Królewicz-żebrak/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XXIV.

Więźniowie.

Wszystkie cele więzienne były przepełnione. Przyjaciół naszych przykuto do ściany w wielkiej izbie, gdzie znajdowało się do dwudziestu aresztantów młodych i starych.
Królewicz nie mógł wyjść z oburzenia jak śmiano posadzić go do więzienia. Mayles nachmurzył się i milczał.
To wszystko co zastał w zamku, a czego zupełnie nie spodziewał się, pognębiło go. On, który tak nie dawno jeszcze podążał do domu szczęśliwy i wesoły, on który myślał, jak wszyscy będą mu radzi, dostał się wprost do więzienia! Nawet i ta zacna dobra tyle lady Anna nie chciała go poznać.
Noc pierwszą, Mayles wraz z chłopcem przepędzili źle bardzo. Sługa więzienny dostarczył niektórym aresztantom wino, poczem nastąpiły krzyki i bójki pomiędzy sobą. Trwało to do północy, póki nie rozpędzono pijanych, poczem zapanowała tyle upragniona cisza, pośród której wreszcie nasi przyjaciele zasnęli.
W ten sposób przechodziły dnie i noce.
Pośród aresztantów znalazł się jakiś poczciwy człeczyna, który opowiedział Maylesowi o właścicielach zamku Gandone. Ojciec Maylesa, ów właściciel, umierając, pożenił Gwidona z lady Anną.
Pożycie małżeńskie nieszczęśliwej było do niezniesienia. Gwidona nikt nie lubił, a wszyscy nienawidzili.
Staruszek ten opowiadał czasami też i o nowym królu.
Edward zapytał razu jednego:
— Ten młodzieniec... Cóż to za król?
Starzec odpowiedział:
— Wszak mamy tylko jednego pana i króla, a jest nim Edward szósty. Niechaj go Bóg ma w swej opiece. Miły, dobry i poczciwy jak tylko aniołowie być mogą. Mówiono, że jest szalonym, dziś jednak widocznie mu się polepsza. Naród dzień i noc w modłach błaga Pana Zastępów, by jak najdłużej zezwolił panować tyle mądremu i dobremu królowi. Pierwszem wielkiem dziełem jego było zwolnienie od kary śmierci hrabiego Norfolka. Obecnie król zamierza odmienić wszystkie prawa, które dotąd były najbardziej okrutnemi.
Wieść ta ździwiła niemało obecnego króla, który popadł w głęboką zadumę.
— Czyliż tym wymarzonym królem, miałby być ów nędzny włóczęga, z którym zamieniłem moje szaty królewskie — mówił król sobie — i w jaki sposób nie przekonano się dotąd, iż on nie jest prawdziwym królem.
Dzień i noc tak chłopczyna rozmyślał o samozwańczym królu Tomie, a im bardziej zapadał w zadumę, tem silniej bolała go głowa, tem gorzej sypiał z dniem każdym.
Pozostawać nadal w więzieniu było dlań męką niewypowiedzianą. Mayles w żaden sposób uspokoić się nie mógł.
Tuż obok króla pomieszczono dwie kobiety skute do siebie łańcuchami.
Twarze ich były smutne, współczucie i litość budzące. Zrazu nic mówić nie chciały, wreszcie ze łzami w oczach wyznały, że są ofiarą pomyłek i zostały skazane na karę cielesną batogami.
— Jakto, będziecie karane batogiem? Panie, zmiłuj się! Nie płaczcie, błagam was, łez waszych ja widzieć nie mogę. Ja was ocalę, uchronię od wstydu i hańby.
Nazajutrz z rana, gdy chłopczyna wstał ze snu, kobiet nie było już w więzieniu.
Widząc to, król zawołał:
— Bogu niech będą dzięki, że ich wypuszczono.
A po chwili dodał:
— Ja jednak, biedak, ciągle jeszcze pozostaję w więzieniu.
Nadzorca z pomocnikami przybyły na tę chwilę do więzienia, rozkazał wszystkich wyprowadzić na podwórze więzienne.
Król mimowoli uśmiechnął się przez łzy na myśl, że choć przez jedną chwilę odetchnie świeżem powietrzem, zobaczy jasne słoneczko.
Gdy odczepiono go od żelaznego pierścienia, którym był do ściany przymocowany, udał się wraz z innemi aresztantami.
Podwórze więzienne było wybrukowane. Aresztantów ustawiono w rząd tyłem do ściany. Równolegle wraz z rzędem przeciągnięto sznur.
Zgromadzono tu również i żołnierzy.
Na środku podwórza zostały ustawione hańbiące słupy, a do nich przymocowane znane nam dwie kobiety.
Ujrzawszy je król drgnął cały z oburzenia, pomyślawszy:
— I nie wypuszczono ich jednakże. W naszym kraju chrześcijańskim biją kobiety batogami i ja, król, jestem bezsilny i nie mogę ich obronić? Przyjdzie jednak chwila, kiedy ciężki rachunek ze swych haniebnych czynów zdadzą mi ich oprawcy.
Przybył ksiądz, przecisnął się przez tłum i również wkrótce zniknął z oczu.
Rozpoczęto jakieś przygotowania, tłum zamilkł, jakby w oczekiwaniu czegoś niezwykłego.
Gdy lud usunął się, to co zobaczył król, było tak przeraźliwe, straszne, iż włosy mu na głowie dębem stanęły.
Naokoło biednych dwojga kobiet zgromadzono kupy wióru i chrustu, który podpalał zwolna jakiś człowiek klęczący nieopodal.
Obecne temu kobiety pospuszczały głowy, zakrywszy twarz rękoma.
Płomień żółty wspiął się ku górze, ogarniając chrust zeschły, który trzeszczał coraz bardziej w miarę palenia. Kłęby czarnego dymu rozpędzane przez wiatr, okrywały jak czarną osłoną śmierci, powoli nieszczęśliwe ofiary zaślepienia i fanatyzmu.
Ksiądz podniósłszy ręce do nieba, zaczął odmawiać modlitwy.
Obrzuciwszy wzrokiem nie szczęśliwe ofiary, chłopczyna raz jeszcze przelękłem, nienawistnem spojrzeniem rzucił okiem na stosy, a przycisnąwszy zbladłą twarzyczkę do samej ściany, nie był wstanie oczu podnieść ponownie.
— To, com widział przez chwilę, — myślał sobie, — nigdy, nigdy nie wyjdzie z mej pamięci. O! Stwórco! — zawołał, — jakże w tej chwili zazdroszczę ślepym, którzy nie są w stanie widzieć takiego nieludzkiego okrucieństwa.
Mayles patrząc jednocześnie na panującego nad sobą królewicza, myślał sobie.
— Dzięki Bogu! widocznie, że mu zaczyna być lepiej. Wprzód dawniej krzyczał by że jest królem, chciałby używać swej władzy, aby uwolnić nieszczęśliwe, a teraz milczy uparcie. Widocznie choroba przechodzi.
Tegoż dnia przyprowadzono do więzienia wielu nowych aresztantów.
Z rozmowy z nimi, król przekonał się bardziej jeszcze o niesprawiedliwości ówczesnych sądów.
Opowiadania nieszczęśliwych torturowały biedne serce króla.
Zaczął błagać Maylesa, aby uciekał wraz z nim z więzienia.
— Muszę co prędzej — mówił — wstąpić na tron, aby uwolnić te nieszczęsne ofiary.
Mayles widząc to, myślał:
— Biedny chłopczyna. Cierpienie jego przechodziło, a przejścia te gwałtowne na nowo pomięszały mu zmysły.
Król zaś mówił:

— Pragnę odmienić te okrutne nieludzkie prawa. Teraz rozumiem, jak ważnem i doniosłem jest, aby monarchowie poznawali życie swego narodu. Winni nie tylko uczyć się praw swego kraju, ale i praw ludzkości, oraz praw najwyższych — miłosierdzia.





Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.