Królewicz-żebrak/XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XXX.

Powrócony do władzy.

Powiemy teraz słów parę, co stało się z Maylesem.
Po rozłączeniu go z królem, złodzieje wyporządzili jego kieszenie.
— Mniejsza z tem, — pomyślał sobie Mayles — bylebym tylko mógł odnaleźć mego chłopczynę. Gdzie on mógł się podziać? Niezawodnie powrócił na stare śmieci. Z łachmanów widać, że pochodził z najuboższych warstw ludności, to też tam szukać go należy. Sądzę, że zbyt długo szukać go nie będę.
To rzekłszy, Mayles udał się na poszukiwania. Przez kilka godzin bez przerwy błądził tak po najuboższych zaułkach, gdzie tylko mógł się spodziewać znaleść chłopczynę. Niestety, nigdzie go nie było.
Rankiem, skoro świt, głód zaczął go męczyć po nad wyraz. A tu pieniędzy nie było nic, a żebrać wstyd było. Zastawić chyba miecz? Ale nie, z taką drogą pamiątką Mayles nie rozstanie się nigdy. Sprzedać więc coś chyba z ubrania, któż jednak takie strzępy będzie chciał nabyć?
Włócząc się tak przez dzień cały, nareszcie przed wieczorem znalazł się za miastem.
Wiedząc, iż na nocleg, nikt go nie wpuści do mieszkania, korzystając z ciepłej pory dnia zasnął na ziemi pod parkanem. Przez cały czas snu dobiegał go huk armat.
— To widać na powitanie nowego króla — myślał sobie, — poczem zasnął powtórnie, nie zbudziwszy się dopiero nazajutrz rano.
Wstał bardzo głodny. Umył się w rzece, a wypiwszy parę łyków wody, postanowił pójść do pałacu, do starego Marlota, zaciągnąć choćby najmniejszą pożyczkę, aby nie umrzeć z głodu.
Była jedenasta, gdy zbliżał się do pałacu, oczekując kogokolwiek, by zawiadomił Marlota o jego przyjściu. Sam nie mogąc wejść do pałacu chodził to w tę, to w tamtą stronę.
W tym czasie odbywał się przegląd żołnierzy z oficerem na czele. Ujrzawszy Maylesa, oficer zatrzymał żołnierzy, rozkazując Maylesowi, aby się zbliżył, wówczas pochwycono go, odebrano miecz i zrewidowano.
Nie znaleziono nic przy Maylesie prócz kawałka kartki papieru z notą, którą pisał chłopczyna podczas pobytu swego w zamku w Gondon, jakoby do swego wuja do pałacu.
Gdy oficer, odczytawszy kartkę głośno, zmarszczył brwi z niezadowoleniem, Mayles pobladł.
— A więc jeszcze mamy jednego nowego króla, — zawołał oficer — pochwycić tego włóczęgę i trzymać pod kluczem, póki królowi nie pokażę tego pisma!
Po odejściu oficera Mayles mówił do siebie:
— A więc koniec wszystkiego. Teraz trzeba będzie skończyć na szubienicy i przez co, przez kawałek głupiego papierka, a biedny chłopczyna zginie i przepadnie bezemnie.
Oficer powrócił niezadługo, spiesząc się widocznie.
Przedewszystkiem rozkazał wypuścić Maylesa i oddać mu miecz jego.
Złożywszy ukłon Maylesowi, rzekł:
— Proszę, racz pójść panie za mną!
Mayles myślał sobie:
— Ten zły człowiek widocznie drwi sobie ze mnie. Inaczej z pewnością postąpiłbym z nim sobie, gdyby nie to, że dla mnie ostatnia godzina wybiła.
Podprowadziwszy go do skrzydła pałacowego, oficer polecił mu podejść do wygalonowanego lokaja, który z nizkim ukłonem poprowadził go po wspaniałych wschodach, obstawionych szpalerem sług dworskich.
Wprowadzono Maylesa do wspaniałej sali, gdzie pozostawiono go stojącego w pośrodku.
Dziwny lęk opanował Maylesa.
Przed nim na tronie pod baldachimem młody królewicz w purpurze, rozmawiał z którymś z młodych magnatów.
Mayles pragnął co rychlej mówić z królem. Serce bolało go od szyderstw, jakich doznał od otaczających.
Gdy król podniósł nieco głowę tak, iż Mayles mógł nieco już ujrzeć jego oblicze, stanął jak skamieniały, nie spuszczając oczu z pięknego królewskiego oblicza.
Poczem rzekł do siebie:
— Nie pojmuję tej zmiany. Ten żebrak przed chwilą jeszcze, na tronie królewskim. Czy widzę we śnie, czy na jawie?
I z niedowierzeniem spoglądał na przemiany: to na królewicza, to znów na magnatów i salę.
— Tak, — mówił do siebie — biedak istotnie zasiadł na tronie, a więc to rzeczywista jest prawda!
Przypomniawszy coś sobie, szybko podszedł do ściany, a wziąwszy krzesło, siadł na wprost króla.
— Powstań szaleńcze! — zawołano na Maylesa, niewiesz, że siedzieć przed królem nie wolno?
Usłyszawszy ten krzyk, Edward podniósł głowę, a ujrzawszy Maylesa wyciągnął rękę, wołając:
— Nie ruszać go! Ma do tego prawo!
Gdy ździwieni cofali się w milczeniu, król rzekł do Maylesa:
— Bogu niech będą dzięki, żeś się odnalazł drogi i poczciwy Maylesie, tak dawno ciebie oczekiwałem!
A zwracając się ku zgromadzonym dworzanom, rzekł:
— Niech będzie wiadomem to wszystkim i każdemu z osobna, iż wierny i ukochany sługa mój Mayles Gandon, za wszystko co wyświadczał dla swego monarchy, podczas jego niedoli, za wszystkie męki i kary, które za niego odcierpiał, pasowany przezemnie poprzednio na rycerza, otrzymuje godność para Anglii wraz z tytułem i majątkami hrabiego Cantu. Najstarsi z jego rodziny, mają prawo na zawsze zasiadać w obec króla.
Pośród zebranych, znaleźli się również przybyli na uroczystość koronacyjną: Sir Gwidon i lady Anna.
Ci ze ździwieniem nie małem, patrzeli to na króla, to na Maylesa, który wkrótce przyszedłszy do siebie, padł na kolana przed królem, a pochwyciwszy jego rękę i całując ją, zaprzysiągł służyć wiernie królowi.
Spostrzegłszy Gwidona, król strasznie rozgniewany, zawołał:
— Odebrać temu łotrowi godność jego i przywłaszczoną podstępnie cudzą posiadłość, poczem wtrącić do więzienia, gdzie ma pozostawać aż do chwili ogłoszenia przezemnie wyroku.
Sir Gwidona wyprowadzono niezwłocznie.
Rozstąpiono się. Okazał się Tom Canty ciemno bogato ubrany.
Wszedłszy, przyklęknął przed królewiczem.
— Jestem z ciebie niezwykle zadowolony — rzekł król — rządziłeś przez te miesięcy kilkanaście, państwem jak nie można lepiej. Odnalazłeś matkę i siostrę, o których nie zapomnimy.
Tu król, zwracając się do otaczających, rzekł:
— Tom Canty zostaje najwyższym nauczycielem ze wszystkich nauczycieli w przytułku Chrystusowym, prócz tego ponieważ był królem, otrzymuje szczególną oznakę. Proszę, spójrzcie na strój jego, który nikomu innemu nosić nie wolno. Po stroju tym każdy pozna, że przez kilkanaście miesięcy był królem Anglii. Otrzymuje tytuł wychowawcy królewskiego. Przy spotkaniu, każdy z was obowiązany mu oddawać ukłon.
Tom Canty powstał dumny i szczęśliwy.
Ucałowawszy rękę króla, wybiegł z sali do matki i sióstr, z któremi co rychlej podzielić się pragnął swą wielką radością.




Królewicz-żebrak page0110.jpg



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.