Królewicz-żebrak/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XXVIII.

Pochód królewski.

Niezwykłe ożywienie panowało nazajutrz z rana na ulicach Londynu. Ludność w oczekiwaniu króla, tłumnie wyległa na ulicę.
Otoczona setkami łodzi stała na Tamizie, imponując innym, wspaniała królewska gondola.
Poczynając od zamku królewskiego aż do wieży Towru, królewicz miał płynąć w łodziach, zkąd wierzchem już udać się przez całe miasto do opactwa w Westminsterze.
Wspomniane opactwo posiadając wiele baszt, wspaniałych sal i stary kościół, należy do najdawniejszych w Anglii; w jednej z sal jego koronowano królów angielskich, w kaplicy zaś Westminsterskiej ich chowano.
Z każdej prawie szczeliny starej baszty Towru, widniały paszcze armat, z których, gdy król zbliżał się na łodziach do Towru, dano ognia. Huk był straszny.
Pod Towrem Tom przesiadł na wspaniałego rumaka, pokrytego złotą poponą, spuszczającą się aż do ziemi.
Po za nim w tyle na takimże koniu jechał tuż za nim lord Hartford.
Po obu stronach szła straż królewska od stóp do głów zakuta w zbroje, za nią dążyli magnaci wraz ze swemi lennikami, dalej wodzowie w spaniałych materjach, mając wspaniałe zawieszone krzyże na piersiach.
Wesołemi okrzykami witała wszędzie ludność króla.
Patrząc na ten zachwyt ludu, Tom promieniał od szczęścia.
— Jakże to miło być królem, ulubieńcem narodu, — mówił sobie.
Kłaniając się na wszystkie strony, co chwila prawie przemawiał do ludu, który w coraz większy wpadał zachwyt.
Nagle pośród tłumu Tom ujrzał dwóch wyrostków obdartych, swych byłych kamratów.
Tom nadął się bardziej jeszcze jak przedtem. Co byłoby gdyby go towarzysze poznali, on jeszcze wczoraj biedak, rówieśnik ich zabaw i niedoli, a dziś już król Anglii, któremu uważają usługiwać za najwyższy zaszczyt książęta i hrabiowie, a cały naród jest mu podległym.
Od czasu do czasu Tom rzucał tłumowi garść nowych monet, które tłum chwytał z chciwością.
Na wszystkich ulicach z każdego prawie okna powiewały flagi, lub bogate dywany, któremi wraz z kosztownemi materjałami upiększono miasto.
I wszystko to dla mnie, myślał Tom, którego twarz promieniała zadowoleniem.
Kiedy powtórnie podnosił rękę chcąc rzucić nową garść monet, nagle, w dali od siebie, ujrzał blade, znękane oblicze kobiety, która choćby na chwilę niespuszczała zeń swych oczów. Tom poznał od jednego razu te wielkie smutne oczy i te rysy pełne dobroci. Była to jego matka.
Instynktownie, pomimo woli podniósł rękę ku górze dłonią do wierzchu następnie w tejże chwili wyciągnął ręce przed siebie, wołając co sił starczyło:
— Matka, moja ukochana matka!
Zdziwiony naród skierował swe spojrzenia w stronę, gdzie patrzył król. W jednej chwili zapanował ścisk pomimowolny, pośród którego kobieta owa zniknęła z oczu.
Tom chciał wszelkiemi sposobami poszukiwać swej matki, ale gdzie. Nikt nie uwierzy jego słowom, dowodzeniom.
W około szeptano:
— Królewicz miał widzenie. Pokazała mu się zmarła królowa matka.
Słowa te poszły z ust do ust.
Smętnym wzrokiem patrzył Tom w dal przed siebie dość długo. Stał się dziwnie smutnym i poważnym.
Lord Hartford, zbliżywszy się do króla, zdjąwszy kapelusz, rzekł z cicha:
— Nie czas teraz na marzenia. Gdy lud widzi, żeś smutny, radość zamilkła w około. Proszę więc posłuchaj mej rady. Przybierz wesołość choćby pozorną. Czyliż w rzeczy samej widzenie, to mogło tak rozdrażnić Waszą Królewską Mość.
— Niestety, mylisz się mój drogi, — zawołał Tom — to nie było widzenie, a prawdziwa, realna rzeczywistość. Widziałem nie królową w blasku i majestacie, jak sobie myślicie, ale biedną tę kobietę, która mnie urodziła i wychowała w żebraczej izdebce.
— Boże zmiłuj się! — zawołał lord Hartford — widocznie powtórnie zwarjował!
A pochód podążał wraz ze zwartym tłumem coraz to dalej.
Pomimo, iż serce pękało mu prawie z bólu, Tom zaczął wypełniać ściśle dane sobie zlecenia: śmiał się i dobrotliwie kiwał głową, rzucając w około podarki. Duch jego w tem jednak nie brał udziału, był w tej chwili gdzieś bardzo daleko od zgiełku światowego.
Rozentuzjazmowany tłum wołał:

— Niech żyje Edward, król Anglii!





Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.