prawił śmiejąc się, już tam w Sieciechowie i w Płocku trwoga być musi. Podkrólik nasz miota się jak podsmalony. Kto wie! może już ciągnie na nas, bo to prędki człek, ale czaty rozesłane, dadzą znać w czas, będziemy wiedzieli co czynić.
— Już tam z nas, ozwał się jeden ze Szlązaków, nieposłusznych wichrzycieli uczynią, za to żeśmy się za krzywdę pańskiego dziecka ujęli. A no! niech aby jedna ziemia swojego pana ma, nie Sieciecha. — Dosyć już téj Sieciechowszczyzny.
— Pewnie! pewnie! dodał Dobek z Morawicy. Za króla i za jego krew stajemy. Matka Zbigniewa była siostrą naszą, czemuż to dziecko nie ma być tak dobre jako i drugie co je aż święty Pański na ziemię znieść musiał.
Duchowny blisko stojący, oburzył się, tak jako niegdy opat na Dobka, który język miał nieostróżny.
— Ze świętemi pańskiemi tylko się za panbrat nie stawcie — rzekł — aby wam nieświęta siła głowy z karków nie zdjęła za to bluzganie!!
Dobek, który wprzódy księdza nie widział, uderzył się po gębie, i umilkł poczuwszy winnym.
— Żart to był! rzekł pokornie po chwili.
— A no — głupi — odparł surowo duchowny, spoglądając nań z góry; świętych rzeczy usty ladajakiemi nie tykajcie, aby wam język nie usechł.
Dobek zbliżył się i w rękę go pocałował.
Żarty z duchownemi niebezpieczne były, oni panowali i rozkazywali. Duchowny nie dawał się przebłagać.
— Pamiętajcie ino dobrze, dodał, co się z bezbożnym królem Bolesławem stało, abyście i wy jak on nie zginęli marnie.
Skłonił Dobek głowę.
Po za krzesłem Zbigniewa stał młody człek, namiestnika Magnusa bratanek Zahoń; blade chłopię, jak tyczka od chmielu wyrosłe bujno a nie silnie, chude, potulne i nieśmiałe; był to przyboczny księcia dworak, który się do doń przygarnął.
Z nim po cichu mieniał słów potroszę Zbigniew.
— Nudno i u was mało nie jak w klasztorze za klauzurą, szepnął rozglądając się dokoła po twarzach i wyciągając jakby mu się na sen zbierało. Ani gędźby, ani pieśni, ani wesołego słowa, ani twarzy niewieściéj nie najrzeć.
— Miłościwe książe — szepnął Zahoń, nie pora potemu. Między taki tłum niewiast się wprowadzać nie godzi, sromałyby się bardzo, bo ludzie języków nie strzymają. Gędźby też niktby słuchać nie chciał, kiedy wszystkim w głowie że lada chwila rogi zagrają może.
Zbigniew niecierpliwie się poruszył.
— No — rzekł — naówczas też pora będzie myśleć o wojnie a na konie siadać, dziś, wolałbym dla siebie zażyć dobréj chwili a nie wędzić się w téj głupiéj wrzawie.
Spojrzał pogardliwie po ludziach i zamilkł. Zahoń nie miał co odpowiedzieć. Książę wydawał mu się nad wszystkich rozumniejszym, bo pięknie i łatwo mówić umiał. Zbigniew oczyma wodził po izbie, niekiedy poziewnął, nieraźno mu było wśród ludzi starszych, którzy o poważnych sprawach gwarzyli. Dobek zbliżył się doń jakby go chciał rozerwać, bo inni zaniedbywali.
— Cóż, miły panie, nie probowaliście dziś łuku, albo miecza? spytał — nie dosiedliście konika? Zdałoby się teraz, póki czas obeznać z rycerskiém rzemiosłem!
Zbigniew z lekceważeniem, wzgardliwie usta wykrzywił.
— O! wielka mi to nauka — odparł, noża z pochew dobyć i na odlew ciąć. Naukę tę ma parobek każdy, póki siły staje. Konia między nogi wziąć i trzymać się na nim, nie wielka też sztuka. Jam do dowództwa stworzony a nie do bicia się, a dowodzić, da Bóg potrafię.
Dobek głową potrząsał.
— I na to trzeba doświadczenia — rzekł sucho.
— To się go dostanie — ciągnął daléj tym samym tonem Zbigniew. W klasztorze mnie tego nie uczono. Za grzech mi nikt nie weźmie że do razu żołnierzem nie będę. Temu co panuje więcéj trzeba głowy niż dłoni. I uderzył się w czoło.
— E! e! zaśmiał się Dobek — obojga pono zarówno! Jak jedno będzie słabe drugie się nie na wiele przyda...
Książę się uśmiechnął pańsko, probując ręką wąsa, którego jeszcze nie miał.
— Wiemci ja co mi potrzeba — zawołał dumnie. W klasztorze mi rozumu nie wycisnęli dusząc, a myśleć dość było czasu!
Dobek, któremu się tego dnia jakoś nieszczęściło, już chciał na inny przedmiot, mniéj drażliwy nawrócić rozmowę, gdy tumult się stał u wchodu i głosy jakieś podnosić zaczęły. Magnus natychmiast niespokojne oczy w to miejsce zwrócił, kędy tysiącznik jego Pałka, nawet hełmu z głowy nie zdjąwszy, przez tłum się przeciskał szukając go oczyma niespokojnie.
— A co tam niesiesz, Pałka? zapytał zdala, przez głowy drugim Magnus.
— Miłościwy wojewodo, głośno począł przybyły, którego reszta starszyzny nie wiele obchodziła; tajemnicy w tém niema, godzi się i głośno o tém powiedzieć. Nasze czaty posła od króla oznajmują. Jutro tu ma być.
Usłyszawszy to zgromadzeni ruszyli się wszyscy.
— Poseł od króla! poseł? sam? z ludźmi! Gdzie? kto go widział? poczęto wołać ze wszech stron.
Wstał i Zbigniew ale z namarszczoną twarzą, poczuwszy urazę że się z tém oznajmieniem do namiestnika zwrócono, nie do niego, który tu już pierwszym chciał być. Wtrącił głośno:
— Któż? gdzie te posły? do mnie?
Tysiącznik mało co głowy skłoniwszy, daléj znów mówił do Magnusa, jako do swojego dowódcy.
— Poseł z niewielką garścią o milę ztąd na nocleg stanął.
— A poczet ma duży? słyszysz! przerwał Zbigniew chcąc na siebie zwrócić uwagę.
Pałka nie zbity z tropu, patrzał ciągle na Magnusa, wahając się z odpowiedzią.
— Poczet ma duży? powtórzył namiestnik.
— Jest tam, słyszę, koni może ze dwa dziesiątki — odparł Pałka.
Magnus, który, jak inni, do zbytku na królewicza nie zważał, wtrącił od siebie.
— Niewiecie kogo do nas wysłano?
— Poważny jakiś człek — mówił Pałka — mówili że się Wojsławem zowie. Ode dworu i osoby pańskiéj.
Popatrzywszy po otaczających, Magnus dał znak Pałce głową że odejść może. Skupili się starsi, poczęli szeptać i naradzać się po cichu między sobą. Widząc to Zbigniew, urażony że go na boku zostawiono, podszedł ku nim, właśnie w dobrą chwilę, gdy się starszyzna Magnusa otaczająca do drugiéj izby ruszała.
— Cóż poczniemy? zapytał królewicz stając naprzeciw namiestnika.
Zmięszał się Magnus nieco, zawahał, ciężko mu było z odpowiedzią.
— Miłościwy książe — rzekł wreście pomyślawszy długo, i nie rad widocznie że mu się książe wtrącał — dajcie nam samym naradzić się a rozważyć, potém ja, miłości waszéj przyniosę co uradziemy.
Nie w smak to poszło książęciu.
— A jaż to się wam nie zdam do rady? zawołał nieco gniewnie, oczyma złośliwemi tocząc dokoła.
Magnus go odwiódł na stronę.
— Zostańcie, wasza miłość tu — tak będzie lepiéj, rzekł, zabawiajcie się, ludzi sobie jednajcie, my z sobą śmieléj bez was mówić będziemy. Sprawy są nasze domowe, wam jeszcze nieznane... Tak lepiéj.
Nie odpowiadając już nic, Zbigniew zagniewany poszedł rzucić się na ławę i podparł łokciem, nie tając iż mu nie w smak było, odsunięcie od rady, a zbywanie się jak młokosa. Tymczasem starszyzna polska i czeska z Magnusem poczęła się wybierać do bocznéj izby, którą za nią zamknięto. Kobiety z niej pewnie przez szpary musiały się przypatrywać zgromadzeniu, bo słychać je było na widok Magnusa pierzchające, strwożone, śmiejące się i pokrzykujące...
Izba też to była dla rodziny i domowników nie od gości, sprzęty jéj mówiły o niewiastach, czuć było kądziel i zioła wonne, nabiał i jadło.
Magnus nie mając już gdzie wprowadził tu starszyznę, odprawiwszy niewiasty do kleci. Weszli milczący panowie. Kobiety zaraz drugie drzwi zasunęły za sobą... Chciał i Dobek wnijść, ale mu Magnus w progu szepnął.
— Pilnuj swojego królewicza — a zabawiaj go — my tu radzić musiemy. Co obradzimy powiemy wam.
Widać było z twarzy Magnusa niepokój jakiś i podrażnienie, inni też nie bardzo patrzali wesoło. Westchnął Magnus, odszedł nieco w głąb i do jednego z poufalszych odezwał się.
— A co? rzekł — książęcia własnego mamy!! Mnichy z niego zrobiły niewiem co. Ni z pierza ni z mięsa, ale królewska buta jest.
— Prawi niezgorzéj — odezwał się drugi — języka dosyć ma, w głowie też jasno, tylko że do roboty się nie bierze, do konia i do żelaza go nie napędzić... Rycerz z niego nie będzie tęgi.
— Patrzy jako zwierz, gdy go z nory dobędą — dodał trzeci.
Nie pochwalił nikt.
— Wszelako jaki on jest, lepszy będzie od Sieciecha — zakończył inny.
— Cóż z posłem od króla czynić będziemy? zagaił Magnus — Wojsław to krewniak Sieciechów. Ochmistrz królewicza, znam ci go, lepszy jest niż się zda.
Wszyscy po sobie patrzali, głowami potrząsając, nikt z wyjawieniem zdania nie spieszył. Najstarszy Chramy, odezwał się brodę targając, jak miał we zwyczaju.
— Ha! co się stało trudno odrabiać. Zgodziliśmy się królewicza wziąć, trzeba przy nim stać.
— A jeżeli siłą zechce nas przemagać Sieciech — mówił Magnus. Mamyż krew rozlewać?
Nie odzywał się nikt.
— Czechy nas poprą i pomogą — bąknął jeden.
— A no, pewnie, poprą tak że zajadą i złupią — rzekł Magnus — zamiast Sieciecha będziemy mieli, jakiego Przemysła! Co myślicie! Jeśli się zładzim zgodnie, dobrze, jak ma wojna być o tego mnicha, ja grodu i ziemi na łup dla niego dawać nie myślę. Nastraszą się naszéj siły, niech Zbigniew siedzi, jak nas wojować zechcą, za zdrajców i nieprzyjaciół głosić, nie warta krwi naszéj sprawa. Sieciech ma ludu dosyć.
— Oho! zawołał Czech, który nieco daléj stał, a Dobrosław było mu imie. — Jakeście prędko wzięli sprawę, tak ją też rychło rzucacie. Tożeście się zgodzili królewicza trzymać i popierać.
— Nie wypędzamy go też — odezwał się Magnus kwaśno — ino wojna, sroga rzecz. Kiedy musu do niéj niema, lepiéj nie poczynać.
— Zkądże to wiatr dziś zawiewa! wtrącił Dobrosław.
— Ten sam co i wczora — mruknął Magnus — rozumu zawsze trzeba. Sieciechowi strachu napędzić, aby nam tu nie bruździł, nie królował, toć trzeba, a od swoich odstać i ze swemi się zarzynać!!!
Warknął Czech coś niewyraźnie, inni za Magnusem trzymali.
— Królewicza nie opuściemy, rzekł jeden, a na rzeź się za niego też nie damy, i jego nie uratujemy przez to i ludzi nagubim.
— Gdy poseł przybędzie — ciągnął Magnus daléj — powiemy mu że przeciw królowi podnosić się i z królem wojować nie myślimy, przeciw Sieciecha występujemy. Niech nam król nie on panuje, niech ludzi nie wygania, niech głów nie strąca, oczów nie łupi... Dosyć było Sieciechowych rządów, jam tu z ramienia pańskiego, niechże mi równy nie rozkazuje.
— A jak król nie przystanie? — zapytał Chramy, jak się nas nie ulęknie?
Pogładził się Magnus po łysinie.
— Ja grodu na łup nie dam, rzekł, a czyja wola w polu się potykać, nikomu nie zbronno.
— Tak lepiéj, dodał drugi z boku. Kto ma wolę rozprawiać się orężnie, niech z murów wyciągnie. Grodu szkoda, na oblężenie ani żywności, ni gotowości niema.
— Ani ochoty — zakończył Magnus.
Milczał trochę, a potém dodał:
— Prawdę-li rzec? po królewiczu więcéj spodziewaliśmy się. Na kleryka on pewnie dobry, a będzie-li zeń żołnierz, nie wiem. Z oczów mu groźno patrzy, z gęby mu słodko płyną słowa, a ręce wiszą. Ni do konia ni do miecza ochoty niema. Włożył zbroiczkę, nie dotrwał w niéj pół dnia, już mu barki gniotła, aż się skrobał.
Rozśmiało się kilku, nikt nie sprzeciwiał.
Rozpoczynały się narady, gdy, drzwi przebojem otwarłszy Zbigniew się zjawił ciągnąc Dobka za sobą. Wstyd mu było z rady zostać wykluczonym.
— Cóżeście uradzili? rzekł od progu, miotając oczyma, aby wyczytać im prawdę z twarzy, nim ustami skłamią.
— Tak jak nic — odezwał się Magnus wodząc wzrokiem po swoich, zobaczemy co jutro pokaże. Nie wiemy co poseł niesie.
— A ja wiem — przerwał Zbigniew — jasna rzecz, zechcą abyście się poddali, mnie katom w ręce dając.
Oburzyli się wszyscy.
— Nie bójcie się, miłościwy książe — odparł Magnus — wziąć was z między siebie nie damy. Zawczasu dziś mówić o jutrze, niewiedząc co ono przyniesie, ale zdrady się nie dopuściemy. Król gdy posyła znać chce zgody...
Bystrém spojrzeniem po twarzach poznał Zbigniew iż przed nim tajono sprawę, a zbytniéj dlań miłości nie było. Zgadł niemal co się święciło.
— Miłościwi panowie, odezwał się podnosząc głowę. Nikogom ja nie prosił aby mnie z klasztoru wyciągano — samiście to, po dobréj woli uczynili. Teraz gdym ja swobodny, o prawa swe się upomnieć mogę — nie ustąpię od nich. Jeżeli poseł niesie zgodę i to co mi należy jako króla synowi, dobrze — zechcą-li mnie znowu zamurować a opuścicie wy mnie, pójdę do Czechów, pójdę do cesarza, pójdę do pogan badaj, a praw się upominać będę.
Mówił żywo, przejęty mocno i kilka głosów odezwało się:
— Nie opuścim miłości waszéj, nie opuściemy.
Magnus stał milczący długo.
— Będziemy przy was i za wami — odezwał się — tylko w grodzie się zamykać niebezpieczna rzecz. Gród macie jeden w ręku, dać go na zniszczenie? nie godzi się. Przyjdzie do orężnéj rozprawy, potrzeba ciągnąć w pole.
Zbigniew się zadumał.
— Pewnie, byle było z kim w pole iść — rzekł. Toć i dziecko wie, że gdy za murami tysiąc ludzi, przeciw sześciu tysiącom bronić się może i obronić, w polu równe siły mieć trzeba.
— Prawda! prawda! potakiwać zaczęto, dając się ująć wymowie.
— Zatém co? wtrącił Dobek, zkąd wziąć to wziąć, lud zbierać trzeba i siłę gromadzić. Czechy nam pomogą.
— Pomożemy — rzekł Dobrosław.
— Szlązaków pancernych i tarczowników, jazdy i pieszych, co od załogi zostaje, niech idzie z wami — odezwał się Magnus. Nie będzie tego wiele.
Książę w ziemię patrzał, lecz trwogi na nim widać nie było.
— Tak — począł głos zniżywszy, tak, panowie mili, nie prosiłem się ja z klasztoru, ale się do niego nazad wsadzić nie dam. Ludzi choćby z piekła muszę mieć.
Na to wspomnienie piekła w ustach kleryka, kilku się trwożliwie przeżegnało i cofnęło.
Z twarzami posępnemi stali dokoła wszyscy, radzić więcéj się nikomu nie chciało. Dwu bliższych drzwi wysunęło się zaraz do pierwszéj izby. Wkrótce i trzeci pociągnął za niemi.
Mało poczekawszy dwu znowu zbliżyło się do wnijścia i znikło. Magnus tylko i Dobek ze Zbigniewem zostali.
Zbliżył się Dobek z Morawicy do namiestnika.
— Na ludzi — odezwał się — trzeba złota i srebra mieć — a zkąd ich wziąć?
— Ja nie mam — krótko rzekł Magnus.
— Ani ja — dodał Dobek.
— Ni też ja — śmiejąc się szydersko dodał Zbigniew — zabrano mi wszystko i dano bodaj klasztorowi, a na co święcona woda upadnie, tego już nazad nie wyrwać. Przecie po ojcu mi się coś dostać musi, — kto mi zawierzy, temu ja stokroć zawdzięczę.
Namiestnik namyślał się, wahał, przysunął powoli do księcia i szepnął z cicha.
— Może na to znaleść się rada. Co się jutro z posłem uczyni, to nam powie co daléj mamy przedsiębrać. Do jutra spij wasza miłość spokojnie.
Skłonił się nizko. Nie pozostało nic, tylko nazad do izby powracać, ku któréj Magnus prowadził. Zbigniew wyszedł nadąsany i gniewny, w progu na Dobka skinąwszy, nie zatrzymał się już między gośćmi, — szedł wprost do izby, która mu była przeznaczona.
Miał już i dwór swój i urzędników i służbę, bo mu się na nią Czesi i Polscy wygnańcy, co go sprowadzili, złożyli.
Zaraz w pierwszych dniach, ukazało się że do występowania gromadnego, dwornego, strojnego i hałaśliwego największą przywiązywał wagę. W drodze już począł się troszczyć by jego krwi królewskiéj odpowiednio, co najrychléj się urządzić. Chwytał ludzi jacy się stręczyli, odziewał ich jaskrawo, dwu co na rogach grali zabrał z Saksonji, innych ze Szląska pościągał, od panów wyprosił, konie sobie darowywać kazał, dwór przybierał i stroił. — Więcéj mu o to szło niżeli o samą sprawę.
Za próg zamkowy teraz nie ruszył się bez gromady, którą za sobą wszędzie ciągnął. Musiał jeden przed nim miecz nosić jak przed książęciem udzielnym, drugi tarczę malowaną, dwu przeraźliwie trąbiło, inni okrzykiwali, lud rozpędzali, wołali: Pan jedzie! z drogi!
W tém jedném najbardziéj królewska się w nim krew okazywała; przepychowi jaskrawemu był rad, a gdy prawdziwego mieć nie mógł, jako tako kłamanym się odziewał. Pysznił się tak z sobą i gawiedzi podziwieniem chciał być koniecznie. Śmiał się widząc wybiegających z chat ludzi, głowy wyglądające przez okna, chowające się za węgły dzieci, i dla tego tylko na koń codzień siadał, aby się z trębaczami i dworem zabawić pokłonami ludu. Im więcéj koło niego wrzawy czyniono, tém szczęśliwszy był, na zabój w rogi grać, w bęben bić, o żelazo szczękać nakazując.
Starzy na to potrząsali głowami, a widzieli w tém pańską dumę, która zresztą w owym wieku przystała książętom i była w obyczaju.
Na zamku izba najprzedniejsza z belkami rzezanemi wzorzysto przeznaczoną dlań była. Nie brakło w niéj nic co do wygody i ozdoby służyć mogło. — Gromadka zjednanych przyjaciół, nazwana drużyną, poprzyodziewana dziwacznie, otaczała go już wierząc w jego szczęście i gotowa zań karku nastawić. Wszyscy za Dobkiem i księciem pospieszyli, czując że potrzebni być mogą. Szedł i Zahoń.
Choć nikogo za serce pochwycić nie mógł Zbigniew, królewska jego krew, nadzieja panowania, łask i datków, ludzi doń ściągała. Dobek szedł z nim jako pokrewny, spodziewając się nim zawładnąć i kierować, inni że nic lepszego do roboty nie mieli, a nadzieję jakąś świtającą widzieli.
Słuchali go wszyscy podziwiając mowę łatwą dopomagali do śmiechu, gotowi byli na wszelaką służbę. Zahoń najlepiéj błaznował, śmieszył i najniżéj się kłaniał, za co był w łaskach.
Reszta drużyny nie wiele była warta. Na wodza do przyszłego wojska, którego jeszcze nie było, nastręczył się i wparł niemal gwałtem człowiek, który pono wiele po świecie wojował, a z wojen oprócz wyprawnego języka i skóry podziurawionéj nic nie przyniósł. Kto on był dojść nie umiał nikt; Szlązakiem się mienił, przysięgał że z Głogowa był rodem, choć tam już niemiał nikogo i nikt go tam nie znał. Powiadał że wojował długo na Węgrzech, że królowi Szczodremu służył, że Ruś znał jak własne kieszenie, królom Czeskiemu i Węgierskiemu był ulubiony i tylko go zazdrość z ich dworów wypchnęła; że na Cesarskim też długo przebywał i do Włoch z nim wędrował, gdzie też nieprzyjaciół się dorobił swą cnotą. Cnotliwym się mienił wielce, a przez cnotę nieszczęśliwym. Cesarskich teraz nie lubił i psy na nich wieszał.
Człek był jeszcze urodziwy, postawny, wyszczekany, językiem do wszystkiego gotów, ruchawy pozornie, a gdy przyszło co czynić posługujący się i popychający drugich, krzyczący tylko głośno a niewiele skuteczny. Do misy i do dzbana pierwszy się zawsze stawił i najdzielniéj koło nich chodził. Chociaż skarżył się że był porąbany w wojnach okrutnie, a włos mu już szpakowaciał, chciał jeszcze służyć, jak powiadał, szczególniéj pod takim księciem, którego na pierwsze wejrzenie pokochał nadzwyczajnie. Kłaniał się do stóp królewiczowi, lizał mu ręce, rozpędzał przed nim ludzi, chodził przodem z głową odkrytą i pochlebstwy go zjednał.
Zwał się Marko Sobiejucha. Ten bodaj na głównego wojewodę swatał się Zbigniewowi; a że gadał bardzo wiele i zabiegał nieustannie, już był prawie pewien swego. Dwu też Czechów Rawitów, ludzi milczących i cichych, przyjął był sobie Zbigniew, z tych jeden Przemko podczaszym był, drugi Leszko podkomorzym.
Nie zbywało na innych dworakach, a codzień się stręczyli nowi, których niepytając przyjmowano, byle kto kaftan cały miał. Ci co występowali w lepszéj odzieży, pewni byli wyższego na nowym dworze dostojeństwa.
Dobek z Morawicy opiekun najdawniejszy, w zaufaniu był i łaskach.
Gdy się do izby wtoczył dwór książęcy za nim, znaleźli tu Marka, tylko co ze snu przebudzonego, bo się po mocném piwie wywczasowywał, dużo z nim wprzódy nadokazowawszy.
— Mnie się widzi — odezwał się Zbigniew, obejrzawszy po swoich, że obcego nie było — mnie się widzi iż na panów Szlązaków nie wiele rachować mogę — potrzeba myśleć o sobie.
— Święte słowa! wtrącił Marko, złote słowa, nikomu na świecie wierzyć nie należy, nikomu.
— Sieciech, ciągnął nie zważając książe, Szląska nie puści, póki go nie wywojujemy na nim. Trzeba ludzi. Jeżeli nie znajdę innych, do Pomorców słać potrzeba zawczasu, ci staną...
Dobek głową pokręcił.
— Ciężka z takim druhem sprawa, rzekł, nie wiecie co to za lud. Poganie są okrutni; pójdą oni dziś z wami, jutro na was, a wiary nie strzymają nikomu.
— Co? podchwycił Sobiejucha — ja ich znam. Szkalują ich, żołnierze dobrzy, ludzie nie źli, jak słowo dadzą, strzymają. Prawda że łupią, a któryż wojak nie łupi? na to wojna.
— Znasz ich? zawołał Zbigniew, jedź zaraz na Pomorze, do Gniewomira, do innych, jednaj ich dla mnie.
Marko stanął jak wryty, we włosach ręką przebierając, zafrasował się.
— Ja ich znam — rzekł — niema wątpliwości, nikt na świecie lepiéj ich nademnie znać nie może, a no jechać tam niepodobna mi. Ząb mają do mnie, powaśniłem się z niemi i ubiłem kilku, a krwi oni nie darują. Znajdziemy takich co do nich pojadą.
Dobek radził z Krakowskiego ludzi ściągnąć, gdzie lud był ochoczy i raźny, Czesi swoich stręczyli — i — nim dzień zaświtał wyprawiono posły na wsze strony potajemnie, Magnusowi nie mówiąc słowa.



VI.


Nazajutrz rano, gdy się u bram orszak Wojsława ukazał, domagając wpuszczenia z królewskiém słowem, rozkazy już były wydane, aby go na gród do namiestnika prowadzono.
Wojsław nie zbyt pańsko wystąpił, nie nadto okazale, nie miał nad jakie dwadzieścia koni z sobą. Dodany mu był duchowny, wikaryusz z Płocka, ksiądz młody, imieniem Teodor, bo naówczas żadne się poselstwo, żadna czynność ważniejsza bez duchownego rady i nadzoru nie obchodziła.
Biskupi wyżéj już stali jak wojewodowie i królowi pilno na ręce patrzali.
Znał téż Sieciech krewniaka swego, iż o ile twardym był a nieugiętym, tak równie do słowa ciężkim i w wymowie nie obrotnym.
Zbigniew od rana nie wychodził z izby swéj, wahając się, czy mu się ukazywać należało, lub wszystko zdać na namiestnika, przy którym Dobka postawił. Dworowi wszakże swemu, pogotowiu być kazał...
Poselstwo wprost od bramy, przeprowadzane przez gawiedź ciekawą, która za niém biegła aż ku dworowi, na gród się udało. Magnus już na nie czekał, całą starszyznę około siebie skupiwszy. Nienawiść ku Sieciechowi, pomimo obawy wojny, nastrajała gniewnie umysły.
W dziedzińce wjeżdżając Wojsław dojrzał, rozglądając się ciekawie, iż wszędzie ludu zbrojnego moc była wielka, jak nabito żołnierza, między którymi sporo Czechów poznawał.
Posłańcowi z królewskiém słowem uchybić nie chcąc, Magnus do progu wyszedł przeciwko niemu. Odział się na dzień ten świątecznie, ludziom téż zbrojnym na grodzie przykazał, aby wdzieli odzież i zbroje przystojne. Zsiadającego z konia przywitał w przedsieni. Spotkali się milczący, mierząc oczyma, poczém Wojsław z księdzem Teodorem szli do izby razem, gdzie czekała starszyzna liczna, jak na radę zgromadzona.
Mógł już tedy rozpoznać Wojsław, że niespodzianym tu nie był, że o nim wprzódy wiedziano, gotowano się na przyjęcie, myślano, jaką mu dać odpowiedź.
Do izby wszedłszy rzucił oczyma poseł, ażali nie ujrzy Zbigniewa, któregoby się był domyślił, choć go nie widział od dziecka. Lżéj mu się stało gdy go nie zobaczył. Dokoła tylko na ławach siedzieli ludzie posępni, gromadnie, ciasno, z brwiami namarszczonemi, z twarzami groźnemi, dłonie na mieczykach, milczący i jak do sądzenia gotowi.
Tu i owdzie spostrzegł twarz dawniéj sobie znajomą a wrogą; te których nie znał jawnie okazywały, że nie lepiéj myślały. Wstali niektórzy, inni się nawet nie podnieśli, szmer dał się słyszeć, za wchodzącymi wtoczyło się więcéj jeszcze ciekawych, wszystko zbrojne, nachmurzone. Do ucha mogły dolecieć słowa i śmieszki niemiłe, lecz Wojsław zimnym na to był i jak wszedł powolnie, tak nieustraszoném okiem obiegł ławy dokoła obojętnie, zwrócił się do Magnusa i rzekł:
— Miłościwy pan król Władysław mnie do was przysyła.
Namiestnik wskazał duchownemu i jemu miejsce przy sobie, milczenie trwało głuche dość długo, a że Wojsławowi do słowa przyjść tak zrazu łatwo nie było, prosił ks. Teodora o wyręczenie.
— Miłościwy pan Władysław przysyła nas — począł ks. Teodor — chcąc wiedzieć, prawdali to jest, że przyjęliście tu Zbigniewa, którego on chciał mieć w klasztorze? prawdali, że przyjęliście zbiegów i zdrajców, którzy na karę zasłużywszy chroniąc żywota do Czechów pouciekali!
Wstrzymał się ksiądz, Magnus obrócił ku nim i rzekł po krótkim namyśle:
— Królewicza Zbigniewa i biednych ludzi, co się niesprawiedliwie prześladowani tułali po obcych, przyjęliśmy. Tak — prawda jest.
— Więc winniście zdrady i nieposłuszeństwa? — wtrącił sam Wojsław.
— Nie jesteśmy jéj winni — rzekł Magnus. — Królewicz nieszczęśliwy miłosierdzia się ojcowskiego domagał, a zbiegowie, bracia nasi, przeciw królowi nic nie zawinili.
Gdy to mówił, z ław dokoła dało się słyszeć mruczenie naprzód, potém kilku zawołało:
— Nie zawinili przeciw króla, pana naszego, ino przeciw Sieciecha...
— Przeciw Sieciecha! — kończył Magnus. — Złości a samowoli pana Sieciechowéj dłużéj nikt z nas znosić nie chce.
— Nie! nie! nie będziemy jéj więcéj cierpieli. Nie! — poczęli z ław odzywać się siedzący śmieléj coraz.
— Z Czechami się przeciw własnemu królowi wiążecie, na własny kraj następujecie — odezwał się Wojsław zwolna. — Król o wszystkiém wié.
— Źle wie! — zawołał Magnus goręcéj — nie chcemy taksamo czeskiego panowania, jak Sieciechowego. Niech król sam nami rządzi, albo niech nam syna da.
Sieciecha nie chcemy!
— Sam król was zdrajcami mieni — odrzekł ks. Teodor — woli jego nie jesteście posłuszni.
— Innego tu zdrajcy nie ma! — wyrwał się Dobek, stojący za Magnusem — tylko Sieciech jeden. On to miłości pańskiéj nadużywa, on z kraju wierne jego sługi pędzi, on prześladuje, on obdziera, on nieprzyjaciół robi — on.
Chórem z ław wszystkich, coraz śmieléj, głośniéj coraz, zaczęto już krzyczeć niemal, zapalczywość rosła.
— On! Sieciech! zdrajca!!
Wojsław i towarzyszący mu duchowny postrzegli, że niebezpieczném było zbyt ostro przemawiać, bo umysły już się oczekiwaniem zburzyły i rozjątrzyły same. Spojrzeli po sobie. Wojsław sam zwolna począł z chłodną krwią, która go nigdy nie opuszczała.
— Nie z panem wojewodą Sieciechem to sprawa, ale z panem a królem naszym. Ja nie od Sieciecha, ale od niego tu przysłany idę. Co komu do woli i postanowienia królewskiego, który chciał tego, aby dziecko poboczne w klasztorze się chroniło, a sromoty mu nie czyniło? Nie godzi się nikomu stawać pomiędzy ojcem a dziecięciem; ojciec każdy, gdyby i królem nie był, ma prawo nad swoimi. Wolno mu z niémi czynić co chce. Dlaczegożeście srom królowi uczynili?
Dobek się wyrwał:
— Jako żywo dziecko poboczném nie jest. Matka jego, ziemianina córka, tak dobrze żoną była pańską, jako która Judyta i syn to tak dobry, jakby się z królewnéj rodził, skoro ją pan Władysław swego czasu miłował i za żonę trzymał. Srom czyni królowi, kto krzywdę czyni dziecku, nie my!! nie my!
— A zbiegowie i zdrajcy? — spytał Wojsław.
Tak nazwani zdrajcy i zbiegowie siedzieli naprzeciw mówiącego na ławach, Dobek téż do nich się liczył, więc skoro to słowo rzekł, szmer, wrzawa i zburzenie powstało wielkie.
Magnus chcąc nad nim zapanować, podniósł się, wstał i rękami a wołaniem począł zażegnywać ową burzę, ukazując, że sam mówić pragnie.
Ucichło po trosze.
— Powiem co na sercu mam — zawołał — kryć prawdy się nie godzi. Zbiegowie to są, którym nie król, ale Sieciech dokuczył i nie od króla, ale od Sieciecha uciekali, bo na ich gardło nastawał. Nie wiemy już, kto u nas panem. Władysław król czy Sieciech? On zagarnia pod siebie wszystko, krakowskim wojewodą jest, niech na Krakowie siedzi, a nam da rządzić, gdzie nas postawiono. On wojsko całe ma w ręku, on grody, zamki, urzędniki, dwór, on króla i królowę, on królewicza. Ino już nie widać, gdy zapragnie, aby sam panował.
Tego my nie zniesiemy, tego my nie damy uczynić. Równy nam ziemianin jest...
Znowu nie mogąc się powstrzymać, krzyknęli wszyscy:
— Nie zniesiemy tego! nie damy.
Ci, co siedzieli dotąd na ławach spokojnie, wstali, zaczęli się poruszać gromadnie, skupiać i postępować na izbę. W głowach szumiało, paliły się twarze, wyrywały słowa grube, łajania ostre, przekleństwa i pogróżki. Wojsławowi słyszeć ich nie godziło się, rozumieć nie było można. Magnus, który rad był uspokoić Szlązaków, rękami dawał znaki gwałtownie, ale bezskuteczne. Rozprzęgał się ład, jeden od drugiego zarażał się gniewem, powstrzymać było trudno.
Wojsław pobladł trochę, ksiądz Teodor wstał i chciał począć mówić, ufając w to, że go suknia osłaniała.
Zamilkli niektórzy, ale w dalszych rzędach i głębi wciąż jeszcze szumiało.
— Między króla a jego urzędniki, któż ma prawo wchodzić — rzekł ksiądz. — Nie nasza rzecz sądzić, co król czyni. Komu źle, niech się skarżyć idzie.
— A! tak! słyszycie! — krzyknięto z ciżby — ho! Albo go to dopuszczą? Na drodze go wezmą, do ciemnicy zasadzą, jak Janka z Borku, jak Ludka Doliwę! Jak Andrka z Bolimowa, co mu głowę Sieciech uciąć kazał. Król mówicie, albo my to króla mamy? Nie Sieciech królowi, ale pan nasz Władysław panu Sieciechowi służy!
Śmieszki urągliwe dawały się słyszeć tu i owdzie. Wojsław blady wstał.
— Nie wolno mi słuchać tego, co mówicie, bo nieprawdą to jest, a oszczerstwem. Ci, co się z posłuszeństwa wyłamują, na Sieciecha wołają, bo do woli królewskiéj zmusza. Sieciech praw — nieprawi ci, co nań nastają!
Słów tych ledwie mógł dokończyć, gdy wrzawa wzmogła się gwałtownie i zagłuszyła go.
Popędliwy Dobek pierwszy miecza dobył z pochew, drudzy téż zobaczywszy to, chwycili się do żelaza; kto co miał, nóż, mieczyk, topor, podnosząc do góry. Zgiełk powstał straszny, cisnąć się zaczęto groźnie ku posłom, tak, że Magnus poskoczywszy w czas, ręce rozpiął, sobą ich zastawił i od pierwszéj napaści obronił.
Na małoby się to jednak było przydało, bo rozjątrzenie było straszne, a nienawiść wygnańców ku Sieciechowi taka, że na krewniaka jego, co śmiał stawać w obronie Wojewody, rzuciliby się byli i rozsiekali niechybnie, gdyby z drugiéj strony o. Teodor nie stanął, a na księdza nikt nacierać nie śmiał. Ława stała niedaleko drzwi do drugiéj izby prowadzących, namiestnik prawie gwałtem popchnął w nie Wojsława, sam ciągle go sobą okrywając. Poseł z księdzem ledwie mieli czas wpaść do bocznéj izby i drzwi zaprzeć za sobą, gdy tłum runął na nie rozwścieczony i bić począł rękami i mieczami, z zapamiętałością taką, iż Magnusa nawet słuchać nie chciano i nieposzanowano.
Jak to zwykle bywa, gdy jeden pierwszy da hasło, tłum się da pociągnąć i siła w nim liczbą rośnie; pomiarkowanie i pamięć stracono, miotano się, nie zważając na kogo... Rozbijali jedni drugich do drzwi się cisnąc. W Wojsławie Sieciecha widziano i krzywd się chciano pomścić.
— Zabić! rozsiekać! — krzyczeli przodujący.
— Sieciechów służka, na gałęź z nim!
Szczęściem drzwi, za któremi skrył się Wojsław z ks. Teodorem, dębowe były, grube, kute i do wyłamania nie łatwe, choć wszyscy się na nie zwalili, barkami je chcąc wyważyć niesłuchając Magnusa, który całą siłą głosu i ramienia im się opierał.
Na całym zamku zburzyło się i zawichrzyło.
Widząc, co się w izbach działo, pachołkowie i czeladź starszyzny na ludzi Wojsławowych wpadali, spędzili ich z podwórza, aż się do szpichrza skryć musieli przed niemi, zasunąć i założyć, aby życie ocalić. Zaczęto ich tu oblegać i kamieniami ciskać.
Zbigniew posłyszawszy wrzaski, choć zrazu się porwał biedz także, strwożył się wprędce o siebie i Marka Sobiejuchę posłał tylko na zwiady, co się tam stało.
Do podobnych spraw, gdzie dziesięciu na jednego idzie, Marko był najlepszy, wrzasku rad przyczyniał i drugich popychać był gotów; zobaczywszy o co szło rzucił się ochotnie i resztę spokojnych ludzi pociągnął za sobą. Zakipiało wszędzie, nikogo nie słuchano.
Szturmowano do drzwi i do szpichrza coraz gwałtowniéj. Drzwi, za któremi skrył się Wojsław z księdzem, runęły nareszcie wyparte, wrzeciądze pękły; tłum wpadł z mieczami do komory, ale Wojsław miał czas ujść oddawna. Wylękłe niewiasty dały mu się skryć na strychy, od których drabiny odjęto i pochowano.
Napastnicy w izbie pustéj nie znaleźli nikogo, a z drugiéj patrzały niewiasty, stanąwszy śmiało ze starszemi na czele, bo wiedziały, że im się nic stać nie może.
Magnusowa żona w białéj namitce i szubce jedwabnéj, zaparła im drogę. Ręce założywszy na piersiach, z brwią namarszczoną, patrzała na oszalałych spokojnie, ani się nawet odzywając. Cofnęli się przed nią, rozbiegli po kątach, ale nikogo nie znaleźli.
— Darmo się nie trudźcie — odezwała się w ostatku groźno stara niewiasta z wyrzutem do Dobka. — Gościny nie umiecie szanować! a myśmy mu dawno konia kazały dać, aby uchodził. Nie ma go na zamku.
Ochłonęli jakoś oszaleli ludzie cichy ten i spokojny głos posłyszawszy, stanęli, miecze do pochew wkładając. Magnus nadszedł gniewny, łając i bezczecząc, wyganiać ich nazad do wielkiéj izby.
I jak się ten ogień od jednéj skry począł, tak téż rychło uśmierzył, jedni sami przyszli do opamiętania, drudzy się wzięli zagorzałych imać, odciągać, hamować i poskramiać. Wrzawa powoli ustawała, pojedyńcze głosy tylko podnosiły się w górę z odgróżkami na Sieciecha, na Wojsława, a nawet i na króla samego.
Marko Sobiejucha, przodem zawsze idący, gdzie niebezpieczeństwa nie było, u szpichrza dokazywał, aż go z rozkazu Magnusa precz odegnano. Zajrzał potém do izby i do Zbigniewa ruszył, aby go ściągnąć tam, gdzie się jeszcze ucierano, bo mógł z tego rozjątrzenia dla siebie korzystać. Królewicz się wahał jeszcze, lecz poszedłby może, gdyby od Magnusa nie przybiegł komornik z prośbą a zaleceniem, żeby się nie pokazywał, dopóki spokój nie wróci. Wojewoda i tak miał do czynienia wiele, by umysły rozjątrzone ukołysać.
Marko Sobiejucha, Dobek i inni zebrani przy Zbigniewie, radzi sprawę doprowadzić do ostatka, aby Wrocławian wmięszać w wojnę, na Magnusa wykrzykiwać zaczęli.
W wielkiéj izbie uciszało się, gdy tu zgiełk powstał.
— Namiestnik na dwu stołkach siedzi — krzyczał Dobek — my tu z nim nie sprawiemy nic, próżno się nań oglądać.
— Przechera, zdrajca jest, niegodziwiec! — wołał Sobiejucha — mówiłem od początku, to wieprz tuczny ci swojego brzucha ochrania.
— Co poczniemy? — pytał Dobka.
Zbigniew milczał gniewny.
— Nas tu jutro królowi oddadzą, z postronkami na szyjach — odezwał się Dobek.
— Zewsząd zdrada! — mówił Marko — królewicza w matnię zagarnęli.
Usłyszawszy nową wrzawę, która z mieszkania królewicza dochodziła, Magnus sam dobiegł niespokojny dowiedzieć się, co tu się burzyło, otworzył drzwi, powitano go spojrzeniami, jak wroga.
— A cóż? — począł poskakując ku niemu Dobek. — Sieciechowego bratanka wy bronicie i osłaniacie!! Wy! Jeszcze nas powiązanych oddać mu gotowi!!
— Broniłem go tak, jakbym bronił was — rzekł surowo Magnus, mierząc go oczyma — gdyby oni mordować chcieli. Robię, co mogę i com powinien, więcéj ani na włos. Posłyszeli prawdę, czekamy końca. Jeżeli król przybędzie z wojskiem, mówię otwarcie, wojować nie będziemy, oblegać się nie damy, a Sieciechowi i w oczy powtórzę com rzekł.
Zbigniew słuchał z boku stojąc, blada twarz jego zaogniła się gniewem, brwi ściągnęły, nie odpowiadając Magnusowi, odwrócił się do swoich i zawołał głośno:
— Cóż my tu dłużéj czynić będziemy, gdzie Sieciechowych bronią, a o nas nie myślą? Precz chyba iść!
— A iść! iść! — powtórzył Dobek.
— Marko — odezwał się książę, kto ze mną trzyma i chce iść razem, ludzi zwołać, strąbić, na koń, w pole, położymy się obozem, bezpieczniejsi będziemy!!
Sądził zapewne, że namiestnik wstrzymać go zechce, lecz Magnus popatrzał, skłonił głowę i rzekł:
— Gwałtem was strzymywać nie będziemy. Ja was tu miłościwy panie nie powoływał, nie obiecywałem nic. Mnie proszono, nie jam prosił. Chcecie iść, otwarte bramy, szczęść Boże.
Ochłódli wszyscy i zamilkli.
— Prawdę rzec — odezwał się uspokajając wojewoda — nie ma tu co czynić w ciasnym grodzie, w pole przyjdzie wyciągnąć dziś czy jutro. Posłów uratowałem, wrócą do króla i Sieciecha z tém, co tutaj posłyszeli. Król wojsko już zbiera, ruszy na nas z nim. Ja miasta mu nie zamknę, bo wojny wydawać nie mogę.
— A my bić sie musimy i będziemy! — krzyknął Dobek.
Zbigniew mniéj śmiało, ciszéj powtórzył za nim toż samo.
— My się bić będziemy!
— Zatém wam nie zostało nic, tylko w pole iść — zakończył Magnus.
Marko Sobiejucha, któremu we Wrocławiu wygodniéj było niż w polu, niekoniecznie podzielał to zdanie, aby z miasta wyciągnąć, stał jednak milczący, zachmurzony, bo mu się przeciwić nie godziło, gdy wszyscy jedno postanowili.
Ostygło jednak jak od zimnéj wody wszystko. Zbigniew napróżno w swoich szukał gorętszego poparcia.
W tém Magnus począł, zwracając się ku niemu.
— Wasza miłość nie będziecie się na mnie gniewać, uczyniłem com mógł, daléj nie zdążam i obiecywać nie chcę, gdy strzymać nie potrafię. Gdybyście w mieście zostali, oblegną nas, ogłodzą, oskoczą i wezmą, głowy pod miecz pójdą. Bezpieczniéj w polu. Ludzi nagubimy dużo i was tu zgubaby czekała; w szerokiém polu choćby się nie powiodło, jeszcze ujść można, do Czech schronić i lepszego czasu szukać.
— A no, a no, — odezwał się Dobek — może i wasza prawda. Grodu chronicie i o sobie myślicie, za to wam nikt nic nie powie, ale po coście Sieciechowego bratanka ocalili! Nagubił dosyć naszych Wojewoda, mieliśmy prawo się pomścić.
— I cóżby wam z krwi jego przyszło? — odparł Magnus. Królby jéj niepomszczonéj nie zostawił.
Tak się skończyło owo poselstwo królewskie, choć nie krwawo, ale bez skutku.
Gorętsi nieprzyjaciele Sieciecha, którzy na Wojsława godzili, domyślali się, że gdzieś ukryty na zamku być musiał jeszcze, a chcieli go szukać po kątach. Magnus z sobą u stołu zatrzymał ich długo, nie dając odejść. Mrokiem Wojsławowi i ludziom jego boczną furtą Pałka ułatwił ucieczkę.
Odetchnął dopiero namiestnik, gdy mu znać dano, że w pole wyjechali i bezpiecznie do lasów czas mieli się dostać. Przewidzieć teraz było łatwo, że król natychmiast z wojskiem na Wrocław pociągnie. Rad się więc był pozbyć Zbigniewa i jego ludzi z miasta, ażeby gród od niebezpieczeństwa ocalić.
Nazajutrz już Marko Sobiejucha ruszał się, gromadząc swych ludzi, zwołując Czechów, ściągając, co gdzie było ciurów a ochotników, którzy na wojnę i łupy czekali. Wygnańcy zjechali natychmiast, rozbiegając się po kraju, przyjaciół jednając i ochotników, między nienawistnemi Sieciechowi. Nie było o nich trudno, gdyż wojewoda surowością swą naraził wielu, a jego pomocnicy i przyjaciele, ufni w swą moc, po ziemiach wszystkich byli znienawidzeni.
O królu nikt nie wspomniał, nie myślał; na Sieciecha się gotowali wszyscy.
Magnus karmił, poił i czém mógł opatrywał królewiczowskich ludzi, którzy powoli oddziałami w pole wyciągali. Za niemi i Zbigniew miał iść, acz jawnym już było dla najbliższych nawet, co mu sprzyjali, że ochoty do boju wielkiéj nie miał, a głowę pełną tylko dumy, i pragnienie igraszki płochéj, jaką sobie ze dworem czynił. Szyto mu chorągwie, strojono czeladź, zbierano urzędników, ściągano trębaczy i śpiewaków, bo o to się najwięcéj troszczył... Chciał téż mieć i namioty książęce, obszywane, kraśne i pokrycia na konie szkarłatne, bez tego się nie chcąc ruszać w pole. Z grodu téż dobrze zaopatrzonego ciągnąć precz w lasy i pustkowia, gdzie i głodem przymrzéć i chłodem przyboleć i biedy zażyć było trzeba, nie miał książę ochoty.
Gdy go z klasztoru brano, spodziewał się do gotowego działu przyjść, wszystkiego znaleźć podostatkiem, a nie dobijać się swoich praw jeszcze. Narzekał, iż mu zawód srogi uczyniono.
W kilka dni już ostatki Zbigniewowych żołnierzy wyciągać miały, i on gotował się rad nie rad iść z nimi. Widząc go posępnym i złym, Magnusowi żal się krwi królewskiéj zrobiło. Dał, co mógł, w końcu radę podszepnął.
Wieczora ostatniego, gdy już w mieszkaniu Zbigniewa sakwy wiązano, węzełki ściągano i zabierano, opróżniając kąty, co się tylko dało zagarnąć, a Zahoń i dwór ciągle o coś jeszcze chodził się upominać u wojewody, Magnus sam poszedł do Zbigniewa, który od niego unikał.
Dobek ciągnął za nim w ślad, pilnując, aby królewicz sprawy sobie w czém nie popsuł, lub się nie zadarł bezpotrzebnie.
— Dam wam na odjezdném radę jedną — odezwał się Magnus — posłuchajcie, nie pożałujecie.
— Czemu nie posłuchać, aby dobra! — odezwał się Dobek, który nie dowierzał staremu i ząb doń miał od owego poselstwa.
— Nim wyciągniecie w pole, — mówił stary — jedźcie do biskupa pasterza naszego, a proście go, aby, gdy król przybędzie, wstawił się za wami. Pobożny pan usłuchać go może prędzéj niż innych.
Królewicz zbytniéj do tego nie okazując ochoty, zamruczał coś.
— Biskupie słowo wiele znaczy, ciągnął wojewoda, a o. Żyrosława król pan nasz szanuje wielce.
Dobek słuchał milcząc.
— Jeżeli do niego pojedziecie — ja z wami — dodał Magnus.
— Po co mi biskup, gdy wojnę prowadzić mam! odezwał się Zbigniew, lecz Dobek potrząsł głową.
— Choć nie wiem i ja po co do biskupam iść gotów, księdza żadnego omijać się nie godzi — straszni ludzie są.
— Staruszek ojciec nasz dobry jest — dodał Magnus — pokłonu uczynionego nie pożałujecie.
Nie było sporu o to, choć i wielkiéj ochoty nie okazywali. Zbigniew dał się pociągnąć.
Nazajutrz rano zakazał królewicz, aby dwór wystąpił okazale i licznie, wedle swojego upodobania, chciał nawet dwóch trębaczy z sobą prowadzić, aby przodem jadąc oznajmywali o nim, co mu ledwie Magnus odradził. Z żalem zostawił ich i śpiewaków, a hałaśliwą część dworu, towarzyszącą mu wszędzie, bo i bez niej ludzi było do zbytku.
W czasie pobytu we Wrocławiu królewicza, O. Żyrosław wcale się do niego nie odzywał i do spraw tych nie mięszał. Mąż to był pobożny, spokojny, chorowity, nie rad plątać w zawikłania i spory. Dosyć miał do czynienia z duchowieństwem i ludem.
Gdy orszak królewicza zbliżył się do oparkanionego dworu biskupiego, służba poznawszy Magnusa, zaraz o nim znać dała. Kapelan biskupi wyszedł na spotkanie i gości wprowadził.
Biskupa, który dla wieku i choroby z siedzenia prawie się nie ruszał, zastali skulonego we dwoje na poduszkach, w przyciemnionéj izbie, w któréj przed obrazem mała paliła się lampa.
Domyślił się starzec, kogo miał przed sobą; zobaczywszy Zbigniewa, strwożone oczy podniósł, przypatrując mu się pilnie. Książę z wielką pokorą i butę swą straciwszy, do pocałowania ręki się przybliżył. Z podziwieniem postrzegł Magnus, iż twarz mu się nawet zmieniła wielce i złagodniała.
Nie rzekłszy jeszcze słowa do nich, biskup skinął, aby go zostawiono sam na sam z królewiczem.
Magnus i Dobek do drugiéj izby ustąpili, Zbigniew pozostał, ułożywszy pokorną postawę.
— Dziecko moje — odezwał się staruszek głosem słabym — boleję nad losem waszym. Po co was skuszono, spokój klasztorny mieniać na niepewne losy?
Zbigniew, któremu może się przypomniały zakonne czasy, a może uznawszy potrzebę uniewinnienia się przed ojcem duchownym, pragnął go zjednać dla siebie; złożył ręce na piersiach, spuścił głowę i niewyraźnie, cicho, niemal bojaźliwie zaczął bełkotać.
— Pochwycono mię siłą z klasztoru ojcze przewielebny, nie mogłem się oprzéć! Zmuszono mnie dopominać się praw moich.
— Praw! praw! — pochwycił biskup — oszukano cię dziecko moje, mówiąc o prawach, miłosierdzia tylko u rodzica żądać możesz...
— Ja — ja nie władnę sobą — rzekł Zbigniew — starszyzna, panowie mnie wiodą. Nie moja wina!
Westchnął biskup, zdziwiony trochę wejrzał nań.
— Inaczéj mi o was mówiono — począł z politowaniem: Cieszę się dziecko moje, że przeciwko ojcu i królowi nie podnosicie oręża, grzechby to był wielki.
— Mam nadzieję — odezwał się, ośmielając Zbigniew — że wasza przewielebność raczycie przemówić za mną. Pozory są przeciwko mnie, lecz posłuszny iść muszę, zagrożony jestem, życia nie pewien. Nieprzyjaciele wojewody chcą mnie mieć z sobą, iść z nimi muszę. Łzy leję w skrytości...
Zamyślił się o. Żyrosław; nie posądzał księcia o fałsz a udanie, znajdował go jednak tak odmiennym od tego, o którym słyszał, że uszom własnym wierzyć mu się nie chciało.
— Z ufnością w łaskę waszą pasterską — ciągnął daléj książę — składam żal mój i utrapienie na łono jego. Nie chciejcie wydawać méj tajemnicy. Otoczony jestem ludźmi, którzy każdy krok mój i słowo śledzą. Ledwiem uprosić ich mógł, aby mi tu po błogosławieństwo waszéj przewielebności przyjść było wolno...
Z ubolewaniem patrzył nań o. Żyrosław i zdala drżącą go przeżegnał ręką.
— Jeżeli król pan nasz miłościwy przybędzie tu — rzekł — będę się starał poruszyć serce jego dla was... Chceszże wrócić do klasztoru?
Pytanie to niespodziewane wzruszyło mocno księcia, który się uczuł we własne sidła schwyconym, zamilkł nieco. Namyślał się.
— Ostra reguła ojca naszego Benedykta ciężką jest dla mnie — rzekł, zawahawszy się. Wyrwano mnie z ciszy klasztornéj, powrótby był już trudny...
Śledził go biskup oczyma i nie rzeki nic na to.
— Nieszczęśliwe losy twe — dokończył po chwili — modlić się będę za ciebie, Bóg się ulituje. Serce króla anielskie, litości pełne...
Przeżegnał go raz jeszcze. Zbigniew uniżywszy się przed biskupem, rękę jego drżącą ucałował.
O. Żyrosław dał znak stojącemu zdala naprzeciw drzwi kapelanowi, aby wojewodę wprowadził.
Wszedł Magnus, chcąc biskupa pożegnać dłużéj nie trudząc rozmową, lecz starzec zapytał go o poselstwo od króla. Wojewoda zaczął się otwarcie uskarżać na Sieciecha. Słuchał go o. Żyrosław cierpliwie, dał mu żal wylać i czynić zarzuty, a gdy skończył, westchnął boleśnie.
— Słyszę narzekanie na Sieciecha ze stron wszystkich — rzekł. — Przypomnijcie sobie czasy pierwszych panów naszych. Ile to krwi kosztowało, nim się ziemie zdobyte zlepiły w jedno państwo, aby mieć siłę przeciw sąsiadom? Chcecieli, aby znowu się rozpadły na łup Czechom, Rusi i Niemcom? Sieciech winien, że ciśnie w jednéj dłoni, co się już rozsypuje! Sieciech.
Nie mógł powstrzymać się Magnus.
— Tyranem jest! — zawołał — władzy mu się chce, królestwa dla siebie pragnie. Królowa z nim trzyma, a uchowaj Boże chory pan zemrze, nie dzieci jego wezmą państwo, ale on razem z siostrą cesarską. Powstajemy nań, bo zdrajca jest!
Gwałtowny wybuch wojewody pozostał długo bez odpowiedzi. O. Żyrosław przebierał drżącemi palcami książkę, leżącą przed nim.
— Napisano jest tu w tém piśmie, którego słowa prawdą są wiekuistą — rzekł — iż zginie wszelkie królestwo rozdzielone w sobie. Pomnijcież na to, abyście w więzy obcych nie poszli, nie umiejąc swoim być posłusznemi. Pomnijcie!
Magnusie miły — dodał biskup, spojrzawszy na Zbigniewa — wyż to myślicie wojnę syna z ojcem zażegać?
Namiestnik zamilkł, ale Dobek gorący naprzód się wysunął:
— Nie my wojnę wydajemy — rzekł — ojcze przewielebny, nie my! Bronić się będziemy tylko. Zbigniew pokrzywdzony jest, praw swoich szuka.
— Jakich praw — odparł starzec. — Na ojcu?
Dobek się namyślił i rzekł:
— Na królu!
Potrząsł biskup głową i z litością odwrócił wzrok ku Zbigniewowi, który stał pokornie, oczy w ziemię wlepiwszy.
Tak się rozmowa skończyła. Gdy przystąpili do pożegnania, o. Żyrosław zbliżającego się Zbigniewa pobłogosławił nieznacznie, a do towarzyszących mu odezwał głośno.
— Radbym was błogosławił wszystkich — nie wolno mi. Tym, co idą na wojnę, w któréj syn ma walczyć przeciw ojcu, błogosławić się nie godzi. Modlić się będę, aby Bóg odwrócił krwi rozlew, zesłał upamiętanie!
Dobek poruszony i przelękły już się miał ku progowi, pokłoniwszy się zdala, Zbigniew téż odchodził, gdy Magnus przystąpił do ręki biskupa i szepnął:
— Ja na wojnę nie ciągnę. Wasza przewielebność zechcecie mi pomódz do przejednania króla. Jakoście nam mówili słowa prawdy, rzeknijcie je panu naszemu, aby tyranii Sieciechowéj koniec położył. Inaczéj padnie w gruzy królestwo i rozsypie się.
Biskup nie odpowiedział nic, pochylił się już nad księgą i modlić zaczął.




VII.


Nie kwapili się z wyciągnięciem dworacy Zbigniewowi i on sam. Wszystko było pogotowiu, z dnia na dzień wyznaczano żegnanie się z Wrocławiem, nazajutrz czegoś brakło i królewicz rad odkładał wyjazd do obozu.
Magnus zbyć się był rad a wyprosić nie mógł ostatka.
W izbie na zamku jednego z tych wieczorów, kilku ludzi siedziało pod ścianami na ławach, między któremi Dobka z Morawicy i Marka Sobiejuchę widać było nieco na uboczu rozprawiających z sobą. Obu twarze nie wesołe były, stękali i wzdychali oba.
Izba, jedna z tych które dla gości pospolitych przeznaczono, naga, czarna była, wilgotna, zabrukana i ciemna. Kilku z drużyny Zbigniewa w niéj sypiało, bo po kątach widać było wyleżane siano, skórami i suknem ponakrywane. Stało i wiadro bodaj od piwa, nachylone aby z niego wyczerpnąć było można ostatek — ale już próżne. Na stole walały się chleba pruszyny, pod stołem leżały kości, miska i łyżka zapomniana czekała w kącie by ją sprzątnięto.
Dobek z Morawicy rozpuściwszy kaftana zaczął chodzić po izbie jako człowiek co myśli szuka a znaleść jéj nie może. Inni nań patrzali tak jakby od niego czekali czegoś a doczekać się nie mogli.
Marek Sobiejucha, człek co już nie z jednego pieca chleb jadał, a niewiele dbał z jakiego się jutro będzie żywił — siedział u okna, za okno spoglądał i poświstywał. Przerwana rozmowa, widać to było po twarzach, zostawiła po sobie niesmak jakiś. Szło im naopak, kwaśni byli wszyscy.
Na ławach siedzący, owi co tak bardzo szumieli, gdy Wojsław Sieciecha bronił, ofiary wojewody, sprzymierzeńcy królewicza, lica mieli posępne, ust teraz nie otwierali. Spoglądali po sobie trzęsąc głowami, to na Dobka który chodził rozpasany i spluwał, niby coś gorzkiego chcąc się pozbyć.
Po długiém milczeniu, czasu którego jedni ziewali, drudzy palcami kręcili, inni się rozpierali na ławach, miejsca sobie dobrać nie mogąc, Dobek stanął i głośno kląć począł.
— Porwałoby go licho! porwało! Bodaj zczezł marnie.
— Kto! zapytał Marko od okna.
— Albo ja wiem kto z brzegu! zawołał Dobek. Dużobym ich dziś dał lichu na przekąskę! Niema bo ludzi na świecie! niema! Choć kamień do szyi i w wodę.
— He! he — przerwał Marko — na to zawsze czas. Wiecie co powiem? Jam już nie jeden raz bywał w takich opałach. Dwa razy stałem nad Dunajem a raz nad Renem myśląc — a no? plusnąćby? Nie było już co robić! Nie plusnąłem i dobrze się stało — bo ot się jeszcze żyje i ciągnie. Raz, pamiętam u morza chciało mi się iść dać rybom zjeść, poczekałem z tém i chodzę po świecie... Na to zawsze czas.
— Chcieliśmy się ratować od Sieciecha — rzekł Dobek nie wiele go słuchając — poszliśmy do Czech do pana Brzetysława. Tylko że nas i tam nie kopnięto nogą. Naostatek doradzili nam królewicza wziąść. Myślałem żeśmy Pana Boga za nogi złapali. Serce się uradowało!
Magnus się obiecał że go przyjmie. Mogłoż być lepiéj?
Patrzcież co z tego urosło — królewicz, choć mój krewniak — królewicz —
To mówiąc Dobek głową począł kiwać nie kończąc, spojrzał po słuchaczach. Na ławach siedzący kiwali potakując głowami, kilku się nawet uśmiechnęło — Marko czekał jak to się daléj rozwinie, ani się przeciwił, ni pochwalał.
— Królewicz, choć mój krewniak, powtórzył Dobek — ni z pierza ni z mięsa. Licho wie czy go w kołysce baby nie zamieniły; nic tam królewskiego niema prócz buty. Je i pije dobrze, zęby wyszczerza niczego, łajać potrafi, huk i wrzawę koło siebie, świecidła i brzękadła lubi, a żeby się tak wziął do konia, do włóczni, rycerskie serce okazał, jeszcześmy nie doczekali.
— A no, przyjdzie i to — odparł Marko.
— Kiedy? spytał Dobek — klechy z niego zrobili takiego jak sami. Gada dobrze, ale na języku u niego wszystko. Dziś cały dzień przeleżał drwiąc i błaznując z Zahoniem i Piętką, a ty sobie Dobku łeb ukręć aby było co potrzeba.
Nie — królewicz się nam nie udał — powtórzył Dobek — Magnus nam zawód zrobił. Czechy gdy nadciągną to nie po co tylko aby nam z przed nosa co jest sprzątnęli, Pomorcy też gdy przyjdą, nie darmo.
— A wamby się chciało aby szło jak z płatka — rzekł Marko — gdzież to widziana rzecz? Gdym jeszcze był u Węgrów, trafiło się raz tak —
— Co mi z tego co się wam trafiło? przerwał niecierpliwie Dobek — mnie w głowie co nas tu spotka? Jak Sieciech nas wyłapie, to pościna i wywiesza.
Na ławach potwierdzające westchnienia się słyszeć dały.
— Co prawda, to prawda! mruknęło kilku.
— Nasi przyjaciele w Krakowskiém, na Szląsku, na Mazurach, którym Sieciech jak nam dokuczył i dojadł, darli się strasznie i nastawiali; obiecywali dużo. Teraz przycupnęli i siedzą cicho.
Marko, wstał, do wiadra poszedł, przechylił je, zajrzał że na dnie nic nie było i smutny wracając na ławę — począł pocieszać Dobka.
— Wasza miłość, chcielibyście aby trudne rzeczy szły łatwo! To nie może być. Baba nim chleb upiecze, osmali się i zabrucze, a co dopiero gdy królewski kołacz trzeba na stół postawić!!
Pamiętam, że gdyśmy na Węgrzech z królem Salomonem — —
— A! a! przerwał Dobek — daj że ty mi pokój z Węgrami i królem Salomonem, radziłbyś lepiéj co ze Zbigniewem poczynać.
— Co? wiadoma rzecz, ludzi ściągnąć i w pole iść a bić się — odparł inny z boku.
— Łatwo to ludzi pościągać? zawołał Dobek. Widzieliście tych których zebrano?
— Jakich naleziono, takich się ściągnęło, rzekł Marko.
— No i widzieliście przecie co to za obszarpańcy — mówił Dobek niecierpliwie — wszystko to wlecze się w łachmanach, dużo bosych co i chodaków nie mają, siła głodnych których odkarmiać trzeba, aby im dech powrócił; rzadko który dobry kij ma w ręku. Trzeba to odziać, uzbroić i nakarmić.
— O! o! to mała rzecz, gdy kto sprawę rozumie, zaśmiał się Marko. Ja wam powiem jak bywało gdym wojował na Rusi z jednym kniaziem co się goły wyrwał jak nasz i borykał się z bratem który Włodzimierz trzymał. Zaczęliśmy ludzi zewsząd ściągać takich samych bosych, gołych i głodnych, bo wiadomo że tacy są najlepsi. Człek głodny, widzicie, w ogień idzie gdy przy ogniu miska stoi, bosy zabija dla chodaków, goły dla opończy — a ten co ma wszystkiego podostatkiem, temu życia i wygody szkoda. Poszliśmy ze zbieraną drużyną na dużą osadę. Drugiego dnia ludzie z niéj wszyscy w lasy drapnęli, natłukliśmy dużo, a moi byli odziani, zbrojni i nie głodni. Jeszcześmy na wozy dużo nabrali i poprowadzili z sobą. Gołych mi dawajcie, tacy się niczego nie boją.
Dobek głową potrząsał.
— Jak pójdziemy po kraju w ten sposób się żywiąc, dopiero nas kochać będą — odezwał się.
— A nam po kata żeby oni nas miłowali, byle nas karmili? zawołał Marko.
— Pójdą wszyscy do Sieciecha, a z nim na nas — albo tego nie rozumiecie? mówił Dobek. Całego u nas majątku pono dwa kubki srebrne, co nam jeden darował Zbilut a Zdzitko drugi, — srebra ani złota nie mamy. Jakże tu wojsko zbierać, czém go zbroić i odziewać?
Począł chodzić żywiéj Dobek, a Marko podśpiewywał.
— Ja tam tego niewiem jak ono stoi u was — odezwał się przerywając piosenkę — jaki tu obyczaj, ja com po innych ziemiach z różnemi panami wojował — tyle znam, że wojna na to jest ażeby grosz i bogactwo dawała a nie brała. Po jakiegoby licha się komu zdała żeby za nią jeszcze płacić trzeba?
Tak to jakoś do przekonania trafiło Dobkowi, że długo na Marka popatrzywszy umilkł.
— Widzicie — dodał — nie na samo wojsko trzeba nam zapasu, ale żeby z tego niezdarnego królewicza co zrobić, żeby się doń ludzie garnęli — trzeba mu szat, naczynia i koni i dworu. Tego nikt nie da darmo, a bez tego on nic nie wart.
— Ba! odezwał się Marko — darmo, juści nie da nikt, ale ludzie na świecie pożyczają. Toć przecie królewskie dziecko, jak go na wojnie nie ubiją, to mu ojciec odczepnego musi dać jakich parę gródków i kawałek ziemi z osadnikami. A znowu żeby on się dał tak łacno ubić i na oszczepy leciał, nie widzi mi się. Do podwiki pono skorszy niż do oręża.
Uśmiechnęli się niektórzy.
— Młody jest, rzekli.
— Post miał zbytni w klasztorze, dodał Marko.
— Ojciec! ojciec — przerwał Dobek, albo mu da ziemię, albo mnichom napowrót odeszle i postrzyże.
Sobiejucha ramionami ruszył.
— Słuchajcie — rzekł wesoło. Prawda żem się ja parę razy w Dunaju topić chciał, a raz w morzu, biedy się dużo najadło, zawszem się przecie szczęśliwie wykręcił. Raz mi już Połowce postronek byli na szyję założyli! Mam takie szczęście że mi się nic nie stanie, a że z wami trzymam i wy się wykręcicie.
Jeżeliby zaś łeb ucięli! hm — to się o strawę na jutro nie będziemy frasować. Wy nadto na rozum bierzecie, a bezpieczniéj brać na szczęście.
Dobek się nie zdawał przekonany.
— Co mi z tego wszystkiego! rzekł — gołe słowa!
— Ja swoje prawię — powtórzył Marko... Goli jesteśmy, ale skarb mamy w królewiczu. Na jego krew dług zaciągnąć można, byle człeka znaleść co pieniądze ma.
— Takich pieniędzy, tyle grzywn co nam trzeba — odezwał się Dobek, nie łatwo gdzie znaleść.
I począł liczyć na palcach.
— Na odzież, na zbroję, na konie, na wszelakie zapasy, i na to żebyśmy się gołego pana nie wstydzili, bo choć on dwór swój wszelaką darowizną przyodział i świeci się, ale gzła ani jeden niema.
— No, i na to też trzeba — dorzucił Marko — żebyśmy my, a przynajmniéj ja żebym się koło niego pożywił, bo — wiecie o tém — ja także przywędrował tu w złą godzinę. Odarli mnie rozbójnicy w lesie, został mi tylko pachołek w chodakach, który na koniu siedzi jak pies na płocie i pasem się ściska jako osa, bo żołądek ma wyschły. Ja też koszuli dawno nie piorę bo niemam, a opończa co się świeci, tę już musiałem sobie wysłużyć niedawno...
Udał Dobek że tych zwierzeń nie słyszy.
— Wy u nas podczaszym i podskarbim i wojewodą, mówił daléj Marko, radźcie o sobie i drugich.
— Jak z próżnego nalewać — rzekł Dobek — nie potrafię.
— No, to ja wam poradzę — wtrącił Marko.
Siedzący na ławach pod ścianami, zasłyszawszy to, zwrócili nań oczy wszyscy i westchnęli.
Wstał Marko, pociągając odzienia i prostując się.
— Nie darmo człek po świecie bywał, rzekł, i na Węgrzech, i w Akwizgranie i w Kijowie i na Morawach — i gdzie się nie bywało?? Ja tu zaraz przybywszy zwąchałem jak stojemy, myślałem kędyby się pożywić.
Ja sobie prosty wojak — a wy, ludzie rozumni, jeździliście z Magnusem do biskupa, który rychléj by wziął niż dał, a nie pojechaliście tam gdzieby się można obłowić.
— Gdzież się tu obłowić? zapytał Dobek ciekawie.
— A no tam gdzie się wszyscy panowie żywią kiedy bieda — mówił Marek — albo to nie wiecie kędy królowie złoto pożyczają aby go nie oddać nigdy?
— Nie wiem.
— U Judów! zawołał Marko. Macie i tutaj pono kilku, boć oni są wszędzie i w Pradze ich siła, i w Krakowie gdzie który się już okazuje. Handlują złotem, kamieniami, niewolnikami, balsamami; srogie pieniądze i skarby mają.
Dobek ręką począł się osłaniać i bronić.
— Zaś! żebyśmy u tych nieprzyjaciół Bożych mieli co brać! niech nas od tego miłosierdzie pańskie uchowa!
Splunęli niektórzy, inni się przeżegnali z obawą.
— Tak wy o tém mówicie, ciągnął Marko niezmięszany, jakbyście nigdzie po świecie nie bywali, a o Judach nie słyszeli. Wszyscy co rozum mają, monarchowie, cesarze, królowie, książęta ciągną z nich siła. Skarby u nich ogromne. Z szatanem trzymając złoto robić umieją. Z pogany temi którzy Chrystusa pana męczyli niema wielkiego zachodu, a choćby się skórę z nich zdarło, do zbawienia jeszcze pomoże. Nagrozi się im, nafuka, nabije nawet, nie ujmie się za tém nikt, dobrze że z życiem wyjdą cali.
Dobek powoli zdawał się przychodzić do jasnego rzeczy pojęcia.
Żydów naówczas nie wiele jeszcze w Polsce było, tłumniej późniéj nieco ściągać się poczęli. Siedzieli tylko po grodach bogatsi, handle wiodąc różne. Wielkie prześladowanie, które tysiące później zagnało tutaj, gotowało się dopiero. W Pradze, Krakowie, Wrocławiu zamożniejsi osiedlili się za Władysława, trudniąc handlem, wybijaniem monety, kupnem i sprzedażą niewolników, lekami i lichwą.
— Gdym się przekonał że królewicz goły — ciągnął daléj Marko — myślałem zaraz, Judy nam trzeba na tę chorobę. Da on nam grosza gdy królewicz zażąda.
Z niedowierzaniem i ciekawością przysłuchiwał się Dobek.
— Gdzież tego Judy szukać? przebąknął.
— A widzieliście dwór na piaskach? ten co murem obwiedziony wysokim, że za nim prawie dachów nie widać?
— Czyjże jest? pytał Dobek.
Marko palcem w stronę jego ukazał i nosem pociągnął.
— Tam nam potrzeba — odezwał się — tam ja czuję złoto i wszystko czego królewiczowi brak. W domu tym mieszka Natan Ispan — azali wy o tém nie wiecie? Tylko że do niego przystęp trudny! ho!
Z ław powstawali zaciekawieni słuchacze, kołem otaczając Marka.
— A wy zkąd o tém wiecie? poczęli pytać Marka.
Sobiejucha śmiał się zwycięzko.
— Ja, rzekł, gdy wchodzę do lasu wietrzę zwierzynę, gdy wjeżdżam do miasta, wietrzę Judów. To u mnie pierwsza rzecz. Mało wiele, przyczepiwszy się doń, człek zawsze coś udrze, bo każdy Jud się boi, aby go za męczeństwo Chrystusowe nie pozywano. Więc się ich drze. Wszyscy to robią. Poco by ich żałować? Czy oni nam swaty czy braty? Wszakci to nie kto tylko ich ojcowie Pana Boga ukrzyżowali i męczyli; czemubyśmy za to ich nie mieli łupić? Sprawiedliwa rzecz i bardzo Bogu miła. Nam do Natana Ispana trzeba się dostać koniecznie, nałgać dobrze, obiecać złote góry, nastraszyć trochę da co potrzeba. Królewicz-że na Szląsku ma panować? Chce-li być Natan cały musi się zawczasu zasłużyć.
Wszyscy, nie wyjmując Dobka, z pewném poszanowaniem spoglądali na Sobiejuchę, który dawszy ten dowód przebiegłości, zdumniał. Rzucił okiem ku wiadru próżnemu, jakby wyrzucając losom niesprawiedliwość iż takiego jak on człowieka, nawet piwem nie poczęstowały. Nikt się nie odzywał, Marko splunął i ręce za pas założywszy, ciągnął daléj.
— Tak, tak, miłościwy panie — człek jestem mały ale bywały, wiem gdzie kury jaja noszą. Nie darmo człek wycierał kąty od Dunaju do Renu, od Adygi do Dniestru — i...
Ręka w powietrzu dokończyła wyliczenia.
— Rada wasza pewnie nie do pogardzenia — odezwał się Dobek — wszelako Juda by chyba głupi był żeby dawał temu co jeszcze niema nic, i niewiadomo co mieć będzie.
— Król ma serce miękkie, poruszy się — rzekł Marko.
— A Sieciech co ma serce złe nie da mu nic zrobić — wtrącił Dobek.
— A! dziecku oczu nie wykole — mówił Sobiejucha. Widzicie, miłościwy panie, gdyby koło was tak źle było jako wy trzymacie, jabym tu pewnie nie postał, abo miejsca nie zagrzał.
— A jakże trafić do Judy! zapytał Dobek — jam i na to nie mądry.
Marko się śmiał z prostoty człowieka, nad którym chwilowo brał górę.
— Miłościwy panie — począł cicho i poufnie, choć tajemnicy w tém nie było. Myszy nawet wiedzą jak się dostać do domu. Gdy drzwi zamknięte, drapią się po ścianie; gdy ściana gładka, kopią norę pod ziemią.
Powtórnie przeszedł się Marko do wiadra po piwie, zajrzał w nie, przekonał się iż w niém nic nie było, a gdy inni wyśmiewać się z niego zaczęli — zawołał.
— Co się macie śmiać? Poszedłby który z młodszych do jejmości, bo do bab bezpieczniéj gołowąsów posyłać, pokłoniłby się i rzekł że srogie pragnienie mamy, woda się w studni zaśmierdła, a piwa ani kropli. Juści przez miłosierdzie dadzą choć męty. Co ich to kwaśne piwsko kosztuje? Na polu ziarno się samo rodzi, albo mu z osypów i danin przywiozą do spichrza, chmielu po lasach i po płotach dosyć, służba do zamku idzie, jak nam mają żałować — tego co im Pan Bóg darmo daje!
Jeden z siedzących pod ścianą ruszył się przekonany argumentem, a Dobek zamyślił nad daną radą. Sobiejucha podśpiewując do okna powrócił, tamten wymknął się z izby.
Magnus właśnie przed sień zajeżdżał z za miasta powracając, gdy Dobek go tu przywitał. Nie bardzo rad był i twarzą mu to okazał, bo wszystkich Zbigniewowych z nim razem, chciał się co rychléj pozbyć z grodu, objadali go i obierali.
Wieści też już chodziły, że król z siłami znacznemi na Wrocław ciągnie. Zsiadł z konia otyły namiestnik sapiąc zmęczony, udając że Dobka nie widzi. Ten mu się kłaniał uparcie.
— Czołem i głową, miłości waszéj — powtarzał — czołem i głową.
— Bóg z wami — a co? zamruczał stary.
— Słówkoby się rzekło.
Usiedli tedy na ławie w przedsieniu.
— Długo was nie potrzymam — mówił Dobek — w pole nam na gwałt potrzeba, a niemamy o czém. Z próżnemi rękami i na nabożeństwo iść nie dobrze, co dopiero na wojnę.
— Jać skarbów nie mam — odparł groźno Magnus — com miał i co mogłem, tegom nie skąpił.
— Miłość wasza pomódz byście nam mogli pośrednictwem, opieką, dobrém słowem? rzekł Dobek.
— Gdzie? jak? u kogo?
— U Natana Ispana, jeśli się nie mylę w nazwisku, bogatego Judy, który tu mieszka — mówił Dobek — tenby królewiczowi mógł wygodzić.
Oczyma wielkiemi, zdziwionemi popatrzał Magnus na mówiącego, i nie było mu miło widocznie, że kto inny zabierał się do odzierania ze skóry tego którego on dla siebie zachował.
Po namyśle jednak, z dwojga złego wybierając, wolał pewnie by odarto żyda niż jego, i z łupem rychléj odejść mogli. Rzekł zrazu zwolna.
— Ot, czego się to wam zachciało! dobry nos macie.
Dobkowi to pochlebiło, rozśmiał się.
— Wy, miłościwy panie, pojedziecie z królewiczem i ze mną do Judy, mówił Dobek śmieléj. My goli w pole nie pociągniemy, ludzie nasi ani oręża ani okrycia nie mają, darmo nie da nikt...
Namiestnik namyślał się długo, ręce obie po obu stronach szerokiego brzucha sparł na ławie, dyszał i dumał nad odpowiedzią.
Przechodzącemu chłopcu kazał sobie przynieść kubek kwasu, wypił go, otarł usta, milczał i nie odpowiadał. Dobek czekał cierpliwie.
Zapatrzywszy się na wały i szopy naprzeciw stojące, Magnus zdawał się już zapominać o prośbie, aż Dobek ośmielił się ją ponowić
— Miłościwy panie, dla królewicza choć to uczynić się godzi! pojedziecie z nami!
Namiestnik milczał ustami tylko poruszając dziwnie, jakby przeżuwał; za trzecią razą zagadnięty uparcie, popatrzał na natręta, podniósł się, rozprostował i rzekł.
— A cóż? muszę!!
Na jutrzejszy ranek zapowiedziane były odwiedziny u Natana. Marko dowiedziawszy się o tém, nalegał mocno aby do orszaku mógł należéć, królewicz byłby się zgodził na to, ale namiestnik odmówił twardo.
Sobiejucha pogniewał się mocno.
— Przeklęty wieprz — rzekł Dobkowi — pozbawia mnie podarku! żydy zazwyczaj mają i czeladź i wszystkich obdarowywać, cośby się okroiło. Niechże się ja z nim nie spotkam na polu gdzie, bo mu brzuch rozporę.
Królewicz rad był niezmiernie, a gdy się przyszło wybierać, nie dopuścił, inaczéj jechać tylko z wielką częścią dworu swojego, z trębaczami, chorągwią i zwykłemi okrzyki. Zdało mu się, że Judę przerazi i rychléj coś z niego wyciśnie. Magnus napróżno namawiał, by w kilka koni, po cichu odbyć tę wycieczkę, uparł się królewicz i na swojém postawił.
Ruszyli tedy z tą gromadą wrzaskliwą, królewicz odziany w co miał najlepszego. Magnus jak stał, Dobek we zbroi, dwu podkomorzych z łańcuchami na szyjach pozłocistemi.
Marko w podsieni stojąc klął i pięści ukazywał zdala. Inni mieli z rady jego korzystać!
— Tak na świecie zawsze — szeptał — że kto zgotuje, ten nie jé.
Wycieczka do Natana nikomu zbyt miłą nie była. Magnus choć żydem się opiekując, wysysał z niego co mógł, ocierać się jednak o niewiernego nie lubił. Żydów obawiano się powszechnie jako czarnoksiężników, mających stosunki z siłą nieczystą, wstręt miano do wszystkiego, co ich otaczało, oprócz pieniędzy, do których czary nie przylegały.
Unikał każdy progu ich i dotknięcia; żydzi téż unikali zarówno stosunków ze światem wedle ich pojęć nieczystym i pogańskim (czcicieli gwiazd) domy ich, o ile możności stały oddzielone od zamieszkiwanych przez chrześcian, zamknięte dla nich, tak, że jedna tylko część ich dostępną było dla tych, którzy z niemi mieli stosunki. Wystawieni na samowolę i prześladowania, kryć się musieli z całém życiem swém, aby chciwości nie obudzać, nienawiści nie drażnić.
Dom Natana Ispana stał w części miasta, zwanéj na Piaskach, wysoko obmurowany dokoła.
Brama wiodąca doń z dębowego drzewa wyciosana, blachami żelaznemi okuta, stała zawsze zamknięta. Wązka furta z boku prowadziła na podwórze, a i téj nie otwierano, nie przekonawszy się wprzódy, kto i z czém przychodził. Cudzoziemskim obyczajem umocowany przy niéj był młot ciężki, którym bijąc, przyjezdni znać o sobie dawali.
Zbigniew już zdala swoim ludziom w rogi dąć kazał i pokrzykiwać, nic to jednak nie pomogło, gdyż stanąwszy u wrót, znaku życia najmniejszego przy nich nie znaleźli. Trąbiono długo i pokrzykiwano napróżno.
Jeden z czeladzi dopiero z konia skoczywszy, młotem walić począł, nie żałując furty, aż się odsunęła deska od okienka i blada twarz w czapce ogromnéj ukazała za kratą.
Z pod brwi jéj czarnych, grubych, nawisłych, wejrzenie strażnika padło na Magnusa; starczyło tego, by furtę zaraz otwierać zaczęto. Drugi z Natanowych sług pobiegł do dworu z oznajmieniem o gościu dostojnym.
Namiestnik nie chciał z końmi i całą gromadą książęcą wjeżdżać w podwórze i zsiadłszy u wrót, pieszo weszli ze Zbigniewem. Stojący u furty strażnik, pokłonem do ziemi ich witał.
Ztąd się im dopiero pokazało domostwo, w pośrodku podwórca stojące, na pozór liche, obszerne, z dachem wysokim, ścianami nizkiemi i mnóstwem kleci dokoła.
Z pozoru trudno się ty było domyślać wielkich dostatków, tak nędznie wyglądał dworzec ów nizki, otoczony słupkami drewnianemi. Okna jego kratami drewnianemi opatrzone dokoła, nie dawały wejrzeć do środka, choć otworem stały.
Sługa, który przodem pobiegł oznajmić Magnusa, tak żywo się sprawił, że nim do drzwi doszli, już się one otworzyły, a w progu ukazał sam gospodarz, wychodzący na spotkanie swych gości.
Był to starzec wysokiego wzrostu, z bardzo długą brodą siwą i oczyma prawie brwiami zasłoniętemi; ubrany w suknię ciemną jedwabną, pasem szerokim ujętą, w lekkim płaszczu czarnym na wierzch jéj zarzuconym i w zawoju na głowie.
Pokłonem nizkim i ręką od ust witał znajomego Magnusa, ale bystre jego oczy już postrzegły, że nie sam on przybywał; przebiegły Judeus domyślił się kogo i pewnie, po co wiedziono.
Zbigniew w klasztorze, we wstręcie i obrzydzeniu dla żydów wychowany, szedł niechętnie, trwożnie, ociągając się, a oczyma rzucając dokoła ciekawie. Magnus szepnął do ucha gospodarzowi kto był z nim, a ten jeszcze niżéj Zbigniewowi się pokłoniwszy, ujął w białe palce kraj jego szaty i do ust ją przyłożył. Ruch ten przestraszył niemal królewicza, lecz się zmógł na męztwo i twarz jakby do uśmiechu nastroił.
Weszli tedy w sień prawie ciemną, którą tylko otwarte drzwi oświecały. W lichém tém na pozór domostwie, nawet wnijście, zamiast zwykłego toku, było drewnianemi wyłożone dylami. Na prawo otworem już stały drzwi, a przez nie dużą izbę nie zbyt jasną widać było.
Dokoła jéj, zamiast ław leżały poduszki i kobierce nizko usłane. Część téż podłogi grubemi, ciemnemi kobiercami wyłożoną była. Stół ze świecznikiem mosiężnym w pośrodku, także był wzorzystą okryty oponą.
Zresztą nie było w izbie nic, oprócz szafy, w któréj gliniane, dziwnych kształtów naczynia, kubki i dzbanki ustawione były. Nic tu jeszcze nie oznajmywało tych wielkich dostatków, o których mówiono, złota i srebra nigdzie widać nie było.
Że innego siedzenia nad owe poduszki nie było, gospodarz wskazał je przybyłym, a sam znikł na chwilę, pospiesznym uchodząc krokiem.
Lecz jak szybko odszedł, tak prędko nazad powrócił i jedną ręką trzymając się za brodę, drugą za pas stanął w pełnéj poszanowania postawie naprzeciw Zbigniewa i Magnusa. Dobek, który się wsunął za nimi, ku kątowi się skrył, ciekawe posyłając oczy na wszystkie strony.
Do rozmowy z Natanem nie potrzeba było tłumacza, umiał on już nieco pospolitego języka, a mówiono, że i wiele innych rozumiał, bo długo wprzód żył po różnych krajach niżeli się tu dostał.
Magnus ustąpił z nim nieco na stronę, w cichości naprzód oznajmując mu, z czém i po co przybywał. Dobek zdala śledzący obu ich ruchy, postrzegł naprzód przerażenie Natana, zarzekanie się jakieś, uderzanie w piersi gwałtowne, miotanie rękami, potrząsanie głową. Potém coraz łagodniejący spór trwał dosyć długo, nim się jakby poddaniem smutném i uległością zakończył.
W tém chłopak młody w długiéj sukni ciemnéj, wniósł na płaskiéj misie cynowéj ogromną flaszę i trzy kubki pozłociste.
Na twarzy Zbigniewa trwoga się odmalowała.
— Struć nas gotów, lub zaczarować — szepnął Dobkowi.
— Cóżby mu z tego przyszło? — odparł towarzysz. — Jest sposób na to, sam on z nami napić się musi.
— Czyż nie wiesz o tém, że truciciele sposoby na to mają, ażeby im trucizna nie szkodziła — szeptał Zbigniew przelękły — ja usty nie dotknę tu ani jadła ani napoju.
— Do woli waszéj — odezwał się Dobek — ja to wiem, iż oni mają wina z gorących krajów, jakich u nas nikt nie zna, słodkie jak miód, a jak ogień rozgrzewające. Nie pogardzę przyjęciem.
Natan rad zapewne, iż przyniesione wino niemiłemu naleganiu nań folgę uczyniło, ukłonami jął na nie zapraszać, lecz Magnus téż nie bardzo rad był pić, czarów zarówno obawiając się i trucizny. Stary nalegał mocno, a nawykły widać do podobnych obrzędów, sam pierwszy nalał trochę wina do kubka, pijąc za zdrowie gości i do kolan się im kłaniając.
Wziął i Magnus kubek podany i Zbigniew téż z tą myślą, że go nazad pełnym postawi. Śmielszy a ciekawszy Dobek począł pić zaraz i skosztowawszy po piersiach się pogładził.
Napój był w istocie osobliwy, choć dla króla, ognisty, wonny, a łagodnie łechcący usta.
Tymczasem namiestnik zagajał sprawę, Zbigniew téż zbliżył się, bo gdzie szło o wymowę, łatwiéj sobie od innych poczynał, na słowach mu nigdy nie zbywało. Kto był, o co się ubiegał, opowiadać nie potrzebował. Magnus przyrzekał w imieniu jego wiele w późniéjszym czasie, gdy królewicz prawa swe odzyska, co nieochybnie nastąpić musiało.
Słuchał z wielką uwagą Natan.
— Choćby człowiek mały, jakim ja jestem, pragnął usłużyć waszéj miłości — rzekł powolnie, ważąc każde słowo — zkądże ma wziąć? Jak dostać?
Utyskiwać począł na bardzo ciężkie czasy, na handel trudny, na to, że karawany kupieckie po gościńcach nigdzie bezpieczeństwa nie miały, choćby w listy od królów opatrzone były, rozbijano je i obarczano opłatami.
Zaklinał się, iż zubożały był, że nie miał nic, nie mógł nic. Bił się w piersi, oczy podnosił ku niebu, brodę siwą targał i wzdychał.
Nic to nie pomagało, Magnus nalegał nań. Dobek po winie śmielszy, z kąta po słowie przyrzucał. Zbigniew téż zebrał się na wspaniałe obietnice, ofiarując się stwierdzić je pieczęcią swą, chociaż dotąd żadnéj nie miał. Opór ze strony napastowanego żyda trwał długo, ale namiestnik naciskał go, a ten był we Wrocławiu najwyższym rządcą; odmówić mu całkowicie, obrazić go i zniechęcić nie było bezpieczném.
Natan w końcu musiał ofiarować pewną ilość grzywien srebra i sukno dla ludzi książęcego dworu, zaklinając się, iż ostatki oddaje i sam ogołoconym będzie ze wszystkiego.
Językiem mówił złamanym, lecz żywo, gorąco, pomagając sobie ruchami, starając przebłagać pokorą. Oczy tylko ciemne z pod brwi nawisłych, ilekroć błysnęły, nienawiść z nich i gniew tryskał stłumiony.
Chociaż ofiara ta nie dochodziła przesadnych nadziei, z jakiemi Zbigniew jechał do Natana, trzeba się nią było ograniczyć. Tak radził Magnus, wziąwszy na stronę królewicza i biorąc żyda swojego w obronę. Stanęło na tém, iż królewicz oprócz zwrotu grzywien, opiekę swą Natanowi w przyszłéj dzielnicy zaręczał, pieniądze mu bić u siebie dopuszczał, handel swobodny, wolność od opłat pismem pod pieczęcią zapewnić obiecywał...
Sam Natan wedle słów tych pismo ułożyć się ofiarował, mając zawsze do pomocy kogoś, gdy mu było potrzeba; książę tylko przypieczętować miał nadanie, a świadki stały gotowe.
Tak w przeciągu godziny umowa zawartą została, zachęcony Dobka przykładem Magnus, wychylił kubków parę; naostatek i Zbigniew potajemnie przeżegnawszy napój, ośmielił się do niego. Wino było dobroci dziwnéj i uweselało cudownie; twarze się téż wyjaśniły, choć skutek wycieczki nie bardzo był pomyślny.
Natan nie chcąc swych gości bez podarków wypuścić, znikł znowu i po chwili wrócił z chłopakiem, który niósł trzy srebrne naczynia, dla królewicza jedno, drugie dla namiestnika, najmniejsze i najlżejsze Dobkowi.
Tak wyprowadzani aż za próg wyszli z lichego domku tego, opatrzeni nieco z łaski Marka, który podał pierwszy tę myśl szczęśliwą a sam nie mógł z niéj korzystać.
Kubki pozawijane w chustki jedwabne, czeladź u drzwi zabrała. Rozochocony Zbigniew dosiadając konia za furtą, która się natychmiast zamknęła za nimi, kazał w rogi uderzyć, śpiewać i pokrzykiwać ludziom, którzy tém raźniéj to spełnili, iż i im piwa i miodu wyniesiono, a tego się wcale nie wzdragali.
— Gdy panem tu będę — szepnął Zbigniew, pochylając się do ucha Dobkowi — wiesz co uczynię?
— Natana wasza miłość nagrodzi? — rzekł Dobek.
Rozśmiał się Zbigniew szydersko.
— Nie głupim — rzekł. — Zadrę się z nim, abym dwór mógł złupić. Znajdzie się w nim czém pożywić! Nieprawdaż! Nie godzi się, aby kaci Chrystusowi w skarby się wzmagali. Z szatanem trzymają niewierni i czary sprawiają. Kościołowi dam dziesięcinę...
Dobek nic nie odpowiedział, lecz wielkie powziął pojęcie o rozumie pana swojego.
— Ten królować potrafi! — rzekł w duchu.
Gdy w tryumfie z hałasem zajeżdżali napowrót na zamek, Marko czekał na nich w przedsieni, ciekaw, jak się im poszczęściło. Zbigniewa pytać nie chciał, Dobek śmiejąc się kubek mu swój pokazał i chustę jedwabną.
— Byłbym i ja podobny dostał — westchnął strapiony Sobiejucha, kubek w ręku obracając — a no mnie com to wszystko uczynił, wiecheć się za to dostał. Taka sprawiedliwość na świecie!
Na złagodzenie smutku, pół grzywny srebrnéj mu przyobiecano, a piwo i miód resztę żalu ugasiły.




VIII.


Była naówczas Kruszwica biskupią stolicą i miastem równego znaczenia z Gnieznem i Poznaniem, należała do najzamożniejszych u Polan grodów.
Szedł tędy handel ożywiony, mieszczaństwo było zamożne, ludność się pomnażała. Zamek nad jeziorem stał warowny, na tém miejscu kędy niegdyś Popielów wznosiła się wieżyca... Resztki tego dominium sterczały nad nim, czasu ciężkiego oblężenia, gdyby gród miał być opanowany, stanowiąc ostatni przytułek.
Tu Zbigniew u miasta i Gopła stał obozem ze swym zebranym z różnych stron żołnierzem. Nie było podówczas królewskiéj na zamku załogi i to go ubiedz dozwoliło, gdy z kilku pułkami przyciągnął królewicz pod Kruszwicę.
Z samego wejrzenia na obozowisko poznać łatwo było można, z czego się siły Zbigniewowe składały.
Osobno stały dwa oddziały pogan pomorskich ze stanicami swemi. Z temi chrześcianie kumać się ani chcieli ani mogli. Pomorska owa dzicz łupieżna służyła tak nieraz i Cesarzom i każdemu kto jéj chciał zażyć, byle rabunek miała bezkarny. Na zawołanie Zbigniewa poszła chętnie, z kneziem swym Przemkiem, który bez wojny żyć nie mógł, a z Polanami był w wiekuistej walce. Na uboczu się trzymali Pomorcy, gdyż się z niemi nikt drużyć nie chciał, a oni téż o tém nie myśleli.
Dwa pułki posiłków czeskich stały także osobno, z temi ani Pomorcy, ani Polanie w zgodzie nie byli i u wodopoju nawet, gdy się czeladzie spotkały, łajały się i do oszczepów porywały, wymyślając sobie wzajemnie. Czechów potajemnie wysłał Brzetysław, choć się zwało że z ochoty przyszli sami.
Dwa pułki dostarczyli téż nieprzyjaciele Sieciecha, żądając go obalić bardziéj niż Zbigniewa ratować. Ostatni siódmy oddział składał się przeważnie z samych zbiegów, których Sieciech wygnał z kraju prześladowaniem, a ci najzajadlejsi byli.
Ze wszystkich ziem znajdowało się ich tu po troszę, Krakowian i Szlązaków i Mazurów i Poznańczyków. Rycerze byli najlepsi gdyż między niemi zamożnych ziemian lik się największy znajdował.
Wysłane szpiegi donosiły że król téż wojsko miał liczne i doborne, a choć sam chory, na czele pułków iść miał na Wrocław i Zbigniewa. W Płocku jednak podobno jeszcze nie dobrze wiedziano kędy królewicza szukać, a szło bardziéj o odzyskanie Szląska, niż o Zbigniewa. Wprost więc Władysław iść miał na Magnusa naprzód, aby go przywieść do posłuszeństwa.
Nic pewnego nie było, ani gdzie, ani kiedy, ni z kim do czynienia mieć mogli Zbigniewowi. Każdy wysłany na zwiady inaczéj prawił, inak liczył, co innego rozpowiadał.
Jedni wojsko króla czynili ogromném bez miary, drudzy słabém i nie liczném, więcéj o nim baśni przynoszono niż wieści.
Dobek, który do rady stał przy Zbigniewie, acz ten nie zawsze sobie doradzać dawał, ledwie wymógł na nim aby na zamku się nie rozsiadał ze dworem swym, a przy obozie w namiotach się położył, rycerza udając, choć jawném było że nań nie został stworzony.
Królewiczowi chciało się z drużyną wygodny zamek zajmować, bo pysznić się lubił, panującego udawać i zażywać dobréj myśli.
Dopiéro gdy mu zagrożono że znienacka przyszedłszy nieprzyjaciel łacniéj go weźmie, z niewielką drużyną odłączonego, zgodził się pod namioty pójść ze swojemi.
Tu gędźbą, śpiewami, hukaniem i jasnemi sukniami a dworem więcéj się zajmował niżeli wojskiem i wojną. Śmiechów było pełno i przechwałek, bo siedm pułków owych zdawały się niezwyciężonemi.
Jesień już nadchodziła, noce były chłodne, ranki z przymrozkami, pod płótnem, choć ognie palono blizko, zaczynało być nie bardzo zaciszno. Wicher podrywał ściany, wdzierał się do wnętrza i nocami potrząsał namiotami, jakby je wywracać probował. Dwór królewicza znacznie był urósł bez potrzeby, dla wystawy tylko. Kręciło się około niego dużo pustéj młodzieży, a wieści chodziły że pod męzkiemi sukniami i biała płeć do usług była używana. Królewicz nie bardzo rad ze starszemi obcował, lubił błaznów, pochlebców, śmiechy i ludzi co od niego wszystko znosić byli gotowi.
Obóz był gwarny, bezładny, do którego ludzie się nie bardzo zbliżać śmieli. Na pagórku nad jeziorem, między kilką staremi drzewami rozpięty był namiot pański z wiechą na wierzchu, a przy nim na wysokiéj tyce zatknięta powiewała chorągiew czerwona bez żadnego znaku.
Obok niego pomniejsze dla Dobka z Morawicy, Marka i starszyzny, stały nieopodal osobną gromadą. Daléj drużyna miała porozpinane na kołach płótna, które się téż namiotami nazywały. Dla oddziałów więcéj szałasów i bud było z chrustu niżeli namiotów, ale za to dołów w ziemi pokopanych co nie miara i ognisk wiele nad któremi kociołki się grzały, a tuż dla koni rzędami stały żłoby pochwytane z miasta jako tako na kołach poumocowywane.
Ani około Zbigniewa, ni u Czechów i Pomorców, porządku wielkiego nie było; królewicz się we wszystkiém na drugich zdawał, sam niewiele czynił. Lubił tylko czasami ze dworem i trębaczami wyjechać i przeciągnąć aby mu się ciury kłaniały.
Około polskiego obozu, który był najbliżéj królewicza, ludu różnego niepotrzebnego włóczyło się dużo: gęślarzów, dziadów, bab, dzieci, błaznów i wszelkiego tałałajstwa.
Królewicz potrzebował aby go zabawiano i kłaniano mu się; bawiono go więc różnie, sprowadzono mu od warjatów począwszy, do chłopców co kozły przewracały.
Baby mu wróżyły, śpiewacy różne, często sprośne pieśni wyśpiewywali, kobzy, gęśle i liry brzęczały przez cały dzień i nocy kawałek.
Za to o czatach mało kto myślał, chyba Pomorcy, co w cudzéj ziemi się czując, na ostrożności téż mieć się musieli.
Wojsko nie było bardzo postawne ani piękne, bo na lik więcéj zważano niż na dobór ludzi. Odziewał się każdy jak miał i jak chciał, ten w opończę, tamten w kożuszynę, inny w kaftan stary, a zbroi mało gdzie widać było, tylko około księcia żelaznych ludzi zwijało się trochę. Broń téż nie była osobliwą, toporów więcéj niż miecza, dostatek pałek nabijanych i oszczepów z ladajakim żelezcem lub osmolonych tylko.
Konie mizerne mało co więcéj miały nad paszę pod nogami.
Leżąc tak obozem, to Pomorcy to Czechy, rankami, nocami wyrywali się na bliższe osady dla pożywienia, a co złupili tém żyli.
Brali i młodzież, wiążąc ją jak jeńców, trudno im co mówić było, musieli mieć zdobycz jakąś.
Gdyby się srożono precz mogli pójść, a byli potrzebni. Z okolicy téż kto mógł w lasy się wynosił daleko, i całe osady się zasiekiwały ze stadami na uroczyskach po puszczach.
Królewicz na nic nie zważał, byle mu samemu dobrze było. Dobek pilno go mający na oku, mógł się teraz bardziéj jeszcze przekonać iż pociechy z niego nie będą mieli. Trzymali go jak chorągiew w ręku przeciw Sieciechowi.
Ani do konia, ni do gonitwy, do rycerskich zapasów było go napędzić, choć Dobek, starsi a nawet Marko go wyciągał. Sobiejucha szedł najczęściej z tém aby go z namiotu dobył, siadł pić i słuchać jak bajdurzono i do nocy pozostał.
Całe tak dnie w próżnicy ubywały. Zahoń i kilku ulubieńców, zbierali śpiewaków, którzy najwięcéj swawolnych umieli pieśni, gęślarzy, gawiedzi wszelakiéj i sami im dopomagając bawili królewicza, który na stołku skórą pokrytym siedząc, nogi pozakładawszy, śmiał się aż za boki trzymał, szydził, młodzież do psich figlów pobudzał i o wszystkiém zresztą zapominał.
Dobek chodził struty, ale go wyciągnąć, ani przemienić nie mógł. Zagadał go Zbigniew, zahuczał i z niczém odprawił, a swoje robił.
Stały beczki z piwem i miodem do koła pańskiego namiotu, kto ze starszych przyszedł, nawlekli się i Czesi i Pomorcy nawet, pił, jadł, siedział i razem się zabawiał. Wychodził potém spluwając i mrucząc. Gdy o wojnie mówić przychodziło Zbigniew ziewał.
Spojrzawszy z pagórka na swe obozowisko, że dużo miejsca nad jeziorem zajmowało, zdało mu się że świat niém zawojuje.
Marko mu pomagał gębą wyszczekaną.
— Niech no się królewscy pokażą, mówili — dopiero im cięgi damy! — Nie ujdzie ich ztąd i noga.
Potopiemy w jeziorze, reszta w łyka. Odgrażali się nawet, gdyby królewscy rychło się nie stawili, że na nich gotowi iść, szukać, a choćby na sam Płock uderzyć,
Tym czasem stali, ryby łowili w jeziorze i u Kruszwickich mieszczan gościli nie proszeni po chatach.
Zbigniew który mnichów i klechów w czasie pobytu w klasztorze znienawidził, teraz na oczy dopuścić ich niechciał. Do Biskupa nawet nie szedł, a do kościoła trudno go namówić było.
Dobek i Marko chodzili do miasta, bywali na mszy; on, choć się tego nie zarzekał, z dnia na dzień odkładał, ledwie się z rana przeżegnał lub gdy czarów się uląkł jakich, to je krzyżem odganiał.
Tak upływały tygodnie na próżném leżeniu, nikt z pełna nie wiedział co daléj poczynać miano.
— Gdy zima nadejdzie — mruczał Zbigniew, gród się obwaruje, załoga osadzi.
Z Kruszwicy sobie tymczasową chciał zrobić stolicę.
Komu jak komu, Markowi, który się wojewodą nazywać kazał, wcale z tém dobrze było. Inaczéj téż wyglądał teraz, bo i pacholika onego oberwanego odział, i konie (na paszy ich nachwytawszy) zbierał, mieniał, karmił, zbroi dobréj dostał, niewiadomo jakim sposobem, we wszelaką broń się zaopatrzył, i w oczach go przybywało.
Pomorcy, którzy srodzy byli zawsze łupieżcy a handlarze, oprócz tego co z domu dla wyprawy potrzebnego zabrali, nawieźli i po drodze nagrabili dużo różnego sprzętu, który mieniali i sprzedawali.
Targowicę trzymali na obozowisku. Marko się u nich w wiele rzeczy zaopatrywał. Tak mu tu dobrze było iż sam przed sobą i innemi kłamał, przekonywując iż trwać to może bodaj wiek wieków, bo się na nich nikt napaść nie waży.
— Wiedzą ludzie że kły mamy! — mawiał, nie będą śmieli!!
Tym czasem stać obozem w siedm takich oddziałów, wśród kraju spustoszonego, coraz trudniéj było. Pomorcy daléj codzień puszczać się musieli za łupieżą, i nieraz wracali z próżnemi rękami; Czechy głodem po troszę mrąc, odgrażali się, że gdy mróz przyciśnie precz pójdą; Polacy niewiedzieli co poczną, końca nie widać było.
Gdy Dobek, rozsłuchawszy się po obozie przyszedł o tém dać znać Zbigniewowi, zaledwie go chciał słuchać. Ruszył ramionami.
— Czarno się wam widzi — rzekł, co ja na to poradzę?
— Albo się godzić, albo się bić trzeba, albo nas tu głodna śmierć wybije, mówił Dobek.
Królewicz, który właśnie patrzał na dwu chłopców pasujących się przed namiotem, z których jeden drugiego obalił i siadł na nim — począł się śmiać mocno. Na tém się rozmowa skończyła.
Drugą razą, sam na sam z Dobkiem usiłował go przemądrze przekonać, iż ojciec mu wojny nie wyda i sam o pokój go prosić musi. Mówił tak zręcznie, przekonywająco, napastliwie że Dobka na razie uspokoił.
Sam jednak pono nie wierzył w to czém go durzył.
Posłano na zwiady ku Wrocławowi, Marko o tém doniósł królewiczowi, bo się to stało bez jego wiadomości.
— A no, dobrze! odezwał się.
Sobiejucha, widząc że się to podobało, pochwalił się tém jako swém dziełem.
Czekano dni kilka na powrót Czecha, który się wprędce z językiem przyobiecał; nie było go jakoś długo. Jednego dnia ujrzano go nareście.
Człek przebiegły, roztropny, smutny jakoś przywlókł się pod namiot królewicza.
— Cóżeś to przyniósł? zapytał Zbigniew.
— Co Bóg dał, odparł Czech — król we Wrocławiu.
— Oblegał go, wziął! — zaczęto pytać w koło.
— Gdzie zaś, mówił posłany. Dali o królu znać tylko że nadciąga, wyjechał naprzeciw biskup Żyrosław miłosierdzia prosząc dla miasta swojego; za nim Magnus wyszedł pana przyjmując.
— A Sieciech? pytano.
— Na razie go tam nie było, tylko ludzie z jego ramienia. — Nie okazywał się.
— Cóż król?
— Przyjechał nie zdrów i na zamku legł odpoczywać, mówił poseł.
— Uwięziono czy ścinano? pytali jeszcze.
Czech o niczém podobném nie słyszał. Zbigniew odwróciwszy się pytać już nawet więcéj nie myślał; Dobek dopiéro nacisnął przybyłego aby mu szerzéj opowiedział o tém co widział i podsłuchał.
Była już pewność że po odpoczynku, król z Wrocławia na Kruszwicę miał ciągnąć.
— To i dobrze! zawołał zuchowato Marko, prosiemy ich tu, niech się raz skończy sprawa. Zagramy im do mogilnych pląsów, niechaj skaczą.
— Dawać ich tu! dawać! powtarzała młodzież niech no się naszym Pomorcom na zęby dostaną...
— Nie będą śmieli tu przyjść! — dodał Marko, chwalą się i chcą nastraszyć. Nie odważą się na nas nastąpić.
Skończyło się to na drwinach i śmiechu, Dobek z sobą Czecha do namiotu poprowadził i tu dopiéro, nacisnąwszy go lepiéj się o wszystko dopytał. Czech nie taił swéj trwogi. Wojsko Sieciechowe było silne, dobrze zbrojne i do wojny zaprawione. Liczbę mieli większą pewnie niż wszystkie siedm pułków królewicza, poddanie się Szlązaków i Wrocławia wbiło ich w pychę, — walka się zapowiadała ciężka.
Gdy nazajutrz zwierzył się z tém Sobiejuchowi, ten go wyśmiał jak tchórza.
— To Czechy! miłościwy panie, rzekł, jać ich na wylot znam, jam z niemi wojował, to są ludzie małego serca, zające; im się wszystko w oczach dwoi. Wojsko królewskie odziane dobrze, co z tego! — Żołnierz dobrego kożuszka więcéj niż skóry swéj żałuje. Nasz co ma łachman podarty, rzuci się na zdobycz. Niechno my się do nich weźmiemy, dopiéro zobaczymy kto lepszy.
Powrót posłańca który na zwiady chodził, poruszył trochę obóz do czynności, ale nie na długo. Patrzano na królewicza, ten trybu życia nie zmieniał, uspokoili się drudzy, widząc go spokojnym. Dobek tylko chodził posępniejszy coraz.
Zbigniewa do konia i do zbroi napędzić, nie było sposobu. Gdy mu rycerską sprawę jako naukę wystawiano, śmiał się.
— Wy sobie z tego wielką mądrość czynicie, powtarzał, co żadną nie jest. Bić się uczyć nie trzeba, bydle nawet to umie, każdy się z tém rodzi że tłuc potrafi.
Dobek z Morawicy który w słowie nie był mocny, dawał się królewiczowi pobić językiem i szyderstwem, ale było mu nie mniéj markotno. Starszyzna inna także nic dobrego nie przeczuwała. Cofać się było zapóźno, rozsypać niebezpiecznie. Najstraszniejszem było iż się tu wszystko coraz bardziéj rozprzęgało; przewidywano że gdy do boju przyjdzie, każdy na swą rękę pójdzie, uciekać.
Przemko pomorski słuchać nikogo nie myślał; czescy dowódzcy mieli téż swój rozum, polacy nikomu się powodować dać nie chcieli, a każdy inaczéj radził; Marko wojewoda dużo gadał nic nie robił. Dobek szepcząc, skarżąc się, mrucząc biegał od jednego do drugiego, niespokojny o swą skórę...
Po kilku dniach posłano znowu na zwiady, a że do tego Czesi najsprawniejsi byli, znów drugiego popchnięto, który kraj znał kilka razy go przewędrowawszy.
Zbigniewowi się zdało iż gdy starszyznę poił, karmił i bawił, a co drugi, trzeci, dzień z trębaczami obóz objechał, więcéj uczynić nie mógł. Im dłużéj stali tém się czuł bezpieczniejszym.
Trzeciego dnia Czech, nie bawiąc długo, powrócił, konia spędził w niwecz; biegł z tém, że wojsko królewskie, przy którym i Bolko królewicz był, wyciągnęło już z Wrocławia i spiesznie szło ku Kruszwicy.
Chociaż Dobek mu język za zębami trzymać kazał, nie wyszła godzina po powrocie, gdy w obozie wszystko się ruszyło jak w mrowisku gdy je kto rozgarnie. Dowiedzieli się Pomorcy, rozbudzili Czechy, Polacy poczęli o zbroi i koniach myśleć. Marko posłuchawszy o tém, zadumał się ale otuchy na razie nie stracił. Starszyzna cała poszła na radę do królewicza. Zastali go wedle obyczaju z młodzieżą, błaznami, gąślarzem u drzwi i ślepym wróżbitą; zobaczywszy ich pochodem takim dążących namarszczył się strasznie.
— A no! znowu! — zawołał do Dobka kroczącego przodem — pokoju bo mi niedajecie. Jeśli przychodzicie napić się a poweselić, tom wam rad, a jak straszyć to słuchać niechcę!
— Miłość wasza odparł Dobek, rada czy nie rada musisz nas posłuchać. Sroga bieda za pasem. Król na nas ciągnie już, siłę ma wielką, gotować się trzeba,
— To się gotujcie? — rozśmiał się Zbigniew albo wam bronię?
— Przecie obmyśleć trzeba czy naprzeciw nich iść, czy ich tu czekać? Jak się rozłożyć?
Możnaby zabiedz drogę, rwać ich z boku.
Królewicz zmilczał, patrzał do góry, a do Zahonia śmiał się boczkiem. Gęślarz nie zważając na przybyłych brząkał i nucił, że się rozmówić było trudno. Marko, który się dowództwa nad Polakami napierał i zwał się zawczasu wojewodą, począł mówić, wyręczając niechętnego pana.
— A po co się nam ruszać gdy tu dobrze stojemy? zawołał. Gród warowny i jezioro mamy pod bokiem. Jest się o co oprzéć.
Czego u licha chcieć? — jakiego wiatra w polu szukać? Ludzie co na zwiady idą, boją się wisieć to im się w oczach dwoi. Straszą nas słomianą kukłą.
Król ciągnie! — Myślą że samo imie nas strwoży! Pójdziemy ztąd, rozleziemy się, to nas po kątach tłuc będą. Nie! dostoim kroku, a przyjdą tu, posieczemy ich na drzazgi.
Przemko pomorski milczący a ponury wódz uśmiechnął się pogardliwie z wielomównego Marka. Czechy głowami wahały a wąsy gładziły. Patrzali na Zbigniewa wszyscy, ten na nich ani spojrzał.
— Skończona rzecz, rzekł w ostatku.
Będziemy stali i czekali, a gdy przyjdą, pobijemy.
Gęślarz głośniéj zanucił, drużyna po kątach chichotała, pan do rozmowy ochoty nie miał, popatrzyła na siebie drużyna.
Rozważniejszemi niepokój owładał. Przemko pomorski chciał inaczéj.
Radził się rozbiedz do koła, na wojsko królewskie, na trzęsawicach, któremi przeciągać musiało, napaść ze wszech stron niespodzianie, popłoch wzbudzić, i starać się je wpędzić w moczary. Marko nigdy cudzego rozumu nie lubił.
Powtarzał swoje. Tu stać trzeba i tu na nich czekać, wpadną między nas jak w połapkę, wytopiemy ich w Gople do nogi.
Upewniał że tym sposobum raz z nieprzyjacielem poczynał sobie nad Dunajem i wojsko wielkie, niewiadomo czyje, rybom i rakom da na pożarcie.
Mało kto go słuchał, z narady nic nie wyszło i od dnia tego każdy sam sobie po swojemu radził! Czechy, najprzebieglejsi, wysłali potajemnie szpiegów, aby wojsk królewskich ruchy śledzili i obliczyć się starali ich siłę.
Jednego wieczora, gdy w namiocie Zbigniewa jeszcze się świeciło i młodzież z panem się zabawiała, nadbiegło dwu Czechów z oznajmieniem, że królewscy już Brzeście pominęli, trzema wielkiemi oddziałami sunąc wprost na Kruszwicę. Za dzień, za dwa można się ich było spodziewać.
Popłoch się stał wielki, Marko wojewoda, który dotąd sobie lekceważył wszystko i miał za bajki co przynoszono, nagle niepokoić się zaczął bardzo.
Królewicz pozostał niewzruszonym.
— Dziś i jutro, bić się będzie potrzeba, rzekł wszystko mi jedno, czém prędzéj tém lepiéj.
Przywołano Sobiejuchę, bo w nim jednym książę miał wiarę i upodobanie.
— A wy, co mówicie! — zapytał.
— Czechowie przynieśli że królewscy nadciągają — odezwał się Marko. Jeżeli to prawda, niech ciągną, na zgubę swą tu przyjdą. Gdy się zbliżą, miłość wasza, każe wojsku z rana beczki wytoczyć i piwa dać obficie. Niech im się w głowach zawieruszy, żołnierz na czczo nic nie wart. Dopiéro się bić będą, aż strach.
Wybijemy do nogi!
Królewicz radę znajdował bardzo rozumną, po ramieniu go klepnął.
— Spodziewacie się zwycięstwa? — zapytał.
— Nie spodziewam się, ale jestem pewny — odparł Marko zmuszając się do uśmiechu, byle nam pomorcy i czechy dotrzymywały kroku. Z hukiem, wrzaskiem jak wicher wpadniemy na nich, muszą pierzchnąć...
Zbigniewowi dosyć tego było.
— A, gdybyśmy króla ojca do niewoli wzięli — odezwał się królewicz co z nim czynić będziemy?
— Wasza miłość na zamku go tym osadzicie przystojnie, żeby mu na niczém nie zbywało, niech siedzi i dożywa wieku, do rządów się nie zdał. Przy kościele mu będzie najlepiéj, a wy nam będziecie panowali.
— A z Sieciechem co zrobiemy? — pytał rozochocony pan.
— Tego zetniemy, bo żywić się tak szkodliwego stworzenia nie godzi — mówił śmiało Marko. Ja Waszéj miłości prosić będę o łup po nim, żeby do mnie należał.
— Daję ci go — odparł Zbigniew.
Sobiejucha się pokłonił.
— Może i brat młodszy popadnie się nam w ręce, z tym co? — mówił królewicz.
Milcząc Marko ręce obie do oczów przyłożył na źrenice ukazując.
Tak się naówczas, wyjęciem oczów pozbywano tych, którym życia odbierać niechcąc, czyniono ich niezdatnemi do niczego. Było to tak naturalném że Zbigniew milcząco głową potwierdził wniosek, wcale mu się nie sprzeciwiając. Łaską było, gdy się życie zostało.
— I królestwo zabiorę całe, dodał Zbigniew. W Płocku Dobka osadzę, was uczynię palatynem na miejscu Sieciecha, sam w Krakowie na Wawelu będę mieszkał, bo Kraków lubię.
— Weselszy jest i ładniejszy od Płocka — odezwał się Marko.
— I niewiasty piękniejsze ma, szepnął Zahoń.
Wszyscy się rozśmieli, niektórzy poklaskując w dłonie, aż po namiocie się rozległo i za namiotem dobrą myśl słychać było.
Poszli na sen marząc o zwycięztwie, Marko tylko, choć tak o niém prawił, do namiotu przybywszy, koło wiązania sakiew krzątać się zaczął. Było mu jakoś nie swojo.
Nazajutrz w polskim obozie przygotowań żadnych widać nie było, Pomorcy zaczęli się ruszać i nie wiele swych namiotów zwijać zawczasu, worki a węzły, których mieli dużo, ściągali do kupy, koniom kopyta opatrywali. Czechy téż mieczyki ostrzyli i zbroje przymierzali. Oni jedni nikogo już nie pytając, posłali swoich na zwiady, przykazując im ażeby nie wracali aż wojsko królewskie będzie na mniej dnia drogi od Kruszwicy.
Puścili się wysłani, tym czasem już tego dnia zgorzeliznę mocno czuć było w powietrzu, dymy się podnosiły i opadały nad lasami. Nie było wątpliwości iż się królewscy przybliżać musieli.
Marko sakwy swoje kazał na konie przymierzać, wdział na się co miał najlepszego i miodem w sobie ochotę a męztwo podbudzając, chodził i wykrzykiwał, toporek podnosząc do góry.
— Damyż my im cięgi, damy!
Nie tak wesołéj myśli był Dobek, siedział w swoim namiocie na rękach podparty i stękał a przeklinał. Zmierzchało już gdy u wchodu do namiotu postrzegł cień, który w nim stanął.
Wpatrzył się w przechodzącego, ale mrok padał, poznać nie mógł kto był. Dopiero gdy się gość zbliżył, stanąwszy tak iż mu światło na twarz uderzyło od wnijścia, poznał kapelana biskupiego, którego codzień prawie około obozu widywał. Niemłody człek, w grubą sutannę odziany z kijem w ręku, w czapce z futrem, pozdrowił go po cichu.
Dobek jak gościowi i duchownemu pierwsze miejsce dał w namiocie.
— Cóżeście to ojcze, rzekł, tak późno do nas przyszli w goście?
Obejrzał się duchowny.
— W gości albo i nie, odpowiedział. Zawsze z dobrą wolą, z dobrém słowem:
— A! dobrego nam trzeba, bo złego mieliśmy i mamy podostatkiem — odezwał się Dobek. Mówcie, ojcze kochany.
— Król się z wojskiem zbliża, rzekł ksiądz po cichu.
— My to wiemy — westchnął gospodarz.
— I syn przeciwko ojcu się bić będzie? spytał ksiądz.
— Gdy ojciec nań nastaje, bronić się musi.
— Sądzicież że się obronicie? — zapytał kapelan.
— Jeden Bóg wie — rzekł Dobek.
— Królowi ani na ludziach ani na wodzach nie zbywa! podołacież mu? mówił duchowny.
Westchnął Dobek.
— Cóż czynić mamy!
— Czemużby nie słać do króla z pokorą i nie próbować przejednania? pytał kapelan.
— Bo nam go nie dadzą.
— Jakże o tém wiecie? — począł duchowny. Miłoż to królowi, panu naszemu z własną krwią wojować! — pogany widzieć prowadzone przeciw sobie?
Podumał Dobek i spojrzał księdzu w oczy.
— Czy wy to z siebie mówicie? — spytał.
Spuścił wzrok ksiądz.
— Ojciec nasz, pasterz radby zgodę uczynić, rzekł. Przyjdzie li do boju miastu naszemu grozi téż niebezpieczeństwo. Idźcie do królewicza, pomówcie z nim, czego chce.
Jeśli możliwa rzecz, ojciec nasz przewielebny pośredniczyć będzie.
Zostawiwszy księdza pod namiotem, poszedł Dobek, choć nie z wielką nadzieją skutku do Zbigniewa. Znalazł go jak z Markiem o tych krajach rozmawiał w których piasek na pół jest ze złotem.
Na pierwsze słowo o zgodzie, jakby go co żgnęło, poskoczył królewicz.
— Ho! ho krzyknął znać że się nas boją, żeśmy dla nich za silni gdy takich sztuk zażywają.
A no — niech i tak będzie; jam nie od tego. Ojciec mnie synem pierworodnym niech uzna, pół królestwa mi da i zwierzchnią władzę, Sieciechowi łeb da uciąć lub oczy wyłupić, zapłaci moich sprzymierzeńców! Mniéj nie mogę chcieć ani przyjąć!
— Wasza miłość za mało żądasz! — zakrzyczał Marko, więcéj należy nam. Niech król pot nasz krwawy opłaci grzywnami złotemi a nie — to nas pozna!
Próżno Dobek chciał rozprawiać, zahukano go poszedł z tém do księdza, który słowa już nie rzekłszy na gród z tém do biskupa powrócił.
Nazajutrz nowych wieści nie było, tylko zgorzelizna coraz się mocniéj czuć dawała w powietrzu, dymy przylatywały gorzkie.
Około południa przyszedł znów kapelan biskupi.
— Co mi przynosicie, ojcze! radośnie począł Dobek, wesół że go powracającego zobaczył, niespodziewając się wcale.
— Przychodzę ze słowem ojca naszego, biskupa, rzekł stary ksiądz. Dziecku na łaskę ojca zdać się potrzeba a nie z rodzicem targować, w ten sposób dział jakiś otrzymać może i przebaczenie. Opatrzcie się dopóki czas, aby jutro nie było zapóźno.
Dobek mu popatrzył w oczy.
— Żartujecie! rzekł.
— Mówię jak mnie nauczono — odezwał się duchowny.
Poszedł z tém Dobek do Zbigniewa, ale tam zakrzyczano go i sponiewierano straszliwie.
— Nie nam przystało prosić i kłaniać się! — zawołał Marko, ale królowi Władysławowi, który syna swojego pierworodnego pokrzywdził!
Zaczęto wywoływać srodze, odgrażać się straszliwie. Beczki tego dnia stały gęsto, pootwierane, wszyscy byli podochoceni, w głowach mocno szumiało.
Nie było co mówić z niemi, Dobek się wyśliznął i księdza z niczém odprawił.
Sobiejucha dowodził że nie darmo tak do nich o zgodę słano.
— Czują oni żeśmy silniejsi, więc sromu unikając, zabiegają i proszą się.
Odgrażała się młodzież, radowali się starzy, rwało się wszystko do oręża, Zbigniew widział się już królem i zwycięzcą.
Mrok padał gęsty, a wesołość największa panowała w namiotach książęcych na pagórku, gdy Zahoń wpadł trochę nie swój i jak przepłoszony.
— Niechno miłość wasza wyjść raczy i popatrzeć, zawołał, bodaj czy nie królewscy to już obozują na skraju lasu, toć jutro chyba przyjdzie do rozprawy.
Nietylko królewicz, ale co żyło z pod namiotów się wyrwało.
Noc już była prawie, a że księżyca na niebie nie stało i gwiazdy okryły obłoki, ciemność wielka zalegała do koła. W téj stronie od któréj puszcze stały, jak zajrzeć okiem, rzędami ognie się jakieś paliły. Było ich tyle i tak gęstych że gorzały prawie jak niezmierne, jedno wielkie ognisko.
Nie mogło to być nic innego tylko obóz królewski, który puszcza wyrzuciła z siebie nagle, zatoczył się przed niemi znienacka ognistym wałem i groźbą.
Nadbiegły w téjże chwili i czeskie szpiegi wystraszone, zwiastując że ćma okrutna ludu ciągnęła na Kruszwicę, że jakby z ziemi wyrastały oddziały coraz nowe, bo dopiéro pod lasem tyle się ich razem zebrało.
Marko, który dotąd rad się przechwalał i odgrażał, głową trząsł i trzymając się pod boki, wąsy zagryzał.
Zbigniew, jako niedoświadczony wojak nic w tém jeszcze niebezpiecznego nie widział, gdy drudzy z liczby rozłożonych ognisk wnosili o sile królewskiego wojska.
Królewicz powtórzył tylko słyszane nieraz z ust Marka słowa.
— Jutro ich w puch rozbijemy.
Ani Dobek, ani nawet Sobiejucha nie potwierdzili téj zuchwałéj wróżby. W obozie Czechów i Pomorców powstał ruch wielki, kupy się zbierały, Przemko na koniu oklep przybiegł ukazując rozpalone ogniska. Najmężniejszy z nich wszystkich nie był bez trwogi.
— Jeżeli umyślnie dla postrachu nie pozapalali ogni, ciężka będzie przeprawa rzekł. Jak na brzask pewnie nas napadną, stać trzeba pogotowiu.
Marko, do którego się zwrócił Zbigniew, innéj rady nie miał, tylko po staremu aby ludzi nakarmić i napoić do syta.
Gdzie kto miał stanąć, jak poczynać, nie naradzano się nawet. Dobek nie położył się spać, drudzy téż ze starszyzny jęli objeżdżać pułki, ludzi przygotowując przez noc całą.
Napatrzywszy się na ogniska, Zbigniew spokojnie do namiotu powrócił i spać się układł, kazawszy rozbudzić o świcie.
Noc była czarna ale cicha, chmury zawisłe na niebie nawet się nie zdawały poruszać, odbijały się na nich blado czerwone łuny, a dym przyciśnięty do ziemi rozchodził się i rozkładał aż ku jezioru. Wśród groźnéj ciszy to psy zaszczekały i zawyły, odpowiadając sobie zdala, to konie zarżały, to jakiś gwar dziwny, niby szmer tysiąca głosów cichych przesunął się w powietrzu i skonał na wodach jeziora.
W kościele na tumie na jutrznię dzwoniono gdy świtać zaczęło, zdala tentent powolny usłyszano, który się zdawał przybliżać nieznacznie.
Zahoń obudził królewicza, bo czas było wdziewać zbroję...
Ołowiane światło dnia jesiennego, przeziérało przez szare obłoki.




IX.


Jakby na głos tego dzwonka co się ozwał z kruszwickiego kościoła czekano w królewskim obozie, wnet około namiotów ruch się rozpoczął znaczniejszy.
Stały namioty pańskie pod samym lasem u starych dębów, które już znaczniejszą część żółtych liści straciły. Rozbitych było ich kilka wielkich i ozdobnych dla Władysława, który wygody potrzebywał, bo chory wyruszył z Płocka na rozkaz Sieciecha; dla królewicza Bolka i Wojsława, dworu, kapelanów i starszyzny.
Z wieczora już zapowiedział król Władysław, że nazajutrz nie pocznie nic, dopóki się niepomodli i mszy świętéj nie wysłucha, a błogosławieństwa Bożego nie otrzyma.
Sieciecha widać nie było na czele, nie mianowano go ażeby dowodził, z ręki jego szli inni on sam prawie się kryjąc, stał na uboczu, niechcąc aby o nim wiedziano.
Na oko dowództwo było przy młodym Skarbimierzu, który się w szkole Sieciechowéj wyćwiczył. Na pułki królewskie dosyć spojrzeć było, by poznać że z niemi sprawa nie pójdzie łatwo. Żołnierz odziany, zbrojny należycie, nakarmiony, nawykły iść na skinienie, poruszał się wszystek jako jeden człek, w cichości i posłuszeństwie. Na zbroi i żelazie nie zbywało, rychlej za dużo go było, niż za mało, bo ci zwłaszcza co z końmi szli, blach mieli poczepianych na kaftanach do zbytku; tarczy, toporków, dzid, nagolenników i hełmów żelaznych było pełno.
Świtać ledwie poczynało gdy Bolko królewicz już się zerwał, budząc swoich około namiotu spoczywających i wołając że czas był się sposobić do pochodu. Nocy niedospał, tak w nim wrzało do tego boju, który się na jutro zapowiadał.
Wojsław trzymać go musiał i hamować coraz lecz podołać temu było trudno. Królewicz za wczasu począł się odziewać w bojowe suknie, nim drudzy się z posłania ruszyli. On i młoda jego służba, wesoło mieczami pobrzękiwała, przemyślając jakiby oręż więcéj przypasać mogła.
Bolko coraz to z namiotu wyjrzał.
— Dniejeli już? — nie dnieje? Czas czy nie?
Ranek był cichy, z góry nie padało nic, msza święta pod dębem odprawiać się miała. Przysposabiano już do niéj wszystko, ołtarz przykrywano, aby gdy król się ukaże, o. Lambert już ubrany, mógł zaraz stanąć u ołtarza. Od samego Wrocławia przez drogę całą król był wielce milczący i smutny, napróżno się starano natchnąć go otuchą lepszą.
Modlił się, przeczucia miał złe i płakał; wstyd mu było iść na dziecko własne. Do ostatniéj chwili czekał azali się ono nie upokorzy i o łaskę prosić nie będzie.
Przybyli potajemnie z Kruszwicy od biskupa posłani i nic nie przywieźli.
Sieciech, który niepostrzeżony pilnował króla, możeby téż był niedopuścił do zgody, pewnym będąc przewagi i zwycięztwa.
Gdy król już się odziewać miał i kożuch mu podawano, wszedł wojewoda do namiotu, ubrany jak prosty człek, szarą na zbroję opończą, aby pana uspokoił.
Drżący modlił się ciągle Władysław, spojrzeli na siebie, Sieciech już zwyciężcy miał postać.
— Niech się Miłość wasza, rzekł z uśmiechem, o bitwę tą nie troszczy. Nigdyśmy dzięki Bogu nie szli na nieprzyjaciela, pewniejsi zwycięztwa. W obozie ich nieład i niedostatek panuje. Ludzie zbierani z różnych kątów, wodza brak. Jeżeli dostoją pierwszéj napaści, rzeź sprawiemy okrutną.
Król strwożony ręce zacisnął.
— A! zabijać go nie każcie, rzekł po cichu, nie godzi się aby od moich ginął. Ojcem jestem.
Wojewoda nic nie odpowiedział, tylko mu się twarz pomarszczyła i ściągnęła.
Dniało, król zobaczywszy przez namiot z przodu odsłoniony że o. Lambert ze mszą wychodzić był gotów, prędko się ku ołtarzowi poruszył.
Do starego dębu niesiono za nim wezgłowie, na którém pokląkł. Z odkrytemi głowy stało rycerstwo do koła, stał i Bolko, cały już żelazem okryty, więcéj oczyma biegając ku Kruszwicy i nieprzyjaciół obozowi, niżeli pilnując modlitwy.
Msza upłynęła wśród uroczystego milczenia, jak kłosy od wiatru, uchylały się i podnosiły głowy, klękali i powstawali pobożni, po mszy zanucono hymn do Bogarodzicy, cicho zrazu, lecz zaledwie odezwał od ołtarza, coraz większéj liczby połączyły się głosy i uroczysta pieśń rozległa po całym obozie.

O, gospodzie uwielbiona.

Mogli go ztąd posłyszeć stojący naprzeciw Polacy i zrozumieć że tą modlitwą przysposabiano się do walki.
Król nie powstał i nie ruszył się do ostatniego pieśni słowa, do pośledniego — Amen, które silniéj jeszcze niż śpiew, zagrzmiało echem wielkim po szeregach, kilkakroć powtarzane.
Niebo ciągle chmurne było, dzień wilgotny bezdżysty, w powietrzu panowała cisza. Niekiedy tylko po nad skrajem lasu przeleciał wiatr niewiedzieć zkąd, liśćmi poruszył suchemi, podniósł je w górę i rzucił nieopodal drżące na ziemię.
Rozjaśniło się zupełnie. Pancernicy koni dosiadali i szykowali się tak, by wielkim kołem objąć obóz Zbigniewa i sam gród Kruszwicki.
Skarbimierz przez szpiegi swe wiedział kędy stały Pomorce, gdzie byli Czechy, gdzie zbiegowie polscy, Zbigniewa zaś, wśród walki, która się gotowała, łatwo się znaleść spodziewano, wiedząc jaką się drużyną i hałasem otaczał.
Podano królowi konia okrytego, ale mu niedopuścił Sieciech inaczéj jechać jak za pułkami, otoczonemu strażą dobrze zbrojną i najmężniejszą.
Siadać już mieli, gdy król stojący w gotowości, a zdający się wahać jeszcze, skinął na syna, który się na konia spinał i z nim razem wszedł do namiotu. Prawie niechętnie Bolko cugle musiał porzucić i iść do ojca. Władysław stał w pustym namiocie, który już pachołkowie opróżniwszy ściągać mieli, gdy Bolko, z młodzieńczym ogniem w oku, rad ze swojego rycerskiego rynsztunku, brzęczącego na nim wszedł do namiotu.
Król obie ręce na ramionach jego położywszy stał bezmównym długo.
— Dziecko moje, odezwał się po cichu — niech ci się dziś serce nie rwie do boju. Straszna ta walka będzie opłakana łzami mojemi. Wolałbym byś nie szedł na nią.
Królewicz zadrżał cały, aż zadźwięczały na nim żelaza i ojcu się do kolan pochylił.
— Miłościwy ojcze! a! nieżądajcież wy tego po mnie — nie żądajcie, nie strzymam się.
Wskazał ręką na wojsko szykujące się do ruszenia, na pułki które już wesołe wyciągały w pole.
— Moje miejsce tam! tam! — zawołał.
— Nie! obok mnie — Bolku! Boję się o ciebie i niechcę abyś się spotykał z tamtym. — Bratem ci jest.
— Przeciwko ojcu idący wróg nie jest mi bratem! — zawołał Bolko. Znać go niechcę. Serce twoje zasmucił, stał się nieposłusznym.
Król ręce wyciągnąwszy znowu mu je położył na ramionach i zlekka ku sobie przycisnął.
— Bolku, dziecko moje, rzekł, jeśli chcesz iść bić się koniecznie, rycerskie słowo mi daj że jego będziesz unikać.
Bolko zamilkł trochę.
— Nieznam go, rzekł.
— Poznasz, pokażą ludzie — odparł król — ocal go raczéj, nie walcz z nim, nie podnoś nań ręki, dla miłości mej.
Widząc łzy w oczach ojca stojące, Bolko zamilkł i rękę jego pocałował. Nie mówili więcéj, za namiotem odzywały się rogi i ziemia tętniała.
W milczeniu wziąwszy błogosławieństwo ojcowskie, Bolko skoczył na gniadego konia, do którego był nawykły. Kilkunastu z drużyny, młodych, jak on zapalonych do boju, zbrojnych od stóp do głów towarzyszyli mu nie odstępnie.
Ani Wojsław ani żadna siła w świecie, gdy okrzyk bojowy się dał słyszeć, powstrzymać ich i jego nie mogła. Strzedz go już tylko było potrzeba, a odcinać, bo zapamiętały biegł za siebie nie patrząc, choćby się sam jeden miał pozostać.
Zawczasu się w nim burzyło przeciw Zbigniewowi, który ojca niechciał szanować, gdy Bolko go kochał najczulej. Zapowiadał od dawna że gotów go własną ubić ręką, byle mu się nastręczył w boju, odgrażał się nań i zaklinał że mu nie daruje życia. Nie żeby z natury tak okrutnym był, lecz obrażonego ojca pragnął pomścić a w boju rozeznania nie miał, i wstrzymaćby się niepotrafił. Rozkazanie i prośby ojcowskie nie na wiele służyły.
Gdy się już rozstawione pułki ruszyły, król i Sieciech musiał zaraz posłać po Bolka, który się zbytnio naprzód wyrywał. Nakazywano mu iść w pośrodku ufca i pierwszemu na harc nie wybiegać. Wojsław ociężały, ze swym koniem równie jak on sam grubym i nieobrotnym, zaledwie się do wychowańca przysunął, już za nim pozostawał w tyle. Nie pomagała ostroga ni popędzanie.
Wedle rozkazu Skarbimierza powolnym krokiem pułki się posuwały, opasując kołem szerokiem Zbigniewa obóz i miasto. W przeciwnem wojsku widać było pośpiech wielki i zamięszanie, pułki się dopiero ściągały i szykowały na stanowiskach. Rogi odzywały się nawołując rozpierzchłych, którzy jeszcze konie poili; i od jeziora się ściągali opieszale.
Sam widok wojsk królewskich mógł ustraszyć przeciwników, tak groźnym zastępem sunęły się jako mur, gęsto zbite, najeżone dzidami i milczące...
Na staje przybliżywszy się królewscy, jakby przystanęli; każdy za oręż brał, łuk naciągał, tarczę mocował, oszczep zwieszony podnosił, aby mu przy uderzeniu nic nie brakło.
Z drugiéj strony miotano się w nieładzie, jakby niewiedząc co poczynać. Już z miejsca na którém królewscy stali widać było gdzie Zbigniewa i starszyzny szukać. Wiewał tam proporzec na długiéj żerdzi i żelazo pobłyskiwało na piersiach ludzi, którego gdzieindziéj mało było.
Rozkazał Skarbimierz naprzód całą siłą rzucić się na dowodzących, aby głowę odciąć nieprzyjacielowi. Zatrąbiono w rogi i ów mur, który się posuwał tak zwolna, teraz, jakby nim wicher i burza rzuciła, padł wprost pędem wielkim na polskie pułki otaczające Zbigniewa.
Tu stał téż najdzielniejszy żołnierz bo zbiegowie pamiętali że głów własnych bronić muszą, a Sieciech im, gdyby się w jego ręce dostali, nie daruje życia.
Bolko jak tylko rogi posłyszał i ruch poczuł około siebie, już go nic powstrzymać nie mogło. Niósł się jak jastrząb na stado spłoszone, młodzież wiodąc za sobą, gotów swoich własnych bić, gdyby mu śmieli zapierać drogę.
W jednéj chwili zmięszało się wszystko, oba wojska w jeden kłąb drgający się zbiły, w jedno ciało miotające się jak smok ogromny; prąc się wzajem, siekąc, rąbiąc i koląc.
Na prawo Pomorcy, ledwie dostawszy kroku, że tyłu zajętego nie mieli, z wrzaskiem pierzchać zaczęli tłumnie. Ci co na przeciw nich stali, puścili się w pogoń za niemi. Czechy rzucili się pierwsi przeciw królewskim mężnie a rozpaczliwie bijąc się i tu bój zawziął się srogi.
Dobek i Marko, którzy przy Zbigniewie stali a ten niewiedząc co poczynać, blady na koniu siedziąc w miejscu się okręcał, zrozumieli łacno że nie dotrzymają królewskim.
Chcieli się więc cofnąć ku miastu, bo tam za domami i ścianami obrona była łatwiejsza, a w razie ostatnim i ucieczka mniéj niebezpieczna. Lecz zaledwie się ku grodowi posunęli, gdy królewscy odcięli im do niego drogę, i na karki wsiadłszy, rozpoczęli zajadłą walkę. Bolko był w pierwszym rzędzie, zapomniawszy na prośby ojcowskie i o całym świecie, bo, gdy w nim krew zawrzała młoda, ślepym i głuchym się stawał.
Zbiegowie polscy z Dobkiem z Morawicy stali mężnie naprzeciw królewskim, broniąc się tak zacięcie iż kilkakroć szeregi ich złamali, ale coraz większemi kupami opasywano ich do koła, i garść ta rycerzy, padać poczęła jak drzewa w puszczy, gdy wicher się w nią włamie.
Marko, ów wojewoda, który tak się obiecywał do walki, kędy teraz był nikt nie wiedział. Znikł nagle, a stało się to tak iż powiedzieć nie umiał żaden gdzie się podział, czy padł, czy go osaczono, ujęto, czy go ziemia pochłonęła.
Dosyć że go już nie było.
Z małą gromadką Zbigniew parł się ku miastu i zamkowi; blady, nieumiejący mieczem ni oszczepem się bronić, zmuszony więcéj za swą młodzież się ukrywać niż na własną liczyć siłę.
Nagle naprzeciw niego stanął Bolko; który po chorągwi i otoczeniu, albo raczéj przeczuciem jakiemś brata się w nim domyślał.
Zbigniew przyciśnięty przez niego, gdy inni mu w pomoc nie przybywali, pierwszy raz za oręż pochwycił ręką drżącą i zamierzył się na niego.
Oczyma starli się bracia — Bolkowi dłoń zadrżała. Gdyby był słuchał zapalczywości swojéj ubiłby go pewnie, mając przed sobą niezręcznego do obrony i strwożonego; łzy ojcowskie stanęły mu na pamięci i pominąwszy go, z zajadłością rzucił się w bok, niechcąc patrzeć nawet na Zbigniewa. Towarzysze porwali go między siebie i co żywiéj z nim na wzgórze ku zamkowi pobiegli.
Pierwszy co pod miecz Bolka się dostał, padł ubity, gdy w tém koń jego pchnięty z boku oszczepem, na przednie upadł nogi, łbem na ziemię. Lecz Bolko już stał, a towarzysz wierny, drugiego mu poddał wierzchowca. Nim go dosiadł i obejrzał się, oddział otaczający Zbigniewa i część Polaków na gród się już wdarła.
Tyle tylko ujść ich zdołało od miecza wojsk królewskich, które zwycięzkiego boju dokonywały, osaczywszy w koło resztę nieprzyjaciół broniących się z wściekłością, bo jeńców brać nie chciano. Bój wkrótce w rzeź się zamienił. Z jednéj strony wojska były Władysławowe, z drugiej jezioro; śmierci wybór tylko od żelaza lub wody. Ci, którzy z rozpaczy wpław się rzucili, mając na sobie kaftany ciężkie i żelazo, niemogąc się utrzymać na wodzie, tonęli natychmiast prawie. Niektórzy dobywali się bezsilnie, i zaledwie ukazawszy głowy, szli znowu na dno. Do innych strzelano i dobijano kamieniami.
Na falach widać było płynące ciała i potopione konie.
Dzikim rykiem i jękami rozlegała się okolica.
Jakaś część Czechów okrwawionych, garść ocalała zbiegów polskich, po stosach trupów usiłowała się dostać do miasteczka, z którego ludność przerażona z krzykiem uciekała na pole, domy, dzieci, mienie zostawując na pastwę rozjuszonego żołnierstwa. W tém z rozkazu czy z przypadku, podłożony czy zażegnięty przez nieostrożność ogień buchnął ze strzech słomianych, gęste kłęby dymu poczęły się podnosić w powietrze. Wicher, jakby hasła czekał zerwał się nagle i poniósł iskry i płomień na sąsiednie domostwa.
Wkrótce cała osada drewniana była już jakby morzem płomieni, po nad trupów stosami, bo wojsko biło i mordowało kogo napadło, chucią krwi i zabójstwa miotane. Z pagórka gdzieniegdzie jak po deszczu strumienie, toczyły się strugi krwawe.
Ogień, miecz, woda dokonywały razem strasznego dzieła zniszczenia i śmierci.
Stało się co się dzieje gdy człowiek, własnego życia broniąc, zdziczeje i szałem się uniesie. Ludzie bili, zarzynali, mordowali bezbronnych, starców i dzieci, znęcali się nad trupami, jakby chcieli ażeby nic żywego nie pozostało na ziemi. Pomorców bijąc ścigali jedni, drudzy osaczonych Czechów żelaza im trzymając na gardle spychali do wody, inni żagwie płonące rzucali na chaty które jeszcze całe stały. Garść zbiegów z Dobkiem na czele, broniła się ze lwiém męztwem, ale z gromady stała się wkrótce kupką, późniéj garścią, wreście za stosem trupów trzymało się ich kilku, trzech: jeden, ostatni.
Płynął cały krwią, chwiał się na nogach, oczy mu zalewała posoka, mieczem konwulsyjnie miotał niewiedząc już nic, aż obalił się i on jak dąb na ciała pobitych braci.
Bolko z drużyną swą, na przedzie był gdzie walczono, zbroję miał potłuczoną oszczepami, hełm pogięty, trzeciego konia pod sobą. Krwi na szatach szerokie stały plamy. Dyszał zmęczony a nie mógł i niechciał odpocząć, dopóki bój słyszał i czuł w koło siebie.
Pod wieczór już straszliwe owe pobojowisko, jedném było śmierci łożem. Jeńców nie brał nikt... Całe brzegi jeziora stały okryte trupami ludzi, ścierwem koni, nad któremi stérczały połamane oszczepy i pokruszone pociski. Czeladź obozowa już plądrowała ściągając poobnażane zwłoki ku wodzie, spychając je do Gopła.
Jak zajrzeć było, na zmąconych jeziora, bielały gęściej coraz unoszące się trupy.
Król stał na wzgórzu i oczy zakrywał aby nie patrzeć na widok ten straszny i krwawy. Woń pobojowiska odetchnąć mu nie dawała, a odejść nie mógł i oczów na długo od grozy téj oderwać. Szukał niemi syna.
Bolko zostawszy ze swemi na pobojowisku, napróżno się oglądał z kimby jeszcze mógł walczyć, nieprzyjaciela już nie było. Nad wieczór na wrzawliwem polu panowała cisza pustynna.
Garść tylko szczupła ze Zbigniewem schroniła się do gródu, ale w nim o obronie i trzymaniu się ani myśleć nie mogła. Zamek opasany był do koła. U stóp jego dogorywało spustoszone miasteczko, wyludnione, zniszczone na wieki, gdyż co nie uszło zawczasu, padło od nielitościwego żołnierza.
Modlił się król, gdy grubą odziany opończą przyszedł Sieciech i wskazał mu na wieżycę grodu.
— Tam jest, rzekł.
Król odetchnął.
— Oddaję go opiece twéj i straży, odezwał się drżącym głosem — ale o życie dla niego — o życie proszę!
I podał Sieciechowi dłoń, który dumnie się jakoś zawahał, nim jéj dotknął.
— Miłościwy panie rzekł — masz tam litość gdzie się jéj mieć nie godzi. Nastawał na życie twe, na królestwo, na powagę ojca, na ukochane dziecię twoje — oręż na ciebie podniósł...
— Chcę by żył! — powtórzył król z siłą wielką.
— Tak — odparł szydersko Sieciech — aby tobie panie i synowi twemu życie zatruwał. — Chcesz? stanie się po woli twéj, każę go oszczędzić.
— Życie! tylko życie! — zawołał król. — Zamkniesz go, niech siedzi i pokutuje.
Wojewoda poruszył się prawie gniewnie. Nadbiegła gromada żołnierzy ze Skarbimierzem, który bojem rozpalony i zagorzały, na zamek wskazywał, bo tchnąć i mówić nie mógł.
— Zabrać tych co tam są! — zawołał Sieciech, oczy ku wieży skierowawszy.
A król — dodał żywo — życie mu kazał zachować!
Gdy tych słów domawiał, zbliżył się Bolko na koniu również jak i on okrwawionym, ale z twarzą jasną i wesołą. Dumnie wskazał ojcu ręką na pobojowisko i jezioro.
Namioty rozbijano, zsiadł z konia i ledwie rękę ojca ucałowawszy, który za nim gonił oczyma, padł znużony na ziemię. Chłopcy mu przynieśli w kubku wina, bo wody nie było żadnéj, któréjby użyć można. Studnie w mieście, jezioro trupy zaległy.
Przez długi potém czas jeszcze w opustoszałéj Kruszwicy nikt nie zaczerpnął z zatrutego Gopła wody, nikt ryb z niego nie dobywał, ludzkiém mięsem utuczonych.
Skarbimierz lękając się, aby mu garść ludzi z królewiczem na zamek zbiegłych nie uszła, pospieszył na gród, który już miano na oku. Wrota były zaparte, ale o obronie nikt nie myślał...
Gdy królewscy przybyli do bramy, kazał Skarbimierz zatrąbić, ale na odgłos ten, długo się nikt nie zjawił. Już miano zacząć tłuc i rozbijać wrota gdy w furcie człowiek się pokazał.
Do rozmów zwycięzcy nie mieli czasu ni ochoty.
— Wrota otwierać! — krzyknął Skarbimierz, gdy ja je wyłamię, nie wyjdzie nikt cało, wybić każę wszystkich tak, jakieśmy wybili tych co tam leżą.
Wskazał na brzegi jeziora.
— Wrota otwierać! — krzyknęli drudzy — bramę na oścież!
Po krótkiéj chwili wahania, poczęto drągi odwalać, zwolna odchyliły się ciężkie wrota, kilkudziesięciu ciurów stojących za niemi, padło na kolana przed Skarbimierzem, czoła chyląc ku ziemi. Nikt i nie spojrzał na nich. Królewscy poczęli zajmować wnijście i rozgaszczać się na zamku. Pochwyconych jeńców łykami wiązać zaczęto.
— Gdzie Zbigniew? — zapytał Skarbimierz.
Nie mówiąc nic ludzie pokazali dworzec pod wieżą. Wódz z kilku ludźmi poszedł do drzwi, w które oszczepami bić zaczęto.
Niedługo czekali, gdy im je bez oporu naoścież otwarto. Pacholę, które stało w progu drżące, na zapytanie o Zbigniewa, okazało drzwi na prawo.
Skarbimierz wodzem i żołnierzem był dzielnym, człowiekiem zimnym i dumnym, w boju się nie rozgrzewał zbytnio, jękami nie rozczulał. Jakim szedł na walkę, takim powracał; ciało się znużyło tylko, dusza była spokojna. Patrząc na twarz jego niktby nie odgadł zwyciężył czy przegrał; — cieszyć się jawnie ani smucić nie umiał. Kamiennym go zwano, bo i w boju, choćby najsilniéj rannym był, nie stęknął. Obawiał się go żołnierz, ale poszanowanie mieli wszyscy. Okrutnym nie był ani miękkim. Patrzał na śmierć zimném okiem, męczarni niechcąc przyczyniać nikomu.
Izby stały otworem, puste, jedna za drugą. W ostatniéj u ściany na ławie spostrzegł Skarbimierz siedzącego człowieka, nad którym drugi stał z boku z rękami spuszczonemi.
Zbigniew blady, oparty był na łokciu, usta miał zaciśnięte, w oczach wyraz zarazem dziki i strwożony.
Nim Skarbimierz wszedł i mógł doń przemówić, zmierzył go wzrokiem królewicz, jakby chciał nieprzyjaciela poznać i los swój przyszły z niego odgadnąć, — niósł mu śmierć, oślepienie czy życie i łaskę?
Ostatniéj mało się mógł spodziewać, jeńcem był krwią drogą okupionym, krnąbrnym przeciw ojcu i królowi. Ujrzawszy przystępującego Skarbimierza wahał się czy ma wstać i upokorzyć się przed nim, czy resztką dumy i przebiegłości z nim walczyć. Poruszył się i pozostał w miejscu, podniósł znowu i padł, nie pewien siebie, czoło tarł ręką, oczy spuszczał. Wreszcie jakby siłą jakąś rzucony — wstał. Skarbimierz długo nań patrzał nim się odezwał.
— Królewski rozkaz jest, abyście więźniem byli — odezwał się krótko. Zechcecieli zbiedz lub z zamku się wyzwolić, życia waszego nie będę szczędzić.
Z pod brwi nawisłych popatrzył Zbigniew.
— Wiem żem jeńcem — odezwał się ośmielony — ale jestem królewskim synem, o tém ja nie mogę, a wy zapominać nie powinniście.
— Syn co się na ojca porwał, dzieckiem być przestaje — surowo odparł Skarbimierz. Miłosierdziu króla winniście życie; znajcie się do tego.
W pierwszéj izbie zbrojni ludzie, którzy przyszli ze Skarbimierzem, stali pogotowiu niewiedząc co im przykażą. Ten, nieczekając już odpowiedzi, zwrócił się ku nim i pokazał na Zbigniewa.
— Więzień jest wasz — rzekł — strzedz go macie pilno, abyście zań głowami nie odpowiadali.
Kilku się natychmiast zbliżyło.
— Strzedz go dzień i noc, taki jest rozkaz króla, pana naszego — powtórzył Skarbimierz.
Namyślił się Zbigniew i gdy dowódzca miał już odchodzić, zbliżył się doń z niezgrabną mięszaniną dumy i pokory, krokiem niepewnym.
— Chciałbym mówić z wami — odezwał się głosem zniżonym.
— Ja nic z wami do mówienia nie mam — odparł zimno Skarbimierz.
— Jesteście chrześciańskim człowiekiem — rzekł królewicz — możecie nieszczęśliwego przez miłosierdzie posłuchać.
Wódz skinął na ludzi aby się oddalili i zatrzymał się w progu.
— Ja — odezwał się zwolna wzrokiem badając przeciwnika Zbigniew — nie tak winnym jestem przeciw królowi i ojcu memu jak się zdaje. Szedłem nie po własnéj woli. Z klasztoru mnie wzięto gwałtem, prowadzono tak samo. Nie chciałem bić się przeciwko ojcu, zmuszono mnie. Byłem w ręku tych ludzi zakładnikiem. Mamże za to odpowiadać, czując się niewinnym?
Popatrzył nań trochę zdziwiony Skarbimierz.
— Prawicie dziś tak — rzekł — bo was zwyciężono i złamano. We Wrocławiu sprawialiście się inaczéj, ludzie świadczą o waszych słowach i uczynkach.
— Ludzie winę własną składają na mnie, oszczercy są! niegodziwi! — począł nabierając coraz odwagi królewicz. — Bądźcie mi orędownikiem, miłościwy panie, a jeśli nie chcecie więcéj nic uczynić, odnieście słowa te królowi ojcu memu — niewinny jestem.
Skarbimierz popatrzył nań z góry, nie odpowiedział nic i wyszedł z izby powoli. Zbigniew wrócił na siedzenie swe i padł na nie zamyślony. Strażnicy nowi cisnęli się do izby ciekawie. Zahoń więc pobiegł ku drzwiom i zamknął je przed niemi.
Sami zostali we dwu. Zbigniew obejrzał się bojaźliwie, odetchnął, jakby mu wolniéj było i podniósł głowę ku stojącemu Zahoniowi, z wyrazem szyderstwa i złości razem.
— Słyszałeś Zahoń — rzekł po cichu — słyszałeś jak mówiłem do niego? nieprawdaż? mógł pomyśleć i uwierzyć, że jestem niewinny? Dobrze mówiłem. Albo nie było płaczu w głosie i żalu w oczach? Widziałeś?
Chłopak głową skinął.
— Ha! złego jeszcze tak bardzo nie ma nic gdy życie jest! — mówił królewicz. Ci co poginęli głupi byli! Z klasztoru się wyzwoliłem, a w więzieniu wiecznie siedzieć nie będę. Gdyby mi oczy chcieli wykłuć przysłali by zaraz z żelazem człeka... Jeszcze nie ma nic straconego!
Rozśmiał się cicho sam do siebie. Zahoń wylękły stał nieśmiejąc wyrzec słowa.
— Król mi życia nie weźmie — począł po krótkim namyśle — nie, dzieckiem jego jestem. Sieciech nie będzie śmiał. Nie! Pokorę udawać trzeba i kajać się przed niemi! Co robić!
Dziwna jakaś otucha wstąpiła w niego nagle; zapomniawszy rzezi, trupów, pożogi, radował się tylko temu, że sam z nich wyszedł cały, powtarzając dziecinnie.
— Nie ma nic straconego, gdy życie jest!
Obojętność ta królewicza, nawet Zahonia zdała się strachem przejmować i podziwieniem. Chłopak który po raz pierwszy śmierć widział zblizka, słyszał jęki konających, krzyki męczonych, płacz uchodzących kobiet, które padały po drodze tuląc dzieci; patrzał na krew spływającą strumieniami i stojącą kałużami — wzdrygał się na te straszliwe wspomnienia; Zbigniew myślał już tylko o sobie. Nie spytał o wiernego Dobka, nie dowiadywał się o ulubionego Marka, nie zabolał nad stratą ludzi których postradał.
On sam rannym nawet nie był, miecz jego nie obmył się we krwi; czuł tylko głód dokuczliwy i pragnienie, które mu usta paliło.

Koniec tomu 1go.
Tom II
I.


Zamknięty więźniem w tych izbach Kruszwickiego zamku, w których szukał po bitwie schronienia, nie wiedział Zbigniew nawet co się działo dokoła; oprócz swéj straży milczącéj nie widując nikogo.
Przygotował się, rozmyślał nad obroną swéj sprawy, gdyby go badano, ale od króla nikt do niego nie przyszedł, głucha cisza go otaczała. Zahoń towarzyszący mu, trochę miał więcéj swobody, bo go przynajmniej na podwórce wypuszczano, mógł też czasem coś posłyszeć i przynieść. Lecz wieści te skąpe były. Wojska królewskie od zatrutych brzegów Gopła odciągnęły, obóz zwinięto, na grodzie tylu tylko ludzi pozostało, ile do strzeżenia go było potrzeba. Na pobojowisku nad jeziorem dla niedostatku wody i wielkiéj ilości niepogrzebionego trupa królewscy długo nie mogli pozostać. Zgnilizna z ciał tylu śmiertelnemi wyziewy napełniała powietrze, z miasta nie pozostało nic, oprócz węgłów niedopalonych i zamku, który ocalał; biskup nawet wyniósł się z tego pustkowia, jednego kapłana tylko zostawując przy kościele.
Zbigniewa jak prostego więźnia opatrywano w pierwsze do życia potrzeby, nie troszcząc się o nic więcéj, jak by nie umarł z głodu. Strawę mu dawano tęż samą co straży, nikt ani spytał, czy czego nie potrzebuje. Dumnego królewicza więcéj bolała ta wzgarda i zapomnienie, niżby może zemsta i męczarnie wymyślne dręczyły. Cierpiał milczący, lecz w duszy zbierało się zemsty pragnienie. Od wszystkich w świecie, nawet przez ojca był zapomniany. Zahoń pytany przynosił mu zawsze prawie jednostajne wieści z ust straży pochwytane, osobiście go nieobchodzące — nikt ani się zgłosił, ani spytał ni dowiedział o niego. Zdawał się przeznaczonym na powolne gnicie w tych murach, razem z trupami na Gople...
Upłynęło tak tygodni parę, gdy dnia jednego wpadł Zahoń z wiadomością, że na kruszwickim zamku dla wody zepsutéj i chorób między ludźmi, załoga wytrwać nie może, zatem ją i ich gdzieś zapewne indziéj przesadzą.
Dokąd? Zahoń się nie mógł dowiedzieć.
Jednego mroźnego ranku jesieni, ujrzał Zbigniew przez drewniane okien kraty, że konie z szop wyprowadzano i ludzie się krzątali żywo. Ruch na pustém zwykle i cichém zamczysku był nadzwyczajny, radość jakaś nieznana brzmiała w głosach ludzi, bo wszystkim szczęściem się wydawało uciec z téj pustki, w któréj oddychać było ciężko, żyć straszno i powolnie konać musiał każdy, czując jak zeń życie ucieka.
Wysłany Zahoń potwierdził, iż z Kruszwicy wyciągać mają. Zimny był dzień, a królewicz odzieży innéj nie miał nad tę, którą w dzień bitwy wdział na siebie. Gdy Sotnik co mu miał towarzyszyć wszedł do izby, zażądał Zbigniew kożucha na drogę.
Dano mu prosty niepowleczony niczém, barani, zdjęty z któregoś z ludzi, bo innego dlań nie było. Koń też, na którym miał podróż odbywać, z szerścią najeżoną, obrosły, dziki, nie pańsko wyglądał. Podesłano kawał sukna grubego, a sznury za wodze służyły. W podwórcu gęsta straż otoczyła Zbigniewa z oszczepami w ręku, i tak ruszyli za wrota. Pierwszy raz od pamiętnego dnia bitwy Zbigniew miał spojrzeć na dzieło swoje. Z Kruszwicy nic prawie nie zostało. Tam gdzie było miasteczko, ani jednéj całéj chałupy ogień nie oszczędził, w kilku tylko miejscach powracające zbiegi sklecili ubogie szałasy. Czarne zgliszcza szeroko zalegały stopy wzgórza, gdzieniegdzie sterczały na nich niedogorzałe belki i ściany.
Od jeziora wiatr przynosił woń jakąś straszną, która upajała i truła. Wody stały gęste i mętne, gdzieniegdzie brudną pleśnią okryte. Nad niemi ptacy podlatywali krzycząc żałośnie. Nigdzie człowieka, bydlęcia, znaku życia — śmierć dokoła i zniszczenie.
Na zrytém końskiemi kopytami pobojowisku, trawa porosnąć nie miała czasu, czerniało nierówne, poszarpane, świecąc gdzieniegdzie kośćmi już przez kruki i dzikiego zwierza odartemi.
Zbigniew, choć nie wiele czucia miał, wzdrygnął się patrząc. Jakby naumyślnie straż go powiodła kawał drogi wzdłuż tego pobojowiska, mogiłami zasianego, na którém czaszki pod kopyty końskiemi chrupały zgniecione, ponad zagniłemi wody jeziory, pluszczącemi skargą umarłych. Wiatr jakiś nagle zerwał się od Gopła i świstał, jęczał, szumiał głosami dzikiemi. Zahoń spuścił głowę, spojrzeć nie śmiał, uszy sobie zatulił kołnierzem, drżał cały, zdało mu się, że duchy zabitych widzi przed sobą, rad był popędzić konia, ale straże wolno jechały, pospieszać nie dając.
Do Zbigniewa nikt nie mówił słowa, jechał sam z Zahoniem, jak opuszczony, wzgardzony winowajca, którego na stracenie prowadzono. Sotnik Mrówiec, człek prosty, raz czy dwa z ukosa na królewicza spójrzawszy, nie okazywał dlań dobréj woli, ani się myślał zbliżyć do niego. Zahoń go zagadywał kilka razy, dokąd jechali, nie odpowiedział mu nic, tylko ramionami potrząsnął.
Zbigniew trwożyć się zaczynał.
Drugiego dnia, gdy Zahoń probował znów sotnika badać z pokorą, prosty chłop odrzekł szydersko.
— Nie bójta się — będzie wam dobrze! Kto się dostał w ręce naszego pana miłościwego, Wojewody Sieciecha, z rąk się jego żyw nie wydobędzie. Wy jemuście pod straż oddani, — czego więcéj chcieć?
Przykazanie jest, gdyby który uciekać chciał, oszczepem go!!
Słyszał to Zbigniew, dreszcz poszedł po nim. Ani in, ani Zahoń kraju otaczającego nie znali, odgadnąć więc nie mogli dokąd ich prowadzono. Na noclegu z zaściany, przysłuchując się ludzi rozmowie Zbigniew pochwycił nazwisko Gniezna, kilkakroć powtórzone. Z tego się domyślił, że zapewne ich na gród ten prowadzono. Skłonny do tłumaczenia sobie na dobre tego co go spotykało, nabrał królewicz lepszéj myśli. W Gnieźnie prędzéj żywą twarz zobaczyć, głos ludzki posłyszeć mogli.
Przy kościele znajdowali się księża liczni, do których Zbigniew uciec się miał nadzieję i przez nich coś może u króla uzyskać.
Myśli różne snuły mu się zawczasu po głowie, roił przez drogę całą. Zahoń, który w początkach widział go ponurym i niemal zrozpaczonym, zdziwił się, gdy drugiego dnia zobaczył pana uśmiechniętym, mrugającym oczyma, dosyć żwawo i ochotnie zabierającym się do dalszéj drogi.
Powolnie bardzo posuwał się ów orszak królewiczowski, wynędzniałe mając konie, słabych ludzi. Stawano ciągle na spoczynki, popasano często i długo nad miarę, na noclegi stawano zawczasu, ruszano z nich późno. Nikomu widać spieszno bardzo nie było. Wreszcie nad wieczorem dnia jednego pokazała się Lechowa góra i gnieznieńskie zamczysko. Zdala już widać było bielejące jaśniej mury kościoła, który teraz dopiero po zniszczeniu owém za bezkrólewia po Mieszku i łupieży czeskiej odbudowywano. Zmierzchło zupełnie, nim się powoli wlokąc, do okopów i bramy zamku dostali.
Tu dokoła grodu cale inne niż w Kruszwicy było życie, ludu mnóstwo, wozów wieśniaczych po drodze, pieszych i konnych żołnierzy na zamek i z zamku spieszących.
Podwórce obszerne, do których się dostali, pełne téż były różnego tłumu. Wśród żołnierzy przesuwało się duchowieństwo, które w części kościoła odrestaurowanéj już nabożeństwo odprawiało; robotnicy téż obcy, jak z odzieży poznać było łatwo, do budowy i ozdoby świątyni sprowadzeni, w znacznéj się liczbie kręcili.
I języki słychać było rozmaite wśród tłumu.
Gdy gromadka przybyła, stanęła w dziedzińcu, wyszedł zaraz starosta grodowy (castellan), człek stary, szubą okryty, w czapce ogromnéj, za nim klucznik i inna czeladź, aby przyjąć królewicza z rąk straży.
Nikt mu jednak i głową nie skinął. Z konia z siadłszy pod strażą iść musiał pieszo na tylną część zamku, gdzie dlań izba stała gotowa jedna, a przed nią druga, w któréj stróże pilnować go mieli.
W oknach téj izby pustéj, w któréj ledwie ławy brudne, stół prosty, a w rogu tarczan był sianem przyrzucony — w oknach błon nawet na zimę nie wprawiono, tylko kraty gęste i okiennice zasuwane.
Zawiedziono go tu nie mówiąc doń, nie spytawszy o nic, ledwie nań patrząc, jak prostego winowajcę, którego jutro tracić mają.
Starosta drzwi i okien mocy próbował, stróżom wydał rozkazy i poszedł precz jakby Zbigniewa unikał.
Zahoń się musiał upominać o skórę na posłanie, o jadło po drodze głodnéj, o ogrzanie izby zimnéj. Zbigniew milczał. Naniecono ognia trochę z mokrych gałęzi, który więcéj dał dymu, niż ciepła. Noc zaszła ich słuchających świstu wichru, który szalał do rana, bijąc o ściany, wciskając się do środka, mimo pozasuwanych okiennic.
Choć przyjęcie to złą wróżbą było dla królewicza, Zbigniew nie stracił nadziei. Zahoń patrzał mu w oczy zdziwiony, przybity, nierozumiejąc go, zbywany szyderstwy i łajaniem. Jemu tu nie lepiéj było, cudzo jeszcze i z ludźmi obcemi ciężko, bo się obchodzili z nim ostro i surowo.
Trzeciego dnia rano, Zbigniew wstał z twarzą rozjaśnioną, jakby mu się co szczęśliwego zdarzyło, zawołał do siebie Zahonia i zburczał go za ponure wejrzenie.
— Idź mi zaraz, rzekł do starosty, powiedz mu odemnie, żem księdza nie widział oddawna, mszy nie słuchał, spowiedzi nie odbył, tego i na ścięcie idącym nie odmawiają.
To mówiąc, uśmiechnął się chlubiąc przed Zahoniem chytrością swoją, na któréj ten się nie poznał.
Poseł spełnił co mu polecono.
Starosta wysłuchał, nie odpowiedział nic i ręką go odprawił. Powrócił z niczém, ale z południa Zbigniew, który znaczniejszą część dnia wylegał się na posłaniu, postrzegł przybywającego duchownego. Prośba została spełnioną.
Wszedł krokiem powolnym, nogami sunąc, przygarbiony staruszek w czapce z uszami, z kijkiem w ręku, pozdrawiając wedle obyczaju chwałą Chrystusową.
Królewicz uradowany zerwał się doń żywo i pospieszył do ręki. Zahoń stojący z boku zdziwił się, widząc go nagle tak zmienionym, jakby innym był człowiekiem. Postawę przybrał pokorną, jaką miał, gdy klerykiem był jeszcze, twarz smętną i spokojną, szedł z oczami spuszczonemi ku ziemi. Zuchwalstwo obozowe i buta znikły, zastąpił je wyraz niedoli, pognębienia i poddania się nieszczęśliwemu losowi.
Ksiądz zapewne uprzedzony, spoglądał nań z ciekawością, a razem pewném niedowierzaniem. Usiadł mrucząc coś niewyraźnie i wpatrując się w człowieka, który litość musiał obudzić.
— Ojcze mój, począł Zbigniew głosem do postawy zastosowanym, najnieszczęśliwszego z ludzi widzicie przed sobą, niewinną ofiarę za grzechy cudze pokutującą, oszczerstwem obluzganą, oczernioną złością ludzką. Aliści nie żalę się za grzechy pokutując i skarbiąc sobie łaskę Bożą, boleję tylko nad jedném, że mi największy skarb na ziemi, miłość i serce ojcowskie wydarto, wszelkiéj pociechy pozbawiony, jako prosty niewolnik do ciemnicy rzucony, cierpię w pokorze dopust i krzyż pański!
Mówił to z takiem uczuciem, gorąco, serdecznie, iż księdza poruszył.
— A pocóż było dziecko moje — odezwał się staruszek — po co było Chrystusowe porzucać gniazdo, i suknię zwlekać co pokój duszy daje?
— Gwałt mi uczyniono, ojcze! — odparł Zbigniew.
Ksiądz popatrzał nań, potrząsając głową, widać było, że pragnął uwierzyć w to co słyszał, a lękał się być łatwowiernym i oszukanym.
— W klasztorze — ciągnął daléj głosem skruszonym królewicz — miałem, choć zapomniany przez ojca ziemskiego, niebieskiego ojca pociechę, wspólną modlitwę z braćmi, w ofierze codziennéj uczestnictwo — tu i tego jestem pozbawiony.
Tak się rozpoczęła rozmowa, w ciągu któréj Zbigniew usiłował się okazać pobożnym, stęsknionym za religijną pociechą, błagając, aby mógł kiedy niekiedy przynajmniéj przypuszczonym być do wspólnéj z duchowieństwem modlitwy.
Staruszek słuchał tego wylewu wyrazów, płynących z ust królewicza obficie, łatwo, przekonywująco. Z początku uszom wierzyć nie chciał, późniéj zwolna się dając ująć wymowie, któréj głos nawet drżący i łzawy dopomagał — uległ wrażeniu miłemu dlań. Znalazł człowieka potępionego lepszym niż się spodziewał. Począł pocieszać więźnia. Nie śmiał mu jeszcze nic obiecywać, lecz przyrzekał się starać, aby losowi jego ulżono i dozwolono mu, choć pod strażą chodzić do kaplicy i do spowiedzi przystępować.
Ucałował ręce jego Zbigniew, a gdy staruszek dłużéj nad zamiar zasiedziawszy się, ruszył ku drzwiom, odprowadził go zgięty w pół do progu.
Ledwie się za nim drzwi zamknęły, a ów królewicz tak nieszczęśliwy zmienił się w zuchwałego młokosa, jakim był przedtém. Zahoń stojący w kącie osłupiał.
Twarz Zbigniewa rozmaszczyła się, oczy przymrużyły szydersko, usta otwarły uśmiechem, ukazał na drzwi i zatarł ręce.
Zahoń proste chłopię z uwielbieniem był dla swego pana, który tak sztucznie mienić się umiał, popatrzał nań i poszedł w swój kąt rozmyślać nad tą dziwną naturą pańską.
Drugiego dnia już na mszę ranną pozwolono Zbigniewowi do kościelnéj kaplicy.
Czcigodny starzec arcybiskup Marcin, wedle dawnego kościelnego obyczaju, na biskupim tronie siedział za ołtarzem i tejże mszy przez kapelana swego odprawianéj słuchał. Zbigniew w owym brudnym kożuszku, w ladajakich chodakach, z włosami odrosłemi, które mu się w nieładzie jeżyły na głowie, blady, wymęczony, stał nieszczęśliwy widokiem swym istotnie serce mogąc litościwe poruszyć.
Było to przecież królewskie dziecię! — Arcybiskup Marcin znanym był z wielkiego miłosierdzia i cnoty chrześciańskiéj. Ujrzawszy tę królewską krew w takiéj poniewierce i poniżeniu, zapłakał nad losem biednego więźnia, — słyszał już o nim od staruszka O. Laurentego, który wprost doń wczora poszedł, niosąc mu obraz téj niedoli i skruchy.
Przez cały czas mszy świętéj, arcybiskup patrzał na królewicza, po kilkakroć ocierając oczy.
Gdy się msza skończyła, odprowadzono jeńca nazad, ale miał już opiekuna i obrońcę.
Tegoż dnia arcybiskup wezwał do siebie starostę grodowego, dla którego najwyższy dostojnik duchowny królestwa, na równi był z królem. Należała mu taż sama cześć i posłuszeństwo.
Począł go badać staruszek o więźnia, dając do zrozumienia, że choć rozkazy Sieciecha ostre i surowe były, miłość chrześciańska ulżyć losowi królewskiego syna nakazywała.
Rada arcypasterza była rozkazem. Za nią wnet poszło i lepsze łoże, i odzież nowa, i strawa znośniejsza. Zwycięzko na to wszystko ukazywał Zahoniowi królewicz, ale gdy O. Laurenty przychodził, lub kto z zamkowéj straży go odwiedzał, wracał do smutku i pokory, wydając się im niewinnym barankiem i ofiarą.
Gdy znowu kiedyś przybył O. Laurenty, począł mu obszernie opisywać królewicz niemal ze łzami, jaką przemocą, mimo próśb i zaklęć z klasztoru go wyrwano, jaką nad nim w obozie tyranję wywierano, zmuszając do powstania przeciwko ojcu własnemu.
Poruszył tém do głębi staruszka, który zupełnie mu uwierzywszy, starał się go pocieszyć.
Rozeszła się potém po zamku wieść, jakiego to bogobojnego młodziana trzymano w srogiej kaźni z winy tych zdrajców, co za narzędzie go używszy, sami wprawdzie marnie zginęli, ale królewiczowi świat zawiązali.
Oburzał się nadewszystko arcybiskup Marcin i płakał nad sponiewieraną krwią królewską, a gdy mógł potajemnie ze stołu swojego posyłał jedzenie i droższe nad nie słowa otuchy i nadziei.
Arcybiskup Marcin stał na czele duchowieństwa polskiego, tak jak kościół Gnieźnieński był matką wszystkich innych w kraju całym; na równi z królewską była powaga jego i władza, a poniekąd nawet przechodziła ją, gdy szło o sprawy wiary i sumienia.
Pobożny król, chociaż ulegał ślepo Sieciechowi posłuszniejszym jeszcze kościołowi być musiał. Uczył przykład Szczodrego świeży jeszcze, uległości dla duchownéj władzy.
Na tę miłość jaką sobie pozyskał, zarabiał Zbigniew nadzwyczajną pokorą i rezygnacją. Słuchając mszy świętéj, najczęściéj w obec arcybiskupa korzył się, padał na ziemię, wzdychał i łzy ocierał, a wróciwszy do izby, gdy nikogo nie było oprócz Zahonia, śmiał się przechwalając przed nim, jak chytrze umiał sprawę swoją prowadzić.
— Nie będziesz żałował, — mówił mu, — żeś się przy mnie został, obaczysz, że postawię na swoim. Wszedłem tu prawda, w odartym kożuszku, a wyjdę w szkarłacie, jak synowi królewskiemu przystało. Wówczas ci się też bieda teraźniejsza nagrodzi.
Zahoń w końcu już w to uwierzył.
Tak stały rzeczy, gdy jednego rana ów wierny towarzysz powróciwszy do izby z podwórca, długo przed ogniem stał w zamyśleniu jak osłupiały, potém nagle zwracając się do pana, zawołał.
— Miłościwy panie! Czy też to może być, żebym ja na moje oczy widział Marka Sobiejuchę?
— Kiedy? gdzie? spytał Zbigniew.
— Tutaj, dziś — odparł Zahoń.
— Marko przecie pod Kruszwicą zginął, biedaczysko — rzekł królewicz.
— Albo to on, albo rodzony brat, albo kto do niego jak dwie krople wody podobny — rzekł chłopak.
— Gdzie i jak go widziałeś? — odezwał się obojętnie Zbigniew.
— W podwórcu, tysiącznikiem nad wojskiem. Nietylko twarz, ale i głos ten sam — rzekł Zahoń.
— A on? widziałże ciebie?
— Powinien był, ale czy znać nie chciał — czy... nie wiem! mówił chłopak. Patrzał się na mnie i odwrócił.
— Toć nie on chyba — rzekł Zbigniew, — mało ludzi do siebie podobnych! Zbliżyć się było.
— Krzyczał i łajał strasznie na ludzi, w gniewie był jakimś, nie śmiałem, — rzekł chłopak. — Dziw, bo i opończa na nim taka sama...
Królewicz pokiwał głową zdumiony trochę.
— Opończę widziałeś nie człowieka — odezwał się, — oczy cię omyliły — w bitwie padł.
— A! nie — rzekł żywo Zahoń, — przed bitwą go nie stało. Trochę się pozostał w tyle, a potém go już nie widział nikt.
W parę dni potem zaciekawiony Zahoń, który widmo Markowe ścigał, przyniósł z podwórza wieść że Marko był ten sam, żyw i zdrów, ale ani znać ani gadać nie chciał z nim, bo był w służbie królewskiéj.
Kazał go do siebie przywołać Zbigniew, ale kilka dni uganiając się za nim, Zahoń zbliżyć się doń nie mógł, a gdy wreszcie sam na sam, w cztery oczy go przydybał, Marko mu rzekł ze złością.
— Idź precz! znać was nie chcę.
Rozgniewał się królewicz i począł odgrażać. W kilka dni jednak po tém zarzeczeniu się Marko zmiarkować musiał, że niebezpiecznie było syna królewskiego się zapierać, aby przez niego nie być wydanym. Sam przystąpił do Zahonia i zapowiedział mu, że się którego dnia na straż do nich wyprosi i z królewiczem zobaczy. Tak się też stało. Po głosie poznał Zbigniew zaraz gadatliwego Marka, który do niego wszedłszy, naprzód od tego począł, że wszystkie kąty przepatrzył. Kraty w oknach mocował, zasuwy probował, a dopiero ludzi swych porozsyławszy, do rozmowy się stawił.
— Jakżeś ty się ocalił? — zapytał go królewicz.
— Wyraźną łaską i cudem Bożym, a patrona mojego Ewangelisty opieką, — zawołał Sobiejucha ręce składając i wywracając oczy. Do tylnéj straży docierałem, aby zobaczyć co się tam dzieje, gdy pierwszy zostałem napadnięty przez cały ufiec... Dwudziestu położyłem trupem broniąc się, tymczasem z tyłu ciął mnie w łeb ogromny gbur, aż mi czerep na dwoje rozpłatał, padłem jak nieżywy na pobojowisku. Szczęściem krzyknąłem lecąc na ziemię. — Ratuj Marku święty, i dwie połowy czerepa rękami ścisnąłem, a w téj chwili natychmiast się zrosły... cudem! a tu jak poczęli mnie końmi tratować, trupy na mnie walić, myślałem, że ostatnia przyszła godzina. Zostało mi tylko tyle luzu, żem miał czém oddychać. Leżałem tak przyczaiwszy się do nocy; dopierom pociemku się wydobył, konia pochwyciłem rannego w miasteczku, z którego trzewa wyszły. Włożyłem mu je nazad, zawiązałem chustą i na nim bez tchu leciałem dwie doby, nie jedząc i nie pijąc.
Dopadłem w lesie chaty litościwych ludzi i baby, która się na zielu znała, jak zaczęła mnie smarować, we dwa dni postawiła na nogi.
Sobiejucha tchnął mocno i kaszlnął.
— Co było robić! — dodał — przystałem do królewskiego wojska — człowiek musi żyć — ale to hołota!!
Opowiadał przytém Marko różne rzeczy o koniu i o sobie takie, iż naprawdę cudu trzeba było, aby się one stać mogły. A pamięć mu się jakoś tak zmięszała, od owego rozpłatania czerepa, że za każdą razą coraz inaczéj przygody swe opisywał.
Z mowy i całego obejścia się Sobiejuchy znać było, że równie się musiał obawiać popaść u starosty w podejrzenie, jak u Zbigniewa w niełaskę.
Zabawiwszy tu krótko począł się wymykać, obawiał się bowiem, że mu niedowierzano, i niezmiernie ostrożnym być musiał.
Nie było go potém widać długo, a gdy Zahoń spotkawszy się z nim w podwórzu zapraszał aby przyszedł, wymawiał się tém i owém, przysięgając, iż nań oko mają, że mu nie wierzą, i że dla wielu nieprzyjaciół i zazdrosnych musi się na każdy krok swój oglądać.
Niewdzięczność ta Marka nie wiele obchodziła królewicza, nagradzała się ona sowicie coraz większą łaską arcybiskupa Marcina, który nad dzieckiem królewskiem łzy ronił, widząc je ciągle tak pobożnie modlącem się pokorném i cichém.
Powoli za jego wstawieniem się do starosty, los Zbigniewa polepszał się ciągle. Nie broniono mu chodzić do kościoła, a niekiedy przy dozorze po podwórcach ku wałom się przechadzać.
Arcybiskup posłał mu krzyżyk przez siebie poświęcony i o święte relikwje otarty; nareszcie gdy raz z kościoła wychodził, spotkał królewicz niespodzianie sędziwego starca na drodze.
Zatrzymał się O. Marcin i zbliżył ku więźniowi, nad którym tak wielką miał litość. Zbigniew przyszedł rękę jego ucałować, prosząc o błogosławieństwo przybrał postawę tak uniżoną i zbolałą, że arcybiskup bardziéj jeszcze uczuł się przejęty losem jego.
— Nie trać nadziei dziecko moje — odezwał się doń pocichu zakreślając krzyż nad głową jego — Bóg próbuje człowieka, przez cierpienie go prowadząc do doskonałości, a gdy widzi serce czyste, odejmuje brzemię i łaskę swą spuszcza na niego. Nie trać nadziei dziecko moje!
Powtórzywszy te słowa, oddalił się starzec świątobliwy. Zbigniew uradowany powrócił do izb swoich, ledwie w sobie mogąc radość utrzymać. Ulubieńca Zahonia poklepał po ramieniu i szepnął mu.
— Terazem pewien, że wyjdę z tego zwycięzko! Arcybiskup nie darmo nadzieję mieć każe. Ma on ucho królewskie. Choćby Sieciech stokroć do surowości namawiał, przemoże arcybiskup skłaniając do przebaczenia.
Ha! — krzyknął unosząc się — naówczas dopiero zagramy z Sieciechem, zagramy z Bolkiem o lepszą. Ten co siedział w więzieniu, drugich też do niego sadzać potrafi, — niech wiedzą jak to słodko żyć spętanemu.
W miarę jak arcybiskup coraz jawniéj okazywał Zbigniewowi łaskę swoją, Marko też ośmielał się przybliżać, postać niekiedy w izbie, przynieść jaki mały podarek lub posiłek. Czynił to jednak zawsze tak ostrożnie, że go prędzéj o srogość niż o słabość dla więźnia posądzić było można.
Zbigniew jak przyczajone zwierzę, które się w kłąb zwija, chowając zęby i pazury, samą pokorą i niewinnością okazywać się umiał. Wiedząc że się tém przypodoba staruszkowi, w nabożeństwie szczególną okazywał gorliwość, a ilekroć przy wyjściu z kościoła mógł się do niego odezwać, opowiadał o swéj miłości dla ojca, dla rodziny, o sieroctwie swém, zaręczając, iż nic nie pragnął oprócz spokoju, aby dziełami miłosierdzia Boga mógł chwalić i za ocalenie swe dziękować.
Po każdem takiem wystąpieniu powróciwszy do izby, królewicz śmiał się do Zahonia, który mu uśmiechem odpowiadał i zwierzał się przyszłych myśli.
— Zapłacą oni za moją niewolę! mówił do wiernego sługi, liczę i zbieram co mi się od nich należy! — Jak w piśmie stoi, odbiorę od nich ząb za ząb, oko za oko, nie daruję nikomu!
Zamiast wdzięczności dla sędziwego arcybiskupa, Zbigniew szydził z jego łatwowierności, wyśmiewał dobroduszność, naśladował ruchy i głos jego, rozczulenie i płacz, co głupkowatego Zahonia niewymownie bawiło.
W takiem życiu dość jednostajném dnie w Gnieźnie upływały. Gdy Sieciech wojewoda, Skarbimierz lub kto inny ze starszyzny na gród przybywał, zamykano więźnia i wychodzić mu nie dawano. Po wyjeździe ich wracał do pewnéj swobody i w środku zamku obracał się jak chciał.
Lecz rok, dwa, może dłużéj nawet z nadzieją przeżyć takiem życiem ciężko. Rachuba na arcybiskupa zrazu pewna, zaczynała się coraz mniéj prawdopodobną okazywać — bo skutku żadnego nie miały obietnice — ponawiał staruszek przyrzeczenia jakieś nieoznaczone — głuche, nie mówiąc ani kiedy, ani jak się one spełnić mogą. Z wielkiéj radości Zbigniew wpadał w rozpacz i zwątpienie. Snuło mu się już po głowie, nie spuszczając na żadne obietnice, wydobyć się z zamku pokryjomu, zbiedz na Pomorze, gdzie się zawsze znaleść sprzymierzeńców spodziewał — albo się schronić do Czech, które mu pomódz były powinne.
Zahoniowi już był nawet polecił ludzi sobie jednać i szukać środków do ucieczki, ale chłopię bojaźliwe i niezręczne do podobnéj roboty wcale się nie zdało. Łajanie i szyderstwa z niego nie pomagały; przybity niemi stawał się jeszcze mniéj obrotnym.
Z Markiem, jak się okazało z próby, ani mówić było o tém można.
W tém rozeszła się wieść, że w roku tym, dnia pierwszego Maja, w święto apostołów Filipa i Jakóba, kończąca się w Gnieźnie katedra, poświęcona być miała uroczyście. Na dzień ten zjechać miał z Płocka król Władysław, królowa, Bolko, Sieciech i wszyscy niemal biskupi z kraju całego.
Zdało się Zbigniewowi, iż arcybiskup ten właśnie dzień wybrać może, aby za nim do rodzica przemówić i przebaczenie mu wyjednać.
O. Marcin wyraźnie dnia tego nie oznaczył, ale się kazał domyślać, iż chwila stanowcza się zbliżała.




II.


Rok to był wcześniejszego ciepła niż zwyczajne lata. W kwietniu już naprzód zielonością podszyły się lasy, zazieleniały strumieni brzegi, posrebrzyły łozy, wierzby bujno puściły, brzozy rozpękać zaczęły, słońce dogrzéwać, a choć czasem jeszcze, po cieple przedwczesném zerwała się burza i sypnęła krupami zmarzłemi, ubieliła ziemię na chwilę, słońce wnet powracało zwycięzkie, niszcząc ostatnie zimy ślady.
W końcu miesiąca już tylko dęby stały napęczniałe a ostrożne, resztka drzew młodemi listkami i zielonością żywą się ubrała.
Ozime siéwy na małych pólkach, gęstą zielenią zaścielały ziemię jak kobiercem, po lasach zawodziło ptastwo pieśni wiosenne, a po kotlinach widzieć już było można marcowe zajączki małe, z panią matką uczące się kociego tańca.
Piękne te dni młodéj wiosny wybrał właśnie arcybiskup Marcin Zabawa do poświęcenia swojego ukochanego kościoła, w którym znów, cudem ocalone zwłoki świętego Wojciecha ku czci wiernych wystawione były. Radowało się serce świątobliwego starca iż wielkie dzieło mógł dokonać, pierwszy ów kościół główny Mieczysława i Dubrawki podnieść z gruzów, przyozdobić, piękniejszym jeszcze uczynić niż był wprzódy.
Mąż to był święty ów starzec, który o niczém więcéj oprócz chwały Bożéj a miłosiernych uczynków nie myślał, a cnotą swą wyniósł się tak wysoko, bo ta choć zazdrość obudza, w końcu złych nawet potęgą swą zwycięża.
Arcybiskupie jego dostojeństwo było prawdziwem „brzemieniem za grzechy” (onus pro peccatis), bo, choć wysoko stała ona pierwsza katedra w ziemiach polskich, spokoju na niéj, ani rozkoszy zażyć nie było można. W ruinach leżały kościoły, pustkami klasztory, zdziczałemu ludowi na nowo apostołować musiano, a duchowieństwo z różnych narodowości i rozmaitych ludzi złożone, surowéj do utrzymania w karności potrzebowało dłoni. Gdzieniegdzie wkradało się rozprzężenie, podnosiła głowę samowola, tak że do stolicy rzymskiéj odwoływać się musiano, i z jéj ramienia zesłanemi nowy wprowadzać porządek.
Oprócz starania o dusze, arcybiskup świeckich téż spraw zaniedbywać nie mógł. W rozdzielonem państwie, którém Sieciech rządził, usiłując je zlać w jedno, nieustannie zwaśnionych z nim nieprzyjaciół, powstających przeciw niemu podwładnych waśnie godzić przychodziło, zażegnywać burze.
Król dobry był lecz słaby, królowa płocha i na swe dostojeństwo nie baczna a rodem cesarskim dumna, w rodzinie pańskiéj gotowały się zatargi lub gorszy może nad nie zamach na władzę... Sieciecha potęga rosła, wiedzieli wszyscy iż panowanie sobie przywłaszczyć pragnie i pory tylko sposobnéj czeka. Wszystko to arcybiskup z wysokości powagi swéj i duchownéj władzy musiał hamować, powstrzymywać, przewidywać i zapobiegać złemu.
Mąż był ducha apostolskiego, wiary gorącéj, prostoty obyczaju wielkiéj, który nie mądrością ziemską i rachubą ludzką, ale odwieczną prawdą drogi swoje torował. Téj on nie zrzekał się nigdy choćby na pozór z ludzkim rozumem nie była w zgodzie.
Źle czynić aby dobrego dokonać nie umiał: wierzył iż cnota owoc wydać musi zbawienny a światłość nad ciemnościami zwycięży.
Z uśmiechem prawie dziecinnym na ustach, bez gniewu w sercu, bo tego nie znał, mąż prawy głosił prawdę i stał przy niej wiernie. Sam żył jako najuboższy kapłan, nie potrzebując dla siebie nic, dla kościoła wymagając wiele, dla biednych oddając, jak ów patron, którego nosił imie, nietylko płaszcz, lecz choćby nawet koszulę. Od złych odwracał się, ale się nad niemi litował i za nich się modlił. W zło zaś nie rad wierzył i nie widział go chętnie, zawsze sobie czémś dobrém, a zwichniętém tłumacząc postępki ludzkie.
W jego sercu Zbigniew znalazł litość dla siebie i usprawiedliwienie. Bolał arcybiskup nad tém że król dziecko własne dręczył, widząc w tém raczéj dzieło Sieciecha niż rodzica.
Nie mylił się w tém starzec pobożny.
Już na dni kilka przededniem SS. apostołów Filipa i Jakóba na zamku Gnieźnieńskim widać i czuć było gotującą się uroczystość wielką. Gości, duchowieństwa świeckiego i zakonnego spodziewano się wielu. Dla króla i królowéj sposobiono dworzec stary, po czeskiéj napaści odbudowany, dla braci biskupów, gospodarz własne domostwa gotował. W podwórcach dla mnogich dworów i czeladzi namioty stanąć miały. Drogę z zamku do kościoła wysadzono młodą brzeziną, ozieleniono nią budowle, posieczoną jedliną i kosaciem wysypywano drogi dokoła.
Wszystko się cieszyło i radowało uroczystości a szczególniéj duchowieństwo, które ze wszystkich ziem, klasztorów, grodów przypływało na wesołe świątki.
Staruszek nieustannie prawie siedział w kościele, albo go obchodził, czuwając nad tą swą oblubienicą, coraz jeszcze coś starając się przyczynić ku jéj ozdobie i blaskowi.
Niestety! — nie były to już czasy owe Bolesława Wielkiego, gdy złoto stosami brył leżało po skarbcach, gdy się go tysiące grzywien rozdawało kościołom na olbrzymie krzyże, na grube blachy do obicia ołtarzów, na naczynia do ofiar świętych. Mimo pobożności króla, nie przynosiły mu wojny jego takich łupów, aby z nich dziesięcina mogła ozłocić świątynie. Owych porwanych przez Czechów krucyfiksów złotych, zasłon ołtarzowych, pod których brzemieniem łamały się wozy, nie było z czego ulać na nowo. Świeciła jednak nowa katedra i kruszcem i kunsztem przybrana, zawieszona oponami, kobiercami wysłana: obrazy ozdobnemi jaśniejąca.
Wielki ołtarz, nad którym w powietrzu unosił się zawieszony gołąb, godło ducha świętego, niebieską szklistą emalją okryty, stał nieco od chóru odsunięty. Poza nim ławy były dla duchownych, tron dla biskupa, pulpit ozdobny dla śpiewaka. Tu spoczywała olbrzymia księga, skarb drogi, z któréj czytano pieśni.
Przodem odgradzała ołtarz galeria ciężka srebrnemi obita blachami, presbiteryum od kościoła dzieląca, na któréj ogromne sterczały świeczniki. Nad nią w górze na tęczy widać było, jakby w niebiosach rozpięty krzyż z obrazem ukrzyżowanego Zbawiciela, pod którym dwie boleściwe stały postacie ze załamanemi rękami, matka niepocieszona i uczeń najmilejszy.
W pośrodku kościoła widać było, na nizkich a grubych słupkach leżący grobowy kamień Dubrawki. Święte relikwje Wojciecha, leżały, wedle prastarego obyczaju, w Krypcie podziemnéj pod wielkim ołtarzem.
Świeczniki srébrne, na których jakby splecione węże i zwyciężone poczwary wiły się zmuszone służyć światłu, obrusy śnieżne, kapy szyte perłami, okryte złotem, miała już katedra, a zakrystja była bogato zasposobiona. Składali się na nią wszyscy, świeccy i kapłani. Dzwony z blachy ukuto na nowo i głosy ich znowu wołały do modlitwy, budząc u pospolitego gminu gdy się ozwały poważne grozę, poszanowanie i przestrach.
Pogańskich jeszcze na pół obyczajów ludzie, słysząc to powietrzne wołanie, szli posłuszni do kościoła, czując się jakby ciągnieni czarodziejską siłą. W głosie tym było zarazem błogosławieństwo i groźba.
W przededniu wielkiéj uroczystości arcybiskup mszę odprawiając zapłakał łzami radości wielkiéj; iż Bóg mu dał doczekać chwili téj a odchodząc od ołtarza usta jego mimowolnie wymówiły przypomniane słowa Symeonowe.
Nunc dimitte animam meam. (Teraz odpuść panie, duszę moją).
Gdy to mówił oczy jego padły na klęczącego zboku, w przyodziewku ubogim, z głową spuszczoną, z rękami złożonemi, królewicza Zbigniewa który się zarazem zdawał modlić i płakać. Przechodząc około niego stanął biskup, położył mu rękę na głowie, i szepnął.
— Nie trać nadziei, dziecko moje, chwila jest blizką.
Rzekłszy to odszedł. Zbigniew niedługo już potrwawszy w modlitwie, wstał i do izby powrócił. Z téj już mu teraz wychodzić nie miało być wolno, dopóki król, dwór jego, Bolko i Sieciech znajdowali się w Gnieźnie. Okna jéj żakratowane wychodziły na boczne podwórze, widać z nich tylko było wrota zamkowe i drogę do dworca w części, tak że z zakrat swych mógł więzień policzyć przybywających. Na chwilę téż nie oddalał się od okna.
Około południa już mnożyć się zaczęły orszaki, biskupie naprzód, gdyż Wrocławski, Kruszwicki, Poznański i Krakowski na uroczystość przybywali, rycerskie potém, wojewody Sieciecha, równający się królewskiemu, Skarbimierza, młodego Zelisława Beliny i wielu innych panów dostojnych.
Nad wieczór wreszcie poznał, albo się raczéj domyślił Zbigniew dworu króla ojca swego, naprzeciw którego duchowieństwo wyszło z krzyżem i pieśnią, rycerstwo z okrzykami, i dzwony kościelne ozwały się witając go radośnie.
Zdala postrzegł postać przygarbioną na koniu i świetny orszak królowéj, około któréj młodzież najpiękniejsza i najwykwintniéj strojna zniemiecka się zwijała i Bolkową drużynę młodą, zbrojną, rycersko wyglądającą, na któréj widok wstrząsł się cały zazdrością i gniewem.
A miał zaprawdę czego mu zazdrościć, bo nic piękniejszem być nie mogło nad ten świetny orszak młodego pana, w którego oczach płonęło wesołe męztwo. Miał już naówczas Bolko, wzorem Bolesława W. dwunastu towarzyszów dobranych wiekiem, postawą, dzielnością, którzy składali nieodstępny dwór jego, towarzyszyli mu wszędzie. Mieczyk pański wiózł ulubiony Pruszynka, dawno już wyleczony, tarczę drugi, proporczyk trzeci; za niemi jechała służba, wszystko raźna, młoda i ochocza.
Bolko nad niemi wszystkiemi królował, jeśli nie urodą to blaskiem jakimś, który bił od niego, siłą, która w nim mieszkała.
Przed jego ognistem, niemal dziecięcem wejrzeniem, nieraz starsi, sam Sieciech nawet, oczy spuszczali, bo zdawał się im w duszy czytać tym czystym wzrokiem niewinnego wieku i dobywać z jéj głębin, ukryte w nich tajemnice.
Wojsław Ochmistrz królewicza, ciężki człek, ledwie za tą lekką jazdą poskakującą nadążał, choć konia pod sobą miał dzielnego, a sam téż sprawiał się na nim jak na rycerza przystało. Wiek i tusza już go nieobrotnym czyniły, dlatego królewicza zawsze za zbytni pośpiech strofował, nietylko w obrotach, ale w myślach i postanowieniach. Był bowiem w istocie Bolko pochopny pierwszym wrażeniom, rączy do zbytku i niepohamowany, a często się zapędzał za daleko, nie patrząc za siebie. I wierzył ludziom do zbytku łacno, a słowo padało nań jak iskra na wysuszone pruchno, wnet je zmieniając w żarzewie.
Wojsław hamował go, lecz ognistéj natury téj nic zmienić już nie mogło; życie ją coraz namiętniejszą czyniło, bo w nim spoczynku nie miał nigdy i nigdy do rozwagi czasu.
Sieciech, gdy zdala nań patrzył brew mu się jeżyła; nie w smak mu była ta krew kipiąca, która i na niego wylać się mogła.
Z szyderskim uśmiechem, gdy Wojsław się uskarżał na popędliwość królewicza, Sieciech odpowiadał półgębkiem.
— Nie będzie winy niczyjéj, gdy się gdzie na oszczep Pomorca natknie i zginie! — Tak zwykle kończą ci zapamiętali.
Sieciechowi może, koniec taki byłby na rękę wypadł i niebardzo nastawał, aby go hamować. Jedno dziecię królewskie skazane było i zamknięte, drugie samo na zgubę się mogło nastręczyć, naówczas Sieciech całe owo królestwo miał w dłoni. Król dogorywał i w oczach gasnął, królowa miłowała pięknego wojewodę, nieprzyjaciół miał mnogich ale bezsilnych, wojsko liczne, wszystkie grody poobsadzane bratankami, stryjecznemi, ciotecznemi, powinowatemi, ludźmi których on wyprowadził z niczego, dla których górą trzymał przynętę, jak ptakowi myśliwemu mięso, gdy ma z berła lecieć na upatrzone ptaszę.
Gdy przy dźwięku dzwonów, graniu rogów i okrzykach król na zamek wciągnął, naprzód zsiadł przed kościołem, aby się w nim pomodlić. Wprędce potém pieszo go na zamek wiedziono: dwu komorników słabego pana podręce podtrzymywało.
Ci co króla Władysława nie widzieli dawno, litowali mu się spojrzawszy nań; blady był jakby krwi w nim już nie stało, a mimo otaczającego wesela smutny i przybity. Tylko gdy na Sieciecha swego spojrzał, na tę otuchę i podporę, twarz mu się nieco rozpogadzała.
Sieciech dnia tego podobniejszym był sam do króla, niż do wodza stojącego pod rozkazami pańskiemi; on tu rozrządzał, on władał, jemu w oczy patrzano, i skinienia słuchano. W pośród wszystkich górował i postawą i twarzą i ubiorem wspaniałym, bo nawet płaszcz na ramiona wdział, nie mogąc szkarłatu podbity nim, a zbroję miał świecącą srebrnemi gwoździami i łańcuch na szyi z wizerunkiem króla taki sam, jaki jeden tylko Bolko, syn królewski nosił.
W pięknéj, męzkiéj jego twarzy widać było zarazem rycerza, silnéj woli dostojnika i zalotnego człeka, który sobie serca chciał jednać. Gdy nań nikt nie patrzał, przybierała ona wyraz przebiegłości i szyderstwa. Śmiechem rad pokrywał mądrość swą, z którą się nie zdradzał, chętniéj udając nie wiele o co dbającego człowieka.
Na zamku gotowe już czekały stoły, służba z pochodniami dokoła. Dla króla i królowéj osobne siedzenia szkarłatem obite na podwyższeniu stały. Bolko ze swemi u wielkiego stołu miał zasiadać, duchowieństwo starsze przy królu i królowéj, jako im równe, miejsca zabrało: młodszy kler przodował u drugich stołów. Zwyczaj to był od Mieszka jeszcze zaprowadzony, że z książęty ich równano.
Przytomność króla i biskupów, nie bardzo się głośno dała biesiadującym weselić, skromnie i zcicha rozmawiano. Uczta téż, z powodu obchodzonéj wigilii, postna, wkrótce się zakończyła.
Wnet i znużeni drogą rozchodzić się poczęli każdy do izby sobie wyznaczonéj, a Bolko z towarzyszami w podworce i na zamczysko, dokąd piękna, spokojna noc wiosenna wyzywała.
Sieciech, który królowi służył razem z podkomorzemi i podczaszym, oko miał na wsze strony. Znał wszystkich, patrzał wszędzie bystro, jakby z twarzy myśli odgadywać chciał i czytać.
W chwili, gdy króla wiedziono na spoczynek, skinął nań arcybiskup, Sieciech z poszanowaniem zbliżył się do niego.
— Dajcie mi ucho na chwilę, odezwał się staruszek — potrzebuję mówić z wami.
— Dzisiaj? — spytał wojewoda.
— Tak jest, dziś jeszcze, jest tego wielka potrzeba.
Spojrzał nań Sieciech ciekawie, skłonił się i odprowadziwszy królestwo oboje, wrócił do arcybiskupa, który sam już z kapelanem w pustéj izbie nań oczekiwał.
Gdy się wojewoda ukazał, skinął na towarzysza swego biskup aby się oddalił. Sieciech stał przed nim, — piękne starca oblicze ubłogosławione było radością téj uroczystéj życia godziny.
— Wojewodo — zawołał — od was zależy abym jutro szczęśliwym był jako nigdy.
— Odemnie? — zapytał Sieciech.
— Tak, bo wy władzę macie wielką nad sercem pana naszego, a potrzeba mi je skłonić do miłosierdzia.
Sieciech niespokojnie się poruszył, twarz zmarszczył, skłonił się.
— Król dla was, Ojcze przewielebny, uczyni i bezemnie, czego żądać będziecie.
— Bez was lub przeciw wam król albo nieuczyni nic, albo uczynioném gryźć się będzie, gdyż słusznie w was szanuje podporę tronu swojego, rzekł starzec.
— Pierwszym sługą jestem — odparł Sieciech.
— Bądźcież doradcą — dobrym, mówił O. Marcin. — Kto miłosierdzie czyni, temu ono będzie uczynionem.
Popatrzał sędziwy biskup na Sieciecha, lecz wejrzawszy nań, pogoda z jego twarzy ustąpiła, rozlał się po niéj frasunek. Zawahał się ze stanowczém słowem.
Po chwili milczenia, począł powoli.
— Niesłuszném jest, że król jedno dziecko swoje drugiemu poświęca i srogo karze niewinnego, którego źli ludzie popchnęli do błędu: Dla Zbigniewa potrzeba prosić miłosierdzia i przebaczenia.
Wojewoda brwi ściągając groźno, cofnął się krokiem.
— Ojcze przewielebny — odezwał się, — kapłanem jesteście, pasterzem naszym duchownym, żyjecie w Bogu a naszego złego świata mało znacie. Zbigniewa rozdrażniwszy wypuścić jest to zwierzęciu dzikiemu dać wolność. Będzie godził na ojca, na brata, na mnie, byle siłę pozyskał mścić się zechce, państwo zakłóci.
Być to nie może! — nie może!
— A ja wam powiadam, wojewodo, — rzekł starzec spokojnie, — iż to się stać powinno. Niech król nasz bogobojny nie ma na sumieniu krzywdy dziecka własnego. Więzień przez długi czas był pod oczyma mojemi, patrzałem nań; pobożny jest, cichy, biedny, i będzie wdzięcznym i posłusznym. Nietylko ja, ale i wielu duchownych i świeckich prosić chcą o to króla, aby dziecku nie dał ginąć i pomsty Bożej nie ściągał na głowę swą i królestwo całe. Niewinnego łza waży wiele na szali sprawiedliwości.
— Lecz on winowajcą jest i wichrzycielem! — odparł Sieciech oburzony.
— Gdyby nawet nim był, młodość, niedoświadczenie i kara jaką poniósł starczyłyby już do obmycia go z winy — zawołał arcybiskup.
Na wojewodzie prośby te i dowodzenia, nie zdały się żadnego czynić wrażenia.
— Ojcze przewielebny — rzekł Sieciech skłaniając głowę przed starcem — czyńcie jako chcecie, ja mojego słowa nie dorzucę, nie zgodzę się na to, aby gadzinę puszczać, gdy się ją zdusić może i ma w ręku, królestwo się rozpadnie, a nieprzyjaciele moi i króla, przystaną doń jak do chorągwi.
— Próżne to są obawy, — przerwał O. Marcin. — Mówicie o nim nie znając go. Pokorne chłopię jest.
— A na swobodzie zuchwałem się stanie — dodał Sieciech.
— Pomocy więc swéj odmawiacie mi, — zapytał staruszek łagodnie, wojewodo, panie miły, pomnijcie słowa Chrystusowe, które miłosierdzie, przebaczenie i litość nakazują, to prawo nasze.
Sieciech milczał długo smutny.
— Nietylko prosić za nim niemogę, — odezwał się, — ale mówić będę przeciw niemu. Wyznaję to otwarcie. Sprawą duchownych jest rozgrzészać, my miecz trzymamy, abyśmy karali.
Blada twarz staruszka zarumieniła się, podniósł się nieco, drgnął i hamując się mówić począł.
— Mądrość wasza jest z tego świata, fałszywa, zgubna i omylna. Przeto mówię wam, zawiodą was rachuby i gdzie zbawienia szukacie, znajdziecie upadek. Nie jest daném człowiekowi widzieć naprzód, a kto myśli że widzi przyszłość myli się, i kto sądzi że zapanuje losowi, łudzi się, a ten tylko kto słucha głosu prawdy i idzie za nim, dojdzie do celu.
Jesteście wojownikiem i wodzem wielkim, macie w ręku wojska i skarby, władzę i siłę, nie myślcie przeto ażebyście wszechmocnemi byli. Bóg jeden wszechmocny. Gdy on rzecze w proch się obróci wszystko.
— Ojcze przewielebny — przerwał wojewoda — przebaczcie mi. Nie sprzeciwiałbym się woli waszéj, gdybym nie widział niebezpieczeństwa. Króla uspokajać potrzeba a nie poruszać — chory jest, znękany.
— Najlepiéj go uspokoi, gdy sumieniowi uczyni zadość — odparł arcybiskup.
Sieciech potrząsł głową.
— Pokoju mieć nie będziemy — rzekł, — zawre wszystko i zamąci się, Ojcze, zlitujcie się.
— Mylisz się, dziecko moje — przerwał O. Marcin — ukoi się wszystko gdy sprawiedliwości zadość się uczyni.
— Ojcze! nie czyńcie tego! — nie czyńcie! — odezwał się gorąco Sieciech, schylając się do ręki jego.
Arcybiskup zlekka rękę usunął.
— Uczynię co mi mój obowiązek kapłański nakazuje, co każe sumienie, — rzekł spokojnie, niech będzie co chce, a niech się stanie sprawiedliwość!
To mówiąc powstał starzec podrażniony mocno, skinąwszy na stojącego w dali kapelana i niezwróciwszy się już ku Sieciechowi, który stał blady i gniewny, hamując się tylko poszanowaniem dla duchownego należném — wyszedł z izby.
Wojewoda postawszy chwilę, zawrócił się, niepewien zrazu dokąd ma iść. Podszedł ku sypialni króla, ale tam O. Lambert głośno pacierze odmawiał, czasu których wchodzić nie było można.
Gdy się to działo w wielkiéj izbie gościnnéj, Bolko ze swą drużyną szedł w dziedzińce zamkowe, ciekaw wszystkiego co spotykał.
Śmiejąc się szli opatrując każdy kąt, zaglądając we drzwi wszystkie, mierzyli place na których wyścigi odbywać było można, liczyli ileby ludu mógł objąć gród oblężony. Wojna i wojenne sprawy były im ciągle na myśli.
Ktoś z towarzyszów opowiadał stare Gniezna dzieje i co między ludźmi o założeniu grodu chodziło. Postępowali tak rozpatrując się w starych domostwach, w przybudówkach nowych. Wieczornemu mrokowi przyświecająca łuna zachodnia dość dobrze jeszcze rozpatrywać się dawała, a księżyc już z drugiéj strony białemi promieniami rozbijał ciemności.
Idąc tak Bolko podniósł oczy i ujrzał przed sobą nagle z zakrat okna drewnianych wyglądającą twarz.
Raz tylko w życiu przemknęła mu się ona przed oczyma na pobojowisku Kruszwickiem, spotkał się z nią na chwilkę, i zamienił spojrzenie, które było jakby wyzwaniem do wiekuistego boju. Utkwiły mu jednak w pamięci te złe oczy, Bolko miał je teraz znów przed sobą. Przeczuwał brata.
Zbigniew domyślił się go także, pobladł i drgnął, chciał się cofnąć, duma nie pozwoliła, pozostał w miejscu, aby nie okazać obawy.
Bolko wlepił w niego oczy błyszczące, patrzali tak długo oko w oko, wejrzeniem mówiąc do siebie; naostatek Zbigniew osłabł, zadrżał i spuścił powieki. Nie mógł wytrzymać tego spojrzenia jasnego, gorącego, które nie taiło się z niczém, wybuchało myślą swą całą, czuciem całém.
Ci co otaczali królewicza, zrozumiéć nie mogli tego wpatrzenia się w postać jakąś bladą, nieznaną, która dla nich powszednią, nikczemną zdawała się istotą, niegodną pańskiego wzroku.
Spoglądali na Bolka pytając go co w niéj znalazł iż go zatrzymała, to przypatrywali się więźniowi chcąc dojść co w nim było tak dziwnego, by godzien był ciekawości.
Milcząc stali za królewiczem, szepcząc między sobą i rozpytując się, ktoby to mógł być? Nikt go nie znał.
Bolko prawie pewien był że spotkał brata, choć znaleść go tu się nie spodziewał. Zapomniano o nim na dworze.
Sam nie wiedział jakie się w nim obudziło uczucie na widok téj istoty wynędzniałéj, wybladłéj, z włosem najeżoném, zamkniętéj za kratą — co, dla miłującego swobodę Bolka, sroższą się zdało kaźnią nad śmierć samą.
Budziła się w nim naprzemiany litość i wstręt. Radby go był widzieć wolnym, równym, zbrojnym, nie żeby go kochać może, ale by z nim walczyć; to znowu miłosierdzie czuł nad nieszczęśliwym, który życie męczeńskie wiódł w zamknięciu.
Oba tak nieustępując wpatrywali się w siebie, Zbigniew nie cofnął się do izby; Bolko nie szedł daléj. Mimowolnie wyrwało mu się z ust.
— Ktoś ty taki?
Milczenie trwało chwilę długą, ciężki oddech tylko słychać było i ochrypły głos odpowiedział.
— A ty?
— Nie znasz mnie?
— Nie.
— Króla syn jestem, rzekł Bolko.
Zbigniew rozśmiał się złośliwie, nie był panem siebie, krew i żółć uderzyły mu do głowy.
— Byłem i ja synem króla — zawołał, a widzicie żem dziś niewolnikiem za kratą. Patrzajcie, abyście i wy tak nie skończyli.
Bolko rozśmiał się głośno.
— Ja? — zawołał ruszając ramionami, niebój się o mnie!
I dodał. — Widzieliśmy się już raz w życiu!
— Podobno — mruknął Zbigniew.
— I ty mi winieneś życie — mówił Bolko — bom ci je mógł odebrać.
— Wolałeś, bym zginął w łykach! — odparł Zbigniew.
— Nie wiedziałem co cię czeka, a krwią się twą mazać nie chciałem, — rzekł królewicz postępując bliżéj nieco ku oknu. — Żal mi ciebie.
Zbigniew widząc go zbliżającego się, cofnął się nieco za kratę. Walczył z sobą, twarz układał. Gniew, którym gorzał stłumił w sobie aby nie wybuchnął z niego i rzekł głosem cichym.
— Jeźli żałujecie mnie proście za mną!
Bolesław usłyszawszy to, stał zadumany, gdy Zbigniew rzuciwszy słowo jakby z przymusu, cofnął się od okna.
Królewicz podniósłszy oczy, nie widząc go, poszedł daléj, ale wesołość zastąpiło dumanie — towarzysze milczeli nie śmiejąc się odzywać. Kilkanaście kroków dopiero odsunąwszy się, zawołał Bolko.
— Gdybym mógł prosiłbym za nim.
— Ohydna twarz, szepnął Janko Doliwa, z za kraty wydał mi się jak zwiérz dziki. Stworzony by siedzieć za kratą.
— Straszny bo jest! — potwierdził drugi.
— Któż w więzieniu pięknym być może — zawołał Bolko wstrząsając się cały. — Grób to jest!
— Raczéj śmierć! — krzyknął Pruszynka.
Chociaż na zamku było wesoło, oni smutni się powlekli daléj, widok téj młodéj twarzy zwiędłéj za kratą, zatruł im dnia wesele.
— Gdybym był królem, — odezwał się Bolko, — a zawinił mi człowiek, dałbym mu swobodę i miecz i poszedłbym walczyć z nim a ubić go, by nie więzić. Kaźń to straszna... Zbigniewa uwolnić potrzeba.
— Wichrzyć będzie — rzekł któryś z boku — zły słyszę jest.
— Będziemy mieć sposobność do dzieł rycerskich, — zawołał Bolko — i pokonamy go. Jest że co szlachetniejszego nad walkę otwartą i boje o lepszą?...
— Na tych wam i bez Zbigniewa zbywać nie będzie śmiejąc się dorzucił Janko. — Mamy Pomorze stanie go na długo, Czechów téż, Ruś, a w ostatku Niemców cesarskich.
Weselsza rozmowa wszczęła się już o wojnach, Bolko z drużyną pociągnął na spoczynek do komnat, gdzie właśnie o cudownem oswobodzeniu napadniętego przez Pomorców Santoka, wieść radośną przyniesiono.




III.



Późno z południa skończyła się zawczasu poczęta, długa uroczystość kościelna. Otworem stała nowa świątynia, jeszcze pełna wonności, kadzideł i jakby owiana modlitwami i pieśnią, które się w niéj rozlegały. Kilku ludzi stało we drzwiach spoglądając na lśniące ołtarze. Cisza teraz uroczysta panowała w katedrze.
Wesoły gwar dolatywał tu z zamku, gdzie uczta zastawiona była ze wspaniałością na jaką wiek ów mógł się zdobyć.
Nie była ona wykwintną, dostatek wszystko zastępował. Nawet na twarzy chorego króla promieniała radość z téj chwały Bożéj odnowionéj, pomnożonéj, ugruntowanéj tu na wieki.
W otoczeniu królowej śmieszki słychać było i żarty, Bolko rozprawiał o łowach, drudzy jeszcze o Santoku. Od wczoraj najwięcéj o nim mówiono.
Cud oswobodzenia zamku od napaści Pomorskiéj przypisywano S. Wojciechowi, który nim dawał znak, iż to co uczyniono dla kościoła jego i zwłok, miłem mu było. Opowiadano o zjawionym nocą rycerzu, który Pomorzan już wdzierających się na zamek, odegnał precz mieczem ognistym i męztwem natchnął załogę.
Był to więc dzień powszechnego wesela, a jednak twarz ku któréj oczy króla i królowéj najczęściéj się zwracały, Sieciechowa twarz groźną była dnia tego i chmurną. Niepokój błyskał w źrenicach. Nikt sobie tego wytłumaczyć nie umiał.
Król téż trwożyć się tém poczynał
Sieciech nie zwykł był łacno okazywać frasunku, nie stało się nic złego, coby jawném było, wojewoda milczący, chmurny, bezmówny musiał mieć jaką zgryzotę tajemną.
Napróżno król podnosił ku niemu oczy, wyzywające myśl lepszą, próżno królowa powoływała go ku sobie i poufale mu coś szeptała, inni téż otaczali poszanowaniem tém głębszem, że się doń trwoga mięszała, wojewoda pozostał jakim był, posępny wyraz twarzy wzmagał się jeszcze. Niekiedy z ukosa badający wzrok posyłał ku arcybiskupowi i odwracał go szybko.
O. Marcin promienił dnia tego, widać było jak niewymównie się czuł szczęśliwym; nie słyszał i niewidział co się działo wkoło niego, był jakby w niebiesiech modlitwą duszy dziękczynną.
Uczta miała się ku końcowi. Sieciech parę razy nachylił się do ucha królowi radząc mu spoczynek. Władysław posłuszny ulubieńcowi już się miał ruszyć, gdy arcybiskup podniósł się z siedzenia.
Wzrokiem powiódł po stołach, przy których zasiadali biesiadnicy, jakby ich powoływał ku sobie i ręce złożone do modlitwy podnosząc w górę, zawołał:
— Miłościwy panie, królu nasz!
Sieciech piorunującym rzucił nań wzrokiem, król usiadł zmuszając się do uśmiechu, blada twarz jego drgała obawą jakąś, oczy zwracały się ku Sieciechowi, i na arcybiskupa naprzemiany.
— Miłościwy panie i ojcze nasz, powtórzył starzec, Bóg nam dał ten dzień szczęśliwy, wielki, a ty, panie uczyń nam go dniem podwójnie drogim, dniem pokoju i łaski!
Ja i ze mną, młodsi słudzy twoi, miłujący cię, przychodzą do kolan twoich z prośbą.
Na skinienie arcybiskupa od stołów znaczna część biesiadników podniosła się tłumnie i garnąc się dokoła przed królem stanęła. Była to wprawdzie część tylko przytomnych, ale do niéj przyłączyło się duchowieństwo całe, wielu z najprzedniejszych ziemian, i wszyscy Sieciecha przeciwnicy.
Wojewoda, który stał blizko téj gromadki, tak iż zdawać się mogło że do niéj należał, cofnął się nagle, szum uczyniwszy aby na siebie obrócić uwagę i okazać że do proszących się nie łączył.
— Wszyscy jak nas tu widzisz miłościwy panie, zawołał głos podnosząc arcybiskup — błagamy cię, prosiemy, zaklinamy, uczyń miłosierdzie, zwolnij sercu własnemu, domierz sprawiedliwość i łaskę. Więźniem jest syn twój, dziecko twoje, krew twa, przypuść go do serca i łaski, przebacz mu winę, uwolnij z więzów. Daj mu swobodę i droższą nad nią miłość twoją!
Król, na którego próżno Sieciech groźnie spoglądał, z radośnym twarzy wyrazem obrócił się ku arcybiskupowi, ale drżący długo przemówić nie mógł.
Osłabły, skłonnym był do płaczu, łzy strumieniem z oczów mu się polały.
— Przebacz mu! przebacz! — wołano dokoła — kilku przyklęknęło przed królem...
Królowa blada stała, spoglądając gniewnie na Sieciecha, który rozdrażnienia nie kryjąc czekał tylko, aż się król ku niemu obróci, był bowiem pewnym, iż bez jego rady nic się stać nie może...
Im dłużéj czekał na to, tém burzył się więcéj.
Ci co z nim trzymali poczęli zwolna ustawiać się koło niego
— Czyż ojca prosić o to potrzeba? — odezwał się wreszcie król, azalibym ja nie przebaczył gdyby bezpieczeństwo państwa dopuszczało? —
Mówcie wy, sądźcie! — Nie zaburzyż to i nie zakłóci nam spokoju?
To mówiąc wzrok lękliwy podniósł ku Sieciechowi, który z głową spuszczoną stał niemy, nachmurzony, gniewny, ledwie mogąc się wstrzymać od wybuchnięcia.
— Miłościwy panie, rzekł wreszcie wyzwany wojewoda, miarkując głos, nie czyńcie tego! — nie czyńcie!
Zwierzę dzikie wypuścicie na siebie i na prawe dziecię swoje.
Król, czując że będzie popartym, śmielej nieco zwrócił się ku Sieciechowi, stając już sam w obronie Zbigniewa.
— Ten też prawym jest synem moim, pierworodnym! — zawołał głosem drżącym.
Z oczu wojewody skry się posypały, królowa rzuciła swój stół i siedzenie, podeszła bliżéj poruszona, niespokojna, król wahał się, przelękły był.
— Miłościwy panie — począł arcybiskup. W imię Chrystusa ukrzyżowanego, w imie Wojciecha świętego patrona królestwa tego, w imie świętych apostołów, których dziś uroczystość obchodzimy, zaklinam cię i błagam, usłysz głosy nasze, uczyń tak miłosierdzie jako pragniesz aby ci w dniu sądu strasznego uczynioném było.
W niepewności wielkiéj król stał strwożony, ręce które trzymał oparte na stole trzęsły się ze wzruszenia, łzy z oczów mu płynęły, gdy przez gromadę otaczającą króla przedarł się Bolko.
Z przestrachem jakiemś spojrzał nań ojciec, lękając się może wymówki, gdy szlachetne chłopię rzuciło mu się do nóg i ściskając kolana, zawołało:
— Ojcze kochany, królu miłościwy, i ja za bratem proszę a kłaniam się do stóp twoich, przebaczcie mu! — przebaczcie!
W tém Sieciech nie mogąc się powstrzymać, krzyknął głośno.
— Prosisz za tym który ci odbierze królestwa połowę, spokój zamąci, a jutro cię wyzwie na rękę.
I rozśmiał się dziko.
— Królestwa mu nie żałuję, — odparł młody królewicz — jest ich dosyć do zdobywania po świecie, wyzwania się jego nie lękam! — Będzieli śmiał burzyć się niewdzięczny, pójdziemy nań, złamiemy go, ukarzemy...
Sieciech niemal pogardliwie spojrzał na chłopaka, który po raz pierwszy wystąpił tak śmiało i oczyma rzucił wymówkę Wojsławowi, iż dopuścił a dozwolił na to zuchwalstwo.
— Czyń, miłościwy panie, jak wola twoja, — zawołał Sieciech, — ale racz pomnieć, że ja téj rady nie dawałem, żem był przeciwny i będę.
Umywam ręce. Stanie się złe, zaburzy się królestwo, zamącą ci pokój dni twoich — nie mnie winujcie.
Cofnął się w tył, król blady wahał się znowu, co miał począć. Czytał w oczach królowéj gniew i oburzenie, w oczach Sieciecha obrazę i złość; były to dwie potęgi, które nim rządziły. Tylko w swym ukochanym Bolku, w starym arcybiskupie, w duchowieństwie znajdował poparcie. Co miał czynić, nie wiedział sam... Pot oblewał mu skronie wychudłe, ręce załamał, wzdychał ciężko, oczyma, jakby wzywając ratunku, rzucał na wszystkie strony. Wolałby był nie mieć władzy w rękach, aby nie być zmuszonym do wydania wyroku.
W tém arcybiskup skinął ku braci swéj przytomnéj, wiedząc jak wielka była duchowieństwa przewaga; wystąpił Lambert biskup krakowski i przemówił do króla.
— Panie miłościwy, i ja łączę głos mój z głosem brata mojego w Chrystusie, Marcina — czyń miłosierdzie aby ci ono uczynioném było. Przebacz, uwolnij!
Za nim wystąpił poważnie Paulin Ciołek Kruszwicki pasterz, i odezwał się głosem przejętym...
— Miłościwy panie, sercu twemu ojcowskiemu folguj, a próśb naszych wysłuchaj, przebacz mu!
Stał już za nim w gotowości Dyonizy Poznański biskup, mąż w sile wieku, i zawołał głosem pełnym...
— Nie grozą ani postrachem stoją królestwa, ale łaską Bożą i cnotą ludzką. Cnotą jest miłosierdzie, łaska zyskuje się uczynkiem dobrym. Przebacz mu panie, choćby wrogiem był, zwyciężysz go miłością, przebacz!
Naostatek mniéj pewnym krokiem, na skinienie arcybiskupa wysunął się i Filip Doliwa biskup płocki, głosem cichym, powtarzając za drugiemi nieśmiało.
— Przebacz mu panie!
Niektórzy się do nóg schylili, król płakał i łzy ocierał.
Sieciechowi druhowie i poplecznicy, których on napróżno oczyma popychał, aby występowali z nim razem, nie mieli odwagi iść wbrew duchowieństwu całemu, wstydzili się namawiać do okrucieństwa, gdy drudzy do łaski skłaniali. Stali milczący tem się ograniczając, że nie szli z innemi prosić króla za Zbigniewem. Na obliczu wojewody krakowskiego, gniew pałał krwią po nim rozlaną. Pierwszy raz publicznie złamany być miał wpływ jego i potęga. Nie szło mu już tyle o los Zbigniewa, co o własne upokorzenie. Król był mu dotąd zawsze posłusznym, teraz szedł wbrew jego rady, napomnienia i przestrogi. Jawném było już że Władysław sercu ojcowskiemu ulegnie.
Na czele duchownych idąc, przystąpił bliżéj sędziwy arcybiskup i podnosząc ręce, zawołał.
— Rzeknij słowo panie! — Wysłuchaj nas!
Pomilczawszy trochę, król zdobył się na męztwo.
— Niech się więc stanie, jako żądacie! — niech się stanie! — rzekł głosem poruszonym.
I padł osłabły na krzesło.
Bolko, który stał przed ojcem, gorejąc z niecierpliwości, przybiegł doń, ucałował go w kolana i jak piorun z izby się wyrwał.
Łacno się domyśleć było dokąd i poco. Skinął na swoich po drodze.
— Do więzienia! — ze mną!!
Zrozumiał go arcybiskup, który pobłogosławił ręką zdala, już uchodzącego, pozostali wszyscy na miejscach, Sieciech tylko, niezważając na to że go ludzie oczyma ścigali, natychmiast precz wyszedł na swoich skinąwszy, i ci się z nim oddalili.
Bolko popędził wprost do więzienia brata. W pierwszéj komorze straż napita usypiała, w drugiéj cicho było. Przez szpary drzwi światło przebłyskiwało.
— Pruszynka! — krzyknął Bolko, idź do Starosty, leć do skarbca, biegnij gdzie i do kogo chcesz, a przynieś mi odzież taką, w którąby go można odziać przystojnie.
To mówiąc drzwi otworzył do izby. Zbigniew siedział na ławie, z twarzą pałającą. Zobaczywszy brata wchodzącego, powstał.
— Wolnym jesteś — odezwał się Bolko, wolnym i przebaczonym. Wstawiał się za tobą arcybiskup, duchowni, panów wielu i ja. Odzienie ci przyniosą, pójdziesz do ojca ze mną.
To mówiąc z młodzieńczą gorącością rzucił mu się na szyję.
— Bądź mi bratem! — wykrzyknął wesoło — a chcesz mi być wrogiem, znajdziesz zapaśnika nie do pogardzenia.
Zbigniew w téj chwili pierwszego wzruszenia szczérze może Bolka uściskał, szczérze zaklął się, iż mu do zgonu wdzięcznym pozostanie.
— Zrzucaj tę odzież, żywo! — wołał Bolko pójdziesz ze mną.
Zbigniew się zawahał nieco, po pierwszym wybuchu uczucie już ustępowało rachubie.
— Nie, bracie, — rzekł — nie potrzebuję się przeodziewać, pójdę takim jakim mnie tu znalazła łaska ojca, odartym i opuszczonym, aby ludzie wiedzieli com cierpiał.
Nie rad był Bolko temu, wolałby był ażeby sobą nie czynił ojcu wymówki, nie stawał jako oskarżyciel; lecz Zbigniew trwał w swojem postanowieniu.
— Prowadź mnie do ojca takim, jakim mnie tu znalazłeś — prowadź, idę — powtarzał.
Wahając się jeszcze Bolko go chciał uprosić o przebranie, gdy Zbigniew we drzwi uderzył i wyszedł za rękę go chwyciwszy, wołając. — Chodźmy.
Wzruszenie już minęło, Zbigniew myślał jak obudzić litość i pozyskać serca.
Straż zdziwiona, nie śmiejąc strzymywać więźnia, powiodła za nim oczyma.
Wyszli razem.
W wielkiéj izbie, oprócz Sieciecha, czekali wszyscy; król najmniejszy szmer słysząc, oczyma bojaźliwemi rzucał ku drzwiom, gdy nareszcie postać ta, tak różna od uroczyście i bogato postrojonych gości świątecznych, w progu się ukazała.
Zbigniew dobrze rachował. Wytarta suknia jego siermiężna podpasana prostym rzemieniem, chodaki na nogach podarte, włos na głowie rozczochrany, blada twarz wychudła, niezgrabne ruchy zasiedziałego w zamknięciu człowieka — czyniły królewskiego syna jeszcze politowania godniejszym. W sukni książęcéj byłby może odrażającym, w więziennéj odzieży téj pokutnika budził poszanowanie.
Spostrzegłszy króla, Zbigniew, który szedł słaniając się krokiem niepewnym, upadł na ziemię przed nim i począł nogi jego całować.
Władysław wyciągnął doń ręce i pochwyciwszy go, łkając do piersi przycisnął.
Królowa nawet, która dotąd złośliwe żarty stroiła, przybrała twarz surową, ale pełną wstrętu...
Władysław długo przemówić nie mógł.
— Upadnij do nóg ojcu naszemu duchownemu, — zawołał, — i tym wszystkim co błagali za tobą im dziękuj, bo im winieneś wolność twoją. Przebaczyłem ci. Pomnij iż łaską jesteś dźwignięty i przywrócony do praw twoich, kajaj się, bądź synem posłusznym, bądź bratu druhem wiernym.
Zbigniew stał i słuchał z głową spuszczoną jak winowajca.
— Ojcze miłościwy, — wyjąknął w końcu głosem złagodzonym ale niemiłym. — Nieprzyjaciele twoi użyli mnie za narzędzie. Będę ci synem wiernym, będę bratu druhem, będę królestwu twojemu obroną i służebnikiem. Mówiąc całował ręce arcybiskupa, który téż dodał głosem drżącym.
— Pomnij, pomnij, Kneziu Zbigniewie, iż wzięliśmy cię na sumienie nasze...
Otaczający poczęli wołać niektórzy — Boże, zmiłuj się nad nami! — Inni. — Długi żywot królowi!.
— Królowi żywot i panowanie!
Rozległ się okrzykami zamek i podwórza.
Oczy wszystkich zwracały się teraz ciekawie ku oswobodzonemu więźniowi; litość miał nim się okazał, widok nędzy jego poruszył, jednak nie przystały doń serca.
Strasznym bo był ów wychowanek saskiego klasztoru, nagle przerosły na rycerza i powrócony do praw królewskiego dziécięcia. Nic nie pociągało ku niemu; wzrok dziki, uśmiech fałszywy, ruchy niezręczne, postać niezgrabna odrażała; siła tylko, którą zdawały się zwiastować rozrosłe barki, kazała się po nim spodziewać dzielnego rycerza.
Ze wstrętem patrząc na biedną odzież syna, król natychmiast przykazał Ochmistrzowi dworu, aby mu dostarczono wszystko co dziecku pańskiemu potrzebném być mogło, a że pora spóźnioną była, poczęli wszyscy rozchodzić się na spoczynek.
Król skinął na komorników swych, idąc prawie ze strachem, bo pewien był że w komnacie swéj znajdzie Sieciecha ze srogiemi wymówkami. Wojewoda krakowski tak był gniewnym iż się nawet nie pokazał dnia tego królowi. Zapytał o niego bojaźliwie Władysław, powiedziano mu, że zawczasu odszedł do dworca swojego.
Osobne izby i budowle naznaczone były na zamku dla wielkiego wojewody, jak zwano Sieciecha, a raczéj dla drugiego króla. Liczny jego dwór zajmował całe domostwo przypierające do królewskiego, a przepychem nie ustępował, może przechodził pański. Więcéj tu przybywało ludzi z prośbami, podarkami, pokłonami, niż do Władysława, który sam o niczém nie stanowiąc, wszystkich do Sieciecha odsyłał. Miał dlań słabość i obawiał się go razem, czując że bez téj silnéj dłoni królestwa nie utrzyma.
Wojewoda wpadł na dworzec swój gniewny i piorunujący, ludzi poroztrącał i długo chodził zamyślony po izbach pustych. Wnet co było druhów jego, popleczników, ujętych przezeń ziemian, zaczęło się ściągać do wodza swego. Wszyscy oni wtajemniczeni byli w sprawy wojewody i na powodzeniu jego przyszłość swą budowali. Między innemi wsunął się, powołany ochmistrz Bolka, który także pod rozkazami Sieciecha zostawał, choć nie całkiem mu był po myśli.
Spostrzegłszy jego, Strzyża zausznika swego, Barwienia i Smołę Starostów, Sieciech krzyknął wybuchając.
— Cóż rzeczecie na to? Nie dość było jednego zapalczywego młokosa, dwu teraz będziemy mieli, obu wrogów i nieposłusznych! Król zbabiał, każdemu kto chce wodzić się daje!
— Uspokójcie się, uspokójcie, — przebąknął Wojsław zwolna, ze zwykłą sobie ociężałością — nic ani tak wielkiego, ni tak strasznego się nie stało.
— Sądzisz że ty, żem się ja uląkł tego? — zawołał Sieciech ze śmiechem szyderskim. — Nie, nie boję się ale gniewam.
Wojsław jakby nie słyszał, dodał obojętnie.
— Król się o was w sypialni dopytywał pilno, rad był widzieć.
— Niech się obejdzie bezemnie — rzekł dumnie Sieciech, — jak się obszedł bez rady mojéj.
— Miłościwy panie, — szepnął Strzyż, podchodząc doń bliżéj, — azali tego nie widzicie iż ich dwu sami się rychléj pożrą niż tobie zaszkodzą? Na twoje koło woda.
Ramionami ruszył obojętnie Sieciech.
— Nie lękam się ich obu — rzekł, ale król nieposłuszny gniewa mnie. Gdyby nie ja, w coby już się dotąd obróciło królestwo jego? — alboby je koronowany król czeski zagarnął, albo Pomorcy złupili, a stary tułałby się gdzieś na Cesarskiéj łasce. Mnie winien wszystko, a słuchać nie chce.
— Arcybiskup winien wszystkiemu, — dodał Smoła, — miękkie serce ma.
— A twardy upór, — rzekł wojewoda — pytał mnie wczora, oparłem się, przeczyłem, prosiłem, nie dał się złamać i na swojém postawił, ażeby mi pokazać, że Sieciech tu nic nie znaczy, a Sieciech im pokaże, iż czém był tém być nie przestał.
Pięścią uderzył w stół. Wszyscy stali milczący, Sieciech się rzucił na ławę.
— Odroczy się przez to co się ma stać, ale nie minie — rzekł ponuro.
Królestwo to nie ostoi się bezemnie.
— Co nam Zbigniew! klecha ten! — wtrącił mały, opasły Barwień gładząc bródkę rudą. — Co Zbigniew? — do parobka niż do królewskiego dziecka podobniejszy, a z oczów mu patrzy jak dzikiemu zbikowi.
Nic Sieciech nie odpowiadał, burzył się w sobie. W tém młody chłopak ze dworu królowéj, przyszedł mu coś szepcząc do ucha. Odprawił go ruchem ręki, nic nie mówiąc, gniewny jeszcze na wszystko co go otaczało, lecz po krótkim namyśle wstał i wyszedł, zostawując swych przyjaciół bez opowiedzenia się im dokąd i na jak długo... Ci pozostali rozprawiając nad wypadkiem niespodzianym dnia dzisiejszego. Dworzanin królowéj prowadził wojewodę bocznemi drzwiami do mieszkania Judyty.
Cesarska siostra właśnie poczęła była zdejmować z siebie klejnoty, w które się na uroczystość przystroiła, w sukni rozpiętéj chodziła po komnacie gdy Sieciech się zjawił w progu. Po twarzy jego poznała gniew, z którego nie ochłonął jeszcze, ona téż niemniéj była oburzoną i rozdrażnioną.
— Być że to może, wojewodo, zawołała stając naprzeciw wchodzącego, ażebyście wy nie mieli siły zapobiedz temu, dopuścić to królewskie szaleństwo? (W głosie jéj przebijała się namiętność gwałtowna). Dopuściliście dla mnie srom, dla wszystkich niebezpieczeństwo! Ten nikczemny bękart będzie mnie śmiał nazywać matką? Ten parobek... ten niewolnik...
Słów brakło królowéj, targała rękawy swéj sukni.
— Nie mogliście go kazać umorzyć w więzieniu, mając go w swych rękach? — czekaliście aż na wolność</ref> go puszczą!! Dobrze, pięknie, wybornie się stało!!
— Któż się mógł tego spodziewać? — odparł Sieciech.
— Nie wiedzieliścież, wołała niemka brwi marszcząc, — że nieprzyjaciel póki w nim tchu staje zawsze niebezpieczny. Mogli mu oczy wyjąć ludzie, niktby nie rzekł nic, pozórby się znalazł. Wy! wy nie zdaliście się do rządzenia, wy, jak król słabi jesteście!!
Wojewoda patrzał na nią cierpliwie wymówek słuchając, czynił je pono i sam sobie.
— Miłościwa pani, — odparł gdy gniew jéj głos zatamował, — zasłużyłem na te wyrzuty!. Bez tego mam dosyć wrogów, dość na mnie rzucają czernideł i potwarzy, nie chciałem dać powodu do nowych zaskarżeń i zemsty.
Śmiech królowéj zły i szyderski przerwał mu mowę.
— Dbacie o ludzkie języki! niech szczekają kiedy chcą, — zawołała. — Było je tylko posmarować złotem a przestaliby łajać i poczęli głosić chwałę twoją. Teraz szydzić z was będą, boście słabi, a król nawet was nie słucha!
Ruszyła się żywo, rzucając na stół z brzękiem ciężki łańcuch złoty, który z szyi zerwała.
— Zaprawdę — dodała, wątpię już o waszym rozumie. Dopuścić do tego!! to do was niepodobne! I cóż myślicie daléj? — co?
Sieciech się zbliżył i szeptać począł.
— Stało się. Teraz, ich dwu trzeba spuścić na siebie. Bolko gorący jest, zewrą się; był jedynakiem, teraz i pierworodnym być przestał, młodszym jest, za nim iść musi. Skłócą się, zajedzą się królewicze.
Potrząsając głową królowa niedowierzająco patrzała, usta się jéj krzywiły dumą jakąś i wzgardą.
— Tak, a nim się zewrą z sobą, wprzódy na was, na mnie, na króla sobie ręce podadzą, pójdą przeciwko nam. Was obalą...
Sieciech się uśmiechnął.
— Do tego nie dopuściemy, rzekł. Wojsko wszystkie ja mam w ręku. Grody obsadzone mojemi, oni, ani garstki nie mają własnéj. Starszyzna moja skinienia mego słuchać będzie.
Judyta poruszyła ramionami.
— I wyście już zesłabli, rzekła, puszczacie zwierza aby polować na niego, gdyście w klatce mieli. To nierozum! — Myślicie że pójdzie na drugiego nie na was!
Zaczęła się przechadzać po izbie królowa, Sieciech stał i czekał aż się uspokoi.
— Źle się stało, — rzekł, lecz starego biskupa nikt zawczasu nie zbadał, wystąpił nagle, nie pora było hamować. Jeden taki nieokrzesany klecha, choć go odzieją za książęcia, nic nam nie uczyni. Nie lękam się go, a pozbyć potrafię. W Kruszwickiéj bitwie ludzie go widzieli, rycerzem nie jest. Klerykiem lat osiem był i na całe życie nim zostanie, męztwa nie ma, rozumu niewiele, cała siła w języku. Puści się na swawolę teraz gdy swobodę poczuje... i zginie.
— Wszystko wam teraz dobre! — szydersko dodała Judyta.
Drzwi uchylono, pachole króla domagało się Sieciecha, król po modlitwach żądał koniecznie wojewody, nie mógł usnąć nie widząc się z nim, zbieżano cały zamek szukając; sługa pański dopominał się gwałtownie, by Sieciech szedł z nim do króla.
— Nie pójdę dziś do króla! — zawołał rozkazująco wojewoda. — Powiedzcie iż mnie niema na zamku, żem odjechał. Mówcie co chcecie, nie pójdę. Niech się frasuje król i niepokoi, — dodał, oparł się radzie mojéj, niechże swych lepszych niż ja doradzców się trzyma.
Królowa, któréj oczy zaświeciły, potakiwała mu, bijąc w ręce.
— Niech pokutuje stary — zawołała, — niech się gryzie. — I pacholęciu na drzwi wskazała.
Nastąpiła cicha narada poufna, tak zgodna jak był gniew co ją poprzedził gwałtowny. Na twarzy królowej zjawił się wkrótce uśmiech, czoło się wyjaśniło, słuchając opowiadania Sieciecha. Podała mu rękę na przejednanie, odprowadziła do drzwi i w progu jeszcze żegnała szeptami długiemi.
Wojewoda uwolnił się wreszcie, parę razy przywoływany do drzwi, odprawiany i powracający. Judyta zasłonę drzwi podtrzymując nad sobą, patrzała za odchodzącym, aż zniknął jéj z oczów. Sieciech potrzebował być sam z sobą, aby myśli zebrać i ukoić ducha.
Noc majowa cicha była i spokojna, zamek się cały do snu układał, gdzieniegdzie tylko z izb oświetlonych gwary spóźnione słyszeć się dawały. Na wałach i u bram straże chodziły ospale.
W drugim końcu podwórca, gdzie stało wojsko królewskie i czeladzie, gęśle brzęczały i półgłośne śpiewy. Na mieście zdala psy poszczekiwały i pierwsze kury piały ranną pobudkę.
Wojewoda mijając okna, w których świeciło, podniósł głowę.
Zdało mu się że widzi w nich cienie Bolka i Zbigniewa, z rękami zarzuconemi na ramiona, jakby naradzali się z sobą, przechadzających się po izbie.
Stał i patrzał długo. Czuł w nich wrogów swych przyszłych, a potrzebował uczynić nieprzyjaciół nie druhów, jakiemi się być zdawali. Władza którą dzierżał, do téj pory pocieszała go i ośmielała, nie mógł jéj postradać w jednéj godzinie.
— Wam li to ma się zamarzyć porywać się na mnie! — mówił w duchu. — Wam! Niedołężnemu temu królowi bez korony, dwu młokosom i kilku starym klechom?
Gdybym skinął tylko, jutro! obalę wszystko!
Myśl wzbiła się wysoko i gniew ustawać poczynał.
— Nie jestem że ja tu panem? — a oni na mojéj łasce? — do czasu!
Chodził tak długo, podpatrując co się na zamku działo, zbierając myśli, osnuwając na przyszłość plany. Gdy powrócił do izb swych zmęczony, już w nich nikogo, oprócz służby rozespanéj nie było. Rzucił się na posłanie, pewien że jutro nagrodzi sowicie za doznane upokorzenie.



IV.



Nie było w słowiańskich krajach ziemi, coby uporniéj stała przy dawnym swoim pogańskim obyczaju nad Pomorze i plemiona, co je zaludniały. Jedno z nich noszące imie Wilków, nie nadaremnie je wzięło, jak wilcy bowiem czatowali na pastwę, jak oni drapieżni byli i łupu chciwi, okrutni, przebiegli, niepokonani, choć często klęski ponosili. Po każdéj bitwie przegranej, chciwi zemsty, gotowali się do odwetu. Pomiędzy resztami pogan pozostałych nad granicami, mieli potajemnych sprzymierzeńców, nie tajno im było co się u Polan działo, gdzie się obracały wojska, kiedy na nieopatrznych wpaść było można znienacka; korzystali często ze święcenia kościołów, z uroczystości, z najmniejszego odpoczynku i ubezpieczenia, aby się rzucić na rozbrojonych.
Gotowi téż byli ze wszystkiémi się wiązać, służyć każdemu, kto ich wyzywał do pomocy, podać rękę chrześcianinowi, nawet każde zawichrzenie wyzyskać, ale niezależności swéj nie poświęcali nikomu. Jednego dnia Niemcom, drugiego Polanom biegli w pomoc dla łupieży.
W bogatych miastach ich nadmorskich handel, skupiał wielkie zasoby, wojna przynosiła łupy, zamożność dawała zuchwalstwo; naród był bitny, ochoczy do wojny i grabieży, zbrojny dobrze, a im dłużéj niepodległości swéj zdołał obronić, tém pewniéj spodziewał się ją utrzymać.
Napróżno starano się go nawrócić, jedni po drugich szli doń apostołowie, niosąc wiarę chrześciańską, a kończyli wszyscy posłannictwo swe męczeństwem, urągowiskiem i wygnaniem. Ubodzy księża, opowiadający Boga ubogich, nie znajdowali posłuchu u pomorców, rabusiów, handlarzy, którzy bogactwa nad wszystko cenili. Pokłonić się tylko mogli blaskiem okrytéj potędze...
Wiara téż pogańska ostatni tu znalazłszy przytułek, rozkwitała sił ostatkiem; stały świątynie stare na nowo przybrane, rozlegały się w nich pieśni odwieczne, wędrowali pielgrzymi z ziem nawróconych, pokryjomu przynosząc ofiary, a niosąc ztąd nowego ducha.
To gniazdo bałwochwalstwa i rozbojów zniszczyć potrzeba było i nieustannego wroga pohamować.
Władysław Herman walczył ciągle z tymi niewygodnymi sąsiady, niedającymi spokoju, Sieciech chadzał na nich zwycięzko, wyprawiano oddziały rycerskie, które wpadały w głąb ich puszcz, plądrowały osady i miasta, ale podbić nie mogły. Poddawali się pozornie, gdy ich złamano, zdradzali wprędce, trzymali po grodach i miastach, najmniejszą zręczność wyzyskać umiejąc na korzyść swoją.
Od ujścia Wisły do Odry i aż do Łaby, zalegała wybrzeża ta dzicz pogańska, niespokojąc ciągle ziemie sąsiednie.
Dość było wieści, że król i starszyzna gromadzą się do Gniezna na wielkie świątki, aby już pomorcy na zameczek graniczny, przez Polaków osadzony, Santok godzili. Rzucili się nań i tylko cudem a popłochem nocnym wyrugowani zeń zostali.
Napaść tę zuchwałą pomścić zaraz było potrzeba, nie mogła ujść bezkarnie.
Jeszcze w Gnieźnie, gdy Sieciech dał się wreszcie przebłagać królowi i znowu opiekę swą nad nim rozciągać zaczął, uradzono wyprawę na Pomorzan. Bolesław jak tylko zasłyszał o tém, gorąco się do niéj gotować zaczął.
Zbigniew byłby się może złożył tém, iż dworu ani czeladzi nie zebrał jeszcze, nie był gotowym, ale obok Bolka tak pochopnego do boju, wstyd mu było gnuśnym się okazać. Nowy królewicz, którego na równi z młodszym postawiono, łatwo mógł zgromadzić około siebie znaczną liczbę drużyny. Garnęli się ludzie do nowego pana. Nazajutrz zaraz po owym wieczorze, gdy z więzienia wyszedł na dworzec, zjawił się do niego stary sługa Marko Sobiejucha.
— Miłościwy królewiczu — odezwał się, śmiejąc i pomrugiwając, a ręką sunąc ku kolanom — miłościwy królewiczu, bodejbyś żył sto lat! Nie ma się z tém co taić, mogę to wyznać, że jeżeli komu, to słudze swemu winniście swobodę!!
Tu w piersi mocno się pięścią grzmotnął.
— Tak jest, tak jest — niech się miłość wasza ani śmieje ani dziwi temu — dodał Marko... — Ja to chodziłem tak około najprzewielebniejszego arcybiskupa, a kładłem mu to przez różne osoby do uszów, aż nareszcie wziął do serca. Niech to zostanie tajemnicą, chwalić się nie chcę, lecz w istocie winniście swobodę słudze swemu.
Zdumiał się Zbigniew i zadąsał, ale bezwstydny człek klął się i przysięgał, że mówił prawdę, a dochodzić kłamstwa było trudno.
Mówili drudzy że jako żyw, nigdy do ojca Marcina się nie zbliżał i słowa doń przemówić nie mógł.
— Teraz spodziewam się — dokończył Sobiejucha — że gdy wasza miłość odzyskaliście wszystko, o człowieku który za was życie dawał nie zapomnicie. Com wylał krwi pod Kruszwicą! a tu — życie ważyłem. Gdyby nie cud a łaska patrona mojego, jużby mnie dawno krucy zadziubali.
Czyby się czuł do wdzięczności Zbigniew, rzecz wątpliwa, ale gnuśnemu nieco i przebiegłemu panu, który się rad wyręczał drugiemi, dogadzał Marko i służyć mu umiał.
Nikt lepiéj nad niego nie dostał wszelkiego języka, nie podsłuchał zręczniéj, nie wcisnął się śmieléj w kąt każdy i z bogatszym łupem nie przychodził wieczorem, umiejąc go kłamstwy przyprawić. Nikt téż lepiéj i bezwstydniéj pochlebiać nie potrafił.
W pierwszych dniach zaraz, gdy się poczęły rycerskie zapasy, gonitwy, bójki w których Bolko celował, a na które Zbigniew tylko zdala patrzeć musiał, bo do nich zręczności nie miał żadnéj, zrodziła się sroga zazdrość w exkleryku.
Brał przed nim wszędzie Bolko prym, ubiegał go, a choć o lat kilka młodszy, szedł przodem, u ludzi mir jednał; chwalono go, wynoszono, kochano.
Zbigniew się nastawiał, szydzić próbował, iść z nim o lepszą nie zdołał. Dumny był, obraźliwy, mowę często złośliwą miał i nieopatrzną, ludzie od niego stronili. Na koniu, z łukiem, z oszczepem, z mieczem próżno próbował coś poczynać, na wstyd i śmiech tylko się narażał.
Siły miał dosyć, użyć jéj nie umiał, ani ochotę okazał. Niecierpliwił się wnet i rzucał o ziemię co trzymał, klnąc a łając.
Gdy jechali razem, Bolko wyglądał królewsko, tamten na przystrojonego parobka, choć się obwieszał łańcuchami i świecidłami wszelkiemi, w których się kochał bardzo. Dwór téż jego co miał świetnie wyglądać, wydawał się cudacko.
Niepowodzenie to jątrzyło Zbigniewa; powoli począł się coraz głośniéj dopominać o swe pierworodztwo i gdzie tylko mógł zasiadać pierwsze miejsce.
Dwór jego nie ustępował kroku Bolkowéj drużynie, ztąd się rodziły waśnie i spory nieustanne.
Bolko mniéj dbał o miejsce i śmiał się. Dwunastu towarzyszów jego patrząc na współzawodnika swojego pana niezgrabnego, nie szykownego, przezywali go Klechą, śmieli się po cichu z niezręczności jego, z dumy, a czasem drwiny przez usłużnych usta dochodziły, do chętnie nastawiającego na wszystko ucho Zbigniewa.
Między tymi dwoma obozami młodych synów królewskich, naprzód się objawiło współzawodnictwo, zrodziła zawiść i nienawiść. Dwór Zbigniewa na prędce zbierany, złożył się z niezbyt dorodnéj młodzieży, ściąganéj ze wszystkich kątów, która odzieżą tylko jaskrawą się odznaczała. Marko Sobiejucha zajął tu miejsce przedniejsze, niby ochmistrza czy dowódcy. Gdyby największe było nawet usposobienie do zgody, człowiek ten byłby ją potrafił zakłócić, tak umiejętnie brał się do tego.
Podżegał ciągle. Wieczorem zawsze przynosił panu do łoża, co się we dnie przyzbierało: jak to dworzanie Bolkowi wyśmiewali niezgrabność pana, jak go przezywali Klechą, jak wyzywano go naumyślnie do rzucania oszczepem, aby upokorzyć, jak ten i ów to i owo powiedział, a Bolko się wszystkiemu cieszył itp.
Zbigniew widząc, że królewiczowi rycerzem trzeba było być koniecznie, odziewał się po rycersku, miecz sobie ogromny przywieszał, na konia siadał, toczyć nim próbował, ale ani ze szkapą, ni z mieczem, ni z oszczepem, ani z łukiem rady sobie dać nie umiał.
Rankami pokryjomu uczył się owych rycerskich sztuk od Sobiejuchy; ten gadał o nich dużo, wiedział wszystko, chwalił się bezmiernie, a na razie mu się zawsze coś psuło. Łuk niedopasował, strzały były nie dobre, oszczep nie przychodził do ręki itp. Zbigniewowi się również nie wiodło, konie go tłukły, zbroja mulała, miecz mu zawadzał, a choć siłę w ręku miał wielką, gdy oszczep cisnął, pewnie poszedł nie tam, gdzie chciał, a gdzie się go nikt nie spodziewał. Kaleczył konie i ludzi.
Sieciech w kilka dni popatrzywszy na to, co się działo, zrozumiał wszystko, i gdy znów królem kierować począł, narzucając mu wolę swoją jeszcze silniéj — natychmiast doradził Władysławowi, aby braci obu razem na pomorców wyprawił.
Na pozór słuszném to było.
Król dla przejednania posłuszeństwem faworyta i na gorszeby się był zgodził, tém bardziéj na myśl tak zbawienną, która braci pobratać miała. Naprzód Bolkowi o tém oznajmił, Bolko pobiegł z nią do Zbigniewa.
Dwa silne pułki konne pancerników stały w pogotowiu, najdoborniejszy lud, najdoświadczeńszy żołnierz, najupodobańsi Bolkowi rycerze, którzy już z nim nie jeden raz robili wycieczki. Jeden oddział jeszcze stojący pod Santokiem zabrać z sobą mieli i ztamtąd wyruszyć. Bolko pragnął dotrzéć bodajby do morza, do któregoś z bogatych grodów, do ubiegnięcia łatwych, bo ludność ich dla handlu, częściéj na morzu w łódkach, niż na wałach siedziała. Miasta były warowne, bogate, lecz letnią porą nie ludne.
Pierwszy ze swą drużyną gotów był Bolko i ruszył zaraz do Santoka. Zbigniewowi zabrakło ludzi do orszaku, jaki z sobą chciał prowadzić, ale brat nań dwa dni czekać przyrzekał, dając czas do zebrania koni i czeladzi. Marko po swojemu się ruszał, krzyczał, biegał, klął, a zawsze mu się nie wiodło nie z jego winy, przez ludzi. Ostatniego dnia Zbigniew opóźniony, puścił się brata doganiać.
Marko nie odstępował go na chwilę, on i posłuszny a głupawy Zahoń, jechali przy królewiczu. Zahoń wiózł mu hełm, gdy zaciężył, to miecz, gdy się plątał i po koniu tłukł, to tarcz małą malowaną, z którą Zbigniew nie wiedział, co robić.
Nie nawykłemu do żelaza ciężyły i tak blachy, które na sobie mieć musiał, wadziła ostroga u nogi, rozpinały się na nim sprzączki, napierśnik dusił, pas nacierał, a i konia było mu dobrać trudno.
Szczęście owo wielkie, które spotkało Zbigniewa, na chwilę prawie nie odmalowało się w jego twarzy. Posępny był, gniewny, szyderski, mruczący na wszystko, nikt mu dogodzić nie umiał. Jeden Marko ze swym językiem najlepiéj mu do smaku przypadał. Nie żałował téż dla pana przyprawy smakowitéj i bluzgał na wszystkich. Dworu tajemnic od niego się dowiadywał królewicz, w jakich łaskach był u królowéj Judyty Sieciech, który niekiedy do późnéj nocy sam na sam z nią przesiadywał, jak znowu król słabym był i posłusznym dla wojewody, który czynił z nim, co chciał; jak się wychowywały królewny, co poczynały niewiasty, otaczające królowę, któremi się ona posługiwać umiała, kto z wojewodów wojewodą trzymał i był mu zaprzedany, a kto z nim zadzierał.
— Miłościwy królewiczu — odezwał się w drodze Marko Sobiejucha do pana, gdy nieco za sobą orszak swój zostawili, ciągnąc lasem piaszczystym — miłościwy panie, gdy da Bóg, staniemy w tym Santoku, a przyjdzie ciągnąć daléj, jak miłość wasza postanowi co do dowództwa?
Zbigniew wprawdzie sam czuł, że na dowódzcę się nie zdał, ale słuchać téż nikogo nie był rad. Pomyślał nieco.
— Juściż mnie jako starszemu — odezwał się — należy dowództwo, nie komu. Inaczéj nie powinno być. A cóż mam począć?? co?
— Co? jak? — wyrwał się Marko. — Jeżeli miłość wasza wprawy nie ma, toć mnie na swém miejscu może uczynić namiestnikiem. A ja! ja, już sobie radę dam...
Nie na takie się to rzeczy patrzyło. Nosa mam, ludzi w garść potrafię wziąć. Starszemu królewiczowi dowództwo przynależy. Jak się miłość wasza raz dasz wziąć pod rozkazy, wszystko przepadło. Starszeństwo najpierwsze prawo na świecie.
— To téż spodziewam się, że ten gołowąs mi przeczyć go nie może! — odezwał się Zbigniew.
— A jakby się oparł? — spytał Sobiejucha.
— Nie poddam mu się — rzekł Zbigniew.
— Nie potrzeba, nie można, nie godzi się poddawać — wołał Marko — przy waszéj miłości musi być dowództwo. Bolka trzeba nauczyć posłuszeństwa. Kiedyś juści wy nie kto, weźmiecie całe to królestwo, będzie musiał się poddać i słuchać, a siedzieć na swym udziale cicho i powołany iść pod chorągiew!
Myśl ta wyłącznego panowania jeszcze była Zbigniewowi nie przyszła, pochlebiała mu.
— Król stary, niedołęga, do niczego, Sieciech jawny zdrajca — kończył Marko — trzeba zawczasu myśleć o sobie, bo inaczéj Bolko i jego ulubieńcy was uprzedzą.
— Nie dopuszczę — mruknął Zbigniew.
— Zręczny jest i mężny, ja mu tego nie przeczę — mówił Marko — na żołnierza dobry, na wodza się nie zdał. Zapalczywy, prędki i łatwowierny.
E! e! Wasza miłość nam będziesz panować! Inaczéj nie może być!
Przez całą drogę tak Sobiejucha przygotowywał swego pana.
Nad ranem stanęli w Santoku; gdzie już do wyruszenia wszystko było pogotowiu i ciągnąć trzeba było spiesznie, aby pomorcy nie dowiedzieli się zawczasu o wyprawie.
Zamczysko owe, które kluczem Polski od pomorza zwano, nad samą rzeką położone, a raczéj dwoma obwarowane, mocne było tylko moczarami i błotami, które je dokoła otaczały.
Wały i zaborole miało dosyć krzepkie, lecz rozległą zajmując przestrzeń, gdyby nie woda, trudneby było do obrony.
Roiło się tu teraz rycerstwem, a żołnierza takiego nie widział Zbigniew jako żyw, bo i pod Kruszwicą równego mu nie było.
Pancernicy chłop w chłopa, na koniach krzepkich, zręczni, wojacy już doświadczeni, śmieli się tak do wojny, jakby do najmilszéj zabawy. Bolko wcześniéj tu przybywszy, już ich był opatrzył wszystkich, rozporządził, ustawił, podzielił, którzy przodem iść mieli, jacy na tyłach.
Większa część tych ludzi znała go i kochała, bo był jak bardzo młody, tak nad wiek swój dzielny i roztropny.
W dolnéj izbie na zamku, niepoczesnéj wcale, bo tam oprócz załogi i starosty, nikt nigdy nie przemieszkiwał, Bolko spał, jadł i przyjmował starszyznę. Po ławach i stołach tyle było hełmów, rękawic i łuków, co misek próżnych; w kątach stały oszczepy i pociski snopami. Odzież leżała po kątach, ruch wchodzących i wychodzących drzwi nie dawał zamykać.
Bolko na ławie siedząc jak na koniu, przyjął przybywającego Zbigniewa, który zdala się rogami otrąbił i wciągnął z wielką uroczystością na zamek, miecz, jak zwykle, każąc nieść przed sobą.
Że nikt go w podwórcu nie przyjmował, a ludzie się po troszę śmieli, wszedł do izby nadęty, z przybraną powagą wielką.
— No! bywaj! bywaj! A toć czas ruszać! Wilki te niepoczciwe, jak skoro się o nas dowiedzą, pierzchną w gąszcze i nie złapiemy ich. Im dłużéj tu stoimy, tém gorzej dla nas. Na koń! na koń!
Gdy Bolko tak wywoływał, a ludzie głos jego posłyszawszy, ruszać się poczynali, Zbigniew stał przed nim nadąsany.
— Ja spocząć muszę — rzekł — a no, potém, zobaczemy.
— Jakto, zobaczemy? — odparł Bolko. — A cóż tu masz patrzeć, gdy wszystko opatrzone?
Zbigniew spójrzał bystro z pod brwi zmarszczonych.
— Juściż ja opatrzeć muszę, bo przy mnie dowództwo — rzekł.
— Dowództwo! przy tobie? — wykrzyknął Bolko ze śmiechem. Nauczże się wprzódy na koniu siedzieć, oszczepem władnąć. Tyś jeszcze nie wojak, pierwsze pole twoje, a już ci się dowództwa zachciewa? Chyba, żeby nas w puch rozbito! Nie znasz ani pomorców ani ich kraju.
— Ja starszy pod niczyje rozkazy iść nie myślę — zawołał dumnie Zbigniew.
— No to siedź w Santoku i zostań! — rzekł Bolko — ja téż pod twoje dowództwo nie idę. Tyś nie żołnierz...
— Alem syn królewski jako i ty — i starszy — krzyknął Zbigniew.
Bolko się zmarszczył trochę.
— Ja ci nie zaprzeczam ani synowstwa, ani starszeństwa, aleś ty na wojnie klerykiem — zawołał Bolko.
Wyraz ten dotknął mocno Zbigniewa, krew mu uderzyła do głowy, padł na ławę i podparł się na stole.
— Czyń co chcesz, jakom rzekł, inaczéj nie będzie — zakończył.
— No, to nie będzie nic! — krzyknął porywczo Bolko. — Ludzi szkoda, ciebie żal. Łeb ci utną. Wprzód się trzeba wojny nauczyć, nim się wodzić zechce... Na zgubę ludzi prowadzić ja nie dam.
— Jeżeli sam wojny nie znam, znajdę takiego, co za mnie będzie znać i powiedzie, ale z méj ręki — odezwał się starszy.
Bolko się z ławy zerwał.
— Na prawdęś to rzekł? — spytał.
— Nie na żart — zamruczał Zbigniew, którego twarz zań odpowiadała.
— No, to ja ci téż powiem na prawdę, że pod tobą ani wodzem z twojéj ręki, ja nie idę. Wezmę sobie połowę ludzi, bierz ty drugą i próbujmy szczęścia.
Zbigniew milczał.
Marko Sobiejucha stojący w progu, dał znak głową, aby tego nie przyjmował...
— Ja z połową nie pociągnę, bo siła mała — odezwał się starszy.
— No, to zostań w Santoku, począł — śmiejąc się Bolko — dla mnie połowy dosyć, cały powrócę i łup jeszcze przywiozę.
Chciał wychodzić w podwórce, bo go już piekło i pilno mu było, gdy Zbigniew go zatrzymał.
— Ja cię ztąd nie puszczę — nie pozwolę — jam tu dowódzcą nie ty.
Bolkowi krew zawrzała.
— Hej — zakrzyknął — ze mną dobrém słowem wiele można dokazać, ale rozkazywać mnie i siłą brać! Nie twoja rzecz! Wierz mi, nie próbuj się ze mną, nie zadzieraj z bratem! Gdyśmy cię z więzów uwolnili pokornym byłeś, takim zostań, lepiéj ci z tém będzie. Równym cię chcę znać, wyższym nie!
Modemu chłopcu z oczów ogień się sypał, drżał mówiąc, postawę miał męzką i rycerską, która postrach wrażała. Zbigniew pobladł i trząsł się.
— Com rzekł, to strzymam — odezwał się zniżonym głosem.
— A ja com powiedział od tego nie ustąpię — odparł Bolko śmiało.
— Ni ja.
— Ani ja!
Stali naprzeciw siebie, oczyma się mierząc wyzywającemi, Bolko uśmiechał się pogardliwie, odwrócił tyłem do Zbigniewa i powoli ku drzwiom mierzył.
Wyszedł w podwórzec, sypnęła się za nim drużyna, otaczając go, gniewna, rozsierdzona, z rękami na mieczykach. Gdyby był słowo rzekł, skinął, rzuciliby się i siekli.
W tém Bolko dwu przedniejszych tysiączników kazał pozwać do siebie. Stawił się pierwszy, nakuliwając trochę, Groza stary żołnierz, który nogę miał dawniéj oszczepem przebitą, ale na koniu tego czuć nie było.
— Moje dwa pułki, niech się sposobią do pochodu — zawołał królewicz — brat mój pono na swą rękę chce szczęścia próbować swoim dworem; połowa ludzi niech do niego odejdzie, my zapolujemy sami.
Groza brodę pogładził.
— Już ludziskom się tuży i dłuży — mruknął — czasby iść.
— Pójdziemy zaraz — rzekł Bolko.
W tém Zbigniew się oknem wychylił z izby.
— Ani się mi ważcie ruszyć nogą — krzyknął — ja tu dowodzę, nie kto inny — ja!
Groza spojrzał nań, a potém ku Bolkowi obrócił. Ten zamilkł nieco.
— Jakże się wam zda? — spytał Grozy. — Tysiącznik sam nie wiedział co poczynać. Marko już wprzódy się z nimi rozmówił, ludzie wahali się kogo słuchać, za kim iść.
— Miłościwy panie — odezwał się Groza, kłaniając królewiczowi — uczyńcie ład między sobą sami — to nie nasza sprawa.
— Mnie znacie — odezwał się Bolko do swoich, wskazując potém na wyglądającego oknem Zbigniewa: — A tego znacie wy? Byłli kiedy z wami? bił się? Wiecie, czy go kto nad wojskiem postanowił?
Starszyzna stojąc z odkrytemi głowy, patrzała po sobie, spozierała na Zbigniewa, ramionami dźwigała — nikt się odzywać nie śmiał.
— My tylko was miłościwy panie znamy — rzekł Groza po namyśle.
Inni za nim śmieléj powtarzać zaczęli toż samo.
— Dwa pułki do mnie, wyjdziemy natychmiast! — powtórzył Bolko.
W tém z za Grozy wysunął się stary Wyga, który graniczne lasy najlepiéj znał, a na zwiady go zawsze posyłano. Chodził on wczoraj w okolice i dopiero co powrócił. Chłop był odziany umyślnie, że go za pomorca rychléj było można wziąć, niż za chrześciańskiego człowieka; zarosły, spoglądający dziko. Umiał się on nawet do miast i na zamki dostawać w pomorzu, w Kołobrzegu bywał nieraz na targach, w Szczecinie i Julinie, wędrował czasem aż do ujścia Łaby, znał wszystkie gościńce i ścieżki w tamtym kraju, a wierny był swym panom tak, że słowo jego nie zawiodło nigdy. Wyga stał na pałce nasiekiwanéj oparty, skłonił się Bolkowi i poczesał po głowie ogromnemi okrytéj włosami.
— Wróciłeś przecie Wyga! — zawołał Bolko.
— Dziś dopiero — odezwał się głosem grubym posłaniec.
— Cóż słychać?
— Siła pomorców się zebrało, bo się gdzieś napaść gotują — począł Wyga — nie można przeciw nim z małą garścią iść. Przemko dowodzi, ludzie najlepsi, czatują, jakby się czego spodziewali. We dwa oddziały na nich mało!
— We dwa? moje? — pochwycił Bolko.
— Mało — odezwał się Wyga — kto ich wié? Może języka już dostali, obstąpią i przemogą, z dwoma iść bez odsieczy, chyba na pewną zgubę.
I głową potrząsał stary.
Królewicz się rzucił.
— Nie liczba stanowi — wtrącił — a no ręce i serca.
— Ale siła złego, dziesięć na jednego — odezwał się Wyga — co nadto to nie można. Chyba życie niemiłe. Całą siłą na nich uderzyć — przepołowioną nie — nie!
Stary wciąż to powtarzał — nie! nie!
Bolko rozgorączkowany nogami bił o ziemię i miotał się.
— Prawisz nam strachy! — krzyknął.
— Miłościwy królewiczu — zagadał Wyga z pokłonem poufałym starego sługi, który zna serce swego pana — nie gorącujcie się! jam nie winien, a prawdę mówię. Darmo się silić i ludzi tracić. Ja się wam na drodze położę, a nie puszczę.
Przemko zwąchał, że się coś zbiera w Santoku, czeka, z małém czém porywać się, to iść na zgubę.
Z gniewem prawie odwrócił się Bolko od niego, Zbigniew, który z okna wywieszony patrzał, rad był, że się tak składało.
Żołnierze byliby Bolka posłuchali wszyscy, gdyby na nich skinął tylko, starszyzna na rozum biorąc, wahała się i naradzała.
Oba młodzi królewiczami byli, nie wiedzieć było kogo słuchać, starszego się lękali obrazić, aby się nie mścił; młodszego kochając, nie radzi byli opuścić. Patrzali na siebie, mruczeli, łokciami się popychali, odzywać się nie śmiał żaden. Marko do roboty językiem najwprawniejszy, chodził pomiędzy nimi po słówku sypał i podburzał.
Bolko się znalazł w położeniu, w jakim nie bywał jeszcze, z gniewu oszczep, który był w rękę wziął roztrzaskał i dwie jego połowy daleko rzucił precz od siebie.
Odszedł nazad do izby i na ławie przysiadł chwilę. Drużyna jego, która się więcéj niż on sam burzyła, do progu się cisnęła, czekając rozkazów. Oczów ze swego pana nie zdejmowali, czekając tylko, a nuż się odezwie, aby porządek po swojemu uczynili. Zbigniew sam nie ostałby się był cały przed nimi. Lecz Bolko zadumawszy się, nie dał żadnego znaku.
Wykarmiony na rycerskich pojęciach szlachetności, na powieściach o wielkich czynach męztwa i poświęcenia, oburzał się niewdzięcznością Zbigniewa. Rachował, ratując go na uczucia braterskie, na serce jego, a znajdował dumnym, zawistnym i niechętnym, godzącym już na krzywdę tego, któremu miłość był winien. Serce jego wzbierało zgrozą, na widok człowieka, który w samym początku już godził nań i spychał z drogi.
Boleśniéj dotknąć go nie mógł Zbigniew, jak odbierając mu zręczność zapolowania na tę dzicz, nad którą zwycięztwo zdawało mu się pewném.
Przebojem iść, z małą garścią ludzi, gdy Wyga i inni odradzali, nie chciał Bolko. Wstał z ławy, skinąwszy na swoich.
Zbigniew sparty jeszcze w oknie, patrzał na zwolna szykujące się oddziały.
— Ostatnie słowo — zawołał Bolko, wyszedłszy w podwórce — nie ustąpicie mi dowództwa?
— Nie — rzekł Zbigniew gniewnie — nie — stokroć nie.
— Pruszynka! — odezwał się, odwracając Bolko — konie moje dawać. Drużyna do mnie! Wracamy do Płocka. Chcecie iść, z Bogiem, zostawiam was, wszystkich ludzi i dowództwo. Szczęścia życzę! ruszajcie!
Skinął na swoich, którzy żywo pobiegli chwytać rozrzucony oręż, wdziewać hełmy, narzucać łuki na plecy i wynosić się z izby.
Niektórzy śmieli się szydersko, wszyscy radzi byli, że się pan ich pod rozkazy brata nie oddał...
— Groza! — odezwał się Bolko do starego tysiącznika, zostawuję wam dowódzcę, idźcie z nim. Ja nie nawykłem iść pod cudze rozkazy, wracam do ojca!
Podprowadzono mu już konia, który się rwał niecierpliwie. Kropierz z niego kazał zdjąć Bolko, sam część zbroi odpiął i rzucił, rozkazawszy wieźć za sobą czeladzi, lekki oręż zostawił tylko przy sobie i skoczył na konia. Dwunastu jego towarzyszów, dwór i czeladź śmiejąc się wesoło, opuścili zamczysko, wprost jadąc w lasy, aby po drodze się łowami zabawiać.
Zbigniew z Markiem i starszyzną został na zamku sam.
Sprawa szła nie po myśli, choć na pozór zwyciężył. Marko, który poduszczał do sporu, gdy przyszło ruszać samemu na dzikich pomorców, stał się dziwnie ostrożnym i ociągającym. Starszyzna zniechęcona odjazdem królewicza, szemrała, że jéj Klechę za dowódzcę dano, który wojny nie rozumiał. Tém nazwiskiem już go niemal wszyscy nauczyli się mianować. Ci, co zwykli byli chadzać z Bolkiem tylko, wprost odmawiali posłuszeństwa i warczeli. Z pozostałą resztą iść nie było można. Zbigniew miał przed sobą, że i ojca gniew ściągnie na siebie i starszyznę wojskową zrazi. Zawołał do kąta Marka na radę.
— Co poczynać! — spytał — iść? nie?
Ów rycerz tak śmiały nie dawno, znacznie był ostygł, marszczył się i rozmyślał.
— Miłościwy panie, gdybyśmy ludzi podostatkiem mieli? czemuż nie? Poszlibyśmy i pobili. Nie takie my rzeczy na Węgrzech i z cesarzem dokazywali! Padlibyśmy na nich i stratowali pogan — a no, z kim tu iść? ludzie jacyś niechętni, podejrzani, nuż zdradzą? Ja o moje gardło nie stoję, ale o waszą miłość, przyszłego króla naszego? Nuż nieszczęście jakie? nuż zasadzka? Pomorcy są rozbójniki chytre i przebiegłe. Sam ten Wyga wyznaje, że bodaj czekają, gotowi zasadzkę uczynić w lesie! Ja tych lasów nie znam, ludzi nie znam, gorzéj, bo im z oczów patrzy zdradą!
Rozstawił ręce szeroko i zamilkł. Pomimo ochoty ogromnéj, zdawał się zrezygnowany na powstrzymanie się od wyprawy. Zbigniewowi odpadła téż chęć do walki. Powołano starego Grozę, który przyszedł, oszczepem się podpierając.
— Mówcie stary, co radzicie? iść, nie iść?
— Miłościwy panie — odezwał się tysiącznik — gdyby królewicz Bolko z nami był, rzekłbym iść. Jak go nie stało powiem, iść mała rzecz, myśleć trzeba, jak powracać.
Obraził się królewicz i strząsnął.
— Że nam jednego młokosa nie stało, dla tego się już ważyć nie możemy? — zawołał Zbigniew.
— Prawda, że on jeden i młody — rzekł Groza — ale za dwudziestu stanie; ludzie za nim idą inaczéj, ciągnie ich za sobą... Bez niego, jak bez ręki.
Zbigniew wargi zakąsił. Drudzy ze starszyzny także niezbyt wielką ufność w swą siłę okazywali. Jeden z nich popatrzywszy na niebo, zapowiadał srogą burzę, drugi nastawał, że pomorcy pewnie wiedzą o wyprawie, inni mówić nie chcieli. Rozprzęgało się wszystko.
Zbigniew usiadł zniechęcony na ławie, przesiedział do wieczora, dotrwał na zamku do rana, i namyśliwszy się, że winę całą zrzuci na Bolka, pułkom z sobą kazał nazad do Płocka powracać. Wyprawa spełzła na niczém.




V.



Na płockim zamku wieczorem dnia jednego letniego, cicho było jak zwykle; śpiewy tylko niewieście rozlegały się około komnat królowej, gdzie Judyta, trzy jéj córki, liczny dwór żeński i męzki, prawie zawsze zabawiał się dosyć wesoło.
Dwa otoczenia, króla Władysława i królowéj dzieliły się od siebie najczęściéj, jak dwa obozy nieprzyjacielskie. U królowéj liczba cudzoziemców, niemców i niemek szczególniéj przeważała, młodzieży węgierskiéj, sasów i frankonów kręciło się dużo, a była to drużyna pusta i próżniacza, dla któréj gędźba, śpiewy, pląsy i umizgi całe stanowiły życie. Po królewsku, wspaniale, dostatnio, świetnie odbywały się zabawy wieczorne, ciągnące często do późnéj nocy; gdy na smutnym królewskim dworze panowała cisza, a Władysław modlił się, trwożył i chorzał.
Całe dnie schodziły mu na myślach tęsknych, w których przewidywał przyszłe zawikłania i klęski. Wróżył zawsze co najgorsze.
Dopóki Zbigniew był zamknięty, płakał nad tém dziecięciem swém pokrzywdzoném; gdy go uwolnił, lękać się począł, ażeby z Bolkiem nie waśnili się i nie spierali, lękał się aby nie zniechęcili Sieciecha, lękał aby wojewoda zrażony nie odstąpił od niego. Obawiał się dzieci własnych, bał wojny, niezgody, niepokoju; ze wszystkiemi radby był żyć w zgodzie, nikogo nie zniechęcać, okupić ciszę dla dni starości swéj.
Widma chorobliwéj wyobraźni, przeczucia straszne go prześladowały. Nocami sny miewał przerażające, po całych dniach gryzł się podejrzeniami i przywidzeniami. Strapionego ducha ledwie na chwilę ukoiła modlitwa, troska powracała znowu. Dręczył się sam.
Sieciech wezwany do rady zawsze miał jedno na ustach, użycie siły i grozy, król właśnie wstręt do obojga. Obawiał się skutków.
Wieczora tego zostawiony sam sobie z milczącemi urzędnikami przybocznemi, król opanowany był przez te widma straszliwe klęsk i zawichrzeń; gdy komornik wbiegł oznajmując o Bolka powrocie. Nie wiedział więcéj nic nad to, że królewicz sam przybył z drużyną, a wojska przy nim nie było.
W pierwszéj chwili przeraził się król, myśląc że pomorcy ich pobili, a Bolko ledwie uszedł z życiem. Cały drżący posłał po syna, aby mu się natychmiast stawił.
Prosto więc z konia, jak stał, wpadł Bolko do królewskiéj komnaty, i przybiegł do ojca, który, nim się doń odezwał, długo w objęciach go trzymał.
— Ocalony jesteś! — zawołał — Bogu niech będzie chwała! a Zbigniew?
— Nie byliśmy na żadnéj wyprawie — odezwał się Bolko. — Co Zbigniew uczyni, ja nie wiem.
Nie rycerz z niego, a uparł się zwierzchnie dowództwo brać, z prawa starszeństwa. Ja pod jego rozkazy iść nie mogłem i nie pójdę — wrócić musiałem z próżnemi rękami.
Pobladł król, jedno niebezpieczeństwo znikło, drugie gorsze groziło — to czego się lękał, co przewidywał, waśń braterska już gorzała w sercach.
— Powaśniliście się więc! — zawołał — bracia! wy! coście się miłować powinni!
— Nie poczynałem sporu — odpowiedział Bolko — a uledz mi się nie godziło. Rości sobie prawa nademną!
To mówiąc dumnie spoglądał.
— Miły ojcze — dodał — nie przeciwiłem się jego uwolnieniu, ani uposażeniu, byłem mu bratem dobrym, ale się zgnieść i w sługę obrócić nie dam!
Władysław oczy zakrywszy siedział przy stole. Słowa te i głos trochę gniewny syna ściskały mu serce. Straszne sny nocne, czarna owa przyszłość, o którą drżał, stały przed nim. Grzech jego mścił się nad nim.
— Cóż późniéj będzie — odezwał się zcicha — gdy już dziś tak jest? Dziś o dowództwo, jutro się zagryzać poczniecie o ziemie królestwa tego i panowanie nad niemi!!
— Nie — odezwał się Bolko. — Komu naznaczysz zwierzchność, temu posłusznym być musi drugi — każesz mi słuchać, będę. Dziś myśmy równi, w jednych prawach, synowie twoi. Ja młodszy jestem, ale matka moja starszą była! On starszy nie prawem, ale tylko łaską twoją.
— Dość! dość! — przerwał król — ukój się, uspokój, uczynię wedle sumienia, aby zgoda panowała między wami. Jam stary, chory, niedołężny, puszczę wam rządy, patrzeć chcę, jak je sprawiać będziecie.
— Ojcze miłościwy — przerwał Bolko — rządźcie wy sami, królujcie! Ja nie chcę nic — ino na wojnę gdy idę sam być muszę — nie pod nim.
Po krótkiéj rozmowie odszedł królewicz. Od drużyny jego cały już dwór wiedział co się stało, pobiegli zausznicy z językiem do królowéj, do Sieciecha, który na zamku właśnie był i u Judyty siedział.
Gdy wieść tę przyniesiono, królowa natychmiast córki i służebne wysłała precz, aby sama pozostać z wojewodą.
W twarzy Sieciecha widać było zwycięztwo i radość złośliwą.
— Jest jakom przewidział — zawołał — poczyna się rozwiązywać sprawa. Nie stałoż się tak jakiem zapowiadał? że gdy Zbigniewa na wolę puszczą, jeść się będą, i zajedzą.
Królowa uśmiechnięta zbliżyła się doń i dotknęła jego ręki.
— A co daléj? — zapytała cicho.
— Co daléj? sądzę że nawet ich i podżegać nie trzeba, bo się nie pogodzą — mówił Sieciech — źleby było, gdyby się pojednali, a nawet pojednawszy się długo w zgodzie nie wytrwają.
Jeden z nich uwolni nas od drugiego, pozostałemu damy rady!
Sieciech ożywiony był i ciągnął daléj.
— Oba są otoczeni ludźmi mojemi, żaden ich krok mi nie tajny, żadne słowo nie wyjdzie z ust aby mi go nie powtórzono. Przy Zbigniewie mam zausznika, dla którego on nie ma tajemnic, z Bolkiem trudniéj, ale i na tego oko mają. Ten głośno prawi co myśli.
W pierwszéj wyprawie na pomorców czy na czechów, zapalczywość dziecinna go zgubi.
Uśmiechnął się chytrze, oczy mu pałały, królowa była uradowana i patrzyła nań z czułością wielką.
— Nie lękasz się swoich by cię zdradzili? — szepnęła.
— Nie, mojém złotem żyją — rzekł Sieciech — tamci ich za co kupić nie mają.
Mieniały się uśmiechy i wejrzenia; Judyta zdała szczęśliwą.
— Wszystko dobrze — rzekła głos zniżając — lecz pospieszać trzeba. Król dogorywa widocznie mówię wam, powtarzam, dni jego policzone, ociągać się nie godzi.
— Wszystko teraz spiesznym pójdzie krokiem — rzekł Sieciech.
Zasłona we drzwiach poruszyła się i zaszeleściała, wszedł podkomorzy królewski.
Ukłonił się nizko wojewodzie i ręką wskazał, że król go wzywa do siebie. Zrozumiał to łacno Sieciech, bo się spodziewał, że poń przyślą. Gdy podkomorzy się oddalał, wojewoda w ślad za nim pośpieszył, spojrzał tylko ku królowéj, która ścigała go oczyma, i odchodzącemu od ust pożegnanie posłała poufałe.
Nieraz tak i przy ludziach, okazywała czułość swą ulubieńcowi.
Sieciech zastał króla na zwykłém miejscu, pogrążonego w myślach tak, że choć wszedł i stanął przed nim wojewoda, nierychło głowę ciężką podniósł i zagryzione usta otworzył.
Milcząc potém wyciągnął doń ręce jakby pomocy błagał, jakby go wzywał na ratunek, pewien, że już Sieciech uwiadomiony jest o wszystkiém.
Wojewoda z dobrze udaną obojętnością stał u stołu, jedną ręką w bok się ująwszy, drugą spierając na nim.
— Miły mój! druhu mój! rado moja jedyna! — płaczliwie począł Władysław — wiecie już!!
— A! — rozśmiał się nielitościwie Sieciech — miłościwy królu, macie to czegoście pożądali, coście sobie uczynili sami, a co ja przepowiadałem. Toć było nieuchronne. Dwu ich jest teraz, wojna między niemi musi być, póki jeden nie zostanie.
Okrutne te słowa króla raziły mocno, ręką rzucił odganiając przepowiednię, oparł się o krzesło bezsilny, i mruczał pocichu, jakby się modlił.
— Ratujcież! zapobieżcie — zawołał — radźcie. Jam niedołężny, jam słaby, nie podołam już temu. Z sobą bić się będą, a mnie, mnie zabiją! mnie!
Co czynić? co postawić między niemi?
Wojewoda ramionami strząsnął.
— Dwu gospodarzy w jednym domu zgoda trudna — rzekł — jeden ustąpić musi.
— Dom wielki! — zawołał król.
Tak się rozpoczynała rozmowa, gdy niespodzianie podkomorzy odedrzwi postąpił oznajmując arcybiskupa Marcina, któremu biskup Filip towarzyszył.
Król posłyszawszy, natychmiast z krzesła chwycił się drżący, wskazując Sieciechowi, aby mu rękę podał i spiesznym, o ile zdołał krokiem, poszedł na spotkanie dwu pasterzy.
Zarówno jak poprzednicy jego, król nawykł był starszyźnie duchownéj największą cześć oddawać, aby przykładem swym drugich do poszanowania jéj wdrażać. Arcybiskup Gnieźnieński szedł z królem w parze władzą i znaczeniem.
Chory Władysław aż do drzwi swych wyszedł na spotkanie sędziwego Arcybiskupa. Przybycie jego nigdy pożądańszém być nie mogło. Po Sieciechu, którego się równie obawiał jak kochał, O. Marcin pierwszym był dla niego, szanował go król i wierzył weń. Wiek, dostojeństwo, charakter nadawały mu powagę wielką.
— Bóg was tu zesłał w téj chwili! — zawołał król z uczuciem całując rękę pasterza, który go błogosławił — Bogu niech za to będą dzięki! Znajdujecie mnie w trwodze i boleści wielkiéj.
Przybycie to tak pożądane dla króla, dla Sieciecha było najnieprzyjemniejszym wypadkiem.
Wojewoda zmienił się na twarzy, ustąpił z niéj wyraz zwycięzki, nachmurzył się, zafrasował, pomięszał; przeczuwał że mu arcybiskup znowu szyki pomięsza. Nie silił się nawet na udawanie spokoju i wesela.
Arcybiskup Marcin i biskup Filip usiedli u królewskiego stołu, wojewoda zatrzymał się nieco, wahał się widocznie pozostać ma czy odejść, pilnować króla czy opuścić go i zdać na doradzców duchownych, gdy Władysław przyzwawszy go szepnął mu coś do ucha, wydając jakieś rozkazy. Wojewoda zwolna i z niechęcią oddalił się z komnaty.
— Ojcze mój! — począł król, który ręce miał zwyczaj składać jak do modlitwy, gdy był poruszony — ojcze mój, Bóg was tu zesłał do mnie w chwili ucisku, jako anioła pocieszyciela!
Arcybiskup milczał, król odetchnąwszy ciągnął daléj.
— Oto mści się na mnie grzech mój. Ten, dla którego wyście wolność wyprosili, powstaje już na brata. To czegom się obawiał, przyszło, drżę i płaczę... Niezgoda wstąpiła w dom mój i grozi mu zgubą!
Arcybiskup zdziwił się i przeraził, wieść bowiem o wypadku jeszcze go była nie doszła. Król opowiedział mu to o czém od syna słyszał.
Starzec milczał długo zdumiony i przybity. Bolał nad tém z ojcem na równi.
— Pojednać ich musiemy — rzekł — pojednamy! Każemy u ołtarza poprzysiądz sobie miłość braterską. Krewkość to młodzieńcza!
— A! zechcąż oni posłuchać nas, przejednać się! — rzekł Władysław głową poruszając tęsknie. — Lękam się przysięgi, aby uniesieni lub podmówieni krzywoprzysiężcami się nie stali. Raczéj zapobiedz potrzeba ażeby do waśni żadnego nie mieli powodu.
— Rozum to każe — potwierdził arcybiskup.
Król spoczął nieco i ciągnął daléj.
— Bóg mnie może natchnął, lecz we łzach oto myśl powziąłem. Zwierzam się jéj wam tylko, niech ona przy was zostanie do czasu tajemnicą. Mnie sił codzień brak więcéj do rządzenia tém państwem. Sieciech wierny sługa mój, nie podoła temu. Nieprzyjacioły ma liczne. Chcę między synów podzielić królestwo za żywota, patrzeć i czuwać jak rządzić będą. Płock tylko i Mazowsze zostawię sobie, starczy to dla mnie. Uspokoi się dusza moja!
Z widoczném politowaniem nad boleścią królewską słuchał arcybiskup.
— Rzekliście — odezwał się — miłościwy panie, że Sieciech wiernym jest waszym sługą.
Głos którym te wyrazy wymówił starzec, zdawał się wątpliwość oznaczać. Król przestraszony drgnął cały, oczyma powiódł dokoła, jakby lękał się świadków niewidzialnych rozmowy.
— Nie wątpcie o tém — zawołał — wiernym mi, najwierniejszym jest sługą, a służąc mnie nieprzyjacioł sobie uczynił wielu. Dla mnie on trzeciem dziecięciem, więcéj może, druhem, podporą, tarczą, rozumem moim, prawicą, wszystkiém.
Mówił coraz żywiéj chory, aż tchu mu zabrakło.
Stary pasterz spojrzał dokoła i z piersi mu się dobyło ciężkie westchnienie.
— Nie przystałoby mi was, panie, z błędu wywodzić — rzekł z powagą — gdyby nie było to sumienia obowiązkiem. Wy miłujecie Sieciecha, lecz on więcéj pono własne korzyści swe niżeli was miłuje. Jam powinien ostrzedz was.
Zbladły i wylękły król ręce łamał i oczy zakrywał.
— Nieprzyjaciół jego głosy w piersi się waszéj odbiły, ojcze mój — zawołał. — W obronie mojéj stojąc przyczynił ich sobie, zazdroszczą mu.
Biskupi spojrzeli po sobie.
— Po cóżbym zasmucać miał duszę twą, królu a panie — odezwał się arcybiskup — gdybym pewien nie był iż mówię prawdę? Patrzcie, słuchajcie, a nie zaślepiajcie się.
Na to nie odpowiedział Władysław, i umyślnie zwracając rozmowę, szepnął zcicha.
Powiedzcie mi ojcze, co sądzicie o zamiarze moim podziału państwa tego?
— Jeżeli spokój i zgodę nim okupić możecie? — odpowiedział O. Marcin — dlaczegożbyście tak uczynić nie mieli? Inni panowie chrześcijańscy niejeden raz tak dzielili kraje swoje. Lecz, miłościwy królu, zamiast mnie jednego a przytomnego tu brata mojego, miasto Sieciecha, czemubyście panów, ziemiany, starszych królestwa waszego nie zwołali, aby im przełożyć myśl waszą?
Milczeniem król przyjął radę, zdawało mu się zbyteczném powoływanie starszyzny.
— Życzyłbym — mówił arcybiskup — powołać na wiec duchownych, świeckich, władyków i żupanów a ziemnian. Sieciech może przeciwnym będzie temu.
Posłyszawszy to król drgnął niecierpliwie.
— Jeżeli sądzicie, że potrzebny wiec — rzekł żywo — powołajcie nań, rozkażcie niechaj się zjadą. Zdaję to na przewielebność waszą.
— Uczynię jak żądacie — odpowiedział starzec patrząc na zmienioną i zafrasowaną twarz królewską. — Przyjdziemy w pomoc tobie, miłościwy panie. Niech się nie trwoży serce wasze, a strapienie duszy nie ogarnia. Miłościwy jest Bóg, w rękach Jego wszystko. Nie spadnie włos bez woli Jego.
Przywlókłem się tu — ciągnął daléj — bo mnie straszne doszły wieści o knowaniach Sieciecha. Nie pierwsze to, ani z jednych ust idą.
Ujrzawszy znowu słabnącego króla, starzec go ujął za rękę.
— Zamilczę — rzekł — po co mam waszéj przymnażać boleści, gdy wiary słowom dać nie chcecie.
Zamilkli, król tak był poruszony, iż w istocie litość obudzał. Spalone usta otwierał ciągle jakby mu tchu brakło, ręką uciskał piersi, oczy podnosił, oddech stawał się coraz cięższy, jakby go tłumione tamowało łkanie.
Rozmowa dłużéj już przeciągnąć się nie mogła. Powstał arcybiskup przyrzekając, że imieniem króla na wiec powoła.
— Uczyńcie to rychło — odezwał się król — dni moje policzone są, a w pokoju chcę umierać i rozterki nie zostawić po sobie.
— Będziecie żyć, miłościwy panie — rzekł arcybiskup, złożył ręce i zmówiwszy pocichu modlitewkę łacińską, zabierał się do odejścia.
Król choć osłabiony wstał i kazawszy się pod ręce wieść komornikom swym, z tym samym obrzędem jak wprzódy odprowadził O. Marcina do progu. Dopiero gdy go znów w krześle posadzono, padłszy na nie, jakby ostatek sił postradał. Oczy zamknął i obwisł omdlały. Nie miał czasu spoczywać, gdyż w téjże chwili hałaśliwie wpadł wojewoda Sieciech.
Przestraszony król porwał się, a obaczywszy go, lice mu się wyjaśniło, uśmiechnął się i rękę doń wyciągnął.
Przestroga arcybiskupa wcale nań nie podziałała, widać było, że się nawet nie myślał zwierzyć ulubieńcowi z tego, co mu o nim doniesiono, aby jemu i sobie przykrości oszczędzić.
Nie po raz to pierwszy przychodziły do króla na Sieciecha doniesienia i skargi, obwiniano go niemal jawnie, zarzucano mu czyny, stawiano ludzi na świadki, król nie chciał słuchać i widzieć nie chciał.
Pewien tego ślepego przywiązania, wojewoda czuł się niém silnym; zdało mu się, że żadna w świecie potęga obalić go nie może; nie rachował na to, że król raczéj był słabym niż stałym w przywiązaniu i nadewszystko pokoju pragnął; że dla pokoju tego, w końcu i jego mógł poświęcić.
— Najprzewielebniejszy pasterz — odezwał się Sieciech zajmując miejsce u stołu — nie przybył tu pewnie daremnie, aby nas pobłogosławić. Należy do nieprzyjaciół moich, wiem to i czuję. Czy znowu o jaką zdradę mnie pomawia?
Słowa te zmięszały króla, którego wojewoda badał bystrym wzrokiem, zapłonił się, począł głową potrząsać, jakby zaprzeczał, choć cała postać i twarz dowodziły, że Sieciech odgadł iż mu coś zagrażało. Władysław nie odpowiadał, a wojewoda ciągnął daléj.
— Może arcybiskup przywiózł znowu myśl jaką tak zbawienną, jak uwolnienie Zbigniewa?
I szydersko królowi w oczy poglądał.
— Nie, nie — wyjąknął zmięszany król — o zdrowiu mém słabém i ubywających siłach mówiliśmy. Skarżyłem mu się.
Sieciech nie dopytywał więcéj, zwrócono rozmowę na spór dwu braci. Wojewoda wziął stronę Zbigniewa.
— Miłościwy królu — rzekł — Bolko choć tak młody nie cierpi już żadnéj nad sobą władzy. Wojsław skarży się nań, że mu się z rąk wyrywa. I teraz gdy się wybierał do Santoka, uszedł przed nim niepostrzeżony, ochmistrz gdyby z nim był, zapobiegłby pewnie swarowi.
Kr. Zbigniew starszy jest wiekiem, starszy urodzeniem, cóż dziwnego, że chce mieć pierwszeństwo?
Powołać potrzeba tutaj obu i sprawę królewską władzą rozsądzić.
Milczał ojciec, nie sprzeciwiając się w niczém. Jak gdyby chciał wynagrodzić Sieciechowi oskarżenie tajemne, które miał na sercu, był dlań tego dnia pełnym łaskawości i dobroci, zatrzymał go do późna u siebie, całował, ściskał, a gdyby mu był już wprzódy nie oddał wszystko co miał, byłby go obdarzył jeszcze, aby za obwinienie opłacić. Ta dobroć i czułość nadzwyczajna, choć do niéj Sieciech był nawykłym, obudziła w nim jakieś podejrzenie. Odszedł niespokojny posądzając nie bez przyczyny arcybiskupa.
Trzeciego dnia, choć niepowołany Zbigniew przybył do Płocka.
Nie stanął jednak na zamku, ale się gospodą rozłożył w miasteczku w dwu czy trzech domach, z których mieszkańców wyrzucono na podwórze. Raźniéj mu tu było i swobodniéj, bo na zamku czeladź jego rozpasana dokazywać tak nie mogła, a on sam wstydził się onych zabaw, które sobie wyprawiał, często po całych nocach biesiadując z drużyną.
Na gospodzie przeodziawszy się, kazawszy orszakowi swemu wystąpić po książęcemu, jak był zwykł, w rogi trąbiąc, ze szczękiem i brzękiem wciągnął na zamek do ojca. Król się przestraszył wrzawą, ale mu dano znać kto był.
Choć miłość dla tego dziecka, a bardziéj poczucie obowiązku, króla ku niemu pociągało, Zbigniew nigdy mu nie był tak jak Bolko ukochanym. Wstydził się Zbigniewa, obawiał się go, zrażał się obejściem szorstkiém i prawie zuchwałem. Niepytany wchodził do izby, nie oddając królowi należnego poszanowania, narzekaniami i skargami starego zamęczał, ze słabości jego korzystał.
Dnia tego, czując się winnym, tém szumniéj i bezwstydniéj wystąpił przed ojcem. Bolko był już tego dnia na łowach z drużyną, mógł więc swobodnie ze skargami się rozwodzić.
Wszedłszy i zaledwie się pokłoniwszy, zaraz zaczął od nich.
— Przybywam do miłościwego ojca i pana z żalem i skargą — odezwał się. — Wyprawa na niczém spełzła, nie z mojéj winy.
— Wiem — odpad król sucho.
— Jestem przecie starszy, należy mi dowództwo?
— Jako żołnierz i rycerz młodszy jesteś — odparł król surowo. — Byłeś jeszcze w klasztorze, gdy Bolko dzieckiem już bił zwierza dzikiego i gonił nieprzyjaciela. Mogliście razem iść w zgodzie braterskiéj, tyś spór wszczął.
— Wiem to — dumnie zawołał Zbigniew — że mnie zawsze będzie wina przypisaną. Zaprawdę nie było po co mnie tu ściągać z więzienia i mianować królewskim synem, abym młodszemu służył za igraszkę i pośmiewisko.
W żywe oczy mnie przezywają klechą, wszyscy patrzą na mnie krzywo, Bolko się wyśmiewa, jego drużyna przy każdém spotkaniu, na gościńcu mnie przedrwiewa. Ja tego ścierpieć nie mogę.
Król popatrzał i nie odpowiedział nic, Zbigniew nadaremnie żale swe rozwodził.
Królowa Judyta, która już wiedziała o przybyciu Zbigniewa, a na złość Bolkowi znienawidzonemu przez nią i w myśl Sieciecha rada była starszemu bratu okazywać dobrą wolę, zabrała go z sobą na wieczerzę.
Król zawsze jadał sam i niewiele. Otwarty stół dla dworu i gości trzymała Judyta, lubiąca twarze nowe, wesołość i śmiechy młodzieży. Więcéj tu było swobody niż cesarskiéj siostrze i żonie królewskiej przystało, zamało poszanowania dla pani. Lecz wszyscy już byli do tego nawykli. Królowa sama chętnie otwierała usta, swawolne żarty strojąc i niepomierną wyzywając wesołość. Ona, trzy jéj córki i mnogi orszak niemek, polek i węgierek siadały przy stołach, u których téż jadała młodzież dworska i starszyzna przybywająca do króla z pokłonami.
Lubiła Judyta przepych, stoły zastawione były wspaniale i zbytkownie, lecz ładu i karności przy nich nie było. Dzbany gżąc się wywracano, padały kubki, szepty i biegania poza ławami, wrzawa po kątach, zapełniały izbę jadalną.
Pod koniec każdéj takiéj uczty wieczornéj zwoływano grajków, nucono pieśni, a że wina, miodu i piwa podostatkiem bywało, zabawy trwały do późna i bez pląsów się nie obchodziło. Niemłoda już pani zawsze strojna, wymuskana, zalotna, chodziła sama w tany z wybranemi, dając sobie mówić więcéj niż się godziło, choć w owych czasach godziło się bardzo wiele, na królewskich nawet dworach.
Królewien téż nie strzeżono bardzo, a dwór pani sam się chyba musiał strzedz, bo mu nie broniono nic wcale.
Zbigniewowi rozchmurzyło się czoło, gdy się znalazł w izbie, w któréj woń mięsiwa, napoju, kwiatów i olejków, któremi niewiasty głowy sobie namaszczały, przyjemnie połechtała jego powonienie. Dawny kleryk miał wielką do niewiast ciekawość, a niezbyt w nich przebierał; dwór królowéj obfitował szczególniéj w piękne i wesołe dziewczęta.
Pomiędzy Niemkami odznaczała się ulubienica i powiernica pani Greta, która, choć niezbyt już młodziuchna, bo pono do lat się trzydziestu zbliżała, miała jeszcze dobrze zachowaną świeżość jasnowłosych córek teutonów, a piękną budową, wesołemi oczyma niebieskiemi, śmiałością w obejściu się z mężczyznami, przechodziła swe współzawodniczki.
Wiele tam rozpowiadano o téj Grecie i przygodach jéj różnych, miała zawsze miłośników wielu, ale na kobierzec nikt jakoś prowadzić się jéj nie ważył.
Niezdało się to ją obchodzić wiele, bo twarz miała zawsze wesołą i jasną, żart na ustach i odpowiedź gotową a wydawała się szczęśliwą.
Prawa ręka królowéj służyła jéj do wszystkiego, do przyciągania tych, których potrzebowano, szpiegowania innych, jeśli się obawiano. Z dobréj woli czy z rozkazu Judyty, Greta starała się uwikłać w swe sieci młodziuchnego Bolka, ogniste pacholę nad wiek dojrzałe. Zdało się to bardzo łatwém, lecz Bolko, oprócz swych koni, psów, sokołów i wojennych zabaw nie lubił nic. Na dziewczęce zaloty odpowiadał śmieszkiem obojętnym, a gdy te szły zadaleko, z dumą je odtrącał. Tak samo zbył się natrętnéj Grety.
Jasnowłosa, na pozór łagodna istota, która patrzała takiemi niebieskiemi oczyma, jak spokojne lazurowych wód tonie, w których się niebo przegląda, pod tym pozorem trzpiotowatym i chłodnym miała niepohamowane namiętności. Jak pod kwiatami wąż, pod jéj uśmiechem dziecinnym chowało się zemsty pragnienie. Królowa, która wiedziała wszystko, domyśliła się i tego uczucia łatwo.
— A! — szepnęła do Grety dnia tego — jednego królewicza nie udało ci się pochwycić, za to drugiego weźmiesz gdy zechcesz tylko. Ten ci pomoże dopiec tamtemu, co tobą pogardził i obraził srodze. Probuj.
Greta nie miała dla pani tajemnic, jak królowa dla niéj, spojrzała w oczy Judycie, zarazem pytając ją i myśl jéj potwierdzając.
— O! Zbigniew — śmiejąc się mówiła królowa — parobek, niepiękny wcale, ale młody i królewicz. Gdybyś go sobie ujęła a przywiązała, zdałoby się to i dla mnie. Niebardzo mu się trzeba drożyć, bo chłopak nieśmiały być musi.
Poszeptały tak z sobą na uboczu, a przed ucztą wieczorną Greta się przystroiła tak, że zdała się mieć lat piętnaście i być jeszcze dziewczątkiem niewinném.





VI.



Pijany jeszcze kłótnią swą z bratem i urojoném nad nim zwycięztwem, Zbigniew był dobréj myśli. Śniło mu się teraz królowanie, zemsta i zamiast sukni mniszéj, która go paliła jeszcze wspomnieniem, złotem bramowany płaszcz królewski.
Wszedł do izby, w któréj oczekiwano na królowę, ze swém zwykłém niezgrabstwem i butą, potrącając ludzi, wywracając ławy i oznajmując się hałaśliwie. Wrzawa mu wszędzie towarzyszyła.
Za nim szedł niedobrany dwór jego, zbierana włóczęgów drużyna, którą Marko Sobiejucha dowodził. Była to gromada z różnych narodów, różnego wieku ludzi złożona, po większéj części takich, co się gdzieindziej nie mogli pomieścić.
Zbigniew czasu długiego swojego pobytu w saskim klasztorze na pół się stał Niemcem, chętnie więc i Niemców brał do siebie, miał kilku Czechów; koło niego też często szwargotano tym językiem dla drugich niezrozumiałym. Marko w swych wędrówkach nabył w nim wprawy. Mówił on źle ale za to wszystkiemi językami znanemi, i tak śmiało, jakby się z niemi w ustach urodził.
Bolek miał samą młodzież z Polan dobraną, synów najmężniejszych władyków i rycerzy, a jednego tylko starca, co jak Marko po zachodnich krajach wędrował, a praw ówczesnego rycerstwa i turniejów tam się nauczył.
Bolkowa drużyna przy królowéj dworze łamać sobie musiała języki, aby się z nim rozmówić, Zbigniewa towarzysze między Niemcami i Węgrami byli jak w domu. Bratało się to dobrze z sobą. Królewicz, którego Judyta z początku wzgardliwie odpychała, mówić prawie nie chcąc do niego, nie lubił jéj wprawdzie, lecz pewne poszanowanie okazywać jéj musiał.
W chwili po wnijściu królewicza do izby, ukazał się ochmistrz królowéj Judyty z laską w ręku, poprzedzający siostrę Cesarską, strojną jak zawsze, uśmiechającą się i wdzięczącą.
Za nią tuż przy królewnach szła piękna Greta, którą Judyta sama na dzień ten przystroiła.
Miała na sobie obcisłą suknię niebieską, która pełne jéj kształty aż do zbytku uwydatniała, złoty pas, na czole przepaskę złocistą, na szyi łańcuch z wiszącemi poczepianemi do niego kółkami, pierścieniami i kutasy. Utrefione włosy jasne w części się zwijały około ślicznéj twarzyczki na głowie, w części spadały na białe pulchne ramiona. Blask i świeżość tego kwiatka, który zdawał się dopiero rozwinięty, porywały oczy wszystkich, cmokali patrząc na nią starzy i młodzi, a Greta choć zdawała się niewiedzieć o tém, czuła że ją wejrzeniami ścigano.
— Eh! Marko mój — szepnął Zbigniew, patrząc na Niemkę przechodzącą powoli ze spuszczonemi oczyma. — Dobrze że sutanę zrzuciłem, wolno mi teraz choć oczy napaść tą zwierzyną! patrzajno, co za łania! Człek by za nią w las pobiedz gotów!
Marko choć podżyły był też wielkim niewiast wielbicielem, szepnął na ucho królewiczowi.
— Nam to na tę zwierzynę tylko patrzeć zdala i oblizywać się, a wam ino chcieć, to ją mieć będziecie łatwo.
— O! ho! — odparł Zbigniew — nie tak łatwo jak ci się zdaje, dziewka dumna i królowéj ulubienica.
— To co? — zawołał Marko śmiejąc się. — Będzie wolała ulubienicą królewicza zostać niż królowéj! Ino skińcie palcem, a ja pójdę w swaty...
— Przecież się z nią nie ożenię! — zaśmiał się Zbigniew.
— Któżby myślał o tém tak zawczasu — począł Marko. — Tymczasem zabawić się nikt nie broni, gdy dziewczyna hoża i nie od tego...
Królowa dla Zbigniewa była dnia tego jak nigdy łaskawą. Skinęła nań uprzejmie, a złożyło się jakoś tak, że królewiczowi miejsce dano tam, gdzie się niewiast siedzenia kończyły; usadowił się tuż obok pięknéj Grety.
Z rachuby zalotniczéj wypadało odsuwać się od niego bardzo bojaźliwie a skromnie; królewicz wyzwany tą obawą coraz bliżéj przysuwać się zaczął.
Spojrzeli sobie w oczy, ona stłumiła śmiech, z którym się lękała wybuchnąć, on mrugał ku niéj tak śmiało, jakby nigdy klerykiem nie był.
W owych czasach pierwotnych, cale inny był stosunek z niewiastami, swobodniejszy daleko i śmielszy. Mówiono sobie w żartach takie piękne rzeczy, jak w dramatach Shakespeara, jak nasi parobcy folwarcznym dziewczętom prawią. Choć we Francyi już Cours d'amour się poczynały i słodkie słowa a dowcipne igraszki w użyciu były i modzie, igrano tak grubo, że dziś zagadek, które książęta królewnom zadawali, trudnoby w przedpokoju powtórzyć.
Królowa Judyta lubiła, gdy około niéj o takich wesołych rzeczach mówiono; wkrótce po usiądzeniu na ławach, śmiechy się rozpoczęły.
Greta mierzyła ciekawymi oczyma tego, którego z rozkazu pani ująć sobie miała. Niepowabny był wcale z długą swą twarzą bladą i grubemi rysy, wstrętliwego coś w nim było, dzikiego, wzbudzającego obawę. Nawet namiętność ta, która łagodzi człowieka, w nim przybierała wyraz jakiś groźny i krwiożerczy. Ale i Greta była pod złotemi włosy, białą twarzyczką, lazurowemi oczyma, stworzeniem co się bronić umiało, opanować potrafiło i nie ulękło łacno.
W tém spotkaniu szło jéj tylko o to, by wiedziała, czy zmódz go potrafi, czy w nim siła jest większa nad tę, którą w sobie czuła. Każdą niewiastę instynkt tego uczy cudowny. Dwa razy oczyma zetrze się z przeciwnikiem i wie czy mu ustąpić ma, czy go podbije i zapanuje nad nim. Dwa też razy Greta wlepiła swe na pozór spokojne wejrzenie w Zbigniewa i za drugiém kleryk oczy spuścił zmięszany.
Rozmowa poczęła się dziwnie, od usuwania na ławce i napastliwego zbliżania. Zbigniew zwyciężył, dano mu się przysiąść blisko — umyślnie. Był pewien że zdobył siłą to miejsce.
Nim przyszło do słów śmiech się rozsiadł na ustach Grety, która aż zakrywała usta i oczy, tak się jéj niby niepomiernie śmiać chciało, bo potrzeba było wesołością zagaić rozmowę, aby ją uczynić śmielszą i ostrzejszą.
Zbigniew śmiał się także ryhocząc szerokiemi usty, nie kryjąc się, chwaląc przed wszystkiemi z zaczepki i walki. Greta się nie wstydziła, choć na nią zewsząd patrzano. Dalszą rozmowę poczęły ręce pod stołem.
Jedna z nich nieostrożnie jakoś była zwieszona a tak śliczna, biała, pulchna, bezbronna, strojna w ogromne pierścienie leżała tuż blizko, że ją królewicz pochwycił. Wyrwała mu się natychmiast, dziewczę się odsunęło niby strasznie przelękłe, niby srodze zagniewane. Zbigniew śmieléj pochwycił raz drugi tę źle uciekającą rękę, poczęła mu się wyrywać znowu, wyrwała, dogonił ją w drodze i zatrzymał ściskając mocno. Trzeba było uledz przemocy! Czuł jak drżała w jego dłoni.
Wszystko to doświadczona Greta mogła obrachować z góry, a gdy królewicz już ją zagarnął, jękneła po niemiecku.
— Jak to wasza miłość napastliwy jesteś i dla niewiast niebezpieczny. Prawdziwie.
— Byłoby obrażającém — rzekł kleryk — ażebym siedząc około tak ślicznéj panny, nie starał się jéj sobie pozyskać!
— O! ja wcale nie jestem piękna! — odparła Greta wyzywająco.
— Jesteś najpiękniejsza — odpowiedział Zbigniew. — Klnę się, żem takiéj jak wy nie widział jeszcze nigdy.
— Boś miłościwy pan w klasztorze nie widział żadnéj — śmiejąc się rzekła Greta.
Na wspomnienie klasztoru znienawidzonego, Zbigniew się zachmurzył nieco.
— Dajcie mi tam pokój z klasztorem — zawołał — nie wrócę do niego więcéj, psie w nim było życie.
Ręka, którą pochwycił Zbigniew już mu się wcale nie wyrywała, choć wysunąć się mogła gdy chciała.
Wejrzeniem pełném politowania odpowiedziała Greta. Królewicz pił, jadł, zmuszał do kosztowania wina z jednego kubka, czemu się panna zrazu wielce broniła, spoglądali na siebie coraz poufaléj i porozumienie się nastąpiło przed końcem uczty.
— Piękna, najpiękniejsza Greto — odezwał się królewicz ośmielając coraz bardziéj — gdybyście mnie przyjęli za miłośnika sobie, kochałbym was jak należy.
— Alboż to wy wiecie jak miłować należy? — spytała figlarnie uśmiechając się panna. — Gdybyście posłuchali jak to tam u nas na zachodzie niewiastom cześć oddają i służbę przy nich pełnią rycerze.
— O tém ja nie wiem — przerwał Zbigniew — ale sprobujcie ze mną w przyjaźni żyć, zobaczycie że nie ustąpię w tém nikomu; a miłować potrafię. Tego się pono człek uczyć nie potrzebuje.
Greta zdawała się namyślać. Nie wypadało jéj przyjmować tak łatwo, co tak bardzo zdobyć pragnęła. Podrożyć się trochę musiała.
U stołu inni się zajmowali tak dobrze wszelaką swawolą, błazen królowéj Spatz takie wygadywał słone rzeczy, iż się izba śmiechami rozlegała, a Zbigniew mógł tymczasem bez przeszkody z Gretą się zabawiać.
— No, powiedźcież mi — odezwał się w końcu — jakże to będzie z nami?
To mówiąc już ją w pół obejmował, a Niemka, choć się niby trochę wymykała, nie broniła jednak nad miarę.
— Ohydne zwierzę! — mówiła sobie w duchu w twarz mu patrząc zblizka — ale i do takiego przyzwyczaić się można!
I zapalała go coraz mocniéj niebieskiemi oczyma.
— Królowa pani bardzo dla nas surowa — mówiła zcicha do królewicza. — Wy jéj nie dworujecie, ona się gniewa na was. Cóżby było gdyby się dowiedziała?
— Co? — rozśmiał się królewicz pochylając ku Niemce. — Co? Greta by poszła do mnie, a jabym jéj sobie odebrać nie dał. I gorzéjby jéj nie było u mnie niż na królowéj dworze.
Greta potrząsała główką.
— A! nie może to być! nie może! — poczęła żywo. — Wy się z ubogą dziewczyną ożenić nie możecie, a ja, ja!!
Zbigniew niedając jéj dokończyć parsknął śmiechem i coś rzucił śmiesznego do ucha. Zarumieniła się mocno...
Szeptano już ciszéj...
Tak w sposób bardzo prosty i pierwotny poczęły się miłostki niepięknego królewicza z prześliczną Niemką, w któréj on strach i obrzydzenie wzbudzał.
Naprzeciw siedzący zdala jeden z tych co już miłość Grety mieli i stracili, patrząc na nią, mówił do drugiego.
— Bąku miły, patrz ino na tłustą Niemkę? Spojrzałeś ty kiedy w oczy wężowi, gdy głowę z pod liści wysunąwszy ślepia swe otworzy? Zda się i on jakby żądła nie miał, jakby się w tobie serdecznie miłował, jakby cię chciał całować! Tak z Gretą, a i ona kąsa.
Greta tego dnia wydawała się odmłodzoném dziewczątkiem niewinném. Zbigniew pożerał ją oczyma; na królewnę zaczarowaną z bajki mu wyglądała. On co się jeszcze nigdy w życiu do tak uroczéj nie zbliżył istoty — oszalał.
Gdy potém Judyta zawołała swą dziewkę do siebie, a ta Zbigniewowi rzuciwszy wejrzeniem pożegnanie pobiegła do pani, królewicz stłumionym głosem szepnął do Marka.
— Niech się dzieje co chce, a ja ją muszę mieć. Dziewka jak jabłko złote. Choćby przyszło siłą brać.
Podpiły Sobiejucha skłonił mu się do nóg.
— Każecie? Skiniecie! Królowéj ją z przed nosa pochwyciemy i na zamek który uwieziemy...
— Zaczekamy! zobaczemy — szepnął Zbigniew.
— Mnie się zda — dodał Marko — pójdzie ona i sama, gwałtu nie będzie trzeba.
Królewicz się uśmiechnął.
Judyta gładząc po twarzy ulubienicę szeptała jéj.
— Już go masz? nieprawdaż? patrzałam. Dobrześ zażyła klechę, ani tchnął...
Greta się śmiała do królowéj cale inaczéj teraz, z trochą szyderstwa i dumy.
— O! niewielka sztuka go było wziąć — rzekła cicho. — Tak miał długi post w klasztorze!
— A jeźliś go wzięła, trzymajże i nie odprawiaj jak innych — dodała królowa. — To się nam zda.
Gdy potém z kolei przyszły pląsy i skoki, Zbigniew jak do wojny tak i do nich się nie przydał, patrzał tylko. Chciało mu się bardzo pochwycić oburącz tę niebieską sukienkę i ponosić ją przy sobie; lecz choć się winem dobrze podochocił, choć odwagę miał, czuł żeby go w tańcu wyśmiano.
Inni więc zabierali mu Gretę i nosili się z nią, aż z zazdrości płonął, a ona go zdala oczyma wyzywała i jątrzyła.
Tymczasem królowa, która też z młodzieżą wyprawiała pląsy, zdyszana zbliżywszy się do królewicza, pogroziła mu.
— Ino mi nie probujcie bałamucić mojéj Grety — rzekła — bobym się za to gniewała srodze. Znam ja was, tych co to po klasztorach siadywali, a udało się im z nich wyrwać: nie ma nad nich straszniejszych ludzi na świecie dla biednych niewiastek.
Zbigniew się śmiał i dumniał.
— Chce się wam koniecznie zbałamucić którą — ciągnęła daléj królowa wdzięcząc twarz starą — macie innych podostatkiem, których mi nie żal. To dziewczyna jakiéj drugiéj nie ma. Do wszystkiego, do czego chcieć doskonała, i do szycia, i do śpiewu, i do opowiadania gadek, i do tańca, i do usługi. Myślę że i do kochania wyśmienita być musi — dodała szydersko — ale ja jéj do tego nie dopuszczę, boby mi się sprzeniewierzyć musiała.
— O! miłościwa pani, masz dworu dosyć! — odezwał się żartobliwie Zbigniew.
— Ale Gretę tylko jedną, a drugiéj takiéj na świecie nie znaleść! — odparła królowa.
W czasie téj rozmowy umyślnie od tańca przybiegła dziewczyna do królowéj, aby się Zbigniewowi pokazać zblizka, z zarumienioném liczkiem, z rozochoconą twarzyczką. Dyszała ze zmęczenia ząbki pokazując białe, pierś się jéj podnosiłą, oko pałało. Królewicza dobiło wejrzenie. Królowa zaś Judyta, jakby zapomniała o niebezpieczeństwie, o którém mówiła, odeszła zaraz i zostawiła ich z sobą.
Usiadła na ławie zmęczona Greta, a Zbigniew, jak to było naówczas w obyczaju, podnóżek wziął i na nim u kolan się jéj przysiadł. Znaczyło to wiele, bo cały dwór patrzał. Greta tryumfowała.
W téj chwili jakoś ustała gędźba i śpiewy, ciszéj się zrobiło w sali i z podwórca słyszeć się dały rogi myśliwskie, Bolko z drużyną z łowów powracał.
Greta posłyszawszy granie pobladła.
— Pewnie brat mój z lasów powraca — zawołał Zbigniew — daje znać o swojem przybyciu, aby mu się radowano. Rycerz wielki!!
— Dzieciak jeszcze! — dorzuciła Niemka.
— A już mu się chce nad starszemi panować! — rzekł Zbigniew.
— O! gdyby mu tylko dozwolono, wszystkichby pod swe rządy zagarnął — rzekła cicho Greta.
— I was? — zaśmiał się Zbigniew.
— O! nie! nie lubię tego malca — odpowiedziała Niemka — nie dałabym mu się i sukni mojéj dotknąć.
— Za to że go nie cierpicie — wtrącił królewicz — ja was jeszcze we dwójnasób lepiéj kocham... Ja go też nienawidzę!
— Strzeżcież się go — szepnęła Greta — bo zapalczywy jest i niebezpieczny.
— A jam też niełatwy do wzięcia i pokonania — zawołał brew marszcząc Zbigniew — wierzcie mi!
Greta się trochę zapomniała, pochyliła ku Zbigniewowi, przegięła, zwiesiła nad nim, czuł oddech jéj, woń włosów, dotykał prawie zalotnicy, która z nim długą rozpoczęła rozmowę, wiedząc co w nim drażnić było potrzeba, aby miłość i nienawiść rozbudzić. Nikt nie zważać się zdawał na nich, królewicz trzymał jéj ręce, a te mu się nie wyrywały wcale, i pierwszego dnia początek był tak dobry, że już o Grecie nie wątpił szczęśliwy...
Nazajutrz schadzka była umówiona, wiedziała o niéj królowa, i Grecie się strzymać kazała, aby czekał dłużéj i goręcéj pragnął. Wszystkie wybiegi niewieście znano tu dobrze i posługiwano się niemi.
Zbigniew jak tylko do gospody powrócił, Marka i Niemca, którego miał na posługach, wysłał szukać na podarek dla Grety klejnotu. Z niemałym trudem napytano u żyda naszyjnik złoty, który ledwie puścił z rąk bez pieniędzy za wysoką cenę.
Królewicz przyniósł go z sobą. Zarumienionéj Grecie wsunął w ręce ten podarek jako zadatek miłości wielkiéj, a Niemka nie broniła się od przyjęcia go, co było najlepszym znakiem. Skryła go zaraz zręcznie i wejrzeniem podziękowała.
Marko, który zdala przypatrywał się obrotowi całéj sprawy, rad był bardzo.
— Dobra nasza — rzekł. — Która tylko podarki przyjmuje i tego co obdarza przyjąć potém musi. Będzie ją nasz pan miał.
Bodaj tylko mu bokiem nie wylazła — dodał wielki znawca ludzi — widzi mi się, że jakieś kocie oczy ma, które zdradą strzelają,
Marko, który jak sam często opowiadał, Niemki, Węgierki, Czeszki, Włoszki i Greczynki w ciągu swych włóczęg po świecie poznać miał zręczność, a niewiasty na pierwszy rzut oka wyrozumiewał i ich naturę, w Grecie widział coś niebezpiecznego, piękną była a straszną, królewiczowi przecie nie mówił o tém ni słowa, wiedział że toby się na nic nie przydało.
Po uczcie dnia tego Zbigniew znikłszy z izby znalazł się sam na sam w mieszkaniu Grety, które puste było, bo dwór jeszcze cały z królową zabawiał się śpiewem i graniem. Na osobności mieli wiele spraw ważniejszych do roztrząsania. Greta chciała go przeciw Bolkowi rozjątrzyć i poburzyć, on ją myślał całkiem dla siebie pozyskać.
Skierowała też wnet rozmowę na spór i walkę z bratem.
— Sprawiedliwieście uczynili nie chcąc mu ustąpić — mówiła — to zuchwała gadzina co do oczów skacze. Wszystkich pokąsał już niemało razy, królowę, wojewodę, ochmistrza swojego. Nikt go nie lubi krom jednego króla starego, a boją się go wszyscy.
— Ja się go nie ulęknę — odparł Zbigniew uśmiechając się — ja go obalę. Starszym jestem nie zechce mi być posłusznym zgniotę go. Siedziałem ja w więzieniu, będzie i on w niém zamknięty.
— Król chory jest — poczęła Niemka — królowa pani powiada, że gorzéj z nim codzień. Wojewoda, o! ten wam sprzyja więcéj... Możecie poczynać śmiało...
Zdziwionym był nieco Zbigniew znalazłszy oprócz miłéj przyjaciółki sprzymierzeńca i pomocnika w Grecie. Zręczna dziewczyna starała się wmówić mu, że go nawet ostrzeże, jeśliby jakie od królowéj niebezpieczeństwo zagrażało, choć zaprzysięgała, iż kochała bardzo królowę.
Zbigniew znalazłszy ją tak przyjazną, wyspowiadał się jéj ze wszystkich swych zuchwałych myśli i zamiarów. Przebiegłe dziewczę miało go w ręku.
Wieczorem późnym gdy z Markiem znalazł się w swéj gospodzie, nie utrzymał i przed nim tajemnicy, wypowiedział mu wszystko z naiwnością człowieka, który potrzebując powiernika, nie przebiera w tém, co mu się nastręcza. Szczęśliwym był i pewnym, że z łatwością cel osiągnie.
Przeciw Bolesławowi spiskowano do późnéj nocy, solą w oku był im wszystkim. Lubiło go rycerstwo, garnęli się do niego ziemianie, miał sławę dzielnego rycerza, potrzeba więc go było obalić. Zbigniew śmiało się kusił o to.
Od spotkania w Santoku, zdala już byli od siebie. Bolko lekceważył brata i pokątne jego zmowy, o których mu donoszono. W ojcu kochanym i kochającym go miał opiekuna, a ufał też własnéj sile i druhom, których umiał pozyskać.
Zbigniewa zazdrość z dniem każdym rosła, ile razy obok siebie stawali, młodszy pięknością, postawą, zręcznością, wprawą we wszystkie rycerskie ćwiczenia brał nad nim górę. Walczyć z nim ani się mógł porywać, burzył się i odgrażał.
Ojciec po powrocie Bolka starał się ich sprowadzić razem dla przejednania; stawili się na rozkaz, podali ręce, bo król tego wymagał, ale w obu pozostała taż sama gorycz i niechęć wzajemna.
Bolko o bracie mówiąc, przezywał go klechą i mrukiem.
Zbigniew mu się odwdzięczał lżąc go jako jaszczurkę jadowitą co do oczów skacze.
Greta coraz silniéj poduszczała Zbigniewa; półsłówkami rzucanemi przy spotkaniu waśń się zajątrzała, a wojewoda, choć z rozkazu króla starał się jednać, dopomagał do utrzymania niechęci. Czasem i królowa Judyta, niby przypadkiem potrąciła mówiąc ze Zbigniewem o nieznośną Bolka dumę, jego chęć wynoszenia się i panowania.
Wszystko do palącego się już ognia dolewało smoły.
Na Bolku jednak najmniéj znać było, żeby go to miało wielce obchodzić; on i jego drużyna żyli trybem cale odrębnym, niewiele się łącząc z innemi. Rycerskie gonitwy, małe turnieje na wzór tych, które się na cesarskim dworze co roku prawie uroczyście odbywały, wprawa we wszystkie wojennego rzemiosła obyczaje, były główném zajęciem i celem życia dorastającego królewicza, który przedwcześnie pasa rycerskiego się dorabiał.
Ani pohamować, ani pokierować nim nie mógł powolny i dobry Wojsław, który się ochmistrzem nazywał, ale był nim więcéj imieniem niż w rzeczą. Bolko zwłaszcza w ostatnich czasach wymykał mu się ze swoją drużyną i nie buntując jawnie, nie słuchał go już wcale. Wojsław żołnierz mężny, wojak wprawny, nieobrotny był, ciężki, myślał nad każdą rzeczą długo, badał pilnie, gdy Bolko chwytał porywczo co wiatr przynosił i pod pierwszém wrażeniem leciał na oślep nie licząc się z żadném niebezpieczeństwem, ani z ofiarą jaką czynił, choćby cel wart jéj nie był.
Wojsław nim się namyślił, nim coś postanowił, wychowańca jego już nie było, a niezawsze i dognać go potrafił. Śmiał się potém i dawał łatwo przebłagać miłemu chłopięciu, do którego tak był przywiązany, że dlań Sieciechowe pokrewieństwo i łaskę poświęcał.
Bolko jeśli którego dnia na łowy nie ruszył, siadał na koń z Pruszyną, Doliwą, z innemi przybocznemi harcowali po podworcach i na łąkach nad Wisłą, ścigając się, przeganiając, rzucając oszczepami do celu, strzelając z łuków i kuszy, spotykając się na tępe włócznie.
Do tych zabaw królewicz miał namiętność szaloną. Chciał się mu kto przysłużyć i łaskę jego pozyskać, to mu przynosił wiadomość, gdzie niedźwiedź miał łożysko, gdzie na żubra lub tura stanąć było można. Za psy i ptaki oddawał co tylko miał...
Zwożono mu z zagranic, z Zachodu najpiękniejszy oręż, najwykwintniejsze zbroje i wszystko co do porządku rycerskiego należało. Trafił się podróżny co wiele po dworach bywał i kraje obce przewędrował, gościł go królewicz u siebie, zatrzymywał, nie puszczał, póki się od niego nie dopytał i nie nauczył wszystkiego, co mu nieznaném było. Nie było też w Niemczech, we Włoszech, u Franków i Gallów żadnéj rzeczy nowéj w rycerstwie, któréjby dla niego nie przywieziono.
Paliła się młoda głowa myślą wielką, aby z inném rycerstwem chrześcijańskiém iść razem na odzyskanie grobu Zbawiciela, i ledwie go tém powstrzymać było można, iż pogan miał pod bokiem, od których niebezpieczeństwo groziło i zwalczyć ich naprzód było potrzeba. Niejeden już raz Bolko padał do nóg ojcu, błagając go, aby mu choć ze stu rycerzami dobranemi iść dozwolił z królmi i książęty chrześcijańskiemi na odzyskanie Jerozolimy.
Ilekroć zadrgała ta sprawa święta na zachodzie, Bolko się nią rozgorączkowywał; ani wiek, ani kraju położenie puścić go na niepewne losy nie dozwalały.
Sieciech wprawdzie niezbyt był temu przeciwnym, lecz opierającego się ojca nie śmiał namawiać.
Na małym dworze królewicza tylko o podobnych rycerskich dziełach myślano i rozprawiano: o podboju Pomorców, o wojnie dla krzyża świętego, o zawojowaniu ziem nowych, ustaleniu granic, odzyskaniu krajów jednego języka, które Niemcy zagarnęli i obsadzali swoimi. Bolko miał wszystkie przymioty ówczesnego rycerza chrześcijańskiego, pobożność wielką, poszanowanie słabych, cześć dla starości, nieustraszone męztwo w boju i miłość wypraw nęcących niepodobieństwy i niebezpieczeństwami. Rzucał się najzapalczywiéj tam, gdzie coś nadzwyczajnego mógł dokazać, spełnić jakiś czyn bohaterski.
Cała ta garstka młodzieży, zowiąca się jego drużyną, do niego była podobną i naśladować go usiłowała.
Tu ściśle przestrzegano aby żadna z form rycerskich, z praw przyjętych na Zachodzie, zaniedbaną nie była; nie wyruszano w pole bez modlitwy i śpiewu, nie zabijano proszącego o miłosierdzie, obraniano bezbronnych. Nawet najdrobniejsze przepisy w trzymaniu włóczni, we wdziewaniu zbroi, w użyciu oręża ściśle były przestrzegane, z czego prości ludzie naśmiewali się trochę.
Nie dziw téż iż drużyna Bolka Zbigniewową wyśmiewała, sposób życia starszego królewicza wyszydzała, z pogardą mówiąc o kleryku, o jego hałaśliwéj gromadzie, o miłostkach z niemką płochą i całém obchodzeniu się niezręczném a dumném.
Królowa zdawała się o Grety stosunkach ze Zbigniewem nie wiedzieć wcale, choć one nie były tajemnicą dla nikogo. Greta potroszę się z tém chwaliła, a królewicz téż nie dbał o ludzi.
Bolko od dworu Judyty zdala się trzymał, albo się wcale u niéj nie pokazywał, lub milczący przychodził na rozkaz ojca, niedługo pobył i wymykał się do swoich.
Nie udało się macosze w ten sposób go opanować jak ujęła Zbigniewa; Greta zawczasu próbowała go sobie pozyskać i została odepchniętą pogardliwie, inne téż nie były szczęśliwsze. Nie miały dlań niewiasty uroku, a wychowanie męzkie nauczyło go niemi pogardzać niemal, jako istotami słabemi, którym poddanie się uwłacza rycerzowi. Matki nie znał Bolko, wychowywał się od dziecka na męzkich rękach; macocha, któréj nikt nie szanował, wstręt w nim i obawę obudzała.
Słyszał o tém jak na Zachodzie rycerstwo czciło piękne panie, którym wiekuistą miłość poprzysięgało, lecz wyobrażał sobie niewiasty godne takiego przywiązania wcale innemi nad te których dwór królowéj był pełen...
Wszyscy już prześladowali niemkę klerykiem, gdy jednego dnia w przedsieni dworca, Bolko idąc do ojca na drodze swéj spotkał strojną Gretę.
Nie mógł i on się powstrzymać.
— E! piękna Greto! — zawołał — zapomniałem ci powinszować zwycięztwa. Słyszałem upolowałaś dużego ptaka.
— Jakiego? gdzie? — spytała czerwieniąc się z gniewu niemka.
— Ludzie go zowią czasem królewiczem, drudzy klerykiem, a mnie kazano go bratem nazywać. Prawdaż to piękna Greto?
Dziewczyna nic nie odpowiadając, popatrzyła mu w oczy dumnie, pozwalała mu się domyślać, nawet że miłości téj na zemstę użyć potrafi.
Bolko po młodzieńczemu szydził.
— Piękny chłop! — rzekł — ale piękna Greta warta była zgrabniejszego. Nauczyłażeś go tańcować i śpiewać? Do chóru w kościele nie wątpię że się przyda, ale do pieśni przy pląsach, chyba wy go nałożyć potraficie.
Greta płonęła gniewem.
— Dużo innych rzeczy trzebaby go uczyć, piękna Greto! — śmiał się nielitościwy Bolko. — Nie wiem jak sobie z niewiastą poczyna, ale z koniem niedobrze, z łukiem licho, z oszczepem niezdarnie.
Nie mogła już niemka wytrzymać szyderstwa i z ust się jéj wyrwało.
— Patrzcie tylko, aby ten niezgrabny człek kiedy się wam nie dał we znaki!
— A! o to się nie frasujcie, — odparł Bolko — ja się niedźwiedzi lękać nie zwykłem. Wiecie pewnie, boć to we dworze wszystkim wiadomo, żem, dawno temu ubił jednego właśnie gdy się do samicy zalecał.
Grecie zdawać się mogło że w Bolku zazdrość mówiła, wesołe chłopie, wcale o tém nie myślało, bo niemka była dlań niepiękniejszą od innych...
— Tak, piękna Greto, — dodał uczcie go a uczcie, bo dużo rzeczy nie umié i wiele się potrzebuje dowiedzieć, a lepszego ochmistrza nad was nie znajdzie!
Rzuciła nań oczyma złemi niemka, jakby mu grozić chciała. Bolko się uśmiechnął.
— Nie gniewaj się, piękna Greto — rzekł zabierając się iść daléj. — Cały dwór prawi głośno żeście mu obróżę nałożyli i na podwiązce go prowadzicie, nie godziło się bym wam nie winszował! Gotowiście jeszcze królewicza poślubić i zostać mi bratową! Ho! ho! — Śmiech Bolka rozjątrzył do ostatka dziewczynę, zdala zacisnąwszy pięść spojrzała nań wyzywająca, łagodna jéj twarzyczka zmieniła się nagle w głowę Meduzy, niebieskie oczy zciemniały, twarz zbladła, usta zadrgały, zęby się ścięły...
— Poznasz ty mnie i jego! — szepnęła odchodząc, — poznasz! a ja ci te szyderstwa przypomnę. I szybkim krokiem pobiegła na skargę do królowéj.





VII.



Na dworcu biskupim w Gnieźnie, w wielkiéj izbie przyciemnionéj, jednego z tych dni, zasiadała rada duchownych.
Około wielkiego stołu, ciemnym okrytego kobiercem, na krzesłach obok sędziwego arcybiskupa Marcina, widać było po prawéj ręce Lamberta krakowskiego biskupa, po lewéj Dyonizego poznańskiego, daléj Paulina Ciołka kruszwickiego i Filipa płockiego.
W pośrodku pomiędzy nimi stał krucyfix srebrny, a przy nim leżała bogato oprawna księga ewangielij. Izba wyglądająca jak klasztorna, ciemna, smutna, nie miała innych ozdób nad miedziane naczynie do wody święconéj, a w kątku dzban i miednicę podobną.
Zasiadali w niéj biskupi sami, a narada ważną i trudną być musiała, gdyż po zagajeniu jéj przez arcybiskupa, długie panowało milczenie. Starzec oczekiwał głosu jednego z braci, powiodł oczyma po milczących, a widząc, że nikt się ze słowem nie spieszy, ciągnął daléj powolnie i łagodnie:
— Przelanéj krwi męczennika Stanisława winniśmy, bracia mili, iż wiara chrześciańska i powaga nasza w kraju tym się utrzymała. Zwyciężyła prawda. Chrystus Pan pognębił nieprzyjacioły krzyża świętego, szatana i czeladź jego sprosną. Zachwiana maluczko władza nasza, wróciła nam z czynszem i przybytkiem. Z władzą tą odpowiedzialność téż cięży na ramionach naszych, za wszystko, cokolwiek się dzieje i stanie.
Dlategom wezwał was ojcowie mili, abyście ze mną wraz myśleli i radzili o losach kraju tego, nad któremi zaprawdę czuwać potrzeba; bo nie ma, ktoby się nim opiekował, oprócz miłosierdzia Bożego.
Szatan nie śpi!
— Alboż zagraża mu niebezpieczeństwo jakie? — zapytał biskup Lambert — my o żadném nie wiemy!
— A ja widzę je i sądzę wielkiém — mówił arcybiskup powoli. — Myśmy tu nadzorcy i stróże, do kogoż, jeśli nie do nas należy czuwanie?
Króla mamy bez korony; dogorywa dobry, pobożny pan bez woli i siły. Sieciech pod nim kopie zasadzki, cesarska siostra trzyma z nim, opanować chcą królestwo to, aby je zaprzedali. Dopuścimyż, aby państwo poszło na ręce obce, a kościół nasz pod zarząd Magdeburskiéj metropolii!
— Król synów ma dwu — przerwał Dyonizy poznański — nie grozi więc z téj strony niebezpieczeństwo.
— Tak, lecz na obu ich Sieciech godzi — jawném to jest — odezwał się o. Marcin. — Przy królu cień władzy, przy wojewodzie siła. Na grodach ma starostów ze swéj ręki, w wojsku dowódzców którzy z nim trzymają, włada wszystkiém, skarbami swemi sumienia kupuje. Królem chce być. Źle nam ze słabym, z tym gorzéj będzie, przebiegły jest.
Milczenie długie przedzieliło pytanie to, od nierychłéj odpowiedzi biskupa Paulina.
— Przewielebny ojcze — odezwał się powolnie rzucając wyrazy, które ważył ostrożnie. — Widzi mi się, że przedewszystkiém patrzéć nam potrzeba, gdzie dla wiary a dla powagi Rzymu pożytek. Ten, czy ów panować będzie, nam o to idzie, aby był posłusznym kościołowi, aby się krzewiła wiara, mnożyły dochody duchowieństwa, rosła przez nie chwała Boża.
— Tak jest — odezwał się Filip płocki — obojętna dla nas, kto panować będzie ze zrządzenia Bożego. Przyznaję, iż ja sam niedawno jeszcze obawy nie miałem od Sieciecha, dziś stawi mi się to inaczéj.
Jeżeli on zawładnie i opanuje kraj: zuchwały, silny, przebiegły, sam jeden na państwo wielkie, rycerz mocny i czujny, ażali w nim nie mamy się obawiać drugiego Szczodrego, co zechce kościołem rządzić, zamiast mu ulegać?
Zaprawdę dla nas korzystniejszém jest, aby było kilku panów, z władzą i siłą mniejszą, bo ci się łatwiéj powodować dadzą, i oni nas, nie my ich potrzebować będziemy. My, pasterze zawsze z sobą zgodni i jedni, w pomoc sobie przychodzić będziemy, oni w rozterkach do nas się uciekać będą musieli. Nie o moc nam idzie ani o pychę panowania, ale o kościół i wiarę.
Kraj choćby podzielonym był, jeżeli połączenia ku obronie zapotrzebuje, przez nas je otrzyma; niech mu panuje jeden arcybiskup z biskupy, miasto króla — lepiéj będzie.
— Kościołowi nie zagraża nic — począł Lambert krakowski — dzięki krwi męczennika naszego, nikt już się władzy jego opierać nie odważy. Spróbowali, jak ciężką jest ręka jego, jak straszny miecz mściwy, jak wielka potęga ogarniająca świat. Szukajmy, co dla kraju lepsze, o los kościoła, zaprawdę, spokojni być możemy, bracia mili.
— Ale przymnożyć mu bezpieczeństwa i oprzéć je na mocniejszych podstawach — odezwał się Filip — nigdy zbyteczném nie jest. Nie padnie kościół na opoce zbudowany, ani przemogą go piekielne siły, lecz oszczędzić mu dni ciężkich, gdy w mocy naszéj, należy. Nie sobie ani dla siebie staramy się, dla matki naszéj. Non nobis, non nobis sed nomini tuo da gloriam.
Spojrzeli po sobie biskupi, arcybiskup milczał z głową spuszczoną, rękę na ewangieli złożywszy.
— Bracia mili — począł znowu — powtarzam, com rzekł: Król słabym jest, Sieciech dla królestwa i dla nas strasznym. Nie utrzyma się on bez cesarza, a panowanie cesarskie kościołowi odejmie siłę, przeniesie ją gdzieindziéj. Czynić potrzeba co można, aby spadek po królu dzieciom jego pozostał.
Cóżbyście rzekli, gdyby Władysław zawczasu chciał państwo między synów swych podzielić? sobie pozostawując Płock, który pokochał, i w którym chce dokonać żywota?
Spojrzał po słuchających arcybiskup, badając wrażenie, jakie słowa jego wywierały i mówił daléj:
— Zeznał mi król, iż za żywota uczynić to pragnie. Sieciech niewątpliwie stanie na przeszkodzie przeciw myśli zbawiennéj, my, pomocą jéj być powinniśmy.
Jak sądzicie bracia najmilsi?
Biskupi milczeli, rzecz to dla nich była nowa, którą każdy chciał rozważyć, nimby wyrzekł, co o niéj myśli.
— Sam król wam to zwierzył — zapytał biskup Lambert.
— Tak jest, mam to z ust jego — rzekł arcybiskup. — Radziłem, aby wiec zwołał duchowną i świecką swą radę i starszyznę. Kto wie, czy będzie śmiał i mógł to uczynić, jeżeli my mu w pomoc nie przyjdziemy. Mamyli posiłkować? mówcie.
— Zaprawdę! zaprawdę! — odezwał się Filip pierwszy — powinniśmy.
— Dla mnie — począł Paulin kruszwicki — wątpliwa jeszcze, czyli podział na dwu nie jest wojny nasieniem. Widziałem pod Kruszwicą leżącego Zbigniewa, nie sądzę go panowania godnym, bo do niego jest niezdolnym, dumnym i chciwym władzy, umysłu płytkiego. Ambicya w nim wielka przy słabości i małéj odwadze. Zaburzy kraj.
— Ja, którym się przyczynił do uwolnienia Zbigniewa — odezwał się arcybiskup — lepiéj o nim trzymam. Człek się z niego wyrobić powinien, a widzę w nim, czego i rycerski Bolko nie ma, naukę. Czyta pismo, rozumie słowo Boże, dzieckiem klasztorném jest.
— Ojcze mój — wtrącił żywo Paulin — nie znam gorszych nieprzyjaciół, jeżeli nie kościoła to duchowieństwa, nad tych, co się z murów klasztoru wyrwali. Boją się go. Przykład mieliśmy w Czechach. Wolę pobożnego rycerza, niż wywłokę, co zbiegł z pod klauzury — powtórzę — boję się go. Pismo znając, obracać je będzie krzywo na usprawiedliwienie swoje. Bez nauki Bolko nas potrzebować dla niéj musi — ów niedouczony, pomiatać zechce nami.
— Surowi dlań jesteście — odezwał się arcybiskup.
Zbigniew miał prawa, bo choć małżeństwo, z którego się rodził, przez kościół pobłogosławione nie było, naówczas i po dziś dzień małżeństw jest takich wiele. Przejdźcie kraj, policzcie, ile podobnych w nim. Wszakci dopiero wdrażać poczynamy do tego lud chrześciański tutejszy, aby się starym obyczajem nie brał i nie rzucał samowolnie, jak bydło. Władysław ową Hannę za żonę miał, Zbigniew prawym synem jest i ma pierworodztwo.
— Temu nie przeczę — rzekł Paulin — boleję tylko, że miasto jednego dwu ich jest.
— Lecz dla nas lepszém, choćby i dziesięciu ich było — odezwał się Lambert — albo tylu, ilu nas jest. Stałby przy każdym pasterz na straży. Siły zbyt wielkiéj w jedném ręku dopuszczać nie możemy, by się nie stało co z cesarzem, co ze Szczodrym. Oni, jak skoro moc poczują, panować nam chcą, a tego się cierpieć nie godzi. Kościół wiódł i kierował od czasów Konstantyna po dni dzisiejsze, bo w nim było światło, musi téż po nad korony i berła doczesne stać i z rąk wodzów nie puszczać. Cesarze niemieccy gdy zawojowali kraje wielkie, wnet przeciwko władzy kościoła wystąpili, chcąc go sobie uczynić podwładnym.
— My się tu już wcale pokus podobnych obawiać nie możemy — dodał arcybiskup — górą stoimy i nie przestaniemy stać. Przeciw kościołowi nie wystąpi nikt, kościół trzyma, kościół panuje, kościół rządzi; król niczém inném nie jest, jak z Rzymu namaszczonym pełnomocnikiem i ręką jego. Pierwszym sługą.
Umilkli drudzy, nie poczynał nikt.
— Niechaj więc ten podział kraju przyjdzie do skutku — odezwał się arcybiskup. Zapobieży on uzurpacyi Sieciechowéj. Przyczyńmy się wszyscy do dzieła tego. Zwołajmy po dyecezyach naszych przedniejszych ziemian, władyków i żupanów, włóżmy na sumienie ich, aby w tém królowi byli pomocni.
Macieli co przeciwko temu?
Zatoczył wzrokiem arcybiskup, spoglądając po milczącéj braci. Nie odzywał się nikt, nikt przeczyć nie śmiał.
— Co z tego podziału wyniknąć może — rzekł Lambert po chwili — przeniknąć trudno. Jeden z nich zechceli drugiemu być podległym? Rozłamie się li państwo i osłabnie, zwłaszcza, jeżeli nierycerskiego ducha Zbigniew, prawem starszeństwa zapanuje?
— Czuwać będziemy — odparł Paulin — tém lepiéj dla nas, iż obejść się bez pasterzy swych nie będą mogli.
— Sieciech nad wszystko niebezpieczniejszy — dodał o. Marcin.
Nie było już sporu.
— Niech się więc stanie po myśli króla i wedle jego natchnienia, jakie mu Bóg zesłał — rzekł Lambert.
Nie spierano się z sędziwą głową kościoła, choć może zdania były niejedne, a Sieciech i tu mógł mieć utajonych sprzymierzeńców. Ale ci mówić za nim nie śmieli. Groźba podległości i zależności od cesarstwa i Magdeburga, starczyła na powstrzymanie zdań przeciwnych.
— Uczynić więc należy przygotowania do wiecu — zakończył arcybiskup — a wykonać je zawczasu, ażeby Sieciech nas nie ubiegł, który chcieć go nie może.
Przeciwko niemu jedni my tylko skutecznie wystąpić możemy. Usłuchają nas ziemianie i królowi w pomoc przyjdą.
Zatém rozpoczęła się narada nad środkami wykonania i przeciągnęła długo, aż obmyślane i postanowione zostały.
Wstał nareszcie sędziwy starzec, i jak przed tą naradą wiódł do kościoła dla odśpiewania hymnu do Ducha Świętego, tak po niéj poprowadził duchowieństwo do katedry, gdzie dziękczynny hymn zanucono.
Nie był nowością zjazd biskupów, ani mógł jakąkolwiek wzbudzać obawę i podejrzenie; w sprawach kościoła powoływał często arcybiskup innych pasterzy dla narady, a świecka władza ani śmiała ani mogła mięszać się do kościelnych zborów. Mogli więc bezpiecznie biskupi przedsiębrać środki, jakie się im zdały właściwe, nie doznając żadnéj przeszkody. W téj chwili właśnie po upadku Szczodrego, po klątwie i interdykcie, potęga duchowieństwa była największą, a władza świecka mierzyć się z nią nie ważyła. W istocie kościół panował nad krajem.
Wieczór spędziwszy na wspólnéj modlitwie i rozmowie z arcypasterzem, nazajutrz już powracali do stolic swoich. Wprost z katedry rozjechali się biskupi.
Każdy z nich od kościoła do kościoła jechał, od klasztoru do klasztoru, stawał u proboszczów, a zdążywszy do granic swéj dyecezyi, zbaczał do znaczniejszych dworów, lub zwoływał ziemian do dziekanów, aby im objawić, co czynić mieli. Opierać się woli biskupiéj nikt nie mógł; pamięć strasznych skutków klątwy i wyłączenia ze społeczeństwa chrześciańskiego, była wszystkim jeszcze przytomna. Królowi prędzéj ważyłby się kto nieposłusznym okazać, niż temu, co go za życia mógł uczynić obcym, nawet rodzinie, a po skonie odmówić mu pogrzebu na poświęconéj ziemi. Legenda o Szczodrym, krwawy dramat, po którym ledwie oschły łzy i zatarły się ślady, napełniał trwogą umysły.
Król wygnany, zmarły bez wieści, w szaleństwie czy pokucie; dziecię jego wśród wesela zgładzone niewidzialną ręką, w któréj przeczuwano prawicę Bożą, stały przed oczyma wszystkich.
Pasterze powróciwszy z Gniezna, natychmiast rozpoczęli o wiec starania, sami lub przez podwładne sobie duchowieństwo.
I stało się, że wkrótce potém po wszystkich krajach ruszyli się ziemianie, władyki, żupanowie, starszyzna zbierając na ów wiec zwołany potajemnie. Nawet ci, co Sieciechowi sprzyjali, zmuszeni byli jechać z innemi i stawić się nań, aby postąpić potém, jak im będzie rozkazano. Nadzwyczajne te przygotowania, nie mogły ujść baczności Sieciecha.
Wojewoda, który czynnie około własnéj sprawy chodził i zamki objeżdżał, znajdował się właśnie na jednym z grodów, trzymanych przezeń z łaski króla, (choć wszystkie one prawie były w jego rękach) gdy nadbieżał do niego jeden z najwierniejszych sług, Strzepa, nocą już domagając się pilno, aby go do wojewody natychmiast wpuszczono. Zdawało mu się, że on pierwszy przywiezie Sieciechowi wiadomość o zmowie duchowieństwa i ziemian przeciw niemu.
Wojewoda widząc wbiegającego do izby, w któréj siedział jeszcze na naradzie ze starostą i wojskową starszyzną Strzepę kurzem okrytego, w hełmie, z twarzą przelękłą i oczyma zaognionemi, zmierzył go wzrokiem niemal szyderskim.
— Za pilną sprawą jadę, goniąc za miłością waszą — wykrzyknął przybyły, hełm zdejmując i z potu ocierając skronie — za sprawą pilną bardzo.
— Bóg zapłać — odpowiedział z półuśmiechem wojewoda. — Siadaj na ławie, spocznij, tchu nabierz. Za dobrą wolę waszą wdzięczen jestem, choć nie wiem, z czém przybywacie. Bodaj jednak, czy wielka i pilna nowina, która was tu pędziła, wprzód niż wy, nie dobiegła do mnie.
Zdziwił się i zmięszał smutnie Strzepa.
— Wiedzieliżbyście już o wiecu? miłościwy panie? — zawołał — a możeż to być?
Wojewoda dał mu znak głową potwierdzający.
— Wiem o nim, ani się frasuję zbytnio — rzekł. — Pracują nieprzyjaciele moi i ja nie spię. Niech wiecują, radzą, niechaj dzielą jako chcą, nic to nie pomoże. Silniejsi przez to nademnie nie będą. Wiec jest sprawą arcybiskupa Marcina, z którym do jawnéj walki występować nie mogę. Obróci się ich własna robota przeciwko nim.
— Tak mówicie — odezwał się zdumiony Strzepa.
— Mówię tak i spokojnie na to poglądam — ciągnął daléj Sieciech. — Dwu czy dziesięciu ich stanie, w zgodzie z sobą nie będą. Nie lękam się tego. Młokosom podołać łatwém będzie. Król przy sobie zwierzchnią zatrzyma władzę...
— Na wiecu ozwą się przeciw wam głosy nieprzyjaciół! — zawołał Strzepa.
— Przeciw mnie jedne, za mną drugie — rzekł wojewoda. — Król, który z arcybiskupem się naradzał, który mi sprzyja, którego w rękach mam, nie powiedział mi nic. Znam go i sądzę z milczenia, że krzywdy uczynić mi nie da. Gdyby gniew miał a niewiarę, wydałby się z nią. Królewicze oba podemną zostaną. Nie lękam się ich, bo wprzód nim walkę z Sieciechem, rozpoczną z sobą.
Szydersko rozśmiawszy się wojewoda, zamilkł nagle, jak gdyby kończyć nie chciał. Dopiéro odprawiwszy tych, co z nim siedzieli, wrócił do oczekującego Strzepy.
— Nie lękajcie się — rzekł — ani o mnie ni o siebie. Z dwu słabych, nikt jednego mocnego nie sklei. Pójdą na wojnę w pułkach tysiącznicy moi, sotnicy także, po zamkach ludzie z méj ręki, powinowaci i druhowie; co oni z tą garścią poczną, którą koło siebie mają! Nie dadzą im uczynić nic, tylko co ja zechcę i pozwolę. Królewicze w moich palcach będą siekierą i dłutem, ani się spodzieją, jak pokieruję niemi. Gdy zechcę, spuszczę ich na siebie, aby się gryźli, gdy zażądam, pójdą gdzie wskażę i myśleć będą, że idą po własnéj woli. Nie lękajcie się o mnie, powtarzam wam.
Strzepa człek bojaźliwy, ostrożny, a przytém gorący, nie miał zimnéj krwi i zaufania w sobie Sieciecha; słuchał, ale widać było po nim, że téj wiary w bezpieczną przyszłość nie podzielał.
— Pewna to, że wasza miłość, dobrze wiécie co czynicie — rzekł, wzdychając — ale zbytnio ufać ludziom i bezpiecznym się czuć, nie dobrze. Bolko ma wielką miłość u rycerstwa, u dworu, między ziemiany. Zbigniew, powiadają wymowny, przebiegły i przewrotny.
Wojewoda wzgardliwą przybrał postawę.
— Zbigniew chciwy wszystkiego, a do niczego nie zdolny — rzekł — rycerz z niego nie będzie, a u nas kto nie wojak, tym pogardzą. Bolko go nie lubi i złamie.
— A Bolka kto? — odezwał się Strzepa, z tym trudniéj?
Sieciech długo nie mówił nic, naostatek wyrwało mu się:
— On sam; gdyby go wierna drużyna nie trzymała na wodzy, dawnoby już oszczep Pomorca, albo kły dzika przecięły te rycerskie zapędy. Zbyt zuchwały jest, sam się zgubi.
Strzepa się nie sprzeciwiał i zamilkł. Wojewoda począł się po izbie przechadzać. Zwrócił się ku niemu:
— Cóż o wiecu prawią?
— Gotują się doń wszyscy, a najgoręcéj nieprzyjaciele wasi.
Z tych, co wam są wierni, dużo jechać nie chce, aby przeciwko arcybiskupowi nie stawać i wam się nie sprzeniewierzyć. Starego się obawiają.
— Moim dawajcie znać owszém, aby się stawili wszyscy — odparł Sieciech — i mężnie stali przy mnie. Gdy ich nie stanie, sam jeden będę.
Po téj rozmowie, Strzepa ledwie spocząwszy, ruszył znowu, gońców rozesłano na wszystkie strony z hasłem nowém. Gdy duchowieństwo od siebie nagliło o zbór liczny, z drugiego Sieciech przykazywał się stawić, ruszało się, co żyło. Dawno już nie pamiętano takiego ruchu i gromad, a pocztów na gościńcach; niektórzy, co od lat wielu z lasów się na świat nie pokazywali, wyciągnęli do Płocka. Tu się już sposobiono na przyjęcie, choć nikt nie mówił o niém, a król zdawał się nie chcieć wiedzieć o niczém. Królowa uwiadomiona przez Sieciecha, niepokoiła się mocno, ufając tylko zręczności wojewody, że potrafi te zamachy odeprzéć; Zbigniew miał wiadomość od arcybiskupa i czekał, nie odjeżdżając z Płocka, Bolkowi ojciec zakazał się na dłuższy czas oddalać, aby na zawołanie był pod ręką... Niepokój był w powietrzu, a najbardziéj dolegał choremu królowi, dla którego oczekiwanie stawało się nieznośną męczarnią.
Jesienny dzień wrześniowy potajemnie na zjazd był naznaczony, pogoda mu sprzyjała, a pożądaną była wszystkim, gdyż mnogich i licznych pocztów ani zamek, ani miasteczko pomieścić nie mogło.
Gospody dla duchownych panów były u biskupa i na zamku w klasztorku Benedyktynów; panowie świeccy obozem się musieli kłaść na dolinie, namioty rozbijać i w nich z dworami swemi mieścić.
Na podzamcze już kilka dni przed zjazdem ciągnęły wozy, konie powodne, czeladzie, parobcy, którzy place zajmowali, koły bili, żłoby stawili, namioty rozkładali i dla panów swych co najlepsze starali się dostać stanowisko. Roiło się pod grodem, roiło po gościńcach, w uliczkach, na targowicy, dokoła mieściny, u studzien, nad rzeką, po łąkach.
Z okien zamku mógł te przygotowania widzieć król i królowa, a nikt się o nich odzywać nie śmiał. Naostatek w wigilią dnia św. Wawrzyńca, niektórzy z dalszych stron od Krakowa, Sandomierza, Wrocławia, co się najbardziéj opóźnić lękali, ściągać się zaczęli.
Napatrzéć się było można pocztów różnych, zbroi wszelakiéj i rynsztunku, bo nie wszyscy się jednako zbroili i chadzali. Od granic niemieckich z nad Łaby wtargał obyczaj zachodni; władycy niemcom byli szczególniéj zbroją podobni, którą sobie ztamtąd dostawali, z Saksonii, od Franków i z dalszych krajów. Szlązk ciągłe téż miał stosunki z Czechami i Niemcami razem, to téż obojga języka i odzieży pełno było.
Przeciągały przez Polskę karawany kupieckie z Rusi, wioząc z sobą wszelaką kupię ze wschodu, któréj wiele tu pozostawało.
Od Bolesława Wielkiego stawiła się ziemia Polan dostatkami wielkiemi, obfitością wszystkiego, tak, że mnich, który czyny Bolesława Krzywoustego opiewał, sławił pod te czasy jéj: „powietrze zdrowe, ziemię żyzną, lasy miodorodne, wody rybopłodne, rycerzy mężnych, wieśniaków pracowitych, konie wytrwałe, woły oracze, krowy mleczne, owce wełniste” [2].
Ten dostatek ziemi widać na jéj synach było, a choć świetności cesarskich dworów nie znalazł tu obcy człek, ziemianie Władysławowi nie ustępowali zamożnością i okazałością pocztów panom na Zachodzie. Inaczéj tylko ona się przedstawiała. Wiódł każdy z sobą po sto, po kilkadziesiąt koni dla bezpieczeństwa i wystawy, ciągnęły się wozy ładowne i obfite zasoby wszystkiego co do życia było potrzebném. Po drodze zaciążyć osadom i szukać pożywienia nikt nie chciał, ani też wszędzie dostać było można żywności. Dla koni i sobie musiano wozić strawę. Każdy orszak zwiększał się tém jeszcze. Jeden władyka ciągnął za sobą czeladzi i ciurów gromadę.
Z wieczora już szare i pasiaste namioty gęsto się rozsiadały na łące, a około nich ogniska zapalać zaczęły. Rżały konie i psy, które każdy prowadził z sobą ujadały wyzywając się.
Stawali ziemianie każdéj części odrębnie przy sobie tak, że którzy od Krakowa szli społem namioty rozbijali, Sandomierzanie przy sobie, Szlązacy, Mazury i Polanie, każdy obozem swoim. Opola też do jednego grodu należące łączyły się do kupy. Niektórzy ludzie rycerscy obyczajem zachodnim u namiotów na wysokich żerdziach chorągiewki i znamiona wywieszali.
Sieciech nie spiesząc wprzód, umyślnie dopiero tego wieczora nadciągnął, i, jak gdyby chciał potęgę swą a moc okazać, wystąpił z pocztem ludzi półtoréj seciny liczącym pod chorągwią własną, z rogami, trębaczami w jedną barwę przybrawszy cały swój orszak, wśród którego on na koniu dzielnym, w kołpaku z piórem, w pasie rycerskim, z łańcuchem złotym na szyi, w płaszczu książęcym jechał raźno i wesoło... a dla okazania też, że on tu gospodarzem nie gościem, na łąkę nie pociągnął z drugiemi, ani gospody szukał, ale wprost na zamek się obrócił, trąbić rozkazując i jakby uroczysty wjazd odprawując w oczach wszystkich.
Czeladzie i władycy, którzy już byli w obozie, zbiegli się patrzeć na to widowisko, ustawując kupami po obu stronach drogi.
W nieprzyjaciołach Sieciecha to wyzywanie i jakby naigrawanie się z nich wywoływało gniewy i oburzenie: druhowie milczeli ciesząc się, iż swojego pewnym być musiał, gdy tak wspaniale występował bez żadnéj obawy.
Wojewoda z konia zsiadłszy dopiero przed królewskim dworcem, naprzód do pana szedł z czołobitnością należną, chociaż wiedział, że go nie zastanie samym, bo mu po drodze oznajmiono iż arcybiskup, kilku duchownych i świeckich panów już go poprzedzili.
Gdy wojewoda w progu się ukazał, król w obec wszystkich wstał i przeciw niemu poszedł kilka kroków, a objąwszy go rękami, z czułością wielką powitał, aby jawnie okazał, że serca jego i łaski nie utracił.
Z trwogą podniósł ku niemu oczy lękając się gniewu, lecz Sieciech nadto przebiegłym był, ażeby się z nim wydał przy świadkach. Owszém licem wesołém króla i przytomnych powitał, jak gdyby okazać chciał, że go niesłusznie oskarżano.
Arcybiskup nie czekając, natychmiast objawił głośno z czém przybywali duchowni i świeccy panowie i czego wespół z królem życzyli, wolał zaraz opór złamać i postąpić otwarcie.
Wojewoda nie wydał się z tém co myślał, wysłuchał wniosku, a gdy się doń zewsząd zwracano, rzekł spokojnie:
— Jeżeli najmiłościwszy pan nasz, a ojcowie duchowni wespół z panami ziemiany — widzą, iż dla uspokojenia i ładu w królestwie tém, potrzebny jest podział zawczesny, — a czemużby się zadość woli pana naszego i ziemian stać nie miało?
Dodał, iż dobrém to nawet znajdował, że król za żywota przekonać się mógł, jak się synowie jego do rządów brać będą, ciesząc ich walecznością i rozumem.
Po tém przemówieniu Sieciecha, który się niczemu nie przeciwił, duchownym i świeckim panom nie pozostało już nazajutrz nic, tylko uroczyście dokonać, co postanowiono.
Król słuchając Sieciecha radował się niewypowiedzianie, a gdy ten mówić dokończył, wstał go uściskać odzywając się, iż na jego opiekę i pomoc dla dzieci najwięcéj rachuje.
— Ten to jest, — odezwał się wskazując na wojewodę biskupom i wszystkim przytomnym, — ten jest, któremum winien królestwa utrzymanie i bezpieczeństwo; ten jest, który niem za mnie rządził, obraniał je, zbogacił i dał mu zakwitnąć; ten jest któremu zawdzięczam pokój dni moich, sam nieudolnym będąc i schorzałym.
A jako się mną opiekował, tak mam nadzieję, że synów moich z ojcowską pieczołowitością strzedz nie przestanie.
Arcybiskup Marcin nie mógł podziwienia swojego ukryć, widząc Sieciecha tak na wszystko gotowym, gdy opór się w nim znaleść spodziewał, spojrzał nań niedowierzająco i rzekł z powagą kapłańską:
— Bogu niech będą Najwyższemu dzięki, iżeśmy wszyscy zgodni a jedno dobrém widziemy.
U królowej wieczorem dawnym obyczajem stoły były zastawione dla wszystkich, którzykolwiek przybyć chcieli. Czeladzi ucztę na podwórcach zgotowano, beczki powytaczano, ustawiono kadzie i cebry, chleby, séry, mięsiwa zalegały ogromne pomosty tak, aby nikt nie odszedł głodny.
Zbigniew wśród tłumu przybywających kręcił się czynny, chcąc sobie u ludzi zaskarbić łaskę, wymową łatwą i słowy dobremi ujmując ich sobie.
Bolko na przekorę jemu dnia tego wyruszył w pobliskie lasy na łowy, jakby się wcale nie troszczył o to, co się gotowało, nie zdając dbać, jak ludzie o nim trzymać zechcą, albo nadto ich będąc pewnym. Późno wieczorem, gdy już na obozowisku do snu się zabierano, przeciągnął gościńcem orszak jego wesoły, z psy i sokołami, czwałem objuczony zwierzyną, nucąc śpiew głośny, który się wśród cichéj nocy dziwnie rozlegał...
Powybiegali z namiotów ludzie, wiedząc kto pędził, bo go niektórzy poznali, a chcąc przypatrzeć temu, co im miał wkrótce panować. Jednego widzieli już i słyszeli, drugiego dopiero teraz zobaczyli, jak się im mignął przed oczyma. Ten ze swą rycerską butą i młodzieńczem weselem lepiéj im do serca przypadał.
Na widok młodego chłopaka z rozwianemi włosy, z podniesioną głową, ręką w bok pędzącego na koniu dzielnie, lica się im rozśmiały. Starym Szczodrego przypomniał, którego gdy nie stało, wielu po nim wzdychało. Choć po nim krwawe wspomnienia w pamięci były, wielu z tych co z nim wojowali na Węgrzech i na Rusi, miłowali go jako rycerza, a ludu prostego choć mówić nie śmiał, powszechne było mniemanie, iż za swą miłość dla ubogich możni go zgubili.
Ludzie rycerscy co za króla Władysława najczęściéj nie z nim, ale z Sieciechem chodzić musieli na wyprawy, radzi byli dostać króla mężnego za wodza, a pozbyć się dumnego wojewody.
O Zbigniewie już wiedziano, że rozumnym był, ale do włóczni, konia i oręża niezdarnym.
Wojsław, ochmistrz pański na spotkanie Bolka wyszedł kwaśny pomrukując.
— Drudzy tu sobie między ziemiany jednają ludzi, a wasza miłość w lesie — rzekł do zsiadającego.
— Bo ja na słowa ludzi nie łowię, a wolę się na wojnie z niemi serca dorabiać! — zawołał Bolko i rozśmiał się wesoło.





VIII.



Dzień zrazu wstał mglisty, lecz wnet srebrna owa zasłona, owe wilgotne rąbki w które był owity, opadać zaczęły i słońce podniosło się jasne, wesołe, jakby radując widowisku, które miało przed sobą.
Jak świt wszyscy poczęli przyodziewać najpiękniejsze zbroje, najkraśniejsze szaty; kładł na siebie każdy co miał najlepszego, czeladź występowała strojna, a od obozu na podzamczu do grodu na wyżynie dochodziło mruczenie wesołe jakby roju pszczół, co w ulu gospodarował.
Aż zabrzmiał kościelny dzwonek, wołając do Boga przed ołtarz po błogosławieństwo. Choć niewielka naówczas katedra płocka i trzeciéj części zgromadzonych nie mogła pomieścić, szli wszyscy, aby naprzeciw drzwi stanąwszy choć zdala nabożeństwa słuchać.
I król też chory przez dwóch podkomorzych wiedziony, co dawno nie bywało, w odświętnych szatach szedł do kościoła z twarzą wychudłą i bladą, ręką drżącą śląc pozdrowienia tym, co się zbiegali przypatrzyć mu i pokłonić.
Po drodze parę razy stanął przemawiając do wojewodów i władyków po słów kilka — ale na dłuższą mowę tchu mu nie stawało. Poruszony był wielce.
Za nim szła w orszaku okazałym dworzan swoich królowa z córkami, z niewiasty swojemi, w przepychu wielkim, którym się lubiła pysznić, w sukni złocistéj, w łańcuchach i pasie sadzonym, głowę unosząc dumnie, jakby mówić chciała — krwi jestem cesarskiéj!
Patrzała z góry na kłaniających się ziemian, co najmłodszym tylko uśmiechając.
Za nią szedł wojewoda wielki, Sieciech we zbroi złoconéj, sukni szkarłatem podbitéj, co wielu złośliwych oczy zwracało. Witał on pogodném czołem przyjaciół swych, innych widzieć nie chcąc.
Daléj ciągnął Zbigniew, który téż wspaniale się przyodział a cudacko, ogromnemi pióry ozdobiwszy kołpak i miecz sobie przywiesiwszy, który mu zawadzał. Czatował on zawczasu na pochód aby ubiedz Bolka i zająć pierwsze miejsce swe, które starszemu należało, obawiał się bowiem, aby młodszy go nie uprzedził. — Ten o tém nie myślał, stanął za Zbigniewem z wesołą twarzą we zbroi lśniącéj, po rycersku przybrany, piękny, pewien siebie i niedbający o to, jakie mu się miejsce dostało. Młodziuchne, ogorzałe lice patrzało wesoło, trochę dumnie, lecz dobrotliwie zarazem. Wszyscy za nim wiedli oczyma.
Gdy król, którego biskup Filip z krzyżem i wodą święconą u drzwi kościelnych przyjmował wszedł na przygotowane dla siebie siedzenie, obok którego królowa niższy tron zasiadła, gdy Zbigniew i Bolko stanęli po prawéj i lewéj ręce ojca, a wojewoda wielki za nim jakby na straży; daléj dokoła dwór i co najprzedniejsza starszyzna — arcybiskup Marcin wyszedł w kapie naprzód pieśń do Ducha Świętego zanucić, która mszę poprzedziła. Sam on też tego dnia w asystencyi dwóch pasterzy krakowskiego i poznańskiego ofiarę świętą odprawiał, w czasie któréj królowi niesiono do pocałowania ewangelję, a rycerstwo mieczów dobyło wedle obyczaju, który niedawno wprowadzony był w polskim kościele.
Zatém po mszy świętéj pieśń jeszcze zanucono i psalm, a po błogosławieństwie pacyfikałem, król, królowa, królewicze w tym samym porządku jak szli na gród wracali. — Nie przyjmowano u stołów na zamku rano aby czasu nie tracić, każdy wprzód u siebie zjadł co miał, i wprost do wielkiéj izby radnéj gromadzić się poczęto, któréj drzwi stały otworem, bo się w niéj, w sieni i podsieniach ledwie mogła starszyzna pomieścić.
Izba ta była tak skromna i niepoczesna, jak wszystkie w owych czasach, na ten dzień tylko zielonością ją posypano i gałęźmi przy ścianach przybrano.
Dla króla tron suknem czerwonem obity stał w głębi, a obok niego takiż sam, nieustępujący mu wielkością dla arcybiskupa gnieźnieńskiego, który z królem dzielił władzę. Szeregiem za nim zasiadali inni biskupi, od krakowskiego poczynając z jednéj strony, z drugiéj za królem świeccy panowie, na których czele Sieciech się mieścił.
U stopni tronu królewskiego Zbigniew i Bolko stali, rzucając na się skośne wejrzenia. Na nich wszystkie oczy były zwrócone.
Młodszy, ulubieniec ojcowski i tak jak zawsze miał serca za sobą, powierzchowność sama mówiła za nim; dumna i wstręt obudzająca postawa niezgrabnego Zbigniewa raziła ziemian. — Szeptano, przypatrując się to i owo, starszy syn królewski, władyków nabawił strachem — patrzał dziko, uśmiechał się złośliwie.
Nie wróżono po nim nic dobrego. Niezgrabna owa postać jaką miał w klasztorze pod ciasną sutanną, strojem rycerskim zmienić się nie dała. Zbroja na nim leżała jak pożyczana, trzymał się nieco przygarbiony, włos odrosły spadał mu kosmykami prostemi jak przylepiony na ramiona; blada i nalana twarz miała wyraz chytry i fałszywy. Na Bolku suknie i blachy były jak ulane, włos obfity w pierścieniach ciemnych wił się na ramionach, lice otwarte, jasne, pałało ogniem i świeciło weselem.
Oba jeszcze nie mieli rycerskich pasów, tylko proste do mieczów przepaski.
Ziemianie spoglądając mówili sobie, że jeden się do zbroi rodził, drugiemu lepiéj księża suknia by przystała, i cicho dawano mu Klechy przezwisko.
Młodsze duchowieństwo takżeby się doń nie bardzo chętnie przyznało, bo na twarzy rysów grubych, ust oddętych, wykrzywionéj namiętnie, niespokojnie się poruszającéj, więcéj namiętności było niż łagodności i pokory.
Na króla patrząc, którego dwu komorników pod ręce w wiodło i usadowiło, litość brała, tak blady był i drżący, a ręce mu dygotały niespokojnie, gdy na sobie kożuch poprawiał. Oczyma potém powiódł po gromadzie swéj, uśmiechając się i zdając się prosić, aby mu miłość wyświadczono.
Głębokie milczenie panowało w izbie natłoczonéj, w któréj tylko najprzedniejsi miejsca zajęli i wiekiem najstarsi. Daléj poza niemi cisnęła się młodzież i domownicy niektórzy, a ze drzwi bocznych wyglądały jedna nad drugą ciekawe głowy dworu królowéj.
Rozpoczął arcybiskup modlitwę łacińską, wzywając błogosławieństwa Bożego, przeżegnał i wszyscy przeżegnali się schylając głowy, nastało milczenie. Król mówić miał, ale mu spalone usta odmawiały posłuszeństwa i kubek z wodą zaprawną podać musiano dla orzeźwienia.
Zwrócił się naprzód ku duchownym.
— Ojcowie miłościwi — począł głosem cichym, — ziemianie i władycy mili, mówcie z czém do mnie przybywacie, abym waszéj prośbie uczynił zadość — jeśli mogę.
Arcybiskup skłonił głowę.
— Miłościwy królu — rzekł głosem pewnym i śmiałym — przyszliśmy do ciebie, aby schorzałemu pociechę i ulgę przynieść a spokoj na najdłuższe lata: ażebyś o ziemie swe nie trwożył się, ani o przyszłe losy, ażali nie byłoby dobrém, spadek zawczasu synom wyznaczyć, sporom zapobiegając, sobie pozostawiwszy ziemie i grody jakie się zda miłości waszéj, na młodych zdać czuwanie.
Nie dla czego innego pragniemy tego, tylko, abyś na duszy był spokojnym, siły mógł za przyczyną patronów naszych i orędowników odzyskać, a żyć nam jak najdłużéj. Modlić się będziemy wszyscy do Boga miłościwego, do matki jego, orędowniczki naszéj, do świętych Wojciecha, Wacława i miłego patrona waszego Idziego świętego...
Szmer potakujący duchowieństwa wtórował arcybiskupowi skłonili głowy biskupi wszyscy, wielu ziemian podniosło ręce pochwalając zgodnie, król pochylił głowę i rzekł nieco ośmielonym głosem:
— Dobrém mi się widzi, co mówicie ojcze mój, ja też tak myślę i pragnę tego. — Mówcie, radźcie w imię Boże.
Wysunął się Strzepa, pokłonił królowi, oczy nań zewsząd obrócono. Nie wszyscy znali go, poczęto pytać co za jeden był i szmer się rozszedł po izbie.
— Miłościwy królu — rzekł nieco chrypliwie — dobrém to jest na oko, ale i niedobrém się stać może. Po co masz z rąk swych władzę za żywota wypuszczać? Czy to nam z tobą źle, albo ziemie nasze cierpią na tém? Nieprzyjaciel z pomocą Bożą odpierany na każdym kroku lęka się nas, w pokoju gospodarzym, niczego nam nie brak ino byś nam, miłościwy panie zdrów był i jak najdłużéj panował!
Przyjdzie kres od Boga wyznaczony, powoła Bóg dzieci twe, czas naówczas będzie, aby objęły co im przypadnie. Poco sobie ręce wiązać za życia i zrzekać się tego co Bóg zlecił?
Mówię to z serca wam oddanego miłościwy władyko nasz, wszyscy którzy cię miłują, nie radzi zmieniać pana.
Za Strzepą wnet niektórzy potakiwać zaczęli jak wprzód arcybiskupowi.
— Panuj nam! króluj nam! — odzywali się — dali Bóg przyjdzie czas na twe syny, wezmą co im naznaczone... Żyj nam panie! Żyj! —
Rękę do piersi przykładając począł król dziękować. Powoli szmer i wołanie przycichły.
— Jeżeli miłujecie mnie, — rzekł Władysław, — oszczędźcież sił moich, bom nie duż, resztę dni poświęcić chcę Bogu, abym u niego na lepsze zarobił królestwo. Policzone są dni moje, myśl słabnie, ręka drży, przez litość mi zastępców dać trzeba, abym o królestwo był bezpiecznym.
Odezwał się ktoś z tłumu.
— Czuwa nad niém pan wojewoda nasz!
— I czuwać nie przestanie, — rzekł król obracając się ku niemu, — ja téż patrzeć się, cieszyć i radzić będę, a młodsi niech próbują sił swoich; niech każdy z nich weźmie część mu przeznaczoną, aby więcéj nie pożądał, a zgoda święta między braćmi panowała.
Znowu w gromadzie potakiwać głośno poczęto.
— Czyń, miłościwy królu, jakoś postanowił, czyń! — odezwał się arcybiskup. Duchowieństwo całe powstało i jawnie oświadczając się za królem, przechyliło szalę.
Strzepa i ci co z nim szli, zamilknąć musieli, poglądali po sobie frasobliwi i strwożeni.
Król się do synów obrócił.
— Chcę, rzekł, abyście poprzysięgli przed Bogiem, przed kapłanami jego, ojcami naszemi duchownemi, w obec tych oto ziemian, iż we zgodzie i pokoju mieszkać będziecie.
Zbigniew i Bolko, powołani zbliżyli się do ucałowania ręki ojca i złożenia przysięgi, którą arcybiskup miał przyjąć, naprzód słowy serdecznemi do zachowania jéj pobudzając. Zaczém począł zwolna słowa wymawiać, które za nim powtarzali, i od kapelana wziąwszy księgę ewangelij dał im ją do pocałowania. Przykląkł pobożnie Bolko, pochylił się Zbigniew, na twarzy pierwszego widać było uczucie i wzruszenie, na drugiem radość zwycięzką.
Znowu począł mówić król, do zgody namawiając i podnosząc świętość przysięgi, a obróciwszy się do arcybiskupa żądał, aby to w księgach zapisanem zostało, co się dnia tego postanowi. Zbigniewowi wolą króla wyznaczone było Gniezno i Poznań, a po zgonie króla Mazowsze (ziemie które składały dyecezję o. Marcina); Bolkowi przypadł Kraków, Sandomierz i Wrocław, to jest przedniejsza część królestwa.
Władysław kończył głosem drżącym, a zwróciwszy się do Bolka ze łzami w oczach, w głowę go pocałował i uścisnął.
I podział, i sama ta miłości ojcowskiéj oznaka, krew poburzyły w Zbigniewie, który bladł i kraśniał, oczy spuścił upokorzony, nie rzekł nic, do ręki ani do kolan ojca się nie zbliżył, — stał słupem martwym. Bolko upadł na kolana i nogi króla całował.
Milczenie dziwne panowało w izbie — ludzie spoglądali po sobie. Nie wszyscy byli radzi z podziału, osobliwie ci, co się Zbigniewowi dostali. Nierycerskiemu człowiekowi przypadała obrona granic najbardziéj zagrożonych; a i ów wzrok przeszywający, wilczy przyszłych poddanych napełniał trwogą. Wszystko więc na oko było dokonaném, gdy wielki wojewoda, który na pozór obojętnie słuchać się zdawał, podniósł się — oczy jego druhów zwróciły się nań ciekawie. Wiedziano, że on tu w istocie panem był, królem władał i posądzano go nawet, że w swoich widokach podział ten zgotować musiał, nie dając znać po sobie.
— Miłościwy królu, — głosem pełnym i swobodnym począł wojewoda — gdyście rozporządzili królestwem swem wedle woli swéj, słudze wiernemu słowo pozwólcie powiedzieć.
Wiele się uczyniło a nie dosyć.
Było to państwo oddawna nierozdzielném, więc choćby teraz dwu panów mieć miało, jeden z nich głową być musi, przy jednym zwierzchnia moc zostanie. Któryż z dwu ma ją mieć?
Król spojrzał nań oczyma błagającemi litości. Ciosem dlań było to pytanie, zmuszające do wybrania jednego, do upośledzenia którego z synów. Długo czekano, aby się Władysław zebrał na odpowiedź.
— Zaprawdę — rzekł król nieśmiało, wahając się. — Stary jestem, niedołężny, widzę, co dziś jest, co jutro się stanie odgadnąć nie mogę. Dzielę ziemię, ale wybierać jednego z dwu, gdy oba mi równo mili, nie chcę i nie mogę. Któż wie jak Bóg z niemi postanowi? Któremu z nich da moc? — Jedno rzeknę, po méj śmierci wybierzcie sobie tego, który dzielniejszym rycerzem, obrońcą i opiekunem ziem tych będzie. Wam to zostawiam.
Złożył ręce król i zdawał się modlić.
— Gdyby się Bogu podobało skarać mnie, a obu im niepobłogosławić; gdyby się waśnili z sobą, z nieprzyjacioły się wiązali na zgubę państwa, niech odpadną od działów, niech im rządy będą odebrane, niech — król dla łez dokończyć nie mógł.
W zgromadzeniu gwar powstał cichy i szepty. Widziano, że króla siły się wyczerpały, że wszystko już postanowione było, — skończone, ruszać się poczynali ku drzwiom ziemianie. Arcybiskup laską uderzył o ziemię.
— Na świadectwo wzywam was bracia moi, jaka jest wola króla pana naszego — a teraz podziękujmy Bogu i jemu.
Zawołano — żyj a żyj! — a drudzy z czeska się odezwali — Boże zmiłuj się nad nami! — Władysław mało co słyszał, tak był poruszony dokonaniem wielkiego dzieła.
Komornicy znowu nadejść musieli i ująć go, aby do kościoła na hymn dziękczynny prowadzić.
Wkrótce potém co żyło, cisnęło się na zamek, gdzie stoły otwarte czekały. Bolko poszedł z ojcem do jego izby, bo stary spoczynku potrzebował.
Zbigniew zniknął.
Zamiast przyjmować powinszowania i pokłony ziemian, którzy do jego dzielnicy należeli, — poszedł za skinieniem Grety, która z za drzwi znak mu dała, iż mówić z nim chce pilno. Śmieléj niż kiedy przedarł się do komnaty Niemki, do któréj dobrze znał drogę. Czekała nań już strojna, niecierpliwa, nauczona pewnie co mówić miała.
— Winszować waszéj miłości! — rzekła z pokłonem przesadzonéj pokory szydersko — a! winszować!
— Dali mi gorszy ochłap kraju — odezwał się gniewliwie Zbigniew, — tak... ale ja cały mieć będę. Bolko sobie próżno tuszy, że z Krakowem nademną przewagę otrzyma!!
— Któż to wie? — odparła żywo Greta. — Wszystko być może, jeżeli wy sobie tak poczynać będziecie jak dziś nie po królewsku, a jak dziecię co się nadąsa. Przez cały czas patrzałyśmy z królową na was, jawnie srożyliście się na brata, rzucaliście nań oczyma, jakbyście go wyzywali. Toć mądra rzecz nieprzyjacielowi zawczasu oznajmywać — strzeż się a pilnuj, bo o to rzucę się na cię!!
Uśmiechnęła się biała panna i uderzyła w czoło.
— Kto chce podejść a obalić — rzekła — ten całuje i ściska, droży się i zbliża, aby tajemnice posiadł, a zemstę miał łatwą!
Zdziwiony Zbigniew spojrzał na nią z pod brwi zachmurzonych.
— O! ty rozumna panno! — zawołał, — jakoś to wymądrowała!
— Widzi mi się niezgorzéj — odezwała się Greta z uśmieszkiem — czyńcież zgodę, a pospieszajcie póki czas, inaczéj wy mu nie sprostacie. My go z dzieciństwa lepiéj znamy, mężny jest i silny, podstępem tylko a chytrością wziąć go można...
Uśmiechnął się królewicz i Niemkę ująwszy w pół pocałował w usta, które tak dobrą radę dawały.
— Nie takli! — spytała — nie mamli ja słuszności?
— Tak uczynię! — odparł Zbigniew, — rozumne słowa wasze.
Szeptać coś potém poczęli pocichu, ale już nie o Bolku i sprawach wielkich, zapewne o sobie. Greta się czerwieniła, gniewała, opierała zrazu, spuszczała oczy, uległa naostatku, podali sobie ręce i Zbigniewa twarz zajaśniała weselem.
Aż do komnaty ustronnéj dochodził gwar i śmiechy biesiadujących. — Niemka nastawała, aby szedł na swe miejsce Zbigniew i odegnała go od siebie. Królewicz pospieszył od niéj do króla.
Tu zastał zgromadzonych arcybiskupa, wojewodę i Bolka około znużonego starca, któremu podczaszy wino podawał, aby nieco siły pokrzepił. W progu już Zbigniew rozjaśnił czoło, przybrał wesołą twarz. Szedł naprzód ojcu dziękować, który go pocałował w głowę, potém arcybiskupowi poddając się jego opiece i zwierzchnictwu i prosząc o radę, nakoniec zbliżył się do Bolka stojącego na uboczu, wyciągnął doń rękę i uścisnął go na pozór gorąco i serdecznie.
Wszystko to wykonał królewicz zręcznie i nie dając poznać po sobie fałszu. Bolko choć wstręt miał do brata i od Santoka się doń nie zbliżał, łatwo dając się ująć sercem, zapomniał przeszłości, oddał uścisk i rad był, że do zgody wracali.
— Miłujcie się a wspomagajcie nawzajem — rzekł arcybiskup — obu wam z tém będzie bezpieczniéj, i dla ziem waszych lepiéj. Niech braterskiemu przymierzu Bóg błogosławi!
Sieciech spojrzał zdala na te objawy czułości, twarz mu się nieco skrzywiła, lecz wprędce, gdy król nań oczy zwrócił, uśmiechał się już, zdając uradowany.
Bolko, którego równie łatwo było pozyskać jak rozdrażnić, prędki we wszystkiém nad miarę, gorący, poddający się pierwszemu wrażeniu — pochwycił Zbigniewa pod rękę i razem z nim wyszedł z komnat ojcowskich.
W podwórzu pełno było ludu, tłumy wszędzie. Usiedli na ławie w przedsieniu, aby być sami.
Zbigniew pospieszył z zapewnieniami pojednania.
— Od tego dnia rzekł, będę ci druhem i bratem wiernym. Chcę się od ciebie uczyć rycerskiego rzemiosła, choć młodszym jesteś. Razem iść będziemy, razem nieprzyjaciół wojować, nic jeden bez drugiego nie czynić.
Bolko go uścisnął powtórnie i począł z uczuciem gorącém.
— Przysięgam ci, dochowam wiary, znajdziesz we mnie brata i przyjaciela. Zdrady ani serce, ni usta moje nie znają. Co czynię to otwarcie i szczerze.
Zbigniewowi na słowach i zaręczeniach wymownych nie zbywało, ponowił poręki i oświadczenia miłości. Mówili z sobą serdecznie, a Bolko, który wylewał się łatwo, po krótkiéj rozmowie czuł się z nim jak ze starym druhem zaufanym.
— Pospieszyłeś się bracie — rzekł po chwili — i jużeś sobie ładną Niemkę pozyskał z dworu królowéj. Mówią o tém wszyscy!
Zbigniew się nie zapierał, śmiał się tryumfująco.
— Gładkie liczko cię uwiodło, mówił młodszy, lecz gdybyś mnie chciał posłuchać, tak rychło jakeś ją wziął, radziłbym porzucić!
— Dlaczego? spytał Zbigniew.
— Dziewczyna płocha i przewrotna — mówił Bolko. — Słyszałem od ludzi, że już miłośników miała wielu, a nikt cały od niéj nie wyszedł. Zła jest jak żmija, choć jak niewinne dziecko wygląda. Najpierwsza rzecz, którą się będzie starała uczynić, że nas z sobą zwaśnić zechce, bo mnie nie cierpi i pomścićby się rada.
— Za co? wtrącił Zbigniew.
Bolko się nie chciał tłumaczyć.
— A! babskie sprawy — odparł, — nierycerska rzecz tém się zaprzątać.
— Nie boję się też ja lada dziewki — rzekł Zbigniew, — bo nad sobą kądzieli panować nie dam. Musi ona słuchać mnie. Mam rozum swój i radzić sobie nie dam długowłosemu stworzeniu!
A wam to niewiasty nie do smaku? zapytał.
— Nie chcę ich znać! — odparł Bolko. — Z niemi człek mięknie, a nam rycerzami być potrzeba.
Uśmiechnął się starszy.
— Ja trochę inną mam naturę — rzekł, — bawią mnie te łątki! Może dlatego, żem ich przez długi czas zamknięty w klasztorze nie widywał, każda mi miłą i wonną jak kwiatuszek.
Skrzywił się Bolko.
— Toćbyś sobie już świeższego kwiatu dobrać powinien — rzekł, — Greta się już z wielą znała, a przez nią królowa z wami czynić będzie co zechce, bo jéj do tego zażywa jak rybak złotego robaczka na wędce.
Starszy głową potrząsnął.
— Ze mnie gruba ryba, na wędę mnie nie wziąć — przemówił uśmiechnięty. — Ani ona, ani królowa, ani nikt nie uczyni ze mną tylko to, co ja zechcę. Nie weźmie mnie ani niewiasta, ani chłopiec, ani nawet duchowny żaden! Rycerzem jak wy nie jestem, ale się z książek trochę rozumu uczyłem i wiem jako ludzie źli są, a jako z niemi chytrym być trzeba.
Zdradził się nieco królewicz tą mową, lecz Bolko mało zważał na nią.
— Przebaczone ci, że rycerzem nie jesteś, — rzekł, — boś w sutannie i klasztorze nie mógł nim zostać — ale, teraz! — teraz bracie rycerzem musisz być, nie chceszli wpaść w ręce jakiego wojewody i mir stracić u ziemian twoich. Siłę masz, na męztwie ci nie zbywa — poczynaj a śmiało.
Zbigniew chytrze mu dziękował.
Ujęli się więc znowu za ręce, i aby okazać wszystkim jak wielką miłość ku sobie mieli, poszli razem ku stołom, około których ziemianie i władycy zasiadali.
Na widok przybywających, niektórzy się podnosić zaczęli, witając ich i pozdrawiając, inni szli cisnąć się do ręki pańskiéj. Gnieźnianie i Mazury, których było najwięcéj, przyszłego pana w Zbigniewie przyjmowali, zalecając mu się ze służbami swemi. — Krakowianie i Szlązacy ku Bolkowi się ściągali, uśmiechali doń, radzi wyborowi, bo słynął już jako rycerz dzielny, a tych naówczas miłowano najwięcéj.
Gdy szli tak razem poza ławami i stoły, zdala niebieskie oczy Grety szydersko i zwycięzko się śmiały, widząc jak jéj rozkazy posłusznie i prędko spełniano. Radowała się, nie dając tego po sobie poznać królowa.
— Bolko zawsze porywczym był i bez rozeznania, mówiła do swéj ulubienicy — ten niezgrabny parobek niepozorny, chytrzejszy od niego zawojuje go i pokona.
Mijali Marka, gdy zbyt otwarty a szczery Bolko, szepnął bratu.
— I tego ulubieńca waszego radziłbym precz wygnać!
— Co macie przeciw niemu? — zapytał ciekawie starszy.
— Patrzę i słucham, jak to zwyczajnie na dworze — mówił Bolko — widzę, że rycerskiéj sprawy dużo ma na języku, a w ręku niewiele; słyszę, że potajemnie się z Sieciechem zna, po nocach do niego chodzi i na was donosi.
Zbigniew niedowierzająco ruszył głową.
Źli ludzie plotą nań, — rzekł.
— A pocóżby im się to zdało, wszak na drodze nie stoi nikomu. Człek to niewiadomego rodu, przybłęda chytry, który tu miejsca nie zagrzeje, a obłowiwszy się uciecze. Tak o nim ludzie prawią, miejcie się od niego na pieczy. — Królewicz słuchał i przestroga go poruszyła.
— Bracie, odparł stając — coście się uwzięli poodpędzać odemnie co najmilsze mi i najpotrzebniejsze. Przed chwilą Gretę mi odradzaliście, aż i Marka. Ten łotr służy mi jako pies wiernie.
— I jak sobaka cię potém pokąsa — dokończył Bolko. — Znajdziecie ludzi między swemi Mazurami i Gnieźniany, osiadłych ojczyców, z tych wybierzcie jednego. Dobrze wam życzę i radzę jak sobie.
— Łotr to jednak dogodny i zręczny, — dodał Zbigniew.
— A no! słyszałem o tém, — odparł młodszy. Mówią, że bez zbroiczki o podartym kaftanie i o jednym bodaj koniu się tu przybłąkał, a dziś już utył, i szat i szkap ma podostatkiem.
Na błazna go trzymać, czemu nie, ale mu ani ucha, ani władzy nie dawajcie.
Zbigniew słuchając rad tych otwartych, z serca płynących zagryzł usta. Zdało mu się, że Bolko młodszy, lekce go sobie waży i ma o nim wyobrażenie niewielkie — przerwał urażony.
— Słuchaj bracie, jeśli ci się zda, żem ja głupi i ślepy, mylisz się. Widzę ja ludzi na wylot, a przez to, że ich znam i najgorszego się nie boję.
— Jeśliś bezpieczny i czujesz się nim, czyń jak ci lepiéj! — rozśmiał się Bolko — Grety się nie obawiasz, Sobiejucha ci na ręką — toć dobrze! przestrzedz nie wadziło. Ja moich chłopców wolę!
— Jam sobie jeszcze drużyny zebrać nie miał czasu — począł Zbigniew. — Sobiejuchę jak psa na postronku trzymać będę, a Gretę... porzucę, gdy mi się uprzykrzy, teraz mi ona miła, bo dziewka wesoła i obrotna, potém!!
Zbigniew pogardliwie ręką rzucił i rozśmiał się.
Bolko mu długo w oczy patrzał.
— Prawda to — rzekł, — żeśmy się inaczéj chowali: ja na koniu i w lesie, ty w klasztorze, a no, inną mamy naturę. Ty lubisz zabawiać się choćby z dziewką i błaznem jak Marek — ja nie. Ja w to wierzę i to kocham, co się nie przejada i nie przykrzy. Bodaj to wojna! bój! rycerstwo! łowy, konie — to życie! Gdy wrogi zagrają, serce mi rośnie, śpiąc roję, że lecę na Pomorców z podniesionym oszczepem... Dzień w domu długi mi jak wiek! — a! bracie, chciałbym być do wielkiego Bolka podobny i granice ziem zatknąć daleko, aby je cesarze i królowie szanowali i drżeli przedemną!
Mówił Bolko z zapałem wielkim, Zbigniew pobladł, — słuchał téj mimowolnéj spowiedzi młodzieńczéj i uląkł się jéj.
Bolko postrzegłszy zmienioną twarz Zbigniewa, wstrzymał się nagle.
— Bracie, — dodał — nie lękaj się, na twoją dzielnicę nie nastąpię, gdy zechcesz będę twym wojewodą!
Stań się ty wojownikiem wielkim, a ja za tobą pójdę posłuszny.
Spojrzyj co nam ziem powydzierano, co nam cesarze zajechali, co zagarnęli Czesi, co odebrała Ruś, co na Pomorcach odzyskiwać potrzeba; bo ci się ani chrzcić, ani nas panów swych prawych znać nie chcą. Na nas dwu jest dosyć do roboty, a gdyby z grobu powstali Bolko Wielki i Szczodry, oniby chyba podołali temu, co na nas uczynić przypadło!
Słuchał starszy w milczeniu, uląkł się tych myśli zdobywczych, tego zapału rycerskiego i nie wiedział czém odpowiedzieć na nie.
— Ja, — rzekł zcicha i skromnie — nie chcę nic, jeno mój dział utrzymać i żyć w pokoju.
— W pokoju! — podchwycił Bolko — spytaj czy ci go Pomorcy dadzą? Mężny to lud, niespokojne plemię, srogie, okrutne, przebiegłe ale dobrze z niém, bo nam zgnuśnieć nie dadzą; podbić ich potrzeba, nie wiem, krzyżem czy mieczem, nawrócić i zagarnąć, abyśmy morze mieli, brzeg swój i na cały świat drogę! Bez niéj tośmy jak obmurowani w więzieniu! — Jeźli się nie nawrócą, choćby ich wytępić przyszło, morze nam potrzeba mieć lub nie żyć! Naówczas statki i czółna budować będziemy i z rycerzami puścim się nowe ziemie zdobywać! w daleki świat!
Mówił, pałały mu oczy, drżał cały, postać jego rozogniona stała się tak piękną, wspaniałą, że Zbigniew małym i słabym uczuł się przy nim. Zazdrość ukąsiła go w serce, usta skrzywiły się niby uśmiechem, a żółć i gorycz uczuł na nich.
— Zdradziłeś się — rzekł w duchu, — chce ci się panowania nad światem... Jeden z nas dwu ustąpić musi — ty lub ja.
Bolko otwarcie mówił mu: bądź silnym, panuj, będę ci posłusznym — Zbigniew myślał w sobie: zgiń abym się ja wyniósł.





IX.



Po gwarnych dniach wiecowych, wkrótce na płockim zamku pożądana dla króla nastała cisza. Zbigniew odciągnął do Gniezna, Bolko ruszył do Krakowa i Wrocławia, przy królu jeden Sieciech pozostał, schorzałego starca piastując niemal jak dziecię, a czyniąc z nim jak z dziecięciem, co zapragnął.
Ze dworu królowéj w tym czasie znikła Niemka Greta, a Judyta mocno po niéj tęskniąc i ręce łamiąc okazywała, jakby wcale nie wiedziała co się z nią stało. Uskarżała się na tę stratę przed królem, a Władysław rzekł, że jako ją dosyć płochą zawsze znał, sądzi, iż w wielkiéj ludzi gromadzie co na wiecu byli, któremu w oko wpaść musiała, a ten ją sobie zmówiwszy, pochwycić musiał i uwieść.
Nie było to wszakże tajemnicą dla innych, iż w zwartym orszaku, który Zbigniew z sobą nocą ujeżdżając prowadził, znajdowała się pomiędzy dworem niewiasta z twarzą osłonioną, z któréj młodzież żarty nieprzystojne stroiła, a ona im po niemiecku łając, odpowiadała.
Bolko zebrawszy swą drużynę i część wojska ruszył na pusty i smutny zamek krakowski, na Wawel, który od śmierci królowéj matki stał zupełnie opuszczony. Tu wspomnienia Bolka Szczodrego żywe jeszcze, niedawno przelana krew męczennika, ludzie obcy i przyjaźniejsi swojemu wojewodzie Sieciechowi, niedługo dali pobyć królewiczowi.
Pobłąkawszy się ze swą drużyną około Prądnika, Mogiły, Bielniskich lasów, Stankonia, obejrzawszy pod zamkiem nad Rudawą kościół, który ojciec założył; u ludzi znajdując twarze chmurne, rycerstwo jakieś zdziczałe i niepochopne, by się garnęło ku niemu — wolał się Bolko przesiedlić do Wrocławia i tam przesiadywać. Magnusowi i tym co się koło niego gromadzili, więcéj mógł ufać, niż Krakowianom Sieciechowi oddanym.
Na dzielnice swe poszedłszy królewicze, żyli jako z nich któremu przystało. Zbigniewowi Pomorce do czasu spokój dali i granic nie napastowali, dawnemi wyprawami popłoszeni.
Nadeszła zima, wiosna, i tak znowu Sieciech cierpliwie czekał zręczności, aby myśli swéj dokonać bezpiecznie. Nie wiodło mu się. Brakło powodów do zaczepki, do napaści, do zwaśnienia. Królowa się niecierpliwiła zwłoką, trzeba było poczynać coś, aby koniec przyspieszyć.
Pod okiem króla spiskować nie mógł tak swobodnie; duchowieństwo było mu w znacznéj części nieprzyjazne, zjechał więc do dziedzicznego Sieciechowa swojego, gdzie panem był i na przyjaciół dokoła mógł liczyć. We wszystkich też ziemiach miał sojuszników wiernych dotąd, którzy mu o wszystkiém donosili i czekali rozkazów.
Był już Sieciechów naówczas grodem warownym, na którym pańskie dworce i opactwo Benedyktynów na jedném się niemal podwórcu mieściły. Od Chrobrego czasów mnożyła się tu chwała Boża pod osłoną grodziska mocnego, które pokój zabezpieczało. Sieciech też dla własnego bezpieczeństwa umocował był jeszcze zamczysko nad Wisłą, wałami je silniejszemi obsypał, tynami potężnemi otoczył i trzymał tu wybraną załogę, bo choć w kraju panem był, knując sam zdradę, wrogów się lękał i pokoju nie miał.
Budowy opactwa i zamkowe graniczyły z sobą; Sieciech królewskie nadania dla Benedyktynów pomnożywszy, obdarzając klasztor ciągle, z opatem i przełożonemi będąc w związku statecznym, przez zakonników wiele mógł widzieć i działać. Mnisi mu byli przychylni, żyjąc niemal chlebem jego.
Miał Sieciech jak naówczas wielu możnych panów, żonę z Rusi, kniazia córkę, która mu znaczne wniosła bogactwa. Tę na zamku swym chował i syna wyrostka, który przy matce i pod opieką księży rosnął, zawczasu się przysposabiając nauką wszelką do świetnego losu, jaki ojciec miał mu zgotować.
Kształcono go na rycerza zarazem i na człowieka, coby drugim rozkazywać umiał.
Dwór prawie królewski był w Sieciechowie, szczególniéj z przedniejszych ludzi wojennych złożony, których wojewoda rad sobie do boku dobierał. Topory, do których Sieciech się liczył, rozrodzeni byli i prastarzy w tym kraju, mało z którym rodem władyków i ziemian możniejszych nie spowinowaceni. Wszyscy oni, jak to naówczas obyczajem i prawem było, za ręce się trzymali, a kto się do krwi liczył, musiał ze swemi iść na zawołanie wszelkie. Sieciech swojego rodu był naówczas głową najstarszą i naczelnym wodzem; słuchali go wszyscy powinowaci, pokrewni, podrużeni. Nie było grodu nietylko w krakowskiém, w sandomirskiém, na Szlązku, nawet w Mazowszu w gnieźnieńskiem, gdzieby z ręki Sieciecha nie siedział starosta, albo tysiącznik z pułkiem, albo ktoś znaczny, który sprawy jego pilnował i na skinienie był gotowym.
Gdzie, jak we Wrocławiu, namiestnika miał nieprzyjacielem, dziesięciu około niego kupionych druhów na straży stawił.
W Płocku siedział ten co się jeszcze królem nazywał, ale w Sieciechowie wojewoda królował na całą ziemię wyciągając ręce, niebardzo zważając na młodych panów, którym bujać dawał do czasu.
Patrzał zdala co robili. Gdy Bolko zasiedziawszy się w krakowskiem i na Szlązku, począł sobie coraz bardziéj jednać ludzi i swobodniéj poczynać, donoszono o tém wojewodzie, i dłużéj już ścierpieć tego Sieciech nie chciał. Młody królewicz groźnym się stawał.
Król chorzał i słabł coraz bardziéj, trzeba było coś począć i kości rzucić, nie czekając dłużéj.
Przybył w téj myśli do Sieciechowa wojewoda, przez posły tajemnie powoławszy zaufanych ku sobie.
Wieczorem dnia letniego, gdy Sieciech na zamku sam jeszcze był, a stęskniona po nim żona frasowała się przyjmując go, iż przybył jéj ponury, nie przyniosłszy z sobą do domu wesela, oznajmiono Strzepę, który był prawą ręką wojewody.
Ów Strzepa wyrósł z niego, jemu winien był wszystko, lecz też szyję za niego dać był gotów. A byłto człek co się niczego nie wzdrygał, ani pokłonić i uniżyć, ani porwać i zabić, ani zdradliwie zasiąść. Takim zawsze był, jakim go pan mieć chciał. Dał mu Sieciech siostrę w małżeństwo, majętności z nią, a do nich obiecywał jeszcze więcéj. Siostra ta wprawdzie nie młodą już była, twarzy nie pięknéj, humoru nie miłego, ale ona go wiązała z Sieciechem, a wojewoda panować miał i kraj cały pod siebie zagarnąć.
Zdawna to już obmyślaném było, jako i to, że żonę swą rzucić miał, aby wdowę po królu, siostrę cesarską poślubić.
Gdy Strzepa przybył, choć doma wszystkich Sieciech zdał się być pewnym, wnet z izby precz wyszli na wał nad Wisłę, aby się tam naradzali swobodniéj.
Strzepa choć bratu, jako panu się do kolan kłaniał. Sieciech dumny już się czując niemal królem hołdy te jak należne od niego przyjmował.
— Strzepa, — odezwał się na wały wyszedłszy i po okolicy się z nich rozglądając — czas nadszedł — pora co poczynać.
— Myśmy też pogotowiu — odparł przybyły, — rozkazujcie co czynić mamy.
— Zbigniewa się nie lękam — począł wojewoda — Bolka się pozbyć potrzeba. Rośnie, mężnieje i strasznym stać się może. Porywczy i zapalczywy jest, pójdzie z nim łatwo.
Zdawali się naradzać patrząc sobie w oczy, aż Strzepa się odezwał.
— Cóż! — ludzi nań nasadzić, gdy na łowach będzie — krótka sprawa...
Mówił zimno i obojętnie, jakby o małą rzecz chodziło.
— Bez ludzi się nie obejdzie, — odparł Sieciech — niełatwo mu podołać. Drużynę z sobą wodzi nieodstępną. Ludzie języki długie mają, wyda się zdrada i rzucą ją na mnie. Nie można.
— Lepiéj wiecie jak czynić — przerwał Strzepa, — przykazujcie. Zrobi się, jak zechcecie.
Wojewoda obejrzawszy się, zbliżył się doń, jakby tu nawet gdzie byli sami i żadna żywa dusza dokoła się nie okazywała, nie czuł się jeszcze bezpiecznym, lękał podsłuchania i zdrady.
— Bolka na Czechów wyprawiemy — rzekł. Granica tam nie spi, najeżdżają ją ciągle, król na nas czyha. Nie brak powodu do wyprawy. Puścimy posłuchy, że na nas chcą zrobić wycieczkę, Bolko pójdzie otoczony naszemi, pójdziesz i ty z nim.
— Pójdę! — rzekł krótko Strzepa.
— Weźmiesz co najpewniejszych, Halkę, Strzegonia, Zużłę, Zaboja — kogo wybierzesz. W lasach czeskich napotkacie pewnie rabusiów gromadę jaką. Bolko się zapędzi za nią — wówczas wasza rzecz, żeby zginął. Nie powie nikt, aby z ręki naszéj, na to Czechy są.
Strzepa pomyślał nieco.
— Stanie się jak postanowicie, — rzekł. Trzeba będzie jednak oderwać go od drużyny. Chłopcy młode, zażarte w boju, czujne i na krok go nie odstępują.
— Bolko gdy zoczy nieprzyjaciela, nic go nie strzyma — mówił Sieciech. — Wasza rzecz odwrócić drużynę i rozerwać ją... Gdy się sam jeden zapędzi — w lasach. Któż wie jak zginąć może? Czechów nasadźcie.
— Czechów nam nie trzeba — odparł chmurno Strzepa, — zasadzkę uczynimy pewną. Pomówcie jeno i z innemi, abym sam nie był.
— Zwołałem ich wszystkich — cicho rzekł wojewoda, — z tamtemi wszak ci jak z tobą mówić nie chcę. Twoja sprawa zagaić z niemi.
Choć gotów na wszystko, choć posłuszny a rad się wysłużyć szwagrowi, Strzepa wziąwszy rozkaz zadumał się głęboko, nie taił przed sobą, że sprawa ciężką była.
Sieciech zbywszy się tego co miał na myśli, wnet urwał rozmowę, zdając na szwagra resztę. Nie rad był mnożyć słowa, w których krew już czuć było.
Nie czyniło mu wstrętu dobijać się panowania mordem i zdradą, bo w owych czasach wielu tą drogą do koron i władzy dochodziło, ale słowa nad czyn mu były przykrzejsze. Takie były pojęcia ówczesne religijne, że pobożny Sieciech na intencyę aby mu się w jego zamiarach powiodło u Benedyktynów zamówił modlitwy, kościołom przyobiecał dary, starał się o relikwie sądząc, iż one mu dadzą zwycięztwo. Nie zwierzył się wprawdzie zakonnikom z tém, o co się kusił, ale po wszystkich ich kościołach zakupił na tę intencyę nabożeństwa. I modlono się za powodzenie oręża szczodrego wojewody.
Taksamo naówczas święcono na ołtarzach sztylety, które do zabójstw służyć miały i potajemnie o relikwje je ocierano.
Spiskowi wszyscy zjechać mieli tegoż wieczora do Sieciechowa; jakoż przybył wkrótce Strzegoń, po nim Zużła i Halka, a w końcu Zabój, którego żelaznym nazywano.
Wszyscy zaraz poszli pokłon złożyć naczelnemu panu swemu, który okazywał się wielce łaskawym i wesołym: pytał o oddziały wojska, o stan grodów, ale o tém, o czém mówił ze Strzepą, nie wspomniał nikomu. Po królewsku gości i czeladź ich przyjmowano, gospodarz ochoczo zabawiał ich, a gdy do wieczerzy zasiedli sami, bo Juljanna żona Sieciecha nie pokazywała się wedle ruskiego obyczaju, czeladzi precz odejść kazano i wojacy przy dzbanach wina i miodu poufną rozmowę poczęli.
Wszyscy dowódzcy ci byli z dziecinnych lat zakuci we zbroje, nawykli do rozlewania krwi i lekceważenia własnego i cudzego życia.
Strzegoń głowę już miał siwą, choć twarz czerstwą i pamiętał Szczodrego kijowską wyprawę. Zużla młodszy z małego człeka wybrany i na dowódzcę podniesiony przez Sieciecha, który w nim roztropność ocenił, posłuszny był swemu panu nie pytając co mu przykazywano. Halka, milczący i niepozorny siłacz znany, który ładowny wóz z góry idący za koło powstrzymał i nosić za sobą kazał miecz dwóm ludziom, co go ledwie mogli udźwignąć, do oprawcy był podobny. Czoło miał nizkie, brwi nawisłe i twarz szpetną, ale w polu cudów dokazywał.
Zabój, żelaznym zwany, który zbroi nie zrzucał prawie, a nosił tak ciężką, iż drugi upadłby pod nią, choć z Czech pochodził, jak wielu innych naówczas w Polsce osiadłych, już się był całkiem ożenieniem i służbą wcielił między Krakowiany.
Na wszystkich Sieciech jak na Strzepę mógł rachować, tak sądził przynajmniéj.
Wojewoda miejsce zajmował w końcu stołu na krześle podniesioném, po monarszemu prawie; po obu stronach jego siedzieli Strzepa, Strzegoń, Zużła potakujący śmiechami, Halka, który pił i milczał i Zabój z bystrém wejrzeniem, w głowach ich już wino i miód wesołe myśli rodziły.
— Cóż? Strzegoń, ty stary, z młodego pana rad jesteś? spytał wojewoda.
— Ja go zdala widzę tylko, dzieciak to jeszcze — odparł siwy wojak, — ale krew dawnych Bolków w nim się odzywa. Jak nie zginie za młodu, wojak z niego dzielny będzie.
Nie bardzo się ta pochwała podobała Sieciechowi, zamilkł i spojrzał pytająco na Zużłę.
Ten się rozśmiał.
— Zawcześnie się rwie i poderwie się jak młody koń, — rzekł głową potrząsając, — nadto gorący.
— Ja też tak myślę, — potwierdził Sieciech.
Halka popatrzał, rękę ogromną namulaną do kubka wyciągnął, białka mu w oczach łysnęły, wąsa potargał. Zabój żelazny rozśmiał się:
— Co tam o tych wróblach gadać, kiedy my orłów mamy, zawołał wskazując na Sieciecha, nie trzeba nam młodych wodzów, dawni starczą.
Wojewoda jakby nie słyszał, odezwał się.
— Król nam coraz gorzéj niedomaga, chory jest, życie z niego ucieka, jak na dwu przyjdzie królestwo, rozchwycą je sąsiedzi.
— Dwie głowy, — dodał Strzepa, — to gorzéj jak żadna.
Nikt nie przeczył; Sieciech powstał z siedzenia, drudzy za nim ruszyć się chcieli, dał im znak aby pozostali, okiem rzucił na Strzepę, wskazując mu, że pora nadeszła i wyszedł z komnaty.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, obejrzał się Strzepa.
— Między swemi jesteśmy, — odezwał się, — czas podobno co poczynać! — Sieciech nam panować powinien nie kto inny. Nim król umrze, trzeba jeśli nie obu, jednego się królewicza pozbyć.
Niektórzy głowami potakując ruszyli, wszyscy milczeli.
— Na wyprawie, po lasach i w utarczce, — dodał śmiejąc się, toć to ludzie giną jak muchy.
Żelazny pogładził głowę, dając znak porozumienia.
— Nam co do tego — mruknął, — jak każą by go nie było, to go nie będzie! — co wielkiego!
— Pewnie, — rzekł Halka i w stół uderzył.
— A pewnie! — powtórzył Zużła.
— My a nie kto pójdziemy z nim na granicę, przeciw Czechom, — począł prędko Strzepa i dodał ciszéj oglądając się wkoło, — trzeba skończyć.
Wyrazisty ruch ręki domówił reszty.
Nikt się nie myślał sprzeciwiać.
— Jak nasz pan wojewoda zostanie sam, — mówił daléj, — mogę zaręczyć, że każdemu ze starych sług swoich tyle nada ziemi, lasów i osadników, iż go możnym na wiek uczyni. Nie kto z nim panować będzie, tylko my.
— A kiedyż na Czechów pójdziemy? — zapytał pochylając się Zużła.
— Bardzo prędko! — dodał Strzepa.
Jeden Strzegoń siwy milczał jakoś i nie dawał znaku żadnego, obrócił się ku niemu szwagier Sieciecha.
— A wy, co na to mówicie?
— Ja? — albo to wątpicie że pójdę gdzie mi każą? — rzekł Strzegoń, — widzicie żem posiwiał w służbie, a nigdym od wodza nie odstał.
Rozmowa tak rozpoczęta, coraz się cichszą stawać zaczęła i poufniejszą; wszyscy ponachylali głowy i słuchali Strzepy, który głosem stłumionym nieco, ale wyraźnym opowiadał coś i tłumaczył. Potakiwano głosami i uśmiechami.
— Tymczasem, — głośniéj odezwał się Strzepa, — trzeba aby tam jeden z naszych przy nim był, któryby mu się w łaski wkupił, radził i prowadził. Chłopiec jak ogień, byle na łowy i wojnę poleci w ciemną noc, gotów samotrzéć na pół sotka. Sprawą tego kto do niego przystanie, będzie, aby go zaprowadził gdzie potrzeba. No? kto z nas?? Jabym chętnie poszedł, ale mnie znają żem Sieciechów brat i druh, koso na mnie patrzeć będą. Trzeba takiego na któregoby posądzenia nie było z czyjéj jest ręki.
— Ej! odezwał się Zużła popijając — bić to bić, jam do tego, a ugadywać i prowadzić się nie zdam. Rozumniejszego trzeba.
Halka ogromną swą pięść zaciśniętą wyciągnął i na stole położył na widoku, była to jakby odpowiedź niema, że jego siła cała w pięści się mieściła.
Czech Zabój kiwnął głową.
— Jam gotów, rzekł — a no Magnus mnie dobrze zna, z kim ja chodzę i komu służę, tom się téż nie zdał do niczego.
Zostawał Strzegoń stary, słuchający obojętnie; spojrzeli nań.
— Mnie gdzie poślą pójdę, a co każą zrobię odezwał się krótko.
— I na was nie padnie poszlak żaden — począł Strzepa zwracając się ku niemu. Wyście starzy, pamiętacie Bolka Szczodrego. Młody królewicz słuchać o nim lubi, łatwo się do was przywiąże, pokocha. Jak nie wy to nikt!
Strzegoń, który oczy miał w stół wlepione, nie rzekł ani tak, ani nie. Bębnił po drzewie palcami słuchając jakby się to go nie tyczyło.
— Pójdziecie z waszym oddziałem pod Wrocław, — mówił Strzepa. Staniecie tam z rozkazania króla i wielkiego wojewody, przy królewiczu. W kilka dni, jak on do wszystkiego ochoczy i prędki, za serce go chwycicie.
Na te słowa Sieciech wszedł i rozmowa się zwróciła inaczej.
— Mnie się widzi, — odezwał się do niego Strzepa, — że Strzegonia z pułkiem zawczasuby królewiczowi posłać było potrzeba. Gdy iść przyjdzie będzie ludzi miał pogotowiu. Pod Wrocławiem wykarmić się łatwo.
Szwagrowie w oczy sobie popatrzali; Sieciech na siwego dowódzcę spojrzał i rzekł.
— Tak radzicie!
— Tak my to uradzili społem — odezwał się Zużła, — nie ma między nami drugiego, coby królewiczowi mógł lepiéj usłużyć.
To mówiąc rozśmiał się, Sieciech nie dał poznać że rozumiał o co chodziło, i po namyśle dodał.
— Jeżeli Strzegoń gotów — czemu nie! — niech idzie.
— Ja idę gdzie mnie posyłają, nie przebieram — rzekł Strzegoń, — żołnierz zna wodza tylko, a woli swéj nie ma.
— Prawda, ale przeto rozum swój mieć powinien, — wtrącił Strzepa, — aby go pożyczać nie potrzebował.
Zaczęli się śmiać drudzy, Halka swe ogromne pięści, któremi się chwalić lubił, na stole trzymał ciągle, jakby niemi chciał mowić, że one żołnierzowi od rozumu były potrzebniejsze.
Tak się skończyła narada, Sieciech odpuścił swoich, po kubku jeszcze na sen im dając wina z korzeniem gotowanego. Pokłonili się wszyscy i rozeszli na nocleg: jedni do dolnéj izby na zamku, inni dla gorąca pod swoje namioty, jeden do ojców do klasztoru.
Strzegonia, gdy już miał odchodzić, Strzepa za rzemyk od kaftana pociągnął i zatrzymał, poczynając mu coś szeptać na ucho. Znali go że na starość skąpym się stał a chciwym do zbierania złota. Zręczny Strzepa ująć go chciał zaraz, i odezwał się że na dwór królewiczowski jadąc wystąpić trzeba było przystojnie, więc łańcuch by się zdał na szyję. Strzegoń miał wprawdzie stary lecz niepoczesny.
Poszedł pośrednik do wojewody i wprędce powrócił niosąc łańcuch ciężki i piękny, a prócz tego kubek misternéj roboty.
Staremu, gdy chował te dary, aż się oczy zaśmiały.
— To wam pan wojewoda przysyła, — rzekł Strzepa, — bez liku — a jutro z podarków dla wszystkich przeznaczonych swoją część odbierzecie. Od was najwięcéj zawisło. Trzeba żeby królewicz wam zaufał. Za serce go weźmiecie o bitwach mu opowiadając. Okażecie mu miłość, to ją wam odda w trójnasób, bo taki on jest.
Strzegoń słuchał uważnie, ale mówił niewiele; zdało się więc nauczycielowi, że mu w pamięć wrazić potrzeba to, czego po nim wymagano. Poprowadził go z sobą na wały, a że noc piękna była, księżyc przyświecał, skwar ustał, przechadzali się jeszcze.
— Jako wasz druh, ostrzedz was muszę, — mówił Strzepa — czego należy unikać, a co robić. Zbytnio się z miłością dla pana wojewody nie chwalcie, ani okazujcie że mu we wszystkiém jesteście podlegli, to by od was ich odstręczyło. Lepiéj choćbyście czasem i plunęli na nas, mruknęli a stęknęli.
Za to was kochać będą, królewicz go nie lubi, Magnus mu zazdrości i lęka się, a co przy nich jest wszystko nasze wrogi. I wy téż w to grać musicie.
Strzegoń głową potwierdzał. Rad nie rad musiał słuchać do zbytku długiéj nauki, którą Strzepa nie jeden raz powtarzał, i jeszczeby może nią nękał starego żołnierza, gdyby kury piać nie zaczęły i dzwonek do chóru nie odezwał się w klasztorze. Dopiero go odpuścił. Strzegoń głowę zwiesiwszy powlókł się na swoje posłanie.
Nazajutrz przez dzień cały, pojedyńczo wołał do siebie wojewoda zebranych dowódzców i umawiał się sam na sam z niemi. Przyjmowano ich gościnnie, obdarzono, pojono i karmiono, a wielkie obietnice na przyszłość czynił Sieciech i Strzepa.
Trzeciego dnia okrytych sukniami kosztownemi, opatrzonych we zbroje nowe, odpuścił dopiéro wojewoda, zapewniwszy się iż wolę jego spełnić są gotowi.
Po odjeździe dowódzców, gdy jeden Strzepa pozostał, w obecności Opata Benedyktynów, którego z wielką czcią na dworze przyjmowano, właśnie gdy siedzieli na rozmowie, posłaniec nadbiegł pilny, jakoby od czeskiéj granicy.
Wobec gości tych, dworu i mnóstwa czeladzi, goniec sprawił swe poselstwo, donosząc, że z nad granicy czeskiéj wiedziano napewno, iż napad na Szląsk się gotował.
Przysłany był z tém, aby się co najrychléj do odparcia i obrony miano, siły gromadzono, gdyż na Wrocław Czesi się sposobili.
Wieść ta rzucona tak jawnie popłoch sprawiła wielki; wojewoda wziął bardzo do serca niebezpieczeństwo, i natychmiast chciał jechać z tém do króla.
— Bez króla pana naszego, — rzekł do Opata, — ja synom jego rozkazywać nie mogę i niechcę; królewiczowi Bolkowi potrzeba naprzód dać znać, aby się starał zamach uprzedzić i szedł na granicę czeską.
Na całą noc jadę do Płocka...
Natychmiast posłańców wyprawiać zaczęto na wszystkie strony, Strzepa téż na koń siadł, a wojewoda jakby w przededniu wojny, ledwie żonę i syna uściskawszy, przed świtem jeszcze puścił się do Płocka.
Umyślnie puszczony postrach napaści czeskiéj rozbiegł się po kraju, chciano ażeby do Wrocławia nie z jednych ust doszedł. Zręcznie podano wieść przez duchownych, wojsko i ziemian, którzy łatwo uwierzyli pogłosce.
Od grodu do grodu jadąc, wojska i załogi do pochodu nakazując, Sieciech zdążał do Płocka. Zatrzymywał się umyślnie po drodze, ażeby wiadomość o napadzie uprzedziła go. Chory król którego nie oszczędzano, zafrasował się i strwożył mocno o dzielnicę Bolkową i ukochanego syna. Wysłał po Sieciecha i czekał nań jak na zbawcę.
Nadjechał wojewoda tak pożądany, a nim zbroję podróżną zdążył złożyć z siebie i przeodziać się, już komornicy króla biegli, aby ku niemu pospieszał. Słaby król w obawie niewysłowionéj, bronił się modlitwami; nakazano nabożeństwa po kościołach na odwrócenie niebezpieczeństwa.
— Zbawco mój! — zawołał król do wchodzącego, — spiesz na ratunek! — W tobie nadzieja! — Szląsk i Bolka ratować potrzeba co najrychléj!
— Miłościwy panie — odparł Sieciech, — dano i mnie znać o tém, byłoby się już coś uczyniło, nie chciałem rozkazywać bez was. Wy musicie rozporządzić.
— Ślijcie natychmiast pułki w pomoc do Wrocławia! — wołał Władysław.
Królowi każda chwila stracona była groźną, naglił więc trwożliwie, aż wojewoda chcąc dać czas Strzegoniowi aby sobie królewicza zjednał, zaręczył że czeska wyprawa nie tak rychło miała nastąpić, i wiedział pewno że dopiéro z początkiem jesieni nastąpić mogła. Na przygotowania więc, na uprzedzenie jéj dosyć było czasu. W ówczesnych wojnach prawidłem było niemal, zamiast stawić czoło nieprzyjacielowi, pospieszyć przed nim i kraj mu spustoszyć. Tak chciał Sieciech uczynić.
Król mało się co zapewnieniami jego dał uspokoić, sama jednak przytomność wojewody znacznie trwogi ujęła, bo na jego ramiona król mógł złożyć staranie o obronę.
Wojewoda umiał dobrze w pańską myśl ugodzić, zarówno rozdrażnić go i ułagodzić. Królowa pomagała skutecznie i zwolna chory do zwykłego wrócił stanu. Jak trzcina za wiatrem chylił się gdzie chciał wojewoda.
Z obawy o ukochanego Bolesława, z początku król, chciał się kazać Zbigniewowi do niego przyłączyć. Byłoby to popsuło wszystko i utrudniło zasadzkę; Sieciech więc starał się przekonać Władysława, że od pomorskich granic sił nie można było odciągać, a to co Bolkowi posyłano, starczyło na zwycięzkie Czechów odparcie, bo ci się nie spodziewali zastać gotowych.
Zbigniew, choćby wiedział był o niebezpieczeństwie brata, z pomocą dlań pewnieby się był nie kwapił.
Trwała jeszcze zgoda i miłość między braćmi na pozór, lecz starszy znacznie ostygł i do Gniezna się usunąwszy, milczał.
Tu wpływ Grety przygotowywał go do przyszłych a nieuchronnych zapasów z Bolkiem, a niemka zręcznie do zemsty i zdrady podbudzać umiała. Pod okiem arcybiskupa nie śmiałby był jawnie ją na dworze okazywać Zbigniew; ukrywano więc przed duchownemi tę zdobycz, aby królewicz za rozpustę i złe życie nie był strofowany. Wolno było dawniéj książętom brać kogo chcieli i zrazu obyczajom starym folgowano, patrząc na to przez szpary; teraz duchowieństwo surowsze coraz wymagało ślubów i błogosławieństwa kościelnego.
Sędziwy arcybiskup mało wiedział co się na książęcym dworze działo; łatwo przed nim było osłonić niemkę, która w osobnym dworcu siedziała, a Marko w razie potrzeby, miał się jéj mężem uznawać.
Płocha niemka tego mniemanego małżonka swojego przyjmowała dosyć chętnie, zabawiając się jego opowiadaniami i żartami; Marko téż wolał być u niéj na straży niż na wałach i przy koniach.
Przez Gretę i Marka wojewoda Sieciech uwiadomiony był o tém co się tu działo i w potrzebie się spodziewał Zbigniewem kierować.
Życie w Gnieźnie gnuśnie się wiodło; królewicz o nic nie dbał więcéj krom wspaniałości i blasku jakim się otaczał. O rycerskich sprawach myśli ni mowy nie było, a choć dla oka sprawiano zbroje, zbierano konie, psy i sokoły, Zbigniew ani spytał o nie, chyba gdy miał występować i cały tabor ten za sobą dla okazania swéj potęgi i wielkości prowadził.
Resztę czasu spędzał z lada kim, byle mógł się z wymową i rozumem popisać, znalazł ktoby go słuchał i potakiwał a chwalił.
Z zamku ruszał się rzadko, chyba go który z możnych na łowy i ucztę zaprosił. W tych wyprawach po dworach i on i ludzie co z nim byli najczęściéj sobie nieprzyjaciół robili, bo się, nie obeszło bez kłótni i swawoli. Po drodze jadąc zabierano strawę, pędzono podwody, wybijano ludziom zboża.
Ze skargami przybywających do siebie przyjmował téż Zbigniew niechętnie, częstokroć długo im każąc czekać na siebie, występując okazale, ale karmiąc licho; z prostodusznych ludzi wyśmiewając się w oczy bez litości. On co pismo znał miał się za najmędrszego ze wszystkich. Mało kto rad był z tego pana. Szemrali władycy, arcybiskup tylko bronił go, bo przed nim układać się umiał, obiecując, że z niego człowiek urośnie do rządów i państwa obrony.
Dnie częstokroć całe schodziły na tém, że na wpół leżąc, pół siedząc na ławie, Marka trzymając u progu, królewicz prawił mu co uczyni, jakie przedsięweźmie kroki dla opanowania władzy; jak wszystkich podejdzie, pozbędzie się i jaki dwór naówczas Cesarskiemu dorównywający na stolicy swéj osadzi. Toż samo wieczorami powtarzał Grecie i zaufanym kilku duchownym, których zapraszał, aby miał z kim rozmawiać i przed kim się chwalić z rozumem.
Przesiedziawszy dni kilka gnuśnie, znudzony kazał występować drużynie, trębaczom, czeladzi i ze wspaniałym orszakiem wyruszał do którego z grodów, zabawiając się tém, iż ludzie przed nim na kolana padali i tłumnie się zbierali przypatrywać dworowi jego...
Z wielką wrzawą wjeżdżano do każdéj osady, ciągniono powoli, czeladź dokazywała, a Zbigniew tém nudy swe rozrywał.
Czasem na wspomnienie rycerskich czynów Bolka, napadała go chętka spróbowania siły i zręczności, niedługo to jednak trwało, bo mimo pomocy dworzan, Zbigniew nie dał sobie rady z orężem i koniem: zły powracał, gniewając się na wszystkich za własną niezgrabność. W końcu téż począł utrzymywać, że dla wodza niepotrzebną jest siła dłoni, ale rozum i przebiegłość. Naśmiewał się z Bolka, że na równi z prostym ludem do boju chodzi, bo nic innegoby niepotrafił.
Sławili wielkość pana pochlebcy co go otaczali, z Markiem na czele; ale Sobiejucha nawet niebardzo wierzył w to, aby doszedł czego pragnął i o czém tak szeroko lubił rozprawiać. Oprócz arcybiskupa, który mało co widział, wszyscy zwątpili o nim, bliżéj nań patrząc, a gdy ze swemi będąc odzywał się o ojcu, o bracie i o tych, którym winien był ocalenie, widzieli, że i na serce w nim rachować nie było można. Pochlebstwo jedno trafiało doń, choćby najmniéj zręczne. Marko umiał co chciał zyskać u niego, nauczyła się Greta, naśladowali ich inni.
W téj bezczynności siedząc i czekając aby los za niego coś robił, posyłał Zbigniew szpiegi na dwór ojca, do Wrocławia i Sieciechowa i zabawiał się przynoszonemi wieściami, z których zawczasu przyszłość dla siebie najszczęśliwszą wróżył.


Koniec tomu 2go.
Tom III
I.


Bolko przemieszkiwał najczęściéj we Wrocławiu z Magnusem razem. Godzili się z sobą dobrze, bo wojewoda człek wojenny, rycerskiego ducha, serca otwartego, rad był zawczasu królewicza przeciwko Sieciechowi, nieprzyjacielowi swojemu usposobić i uzbroić. — Młody pan coraz bardziej za serce go chwytał.
Rzadki dzień królewicz cały na zamku przepędził, najczęściéj jechał w lasy, albo z drużyną swą zabawiał się w polu, wprawiając ludzi i konie. — Z nim dobrze było wszystkim i jemu z niemi.
Szlązcy panowie i władyki ciągnęli po kolei na gród, aby młodego królewicza poznać, wieźli mu podarki, towarzyszyli w wycieczkach, każdego przyjmował serdecznie i odchodzili w nim rozmiłowani.
Nie przyszedł nikt doń z próżnemi rękami, ale i nie odszedł nieobdarzony. Tylko nic mu innego nie można było dać, chyba psa osobliwego, sokoła unoszonego dobrze, konia coby inne wyścigał, lub mieczyk co żelazo łupał. Za każdy taki dar stokroć się ze skarbca wywdzięczał.
Na miłości u ludzi nie zbywało mu, choć często gorący bywał i wybuchnął, gdy mu co nie po myśli poszło. Umiał to jednak nagrodzić, a gniew u niego nie trwał długo.
Wojsław, ochmistrz królewicza, który ostatniemi czasy nie na wiele się już przydał Bolkowi, bo ten mu się wymykał na swobodę, zachorzawszy w Płocku, do Wrocławia za nim podążyć nie mógł. Być może, iż z Magnusem obcować nie bardzo życzył, a namiestnik widząc w nim powinowatego Sieciecha, nie dowierzał mu, i nie lubił go.
Jednego dnia, gdy słota się zawzięła uparta, a na łowy i gonitwę wybrać się nie było sposobu, i Bolko od okna do okna chodził narzekając, wpadł ulubieniec pański Pruszynka i zawołał.
— Stary Strzegoń z pułkiem tu przyciągnął, nie wiem z czyjego rozkazania. Czeka na miłość waszą prosząc, aby się mógł pokłonić!
Bolko widział go kędyś dawniéj, ale znał mało, rad mu był i odezwał się.
— Dawaj go tu, na słotę i Strzegoń dobry!
Pruszynka wprowadził zaraz starego wojaka, którego siwe włosy Bolkowi dawne czasy przypomniały, a o tych rozmawiać lubił.
— Dawno już musicie we zbroi chodzić? — zapytał.
— Ze Szczodrym w Kijowie byłem zamłodu — odpowiedział Strzegoń.
— Toście dla mnie gościem miłym, — rzekł Bolko, — o królu tym i o jego wojnach powiedzieć coś będziecie mi mogli — nieprawdaż, że Bolko sławnym był bohaterem? Wy coście go znali i chodzili z nim, wiele o nim wiedzieć musicie.
Zapalczywym był, prawda — ale serca złego nie miał?
Tak się poczęła znajomość i rozmowa ze Strzegoniem, którego młody pan zaraz posadził na ławie, miodu dlań przynieść kazał i gościnnie zabierał się przyjmować.
Co się Strzegoniowi stało, sam on może dobrze nie wiedział, poruszyło się w nim coś, krew oblała mu twarz. Głos świeży i wesoły młode czasy mu przypomniał, a Bolko ten owego zuchwałego wojaka, którego on kochał — zmięszał się stary. Gdyby był mógł szedłby precz, sromał się w duszy tego, z czém przybywał.
Przyjęcie królewicza było serdeczne i ujmujące; umiał poszanować starego, napierać mu się zaczął powieści, jak to tam było na Węgrzech, jak na Rusi, jak po powrocie z Kijowa, i jak ów mężny król stawszy się zabójcą, zginął marnie.
Strzegoń, jak wszyscy starzy, gdy się rozgadał, mówił chętnie i dużo, nie łatwo go było poruszyć, ale gdy raz serdeczna nuta się ozwała prawił co pamiętał, jakby sam dla siebie.
I teraz też powoli się dał wyciągnąć na opowiadanie, a począwszy je, mówił o bitwach, w których się bili tak dzielnie, o męztwie króla, które równego nie miało, o zwycięztwach i o klęskach późniejszych, gdy bohaterstwo szał zastąpił.
— Takim jak on, chciałbym być! — wołał Bolko — ale posłusznym kościołowi, bo bez Boga my nie możemy nic, a do Boga bez niego nie ma drogi.
Przy pierwszém tém spotkaniu, które dłużéj trwało niż się oba spodziewali, Bolko przystał do Strzegonia, polubił go i nie dał mu gdzieindziéj mieszkać jak przy sobie.
Stary dopiąwszy celu odrazu, chodził i rad i zafrasowany, niepewien co daléj robić.
Królewiczowi takiego właśnie człowieka wytrawnego potrzeba było do boku, brał go więc z sobą do izby, schodziła się drużyna, stawała młodzież kołem, dawano staremu jeść i pić, co zapragnął, byle mówił a rozpowiadał jak to dawniéj bywało, jak starzy wojowali.
Zrazu zacinał się Strzegoń, patrzał, wahał, potém gdy się z tą młodzieżą zżył, poznał ją, pokochał, opowiadał żwawo, ochotnie, zapalał się nierzadko i miecza dobywając ukazywał, jak ten tamtego płatnął, jak się ów obraniał i t. p. Więc śmiechy, wykrzyki, a radość wielka panowały, podarki się sypały i Bolko na chwilę się z nim rozstać nie mógł.
Strzegoń nie dosyć, iż sam bywał ze Szczodrym po Rusi i na Węgrzech, ale od starych co z Chrobrym wojowali nasłuchał się dawnych o wojnie powieści, o zbrojach jakie nosili, o wszelakim sposobie potykania się w polu, dobywania miast i obronie, o fortelach wojennych, o tém jak się narody zbroiły i zkąd broń swą dostawały, a jaka im najlepiéj służyła.
Przechodziły całe dnie na tych gawędach, a że Bolko w zamknięciu i zadusze nie lubił siedzieć, skoro pozwoliła pogoda, zabierał starego z sobą w las, często nawet, co mu najmilszém było, noc spędzali w chruścianym namiocie u ogniska.
Po kilku dniach Strzegoń dopiąwszy jak najszczęśliwiéj tego z czém tu przybył, a uczyniwszy więcéj niż się spodziewał, stał się markotnym wielce. Im Bolko dlań był milszym i serdeczniejszym, tém stary żołnierz posępniejszym się stawał. Poczynał go nawet unikać. Bolko mocno na tém czując, tém mocniéj nań nalegał, sowiciéj go obdarzał i ująć się sobie starał.
W miarę, jak się to przedłużało, niespokojniejszym coraz Strzegoń się stawał. Młodzieńcza ufność, dobroć, otwartość Bolka za serce go brała, patrzał na ten kwiat śliczny, ledwie rozkwitły, a pomyślawszy, iż go na śmierć ma wydać, gryzł się w sumieniu, żal go porywał wielki. Nigdy wprzódy nie miał zręczności zbliżyć się do królewicza, znał tylko Sieciecha, który wielką nad nim miał siłę, nie wahał się dlań uczynić ofiarę: teraz — przemówiło serce, brakło mu odwagi, by spełnić do czego się zobowiązał. — Podstęp ten, do którego użyty był za narzędzie inaczéj mu się przedstawiał. Przełamali z sobą chléb, nieraz obozowali pospołu, sypiali pod namiotem jednym, zbliżyły się dłonie, żołnierz poczynał być w niezgodzie z sobą samym — co tu począć? przemyślał nocami — lub jednego albo drugiego zdradzić muszę!
Człek był prosty, sobie samemu nie ufał, nie wiedział, czy się miał księdzu spowiadać, czy wróżki poradzić. Poganina jeszcze w nim było dużo, bo od młodu na wojnach, o religii myśleć ani się jéj uczyć nie miał czasu. Z innemi razem na pół-pogany obawiał się księży, jak czarowników. Napełniali oni w owych czasach trwogą lud pospolity; ztąd pozostała w obyczajach u gminu zła wróżba, gdy się księdza spotkało w drodze — miano ich za potężnych, cudami władnących guślarzy nowego Boga.
Strzegoń też potroszę tego był przekonania wraz z innemi w wojsku. Śpiewał pieśni, mszy słuchał pobożnie, ale obcowania z duchownemi unikał. Wróżbita znowu ani guślarza pod ręką nie było, do większych miast się nie ważyli, bo duchowieństwo pilne na nich miało oko. Biedził się Strzegoń wielce. Jednego dnia gdy z królewiczem u Magnusa gościli, oznajmiono proboszcza z kościółka Panny Maryi, ojca Tyburcego. Staruszek to był, polak, krakowianin rodem, który za wielkiego mędrca nie pragnął uchodzić, rad z ludźmi obcował, wesół był i więcéj pocieszał, niż straszył. Tém różnił się właśnie od innych, co więcéj grozili niż pocieszali.
Śmiała mu się poczciwa twarz pomarszczona, nią już samą ludzi ku sobie pociągał i ujmował.
Duchowieństwo, zwłaszcza obce, Włochy i Francuzy, których naówczas pełno było w Polsce, krzywo nań patrzali i lekko go ważyli, wyrzucając mu, że nazbyt był pobłażającym — lecz, że O. Tyburcy dla siebie surowym był, pobożnym i wielce świątobliwym, przebaczano w końcu zbytnią jego łagodność — biskup go szanował, lubił i bronił.
O. Tyburcy zszedł tak biesiadujących, że Strzegoń ujść nie mógł; Bolko wielce pobożny, poszedł go w rękę pocałować i przysiadł się zaraz do niego. Stary żołnierz trzymał się zdala.
Rozpoczęła się rozmowa, proboszcz jak był zawsze pogodnéj myśli, tak i teraz żartobliwie począł zagadywać, rozpytywać i opowiadać. Takiego duchownego Strzegoń jako żyw, nie widział jeszcze, poczuł, że go coś ku niemu ciągnęło, a obawa czarów znikła zupełnie.
Mówiono o dawnych czasach, Strzegoń i Ojciec Tyburcy oba je dobrze pamiętali. Od słowa do słowa, ożywił się stary wojak, przemówił, rozśmiali się do siebie i przystali ku sobie łatwo. O. Tyburcy go rozpytywać począł o rodzinę, znaleźli się wspólni znajomi, ksiądz był choć do rany przyłożyć.
Nazajutrz rano Strzegoń poszedł, ot tak, sam nie wiedząc dlaczego, na mszę świętą do Panny Maryi, a po mszy zajrzał do zakrystyi.
Zobaczywszy go staruszek, poznał i pozdrowił pobożnie, a potém pochwalił, że o kościele pamiętał.
— Mój ojcze, odparł Strzegoń zakłopotany, naprawdę nie ma mnie chwalić za co, bo ja nie dla mszy świętéj do kościoła przyszedłem, ale za interesem do was. Chcę się was poradzić — w rzeczy bardzo ważnéj i tajnéj.
Wyszli więc nazad z zakrystyi do kościołka i ksiądz, nie biorąc go do konfesjonału, usiadł z nim na ławie. W kościele nie było nikogo, lampa się tylko paliła przed ołtarzem i w oknach ptactwo przysiadając szczebiotało.
— Ojcze mój, odezwał się Strzegoń, którego strach jakiś ogarnął w chwili, gdy się już miał zwierzyć — zaufać wam mogę, — wszakże mnie nie wydacie?
— Dziecko moje — odpowiedział ojciec Tyburcy, choć żołnierz musisz przecie wiedzieć o tém, iż przysięgamy na to, że kto nam co powierzy, tego nie odpowiemy nikomu, choćby na mękach życie dać przyszło. — Mów, nie lękaj się, utonie to jak w studni.
Westchnął Strzegoń i włosy potargał siwe.
— Sprawa taka — rzekł — nie tajno nikomu, że Sieciech królestwa pragnie — nie od dziś dnia. Na drodze mu stoją dzieci królewskie — szczególniéj Bolko, na którego zasadzkę przygotowano pod pozorem wyprawy na Czechy, aby go zgładzić. Ja tu przybyłem nie po co innego, tylko żeby się z królewiczem poznać i podrużyć, a wciągnąć go tam, gdzie ma życie dać.
Posłano mnie, poszedłem. Tu przybywszy, gdym Bolka poznał, miły panie — za serce mnie wziął, nie mam siły dać go na zabicie. Co począć? zdradzić muszę albo jednego lub drugiego!
Ojciec Tyburcy słuchał spokojnie, nie poruszył się na to straszne wyznanie.
— Powiedzcież wy mnie — odezwał się łagodnie — jak się wam zda? czy lepiéj zdradzić szatana, który na zabójstwo godzi, czy Pana Boga, co miłość nakazuje, nawet dla wrogów? Królewicz ci nic nie uczynił, chyba dobro, panem twym ze krwi jest, a Sieciech takim poddanym i sługą jako wszyscy. Jak ci się zda? mów sam?
— Alem słowo dał? — odparł Strzegoń.
— A cóż warte słowo dane na złe? choćby nawet i przysięga, że się popełni grzech? — rzekł ksiądz. — W takim razie krzywoprzysięztwo jest cnotą, a wierność słowu zbrodnią. Pomyśl jeno, czy ten, który sięga po berło i koronę przez krew, może być błogosławionym i z sobą królestwu przynieść błogosławieństwo?
— A! no! — westchnął Strzegoń — jest jeszcze droga jedna. Jam stary, pokłonię się i pójdę precz, nie chcąc zdradzić ani jednego ni drugiego.
— Tak — rzekł ojciec Tyburcy — tylko naówczas przyjdzie w miejsce wasze inny, mniéj sumienny i litościwy człek i zrobi to, co wy mieliście uczynić. Bolko więc zginie — nie żal ci go?
— A! miły ojcze — przerwał Strzegoń żywo, ręce składając. — Serdeczne to paniątko! — żeby miało ginąć marnie — pomyśleć strach! — jam ze śmiercią oswojony, napatrzyłem się padających trupów jak liści w jesieni — a no — żeby ten kwiat korony królewskiéj padł!
— Nie daj Boże, aby się to nieszczęście stało! — odezwał się o. Tyburcy.
— Cóż mam czynić? co? — zapytał żołnierz.
Jęli namyślać się oba; ksiądz się na ołtarz zapatrzył, jakby z niego chciał czerpać natchnienie — potém rzekł:
— Wprost poufnie Bolkowi powiedzcie wszystko, wyznajcie mu szczérze z czém was posłano.
— Wstyd mi! — zamruczał stary — nie chcę aby wiedział, że ja się tego podjąłem. Lubi mnie, gotówby znienawidzieć.
— Chcesz ażebym ja o tém oznajmił? — Zapytał o. Tyburcy.
— A gdy was spytają zkąd to wiecie? — podchwycił Strzegoń.
— Ja nie potrzebuję mówić zkąd to wiem, — rzekł proboszcz. — Możemy uczynić lepiéj jeszcze, pójdę z tém do biskupa. Biskup, który dawniéj dosyć Sieciechowi sprzyjał, dziś wraz z Magnusem z Bolkiem trzyma i kocha go. Pasterz sam ostrzedz może, a zkąd o tém wié, nikt go mówić nie znagli.
Namyślał się jeszcze Strzegoń.
— Niechże tak będzie — rzekł schylając się do ręki księdza — uczyńcie to skoro, bo czasu do stracenia niema.
Rozmowa wśród ciszy kościelnéj prowadzona kończyła się, gdy ojciec Tyburcy ujął starego żołnierza za ramionami, uścisnął i całować go począł.
— Poczciwy mój stary — zawołał. — Nie odejdziesz niewynagrodzonym... za to coś uczynił. Bóg ci odpuści grzechy twoje, ja ci daję rozgrzeszenie! — Doznasz błogosławieństwa, będziesz miał szczęście na ziemi i w królestwie Bożém!
To mówiąc przeżegnał go nad pochyloną głową krzyż kreśląc, pobłogosławił i ocierając łzy wywiódł go do zakrystyi, zkąd Strzegoń wymknął się ostrożnie, przez nikogo niepostrzeżony, a powróciwszy na zamek musiał dla niepoznaki skłamać, że do płatnerza chodził, bo mu u zbroi dwa nity puściły i kawał żelaza obwisło.
Bolko tego dnia konie najeżdżał rano, w lesie było jakoś do łowów niezdarno, wiatr dął gwałtowny.
Z południa, co się rzadko trafiało, ujrzano orszak biskupi, który się ku zamkowi kierował. Jak tylko o nim znać dano, wyszedł natychmiast Magnus na spotkanie.
Biskup zamknął się z nim na osobności i naradzał długo. — Powiedział mu o zasadzce na życie królewicza. Namiestnik zafrasował się wielce, ale oznajmienia o niéj na siebie brać nie chciał, boby go posądzano, że przez nieprzyjaźń dla Sieciecha potwarz nań rzuca. Okazało się, że Magnus coś już przewidywał i domyślał się pono.
Posłano dworskiego po królewicza na łąkę, który konie porzuciwszy z drużyną, sam wczwał przygnał na zamek.
Wszyscy co go spotykali po drodze pędzącego na rumaku, jakby zrosłego z nim, z włosy na wiatr puszczonemi, z twarzą pałającą, z wesołym wzrokiem, jasném czołem, stawali napatrzeć się i nacieszyć młodym rycerzem.
Wpadł z koniem prawie na przedsienie, osadził go, skoczył i bieżał do wojewody.
Magnus wychodził na spotkanie.
— Miłościwy panie, rzekł — są ważne sprawy. Przybył z niemi biskup, pomówić trzeba — chodźcie.
Właśnie tych słów domawiał Magnus, gdy na podwórce wjechało trzech ludzi, Bolko poznał w nich dwu ojcowskich dworzan i starszego nad niemi, któremu król ufał najwięcéj. Zamiast więc iść do biskupa, musieli czekać, aby się dowiedzieć, z czém oni przybywali.
Besior komornik królewski, zsiadłszy z konia przyszedł do kolan się skłonić Bolkowi.
Jak wszyscy prawie co Władysława otaczali, przekupionym był przez Sieciecha i służył mu wiernie. Człek był roztropny, chytry, przebiegły i ostrożny. — Wprowadzono go do pierwszéj izby, a królewicz począł pytać z czém był posłany.
Dobył naprzód Besior pierścień królewski na znak żeby mu wiara była dana, a potém mówić począł:
— Król pan nasz ma pewną wiadomość, iż od granicy Czeskiéj gotuje się napaść wielka, którą koniecznie uprzedzić potrzeba. Posyła więc miłości waszéj, pułki swe na pomoc i rozkazuje natychmiast iść w lasy na rubieże. Do boku miłości waszéj, naznaczeni są co najdzielniejsi rycerze, Halka, Strzegoń, Zabój, Żelazny.
Począł wyliczać wszystkich...
Magnus słuchał i bladł z gniewu. Zapytano czyby miał co jeszcze do oznajmienia — dodał, że jak tylko zjadą pułko-wódzcy, natychmiast z niemi na granicę spieszyć potrzeba. Oni zaś wiedzieć będą, gdzie i jak prowadzić mają królewicza.
Uradował się Bolko niezmiernie i omal nie uściskał Besiora, Magnus zmilczał, wziął go zaraz z sobą aby ugościć po podróży i nakarmić, a zdawszy na ręce ochmistrza, sam z oczekującym Bolkiem udał się do biskupa.
— Wyraźny cud jest Boży — zawołał Magnus wchodząc — łaska Opatrzności ocalić nas chciała i to królestwo.
Obrócił się do królewicza, który szedł po pasterskie błogosławieństwo.
— Posłuchajcie naprzód, miłościwy panie, z czém tu do nas przybył ojciec nasz przewielebny, a poznacie jako Bóg wielki czuwa nad wami!
Biskup natychmiast począł patrząc na królewicza, który spoważniał.
— Przybyłem do was z przestrogą — rzekł. — Uknuta jest zdrada wielka, króla słabego, niedomyślającego się jéj, wmięszano w nią — Sieciech wojewoda wymyślił od Czech niebezpieczeństwo jakieś, postanowił na granicę wyprawę. Chce was miłościwy królewiczu wysłać na nią z temi, którzy są wyznaczeni, aby cię życia pozbawili — Strzegoń, Halka, Strzepa, Żelazny, nasadzeni są, aby odwiódłszy w lasy zgładzili cię.
Bolko pobladł raczéj z gniewu niż obawy.
— Dzięki niech będą Bogu — zawołał, — iż zdradę odsłonił. My téż sami teraz wiedząc o niéj, myśleć o sobie musiemy — pułki wszystkie są Sieciechowe, dowódzcy jego — potrafiemyż się im obronić? Magnusa Szlązaków i mojéj wiernéj drużyny mało jest?
— Na grodzie się zamkniemy w ostatku — odparł Magnus, — otwarcie oni nie wystąpią. Dobrze jest w lesie mordować nocą, ale jawną zdradę popełnić, nie wiem czy się ważą!
— Wojewoda, jeśli siły swe obliczył — zawołał Bolko — i na to jest gotów — nie widzę innéj rady, jak natychmiast słać do Zbigniewa, niech w skok w pomoc nam przybywa ze swemi. Dzisiaj mnie, jutro jemu, moja sprawa, jego sprawą. Poczyna Sieciech odemnie, na nim skończy.
— Rozumna rada! — przemówił biskup, — jeżeli Zbigniew usłuchać zechce zawołania.
— Poprzysiągł mi sojusz i braterstwo — zawołał królewicz.
Magnus, do którego się zwrócono, milczał, ale nie przeczył.
— A! — odezwał się nagle Bolko — wierzę wszystkiemu co mówicie, cudownie się to sprawdza — lecz — Strzegoń! — Strzegoń, którego pomawiają o zdradę, Strzegoń aby być miał nasadzony na mnie, temu nie mogę dać wiary! nie — krzyknął — ślijcie po niego, panie wojewodo...
Biskup, sędziwy człek, widząc, że się tak gorączkowo brano do sprawy, począł wołać, jak jego wiekowi przystało.
— Nie kwapcie się! — na Boga! z rozmysłem! powoli!
Przestroga ta próżną była, Bolko gdy raz za zwierzem się zapędził lub wziął co do serca, żadna go siła powstrzymać nie mogła.
— Ślijcie po Strzegonia! zawołał błagająco — dlaczego z tém zwłóczyć mamy?
Posłano jednego z czeladzi.
Magnus tymczasem, strwożony także, natychmiast ludzi zaufanych pchnął, aby około bram wzmocniono straże, oddziału żadnego wojska nie wpuszczano, choćby się jako królewskie oznajmywało, a dniem i nocą czuwano pilno.
Rozkazy te rzuciły postrach na gród cały, choć nie wiedziano, jaka ich była przyczyna.
Wkrótce inni posłańce wyprawieni zostali do władyków i ziemian, aby pospiesznie na gród przybywali. W jednéj godzinie, spokojne przedtém miasto poruszyło się trwogą, któréj pobudki wymyślano najdziwaczniejsze, prawdziwéj nie mogąc odgadnąć. — Mówiono o napadzie Czechów, o zdradzie jakiejś — o niemieckim najeździe.
Po zamku biegali ludzie, dosiadano koni, pędzono stada z paszy, wołano, otrębywano, co było załogi pędzono do wrót i na wały.
Strzegonia, jakby w ziemię wpadł, długo wyszukać nikt nie mógł. Szperano za nim po kątach, po ciemnych zakamarkach, aż ktoś przypadkiem znalazł w szopie na sianie, z głową pokrytą, jakby spał, choć, jako żywo, oka nie zmrużył.
Zawołany, nie mógł odmówić — poszedł. W drodze idąc przez podwórce, napotkał Besiora, dowiedział się od niego z czém przybył, i zmiarkował, że stanowcza nadchodziła godzina.
Wlókł się do królewicza jak na ścięcie. — Magnus, który nań czekał, poprowadził go do izby — przed biskupa i Bolka.
Na widok osiwiałego wojaka, królewicz, w którym wszystko wrzało, a słowa w sobie nigdy nie mógł strzymać ni ważyć — zawołał:
— Strzegoń! słuchaj! — Przyszły tu wieści straszne, ohydne, oskarżenie niegodziwe. Ciebie, starego mojego druha, ciebie z innymi obwiniają, żeś ty mnie chciał wydać na stracenie, żeś ty był z Halką, Strzepą i Zabojem wyznaczony na to. Nie wierzę! — mów!
Wszyscy oczy weń mieli wlepione. Strzegoń blady stał milcząc, ręką wodził po twarzy i brodzie, wzdychał, podnieść wzroku nie śmiejąc.
— Strzegoń! mów! — powtórzył Bolko. Ze Strzegoniem działo się, co bywa czasem ze strzałą, która na cięciwie uwięźnie i nie może wyrwać się długo, aż nagle struną popchnięta świsnęła i leci.
Milczał uparcie, milczał, potém głowę podniósł i krzyknął w głos:
— Tak! — prawda! — posłano mnie, abym królewicza prowadził na zasadzkę, ulitowałem się i sam życie dam, a tego nie uczynię — nie!
Nie! — nigdy!
Bolko zarumieniony, z radości na szyję mu się rzucił.
— Stary, poczciwy druhu! — niech ci Bóg płaci! — jam ci ufał!
Biskup począł téż wychwalać uczynek chrześciański, a Magnus, przystąpiwszy starego po ramieniu uderzył, wołając.
— Na cóż nam innych świadków i lepszego przekonania nad to zeznanie! Ten stanie za innych!
Przybity, znękany, zawstydzony stał Strzegoń wodząc ciągle ręką drżącą po głowie siwéj.
— Pułki inne Sieciechowe już tu ciągną! — Radź — co czynić?
— Bramy zamkniecie — odparł Strzegoń, niech za miastem obozują.
— A wasi? — spytał Magnus.
— Ja i moi zostaniemy z wami — krótko odparł stary do kolan się kłaniając królewiczowi.
Moi setnicy pewni, w ludziach można wybór zrobić...
Nasze namioty za miastem jak były, zostać mogą.
Widząc jak się tu rzeczy składały, biskup mógł już odjechać spokojnie, wstał więc błogosławiąc i wyprowadzany przez królewicza, Magnusa i wszystkich co na zamku się znaleźli, aż za wrota — odjechał do domu.
Zabrano się natychmiast do Zbigniewa posyłać, choć nie wszyscy i jemu ufali. Bolko, jak sam słowo rycerskie miał za święte, tak pewien był pomocy brata. Ważyła ona wiele, gdyż sile téj zaufać było można, a na Krakowian, Sandomierzan i najlepsze pułki, długo będące pod rozkazami wojewody, nikt rachować nie mógł. Owszem z pewnością wiedziano, iż one pójdą gdzie on rozkaże, i uczynią co im podszepnie.
Szlązacy, którzy już byli do Bolka przystali, na wieść, iż mu zagrażało niebezpieczeństwo, wnet od następnego dnia począwszy, z czém kto miał, małemi i większemi pocztami, poczęli się ściągać z okolicy do Wrocławia.
Na zamku ścisk był przez całe dnie jak na targowicy we święto, przybywali ludzie coraz nowi, a każdemu przyjeżdżającemu opowiadać musiano co się stało.
Oburzenie i lament na Sieciecha powstał powszechny. — Odgrażano się nań, śmierć mu zapowiadając.
Gdy Szlązacy w znacznéj się liczbie zgromadzili, Magnus ich zwołał do téj saméj izby, w któréj niegdy Zbigniewa im stawił. Stanął przed niemi Bolko, którego gniew każda chwila pomnażała; rozdrażniony i pełen zapału.
Na widok młodego pana, poczęto wołać i okrzykiwać, witając pokłonami, rękami i czapkami.
Magnus przemówił naprzód nie wielą słowy. Wstał potém królewicz sam i odezwał się głosem wzruszonym.
— Zlitujcie się, ziemianie, niedoli mojéj, przyjdźcie mi w pomoc i obronę, Sieciecha zdrada nie od dziś uknuta, grozi wybuchem. Jednał złotem przyjaciół, opłacał zbójców, godził na życie moje, chcąc posiąść panowanie. Dowodów dosyć jest na to, a i ten coś znaczy, że Wojsław, który mnie nie opuszczał nigdy, który czuwał nademną, chorym się stał, aby mi nie towarzyszyć, bo pewnie jako pokrewny Sieciecha, wiedział, że tu na życie moje godzą.
Zeznają ci, co nasadzeni byli, iż im zabić mnie zlecono.
Ledwie mówić dano królewiczowi, taką zgrozą przejęła wszystkich zdrada jawna wojewody — i ziemianie wołać poczęli:
— Nie damy wam nic uczynić! nie damy! Włos wam z głowy nie spadnie! Bezpiecznym jesteś między nami. Sieciecha nie chcemy, ani jego panowania.
Pójdziemy z tobą, staniemy przy tobie!
Bolko widząc, że nie sam jest i mnogich ma przyjaciół, odzyskał całą swą odwagę i rycerskiego ducha.
Zaczęto się gwarno i głośno naradzać wykrzykując, otoczyli go ziemianie prosząc, aby był dobréj myśli i na nich polegał...
Magnus opowiedział, że wysłano do Zbigniewa o posiłki, na które czekać było potrzeba, a gdyby nadeszły, wprost przeciw wojewodzie iść...
Wszyscy się godzili na to, że dłużéj znosić panowania zdrajcy nad sobą, Bolko nie mógł, choćby on króla słabego miał za sobą.
Tak dzień zszedł na gwarnych naradach i oświadczeniach miłości dla młodego pana.
Tymczasem zamek zaczęto przysposabiać do obrony, gdyż nikt zaręczyć nie mógł, że Sieciechowe pułki oblegać go nie zechcą.
Namiestnik kazał coprędzéj ściągać żywność i ludzi. Znaczniejsza część ziemian, którzy z pocztami przybyli, pozostała na zamku do domów nie powracając.
Na nich można było polegać.
Oczekiwano na Zbigniewa, gdy zamiast niego, w kilka dni popłoch się stał, oznajmiono o przybyciu Wojsława, ochmistrza królewicza, który z oddziałem swoim u bram się stawił.
Przykazanie już było, aby nie wpuszczano nikogo. Dano znać Magnusowi.
Bolko, który od dzieciństwa do Wojsława był nawykł i ufał mu, choć go wiedział blizkim Sieciecha powinowatym — w zdradę jego wierzyć nie chciał. Byłby się wyrwał doń i pewnie go do miasta wprowadził, ale namiestnik ruszyć mu się nie dał i do wrót pojechał coprędzéj.
Wojsławowy orszak nie był zbyt liczny. Na czele jego stał otyły ów wódz, który się wolno obracał, mówił powoli, chodził ociężale, ale bił się mężnie i krzepko. Widać było po nim, iż zamknięte wrota, na które zmuszony był patrzeć oczekując tak długo, już go niecierpliwiły. Magnus nie otwarłszy nawet furty, wyszedł na wyżki nad bramę i ztamtąd go pozdrowił.
— Panie wojewodo? — zawołał Wojsław, co się to u was dzieje? Dlaczego nie puszczają mnie do królewicza?
— Nie wiecie! — odparł Magnus kręcąc wąsa — czyż wam to jeszcze mówić potrzeba?
— Nie wiem! — na Boga się klnę, że nie wiem! — odparł ochmistrz.
— Więc muszę powiedzieć — odezwał się Magnus, — Sieciechowym jesteście powinowatym, a Sieciech zdrajcą jest. Wpuścić was nie możemy.
Wojsław głowę podniósł i usta rozwarł szeroko:
— Sieciechów krewny jestem, — rzekł — alem nie zdrajca! o żadnéj zdradzie nie wiem! królewicz jest moim wychowańcem, tam miłym mi jak i wam! czyście poszaleli?
— Nie, owszem rozumuśmy nabyli — odparł Magnus. — Ruszajcie do swéj krwi, do swoich, my was tu mieć nie chcemy.
Wojsław słuchał, a jako człek powolny, choć się tam w nim niewiadomo co działo, stał na pozór zimny, hamując się. Po chwili znowu głowę podniósł.
— Klnę się wam, że zdrady w sercu nie mam — rzekł — o niczém nie wiem. Sieciecha dawno nie widziałem. Chcecie li — niewinność moją, jak obyczaj chce, ze sześcią świadkami uroczyście poprzysięgnę w kościele! zdrajcą nikomu nie byłem, a zadanego mi nie daruję!
Magnus głową potrząsał.
— Kum wasz, krew wasza Sieciech, przysięgał królowi wiarę i rodowi jego, a przecie na dziecko pańskie godzi, czego mamy dowody. Przysiężecie i wy i sześciu waszych, aby tylko na zamek wnijść i ludzi nam przekupywać a warcholić. Nie będzie z tego nic, ani was, ni waszéj przysięgi nie chcę. Jedźcie z Bogiem.
Na wały około wrót, dowiedziawszy się o Wojsławie, nagromadziło się ludu mnóstwo, poczęli tedy wołać z tłumu — precz! precz! od bram zdala... Ze zdrajcami precz!
Słysząc wrzawę tę i widząc, że drudzy się już do kusz i łuków zabierają, jakby strzelać chcieli, Wojsław nie spiesząc, konia w milczeniu zawrócił i od bram odjechał, ale niedaleko w dolinie położył się obozem ze swemi.





II.



Gdy posłany od Bolka, dniem i nocą goniąc, co koń zmógł, przybieżał do Gniezna rano, zastał właśnie królewicza Zbigniewa na modlitwie w kościele, bo życie się wiodło rozmaicie, ale o panu Bogu i świętych nie zapominano. Ex-kleryk tém bardziéj do kościoła uczęszczał, iż z arcybiskupem Marcinem chciał być dobrze, potrzebując go i skarbiąc sobie łaskę jego.
Właśnie msza poranna arcybiskupia ku końcowi się miała, gdy Marko Sobiejucha przybiegł do kościoła, niosąc do ucha pańskiego owo poselstwo pilne. Staruszek O. Marcin żegnał już krzyżem przytomnych, a rzuciwszy okiem na królewicza spostrzegł jak mu Marko coś w ucho szeptał, jak Zbigniew poruszony żachnął się w tył i natychmiast precz z kościoła chciał bieżeć.
Kleryka, który do mszy mu służył wysłał arcybiskup do Zbigniewa, aby odchodzącego wstrzymał i do zakrystyi go przywiódł. Miał jakieś przeczucie świątobliwy kapłan iż ważnego coś zajść musiało.
Zbigniew się zawrócił.
Ojciec Marcin zaledwie dokończywszy modlitwy, pośpieszył z pytaniem.
— Co się stało?
Nie mógł zataić Zbigniew i oświadczył że brat pilno go wzywa w pomoc przeciw Sieciechowi.
— Stało się to co się zdawna gotowało! — rzekł wzdychając arcybiskup.
Spojrzał nań pytająco królewicz.
— Nie zwłóczcie a w pomoc mu pospieszajcie, — dodał O. Marcin — nieprzyjaciel to wasz wspólny i królestwa waszego. Jedź, ciągnij, i niech Bóg błogosławi.
Zbigniew stał wahając się.
— Ojcze przewielebny — rzekł — mamli się przez to ojcu narazić? — Brat mi nie nazbyt sprzyja, po co mu pomagać? — sprawa nie moja...
— Sprawa twoja — rzekł żywiej arcybiskup, — wspólna wasza. Masz iść, póki czas. Inaczéj na ciebie kolej przyjdzie i nie będzie cię bronić komu... Ludzi zbierz, a pospieszajcie! — Niech Bóg szczęści dobréj sprawie.
Staruszek podniósł rękę drżącą i pobłogosławił nią Zbigniewa, który stał ciągle.
— Ojciec wasz, biedny pobożny król nasz już sobą nie włada, już przed sobą nie widzi nic, uwolnicie go z więzów występując przeciw wojewodzie. Dawno czułem w nim zdrajcę.
Z temi słowy odszedł Zbigniew poruszony i obrachowujący co miał czynić. W dworcu już nań czekano. Greta stała we drzwiach wabiąc go ku sobie, Marko ścigał go i zabiegał, patrzali mu oboje w oczy, chcąc z nich wyczytać co myśli.
W progu Sobiejucha się odezwał:
— A! miłościwy panie nasz! — szczęście się wam śmieje! — Królewicz Bolko przyciśnięty pomocy żąda, szalonyby był ktoby mu ją dał. Gdy nieprzyjaciel tonie, głupi rękę wyciąga!
Królewicz popatrzał nań tylko, gdy Greta w sieniach już nań następowała. Niemka zmieniła się tu w dobrym bycie i próżnowaniu, królując i czyniąc co chciała po swéj myśli. O piękność swą mniéj była dbałą, wiedząc że Zbigniewa zawsze przy sobie utrzymać potrafi. Roztyła się, postarzała, a choć świeciło jeszcze na twarzy trochę wdzięku, resztka młodości, więcéj w nich było bezwstydu niż uroku. Poczynała sobie z królewiczem śmiało, bo inaczéj brał górę i tylko zuchwalstwem wygrywała. Wbiegła za nim do izby i gdy siadł zmęczony, uderzyła go po ramieniu, wołając.
— A co! przyszła pora! — Nie ruszajcież się! Niech ginie Bolko, wam przyjdzie całe królestwo! — niech ginie zuchwały dzieciak! — niech ginie!
Powtarzała nogą bijąc i rękami.
Zbigniew siedział pogrążony, jakby nie słyszał i nie słuchał.
Wkońcu go to coraz głośniejsze szczebiotanie zniecierpliwiło, odwrócił się zmarszczony i rzekł ostro:
— E! ty sroko niemiecka! — a do kądzieli i do krosien! — Co ci do tego co ja mam poczynać!
Niemka oburzyła się, jak ukropem oblana skoczyła, oczy się jéj rozszérzyły, udała śmiech, chcąc nim pokryć złość.
— Cóż? źle radzę! — krzyknęła, czy mi już mówić nie wolno?
W tém stojący na czatach Marko się przybliżył.
— Wasza miłość pewnie, sami wiecie najlepiéj co czynić, nikt tu z nas rozumu takiego nie ma, aby śmiał radzić — Toć to zresztą rzecz jak na dłoni jasna, że tego ratować co jutro wygnać może — byłoby szaleństwem. Bolkowi się panowania chciało nad miarę, niechaj ginie... Waszéj miłości dostanie się całe królestwo...
Zbigniew był pogrążony, namowy te i kuszenia, obiły się o niego nie poruszając wcale. Obrócił się do Sobiejuchy:
— Ludzi kazać zwołać ile ich jest! — do koni! żywo. Dwór, drużyna, pułki, kto żyw, niech się zbierają, w pochód przed wieczorem!
Słyszysz! — niech w rogi uderzą!
Marko stał uszom niedowierzając.
— Słyszysz! — powtórzył zapalczywie królewicz. Słyszysz co mówiłem! — zwoływać ludzi! w pochód!
Greta dawała znaki Markowi, aby ją z nim samą zostawił, Sobiejucha nie ustępował.
Po chwili rzekł pokornie:
— Ja uszom nie wierzę, — wasza miłość nie możecie tam iść, — po co my tam? Nie będzie czasu zebrać pułków wszystkich, a z tą garścią, która tu jest, co pomożemy! — Czekać aż się wszyscy ściągną, będzie zapóźno.
Królewicz się namarszczył.
— Tyś tu księciem i wodzem czy ja? — wybuchnął idąc ku niemu groźnie.
Uląkł się Sobiejucha, ale stał, gdy śmiała dziewczyna za połę sukni pochwyciwszy Zbigniewa pociągnęła go mruczącego jeszcze do drugiej izby, tu dlań stół był zastawiony, bo przede mszą nie jadł królewicz.
Posadziła go za stół, polewkę mu z wina podsunęła, mięso z misą odkryła, chleb poczęła krajać. Zbigniew siadł milczący, lecz do jedzenia mało okazywał ochoty, patrzał oczyma osłupiałemi na stół i nieruchomy dumał. Greta niespokojnemi oczyma go ścigała, udawała łagodną, zmuszała się do uśmiechu.
— Jedzcie no, jedzcie! — poczęła, — człowiek póki głodny, nie ma do niczego siły, potém pomyślicie! Czas na to jest. Jedzcie i pijcie, na zdrowie wam. Dobrze wam u siebie w domu, spokojnie, jest dla wszystkich dostatek — a tu wywołują i ciągną na biedę! — Cudzéj sprawy bronić!
Rada była wywołać słowo, Zbigniew uparcie milczał — rzucił potém nóż, który już był wziął w rękę, z siedzenia się zerwał i poszedł ku oknu.
Właśnie podworcem szedł jeden z sotników, tak spokojnym krokiem powolnym jakby się nic nie stało na świecie. Zobaczywszy go książe krzyknął:
— Psubraty! — Co jedziesz na żółwiu! — a za ci niewiadomo rozkazanie! — Wszyscy ludzie do koni, kto żyw! — Ruszaj, biegnij, wołaj! W rogi niech trąbią, aby konie z paszy wracały. Idź.
Sotnik stał zdumiony.
— Na koń siadaj, leć na podzamcze, do obozu, po szopach! — ludzie na koń!.. — A nu!
Powtórzony rozkaz usłyszawszy, sotnik się zerwał i kopnął co prędzéj ku szopom. W tém we drzwi wszedł Marko czerwony z gniewu.
— Miłościwy królewiczu! — zawołał, do nóg waszych się kładnę! — nie czyńcie tego! — nie godzi się wam iść! Sami przeciwko sobie idziecie? — To nie może być!
Greta milczała.
Zbigniew, który złym będąc aż do wściekłości szalał, kłaniającego się nogą potrącił.
— Idź na wskroś ziemi! — trutniu! — krzyknął co ty mnie, mnie będziesz uczył rozumu!
Sobiejucha, choć spodlony, tą zniewagą uczynioną przy niewieście uczuł się dotknięty.
— Jam przecież nie człek niewolny, aby mnie nogami kopano! — zawołał.
— Sługa mój jesteś! w największym gniewie wrzasnął Zbigniew — do ciemnicy z nim!!
Zbladła Greta stała ręce złożywszy, Marko jak zdrętwiały nie poznawał pana — milczał.
Po chwilce gdy się jąkając chciał coś odezwać, Zbigniew milczeć mu nakazał.
— Precz mi z oczów! — Hurki wołać — rzekł miotając się.
Hurko był oprawcą i stróżem przy ciemnicy.
Na hałas w izbie poczęli się zbiegać komornicy. Zbigniew im wskazał Marka.
— Do kuny go wsadzić! — do ciemnicy, do kłody — wołał książe — Hurko do mnie!
Nim Marko miał czas słowo przemówić, komornicy, którym był dojadł, pana widząc rozgniewanego, pochwycili go, i opierającego się, na rękach niemal precz wynieśli.
W miejsce Sobiejuchy zawołany tysiącznik, człek prosty a posłuszny ślepo, który służył tylko aby żyć i zarabiać wojną na łupach a czasu pokoju na ludziach, których wodził — dostał rozkaz zbierać co żyło i w gotowości być przed wieczorem.
Dopiero rozporządziwszy tak Zbigniew spojrzał na stół, na kubek i misy i siadł do śniadania. Greta, widząc go tak zapalonym, odzywać się nie śmiała. Wiedziała że burzę trzeba przeczekać i zajść z innéj strony. Podsunęła mu dzbanek z winem, nalała kubek... Królewicz począł gwałtownie spiesząc jadło chwytać i szybko popijać. Pilno mu było. Greta czekała i patrzała na pozór spokojna.
Dopiero gdy mu się lice zarumieniło od napoju, odezwała się płaczliwie.
— A! a! trzeba mi pana z którym tak dobrze było — tracić!! Kto wie co będzie z téj wyprawy! Drżę myśląc. Ludzi mało macie. Posłaniec mówił że przeciwko wojewodzie was wołają, a Sieciech ma tysiące! — O mój Boże miły! byle mi pana mojego nie zabili, nie ranili. Co ja pocznę, nieszczęśliwa sierota! — co ja pocznę!
Zasłoniła twarz chustą i fartuchem, bo płakać jéj było potrzeba.
Spojrzał Zbigniew, który miał już czas poznać ją lepiéj i ramionami strząsnął pogardliwie.
— Ej ty! — zawołał — nie myśl że mnie odurzysz albo nastraszysz! — Idź lepiéj, suknie i odzież gotuj dla mnie, pilnuj niech sakwy wiążą!
Greta ciągle płacząca, zbliżyła się z twarzą na pół zakrytą.
— A! wam — przebąknęła, — wam się zdaje, że na Sieciecha iść, choćby we dwu na jednego, mało znaczy! Wojewodzie wy nie uczynicie nic! Z nim wam albo razem iść, albo od niego ginąć. On tu pan.
— A tego właśnie ja nie chcę żeby on tu był panem! — zawołał Zbigniew.
Greta nieśmiało rączkę mu położyła na ramieniu, poczynając go głaskać i podpieszczać.
— Po cóż wam samym iść! — szepnęła, poślijcie z lichem, gdy chcecie, Król się na was rozsierdzi, Sieciech mścić się będzie.
Milczał Zbigniew i te niewieście fortele nie pomagały.
Na podwórcach tętnieć zaczynało. Odzywały się rogi, nawoływali się ludzie, pędzono konie z bliższych łąk, biegli żołnierze znosząc zbroję i wlokąc oszczepy. Dowódzcy krzyczeli, ruch coraz większy się zrywał. Greta nie wiedziała już co daléj poczynać.
— Wy Bolkowi wierzycie — rzekła w końcu. Któż to wiedzieć może czy to nie zasadzka, nie zdrada? — Może na was zastawione sidła?
— Magnus jest z nim, — nie może to być — odparł Zbigniew.
— O! Magnus, — gniewnie poczęła niemka — taki dobry jak Bolko, jak oni wszyscy. Wy sobie sami kamień do szyi przywiązujecie! — Mówiła długo jeszcze, ale książe zdawał się jéj nie słuchać.
Zjadłszy, wyjrzał oknem na komorników — zawołał i wyszedł z izby, zostawując ją zaperzoną, nieprzytomną prawie z bezsilnego gniewu. Za wychodzącym podniosła dwie pięści zaciśnięte, zakręciła się i do swéj izby pobiegła.
Nie było już sposobu powstrzymać go. Marko siedział w ciemnicy, Gretę przepędzono, w podwórcach ludzie się gromadzili, nowe oddziały z okolicznych gródków przybywały, ale w tak prędkim czasie nad kilkaset głów zebrać nie było podobna.
Najgorzéj na swej wierności Sieciechowi wyszedł Sobiejucha, któremu pozostać zamkniętemu na cały czas niebytności pańskiéj, nie korzystać z wyprawy, stracić zaskarbioną łaskę tak niespodzianie, było klęską straszną.
Jednego ze stróżów wysłał do Zbigniewa, prosząc pokornie o uwolnienie, ofiarując się iść gdzie mu każą, — a książe rozśmiał się złośliwie i przykazał tylko z ciemnicy do izby przeprowadzić, a w niéj go trzymać do powrotu o chlebie i wodzie, aby się pana szanować nauczył. Nie pomogły ponawiane błagania i prośby innych sług, królewicz śmiał się szydersko, czyniło mu to rozrywkę, że mógł nieco uzuchwalonego poskromić.
Przy pożegnaniu Greta się za nim także wstawiać próbowała, Zbigniew się jéj w oczy popatrzył i rzekł przez zęby.
— Młodszego sobie znajdziesz!
Tem ją do milczenia zmusił.
Ku wieczorowi pan, dwór i oddziały były w gotowości, drużyna przybrana cudacko, Zbigniew pierwszy raz występujący rycersko i z wielką ochotą. Nie omieszkał nakazać aby wyciągając z zamku w rogi dęto i śpiewano.
Szedł królewicz nie kryjąc się z tém, że wyprawa była mu po myśli. Obalenie wojewody Sieciecha, znaczyło dlań wiele, nie obawiał się nikogo prócz niego. Znał jego rozum, przewagę nad królem, siłę w kraju; wolał ażeby mu pozostał młody Bolko, którego się chytrością i podstępem pozbyć spodziewał. Dlatego chętnie usłuchał arcybiskupa, nie dał się powstrzymać nikomu i wyjechawszy z Gniezna, kazał iść na wprost lasami, dopókiby konie spoczynku nie potrzebowały.
Przewodnicy spędzeni z osad, wiedli na Wrocław z największym pośpiechem.
Tu przygotowania wojenne nie ustawały; Szlązacy, część Krakowian Sieciechowi i rodowi jego przeciwnych, ściągali się zbrojni do zamku. Ludzi zbierano zkąd tylko wziąć ich było można — pułki Strzegonia, zmieniwszy starszyznę w części przeciągnięto dla królewicza, Magnus czynny słał na wszystkie strony, pomagał biskup, a z nim i duchowieństwo całe, bez którego nicby się uczynić nie dało. Gród starano się na wszelki wypadek umocnić.
Wysłani szpiegowie na granicę, potwierdzili to, że u Czechów nikt się nie myślał nawet na Polskę sposobić.
Gdy Zbigniew po przyspieszonym pochodzie stanął pod zamkiem z ludźmi swemi, Magnus i Bolko gotowi byli nietylko się bronić w miejscu, ale wyruszyć przeciwko Sieciechowi, nie czekając na niego.
Dochodziły wieści z Płocka, że wielki wojewoda rąk téż nie opuszczał i zabrawszy chorego króla, pościągawszy wojsko ile go mógł znaleźć, szedł już na spotkanie królewiczów, bo mu oznajmiono że i Zbigniew pojechał się z Bolkiem połączyć.
Nie było czasu do stracenia, Magnus oblężenia w mieście rad był uniknąć.
Dwaj bracia powitali się w bramie, jakby najczulsza miłość ich łączyła.
Ze strony Bolka uczucie było szczére, wdzięcznym się czuł bratu za to, że w pomoc mu przybywał. Rzucił się na szyję Zbigniewowi i ująwszy się za ręce, przeprowadzani przez tłum Szlązaków, wśród okrzyków szli na zamek.
Znowu w téj wielkiéj izbie, pamiętnéj Zbigniewowi, po pierwszém wyjściu z klasztoru, powtórzyła się tłumna i wrzawliwa narada z panami Wrocławiany i Szlązakami, ze starszyzną wojskową, ze wszystkiemi co przeciw Sieciechowi iść się gotowali.
Bolko dał głos starszemu, który łatwiejszą i obfitszą miał wymowę, a umiał to okazać że nie przeciwko ojcu oręż podnosili, lecz w obronie króla, na wspólnego wroga.
Okrzyknęli wszyscy:
— Idźcie! my z wami! — dosyć panowania wielkiego wojewody! — precz ze zdrajcą!
Wprost z izby, Zbigniewa zdawszy na ręce Magnusa, Bolko pośpieszył do swoich oddziałów do drużyny, sposobiąc się ze zwykłą gorącością na tą wyprawę, w któréj widział tylko upragnioną wojnę.
Pomimo że wszystko zdawało się gotowém, z największym przysposabiając się pośpiechem, Bolko nim Zbigniewa doczekał, nim zebrał ludzi, tygodnie upłynęły. Chociaż nie szybko naówczas przez wielkie obszary puste i lasy wieści przechodziły po kraju, po chatach, osadach, miastach, wszędzie już wiedziano o tém, iż synowie oba z wojskami się przeciwko ojcu przysposabiali.
Przyjaciele Sieciecha obwoływali — dzieci się podniosły przeciwko rodzicowi własnemu.
Nieprzyjaźni wojewodzie głosili że chciał syna królewskiego zgubić i zabójców nań nasadził.
Brali jedni stronę Sieciecha, drudzy królewiczów. Duchowieństwo różnie było usposobione, ale znaczniejsza część otwarcie lub tajemnie szła za arcybiskupem, przeciwko wojewodzie.
Dnia jednego wreszcie, gdy już coraz bliżéj o nadciągającym Sieciechu słychać było, pułki połączone Bolka i Zbigniewa ruszyły z Wrocławia, przy wielkiem zbiegowisku ludu, z Magnusem razem ku Żarnowcowi, dokąd i królewskie siły zmierzać miały.
Gdy już wyciągać przyszło a miasto opuszczać, Bolko pobożniejszy, z konia przed kościołem zsiadł aby od kapłana wziąć błogosławieństwo. Zbigniew jechał tak obojętny jakby na wilki się wybrał lub na dzikich Pomorców — w duszy młodszego dziecka, kochającego ojca, rodził się niepokój, azali nie było ciężkim grzechem, z orężem występować przeciwko niemu.
W ostatniéj godzinie myśl ta gryzła go mocno. Gdy Ojciec Tyburcy wyszedł na próg ze święconą wodą i krzyżem, aby im pobłogosławić, Bolko przypadł doń tak poruszony, że staremu łza się zakręciła w oku.
— Ojcze! — odezwał się — błogosławcie, ale proście Boga aby się ta wojna nieszczęsna bez krwi rozlewu skończyła. Ojca naszego, króla ujął zdrajca i przeciwko nam prowadzi! Idziemy, zmuszeni jesteśmy iść przeciw rodzicowi własnemu.
— Starcowi łez, sobie zgryzot oszczędźcie — odezwał się O. Tyburcy. — Jeżeli zgoda możliwa, jednajcie się.
Niech Bóg prowadzi i błogosławi a da pokój i zgodę między pany chrześciańskiemi.
Z temi wyrazy pocieszającemi Bolko siadł na koń, wojska już przodem wyciągały milczące. Zbigniew jechał wesół, szyderski, choć dokoła miał zasępione czoła i ludzi niespokojnych a frasobliwych.
Z jednéj strony dzieci, z drugiéj król, Ojciec, z obu wojsko jednéj ziemi, bracia i powinowaci. Każdemu na myśli było, iż własną krew przelewać będzie. Przeklinano człowieka, który ten rozdział uczynił i nieszczęścia był przyczyną.
Im daléj wojska się posuwały ku Żarnowcowi, tém w Bolku rósł niepokój. Z drogi już chciał przodem do króla słać, ale nikt się na to poselstwo nie ofiarował. Znane w wielu razach Sieciecha okrucieństwo odstraszało, przewrotność jego o skutku wątpić kazała.
Już byli o półtora dnia drogi od Wrocławia, gdy nie znajdując nikogo coby do króla chciał jechać, Bolko, z Magnusem się naradziwszy, wyprawił do Wrocławia nazad, aby O. Tyburcego uproszono i przywieziono go. A że drogi po długich deszczach rozkisłe były, zatrzymano się spocząć i obozowano, pókiby staruszek nie przybył.
Duchownemu przystawało najlepiéj być pośrednikiem do układów.
Zbigniew nie wiedział o niczém, gdyż zgody żadnéj nie pragnął. Powtarzał ciągle jedno, że Sieciecha precz wygnać trzeba, albo mu głowę wziąć, iż śmiał stawać między ojcem a dziećmi.
Wielu zapalczywych mu wtórowało, o królu zresztą, jakby go na świecie nie było, nikt nie myślał, wiedziano, że narzędziem stał się posłuszném.
Drugiego dnia wezwany staruszek przybył do obozu, Magnus go niemal po niewoli zabrać polecił, jechał więc mniéj wesół, niż zwykle...
Dopiéro gdy go z konia zsadzano, Zbigniew zobaczył księdza i pytał:
— Cóż to tu ten stary klecha ma robić i po co on nam potrzebny!
— Potrzebny jest, — rzekł Bolko, aby się swoja krew nie lała. Poślemy go do króla ojca, niech Sieciecha od siebie odegna precz, a wojny nie będzie.
Zbigniew pomyślał i zamruczał szydersko:
— Król tego nie uczyni, bez swojego kochanka się nie obejdzie. Wojna musi być, na gardło mu nasiąść trzeba, inaczéj spokoju nie będziemy mieć nigdy.
Nie chciał się z nim sprzeczać, ani Magnus, ni brat, swoje czynili.
Wysłani za językiem donieśli tego dnia, że król i wojsko Sieciechowe pod Żarnowiec się już ściągało.
— Pójdziemy i my ku nim — rzekł Zbigniew.
— A niżeli pójdziemy my — odparł Bolko, — niech Ojciec Tyburcy jedzie ze słowem pokoju, niech powie, że nie na ojca ani na króla godzimy, ale na zdrajcę, który pokój mąci i gubić nas chce.
Niech Sieciecha oddali.
Nie sprzeciwiał się Zbigniew, ale na stronie wyszydzał te próby.
— Próbujcie — mówił, — ja nie przystanę na nic, dopóki wojewoda na téj ziemi choć jedną stopą stać będzie.
Z małym, skromnym orszakiem, danym mu dla bezpieczeństwa, wyjechał Ojciec Tyburcy przodem ku Żarnowcowi. Obóz téż ruszywszy się po spoczynku, wolniejszym pochodem za nim się posuwał.
Choć lud to był rycerski, ochotny do boju, posłuszny, widzieli wszyscy że ociągając się i nie sporo szedł na tę wojnę. Począwszy od Bolka do ostatniego z ciurów, nikomu ona miłą nie była, a wielu straszną się wydawała i bezbożną. Każdy to w pamięci miał, że gdyby przyszło do walki stanąłby przeciw druhom, z któremi nieraz pił, jadł i legał po obozach, — myślał każdy, że ręka mu zadrży i opadnie, gdy ją na jednego ze swoich podniesie. Ani śpiewów, ani okrzyków, ani raźnego ducha nie było — posępnie się wlokło wojsko, wzdychali ludzie, wielu przeklinało.
Można było przewidywać że wielu rzuci oszczepy, gdy je przyjdzie broczyć we krwi własnéj, jednego Sieciecha, gdyby się im w ręce dostał, niktby pewnie nie żywił i nie miał nad nim litości.
Rachowano, że ojciec Tyburcy powróci nim do Żarnowca dociągną. Tak się téż stało. Drugiego dnia ujrzeli zmęczonego i obmokłego staruszka, którego obok na koniu jadący pacholik podtrzymywać musiał, a inny mu konia za uzdę prowadził, bo nim sam O. Tyburcy nie mógł kierować. Zaledwie się pokazał zdala, poskoczyli ku niemu Bolko, Zbigniew i Magnus. Zdjęto go z konia i posadzono pod drzewem aby odpoczął; obstąpiła starszyzna.
— Cóż król? — co Sieciech? — Jak poselstwo przyjęto? — zarzucono pytaniami.
— Król? — król płacze, — odpowiedział staruszek, — nie mówi nic, ręce łamie — Sieciech za nim stoi, Sieciech za niego odpowiada, Sieciech tam jeden jest, reszta nie waży nic.
Sprawiłem poselstwo. Król sam nierychło mi dał podyktowaną sobie odpowiedź, że oszczerstwo żywe jest co o wojewody zdradzie i przeniewierstwie ludzie głoszą, że bez niego on żyć ani być nie może, nie chce, że go nie porzuci, ani się go wyrzecze.
Usłyszawszy tą odpowiedź zamilkli wszyscy. Nie było więc ratunku, wojna się stawała nieuniknioną. Załamywali ręce pocichu wodze i żołnierze. Ociągać się nie było już powodu, Magnus dodawał serca.
— Cofać się nam zapóźno — rzekł — trzeba ginąć lub na swém postawić. Sieciech nam nie przebaczy nigdy.
Dano hasło do ciągnienia, wojska ruszyły znowu takim pochodem żałobnym jak szły wprzódy. Już i Pilica była blizko, a gdy z lasów pierwsze się oddziały wysunęły, a zamek okazał nad wielkim stawem usadowiony, wodami oblany, Bolko wskazał u brzegów rozłożone szeroko namioty białe, stada koni, ogniska i chorągwie powiewające nad niemi. Królewski obóz w niewielkiéj znajdował się odległości, tak, że uciszywszy się, głosy i gwary od niego dochodzące posłyszeć było można.
Magnus w odległości takiéj, aby się z sobą ludzie stykać nie mogli i zdrady nie knowali, wojsku pod lasem położyć się kazał. Stanęły dwa zastępy oko w oko przeciwko sobie.
Królewski obóz miał zamek, staw i groble, o które się opierał, królewicze jeno las poza sobą, z którego się wydobyli. W milczeniu poczęto się rozkładać na równinie, a namioty tak rozwinięto, aby Sieciechowi zdać się mogło, iż wojsko liczniejsze było niż w istocie mieli.
Słońce zachodziło, gdy Szlązacy i Krakowianie położyli się i ogniska rozpalać zaczęto. W drodze wyraźne milczenie i smutek, tu się jeszcze stały bardziéj uderzającemi; ludzie pocichu legli na ziemi spoczywać, jakby z niéj wstać nie mieli.
Bolko nawet zapał wojenny utracił, Magnus siedział ponury, Zbigniew za wszystkich poruszał się, szydził i odgrażał.
Już się ku nocy brało, gdy spostrzeżono ludzi kilku od Żarnowca groblą jadących na koniach, którzy gałęźmi zielonemi wiewali nad sobą i w róg przed niemi trąbiono.
Magnus i Bolko, którzy konie zawsze mieli gotowe, skoczyli na nie i wybiegli przeciwko poselstwu temu. Na kilkadziesiąt kroków przybliżywszy się, poznali O. Lamberta z kilką komornikami królewskiemi, jadącego ku nim powoli. Stanęli na łące, a Bolko z konia zsiadł, aby księdza pozdrowić.
Kapelan królewski z twarzą jechał tak bolesną i zachmurzoną, iż zrazu słowa dobyć z niego nie było można. Poselstwo mu to ciężyło, rozwarł ręce szeroko i zawołał.
— Upamiętajcie się! Co czynicie! Azali dzieciom przeciwko ojcu iść się godzi.
Nie dając Bolkowi słowa odpowiedzieć, Magnus wojewoda podchwycił śpiesznie.
— Nie przeciwko królowi, ani przeciw ojcu idziemy, ale przeciw Sieciechowi! Nie złożym oręża aż pójdzie precz ten, który królewską władzę sobie przywłaszczył i na życie królewskich dzieci godził.
— Oszczerstwo jest! — zawołał z oburzeniem O. Lambert.
Magnus wnet zwrócił się powołując ku sobie opodal stojącego Strzegonia, którego zobaczył szczęściem w chwili, gdy mu był najpotrzebniejszy.
Rozmowa się przerwała, aż stary nadbiegł konno i na zawołanie się stawił.
— Mów — odezwał się Magnus — świadcz o prawdzie. Nie nakazano ci, nie zapłacono ciebie i innych, abyście królewicza na zasadzkę prowadzili.
— Tak jest — począł stary w piersi się bijąc — tak jest, Boże mi dopomóż, gotówem to poprzysiądz w kościele. Oprócz mnie niech wezwani zostaną do przysięgi i na sąd Boży Halka, Strzepa i Zabój Żelazny. Nie chcę gubić duszy, prawdę powiem, choćbym cierpieć za nią miał!
O. Lambert spójrzał przerażony, spuścił głowę i zamilkł.
Zbliżył się ku niemu Bolko.
— Ojcze mój — rzekł — znacie mnie zdawna, że ojca miłuję a życie zań dać byłbym gotowy. Nie przeciwko ojcu idę, ale dla wyzwolenia go z rąk złego człowieka. Sieciecha niech odegna precz, z nim zgody nie ma! Zdrajcą jest!
O. Lambert długo wyrazu nie mógł znaleść na odpowiedź, aż się cicho odezwał:
— Stójcież obozem jak stoicie, nie ruszajcie się, niech się krew nie leje napróżno. Jadę do króla...
— Cóż to pomoże? — przerwał Magnus. — Sieciech ze swych szpon na chwilę go nie wypuszcza. Nie uczynicie nic!
— Mnie to zostawcie — rzekł Lambert — nie podnoście oręża, póki jest najmniejsza nadzieja. Kto pierwszy krew przeleje bratobójstwa winien będzie.
— Stać więc mamy a czekać aż nas wojewoda otoczyć każe, wypatrzywszy miejsce i czas, naskoczy i wyrzeże? — zapytał gniewnie Magnus.
— Król tego nie dopuści — przerwał Lambert. — Czekajcie azali mnie i innym duchownym zgody się wymodlić nie uda.
— Weźcie z sobą O. Tyburcego — dodał Bolko — ten jest świadom wszystkiego i pomoże wam, a gdy się co stanie, wiadomość nam przyniesie.
Posłano po starego. Dwaj duchowni wkrótce razem się oddalili, do Żarnowca wracając.
W obozie czaty postawiono, surowo zakazując, aby u wodopoju w Pilicy, u stawu na łąkach, gdzieby się kolwiek przyszło spotkać z królewskiemi, nikt ani zaczepiać, ani wdawać z niemi się nie śmiał.
Magnus białe koły pozatykać kazał daleko, poza które przechodzić nikomu nie było wolno.
Z drugiéj téż strony nie kwapiono się do napaści, i tam panowała cisza. Noc padła na dwa obozy, w których tylko rozrzucone gdzieniegdzie ognie błyskały; noc, w czasie któréj ze starszyzny nikt, oprócz Zbigniewa, niebardzo się troszczącego o wojnę, nie zasnął.
Bolko, Magnus, półkowódzcy, starszyzna poprzypadała, ledwie hełmy pozrzucawszy, na ziemię, aby każdéj chwili gotową być ruszyć, jeżeli by ich w nocy napadnięto.
W zamku także świeciło przez noc całą, czaty chodziły z obu stron, okrzyki ich tylko słychać było, rżenie koni na pastwiskach i obozowych psów szczekanie, których każde wojsko, wiele za sobą prowadziło.
Długa jak wiek, czarna, posępna, smutna noc przeszła nareszcie, na brzask się zabierało, patrzano w stronę zamku, ani O. Tyburcy ani Lambert nie przybywali.
Rozwidniało, zarumienił się wschód, ukazało słońce, konie poić prowadzono i jadło warzyć dla ludzi, rozbudzili się wszyscy, a na grobli ciągle jeszcze pusto było i pusto — nikogo.


III.


Gdy się dzień wielki zrobił, Magnus wojsko objeżdżać począł, Bolko drużynę swą zbierał. Jawną zdawało się być rzeczą, iż się już zgoda nie sklei i gotować się trzeba było do walki. Starszyzna na łąkę przed obóz wybieżawszy, stała przypatrując się królewskim, licząc ich, poznając pułki, które gdzie stały i czekała.
Ojciec Tyburcy przynajmniéj co chwila wrócić był powinien, a i on się nie pokazywał.
W milczeniu ponastawiano kociołki, aby żołnierza podkarmić zawczasu, dzielono chleby; cisza i smutek, jak wczora, panowała w obozie.
Słońce się już było podniosło dobrze, gdy na haci przez moczary idącéj, ujrzano jezdnych. Bolko poznawszy O. Tyburcego po czapce, siadł na koń i ku niemu się puścił czwałem. Miał jeszcze jakąś nadzieję, że król ulituje się i przelewu krwi nie dopuści. Zdala zobaczywszy królewicza staruszek ręce podniósł do góry i zdawał się dobrego coś zwiastować.
Na głos przybieżawszy, Bolko posłyszał wołanie.
— Sieciech z częścią wojsk uszedł na zamek swój do Sieciechowa, nie ma go! Król czeka na was! przebaczyć gotów wszystko!
Tuż i Magnus, choć ciężki, dopędzał Bolka, obawiając się, aby bez niego młody pan, jak zwykle, nie uniósł się zbytnią serdecznością.
Usłyszawszy co ksiądz zwiastował, krzyknął wojewoda zdala.
— Z wojewodą więc rozbrat na wieki?
— Jużci go nie ma! do dnia odciągnął z obozu! — rzekł Tyburcy — opłakał go król. Co najrychléj spieszcie się panu pokłonić!
Chociaż bardzo się było można obawiać zdrady, ręczyło słowo kapłańskie za prawdę. Bolkowi dosyć tego było, natychmiast po Zbigniewa słał i po panów szlązkich a starszyznę, żeby do niego przybywała.
Na wieść o oddaleniu Sieciecha radość wielka wybuchła w obozie całym. Wołać zaczęto i wykrzykiwać. — Nie ma wojewody! musiał iść precz!
Zbiegli się starsi rozpytywać jak i kiedy uszedł Sieciech, i jak się to stać mogło.
O. Tyburcy opowiadał, że nocą widząc króla zachwianego, obawiając się, aby przy zgodzie z dziećmi nie ujęto go, Sieciech sam się zażądał oddalić, ze swemi wiernemi puszczając się nagle ku Wiśle i Sieciechowu.
Nie byłby pewnie ustąpił, gdyby duchowieństwo nie stanęło przeciw niemu i nie starało się króla nakłonić do zgody.
Co rychléj poczęli się gromadzić starsi z wojska, których Magnus prowadził. Bolko odżył, śmiała mu się twarz rozradowana. Zbigniew, który wprzódy niemal wesół był, teraz pochmurniał i mruczał gniewnie, ale się cofać sam jeden nie mógł.
Siadła zaraz na koń starszyzna, a na jéj czele królewicze oba z Magnusem. Dzień piękny i jasny przyświecał szczęśliwéj zgodzie.
Nie dojeżdżając do zamku, Bolko stanął i zawołał swojego Pruszynkę.
— Nie godzi się nam — zawołał — stawać przed ojcem z bronią, którąśmy przeciwko niemu podnieść byli zmuszeni, rozbrójmy się.
Zbigniew zakrzyknął z początku i słuchać o tém nie chciał, dopiero gdy młodszego zobaczył, przykład mu dającego z siebie, miecz odpiął i oddał słudze, przykazując go nieść za sobą.
Tak się milcząco ku zamkowi zbliżali. Ludu przy królu, oprócz dworu, nie pozostało wiele, znaczniejszą część wojska i to najlepszego Sieciech uprowadził z sobą.
Na zameczku lichym dość i ledwie ogrodzonym, który tylko głębokie ze cztérech stron przekopy broniły, cisza panowała straszna. Część dworu Władysława w podwórcu stojącą widać było. Zsiedli z koni królewicze, Magnus, starszyzna i pieszo się udali ku panu.
Do izby królewskiéj synów naprzód samych puszczono.
Smutny widok oczy ich uderzył, gdy drzwi się otwarły przed niemi. Król chory leżał na lichém dosyć posłaniu na ziemi, blady, dysząc ciężko, zmieniony dziwnie, bo zwykle dobrotliwy i powolny, zdał się być gniewnym i z bólu prawie nieprzytomnym.
Drgnął usłyszawszy otwierające się drzwi, podniósł głowę i zobaczywszy synów, opuścił ją na posłanie zamykając powieki, jakby na nich patrzeć nie chciał. Twarz, którą Bolko znał tak dobrze uśmiechającą mu się zawsze z wyrazem czułości i dobroci, była jakby przestraszona i napiętnowana cierpieniem. Blade ręce wystające z pod kożucha, którym był okryty rzucały się i drgały konwulsyjnie.
Bolek pierwszy przypadł do nóg ojcowskich, nie ujął go jak zawsze, nie uścisnął, zbył obojętném milczeniem bezwładném. Surowiéj jeszcze popatrzał na Zbigniewa. Oba poczęli się korzyć przed ojcem, a starszy rzekł.
— Ojcze miłościwy, nie obwiniaj nas, żalu nie miej, mamy świadki jawne, które poprzysięgną, że zdrada knowaną była. Sieciech na królestwo twe godził, dlatego nam życie chciał odebrać.
Napróżno czekali odpowiedzi, potrząsnął tylko głową milcząc król.
Dopiero gdy przez okno zobaczył cisnących się panów szlązkich i Krakowian, których Magnus z sobą prowadził, jakby się ich uląkł, bełkotać coś począł. Ponieważ ci co na króla czekali w ciasnéj izbie pomieścićby się byli nie mogli, król skinął na komorników, aby mu rękę podali i z synami razem wystąpił do przedsienia, zgarbiony, z głową zwieszoną, jakby zawstydzon był i upokorzony.
Na widok tego schorzałego starca drżącego, wszyscy odkryli głowy, a Magnus się przybliżył ku niemu.
Rozpoczął mowę do króla, w któréj gdy zdrady, uciski, przekupstwa i tyranię wojewody opowiadał, otaczający przerywać, wołać, pokrzykiwać jęli ze wszech stron. Króla przeraziło to widocznie, pobladł, powiódł oczyma i co podniósł głowę, to ją spuszczać musiał, jakby przestraszony tém hukaniem i głosami.
Słowa z niego dobyć nie mógł nikt. Synom nie dawał przebaczenia, panom przyzwolenia na nic; oczyma osowiałemi wodził po zgromadzeniu, na wszystko przystając, nie pożądając nic. Zacięte usta, brew namarszczona, czoło sfałdowane okazywały, że dusza się jeszcze nie uspokoiła, że uległ sile, lecz przekonań swoich nie zmienił.
Napróżno Bolko i Magnus odzywali się doń kilkakrotnie, wywołując choćby słowo — milczał.
Bolko go całował po rękach, cofał mu dłonie i chował je przed nim, na zapytania nalegające, głową obojętnie potrząsał... Usta mu się poruszały czasem, głos z nich nie wychodził.
Wrzawa i mowa Magnusa nieprzerywana, trwająca w podwórcu czas dosyć długi, znużyły w końcu króla tak, iż się już ledwie na nogach mógł utrzymać, komornicy zaprowadzili go do łoża, albo raczéj na rękach zanieśli.
Tymczasem oba wojska pod zamkiem się połączyły, starszyzna zeszła obradując co daléj czynić przystało.
Magnus pierwszy rzekł.
— Zdrajca pociągnął do Sieciechowa, tak twierdzą wszyscy, dopóki on na téj ziemi, pokoju w niéj nie będzie. Ścigać go musimy i iść za nim, póki nie wyżeniem precz.
Zgodnie zaczęto wołać. — Do Sieciechowa! na Sieciechów!
Wołanie to tak było głośne, iż się obiło o uszy króla, przy którym był O. Lambert.
— Czego oni chcą? co to za krzyki? Sieciechów? co oni mówią? — odezwał się niespokojny.
— Na Sieciechów ciągnąć pono wybierają się, aby go oblegać — odparł kapelan.
Zadumał się król mocno, ale nie powiedział więcéj nic. Był znów jakby bezmyślny i bezwładny. Sam pozostawszy albo sobie modlitwy czytać kazał, albo głowę zanurzywszy w dłonie siedział milczący, i łzy mu się toczyły po twarzy.
Bolko, którego tak kochał dawniéj, uścisku u niego nie mógł wyprosić, spoglądał nań ukradkiem, ale dawne objawy czułości ojcowskiéj nie powracały.
Tak samo jak wprzódy rozkazywał mu Sieciech, teraz Magnus, synowie i starszyzna czyniła co chciała.
Cały ten dzień zszedł na przygotowaniach do wyprawy na Sieciechów, która postanowioną została. Oznajmiono królowi, iż nazajutrz rano ciągnąć potrzeba; nie sprzeciwił się, szepnął tylko O. Lambertowi, aby o świcie ze mszą był gotowy.
Do dnia połączone siły ruszyły naprzód z pod Żarnowca, króla wsadzono na konia, a dwór cały, O. Lambert, Magnus, synowie kołem go otoczyli. Dnia tego i następnych nie zmieniło się prawie w królu to milczenie i zanurzenie w sobie.
Dopiero gdy Wisła się ukazała, a za nią na przeciwnym brzegu mury Opactwa Sieciechowskiego i zamku, król drgnął żywiéj, poruszył się, otaczający go ujrzeli jakby promyk jaśniejszy na twarzy jego.
Od ludzi pochwyconych na pastwiskach dowiedziano się zawczasu, iż wojewoda z całą siłą swą do zamku swego się schronił, a wojska do obrony miał podostatkiem.
Bolko znów już czuł tylko i widział przed sobą to, co najwięcéj mu było upodobaném — wojnę; dla walki zapomniał o wszystkiém, biegał po szeregach i pierwszy z drużyną swą, wyprzedzając innych, poskoczył ku brzegowi rzeki, która od zamku dzieliła, aby przeprawę i bród opatrzeć.
Zamek silnie był opasany wałami, tynami, przekopy, Wisła tuż pod nim płynęła szeroka i do przebycia niełatwa. Brodów, dawniéj pozatykanych, teraz trzeba było szukać dla przeprawy, a czółen ani promu po téj stronie nie było. Poniżéj i powyżéj zamczyska musiano ludzi słać, aby próbowali, gdzie najmniejsza była głębina.
Przeprawiwszy się wreszcie zamek niełatwo zdobyć było, oblegać go musiano. Wojewoda ostrożny we wszelki zapas opatrzył gniazdo swoje, które długo bronić się mogło. Na wałach widać było lud mnogi, zbrojnych rycerzy, a między niemi i czarne suknie benedyktynów.
Nim coś postanowiono o przeprawie, obozem z téj strony Wisły położyć się musiano, obrawszy miejsce suche i nieco wznioślejsze dla rozbicia namiotów. Cieszyli się wszyscy, że król tego dnia gdy się go najsmutniejszym widzieć lękali, do siebie przychodzić poczynał. Nie był już tak w sobie pogrążonym i milczącym.
Przodem wysłana czeladź królewska u samego niemal brzegu Wisły namioty pańskie rozbiła. Nie zdało się to dobrém Magnusowi dla chłodu od rzeki i wilgoci, chciał je kazać cofnąć nieco na suchszy pagórek opodal, ale przybywający Władysław ręką dał znać, iż chce tu pozostać.
Przypisano to znużeniu i chęci prędszego spoczynku, a że poraz pierwszy niemal wolę jakąś objawił, poszanowano ją.
Mrok już padał, gdy się oddziały rozkładać poczęły, Bolko i Magnus, wyręczając w tém o nic się nietroszczącego Zbigniewa, posłali natychmiast ludzi brodów szukać, drzewo sposobić, tratwy zbijać, aby nazajutrz począć przez rzekę przeprawę.
Bolko późno już wśliznął się do ojcowskiego namiotu i uradował się wielce, znalazłszy go nie siedzącym i zadumanym, jak tych dni ciągle bywało, lecz przechadzającym się z twarzą rozjaśnioną. Zobaczywszy syna stanął król, drgnął i jak pochwycony na uczynku, spuściwszy oczy powlókł się na swe siedzenie.
Słowa już z niego dobyć nie było podobna. Widząc zaś, że Bolko zabiera się dłużéj przy nim pozostać, po chwili król wskazał mu przez otwór namiotu niebo czarne, gdyż noc się stała ciemną bardzo i zamruczał.
— Noc, noc, dajcie mi spocząć! Potrzebuję odpoczynku.
Zimną rękę ojcowską ucałowawszy, cofnął się Bolko.
Namiot dla niego opodal trochę od królewskiego rozbito. Zbigniew ze swemi stał téż w téj stronie. Ludzie pomęczeni wszyscy spiesznym pochodem, wcześnie się na spoczynek zabierali.
Zrzucił Bolko zbroję i ciężką odzież, drużynę spać odprawił, sam też wesoło zabrał się na posłanie oczekujące nań, nakazawszy Pruszynce, który u wnijścia sypiał, aby go zbudził jak na brzask, o świcie.
Cisza coraz większa objęła wkrótce obóz cały; w Sieciechowie też światła gasnąć poczynały na zamku; jedno tylko jakieś czerwonawe na górnéj połaci, niby lampa u obrazu płonęło jasno.
Czarna noc, wilgotna, chmurna, o krok prawie nic widzieć nie dozwalała. Po znużeniu twardym snem usnęli wszyscy.
Krzyk i wrzawa zbudziły Bolka nagle. Pruszynka się porwał, schwycił królewicz, wprost biegnąc do zbroi i miecza, bo sądził, że Sieciechowi żołnierze na czółnach się podkradli i na obóz napadają. W tém Magnus wpadł w opończy jednéj, z głową nienakrytą, zdyszany.
— Król! — krzyknął — król!
Nie mógł wymówić więcéj, zatamowanym, głuchym głosem powtarzał.
— Król!
Struchlał ze strachu Bolko, porwał się biedz, wstrzymał go Magnus.
— Króla nie ma! Król uszedł do Sieciechowa!!
Wiadomość ta była tak niespodziana i dziwna, że Bolko jéj wierzyć nie chciał, jak stał wybiegł ku królewskiemu namiotowi.
Widok był straszny, resztę ludzi królewskich, którzy pozostali, jęczących, klękających, wypraszających się, wiązano i bito.
Namiot dokoła oblegała starszyzna wściekła z gniewu, obrywając z niego płótna, krzycząc i odgrażając się. Napróżno komornicy króla zaklinali się, iż o ucieczce nic nie wiedzieli, słuchać ich, wierzyć im nie chciano. Zbigniew chwyciwszy się pół nagi ze swego legowiska, latał gniewny, odgrażając się i jątrząc drugich jeszcze.
Całe wojsko biegło po konie, jakby nieprzyjaciel zagrażał, ludzie wdziewali zbroje, szykowano się, trąbiono, potracili głowy wszyscy.
W tém jeden z czeladzi króla, zagrożony mękami, bo go już na ogień brać chciano, pokląkłszy opowiadać zaczął, jak się to stało.
Władysław już musiał mieć umowę jakąś przez tajemnego posłańca z Sieciechem uczynioną; gdy się wszyscy rozeszli, nie chciał dać z siebie sukni zdejmować, ludzi poodprawiał i trzech tylko zaufanych przy sobie zostawił. Pacholę, które spało u opłotków namiotów, widziało potém przelękłe, jak od zamku cicho podpłynęło czółno i u brzegu stanęło. Król wysunął się z namiotu i samoczwart pospieszył co prędzéj ku łodzi, która z nim natychmiast odbiła. Chłopiec krzyknąć nie śmiał z obawy, aby go trzéj ludzie przy królu będący nie zamordowali.
Zdrętwiał Bolko z żalu po biednym ojcu, inni na króla jako na zdrajcę ciskali pioruny. Niewypowiedziany zamęt w całym obozie, poruszył wszystkich. — Co poczynać! — Wojna zaledwie ukołysana i zażegnana groziła znowu.
Nim z tego krzyku, nieładu i przekleństwa przyszło do rady i rozmysłu, południe już na niebie było. Magnus najprzytomniejszy, zawczasu człeka pewnego i zręcznego przez rzekę posłał do Sieciechowa, aby dostał na podzamczu języka. Widziano, że co wczora tłumy stały na wałach zamkowych, dziś prawie tam pusto było. Kilku mnichów, niewiast kilka i z prosta odzianych ludzi pokazywało się kiedy niekiedy z poza ostrokołów.
Wojsko znikło.
W parę godzin dano znać, iż król i Sieciech z siłami niezbyt wielkiemi, jakie koło siebie mieli ruszyli, ciągnąc po nad Wisłą, jak się zdawało ku Płockowi.
Potwierdził to człek przybyły z językiem, który na podzamczu słyszał, że w Płocku bronić się zamierzano i trzymać.
Opadły ręce Bolkowi. Zbigniew przeklinał, obwiniając brata, Magnusa i wszystkich, że się królowi wymknąć dali.
Stary namiestnik wrocławski, choć ciężki i powolny na oko, jeden przytomności i odwagi nie stracił.
Na łące około pustego i na pół zburzonego namiotu króla zebrano radę. Ci co już pokoju się spodziewali rychłego i powrotu do domów, zachodzili się z gniewu na Sieciecha i na króla.
Gdy do rady przyszło, każdy ze starszyzny co innego mówił, a kończył na tém, że zbiegli zdrady są winni. Sieciech na śmierć zasłużył. Łajano więcéj niż obradowano, aż wojewoda milczenie nakazawszy, rzekł.
— Nie ma tu co poczynać, tylko tak kończyć jak się zawzięło zrazu. Wojna to wojna. Król nas zdradził, my się bronić musiemy; niech królewicze dzielnice swe zajeżdżają i grody biorą w swą moc. Bolko krakowskie i sandomierskie, ja Wrocławia mu ustrzegę, książe Zbigniew niech spieszy na zamki swoje zajmować, aby Sieciechowi nie wpadły w ręce. Co zostanie nam ludzi, z tém wszyscy na Płock.
— Na Płock! — poczęli wołać za nim — do Płocka!
— Sieciech ma swoich ludzi wszędzie, grody trzeba ubiedz, bo je pobierze...
Sprzeciwili się jedni, drudzy potakiwali, jedni chcieli zaraz z królewiczami ciągnąć do Płocka, drudzy grody zabierać. Magnus niemal za ramiona chwytając i siłą przemagając obałamuconych wrzawą i postrachem, potrafił ponaznaczać, gdzie któremu ruszać i co robić było trzeba.
— Na Płock! Do Płocka — grzmiało po obozie. — Na Sieciecha!
Z tego poswaru utrapionego Bolko późno się wyrwał do swoich. Stali dwunastu jego druhów przy namiocie tak posępni, jak on, czekając rozkazów; królewicz, którego odeszła ochota i wesołość, zwlókł się milczący i siadł na pniaku, jakby wszelką stracił nadzieję w tym zamęcie.
Patrzała nań drużyna smutna, aż się jéj serce ściskało. Żal było królewicza. Naradzali się długo około namiotu, i wysłali dwu z między siebie, Pruszynę i Sambora, którzy weszli, stanęli naprzeciw Bolka i czekali aż ich zobaczy.
Spojrzał Bolko na ulubieńca.
— Miłościwy królewiczu — odezwał się Pruszyna — co wam jest? Jeszczeż ostatnia zguba na nas nie przyszła? Co tak biadacie?
— Ojca mi żal! — odparł królewicz. — Wojna mnie ta niepoczciwa nie cieszy. Rycerska rzecz iść na zbójów, gdy nam granice szarpią, ale z sobą się borykać i nękać — psia sprawa. Na Boga miłego aby temu raz koniec był.
— Stoją wszyscy przy was! Idziemy na Płock, skończy się rychło! — dodał Sambor.
— Skończy się krwią i wojną ze swemi — krzyknął wstając Bolko. — Przeklęty niech będzie człek, co nam to nieszczęście sprowadził, a struł życie!
U wnijścia namiotu stał już chwilę Zbigniew i słuchał.
— Dalibyście pokój narzekaniu — odezwał się. — Oczyścimy z chwastu rolę, toć jawny zysk. Król, panie odpuść, sobą nie włada, stał się dzieckiem. Sieciech szubienicy wart, porządek uczyniemy, niechaj się krew toczy, aby raz pozbyć się złego. Nie ma co stękać, tak lepiéj, panami będziemy.
Spojrzał nań Bolko, stał Zbigniew tak obojętny jak zawsze i śmiał się krzywo.
— Hej! — mówił przedrwiewając — stary niedołega do kochanka swojego aż po nocy się wykradł! Zapłaci nam za tę zdradę.
Zerwał się Bolko gniewny i przypadł do niego groźno.
— Na króla mi ani słowa! Ojca szanuj! Słyszysz!
Zbigniew zamilkł przelękły, oczy mu tylko zapałały złością, znikł z przed namiotu.
Bolko dając Magnusowi i innym rozporządzać jak chcieli, nie mięszał się do niczego, z miłości dla ojca pozostał obojętnym i za wojewodą szedł posłuszny, gdzie wskazano.
Nazajutrz dodnia część sił ruszyła na krakowskie grody, reszta znaczniejsza posuwała się wślad za Sieciechem i królem, przeciwnym brzegiem Wisły.
Zbigniew też posłał rozkazy do Gniezna, Poznania i mazowieckich grodów, aby je na jego imię zajęto i obsadzono, lecz tu nadzieja była mała, Sieciech je wprzódy ubiedz zdążył.
Jesień sprzyjała dosyć wyprawie. Magnus dowodzący główną siłą, ciągnąc za sobą Bolka, który szedł z nim posłuszny ale bezwolny, pośpieszał ku Płockowi. Krótkie nocy dawano na spoczynek, stając późno na noclegi, budząc przed brzaskiem do pochodu. Obawiano się, by Sieciech znacznie ich wyprzedziwszy, nie wzmocnił się zbytnio na płockim zamku i Mazurów więcéj nie ściągnął ku sobie.
Gdy pod Płock przywlokły się oddziały, wojsko tak było znużone pochodem, tyle go jeszcze z gorszemi końmi podbitych i bezsilnych zostało na tyłach, iż strach brał, aby Sieciech wyrozumiawszy słabość, nie napadł a nie rozproszył.
W Płocku nie myślano o tém jednak, tu także ludzi brakło na wojnę domową. Zbiegało wielu zniechęconych, szemrano; króla niewola i uległość zniechęcała starszyznę, równie jak rosnąca srogość i ucisk Sieciecha. Wojewoda ratował się jednych płacąc, drugim grożąc.
Jesień jakby czekała na to tylko, gdy się wojska królewiczów pod Płock dostaną, słotną i zimną być poczęła. Niebo się chmurami oblokło, wiatr wionął mroźny.
Magnus, który wszystkiém kierował, widząc jak się mnogo ludu na zamek zbierało, jak rozpaczliwa gotowała obrona — czuł, że zdobycie go łatwém nie będzie. Było to ostatnie wojewody schronienie; nie miał nic do stracenia już, tu ginąć musiał lub pożyć nieprzyjaciela.
Dzień i noc obwarowywano gród, sypano wały, bito tyny, gotowano kłody, kamienie, pociski wszelkie dla odpierania oblegających.
Stojąc we drzwiach swojego namiotu Bolko na Płock spoglądał i w duszy mu było smutno, jakby znów dziecięciem się stał. Snem wydawało mu się to życie teraźniejsze, wojna z ojcem, obleganie gniazda, w którém się wychował, które kochał, bój z temi, do których się przywiązał i żal mu ich było. Dzwonek odzywający się na kościołku do łez go niemal poruszał; poznawał zdala ludzi, odgadywał co się tam działo, ojciec mu stawał przed oczyma z twarzą smutną, załzawioną, z usty co go przeklinały może.
Wszystko do wojny odbierało ochotę i siłę. Siedział po całych dniach otoczony drużyną, na zamczysko patrzał i skarżył się na los swój opłakany.
Ledwie się też obóz rozkładać zaczynał, gdy drugiego dnia o mroku zjawił się chłopak co był przy dworze, a Bolkowi sokoły nosił. Zostawiony w Płocku, gdy ujrzał namioty a poczuł w nich królewicza swego blizko, nie wytrzymał i uszedł do niego. Mulczyk na małém dziurawém czółenku, bez wiosła, kawałkiem polana robiąc, Wisłę przepłynął, aby się dostać do dawnego pana.
Gdy się zjawił obmokły a szczęśliwy i śmiejąc się padł do nóg Bolkowi, obstąpili go wszyscy wołając.
— Mulczyk! Tyś to? Zkąd? jak?
A Mulczyk za nogi królewicza ściskał i śmiał się z wielkiego szczęścia mówić nie mogąc.
Chłopię było niepoczesne, brudne, i jakby do zwijania się w kłębek przywykłe tak przygarbione, ale roztropne i rozgarnione. Dowiedziawszy się o tym zbiegu, pościągali się zaraz i starsi, aby jakiego takiego języka dostać — co na zamku słychać.
Mulczyk potroszę widział, słuchał potroszę, ale rozpowiadał po swojemu, słowa mu się w gębie urywały.
— Na zamku! a! na zamku — wołał ręce składając to do góry podnosząc — aj! strach wielki, bieda! Królowa gniewa się i łaje, ludzi pędzą. Król płacze, a pan wojewoda się zbiesił, ludzi wnet gotów wieszać i ścinać, byle mu się kto przeciwił.
— Dużo ludzi ma? — pytał Magnus.
— A! a któż ich tam policzy! — odparł Mulczyk — kto ich policzy to mrowie!
— Więcéj niż u nas? obejrzyjno się, pomędruj, jak ci się zda? — rzekł Magnus.
Chłopak, który obóz przebiegł, potrząsał głową.
— Kto to może wiedzieć? — rzekł — mnie się zdaje, że mniéj. Po zamkach dużo rozesłali, potroszę na każdy.
Ten i ów rzucał pytania jeszcze, Bolko badał o ojca. Mulczyk czasem starszych wyręczając u króla ogień podpalał, i podłogi posypywał kosaćcem, mógł więc coś zobaczyć.
— Król pan nasz! ledwie żywy — rzekł chłopak. — Żal bierze patrząc na niego, to się modli, to płacze. Pana wojewodę cięgle trzyma przy sobie, ledwie odejdzie na chwilę, ślą za nim zaraz, aby go na krok nie odstępował. Gdy dali znać, że królewicze ciągną, poszedł do okna pan, o ściany się opierając, patrzał, drżał, zalewał się łzami, a Sieciech łajał i wyklinał. Królowa czasem przyjdzie, stanie i woła na jego miłość a krzyczy, aż stary sobie oczy zasłania i płacze jeszcze gorzéj. O! bieda, wielka bieda na zamku!
Z opowiadań Mulczyka to najjaśniéj się okazywało, iż na zamku zbyt przeważającéj siły nie miano, rozsypawszy ją dla utrzymania się przy grodach i należących do nich opolach.
Nabrano otuchy. Zamek miano nazajutrz zacząć osaczać dokoła, aby go choć nierychło, bodaj głodem do poddania się przymusić. Spodziewano się z nim i Sieciecha wziąć, a na głowę jego nastawali wszyscy.
— Póki on żyw, u nas pokoju nie będzie — wołano — niech głowę da!
Deszcz lał przez noc całą, nadedniem dopiero rozjaśniać się zaczęło, ale rozkisłe drogi, wezbrana rzeka nie dawała jeszcze nic przedsiębrać; posłano zbierać łodzie górą rzeki i dołem, promy pochowane łapać, tratwy zbijać, przeprawę sposobić. Brodu dla wielkiéj wody znaleść nie było można.
Z zamku widzieć też mogli jak się tu czynnie krzątano, bo Magnus z lasów drzewo ściągać kazał ogromne, aby do bicia ostrokołów i bram sposobić tarany i baby.
Łatwiéj tu było dla wielu wynaleść co potrzebowano, bo okolica była lepiéj im znajoma, niektórzy najmniejszą dróżynę, mieliznę, bród, starą hać i w lasach każdą ścieżkę wiedzieli. Zamku też słabe strony znali dobrze.
Zbliżało się nazajutrz południe, gdy na rzece duża łódź się pokazała. Pobiegli wszyscy ku brzegowi, gdzie i ludzi z kuszami zwołano, ale szła nie strzegąc się wprost na stojących i Bolko pierwszy poznał, iż biskup Filip w niéj siedział. Tak było w istocie, jechał z ojcem Lambertem i kapelanem swoim ku obozowi i namiotom królewiczów.
W miejscu, gdzie przybić było najłatwiéj, czekano na nich, Bolko na przedzie stał niecierpliwy. Biskup po obozie okiem ciekawém rzucał, twarz okazując spokojną. Podano mu ręce na ląd i królewicz przypadł z powitaniem.
— Ojcze mój — zawołał — zaprawdę, gdyśmy się żegnali, mógłże z nas kto spodziać się że tak się jak dziś spotkamy, gdyby nieprzyjaciele!!
Biskup Filip, niegdyś Sieciechowi dosyć powolny, teraz był przeszedł do jego przeciwników, za arcybiskupem.
— Wszystkiego się było można spodziewać — rzekł cicho — od ludzi co dla własnéj korzyści krajem wichrzyć gotowi. Byli tacy co to zapowiadali.
Przybywałem do was — dodał — z przestrogą, abyście nic nie poczynali zbyt spiesznie. Nie godzi się przelać i kropli krwi, gdy ją można oszczędzić.
— A jak? — zapytał Magnus.
— Radzę wam, poślijcie do arcybiskupa Marcina do Gniezna, niechaj przybywa. Król w sumieniu swém niespokojny, powaga Pasterza wielka, posłucha go. Ojciec to naszego kościoła, stanę ja przy nim, duchowieństwo całe pójdzie za nami; potrafimy zapobiedz wojnie bezbożnéj.
— Niech nam tylko zdrajcę wydadzą, wojny nie będzie! — odezwał się Magnus.
Starszyzna, która się już ściągnęła, obstąpiła wojewodę i słuchała, poczęła zaraz za nim powtarzać.
— Niechaj go nam wydadzą.
— Powiesić go! — wołali drudzy.
Biskup milczał zwiesiwszy głowę.
— Nie zemsty szukać trzeba — rzekł wreszcie — ale pokoju. Chrystus kazał przebaczać.
— Jemu gdy się dziś życie daruje, on jutro pocznie swoje! — wołano.
— Po co mu życie odbierać, dość siłę wziąć — rzekł biskup.
Bolko się nie odzywał. Zbigniew, który stał za nim, mruknął.
— Póki dysze taki zwierz niebezpieczny, przyczai się, ducha zaprze a potém ukąsi.
— Jeszcze go w ręku nie macie — odezwał się biskup — a już się oń targujecie. Niedźwiedź w lesie, nie sprzedawajcie skóry.
A obejrzawszy się wkoło po przytomnych dokończył.
— Po tom tu przybył, abyście arcybiskupa wezwali w pomoc. Królewicz Zbigniew jechać po niego może.
— Gniezno, mówią, Sieciechowi zajęli, ja tam nie mogę iść — odparł Zbigniew. — Ślijcie wasza przewielebność od siebie.
— O zajęciu Gniezna nie wiem — rzekł biskup. — Nie poczynajcie wojny, ja do arcybiskupa sam wyśle jednego z duchownych. — I powtórzył. — Nie poczynajcie wojny.
— Z wojowaniem spieszyć nie będziemy — odpowiedział Magnus — ale osaczać musiemy, bo się posiłki ściągać mogą.
Stali jeszcze chwilę u brzegu, aż wojewoda do namiotów na spoczynek prosić zaczął, i pociągnęła gromada cała za biskupem...
Tu gdy usiedli znowu się tażsama powtórzyła rozmowa i tosamo upominanie. Królewicze, jak im przystało na uboczu się trzymali. Magnus za nich i za wszystkich mówił, iż z Sieciechem skończyć chcą i gotowi na największe ofiary, byle się go pozbyli.
Zaledwie dotknął téj strony drażliwéj, gdy za nim wkoło krzyczeć znowu zaczęli wszyscy niemal.
— Na sosnę z nim!
— Na pień z nim, pod topór...
— Niech ginie!
Ledwie się nierychło rozkołysane namiętności uspokoiły.
Mógł biskup poznać co w obozie myślano i czego żądano.
Nawzajem z tego co mówił O. Filip widać było, iż zamek płocki w żywność zaopatrzony był dostatnio, a król dla ocalenia ulubieńca do ostatka bronić się był gotowym. O wydaniu go po dobréj woli mowy nawet być nie mogło. Magnus zaś i starszyzna o przebaczeniu i wypuszczeniu na wolność słuchać nie chcieli.
— Jak się to skończy, co Bóg da, jaka jego wola, ani wy, ani ja — rzekł biskup — nie zgadniecie. W mocy Najwyższego wszystko. To tylko pewna, że gdy wy tu wojujecie, a granice stoją otworem, Pomorcy już około Santoka się gromadzą i na zamek godzą. Wiedzą oni co się u nas dzieje i że dla nich pora sposobna.
Wstrząsnął się Bolko.
— Dajcie mi ludzi — wykrzyknął — niech tu sobie wojuje kto chce, mnie puśćcie na rubieże! Nie spodziewają się nas, uderzę i pobiję pogan!
Oczy mu się iskrzyły...
— Moje miejsce tam nie tu! — zawołał gorąco — ludzi mi dajcie.
Magnus się oparł.
— Ludzi nie mamy tylu, aby się niemi dzielić było można. Z zamku na osłabłych lada wycieczkę zrobią i wszystko przepadnie. Na Pomorców czas będzie, wtargnąli, pomścimy się srodze...
Bolkowi twarz się zachmurzyła, usiadł po swoich spoglądając. Sieciecha teraz więcéj niż kiedy nienawidził jeszcze za to, iż Pomorcom dał wtargnąć i grozić granicom.
Zwolna gorące w początkach rozprawy, słowy kapłańskiemi łagodzone przeszły w spokojniejsze utyskiwanie nad nieszczęściem ogólném. Postanowiono natychmiast dwu duchownych do Gniezna wyprawić błagając, aby stary Pasterz na pomoc przybywał.
Magnus, choć niechętnie przyrzekał ze swéj strony, iż boju nie rozpocznie i starcia unikać każe, byle go nie napastowano. Warował tylko, iż posiłków żadnych na zamek nie wpuści.
Ojciec Lambert, który biskupowi towarzyszył, słuchał rozmów, ale się wcale do nich nie mięszał. Trwały one do wieczora, poczém O. Filip przeprowadzany uroczyście do swéj łodzi, pobłogosławiwszy starszyznę i królewiczów, nazad do Płocka powrócił.
W Bolka wstąpiła nadzieja, iż do zgody przyjść może, Zbigniew nie był od tego także, bo wojna mu nie smakowała, stał jednak uparcie z najzagorzalszemi domagając się Sieciechowéj zguby.
Magnus nic nie mówiąc, na następny dzień poniżéj zamku przeprawę gotował tajemną, aby posiłkom przeciąć drogi.





IV.


Dni kilka upłynęło, z jednéj strony sposobiono się ciągle do obrony, z drugiéj do oblegania i szturmu. Magnus się troszczył tylko o to, co uczyni, jeźli się rokowania i zwłoki przedłużą, a mrozy i zima nadejdzie.
W obozie wojnę, na dworcu biskupim duchowieństwo zgodę i układy gotowało. Wieść o tém, co zaszło i posły przez O. Filipa rozesłane do Gniezna, Krakowa, Kruszwicy, zgromadziły znaczny zastęp prałatów do Płocka. Na czele ich stał nieprzyjazny Sieciechowi arcybiskup Marcin, zastosowujący się doń Lambert krakowski i Paulin Ciołek kruszwicki. Pospiesznie podążyli na zawołanie wszyscy, bo i sprawie kościoła zawichrzenie to szkodliwém było.
Na zamku królowa i wojewoda gotowi byli bronić się do ostatka, słać do obozu królewiczów, aby starszyznę przeciągnąć na swoją stronę, użyć wszelkich środków, by się przy władzy utrzymać. Spiskowano tu, nocami wyprawiano ludzi poprzebieranych, czynność była gorączkowa, zapamiętałość coraz większa; tymczasem na dworcu biskupim zebrani duchowni zgorszeni, zatrwożeni, przez O. Marcina podbudzani mocno, postanowili niedopuścić walki.
Przed ich potęgą korzyło się ostatecznie wszystko.
Arcybiskup Marcin zaledwie zsiadłszy z konia, głośno zapowiedział, że między ojcem a dziećmi dla jednego ambitnego człowieka boju nie dozwoli, kościelną władzą zagrozi i powstrzyma go.
Gdy na zamku Sieciech i królowa dowiedzieli się o przybyciu biskupów, wojewoda uląkł się i zwątpił o sobie, arcybiskupa obawiał się najbardziéj.
Nie dając czasu o. Marcinowi do widzenia się z królem, wojewoda natychmiast z pocztem pojechał sam na dworzec biskupi.
Właśnie na radę około arcypasterza gromadzili się duchowni, gdy ujrzano nadbiegającego wojewodę.
Zdaleka palcem nań wskazując, zmarszczony starzec zawołał:
— Ten ci to jest, przez którego zgorszenie i nieszczęście na nas przychodzi.
Gdy w progu Sieciech się ukazał, trzéj pasterze siedzieli już milczący, otaczając w pośrodku nich, zajmującego pierwsze miejsce arcybiskupa. Twarz jego zwykle łagodna, teraz była gniewną, surową, straszną. Samo milczenie, którém na pozdrowienie odpowiedział, groźném było i pełném znaczenia.
— Ojcze najprzewielebniejszy — zawołał dumnie Sieciech — choć nie powołany staję tu, jakby na sąd wasz dobrowolnie. Obwiniają mnie wszyscy wrogowie moi, chcę abyście sądzili między mną a nimi.
— I sądzić musimy a będziemy — zawołał arcybiskup uroczyście — sądzić będziemy nie ludzkim sądem, ale Bożym.
Tak — naszą rzeczą jest nie dopuścić zgorszenia. Wy wojewodo, jesteście kamieniem obrażenia, wy słabym królem władniecie, wy królową, wy przekupionemi ludźmi.
Sieciech stojąc zarumieniony, zlekka uśmiechać się probował szydersko.
— Tak — rzekł — teraz tu nie ma winowajcy jeno ja, nie ma zbrodniarza, tylko ten — wskazał na siebie — ten jest zbójca, łupieżca, zdrajca, cudzołożnik. Lecz posłuchajcież obwinionego, bo sąd i rozbójników słuchać winien.
— Gdy nie są pochwyceni na uczynku! — odparł arcybiskup.
Oczyma surowemi mierzyli się duchowni. Zachęcając do wytrwania w tém usposobieniu.
— Cóż możecie mieć na obronę waszą? — dodał starzec.
— Ja? króla mam, króla i jego słabość — zawołał Sieciech. — Gdyby nie ja, rozpadłoby się królestwo to na kawały, zajechaliby je nieprzyjaciele, Pomorcy by krzyże powywracali, Czesi znowu łupili kościoły. Gdy nie było władzy i dłoni musiałem panować ja, aby bezkrólewie nie nastało. Nie na króla, nie na królewiczów, nie na mnie patrzcie, którzy wszyscy śmiertelni jesteśmy, ale na państwo to i losy jego.
Arcybiskup i towarzysze jego milczeli długo, począł w końcu ojciec Marcin pomyślawszy.
— Nie o państwo to ani o ziemie szło wam wojewodo, ale o własną sprawę. Chcieliście korony dla siebie. Mąciliście wodę, aby łatwiéj w niéj łowić. Znamy was nie od dziś dnia. Nie będzie was kosztowało nic przez krew dojść do panowania. Aliści władza świecka w tém królestwie, jako w innych pod naszą jest, pod Bożą, my stoimy jako kapłani na straży sprawiedliwości.
Papież korony rozdaje i z tronów strąca, my wiążemy i rozwiązujemy Piotrową mocą, myśmy sędziami, my nie dopuścimy, aby się srom dział panu, a dzieciom krzywda.
Myślicie się opierać? Stawajcież jako Masław z pogany i po pogańsku, bo po chrześciańsku nie możecie.
Ustąpić musicie z królestwa tego, a my pokój uczynimy.
Wojewoda ostatnie wyrazy posłyszawszy zbladł i zachwiał się.
— Ja mam więc za wszystkich winy odprawiać pokutę? — rzekł.
— Bo wy zgrzeszyliście najwięcéj — dodał arcybiskup.
Sieciech spojrzał na biskupa Filipa, który mu groźném odpowiedział wejrzeniem, potém na Lamberta, który oczy miał spuszczane i milczał, patrząc na otwartą księgą, na Paulina w ostatku, a ten się nie odzywał i z założonemi na piersiach rękami ku stropowi poglądał.
— Ustąpić musicie — powtórzył arcybiskup — za granice Królestwa tego, którescie zaburzyć pragnęli — zgoda i pokój nastaną, gdy wy odejdziecie. Wojny nie dopuścimy, klątwą w ostatku zagrożę królowi, klątwę cisnę na was...
Wojewoda nie mówił nic, oczy mu zachodziły krwią, która ze zbladłych warg ustępowała.
— Idźcie! — dorzucił o. Marcin. — dopóki możemy ocalić wam życie. Idźcie!
— Gdybym chciał — odezwał się niewyraźnie Sieciech — król odejść mi od siebie nie da. Król się nie obejdzie bezemnie, ufa mi. Wié, że nawet własnym dzieciom wierzyć nie może, że tylko ja mu byłem wiernym. Ja!
— Tak! — odpowiedział arcybiskup — król w rękach waszych jest jako ciasto, które urabiacie na taki placek, jaki wam do smaku! Wiemy o tém. Mnie królewska moc nie zastrasza, pomazańcem Bożym on nie jest, korony nie miał, panował z przyzwolenia naszego i ziemian, gdy cofniemy je my i oni, ustanie moc jego.
Wojewoda, któremu wyrazów na obronę zdało się braknąć, stał przybity.
Dano mu chwilę namysłu, o. Marcin mierzył go oczyma.
— Wy, ojcze przewielebny — odezwał się — nie od dziś dnia jesteście mi nieprzyjacielem.
— Tak, bom ja was poznał zawczasu — mówił starzec — bom patrzał na sprawy wasze i w sercu czytał. Ujęliście sobie sromotnie królowę, niewiastę nieopatrzną i płochą, króla ujarzmiliście, Zbigniewa chcieliście się pozbyć klasztorem i więzieniem, Bolka zabójstwem.
— Potwarz jest! — wybuchnął Sieciech.
— Ci, którym płaciłeś za to, świadczą przeciw tobie — przerwał arcybiskup.
Idźcie, sprawa wasza osądzona. Myślcie, aby ustąpić dopóki czas.
Starzec ręką wskazał na drzwi, ale wojewoda stał nieporuszony.
— Takli ma być — przebąknął — ani król ani ja nie ustąpiemy, wojny się nie ulękniemy. Będzie wojna!
— Ja nie dopuszczę wojny! — powstając, krzyknął arcybiskup — ja, com od was obu silniejszy Chrystusowém ramieniem, świętokradzkiego tego krwi przelewu nie dozwolę. Rzucę między wojska laskę moją, krzyż Pański, na który nikt się nastąpić nie waży! Nie wyzywajcie téj potęgi, od któréj zginął królewski brat, pomnijcie na los jego...
Wojewoda spuścił głowę, jak złamany tą groźbą.
— Ojcze — odezwał się głosem słabym — nie ojcowskie, nie pasterskie są to słowa.
— Bo nie synowskie, nie owieczek posłusznych są czyny wasze — wołał arcybiskup.
— Jam dla wiary chrześciańskiéj pracował, klasztory uposażałem, krzewiłem ją, rozprzestrzeniałem — rzekł Sieciech. — Władzy pragnąłem tylko dlatego, abym pogaństwa resztę mógł wytępić. Kościół...
— Kościół i bez was stać będzie! — odparł, unosząc się starzec. — Nie troskajcie się wy o Chrystusa, a korzcie się przed mściwą ręką Jego.
Nic skażonego nie wnijdzie do królestwa Bożego i was za sługę nie potrzebujemy, chyba w pokutniczéj szacie.
Wojewoda jeszcze się z wyjściem ociągał, gdy ojciec Lambert wzrok skierowawszy ku niemu, wskazał mu oczyma, aby izbę opuścił.
Starzec zarumieniony był i gniewny. Słowa nie mówiąc, ustąpił wojewoda.
Po wyjściu jego milczenie panowało długą chwilę, aż biskup Filip się odezwał:
— Kto wié, czy nas teraz do króla dopuści wojewoda?
Arcybiskup wstał żywo.
— Mnie? — zapytał — śmiałby?
Od dworca do zamku nie było daleko, mała przestrzeń je dzieliła.
— Idziemy natychmiast do króla — dodał o. Marcin.
Przywołano kapelana i kleryków, arcybiskup wdział suknie swe uroczyste; krzyż wzięty z kościoła krucyferowi rozkazując nieść przed sobą. Duchowieństwo i prałaci towarzyszyć mieli i poprzedzać pasterza.
Biskup Filip w dzwon kościelny rozkazał uderzyć.
Arcybiskup nie dał się powstrzymać na chwilę, natychmiast ustawił się orszak duchowieństwa przyodzianego w komże z krucyferem na czele; biskupi otoczyli o. Marcina, nieustraszony starzec skinął, aby szli ku zamkowi.
Zdala już musiano widzieć ten pochód uroczysty. Dziedziniec około dworca królewskiego pełen był ludzi, wojskowych koni, dowódzców, żołnierzy. Sieciech nie miał czasu wydać rozkazów, a gdyby nawet był zalecił niedopuszczać arcybiskupa, próżnémby to było, bo poprzedzanemu krzyżem idącemu w ubiorze pontyfikalnym, nikt w świecie nie byłby śmiał drogi zapierać.
Rozstępowali się coprędzéj wojskowi, niektórzy na kolana padali, inni cisnęli się do rąk biskupów, całując je i dopraszając się błogosławieństwa. Sędziwy pasterz doszedł tak do drzwi dworca bez najmniejszéj przeszkody.
Tu komornicy, dworscy, czeladź, wszystko co nad miarę pobożnego króla otaczało, rozstąpiło się posłusznie, nikt nie śmiał wątpić nawet, iż król przyjąć musi duchowieństwo, dla którego przystęp doń zawsze był wolny.
Otwarto szeroko podwoje izby, w któréj siedział Władysław; starzec ze swém otoczeniem całém ukazał mu się niespodzianie. Na widok jego król zmięszany podniósł się naprzód z siedzenia ruchem gwałtownym i upadł na nie wpół omdlały.
Wojewoda tylko co był wszedł do niego, nie mając jeszcze czasu na rozmowę, gdy duchowni we drzwiach się zjawili.
Arcybiskup z towarzyszami swymi, resztę prałatów zostawując w przedsieniach, śmiałym krokiem zbliżył się do króla.
— Miłościwy panie — odezwał się surowo, spoglądając na wojewodę — przychodzimy do ciebie samego i pragniemy rozmowy bez świadków.
Oczyma przelękłemi, jak litości prosząc, król Władysław mierzył arcybiskupa, a razem za rękę pochwycił Sieciecha, dając znak, że nie chce, by się oddalał.
— Ojcze, ja bez niego nie mogę nic, proszę was!
— A my z nim i przy nim nic nie możemy — odezwał się o. Marcin surowo. — Dziecię z matką będąc, piastunki nie potrzebuje. Kościół jest matką waszą miłościwy królu.
Wojewoda stał jeszcze, gdy arcybiskup dodał łagodniéj:
— Błagam was panie, oporu kościołowi nie stawcie, władzy jego nie sprzeciwiajcie się, bo dobra waszego chce i pokój przynosi z sobą.
Bądźcie pamiętni na los brata waszego.
Strwożony król tém przypomnieniem załamał ręce, puściwszy dłoń wojewody, pochylił się zdając tracić przytomność. Potém wzrokiem nieśmiałym Sieciechowi wskazał, ażeby ustąpił. Wojewoda cofnąć się nareszcie był zmuszony i postąpił kilka kroków, gdy majestatycznie, dumnie, z gniewem na twarzy weszła królowa Judyta. Widać w niéj było ową siostrę cesarską, ufającą w brata potęgę.
Wstrzymała się niedaleko od progu.
— Król a małżonek mój — poczęła — chorym jest na ciele i umyśle. Dlaczego przewielebność wasza o sprawach państwa z nim mówić chcecie, gdy ma namiestnika i zastępcę!
Arcybiskup wcale nie zmięszany zapytaniem — odpowiedział z przyciskiem.
— Dlatego miłościwa pani, że namiestnik ten nie króla zastępuje, ale sam nim chce być. Wasza miłość zechcecie nam bez przeszkody dozwolić mówić z panem naszym, potrzeba jest tego wielka.
Twarz królowéj oblała się rumieńcem.
— Wy tu ojcze przewielebny nie najwyżsi jesteście — zawołała — Rzym nad nami i wami jest, a biskup rzymski papież. Ja poślę do papieża, do cesarza.
— Ślijcie miłość wasza do kogo się podoba — rzekł spokojnie arcybiskup — ja téż słać będę. My w królestwie tém cesarzowi nie podlegamy, chociaż go szanujemy, poddani jesteśmy Rzymowi i ojcu naszemu jednemu tylko. Z rąk jego odebrałem instytucyę i paliusz, Boga tylko i jego znam nad sobą.
Zagniewana królowa chciała mówić jeszcze, gdy przerażony coraz bardziéj król rękami gwałtownie poruszając, dał znak, by ona i Sieciech odeszli.
Zmierzywszy złośliwemi oczyma duchownych, Judyta razem z wojewodą znikła za zasłoną.
Arcybiskup zwolna i łagodnie przybliżył się do króla, a widząc go drżącym i aż do omdlenia prawie strwożonym — rzekł doń:
— Niech się uspokoi dusza wasza, miłościwy panie, niech błogosławieństwo Boga pokoju, zgody i miłości zstąpi na nią, w Imie Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Król przeżegnał się z pośpiechem.
— Gałąź oliwną niesiemy ci, miłościwy królu — mówił daléj arcybiskup — nie wojnę. Sieciech was kusi do niecnéj walki z dziećmi własnemi i poddanymi, my jéj nie dopuścimy w imie kościoła.
Król nie odpowiadał nic, brak mu było doradzcy, patrzał dokoła, jak gdyby Sieciecha szukał.
— Nie sądźcie miłościwy panie — ciągnął daléj arcybiskup — ażebyście po sobie mieli siłę; wojewoda mami was tém, jako mamił i oszukiwał w rzeczach innych. Tyle macie ludu, ile on go złotem kupić zdołał. Ludzie się brzydzą bratobójstwem Kaina i rzucą broń przy pierwszém spotkaniu. Sromotnie pobiją was dzieci, a ten sam wojewoda, którego ocalić pragniecie, zginie w walce albo gorzéj — od oprawcy.
Król jęknął.
— Tak, Sieciecha i zdrady jego wyrzec się trzeba — mówił starzec. — Błagam was o to w imie kościoła, Matki naszéj! Nie zgodzicie się li, ja krzyż mój rzucę między szeregi, aby depcąc świętokradzko wizerunek Zbawiciela musiały iść na siebie, tak, jak ewangelię depcąc pójdą zabijać braci.
Na królu mowa arcybiskupa uczyniła wrażenie wielkie, płakać począł, pochylił się do rąk starca i całując je, wołał.
— Ojcze moj! — ojcze — nie nastawajcie na Sieciecha, proszę za nim, ja bez niego żyć nie mogę.
— Grzechem jest obcego człowieka przekładać nad krew, nad dzieci własne — rzekł arcybiskup. — W grzechu śmiertelnym jesteście, nikt was nie rozgrzeszy. Nie chcecie li gubić duszy, wyrzeknijcie się tego szatana, który was uwikłał w sieci swoje.
W tém biskup Filip łagodniejszym głosem się odezwał.
— Królu a panie, ulitujcie się tysiącom ludzi którzy zginą za sprawę niegodnego! — Wyrzeczcie się go!
Powtórzył to za nim O. Paulin.
Wszyscy obstąpili króla, który w niepewności największéj bełkotał coś niewyraźnie i zdawał rozpaczać, niewiedząc jak się ratować.
— Zdacie mnie na łaskę synów wyrodnych — rzekł — a którzy śmierci méj dla panowania pragną.
— Nie dzieci ale Sieciech panowania pożąda a śmierci Waszéj życzy — rzekł arcybiskup.
— Oddalcie panie, wojewodę — nalegał Filip — niech dla jednego człowieka nie ginie królestwo.
To mówiąc biskupi ujęli ręce króla wystygłe i drżące.
— Uczyńcie jako prosimy, uczyńcie. Kościół radzi, kościół nakazuje, — mówił O. Marcin — Nie usłuchacie, kościół matka wasza, siągnie po miecz i po tę siłę jaką ma, aby nie dopuścić zgorszenia i zguby!!
Groźby te powtarzające się ciągle, złamały wreszcie króla. Sam zostawiony sobie, strwożony w sumieniu, przestał się opierać, ugiął głowę, zdawał godzić na wszystko.
— Ocalcie mu życie! — począł błagająco — wrogowie na nie nastają. Jeśli ja go opuszczę zamordują mściwi.
— Niech uchodzi z życiem, byle szedł precz z królestwa tego, odezwał się arcybiskup.
Król głowę osłonił rękami.
— Dajcie mi czas! — miejcie litość — nie naglijcie! Nie chcecie śmierci mej!
O. Marcin ustąpił nieco, niepodobna było nad nieszczęśliwym panem nie mieć politowania.
— Dzień i dwa weźmijcie do rozmysłu, — rzekł powolnie — lecz nie ustąpię ztąd dopóki państwu pokoju nie ubezpieczę, a dzieci skruszonych do nóg waszych nie przyprowadzę.
Dalsza rozmowa niemożliwą już była, siły chorego wyczerpały się, O. Marcin błogosławił go.
— Bóg niech będzie z wami, — rzekł. — Pomnijcie, miłościwy królu, że w rękach waszych są losy królestwa tego i że przelana krew spadnie na sumienie wasze... Niech Bóg odwróci, niech Bóg oświeci, niech Bóg doda siły!
— Amen! — dodali towarzysze arcybiskupa.
Wzruszony król chciał do drzwi odprowadzać duchownych, lecz sił mu brakło; podniósł się z siedzenia i padł na nie z niemocy wielkiej. Zimny pot czoło mu oblewał.
Duchowieństwo ustępowało gdy królowa weszła znowu Sieciecha wiodąc za sobą. Zmieniona jéj twarz stała w płomieniach gniewu; niemoc królewska nie obudzała w niéj litości ale niechęć i pogardę. Zbliżyła się do omdlałego na poły i wskazując go odezwała głośno do wojewody.
— Co czynić z takim człowiekiem, który żadnéj nie ma siły, chwieje się i pada, słucha każdego, lęka się wszystkich, rozum i wolę postradawszy — poświęci was, mnie, dzieci trwodze jednéj, da się prowadzić gdzie go te klechy powiodą. Na skargę na nich do Rzymu słać trzeba.
Król słysząc to nie odpowiadał, wyciągnął ręką szukając dłoni Sieciecha i pochwyciwszy ją szeptać mu coś żywo począł na ucho.
Spostrzegłszy to Judyta ruszyła ramionami i wolnym krokiem nazad się ku drzwiom zwróciła.
Sieciech pozostał sam z królem. Przez cały wieczór niemal, trwały jakieś między nim a Władysławem narady tajemne. Po kilkakroć wojewoda do królowéj odchodził i natychmiast nazad go powoływano.
Nadeszła wreszcie godzina wieczornych modlitw i jak zwykle, powołano kapelana królewskiego, aby je z krolem odmawiał.
Nim przystąpił do nich, O. Lambert, który arcybiskupowi posłusznym być musiał, wezwał króla, ażeby oczyścił swe sumienie przypomnieniem grzechów, i roztrząsnął w sobie azali przeciwko Bogu i władzy kościoła a tym co ją sprawiali nie czuł się winnym.
Milczącemu Władysławowi powtórzył kapelan że najwyższy pasterz, brat tego, który zasiadał na Rzymskiéj stolicy; wezwał go do uczynienia zgody i spytał jak spełnił to żądanie? Nalegał na posłuszeństwo, zbawienie czyniąc od niego zawisłém.
Król nie opierał się już, do wszelkich ofiar oświadczył gotowość, otrzymał błogosławieństwo i modlitwy się rozpoczęły. Wojewodę musiał poświęcić. Jakkolwiek przywiązany doń duszy swéj zań oddać nie mógł.
Nazajutrz rano jak świt obudziwszy się, król rozkazał przywołać znowu Sieciecha i sam na sam pozostał z nim długo. Wojewoda od wczoraj zmieniony i posępny, zdawał się sam widzieć konieczność ustąpienia dla ocalenia życia.
O wszystkiém co na dworcu się działo wiedział arcybiskup. Z jego ręki czuwał tu posłuszny O. Lambert, grożąc interdyktem i klątwą.
Z zamku widać było machiny oblężnicze, które w obozie Magnus kazał przygotowywać, ściągające się oddziały, zbijane promy i łodzie, które lada chwilę przeprawę przez rzekę zapowiadały.
Wojewoda myśleć już musiał tylko jak wczas uchodzić, aby nie być pochwyconym. Co chwila donoszono mu iż z pułków jego gromadami ludzie przechodzili do obozu za Wisłę, inni zagrożeni przez duchownych po lasach się rozpraszali.
Na pozostałych téż coraz mniéj rachować było można, tak wpływ księży onieśmielał ich i ochotę do walki odbierał.
Rosła trwoga na zamku, któréj nikt oprzéć się nie mógł.
Ostatnie króla wysiłki wstawiania się za Sieciechem, którego chciał przy sobie, bodaj bez władzy żadnéj zatrzymać, nie powiodły się. Odpowiadano od arcybiskupa, że w takim razie za życie wojewody ręczyć nikt nie mógł, tak nań nieprzyjaciele byli zażarci.
Przez cały ten dzień naprzemiany rozpacz, narzekania, nadzieje pozyskania sobie duchownych darami i obietnicami nadań nowych, ofiarami które odrzucano: zwątpienie wreszcie i trwoga panowały na dworze. Po kilkakroć uproszony O. Lambert od króla i wojewody chodził i wracał do arcybiskupa, nic otrzymać nie mogąc nad to co zapowiedziano — wygnanie.
Gdy upłynął czas dany do namysłu królowi, trzeciego dnia arcybiskup z towarzyszami znowu się udał na zamek, aby usłyszeć odpowiedź stanowczą.
Wojewoda po raz pierwszy sam stracił męztwo, nadzieję i wiarę w to ażeby się mógł dłużéj utrzymać. Kościół stawał przeciwko niemu, a król z nim walczyć nie mógł.
W izbach królowéj lament był i narzekanie a groźby. Sieciech tu przesiadywał teraz, bo do Władysława przystęp nawet mu tamowano. Judyta jedna przyszłości się wyrzec nie chciała i starała pocieszać skazanego, który zupełnie zwątpiwszy o sobie, siedział złamany i przybity a pół martwy.
— Ustąpić im dziś potrzeba! — mówiła królowa, lecz nie koniec na tém! Niech robią co chcą, poślę do Rzymu skarżyć, będę słała do cesarza o pomoc, niech przyjdzie i zawojuje ten kraj a zagarnie. Wy uchodźcie abyście się przechować mogli do czasu. Do Niemiec wam potrzeba, tam was przyjmą i schronią.
Wojewoda, mający przez żonę stosunki na Rusi, tam się spodziewał znaleść skuteczniejszą pomoc, — odparł że na Rusi woli przebywać.
— Chrońcie się gdzie chcecie — odparła królowa, — ale nie oddalajcie się od granicy aby być pogotowiu. Ja nie zaśpię a królowi téż pokoju nie dam, aż się to wszystko odmieni... Stary arcybiskup nie pożyje, następca inny być musi, przyślą go z Niemiec lub Rzymu... Wy powrócicie, wy musicie powrócić — dziś trzeba najdroższe ratować życie.
O tém téż tylko myślał Sieciech i o zemście którą gotował... Zmniejszony dwór sposobił się w drogę do Sieciechowa, zkąd uchodzić musiał na Ruś, nie widząc się w kraju bezpiecznym. Co godzina zmniejszał się orszak skazanego na wygnanie.
W obozie za Wisłą wiedziano tegoż dnia, że król musiał się zgodzić na opuszczenie Sieciecha, a gdy uroczyste dał na to, wobec świadków, słowo arcybiskupowi, padł zemdlały, tak że go na łoże przeniósłszy, ledwie słudzy mogli do życia przywrócić.
O. Lambert, który jak wielu duchownych naówczas potroszę lekarzem był, pozostał przy chorym, niosąc mu razem religijną pociechę.
O wygnaniu wojewody w chwili piorunem po obu obozach wieść się rozeszła, wszędzie ją przyjmowano okrzykiem radośnym.
Wojsko, starszyzna, duchowni, lud, dla którego wojna była najstraszniejszą klęską, ciesząc się powtarzał, iż Sieciecha już niema!
Gdy wojewoda wyszedł z komnat chcąc sobie zapewnić orszak liczniejszy do granicy dla bezpieczeństwa; wszystkich znalazł już świadomych wypadku.
Pierwszego Halkę spotkał w podwórcu.
— Pójdziecie ze mną, odezwał się do niego — na czas ustąpić muszę za granicę.
Halka stał zafrasowany.
— Miłościwy panie, — odrzekł mrucząc — bierzcie kogo innego, ja nie mogę. Rodzinę liczną mam, stary jestem, a gdybym raz wyszedł, wrócićby mi było trudno.
Pokłonił się i wysunął spiesznie.
Powołany Strzepa, który zdala stał, przywlókł się zwolna z głową spuszczoną.
— Wybierajcie się ze mną! — rzekł do niego.
— Ja? z wami? — odpowiedział pokręcając głową Strzepa. — Rozważcie no, czy z tém dobrze będzie? a kogóż tu zaufanego zostawicie, aby waszego mienia i sprawy strzegł? Nie tylem ja wam indziéj, jak tu potrzebnym. Pozostać muszę nie dla siebie, a dla was.
Sieciech nań spojrzał z pogardą.
— I wy więc coście mi winni wszystko opuścić mnie chcecie?
— Opuścić? — podchwycił szwagier — ja? ale ja właśnie dla was zostanę w miejscu na straży.
Nie widzicież, iż tego potrzeba?
— Zostańcie! — odparł oburzony wojewoda tyłem się do niego zwracając — nie potrzebuję was.
— Zabój nietutejszy, nie osiedział się jeszcze, może łacniéj wędrować — dodał Strzepa — czemu jego nie przybierzecie?
Sieciech w istocie zwrócił się do Zaboja, który coś około ludzi swych i rynsztunku przysposabiał.
— Jedziecie ze mną, Zabój — rzekł spozierając na niego.
— Ja? odwracając się odparł Czech — albo już nie macie kogo z sobą zabierać, abym ja miał wszystko opuszczać, ledwie się osiedliwszy. Dom nieskończony, — trzebieże pod osady ledwie począłem! Szalonybym był z miejsca się ruszać!
Dumny Sieciech, przed którym niedawno płaszczyło się wszystko, nie miał teraz tylko czeladź i niewolnych ludzi przy sobie.
Co się w duszy nagle upadłego człowieka dziać musiało — któż wypowie?
Jedni drugich ostrzegali, aby się nikt nie ważył iść z nim i na niepewne puszczać losy, bo mu wszystkie posiadłości i ziemię zabrać miano i wywołanym być miał na wieki.
Przechodzącego przez podwórza omijano zdaleka, niektórzy kryli się przed nim do przedsieni i po szopach, aby gwałtem nie pociągnął ich z sobą.
Wojewoda chciał raz jeszcze do króla iść. Komornicy, którym arcybiskup i duchowni surowe wydali rozkazy, stanęli u drzwi nie dopuszczając wnijścia. Zażądał, aby ktoś od niego z poselstwem udał się do pana, nie znalazł człowieka coby się go podjął.
Niektórzy ze śmielszych dworzan króla, dobrali tę chwilę, aby mu przypomnieć jak się dawniéj z niemi obchodził i wyrzucać mu na oczy prześladowanie, które cierpieli od niego.
Odegnany ode drzwi, ujść musiał z niczém. Pozostawała mu jedna królowa, która wyrzekając, płacząc i przeklinając, swojemi ludźmi, Niemcami i Węgrami otoczyła go dla bezpieczeństwa.
Ze szczupłą garstką czeladzi Sieciech puścić się nawet nie śmiał do granicy i wahał się co pocznie, gdy ze dworu Judyty dano znać o posłuchu, że spisek był uczyniony, i jeśliby pozostał dłużéj, miano go wydać w ręce Magnusa. Królowa sama zaklinała i nagliła do odjazdu. Nadchodził wieczór, nie było chwili do stracenia, wojewoda w komnacie królowéj wdziawszy opończę szarą i czapkę prostą, pobiegł do koni swych i ludzi.
Kilkudziesięciu ledwie zastał w miejscu, bo wszyscy wygnaniem zastraszeni, kryli się i uchodzili. — Przed nocą trzeba było zamek opuścić. Jeden gościniec ku lasom pozostał jeszcze wolnym, i tym o zmroku musiał Sieciech pospieszać na zamek swój, nimby do Sieciechowa nadeszła wiadomość o jego upadku, aby żonę, dziecię i skarby ocalić.
Zaledwie wyjechał za bramy, niepoznany szczęściem, gdy arcybiskup Marcin wysłał kapelana swego do Zbigniewa, aby zwiastował pokój, przebaczenie i wygnanie wieczne Sieciecha, którego król wyrzec się musiał.
Zarazem panowania się Władysław zrzekał dobrowolnie, zostawując sobie tylko Płock i kilka grodów na Mazowszu. Z płaczem prosił O. Marcina o spokój, aby za grzechy mógł Boga przebłagać i reszty dni dożyć w ciszy, nie jako król, ale jako człek znękany, który umrzeć pragnie w zgodzie z sumieniem.
Późno w noc już przeprawiwszy się czółnem za Wisłę, kapelan arcybiskupi dostał się do obozu i namiotu Magnusa. — Czekano tam niecierpliwiąc się już wiadomości z Płocka, gdyż Zbigniew i część starszyzny nagliła o rozpoczęcie oblężenia, aby raz dobić się do końca.
Od łodzi już na widok posłańca biegły tłumy przeprowadzając go, ciekawe co przynosił.
Magnus wstał badając oczyma w trwodze, aby nowéj zwłoki nie żądał. Lecz z twarzy wypogodzonéj księdza domyśleć się było można, iż z dobrą przychodził nowiną.
Zaledwie usta otworzył, gromada, która biegła z nim, zasłyszawszy — pokój, — rozpierzchła się po namiotach. Krzyki odzywały się zewsząd radośne, ochocze, wesołe, ludzie z dalszych stanowisk porzuciwszy kotły, ognie, konie, lecieli aby się dowiedzieć i odnieść swoim wieść dobrą.
Wołano: — mir! mir!
— Boże zmiłuj się nad nami! — Bogu chwała!
O Sieciechu rozpowiadano różnie, jedni że uszedł z pomocą królowéj, drudzy że był w ciemnicy, zkąd go na stracenie jutro wydać miano.
Bolko i Zbigniew razem prawie znaleźli się u namiotu wojewody w chwili, gdy posłaniec kończył już zdawać sprawę.
— Sieciech oddalony! Sieciech na wygnanie skazany — król pokój przyrzekł — wołano do królewiczów.
Rzucił się Zbigniew.
— Gdzie ten zdrajca?
— Dozwolono mu iść na wygnanie — odpowiedział ksiądz.
Magnus i starszy królewicz zakrzyknęli oburzeni, iż się go puszczać nie godziło, gnać i imać było potrzeba, zabić lub oślepić, aby uszedłszy na Ruś nie naprowadził nieprzyjaciela.
Gdy jedni radowali się niepomiernie z jakiéj takiéj zgody, drudzy zaraz na koń się chcieli sposobić, w pogoń iść, obławy sprawić na Sieciecha, wołając, że póki on żyw, pokój niepewny.
Tymczasem ciemna noc nadeszła i pogoń tę wstrzymała, a nazajutrz gnać już było napróżno.
Noc cała spłynęła w radości wielkiéj, ochocie i śpiewach, co było czółen, promów i tratew chwycili wnet ludzie do Płocka płynąć, aby coprędzéj swoich zobaczyć. Z zamku téż od króla spieszyli niektórzy do królewiczów i Magnusa, a co było młodzieży do Bolka. Ten radował się tylko tém, że ojca zobaczy znowu i rękę jego ucałuje. O niego dowiadywał się u wszystkich, nad nim bolał i rad był pospieszyć ku niemu.
Zarazem Pomorcy, którzy się o Santok kusili, niepokojem go nabawiali; chciał biedz bronić granicy.
— Jutro do króla, — wołał do swoich, — a gdy o niego będziemy spokojni, pojutrze kto żyw z moich, na Santok, na pogany!
Młodzież wtórowała mu ochotnie powtarzając:
— Na pogan! na Pomorce!
Zbigniew stał obojętny i słuchał.
— Mnie — rzekł — pilniéj do Gniezna, aby precz wymieść tych, co mi tam gospodarowali, ład zaprowadzić i spocząć po tych utrapieniach.
Wojna ta a raczéj włóczęga, spanie pod namiotami, żołnierskie jadło, słoty, zimna, niewygody srodze Zbigniewowi dokuczyły. Niczém były benedyktyńskie posty i twarda pościel w klasztornéj celi — obok głodu w pochodzie, śnie na trawie przemokłéj, niepokoju dniem i nocą, z dodatkiem konia, który nogi rozłamywał i zbroi co ramiona ciężarem swym dusiła.
— Na Pomorców naprzód pójdziemy! — rzekł do niego Bolko.
— Nie ja — odezwał się Zbigniew — ja pod dach na spoczynek — wy! jak wola — mnie się siły wyczerpały.
Drużyna Bolkowa odwróciła się od niego, poszedł się pocieszać z Zahoniem do swojego namiotu.





V.


Lat kilka upłynęło od wygnania Sieciecha, który z Rusi ruszyć się, ani przedsiębrać nic nie mógł.
W zamku płockim na kilka dni przed wniebowzięciem Panny Maryi wielkie czyniono przygotowania. Ściągały się zewsząd wozy, jechały gromadki zbrojne, gościńcami płynął lud gwarząc a niewidać było niepokoju ani postrachu, jaki zwykł wojnę poprzedzać i zwiastować niebezpieczeństwo.
Owszem ludzie się radować zdawali, około grodu śmiechy i śpiewy słychać było.
Stary Strzegoń, który dowódzcą był królewskiéj załogi na grodzie, siedział pod izbą swoją, w tylnych zabudowaniach dworca królewskiego. W podwórcach krzątano się wszędzie, umiatano drogi, oczyszczano kąty, ustawiano brzózki zielone przywiezione z lasu, pancernicy pod szopami zbroje czyścili i odzież odświętną otrzepywali.
W ruchu tym, swobodnym, wesołym, ożywiającym ludność zamkową czuć było byt dobry i pokój, jakiego tu dawniéj nie widziano. Śmiechy się rozlegały raźne, tylko bliżéj zabudowań w których król Władysław przebywał, sprawiano się ciszéj, bo służba pańska stojąca w progu pilnowała, by wrzawy nie wszczynano.
Człowiek, który z postawy na wojaka wyglądał, konia w miejskiéj zostawiwszy gospodzie, powoli posuwał się ku zamkowi. Nie młody już był, włos miał na wpół z siwym zmięszany, brodę téż pasami po bokach siwą. Szedł i pilno się rozglądał jakby tu obcym był, choć dobrze znał drogi i ścieżki i nie pytał o nic nikogo. — Ludzi kręciło się dosyć, więc nie zwracano nań uwagi, nikt go téż nie zaczepiał, jakby ci co go mijali, nie znali go wcale. Ten i ów spojrzał na przechodnia i obojętnie się mu przypatrzywszy, do swéj roboty powracał.
Przychodzień wsunąwszy się na zamek, pobłądziwszy po dziedzińcach, siedzącego na kłodzie pancernika, który zbroję wycierał, zapytał o Strzegonia, gdzieby go podtenczas szukać było potrzeba. Żołnierz zaledwie podniósłszy głowę wskazał w stronę izby, na któréj progu właśnie spoczywał stary, piwa kubek na w pół wypróżniony mając przy sobie.
Dzień letni już się miał ku wieczorowi, a że skwarny był, napój się przydał dla ochłody.
Zdala zoczywszy Strzegonia przybyły stanął nieco, obejrzał się dokoła, a widząc wszystkich zajętych, przybliżył się ku niemu. Ten téż już mu się pilno przypatrywał czas jakiś, jakby go poznawał, a pewnym nie był czy się nie myli.
Gdy przychodzień też podszedł, stanął i uśmiechnął się — Strzegoń aż się zerwał, aby mu bliżéj zajrzeć w oczy.
— Czy mnie stary wzrok nie myli? zawołał.
— A nie — jam jest — ja — dziwnie się uśmiechając i wkoło oglądając rzekł przybyły.
— A cóż wy tu porabiacie? lat tyle widać was nie było? Ludzie prawili żeście na Ruś poszli z Sieciechem?
— Na Ruś? hm! mało to ludzi na Ruś i bez Sieciecha ciągnie — a ztamtąd tak samo wrócić można jak pójść! — począł przybysz...
— Cóż was tu przyniosło? pytał Strzegoń.
— Ot tak, z ciekawości może się przywlokłem — rzekł podróżny oglądając się bacznie — a nielepiéjby do izby na rozmowę?
Strzegoń się odrobinę zawahał.
— W izbie bo skwar i much tyle, że wyżyć trudno, pójdziemy gdzie w chłód do szopy.
— Idźmy i w chłód, jak wola — zgodził się przybysz.
Tak we dwu pociągnęli niedaleko, w otwarte wrota odryny, gdzie świeżego siana właśnie nabito aż pod dach, że ledwie z przodu miejsca trochę było, aby się na niém położyć.
Patrzyli na siebie dawni znajomi napatrzyć się nie mogąc.
Tyś utył ale postarzał — rzekł podróżny.
— A tyś schudł i podupadł trochę — odpowiedział Strzegoń.
— Co za dziw włócząc się między obcemi! — westchnął pierwszy.
— Wróciliście do nas? — pytał dowódzca.
Podróżny głową potrząsnął, nachylił się do ucha Strzegoniowi i począł.
— Myśmy się z Sieciechem niedaleko od granicy odbili — a uwierzycie, że choć siedzim blisko, nie wiemy prawie co się u was dzieje, jakby mur nas przedzielał. Sieciech zawsze powracać ma nadzieję. — Powiem wam prawdę, posłał mnie abym mu przyniósł języka.
Strzegoń strząsnął się cały, spojrzał z ukosa, głową poruszył.
— A cóżeście za języka dostali? — rzekł sucho.
— Jeszcze żadnego, bom i pytać się lękał, — mówił podróżny. — Myślałem, że tu znajdę niepokój, zwady i biedę, a no dotąd nie widzę.
— Bo ich nie ma — rzekł Strzegoń.
— Cóż robicie?
— Potroszę wojujemy, a czasem się spoczywa — odezwał się dowódca.
— A król?
— Król? stare panisko! w kożuch zawinięte tylko żywe, dogorywa modląc się Bogu.
— A któż mu Sieciechuje?
— Nikt chyba.
— Któż u was rządzi? — badał ciągle przybyły.
— Królewicze po grodach, wojewodowie po ziemiach — mówił Strzegoń cedząc słowa niechętnie.
— Bracia z sobą w zgodzie?
Strzegoń na to pytanie głową pokiwał — musiał przybysz czekać na odpowiedź.
— Bolko czasu nie ma sporzyć, to rycerz prawy, ten dnia nie usiedzi. Zbigniew gnuśny i tchórz, boi się go, knuje pocichu, wystąpić nie śmie, kretowiny nam po gościńcach sypie, czasem kto na nich utknie, i nogę roztrąci.
Toć przecie wiedzieć musicie.
— Zkąd wiedzieć! — rzekł przybysz. — Tyleśmy o was znali, że gdy Sieciech na was Połowców nasadził, posłał na pewne ręcząc, że łupu nabiorą i popłochu naczynią — toście wy ich natłukli i spędzili!
— Któżby tego dokazał, jeśli nie nasz młody pan, Bolko — odezwał się dumnie Strzegoń. — Mnie się zda, że gdyby na nas djabły wyszły z piekieł, tenby i ich zwyciężył.
Obydwa na wspomnienie to przypadkowe nieczystéj siły przeżegnali się trwożliwie.
— Hej! hej! i bez Sieciecha żyjecie, jakby go już na świecie nie było — dodał przybysz.
— Ani pamięci już u nas o nim — zakończył Strzegoń.
— A król?
— Bolał dużo i przeboleć musiał — mówił dowódzca. — Długo nawet Bolka odpychał, teraz znowu go miłuje jak oko w głowie, któżby mógł inaczej?
Podróżny skrzywił się słuchając.
— Przecie i Zbigniew nie wiele gorszy! — wtrącił.
— O! o! — przerwał Strzegoń — za się! kleryk czasem zrywa się do mieczyka, a no mu się z nim nieszczęści. Co go wyjmie, to schować musi nie umoczywszy chyba w wodę. — Radby on, żeby się zań ludzie bili, sam woli Niemki gładzić po twarzy. Język ma mocny a pięść słabą.
Począł się śmiać Strzegoń stary.
— A cóż powiecie? — dodał poważniejąc — nie dałbym zajęczéj skórki za to, że ten słaby klecha naszego mocnego pana zwycięży, — Bolko nieopatrzny gorączka, co w sercu ma to na języku. Tamten rozumny, co w głowie ma, nie powie nikomu, językiem mota, aby w błąd wprowadził. Przyjdzie do ojca szepcze mu na brata, spotka się z bratem, podżega na ojca.
Podróżny słuchając radować się zdawał.
— Bolko, złoty pan! — ciągnął Strzegoń, — ale chłopię szalone. Jemu tylko w lesie a w polu, pod namiotami dobrze i wesoło, klerykowi w chacie u ogniska.
Dwu ich jest jednego ojca, a do siebie niepodobni wcale.
— A królowa Judyta? — zapytał przybysz.
— E! e! — syknął Strzegoń — co mi tam w babskie mięszać się sprawy! Jak poczynała niegdy tak i dzisiaj. Niemców młodych kręci się koło niéj siła, baba w skoki chodzi, śmiechami żyje i zestarzeć nie chce... Siedzi w niéj licho.
— A po wojewodzie nie zatęskniła? dodał przybyły.
— Nie wiem. Pewnie dwa albo i trzy dni musiało jéj być markotno — mówił dowódzca. — Co miała za jednym z tęsknoty umierać, kiedy ich dziesięciu mieć może na to miejsce?
— Przecie stara — mruknął obcy.
— Pomarszczona i straszna — dodał Strzegoń — a czém się garnek napoił zamłodu, tém skorupy jego cuchną.
Milczeli jakiś czas, przybyły wyciągał siano z pod siebie i gryzł je, jakby ze złości.
— Dziw a dziw! — wykrzyknął wreszcie — panem tu był! żyć bez niego nie mogli. Nie stało go, i śladu po nim niema!
— Pamięć bo została, ale niedobra — odezwał się Strzegoń.
I trochę spoczęli znowu.
— Co tu u was tak wygląda świątecznie! zapytał podróżny.
— Niby niewiecie, że święto za dni pare przypada! rzekł Strzegoń. A no, mało tego, uroczystość będzie znaczna, bo król stary Bolkowi i jego drużynie rycerskie pasy ma dawać.
— I Zbigniewowi téż? — zapytał podróżny.
— Po co mu drugi, kiedy już jeden dostał sobie — odezwał się Strzegoń. Choć nie bardzo wojował, ale zawczasu rycerstwo to wyprosił u czeskiego króla. Pysznił się niem Bolkowi na złość, gdy ten krew przelewając pasa nosić nie śmiał.
— Kiedyż owo pasowanie?
— W samo święto! — rzekł dowódzca.
Mówili jeszcze z sobą, gdy na dziedzińcu Strzegoń posłyszał wołanie i na sianie zostawiwszy towarzysza, rzucił się z odryny dowiedzieć co się stało.
Na koniu pianą i potem okrytym, leciał ku szopom młody, ciężką zbroją okryty cały, chłopak, w którym wysłaniec Sieciecha, Bolka poznał.
Lat kilka uczyniły go dorosłym, silnym mężem, a więcéj nad lata ciągły trud wojenny go ukrzepił.
Choć złém okiem patrzał nań posłaniec, nie mógł się oprzeć wrażeniu, jakie piękność, męztwo i siła wywierają. Puszek młodzieńczy okrywał twarz ogorzałą, zdrowiem kwitnącą, wśród któréj bystrych oczów dwoje jak dwa czarne świeciło dyamenty. Widać było prawie, jak pod tą czerstwą skórą, krew żywo płynęła. Pańska i rycerska postawa budziła poszanowanie — królewskie dziecko znać w nim było zdala; dowódzcę nawykłego rozkazywać i niczém się nie dać ustraszyć.
Strzegoń spotkał się z nim wśród podwórca — Bolko właśnie konia osadzał i zeskoczył z niego.
— Stary mój! — krzyknął głosem doniosłym a drżącym — ludzi! ludzi!! Do koni! co jest najlepszego! kto żyw, dziś, zaraz ze mną!
— Cóż się stało? miłościwy panie? — podchwycił kłaniając się Strzegoń.
— A! psia gromada ujada nad granicą! — wołał Bolko. — Zwąchały wilki wściekłe, że my tu świętować mamy — Pomorcy znowu Santok oblegają!
Strzegoń stał pomięszany nie wiedząc, jak spełnić rozkazy.
— Miłościwy panie, święto wielkie tuż przed nami! Uroczystość wasza! Sproszone duchowieństwo, władycy, wojewodowie, król póki żyw chce was przepasać!
— Słuchaj! — krzyknął królewicz — czasu jest dosyć! natychmiast na nich, sprawim się hyżo, zbójów przegnamy i wrócim żywi i zdrowi po pasy! Znam się ja z tą hałastrą, która pierzcha byle jéj siąść na karki! Strzegoń! stary! na rany Boże! na całą noc w pochód — kto żyje! Trąbić na ludzi — dodał rozgorączkowując się — nim księżyc wnijdzie, na całą noc ruszamy.
W chwili poruszyło się wszystko na zamku, bo w rogi uderzono... Chory król posłyszawszy to hasło wojenne, uląkł się i komornika wysłał z pytaniem — co się stało.
Bolko biegł z nim do ojca zdyszany. Władysław siedział w swém krześle otoczony czeladzią z usty otwartemi i wargą obwisłą, która się teraz rzadko zamykała; oczy miał wlepione we drzwi czekając wylękły na syna.
Wyciągnął doń ręce...
— Wojna? napaść? — zawołał.
— Santok oblegają te pogańskie syny, ta tłuszcza zbójecka! — począł Bolko — iść muszę!!
Król się zmarszczył.
— A uroczystość nasza? a sproszeni goście?
Rozśmiał się królewicz.
— Będą godowali tu, aż powrócę — zawołał, pierwsza rzecz na pas zarobić — wolę Santok od pasa. Gdybym ja tu rycerzem został, a oni mi zamek ubiegli, gotówbym się na tym pasie obwiesić!
Mówiąc to, rękę ojca całował, który go do piersi przycisnął.
— O! ty! ty! rycerzu mój! — odezwał się pieszczotliwie — pociecho moja! Ilekroć ty idziesz odemnie, strwożone serce idzie za tobą. — Tyś mi jedyny, ty nie dasz spustoszeć téj ziemi a sławie naszéj zaginąć — odżywisz ją!
Zapłakał król, ale z radości.
— Ojcze miły — rzekł ściskając go Bolko, — gości strzymajcie, niech poczekają mało, aż powrócę. Przyniosę na mieczu pogańską krew, blizny może — z niemi do pasa przystąpić miléj mi będzie.
Posmutniał stary, — tak ci odemnie pilno! — szepnął.
— Pilno, miłościwy ojcze! — rzekł Bolko. — Ta tłuszcza tam stoi i naciska, załoga słaba, ludzi mało... Na noc całą lecę z mojemi, któż wie? do dnia może na karkach im siedzieć będę.
Wiedział stary król, że wstrzymywać go byłoby napróżno, westchnął całując, i raz jeszcze spojrzał nań, a twarz mu się radością rozśmiała.
Dawnych żalów śladu nie było ni w sercu ojca ni syna, odkupił je Bolko miłością wielką i troskliwością o starego rodzica, którego jak piastunka sam jeden doglądał, bo królowa wcale oń nie dbała.
Jeszcze byli na rozmowie, gdy w dziedzińcu niezmierna wrzawa, rogów piskliwe granie, krzyki i śpiewy niesforne rozlegające się nagle, zwiastowały przybycie Zbigniewa.
Król mimowolnie przerażony drżeć zaczął, obłąkanemi powiódł oczyma i uspokoić się nie mógł, choć mu oznajmywano, że królewicz syn jechał z tym szumem rozpustnym.
Znano go z tych wjazdów, których zwyczaju pozbyć się nie chciał, choć go o nie strofowano. Otaczał się ludźmi, którzy posłuszni mu w każdéj osadzie, do każdego gródka się zbliżając, swawolę tę powtarzali.
Dziwacznie wyglądał orszak starszego królewicza, który sobie dzikich a rozpasanych ludzi dobierał, a stroił ich osobliwie, w szaty jaskrawe, czuby i pasy, obwieszając konie i ludzi dzwonkami i trzęsidły. Miłe mu było, co najgłośniéj brzęczało. Na prostym gminie wrzawa ta pańskiéj czeladzi czyniła wrażenie, stawali na drogach patrzeć nań zdumieni, przypadali i kłaniali się nisko, oglądali długo. Lecz gdy obok téj drużyny niesfornéj a swawolnéj, stanęła Bolkowa rycersko piękna a skinieniu posłuszna, widział każdy dwu panów różnicę.
Bolko wielce ciekawy obyczaju rycerskiego na zachodzie, pilnował między swemi porządku o jakim z Francyi i Niemiec zasłyszał. Były to właśnie te czasy, w których się instytucja rycerstwa, możnaby powiedzieć zakon rycerski, co taki wpływ wywarł na złagodzenie obyczajów, rozwijał i kształcił. Wszystko co szlachetniéj czuło, co miało pragnienie wyjścia z dzikości, garnęło się do praw i zwyczajów rycerskich, które i w boju i wśród największych zawichrzeń ubezpieczały słabych, obowiązywały do szanowania miejsc, osób, niewiast i istot bezbronnych.
Kościół téż widział w rycerstwie, które stawało w jego obronie, domagało się od niego błogosławieństwa, dzielny środek do poskromienia wyuzdanych namiętności.
Do tego nowego porządku, który szlachetnym celem i poetycznym wdziękiem do dusz przemawiał, garnęli się ludzie najlepsi, dusze rycerskie, serca poczciwe.
Było ono znamieniem ówczesném postępu, i wszystko co pragnęło podnieść się do jakiegoś ideału szło pod rycerskie chorągwie.
Na dworze Władysława Hermana razem z przybyciem siostry cesarskiéj poczęły się krzewić pojęcia rycerstwa, których już Kazimierz przyniósł z sobą nasienie.
Bolko był jednym z tych młodych wojowników, dla których urok niezmierny miało wszystko, co się wiązało z nowym obyczajem.
Zbigniew, choć już dawniéj przez króla czeskiego pasowany był i należał do tego wielkiego bractwa rozszerzającego się po całym Zachodzie — lekce sobie ważył i swój pas i przywiązane doń obowiązki. Nie lubił nic takiego, coby go wiązało i wymagało posłuszeństwa. Drużyna téż jego wcale na pacholęta i rycerzy nie wyglądała, choć strojem niby rada była za nich uchodzić.
W Bolkowéj drużynie ducha rycerskiego szczepił sam wódz, aż do drobnostek w nim rozmiłowany. — Zbigniew wyśmiewał go z tego, mówiąc że owo niemieckie rycerstwo dla Polan nie przystało, którzy inne mieli nawyknienia.
I teraz na ojcowski jadąc zamek po swojemu wystąpił królewicz z owym piskiem i wrzawą, a okrzykami wedle starodawnego dzikiego obyczaju, z rogami, które więcéj hałasu czyniły, niż do gędźby były podobne.
Wybiegł Bolko w podwórce dając znaki rękami, aby się ta czereda uciszyła wołając, że król chory.
— Zawsze chory, — odparł z konia Zbigniew — przecież królewiczom na zamek, jak złodziejom pocichu wkradać się nie przystało!
Zsiadł z konia starszy, podali sobie ręce witając się chłodno, Zbigniew przybrał wyraz szyderski i dumny.
— Cóż, młody rycerzu! — odezwał się — gotujesz się, słyszę, do pasa, pilno ci być musi go dostać.
— Nie prędzéj, aż na niego zarobię, — odparł z równą dumą Bolko, — właśnie się zręczność nadarza, bo Pomorcy Santok oblegają. Za godzinę ruszam. Chcesz ze mną? Rad będę.
Zbigniew się zadumał.
— Jam się na wyprawę nie przysposobił rzekł, ludzi mam garść małą, na niewieleby się przydali. Patrzeć zaś na twe bohaterskie dzieła nie potrzebuję, bo wiem, żeś mężny i nieustraszony. Zostanę przy ojcu.
— Więc nawet ochota cię nie bierze samemu poharcować z niemi? wtrącił Bolko z rodzajem politowania.
Starszy zmięszany nieco oczy spuścił bełkocąc.
— Nie wziąłem z sobą ludzi wojennych tylko dwór, nie mam z kim iść. Zbroi téż nie wiozłem z sobą.
— Znajdzie się i u mnie — rzekł Bolko.
Zbigniewa to nastawanie niecierpliwiło.
— Ja przy ojcu będę, nie godzi się go samym porzucać, aby się o obu nas niepokoił — począł chmurno.
— Sam nie będzie, królowa jest! — mówił Bolko.
— Nie wybrałem się na wyprawę! rzekł Zbigniew.
— I ochoty nie masz do niéj! wtrącił Bolko śmiejąc się.
— Takiéj jak ty, nie miałem nigdy — zawołał starszy z gniewem tłumionym. — Na Pomorców ty jesteś stworzony, oni cię szanują.
Słyszałem — dodał — że gdyśmy ostatni raz byli oba razem przeciwko nim, dzicz się ze mnie wyśmiewała, zowiąc klerykiem... Tak twoi ludzie opowiadali, pocóż ci kleryk do pomocy?
Rzekłszy to Zbigniew nie patrząc już na brata, posunął się ku dworcowi królewskiemu uroczyście ciągnąc z drużyną, która nań oczekiwała. Władysław już wrzawą zawiadomiony o przybyciu, przyjął syna kwaśno i zimno. Nie pierwszy to raz hałaśliwość podobną wyrzucał Zbigniewowi, który jéj wyrzec się nie chciał. Nie czynił mu teraz wyrzutów, ale milczeniem dał poznać złą wolę i Zbigniew niewiele troszczący się o nią, powitawszy ojca, wyszedł natychmiast zająć dla siebie przeznaczone izby.
Bolko już się do pochodu sposobił.
Ludzie oczom prawie nie chcieli wierzyć widząc go w przededniu wielkiéj uroczystości, wyrywającego się na niebezpieczną wyprawę.
Mrok padał i skwar dzienny znacznie się zmniejszył, gdy młode pacholę w zbroi już, przy mieczu, w całym rynsztunku przyszło ojca pożegnać i wziąć błogosławieństwo jego na drogę.
Nie śmiał wstrzymywać go ojciec, uścisnął i szepnął.
— Wracaj cały i zdrów, szczęśliwie a prędko! niepokojem srogim mrzeć będę za tobą.
Starzy komornicy pańscy, wszyscy miłośnicy wielcy królewicza wyszli w przedsienie aż gromadnie patrzeć, jak wyciągać będzie. Blask zachodniéj łuny oświecał ten pochód rycerski. Część wojska już bramami wyciągnęła w pole, gdzie się szykowała. Bolko miał z sobą dwunastu swych w jednakich zbrojach i hełmach. Ci stali czekając nań. Jeden z nich wiózł chorągiew, na któréj widać było wyszytego jeźdzca na koniu z podniesionym mieczem w ręku.
Zatrąbiono — królewicz wdział hełm, przeżegnał się i dosiadłszy konia otoczony drużyną, ruszył z twarzą rozpromienioną — szczęśliwy!
Po wyjeździe jego zamek zdawał się pustym, brakło mu tego życia, które z sobą przynosił. Z nim téż najdzielniejsza młodzież zniknęła. Lecz w téjże godzinie prawie sproszone duchowieństwo, władycy, ziemianie przybywać zaczęli.
Wielu starszych wiodła ciekawość, bo choć wszyscy znali i wiedzieli czém był pas rycerski, obrzędów uroczystych przy wkładaniu go mało kto z nich był świadkiem. Obchód podobny ledwie na cesarskim i królewskich dworach na Zachodzie wchodził w użycie z właściwemi mu obrzędami. Tłumaczono różnie tę dostojność, jaką chciał król nadać młodszemu synowi, a wielu mniéj świadomych widziało w niéj jakby zdanie władzy i naznaczenie następstwa po sobie.
Nie słyszało wielu, iż Zbigniew był pasowanym przez Czecha, a w wywyższeniu Bolka miłość ojca i pierwszeństwo nadane mu widzieć chciano.
Zrana w wigilję Wniebowzięcia zamek już był pełen, izby gośćmi nabite. Arcybiskup Marcin siedział z królem razem, przychodzili przed nich wojewodowie, starostowie, żupani, władycy, ziemianie z pokłonami ręce ich całując, jedni po drugich wprowadzani, ustępując sobie miejsca i przechodząc ztąd do izb w których stoły przez cały dzień nakryte dla nich były.
Zbigniew korzystał ze zjazdu, a nieobecności brata, aby do starszyzny się zbliżyć i starać się ją jednać sobie. Nie garnęli się do niego.
Z ludźmi obejść się nie umiał i gdy dobrym chciał być nawet, stawał się uprzykrzonym, obrażał szyderstwy od których się wstrzymać nie mógł.
Ze śmiechem na ustach niby wesołym, z dumą i lekceważeniem przystępował do ziemian, którzy go milczeniem przyjmowali, a gdy odszedł oddychali swobodniéj.
Niezręcznie téż przedrwiwał przed niemi z ojca i brata, tak, że nie jeden słuchać nie chcąc go, wysuwał się i uchodził.
Ani on ani dwór jego, który w Płocku tak się rozgaszczał jak w przyszłéj swéj stolicy — nie mieli tu przyjaciół. Wiedziano z Gniezna co się tam działo, że od królewiczowskiego rozpasanego dworu nikt spokoju nie miał, że tam nic i nikogo nie szanowano, a gdy na skargę szli pokrzywdzeni, Zbigniew ich zbywał śmiechami i groźbą.
Bolko inaczéj obchodził się z ubogiemi i biednemi, a choć gniewny był czasem i prędki, nigdy się na bezbronnych nie porywał i słabych nękać nie dopuszczał.
W nim był prawdziwy duch tego rycerstwa szlachetnego, które we Francyi się krzewiło i społeczeństwu oświeceńszemu prawa dawało.
Dzień cały po wyruszeniu Bolka, wieści o nim nie było. Nazajutrz następowało Wniebowzięcie Panny Maryi na tę uroczystość wyznaczone. — Królewicza oczekiwano niecierpliwie. Król, choć chory, kazał się nieść na nabożeństwo do kościoła katedralnego, gdzie arcybiskup z towarzyszami celebrował.
Brakło mu syna, a myśl, że on tam dnia tego świątecznego bić się musi i nie ma spoczynku, smutkiem mu oblekała twarz pomarszczona. Zbigniew z tego niepokoju ojcowskiego szydził, jeśli nie słowy to szyderskim wyrazem — który go nigdy nie opuszczał.
Odprawiono nabożeństwo poranne, nastąpiło wieczorne, Bolka jak nie było tak nie było, nakoniec i noc zapadła — słychu żadnego nie miano o nim od granicy.
Niepokojąc się król wysłać kazał jednego z najsprawniejszych ludzi swych, aby się starał dostać języka. Goniec miał już wyruszać pod noc, gdy za bramami zahuczało, jakby wicher się zrywał, Bolko biegł w kilkadziesiąt koni, z drużyną swą i czeladzią, pierwszy na zamek wracając.
Wszyscy wybiegli przeciw niemu z pochodniami, z radością, wołaniem głośném, tak że i Zbigniew musiał wyjść przeciwko brata, choć z gotowém szyderstwem na ustach.
Powracający Bolko miał na sobie ślady zwycięzkiego boju, który stoczył odpychając Pomorców od Santoka; jechał z hełmem porąbanym i pogiętym, w zbroi potłuczonéj, na któréj ciężkie razy widać było, na koniu jak on sam poranionym i pobitym. U siodła żelazne rękawice wisiały pogruchotane, oszczep pokrwawiony i nadłamany sterczał, miecza pochwy całe krwią były zbroczone, płaszcz i kaftan miał podziurawiony. Dość było spojrzeć nań aby widzieć że sam brał udział w najgorętszéj walce i musiał z niéj wyjść zwycięzko.
Ci co się znali na rycerskiéj sprawie, zobaczywszy go, wyczytali na nim wypisaną całą historją walki, podnosili ręce z podziwem i uwielbieniem, obwołując młodego pana. Zbigniew patrzał nań z gniewem, mając mu za złe że przybył nie przyodziawszy się, chwalić temi jawnemi dowodami swojego męztwa.
Gdy wszedł tak do ojca, znowu powstały okrzyki na widok zbroi, hełmu i miecza. Król wstał aby go uściskać i do piersi przycisnął. Duchowni z poszanowaniem patrzali, wracał jakby z wojny krzyżowej.
— Bóg niech wam błogosławi, — zawołał arcybiskup Marcin, i niech da abyście tego męztwa zawsze na obronę wiary i kościoła używali.
Niemal cała ludność zamkowa zbiegła się do Bolkowéj drużyny, która jak on poznaczona była krwawo, ale śmiała się szczęśliwa ze zwycięztwa.
I oni mieli pogięte zbroje, pocięte ręce i nogi krew na mieczach, krew na twarzach, a wielką dumę i radość w sercach.
— Co, my! — wołali uniesieni — patrzajcie na królewicza, ten nad wszystkich był dzielnym!
Większa część wojska pozostała przy odsieczonym Santoku, Bolko sam tylko z drużyną przybieżał wskok, aby nim się panowie duchowni rozjadą otrzymać dobrze wysłużony pas rycerski.
Nie było już jednak podobna dnia tego rozpoczynać przygotowań do obrzędu, bo i królewicz i towarzysze jego śmiertelnie strudzeni potrzebowali odetchnąć, przysposobić się, nimby spowiedź poprzedzającą uroczystość odbyć mogli.
Stanęło téż na tém aby dopiéro dnia następnego rozpoczęły się ceremonie, które ściśle zachować chciano tak jak się gdzieindziéj odprawiały. Oprócz królewicza drużyna jego zasłużyła równie na zaszczyt, o który on się dla niéj domagał.
Wieczór zszedł na opowiadaniach o wyprawie.
Pomorcy, którzy szpiegów mieli wszędzie, bo im lud do świątyń ich pogańskich uczęszczający potajemnie o wszystkiem donosił, śledzili pilno każdy ruch królewicza. Zawczasu dowiedzieli się o mającym nastąpić zjeździe w Płocku i zdało im się że potrafią ubiedz ten gród tak dla nich groźny, naprzeciw którego już raz byli twierdzę zbudowali, aby go ciągle trzymać na oku.
Twierdzę tę ledwie wystawioną Bolko dobył i zburzył.
Gdy królewicz niespodzianie nadbiegł z odsieczą, nikt z oblegających, którzy zajadle tłukli bramy i zrozpaczoną naciskali załogę, ani przewidzieć mógł posiłków z téj strony,
Dosyć było prawie samego ukazania się Bolka, którego postawę, głos, chorągiew, konie i ludzi znali Pomorcy, aby rzucić popłoch na nich.
Nie o obleganiu już myśleli, ale o ocaleniu się, gdyż w tej saméj chwili z zamku ośmielona załoga, uczyniła wycieczkę, i wzięci zostali z obu stron, tak że mało co ich wyrąbać się i ujść mogło.
Przyparto ich do rzeki część, tak że ci tylko co lepsze konie mieli przepłynąć ją zdołali i życie unieśli. W rozpaczliwym tym boju, gdy Bolko jak prosty żołnierz walczył, wściekle napadli nań poganie, nastając na jego życie, miał jednak głos i miecz młodego królewicza tę potęgę, że trwogę siał, któréj się nic nie oparło. Pierzchnęła resztka dziczy, Santok na długo od nowéj napaści był ubezpieczony.
Zbigniew obojętnie słuchał opowiadania.
— Ha, — rzekł do Bolka w końcu — Santok obroniony i obeszło się bez guzów na moich plecach, bez sińców i bez ran! — Tém ci lepiej. Sławy rycerskiéj, choćbym jéj żądny był, nie dojdę nigdy takiéj jaką wy sobie pozyskaliście, miłościwy bracie. Zawsze mnie klerykiem nazywać będą, choćbym i guzów dostał — po cóż mi one?





VI.



Na dworze króla Władysława był już zdawna Michno z Zadora, wielce Bolkowi ulubiony, ciekawy mąż, którego losy różne i własna wola po świecie szerokim nosiły długo tak iż znaczniejszą część życia przebył na dworach królów Francji i cesarzów niemieckich.
Rodzinę miał w Krakowskiém; siostry tam za mąż powychodziły, on sam, gdy po długiéj włóczędze zestarzały, siwy, potłuczony, okulały, wrócił kości złożyć na własnéj ziemi, musiał swéj mowy się uczyć na nowo, bo jéj był prawie całkiem zapomniał.
Majętności były zdawna rozchwycone, schronienia nie miał gotowego, przyszedł więc na dwór pański; a choć rękę już miał niezdatną do boju, bo go włoch jakiś szpetnie porąbał, że mu kości wychodziły, choć jedną nogą powłóczył, przydał się bardzo...
Bolko mu, młody naówczas, szczególniéj rad był, i przyjąwszy sobie za mistrza i nauczyciela, używał go do kierowania rycerskiemi sprawy i nauki porządku ich, któréj nadzwyczaj był żądny.
Michno dobrze rzecz znał, długo patrzał na to jak na zachodzie odbywały się turnieje, gonitwy zapasy, sądy Boże i wszystko co do rycerstwa należało. Na każde zapytanie odpowiedź miał pewną i przykłady.
Wiedział on jak się tam dobijano rycerskiego zaszczytu, jakie doń idąc przechodzono stopnie, z jakiemi obrzędy pasowano na rycerzy pacholęta; umiał wedle wszelkich prawideł urządzić gonitwę, turniej, walkę na tępe, a gdyby dwór był miał niewiasty tak wprawne do prowadzenia na paskach panów swych miłych, jak gdzieindziéj, Michno by był chętnie tu, na wzór francuskich miłosne dwory wystroił. Tego jednak surowszy obyczaj, dawne wspomnienia, skromność niewiast, nie dawała zaprowadzić. Ani myślano o tém. Bolko tylko pragnął koniecznie aby drużyna jego zupełnie po zachodniemu była uzbrojona, zarządzona, wyuczona i w karności wielkiéj utrzymana. Michno tego pilnował...
Wielką powagę w tych rzeczach miał stary, nabywszy doświadczeniem świadomości ich, nałóg sobie uczyniwszy z ładu surowego, pilnował nielitościwie wszystkiego co się do spraw rycerskich odnosiło.
Całemi nieraz wieczorami Bolko opowiadać mu kazał, słuchał go, uczył się, zapamiętać starał, obdarzał, a gdy wielkie, bohaterskie, bajeczne niemal czyny odwagi i siły, postępki mężne opisywał, z przesadą wielką i ozdobami krasomówskiemi, Bolko rwał się uniesiony, aby je naśladować! — Wzdychał on zawsze za wyprawą do ziemi Świętéj, trzymano go tém tylko że pogany, nieprzyjacioły krzyża pod bokiem miał, więc się ich szukać za morzami nie godziło, póki by osie gniazdo wytępiono nie zostało.
Po raz może pierwszy w Polsce pasowanie na rycerzy, tak uroczyście się odbywać miało. Michno niem kierował w kościele i na zamku, bo obrzęd ten na wpół religijny, pod okiem i opieką duchowieństwa dopełnić się musiał.
Strzegł kościół tego, aby w życiu ludzkiem żadna czynność ważniejsza bez jego błogosławieństwa i uczestnictwa się nie obchodziła.
Następującego dnia Bolko z dwunastu towarzyszami swojemi szli naprzód na nabożeństwo, odziani skromnie jak pokutnicy, a przy mszy świętéj wszyscy spowiedź odbywali. Nie godziło się dnia tego żadnéj zażywać rozrywki, ni wspólnie z innémi biesiadować. Stół mieli osobny, jadło skromne i niewytworne. Dzień upłynął na skupieniu ducha i nabożeństwie.
Wysłuchawszy nieszporów wszyscy pozostali w kościele, gdzie przed wystawionym w ołtarzu wielkim Sakramentem i płonącéj lampie, noc całą przebyli na czuwaniu i modlitwach.
Bolko i towarzysze jego, jednako odziani, suknie mieli z prostego sukna grubego, bez ozdób żadnych, nakształt sutany, którą duchowni nosili.
Jak tylko rozedniało, wyszedł biskup Filip ze mszą świętą, po któréj przystąpili wszyscy do stołu pańskiego.
Szli potém do przygotowanéj łaźni, w któréj wyparzywszy się i obmywszy, zmienili odzież, biorąc bogatszą, krojem świeckim zrobioną, krótką i bramowaną.
Zwyczaj, którego Michno pilnował, wymagał aby po łaźni położyć się do łóżka i w niem przyjmować odwiedziny przybywających z powinszowaniami.
Oprzeć się chciał temu przymusowemu spoczynkowi Bolko, lecz stary choć na chwilę go ledz przymusił, aby się obyczajowi zadosyć stało. Wpuszczono ciekawych i przynoszących życzenia na których nie zbywało — przybył i Zbigniew raczéj by bratu dokuczyć, niż by mu się pokłonić.
— E! e! — zawołał od progu — mnie w Pradze mój ojciec a król tak nie męczył, nie wydziwiał z wymyślnemi obrzędy. Poszliśmy do kościoła, uderzył mnie mieczem po ramieniu trzy razy i tyle było wszystkiego.
Sztuki te wasze śmiechu są tylko warte.
Michno się mocno obraził.
— Miłościwy panie, — rzekł gniewnie. — Wolno było Czeskiemu królowi postąpić sobie z wami jak mu się żywnie podobało, my prawa strzeżemy, bo u nas rycerstwo nie na żarty.
— A mojeż to czém było! — podchwycił obrażony Zbigniew.
Michno ramionami ruszył.
— Albo ja tam wiem! — odparł.
U nas mówią, z pieśni słowa nie wyrzucić.
Wyszedł starszy królewicz pomruczawszy. Gdy się odwiedziny te skończyły, Michno, Strzegoń i Leliwa Neńko, stary wojak téż przystąpili do odziewania królewicza, wedle obyczaju.
Podał mu pierwszy gzło u szyi i pięści złotem wyszywane, białe jak śnieg, bo szatę niewinności oznaczające, przyozdobioną cnotami. Drugi przyniósł koszulę z drutu żelaznego jak siatkę dzianą misternie i plecioną. Ta oznaczała jakby włosiennicę rycerską, godło trudu, bolu i wstrzemięźliwości.
Na ono drugie gzło żelazne, wdziewano mu kaftan łosiowy, który pierwsze okrywał, tak jak człowiek cnotę swą i boleść winien przed oczyma bliźnich osłaniać skromnie. Na kaftanie poczęto opinać zbroję, całe ciało osłaniać mającą, aż do rękawic i nagolenników.
Na nią Strzegoń narzucił mu płaszcz na ramiona rycerski, szczęściem z lekkiéj tkaniny, gdyż skwar sierpniowy, na potłuczonem świeżo ciele, sińcami po boju okrytém, ledwie ciężar ten cały dawał udźwignąć.
Tak samo przyodziani zostali towarzysze Bolkowi wszyscy, dla których on gzła, zbroje i miecze jednakie zawczasu przysposobił.
Przybrani wszyscy młodzi, pacholęta jeszcze uroczyście szli do kościoła, gdyż król chciał aby pasowanie, ani w izbie, ani w podwórcu, ale w katedrze się odbyło.
Na wielkim ołtarzu złożone były miecze z pasami, które sędziwy arcybiskup pobłogosławił.
Gdy orszak królewiczowski ruszył ze dworca, podwórza, wały, okna, pełne były ciekawego ludu, okrzykującego młodego pana i klaskającego w dłonie radośnie.
W uroczystym pochodzie szli wszyscy do tumu, starszyzna, kumy za niemi.
Króla już tu wprzódy zaniesiono i posadzono na węzgłowiu pod baldachymem. Duchowieństwo licznie zgromadzone chór, ławy i prezbyterjum zapełniało. Lud tłoczył się do kościoła.
Szedł naprzód królewicz przed ołtarz wielki, a tu, odprawiwszy modlitwę krótką, do ojca, przed którym składać miał przysięgę.
Jedna dla wszystkich rycerska klątwa brzmiała, jako krwią, życiem, mieniem, nie szczędząc ich rycerz miał bronić wiary świętéj i kościoła, walczyć z pogany, osłaniać sieroty i wdowy, stawać w obronie wszelkiemu uciśnionemu.
Po złożeniu przysięgi dopiéro, przystąpili do królewicza Strzegoń i Michno, aby mu złocone przypiąć ostrogi.
Z ołtarza klerycy wziąwszy pobłogosławione miecze, z których każdy zawieszony był na bogato sadzonym pasie złocistym, a pochwę miał sianą w drobne krzyżyki złote; nieśli je przed króla.
Ukląkł Bolko u kolan ojcowskich, a Władysław trzykroć mieczem uderzywszy go po ramieniu, drżącemi rękami przypasał mu rycerskie znamię.
Uderzenia jak przy bierzmowaniu, oznaczać miały, iż rycerz znosić był powinien cierpliwie ciosy i razy — za wiarę i za prawdę. Wstał Bolko cały radością promieniejący, dziękując ojcu, a że król sił dosyć nie miał, aby wszystkim towarzyszom jego pasy nakładać, wyręczała go starszyzna dopełniając obrzędu.
Na dany znak odezwały się przed kościołem rogi, trąby i co było gędźby, uderzono we dzwony, ale okrzyki tłumów zagłuszyły wszystko. Lud cały w podwórzach stojący nowych rycerzy witał. Było to widowisko dlań nowe, po którém obiecywały się otwarte stoły i beczki, co radość większą jeszcze czyniło.
Bolka téż kochali wszyscy i cieszyli się tém, co w ich oczach miało większe znaczenie, niż król i starszyzna mu przypisywała.
Na Zbigniewa mało kto patrzał, ukryć więc mógł gniew, jakim pałał, zazdrość i pragnienie zemsty. Zazdrościł młodszemu wszystkiego: oznak miłości powszechnéj, męztwa, serca ojca, sławy i rycerskiego pasa, choć i on dziś włożył swój kosztowny i lśniący, ażeby się nim pochlubić.
Nikt ani na niego ni na ten strój nie spoglądał...
Zaledwie uciszyło się nieco w kościele, gdy z presbyterjum, gdzie stali kapłani, z pośrodka ich dał się słyszeć głos, który wszystkich zdumiał.
— Książe panie, Władysławie pobożny. Pocieszył dziś Bóg królestwo Twe, podeszłe lata twoje, chorobę twą, a ziemię tę przez nowego pokrzepił rycerza.
Błogosławiony żywot, który wydał na świat syna takiego! — Dotychczas Polska nękana była przez nieprzyjaciół, ten młodzian ją do dawnéj przywróci potęgi [3].
Zdumieli się wszyscy temu głosowi proroczemu, który wyszedł jakby mimowolnie natchniony z ust mnicha stojącego za biskupami. Mnich ten, mówiono, Gallem był, a przybywszy przed laty kilką do téj ziemi, nieznane na Zachodzie dzieje jéj spisywał. Człek był duży, opasły, twarzy szerokiéj, rumianéj, wesołéj, ust i warg wydatnych, oczu wypukłych, śmiałego wejrzenia.
Gdy się nań wszystkie zaczęły zwracać oczy, głowę pochylił pokłon czyniąc biskupom, otarł pot rzęsisty z czoła i cofnął się nieco za kleryków, aby nań nie patrzano.
Zajadłe spojrzenie rzucił nań zdala Zbigniew, a gdy drudzy szli już na zamek do uczty i stołów, on wyrwał się z kościoła i zszedł na stronę jakby z innemi razem iść nie chciał.
Marko Sobiejucha wypuszczony dawno z kuny za wstawieniem się Grety i znowu do dawnych łask przypuszczony, zdala stał, patrzał i czytał w twarzy znanéj swojego pana, gniewy i grozę. Gdy Zbigniew wyszedł, pośpieszył i on za nim na wały, gdzie kilka drzew trochę cienia dawało.
Chociaż i tu tłumu ciżba była wielka, na prostych ludzi wiele baczyć nie potrzebowali.
Zbigniew ujrzawszy go, choć chciał mówić, długo z gniewu który go dusił, słowa nie mógł wydobyć.
— Gorąco straszne, miłościwy panie, — rzekł Sobiejucha, — czyby nie zrzucić tego żelaziwa i ciężkiéj odzieży. Wszak już po wszystkiem i strój ten niepotrzebny?
Zbigniew nie odpowiadał, pot mu się lał z czoła, lecz nie ze znużenia, ani ze skwaru, — ze złości.
— Wyrządzili na umyślnie tryumfy te dla gołowąsa — krzyknął wybuchając, aby mnie upokorzyć! — Tak, nieinaczéj jest. Chciał król okazać, że on mu najmilejszym, że jemu po nim następstwo naznaczone, że ja z łaski tylko ochłap ziemi dostanę.
— O! — uśmiechnął się cicho podszeptując Marko, który swego pana znał. — O! niezawsze pięści wygrywają, często i głowa! Póki to bydło nadmorskie walić trzeba po łbach aby w cudze zboże nie lazło, dobry Bolko; jak przyjdzie co mądrze czynić, nie stanie rozumu, chyba go pożyczy, wiem ja u kogo!
— Gdybym się nie zdragał w ten dzień ojcu czynić bolu — zawołał Zbigniew, — jechałbym ztąd jednéj chwili precz! — Nasadzili tego opasłego mnicha żeby mu na głos panowanie prorokował i królowanie nademną!
O mnie słowa nie rzekł, jakby mnie na świecie nie było!
Marko coraz już głośniéj wykrzykującego powstrzymał.
— Cyt, miłościwy panie — cyt! aby ludzie nie pochwycili. Niechaj się to wyburzy. Gniewu pokazywać nie trzeba, jak miecza z pochew dobywać, dopóki się nim nie uderzy! — Zawczasu się wydać szkoda! — Niechaj sobie myślą, że śpiemy...
Zbigniew popatrzał nań, pomyślał trochę i gniew począł hamować.
— Dobrześ rzekł — odparł cicho, — gniew zdrajcą jest. Będę ostrożnym, niech go nie widzą.
Choć pragnął stłumić oburzenie, nie podołał jednak Zbigniew, i ledwie się nieco poskromiwszy, rzucił się z żalem i skargą iść do arcybiskupa Marcina, który jeszcze był w dworcu biskupim przy kościele.
Nie mówiąc o tém nic Markowi, który jak cień wlókł się za nim, pospieszył Zbigniew do starego opiekuna swego.
Właśnie był O. Marcin, zdjąwszy uroczyste szaty, przyszedł nieco w izbie odpocząć, gdy królewicz wpadł doń z twarzą zaognioną i gniewną. Spojrzał nań zdziwiony kapłan.
— Dziecko moje — coć jest? — zapytał.
— Ojcze mój! — nie czujecież wy obrazy méj, upokorzenia mojego! — wybuchnął wchodzący. Jam dziś nogami stratowany i zgnieciony, sponiewierany jestem, zepchnięto mnie precz, w błoto, zszarzano! — Młodszy brat górą, nawet w kościele, pod bokiem waszym prorokują mu bohaterstwo i panowanie! — Czémże ja? Sługą i podnóżkiem?.
Arcybiskup chłodno za rękę go ujął.
— Uspokój się — rzekł łagodnie. — Mnichowi, który się bez wiadomości starszych wyrwał z tym głosem, a który obcym jest i kraju nieświadomym, naganić kazałem tę samowolą.
Zawróciła mu głowę okazała uroczystość, czuł się, jak powiada, natchnionym. Spiritus flat ubi vult.
— Natchniony! — rozśmiał się złośliwie Zbigniew. — Tak oni powiadać będą na swe uniewinnienie, w rzeczy inaczéj być musi. Mnicha nasadzono, opłacono go, aby ludziom zwiastował, że Bolko jeden tu godzien być królem i panem, że bohaterem jest! Chciano mnie upokorzyć i poniżyć!
— Dziecko moje! upamiętaj się — przerwał starzec. — Niechaj cię zazdrość nie obłąkiwa, niech ci serca nie psuje. Dwu was jest równych u ojca i w téj ziemi, a kto więcéj uczyni i zasłuży, ten pierwszym będzie.
— Tak! z goryczą podchwycił Zbigniew. On od kolebki się nosi z mieczem, mnie rzucono za klauzurę, związano ręce, uczono pacierzy nie wojny. Cóżem winien, że mnie ten młokos wyścignie! Ja paść muszę!
Arcybiskup podniósł rękę i przeżegnał go.
Pax tibi! pax! — powtórzył kilka razy. — Spowiadaj się z tego coś uczuł i co rzekłeś, bo niesprawiedliwie obwiniasz ludzi, którzy złéj woli nie mają.
Uspokojony cokolwiek wyszedł wreszcie królewicz od arcybiskupa, gdy tuż w progu spotkał oczekującego nań Marka.
— Wasza miłość naradzasz się z księżmi, a tu co innego jest do roboty — rzekł, nalegając. — Chodźmy do ludzi. Mazurów tu dużo, trzeba ich sobie jednać, bo i tych Bolko i jego młokosy pobałamucą. Przecie to kiedyś oni do dzielnicy waszéj należeć będą.
Królewicz nie odpowiedział nic, szedł pogrążony w sobie i ciągle jeszcze gniewny. Nim doszli do dworca stanął, kopiąc nogą ziemię.
— Sieciech słuszność miał — odezwał się — gdy chciał zgładzić tego młokosa. On tu wszystko chce posiąść. Jemu mało Krakowa, Sandomierza, Wrocławia, jutro pożąda Płocka i Mazowsza, a daléj Poznania i Gniezna!
Zgubić go trzeba! zgubić!!
Zawołał to tak głośno, że Marko przestraszony za suknię go pochwycił.
— Miłościwy królewiczu — rzekł żywo. — Słyszałem to, nie wiem już gdzie i kiedy u Niemców czy Czechów, że kto słowami zabija, językiem morduje, ten miecz ma tępy. Język najstraszniejszym ręki nieprzyjacielem. Nie mówcie nic, a czyńcie co chcecie. Zgładzimy go, albo on się sam zgładzi, a no o tém, cicho. Mówił mi stary Strzegoń, że gdy wczoraj w łaźni się mył, strach był nań spojrzeć, tak cały siny od pobicia. Kiedyś zbroja nie dotrzyma.
Poszli więc za radą Marka ku stołom. Króla nie było, spoczywał czy spał znużony i osłabły, królowa téż ze swoim dworem jadła w izbie osobnéj. Przy stołach podczaszowie, komornicy, wojewodowie gospodarzyli. Wrzawa i radość były niezmierne.
Bolko ze swymi dwunastu nowo-pasowanymi rycerzami, osobno na podwyższeniu jadł, jakby mu już miejsce wyższe nad innymi należało. Zbigniew wprost poszedł do niego, i choć siedzenia dlań przygotowanego nie było, kazał je sobie obok Bolka postawić. Przybył tu już z twarzą nie tak zaognioną, został na niéj tylko ów wyraz szyderski, który jéj był zwykłym. Popatrzał na wesołego brata i rozparłszy się szeroko przy nim, kubek sobie przysunął.
— Pięknie wam ten mnich prorokował! — wyrwało mu się wkrótce. — Kapelan to wasz czy służka?
— Nie znam go wcale — odparł Bolko — i nie rad byłem, że tak nieopatrznie wystąpił. Brzemieniem jest przepowiednię taką nosić na sobie...
I wnet postarał się odwrócić rozmowę.
— Cieszy mnie — odezwał się — iż wszystko składnie szło. Winienem to staremu Michnie. Ani na cesarskim dworze piękniejby być nie mogło. Królowa nawet, co na nas jak wilki dzikie patrzy z pogardą, dziś się, słyszę, zdumiewała rycerstwu naszemu!
— A! Michno wasz! człek wielki! — odpowiedział Zbigniew, śmiejąc się — on ci to jest pewnie, co dla ozdoby obrzędu i mnicha nie zapomniał z proroctwem postawić!
Bolko udał, że nie słyszy i wtrącił natychmiast:
— Zobaczycie, co Michno mój umié. Gdy powietrze ochłodnie, gotuje stary turniéj, gonitwę na sposób tych, które się co lat kilka na cesarskim odbywają dworze. Trudno się nam mierzyć z nimi, bo tylu rycerzy jeszcze nie mamy, co oni nad Renem, w Bawaryi, Szwabów i Franków. Na pierwszym takim turnieju, stary nasz Mieszko stawał we trzydzieści dwa hełmy, odtąd my nie chodzimy na nie, bo do cesarstwa nie należemy, choć Czesi na nie jeżdżą do Augsburga, Merseburga i Trewiru. Musimy sobie sami wyprawiać turnieje, tak, jak tam Szwaby, Bawary, Franki, Renanie, mybyśmy Krakowian, Mazurów, Szlązaków, Gnieznań stawić mogli — a no jeszcze ich mało!!
Westchnął Bolko, Zbigniew śmiał się.
— Mierzyć się myślisz z cesarzem! — rzekł — Strzeż się byś ludzi nie śmieszył.
— I na turnieju i w polu bym gotów z nim się mierzyć! — odparł Bolko. — A wy — dodał — chcecieli téż stanąć z nami do gonitwy?
— Ja? Nie miałem Michny, coby mnie téj sprawy uczył — rzekł Zbigniew złośliwie. — Gdzieżeście widzieli, aby klerycy do turniejów się brali? a to wszystkim wiadomo, że mnie inaczéj jak klerykiem nie zwiecie.
— Nie ja — odpowiedział Bolko — ja cię zowię bratem.
— Bratem! bratem! — podchwycił Zbigniew cicho. — Dziś to jakoś tak wyglądało, jakbyś mi panem chciał być.
Bolko popatrzał nań.
— Ja?? — spytał.
Starszy odpowiedział mu wzrokiem, którym gniew się zdradzał.
— Hej! hej! mnich to rozumny — przecedził przez zęby — ale i kleryk nie tak głupi, aby się nie poznał, co weń godzi.
Wyrwało mu się to mimowoli prawie, i nim Bolko miał czas odpowiedzieć, Zbigniew dopiwszy kubka, wstał, idąc pomiędzy ludzi, a potém do niewieściego dworu królowéj, z którym rad przestawał.
Wkrótce potém Bolko ze swymi wyszedł także, gotując się do turnieju zapowiedzianego. Choć Michno stary pragnął bardzo uczynić go prawdziwym turniejem na sposób zachodni, i czasu i miejsca i ludzi po temu nie miał, bo się na gonitwę nie przygotowano, a mało kto do niéj miał wprawę.
Zamiast więc zwykłych dwunastu sztuk turniejowych i zapasów, w miejscu sznurami obwiedzioném mieli tylko towarzysze Bolkowi i on sam z nimi, występować w całych zbrojach z włóczniami tępemi. Nie było ani listów zapowiednich, ani wójta turniejowego innego nad Michnę, ani wystawiania hełmów i tarczy, ani tego obrzędu, jaki był zwykł wielkim towarzyszyć turniejom.
I tak wszakże nowością było to widowisko dla wszystkich niemal, bo go dawniéj na dworze nie sprawiano. Biegali i probowali się ludzie rycerscy często, wobec mnogiego tłumu, jeszcze za Bolka Wielkiego, ale wedle ochoty swéj i woli, nie bacząc wielce ani na włócznie, ani na zbroje, ani na niebezpieczeństwo, i nieraz w takiéj zabawie, gdy się zaciekli, jeden drugiego na śmierć przebijał.
Gdy naznaczony czas gonienia nadszedł, wyniesiono i króla do przedsienia, królowa téż raczyła wyjść z niewiastami, nie żeby starsze panie do rozdawania nagród naznaczyła, lecz żeby się przypatrzéć. Śmiała się, ramionami ruszając i utrzymywała, że w Augsburgu i Halli saskiéj, kędy turniejów była świadkiem, inaczéj one wyglądały.
Nie było téż tu ani tak wspaniale, ni tak gromadnie. Pole między sznurami ujęte, dosyć szczupłe, starczyło ledwie na dwie pary.
Wyjechał naprzód Bolko w całéj zbroi, z tarczą i włócznią, na koniu kropierzem okrytym, a przeciwko niemu jeden z drużyny, bo innego nie znalazł, coby się z nim chciał mierzyć.
Pobiegli na się, tknął włócznią swą Bolka Leliwa, ale się ośliznęła, sam zaś silnie pchnięty w środek zbroi, z konia się zwalił.
Poczém Bolko już więcéj nie chciał się probować z nikim, aby nie sądzono, że go własna drużyna oszczędza, a obcych nie było. Między sobą z różném szczęściem ucierali się młodzi pasowani dnia tego rycerze, przy oklaskach i okrzykach ogromnych. Padali i dźwigali się, kruszyli kopije, szermowali mieczami, aż wesoło na nich patrzéć było.
Królowa przypomniawszy sobie obyczaj, wystąpiła niespodzianie z podarkami, które cztéry najpiękniejsze panie z jéj orszaku rozdawać miały, ale Bolko nagrody odmówił.
Wszystko si