Królewscy synowie/Tom III/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Królewscy synowie
Podtytuł Powieść z czasów Władysława Hermana i Krzywoustego
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron
IX.



Kilka lat upłynęło znowu. Rosnął zamek krakowski, rósł i gród pod Wawelem, z ziemi podnosiły się kościoły ku chwale Bożej, a rósł téż i potężniał Bolko Krzywousty, chwili nie spoczywając.
Jedna ledwie się wojna skończyła, już na drugą w rogi trąbiono; rzekłbyś, że kto nasadzał wrogów i wichrzył umyślnie aby mu nie dać spokoju.
Rad był król, że wojsku jego wojny zgnuśnieć nie dawały, że na wyprawach żołnierzy sobie sposobił, których się nie wstydził wziąć do boku, lecz ilekroć brata wspomniał, chmurzyło mu się czoło.
Wyciągał doń dłoń nieraz, a spotykał martwą rękę, która go odpychała.
Zbigniew siedział zawsze zaczajony w swéj płockiéj jamie.
Posyłano do niego, aby ludzi dał, rozproszeni byli, ciągnąć nie mogli, na czas się stawić nie zdążyli. Słał Bolko żądając tłumaczenia dlaczego wszyscy o zdradę go obwiniają, odpowiadał Zbigniew, że o zdradzie żadnéj nie myślał, potwarz nań rzucano, gdyż był bratu wiernym.
Tymczasem z każdym rokiem mnożyły się poszlaki i dowody zdrady. Bolko sam jeden całego królestwa, swojéj i brata dzielnicy strzedz musiał od jednéj do drugiéj przebiegać granicy, broniąc wnijścia. Gdy mu wreście wojny na rubieżach zabrakło, szedł na Morawy aby wojował, ludziom ani sobie spoczywać i zgnuśnieć nie dając. Znał to, że żołnierz jak miecz w pochwie rdzewieje.
Na Pomorzu nieustannie się burzyło, zaledwie ukarani zrywali się poganie do odwetu.
I teraz go się spodziewano, trzeba było uprzedzić Pomorców i w gnieździe ich przygnębić, ów morski brzeg, o którym marzył Bolesław, zawojować, oczyścić, wrota na świat ściśniętéj ziemi otworzyć.
A z domu ruszyć, wroga zostawując za sobą niebezpieczném było. Zbigniew czyhał na chwilę dogodną. Napróżno starszyzna domagała się pozbycia jawnego zdrajcy i wyrzucenia go z dzielnicy, Bolesław lękał się, aby go nie pomawiano o chciwość władzy. — Czekał.
— Gdy go pochwycę na uczynku i przeniewierstwo jawném się stanie, naówczas ukarzę.
Wyprawa na Pomorze przysposabiała się tajemniczo, Bolko na Szlązku lud zbierał i najmężniejszych swych wodzów miał u boku.
Dość było spojrzeć na nich, ażeby poznać nieustraszonych rycerzy.
Żelisław Belina rękę miał uciętą w boju.
Wojsław czaszkę rozbitą, na któréj szram głęboki pozostał.
Skarbimierz jedno oko stracił w bitwie.
Bolkowych ran i blizn nikt zliczyć nie mógł. Bez ręki, bez oka, z głową przerąbaną wszyscy oni szli znowu w bój ze swym królewiczem na przedzie. Żołnierz prosty za wodzem, nie dbając jak on o życie, rzucał się przebojem na nieprzyjacielskie tłumy.
Pułki zebrane stały już pod Głogowem, gdy na radzie Skarbimierz rzekł do księcia.
— Miłościwy panie! Daremny nasz bój z pogany i przelewana krew. Mamy w domu nieprzyjaciela co tamtym poganom otuchy dodaje i podżega, sam wystąpić nie śmiejąc. Dopóki go żywić będziemy, pokoju nie będzie.
Bolko poruszył ramionami niechętnie.
— Słyszę ja ciągle, że go o to obwiniacie, a uwierzyć mi temu trudno.
Gnuśny jest, zazdrosny może, ale o zdradę posądzać go nie chcę.
— My go wszyscy zdrajcą znamy! odezwali się inni.
— Wziąć go z Płocka i w grodzie którym pod strażą osadzić — odezwał się Wojsław — wówczas i Pomorcy buty pozbędą.
Bolko na to głową potrząsał.
— Uczynimy inaczéj — rzekł — Skarbimierz bywał raz u niego, zna go, niech jedzie jeszcze, powie mu ode mnie, że go cały świat obwinia. Gorzéj, sam on obwinia się uparcie mi pomocy odmawiając. Niech więc raz prawda się okaże. Chce on panować, niech panuje i niech granic broni, — chce trzymać dzielnicę, niech z niéj służy...
Skarbimierz głowę skłonił.
— Poślecie, pojadę — rzekł.
— Jedźcie rychło i powracajcie wczas, dodał książę — pilno mi z Pomorzany skończyć i dotrzéć do morza, które w swéj mocy pogaństwo trzyma.
Tegoż dnia dobrawszy ludzi Skarbimierz wyruszył do Płocka; sam jeden bez towarzysza, w duszy gniewny, bo zdrada, któréj Bolko wierzyć się wzdrygał, jawną dlań była i dla wszystkich.
W podróży tyle tylko spoczynku miał poseł, ile go konie i dwór potrzebowały; a stanąwszy w Płocku o pół dniu, wprost do biskupa nie na dworzec królewski zajechał.
U Zbigniewa téjże godziny wiedziano, że przybył od Bolka wysłany, i nim się Skarbimierz przebrać podążył, przyszedł doń Marko.
Ów sławny niegdyś wojak, teraz już z ciężkością konia mógł dosiąść tak mu brzucha przybyło, ociężał i z rycerza stał się przebiegłym dworakiem.
Nie czyste sumienie strwożyło się przybyciem nowego posłańca, chciano wiedzieć co przynosił, Sobiejucha stawił się z uniżonością wielką. Widoczném było, że chciał naprzód być uwiadomiony, co od Bolesława wiózł do brata.
Na zapytanie, Skarbimierz odparł dumnie.
— Z czém przybyłem, pewnie wam odgadnąć nie będzie trudno. My się za was bijemy, wy tu siedzicie w jamie, iść z nami nie chcecie, ludzi nam nie dajecie. Chcemy raz mieć koniec i wiedzieć, czy wroga mamy czy brata.
Z tém przybyłem.
Marko udał zdziwionego niezmiernie.
— Czyż może być, ażeby już do tego przyszło! — zawołał. — Godziż się abyście wy do nas się tak odzywali. Cóżeśmy zgrzészyli? co my winni! Lud mamy brzydki, który się rozbiega po lasach, ani go nagnać do służby... Niezdarni, leniwi — daliście nam takich poddanych, że niemi orać chyba.
Skarbimierz był gniewny.
— Jak ich wam odbierzemy — rzekł — zrobiemy z nich żołnierzy.
Sobiejucha śmiać się niby począł.
— Ha! ha! żartujecie! odbierać już chcecie! Brat bratu przecie oka nie wykole.
Nagle, wyrzekłszy już to, spojrzał na Skarbimierza, który jednego oka nie miał, i strwożył się, iż mu się głupie słowo wyrwało.
Poseł nie zdał się zważać na nie.
Wyszedł natychmiast, a Marko mu towarzyszył. W dziedzińcu strzymał go, okazujący się przyjacielskim ochmistrz Zbigniewa.
— Miłościwy panie — rzekł cicho — nie przemawiajcie zbyt ostro do naszego pana. — Człek chorowity, zgryźliwy, weźmie do serca. Nie trzeba zgody psować, póki jest.
Nic na to nie odpowiedział przestrzeżony. — We dworze Zbigniew już czekał nań, ale bez większego orszaku i występu, niespokojnym był i o przygotowaniach zapomniał.
Powitał przybywającego nader łaskawie.
— Znowu mnie chorym zastajecie! — odezwał się pokaszlując — dopust Boży na mnie ta słabość!
— Życzymy zdrowia waszéj miłości — począł Skarbimierz — życzymy z serca, bo to uparte choróbsko trwa już zbyt długo, a Pomorcy nam pokoju nie dają.
Nim Zbigniew zaciąwszy usta, przygotował się do odpowiedzi, Skarbimierz nie chcąc przy świadkach mówić więcéj, poprosił go na ustęp, aby sam na sam mógł poselstwo przełożyć.
Weszli do bocznéj komory, Zbigniew usiadł w kącie przyciemnionym, tak aby mu twarzy widać nie było.
— Mówcie, co przynosicie! — odezwał się — czy to tajemnica jaka?
— Nie tajemna to rzecz — począł Skarbimierz — a no nie miła. Posłany przynoszę co mi dano. Skarży się brat waszéj miłości a pan nasz, że szczéremi mu być nie chcecie. Wiemy dowodnie że nań zmawialiście Czechów, że przeciw niemu nasyłacie Pomorców.
Niespodziewając się wyrzutu tak jawnego, porwał się Zbigniew wołając.
— Śmiécie tak mówić do mnie?
— Śmiem mówić to, na co dowody mamy — ciągnął nieustraszony Skarbimierz. — Nie rok nie dwa to trwa, cierpliwi byliśmy. Nie daliście nam ani jednego człowieka na obronę granic. Posyła pan nasz, prosi, obiecujecie, a nigdyście nam nie dotrzymali.
Zapytuje Bolesław i wiedzieć chce, czyście mu bratem i druhem, czy wrogiem?
Gdy to mówił, twarz Zbigniewa mieniła się gniewem, zapalczywością, wściekłością niemal i chytrym spokojem, który chciał okazać. Walczył z sobą, twarz mu siniała, trząsł się cały, wreszcie głosem płaczliwym, jakim dziady żebrzą pod kościołami, odezwał się hamując,
— Boże miłosierny! co za dola moja! jestem znieważony, uciśniony, osądzony, odepchnięty, potępiony. Najmniejszy tu w tych ziemiach nie mam znaczenia ani siły, siedzę na najgorszéj dzielnicy — chorzeję, marnieję, ginę i za moją miłość i wierność — taka nagroda!!
Skarbimierz mu przerwał.
— Miłościwy książę! słów my dosyć słyszeliśmy.
— Tak! — gniewnie krzyknął Zbigniew zmieniając głos — tak! uczynku mi żadnego nie zadacie? — Wiem, że nazywacie mnie zdrajcą? a ja was zowię potwarcami! zdrada! gdzie dowody? pokażcie, gdzie! jaka? To czynię co chcę, jestem u siebie panem.
— Brońcież się sami od nieprzyjaciela, odparł poseł. Dotąd my sami bronić was musimy.
— A kto was prosi o to! — wołał Zbigniew — jam pomocy nie wzywał nigdy.
— Mamy więc dopuścić, aby Pomorce spustoszywszy wasz kraj, poszli nasze spustoszyć? rzekł Skarbimierz.
— A toć nie mnie, ale sami siebie bronicie! śmiejąc się śmiechem złym i groźnym podchwycił książe. Co mi do tego? wdzięczności wam nie winienem.
— Miłościwy panie! — mówił Skarbimierz, — królewicz Bolko panem jest pobożnym, cierpliwym, pokój miłującym.
— A! ja téż! ja téż! wtrącił książe.
— Cierpliwości i miłości w końcu się jednak przebrać może, — dodał Skarbimierz — nie chcecie bronić państwa, ani dawać posiłków, stracić możecie dzielnicę.
Zbigniew pobladł, głos jego znowu stał się żebraczym i płaczliwym.
— Azali ja co winien jestem! — począł ręce łamiąc — nie szanuję ja brata? Życzę mu dobrze, radbym posiłkować, alem ja sam chory i ciężki, a ludzi nie mam. Zazdrośni, podli, nikczemni pomawiają mnie o zdradę! jam wierny, jam nieszczęśliwy!
Skarbimierz spojrzał nań tak wyzywająco, że Zbigniew ton zmienił znowu i spyszniał. Gniew zwyciężał i wychodził na jaw.
— Czego chcecie odemnie? — krzyknął. — Z czémeście tu przyszli? jestem li ja synem króla, bratem Bolesława, równym mu czy nie?
Jeślim równy, odpowiadać mu nie potrzebuję. Czynię co chcę — wyższego nad sobą oprócz Boga i ojca Papieża w Rzymie, nie znam.
Odwrócił się ku ścianie.
— Taką mi dajecie odprawę! zapytał poseł.
— Bo nie wiem czego śmiecie się domagać odemnie! nikomum hołdu nie winien i służby! — rzekł książe.
Mówił to i znowu złagodniał nagle. Twarz ku oknu zwrócił, popatrzał w nie, potém się pochylił ku gościowi z uśmiechem na ustach i wyrazem łagodnym. Zdjął z szyi łańcuch i chciał go włożyć na Skarbimierza, ten się cofnął z pokłonem.
— Teraz podarku od waszéj miłości przyjąć mi się nie godzi — rzekł — wdzięczen zań jestem.
— Cóż się stało? począł, łańcuch na ławę rzucając Zbigniew. — Dlaczego przysłał do mnie Bolko! Kto mnie oskarża? Co mi zadają! Głos coraz był słabszy i łagodniejszy.
— Miłościwy panie, nikt wam, wy sami szkodzicie sobie — odezwał się Skarbimierz. — Stronicie od brata, zapominacie o nim. Domagamy się posiłków, na nas całe brzemię! nie dajecie nam ich. Obiecujecie, a gdy rachujemy na nie, nie przychodzą.
— Jam nie winien! jam nie winien! przerwał książe, — zaprzysięgam niewinność moję. Zdrady w sercu mojém nie ma! kocham brata, a jestem posądzany i czerniony. Jakże się zbliżyć, gdy wiem co mnie tam czeka? Wymówki, podejrzenia, niewiara.
Westchnął ciężko i zasunął się znowu w kąt ciemny, łańcuch zdjęty, powoli wkładając na szyję. Milczał.
— Co każecie mi powiedzieć panu naszemu? spytał poseł.
— Powiedzcie mu, że ja się do żadnéj nie znam winy, chłodno odparł Zbigniew. Boleję nad tém, iż daje wiarę ladajakiéj potwarzy, że mnie posądza. Kocham go, szanuję, wiernym mu jestem i będę.
Skarbimierz nie chcąc dłużéj walki prowadzić na próżne słowa, chciał już pokłoniwszy się odchodzić, gdy książe go wstrzymał.
— Wiem, czém się to dzieje — rzekł — ludziom jestem solą w oku. Siedzę cicho i spokojnie, chcieliby mnie i z tego kąta wymieść precz.
— Któżby tego chciał? i na co? mruknął poseł.
— Nie posądzam brata! inni są, co na mnie żgają — mówił płaczliwie Zbigniew. — Bolko mężny, zacny, szlachetny, ale otoczony złemi i chciwemi...
Mówcie za mną! brońcie mnie! czysty w sumieniu jestem, Bóg świadek!
Książe mówił jąkając się, prędko, niewyraźnie, to się wysuwając z kąta, to chowając weń, powtarzał jedno niespokojny. Raz jeszcze posła chciał w łańcuch przybrać, ale Skarbimierz się cofnął i odszedł.
Wieczorem wezwano go do stołu, ugaszczając hojnie. Marko sam odprowadził na dworzec biskupi, probował badać i odparty został milczeniem. Skarbimierz mówić nie lubił; powtarzał jedno, aby ludzi dali na wyprawę, naznaczyli miejsce, czas i liczbę.
Zdawało się niezmiernie dziwić Sobiejuchę, że się takiéj rzeczy domagano, pobiegł do pana po rozkazy i wrócił krokiem powolnym.
— Co przynosisz? — zapytał poseł.
— Nie to com pragnął! — zawołał Marko. — Bóg widzi, chciało mi się koniecznie wyprosić na wyprawę z wami! Stęskniłem się za wojenką. Zobaczylibyście, że i ze mnie żołnierz niczego! aż mi się serce wyrywa do boju, ale pan nasz nie dopuszcza!!
Jużci on lepiéj wié co może!
Ludzie nasi porozsyłani po grodach, nimbyśmy ich pozbierali, zwołali, uszykowali, a nimby się ta hałastra nauczyła co potrzeba, dużoby czasu upłynęło. Co na to radzić? co? Nie możemy nic dać! nie mamy!
— Ludzi nam tylko dajcie — rzekł Skarbimierz — i konie, choć dzikie, my zrobiemy z nich takich jakich nam potrzeba.
— Pewnie! — przerwał Marko podnosząc ręce — ale zkądże wziąć tych ludzi, zkąd koni? Lud na przednowku, wynędzniały, mizerny, porozłaził się, wymarł... Całe osady pustują. Konie téż niezdrowe, zima była ciężka, chude! skóra i kości! Zkąd co wziąć? jak?
Książe mało nie płacze...
Skarbimierz się odwrócił od niego, Marko plótł ciągle.
— Nikogo to tak nie boli, jak mnie, starego wojaka! Bywało się już po świecie, wie się jak poczynać z pogany, jak z Niemcem, jak z Czechem. Ja ich wszystkich znam. Dusza się rwie, daremnie. Niemcy mnie tak znały dawniéj, że na sam widok pióra u hełmu pierzchały, a Ruś! miły Boże! Pieśni o mnie składali, siekałem ich kupy.
Poseł zawrócił się szydersko ku niemu.
— Chodźcież z nami — rzekł — przyjmiemy starego wojaka.
— Jakże mam biednego pana opuścić? — westchnął Sobiejucha. — Przywiązał się tak do mnie, że gdy pół dnia nie widzi, zaraz gorzéj chory. Nużby mu się z tęsknicy zmarło, na sumieniu bym miał.
Wzdychał i kaszlał stary.
Za nadrą miał przyniesiony ów łańcuch złoty, którym raz jeszcze posła kusić probował, lecz ten rękę odepchnął, mówić nie dając.
Nazajutrz rano Skarbimierz Płock opuścił, gniewny z tego, co tu widział i słyszał, pewny, iż owa miłość braterska i wierność była zdrady pokrywką.
Biskup nie taił, iż Zbigniew na naradach i odgróżkach cały czas trawił.
Przybywszy do Głogowa, nie potrzebował mówić Skarbimierz co przywiózł z sobą.
— Kłamstw się nasłuchałem bezecnych — rzekł. — Ani ludzi, ani koni, ani posiłków żadnych nie dadzą.
Opowiedział wszystko Bolesławowi, zamykając tém znowu, że zdradę raz znieść potrzeba i ze Zbigniewem koniec uczynić.
Zmilczał królewicz, woląc pomstę lub usprawiedliwienie zostawić czasowi.
Na myśli i sercu miał teraz zdobycie Kołobrzegu, tak jak niedawno Białogród pomorski ubiegł i opanował. Pomorcy czujni byli, stawili czaty, pilnowali się od tego, który sam jeden dla nich był strasznym.
Wojna z niemi była niejako wojną świętą. Tu się resztki pogaństwa chroniły, a póki ono tam się gnieździło, pokoju Polska nie miała. Upokorzeni, pobici, uskromieni, jutro się burzyli znowu i powstawali. Zawierali pokój w potrzebie, nazajutrz zrywali go, porę upatrzywszy dogodną.
Teraźniejsza wyprawa cios im miała zadać śmiertelny. Bolesław chciał na nich spaść niespodzianie, jak piorun z obłoków. Pieszych ludzi z tarczami nie brał wcale, ażeby nie zwalniać dla nich pochodu. Cała jazda, najlepsza jaką miał stała pod Głogowem: Szlązacy, Krakowianie, zaciężny lud wszelki, na koniach najsilniejszych, w najpełniejszéj zbroi.
Gdy pułki się zebrały wszystkie, a młode panię wyjechało je obejrzeć, rozradowało się mu serce i wielka otucha w nie wstąpiła. Widok był wspaniały, gdy lud ten wszystek wystąpił ochoczy jednako zbrojny, okrzykami witając miłego wodza swego. Żelaza nie dźwigali nazbyt ciężkiego, ale mieli się czém okryć i z czém potykać. Miecze ostre, oszczepy twarde, małe tarcze kute, hełmy żelazne; u starszyzny i na kropierzach koniom nie zbywało a na piersi blach wielkich mieli dosyć i mieczów zapasnych u siodeł, toporków i maczug żelaznych.
Pobożny pan wziął z sobą kapłanów, którzy codzień dla wojsk mszę świętą w obozie odprawiali, wieziono chorągiew poświęcaną, powiewały i inne pomniejsze przy pułkach, barw rozmaitych z wizerunkami ptaków i zwierząt, w pasy i słupy.
Małoco wozów lekkich wiozło trochę zapasu, namiotów i broni dla odmiany.
Patrząc na to wojsko w ciągnieniu czuć było, że ono zwycięzkiém powróci, tak z oczów wodzów i prostego człeka biła odwaga a wiara, że idzie mocą Bożą nie swoją, za sprawę wiary nie dla łupu.
Żelisław bez ręki, Wojsław z czaszką rozpłataną, Skarbimierz bez oka otaczali bohaterskiego królewicza, który pod chorągwią poświęcaną z krzyżem, jechał dysząc chucią wielką walczenia za wiarę.
W pochodzie zastępy nie swawolne nuciły pieśni, ale niedawno na świat wyszłą z kruchty gnieźnieńskiego kościoła, starą pieśń wojowniczą o Bogarodzicy.
Nie rozlegały się jednak śpiewy głośne, cicho postępowały szeregi przez lasy i pustynie, chcąc ubiedz nieprzyjaciela. Szły wielkiemi bory i ostępami, mijając sioła i grody, bez dróg, manowcami, które przewodnicy wskazywali. Im bardziéj zbliżali się ku granicy, tém kraj pustynniejszym się wydawał.
Nikt się tu mieszkać nie ważył, bo niktby się nie utrzymał cało dla nieustannych pogan napadów. Stały puszcze ciche, dzikie, zapomniane, jak je Bóg stworzył, ledwie tknięte ludzką nogą. Czasem przed wojskiem wyrywał się zwierz spłoszony, przerażony tętnem koni, brzękiem oręży, biegł i z oczów znikał. Naówczas kilku ochotników puszczało się za nim z oszczepami, leciały strzały świszcząc i stłumione odzywały okrzyki. Po chwili wszystko wracało do porządku i wojsko się sunęło daléj.
Na polanie gdzieś w lesie, pod wysokim drzew starych dachem, stawano czasem koniom dać spoczynek. Starszyzna kładła się na trawie, tarczki malowane jezdnych i oszczepy ich w stożki poustawiane świeciły na słońcu, jakby z nich oczy jakieś pobłyskiwały.
Dla królewicza namiotów nie rozbijano, ani mu było potrzeba innéj wygody a strawy nad tę, którą wszyscy mieli. Kawałek mięsa opieczonego przy ognisku, woda ze strumienia, starczyła. Im daléj szli, tém w ściślejszych wojsko postępowało szeregach. Nikomu niewolno było wybiedz naprzód, ani w tyle pozostać, ni w bok się rzucić samopas, ani w róg dawać hasła, ni nawet pieśni zanucić.
Trzeciego dnia gdy tak szli, nad rzeczułką postrzegli ludzi, którzy ryby łowili. Byli to Pomorcy, tych żeby swoim znać nie dali, chwytać musiano i powiązać.
Tu już szlaki, jakiemi dzicz owa na Polskę chadzała gdzieniegdzie widne były. Spotykano opuszczone szałasy, obozowiska stare, ogniska wygasłe noclegów i skielety koni co tam popadały w drodze. Rachowano, że śpiesząc szóstego dnia z Głogowa do Kołobrzegu dociągnąć mieli. Lasy się przerzedzały, polany szersze widać było, spieszyć musiano, aby kto nie podpatrzył i nie uprzedził.
Piąty dzień dobiegał do wieczora, gdy raz ostatni w lesie położono się obozem. W powietrzu woń jakąś czuć było inną, wiało już sąsiedztwem morza z szerokiego świata. Wiatr szedł od wybrzeżów na lądy, przeto i ostrożności mniéj było potrzeba, bo się głos nie rozchodził daleko.
Las rzadki u szerokiéj łąki i stawu wybrany był z rozkazu Bolesława na obozowisko. Wnet po przyciągnieniu na samym wierzchołku piasczystego wzgórza, ołtarz ustawiać poczęto.
Walkę za krzyż Pański, modlitwa o pomoc Bożą poprzedzić miała. Dano ludziom spoczywać do północy, a gdy po gwiazdach poznano, że ranek się zbliżał, ruszyli wszyscy ołtarz otaczając dokoła, na którym O. Hilaryon bezkrwawą składał ofiarę.
Dzień to był Sobotni N. Panny Maryi. Wigilją pościli wszyscy, a przy mszy świętéj Bolesław, starszyzna i z ludu, kto chciał i mógł do stołu Pańskiego przystępowali.
Wśród ciszy lasu klęczące szeregi zbrojne z odkrytemi głowy, które kapłan z hostyą obchodził, zbrojąc na krzyżowy bój — obrazem były wspaniałym. Zaledwie dokończono obrzędu, gdy chorągiew poświęcona podniosła się w górę i cichym głosem ozwał się hymn:

Bogarodzico dziewico.

Zaczęto go nucić stłumionemi głosy, pomnąc na blizkość nieprzyjaciela, ale w uniesieniu pieśń rosła, potężniała, pamięć na niebezpieczeństwo znikła.
Pod tą chorągwią, z tym hymnem, pewném się zdało zwycięztwo. I brzmiała pieśń silniéj coraz, coraz pełniéj i ogromniéj.
Śpiewał królewicz, drużyna, starszyzna, wojsko, a kto pieśni nie znał, wtórował jéj głosem, bo mu ona do serca mówiła, krzepiła je i rozgrzewała.
Razem z pieśnią rósł dzień i światłość. Poczęta o mroku, rozdarła ciemności, chmury się rozpierzchły na niebiosach, lazur ukazał się czysty i jakby modlitwą wywołane słońce, wyszło siejąc ogniem na ziemię.
Wojsko na koniach siedziało, szybko zbierano na wozy sprzęt kościelny, pozostała garstka doskoczyła raźnie wierzchowców. Królewicz jechał przodem, gnał, pędził, bo niecierpliwością gorzał wielką. Skarbimierz, Żelisław, Wojsław hamować musieli, tak się wszystko naprzód rwało.
Z piaszczystego wzgórza widać już było poniżéj gród warowny, wałami otoczony, rzeczką Persantą oblany z téj strony, od któréj iść mieli. Szeroko rozsiadały się budowy jego drewniane i mury wpośrodku gdzieniegdzie się wznoszące; daléj wyglądały u przystani stojące statki z maszty wysokiemi i pozwieszanemi żaglami, a daléj jeszcze świeciło morze płowe, jak drogi kamień mieniące się barwy tęczowemi; złotem dziane, lazurem przetykane, zielenią, szafirem, ametysty i srebrem sadzone. Lekki wietrzyk poruszał fale jego, pędząc ku brzegom, jakby rozłożoną szatę czarowną fałdował, białemi obszywając bramy; ginęły gdzieś na horyzoncie owe przestrzenie niezmierzone, jakby się tam z niebem połączyły uściskiem.
Wojsko stanęło chwilę.
Garść go była na ten gród wielki, obronny, ubezpieczony. Wszystko się tam jeszcze spać zdawało, milczało. W sercu kraju któżby się spodział, przeczuł nieprzyjaciela? Ten tylko co się dostał do Białogrodu, mógł na Kołobrzeg się ważyć.
Na widok przyszłego pola walki przeżegnali się wodzowie. O. Hilaryon podniósł do góry krzyż, chorągwie podrosły wyżéj, konie rżały niecierpliwie.
Bolko milczący jechał na przedzie. Persanta była od deszczów wezbrana. Stał na niéj nieco opodal most i przy nim bród widać było, ale tam lada chwilę mieszkańcy się mogli ukazać i popłoch uczynić. Dotąd pusto było w uśpionym grodzie.
Pomiędzy starszyzną starosta był, którego Zaborem zwano, człek mężny, ale chętnie dworujący ze wszystkiego. Stało jeszcze wojsko i nikt się nie ruszał, gdy przystąpił do królewicza kłaniając się z uśmiechem.
— Miłościwy królewiczu — odezwał się — chciałoby się już królu, rzec; czy my ten kamień nadgryziemy, Bóg jeden wié, ale że sobie na nim zęby wyszczerbim albo i połamiem, toć pewna.
Spojrzeniem nakazał Bolesław milczenie, pierś mu się podnosiła prędko i ręce drżały, powlókł oczyma po twarzach posępnych. Widok grodu silnego strwożył nawet najśmielszych.
— Hej! ludku ty mój mężny! — odezwał się. — Gdybym ja nie znał was, nie rachował na to męztwo, nie wiódłbym ja was na taki bój, w tak daleki świat! Uciekać nie możemy, kraj nas wrogi otacza, trzeba iść i trzeba zwyciężyć! Z Bogiem! naprzód.
— Boże zmiłuj się nad nami! — zakrzyczano w szeregach i pułki runęły w rzekę.

Koniec tomu 3go.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.