Królewicz-żebrak/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XXIX.

Koronacja.

O trzeciej z rana nastąpił pierwszy wystrzał armatni, który był znakiem, aby lud zbierał się w opactwie Westminsteru. Należało oczekiwać z godzin parę na przybycie króla. Ciekawi, których nie mała zebrała się liczba, kupowali jeden przez drugiego miejsca, byleby tylko widzieć bliżej królewską koronacją.
Pośród panujących ciemności, latarnie oświetlały galerje.
Olbrzymia sala opactwa całkowicie zasłana dywanami i najkosztowniejszemi tkaninami, przedstawiała iście widok imponujący, wspaniały.
Po bokach sali urządzono prowizoryczną galerję dla mieszczaństwa, w pośrodku sali miejsca dla pań i magnatów.
Na środku na niewielkim wzniesieniu pokrytem kosztownem suknem, umieszczono tron, do którego prowadzą cztery stopnie. Tak tron jak i podnóżek wybite złotą materją.
Wreszcie zaczyna świtać. Latarnie gasną. Światło dzienne zapanowywa nad nocnem. Dzień pochmurny, bez słońca.
Z wybiciem siódmej ukazuje się pierwsza milady w wspaniałym stroju.
Jeden z magnatów zbliża się ku niej. Inny wskazuje jej miejsce, które ma zająć. Podaje jej podnóżek, obok zaś kładzie koronkę, ze staroangielskim bowiem obyczajem zgodnie wszystkie milady i lordowie w chwili gdy na głowę króla kładą koronę, mają na swych głowach złote koronki.
Według tej etykiety witają i plasują wszystkie milady. O dziesiątej rozchodzą się. Słońce oświeca wspaniałe zebrane panie, których bogate stroje iskrzą tysiącami najkosztowniejszych kamieni.
W tej chwili przybywają posłowie zagraniczni, zajmując swe miejsca.
Po dłuższem oczekiwaniu rozległ się nagle huk armaty — znak ten zwiastował przyjazd króla, na którego przed ukazaniem się musi być włożony płaszcz królewski.
Zebrane wyższe duchowieństwo znajduje miejsca na podwyższeniu po za tronem, czyni to także lord Hartford, zarówno jak też i czynią to dworzanie oraz poboczna straż królewska zebrana w pełnem rynsztunku.
Muzyka gra hymn narodowy. Ukazuje się król, który ze wspaniałością, dumną prawie, wkracza na podwyższenie.
Ujrzawszy go przyodzianego w płaszcz z gronostajów, wszyscy z miejsc powstają. Muzyka gra powtórnie. Toma Canty podprowadzają ku tronowi. Rozpoczyna się ceremonjał uroczystościowy, Tom stoi dziwnie smutny i blady. Zbliża się ceremonjał najważniejszy, ostatni.
Oto wziąwszy z poduszek koronę Anglii, Arcybiskup uniósł ją po nad głową drżącego z obawy Toma. Wszyscy mają złote koronki po nad głowami. Nastrój uroczysty niezwykle potęguje zupełna cisza.
Na tę chwilę ukazuje się jakiś biedny wybladły chłopczyna. Ubranie jego w strzępach. Niezauważono go w tłumie. Wślizgnął się widać niepostrzeżony.
— Zabraniam najuroczyściej temu fałszerzowi wdziewać koronę na głowę, królem bowiem jest nie on, a ja, rozumiecie?!
Gniew szalony ogarnął wszystkich zebranych. Tysiące rąk wyciągnęło się ku chłopczynie, chcąc go pochwycić, co ujrzawszy Tom Canty, rzucając się w królewskim płaszczu na pomoc Edwardowi, zawołał:
— Rozkazuję żeby go zostawić w spokoju. Powiedział prawdę. Jest królem.
Zdumienie ogarnęło wszystkich, nie pojmujących, czy to co się dzieje, jest we śnie, czy też na jawie!
Co widząc, lord Hartford zawołał rozkazująco:
— Nie słuchać rozkazów! Król ponownie zachorował. Chwytać włóczęgę co prędzej!
Kiedy tłum rzucił się, chcąc pochwycić Edwarda, Tom tupnąwszy nogą, krzyknął groźnie:
— Rozumiecie! Zabraniam dotknąć się go! Nieposłuszny śmiercią ukarany zostanie! On jest prawdziwym panem naszym i królem!
Przygnębienie ogólne zapanowało na te słowa. Ręce bezwiednie wszystkim opadły. Nikt już teraz nie wiedział, co ma czynić, co mówić.
Gdy chłopczyna w łachmanach zbliżał się do tronu, Tom z radością pobiegł ku niemu, a padając na kolana, zawołał:
— Monarcho! Biedny Tom Canty doczekał nareszcie chwili, aby cię oglądać w pełni królewskiego majestatu. Bogu niech będą dzięki za to, żeś powrócił póki czas jeszcze.
Wymieniwszy znaczące pomiędzy sobą spojrzenia, każdy z milordów miał myśl tylko jedną w tej chwili: „Jak oboje są dziwnie podobni do siebie!“
Lord Hartford zastanowił się chwilę, poczem z całą uprzejmością rzekł do Edwarda:
— Czy pozwolisz się o coś zapytać?
— Pytaj, milordzie!
Lord Hartford rozpoczął pytania od zmarłego króla i księżniczek, na które Edward dawał bardzo słabe i wątpliwe odpowiedzi, zarazem opowiedział o szczegółowem urządzeniu i umeblowania sal królewskich, co wzbudziło podziw ogólny.
— Nie wszystko jeszcze nam wystarcza, co nam mówisz, na potwierdzenie prawdy słów twoich, — zawołał lord Hartford — jeżeli dasz nam wyjaśnienia, gdzie się podziała pieczęć państwowa, uwierzymy, żeś księciem Walii.
Na ustach zgromadzonych, pewnych, iż tym razem chłopczyna nie będzie mógł dać żadnej odpowiedzi, pojawił się uśmiech sarkastyczny.
Zwróciwszy się do lorda Johna, rzekł bez namysłu:
— Pójdziesz do mego gabinetu, tam w lewym kątku, pod samym sufitem wbity gwóźdź w ścianę za który gdy się poruszy, otworzy się wnet maleńka skrytka. Tej kryjówki nikt nie zna prócz mnie i pieczętarza, który ją robił! Przynoście zatem co prędzej ową pieczęć.
Dziwiono się nie tylko słowom jego, ale że wykonawcą rozkazu wybrał lorda Johna, którego znał z imienia.
Lord John chciał iść, gdy przypomniał sobie w samą porę, że idzie bez rozkazu królewskiego. Stał więc jak przykuty do miejsca, co widząc Tom Canty, zapytał:
— Czego stoisz jeszcze, kiedy król poseła. Czyliżeś nie słyszał rozkazu?
Lord John wyszedł niezwłocznie, powracając niezadługo. Zaciekawienie u obecnych doszło do najwyższych granic.
Wszedłszy na podwyższenie i podszedłszy do Toma, rzekł z naciskiem:
— Wasza Królewska Mość, tam niema pieczęci królewskiej.
Szmer niezadowolenia przebiegł po obecnych.
— Więc wygnać tego żebraka kłamcę! — zawołał lord Hartford oburzony.
Gdy straż królewska rzuciła się ku Edwardowi, Tom krzyknął groźnie:
— Pójść precz! Kto dotknie się go choć palcem, swą głową za to odpowie!
Następnie Tom, zapytał lorda Johna.
— Czyś dobrze szukał?
— Ależ, rozumie się, że dobrze, odpowiedział lord, — wszakże to nie szpilka, ale wielki krąg złota!
Oczy Toma dziwnie zabłysły.
— Wiem, wiem, zawołał. — Taka okrągła i gruba z wyciętemi literami. To, to, to ma być pieczęć państwowa. Czemużeście nie powiedzieli mi wcześniej, jak ona wygląda, już byście dawno ją mieli. Ja wiem, wiem, gdzie jest, nie ja jednak pierwszy położyłem.
— A zatem któż panie? — zapytał lord Hartford.
— On, — odrzekł Tom — prawdziwy król Anglii. Spytajcie go, a powie gdzie pieczęć, a wtedy uwierzysz, że jest prawdziwym królem. Czy przypominasz panie, — mówił do Edwarda — coś zrobił w ten dzień, gdyś przybrał się w moje łachmanki, jak żywo pobiegłeś skarcić żołnierza, za niesprawiedliwe obejście się ze mną?
Wszyscy milczeli, badawczo patrząc na chłopczynę, który przez minut kilka stał w głębokiem zamyśleniu.
— Nie, nic o pieczęci sobie przypomnieć nie mogę.
— Nie smuć się królu mój i panie, — zawołał król. — Niema dotąd jeszcze nic straconego. Chciej tylko panie słuchać uważniej. Czy przypominasz sobie naszą rozmowę w gabinecie, kiedym ci opowiadał o mych siostrach, babce i zabawach z towarzyszami?
Edward na wszystko przytakiwał głową. Szczegóły te znał doskonale.
Milordowie stali zdziwieni słuchając z natężoną uwagą.
— Potem zamieniliśmy nasze ubrania wszak przypominasz sobie, — ciągnął Tom dalej. — Stanąwszy następnie przed lustrem ździwiliśmy się nie mało, jak dalece do siebie byliśmy podobni. W tem dojrzałeś królu skrwawioną mą rękę. Wtedy w jednej chwili pobiegłeś ku drzwiom, chcąc skarcić żołnierza, który skaleczył mi rękę, a w tym celu pochwyciłeś ten przedmiot, który zowią pieczęcią królewską.
— Przypominam sobie dopiero teraz, — zawołał Edward wesoło — znajdziesz tę pieczęć w rękawicy rycerskiej zbroi, która wisi na ścianie.
Tom wykrzyknął radośnie.
— Teraz już nikt nie będzie śmiał zaprzeczyć, że jest prawym królem Anglii. Prędzej spiesz milordzie Johnie!
Powstał nagle szmer wielki, po którym zapanowała cisza głęboka.
Wreszcie ukazał się lord John. Trzymając rękę wysoko w górze, ukazywał w niej zebranym, żądaną pieczęć państwową.
— Niech żyje prawdziwy król! — wołał tłum rozentuzjazmowany — niech żyje!!
Muzyka grała. Krzyczano i poruszano chustkami.
Pośród sali na podwyższeniu stał oberwany chłopczyna, prawdziwy król Anglii, a w okół niego najznakomitsi panowie na klęczkach.
Tom Canty rzekł:
— Teraz, wielki królu i panie, zabierz tę odzież królewską, a oddaj biednemu Tomowi jego łachmanki.
— Powiedz mi lepiej, mój drogi, w jaki to sposób przypomniałeś sobie to miejsce, w które schowałem pieczęć.
— W bardzo prosty, panie — odrzekł Tom bez zająknienia. — Czyliż bo nie używałem jej nie raz? bardzo często...
— A więc — rzekł Edward — używając jej, musiałeś rzecz prosta wiedzieć, gdzie się znajduje?
— Nie wiedziałem właśnie, że to jej szukają, że to ona nazywa się pieczęcią państwową, a nie powiedziano mi jak ona wygląda.
— Nierozumiem, — przerwał król — więc w jakimże celu używałeś pieczęci?
Twarzyczka Toma pokryła się rumieńcem. Milczał, spuściwszy oczy.
Spostrzegłszy to król, rzekł łagodnie:
— Nie bój się, mów prawdę. W jakim celu używałeś pieczęci królewskiej?
— Tłukłem nią orzechy, — odrzekł Tom zgnębiony.
Roześmiano się serdecznie, wnosząc z tej odpowiedzi, że Tom nie może być królem.
Z ramion Toma zdjęto płaszcz królewski i nadziano go na łachmanki będące na królu.

Powrócono do obrządku koronacyjnego, kładąc koronę tym razem na głowę prawdziwego króla, ku wielkiej radości ludu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.