Królewicz-żebrak/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


III.

Lekkomyślność ukarana.

Pewnego rana Tom wyszedł na ulicę zgłodniały i ciągle myślał o swoich marzeniach.
— Gdybyż to być księciem choć przez jedną godzinę — mówił do siebie idąc zadumany i kroczył zwolna nie wiedząc sam dokąd idzie; włóczył się tak bezwiednie czas długi po ulicach Londynu, aż wreszcie zaszedł gdzie dotąd nigdy nie bywał przedtem.
Nagle ukazał się przed wzrokiem jego olbrzymi gmach z basztami, strzelnicami, marmurowemi podwojami i kamiennemi wykutemi lwami u bram, otoczonych pozłacanemi kratami.
Zdumienie chłopca nie miało granic. — To zamek królewski — powtarzał. I stanąwszy jak wryty, nie spuszczał oczu ze wspaniałej budowli. O! gdyby mógł tam wejść kiedy i ujrzeć upragnionego tyle królewicza!
Po bokach złoconych krat zamku stały bez ruchu, jak wykute z kamienia posągi dwóch rycerzy, zakutych od stóp do głowy w stalową zbroję. Była to warta strzegąca pilnie gmachu królewskiego, a nie dopuszczająca za kratę nikogo z obcych.
Naród, tłumnie zebrany, wpatrywał się chciwie na pałac królewski, przed który co chwila zajeżdżały i wyjeżdżały bogate karety, mieszczące w sobie wysokie dworskie osobistości. Mały Tom poszedł tak blizko, iż całą twarz prawie umieścił w kracie. Przez nią to ujrzał chłopczynę zachwycającej urody, ubranego w tkaninę z kosztownej materyi przetykanej złotem i drogiemi kamieniami. Obok chłopięcia stało kilku wygalonowanych lokai.
— Ach! to książę, niezawodnie sam książę, — wyszepnął Tom w oszołomieniu i bardziej jeszcze wysunąwszy się, przycisnął twarz do kraty.
Spostrzegłszy Toma w jego łachmankach jeden z wartowników, pchnął go tak silnie, iż chłopczyna upadł na ziemię. Tłum wybuchnął śmiechem, a młody książę spostrzegłszy co się stało, w jednej chwili poskoczył ku bramie. Jak śmiesz poniewierać tym małym biedakiem? — zawołał książę rozgniewany. — Otwieraj natychmiast bramę i wpuść go do mnie.
— Niech żyje książę Walii! — wykrzyknął jednogłośnie tłum.
Wartownik wpuścił Toma, który zbliżył się do księcia Edwarda.
— Zapewno biedaku zmęczony jesteś i głodny, — pytał ze współczuciem młody książę — świadczy o tem twoja wybladła twarzyczka. Pójdź za mną!....
Tu odprowadził Toma do bogatej pałacowej sali, którą nazwał swoim gabinetem.
Wkrótce podano wykwintne śniadanie, jakiego Tom nie widział w swem życiu.
Siadłszy przy stole, Tom zajadał z apetytem.
— Jak się nazywasz? — pytał książę Edward, patrząc na chłopca z dobrotliwym uśmiechem.
— Tom Canty, sir...
— Tom, piękne imię, — zawołał książę. — A gdzież ty mieszkasz?
— W mieście, w dzielnicy Aufale Corty.
— Aufal Corty — dziwna nazwa. — Czy masz rodziców?
— Mam, sir, mam także babkę i dwie siostry Anię i Lizię...
— Babka zapewne kochać cię musi?
— A tak, sir, wtedy, gdy śpi, lub się upije, — odparł Tom z westchnieniem, — skoro jednakże wytrzeźwieje, bije bez litości.
Oczy księcia zabłysły gniewem.
— Co? Ona biłaby takiego wątłego biedaka. Ha! dziś jeszcze każę uwięzić tę babę. A ojciec, powiedz, czy dobrym jest dla ciebie?
— Nie lepszy od babki sir, — Tom odrzekł.
— Matka zaś twoja, — pytał dalej książę.
— O! ta zawsze dobra i kochająca, tak jak moje siostrzyczki Ania i Lizia.
— Ileż one lat mają?
— Czternaście i piętnaście...
— Dużo mają sług te twoje siostry?
— Sług? — zapytał malec zdziwiony — a na co im sługi?
— Jakto na co? — pytał książę, patrząc z coraz większem zdumieniem na chłopca, — któż je więc rozbiera na noc i ubiera rano?
— Nikt, sir, — odpowiedział Tom — czyliż ma być tak trudnem, zdjąć to jedyne ubranie, jakie się ma na sobie?
— Jedyne ubranie — powtórzył książę — macie więc tylko po jednem?
— Na cóż nam więcej, wszak człowiek ma na sobie tylko jedno ciało, a więc pocóż mu dwa ubrania.
Książę wybuchnął serdecznym śmiechem.
— No, no, nie gniewaj się — mówił głaszcząc Toma — bynajmniej nie chciałem ci ubliżyć. Śmieszy mnie tylko twoja dowcipna odpowiedź. Dziś jeszcze rozkażę posłać twym siostrom wiele ubrań i sług wiele. A teraz powróćmy jeszcze do twojej dzielnicy, Aufale Cortu. Powiedz mi czy tam wesoło?
— I bardzo — rzekł Tom — dopóki tylko głód na dobre nie zacznie się dawać we znaki.
Przychodzą wędrowni sztukmistrze, którzy dają przedstawienia z małpami.... to takie ciekawe, kosztuje tylko szyllinga. Prawda, że u nas to często i o szyllinga bardzo trudno.
— Cóż więc tam u was się dzieje?
— Próbujemy się wzajemnie, walczymy na kije!...
— O! to musi być wesołe — zawołał książę, oczy którego zadowoleniem zabłysły. — Mów dalej, mów — wołał.
— Ha, bawiemy się w konie, to znów gonimy jeden drugiego, śpiewamy i tańczymy.
— Jakżebym i ja również — zawołał książę, którego twarzyczkę żywy oblał rumieniec — chciał wdziać takie ubranie jak twoje i tak się bawić. Popróbować się na kije, poigrać w konie i kopać piasek. Choć raz jeden tylko bez sług i dozoru. Oddałbym nawet koronę królewską za jeden dzień takiej zabawy!
— To tak jak ja, — przerwał Tom — oddałbym życie byleby choć na chwilę przywdziać książęce ubranie.
— Chciałbyś, doprawdy? — zapytał książę — zdejmij więc swoje łachmanki i przynieś mi te szmaty. Nikt nam nie przeszkodzi, a potem znów się zamieniemy!
W kilka chwil potem książę Edward stał przebrany w łachmany Toma, a ten przybrany w szaty królewskie, poczem oba wyrostki zbliżyli się ku zwierciadłu, badawczo na się spoglądając.
— Jakżeś do mnie podobny — zawołał książę — też same oczy, twarz, wzrost i włosy. Gdybyśmy tak wyszli ztąd bez ubrania, nikt by odgadnąć nie zdołał, kto jest biedakiem, a który księciem. Co tobie w rękę — zawołał książę — masz skaleczoną?
— Drobnostka — zawołał Tom — wartownik skaleczył mnie przed chwilą.
— Nikczemnik — wykrzyknął mały Edward, tupnąwszy bosą swą nóżką. — Ja go ukarzę. Zaczekaj tu na mnie, zaraz powrócę. Masz słuchać, ja tak rozkazuję.
To mówiąc pochwycił jakiś przedmiot ze stołu, poczem wybiegł szybko z pokojów. Widać było jak mknął przez ogród królewski, jak rozwiewały się strzępy jego ubrania. Twarz małego księcia zaczerwieniała od gniewu, oczy mu pałały. Przy głównej bramie, chwycił szarpiąc za kratę żelazną, niestety, brama pałacowa nie otwierała się wcale.
— Otwierać bramę natychmiast! — zawołał rozgniewany książę.
Ten sam wartownik, który zranił Toma przed chwilą, spełnił rozkaz niezwłocznie.
Książę, wybiegłszy z bramy, pomknął ku żołnierzowi, nie mając siły zapanować nad sobą. Spostrzegłszy to, wartownik uderzył go w plecy z całej siły tak mocno, że nie mając siły utrzymać się na nogach wpadł w pośrodek zebranego tłumu.
— Masz to na pamiątkę, włóczęgo — zamruczał wartownik — będziesz teraz wiedział, że tu chodzić nie wolno. Masz odwet za to com dostał przez ciebie od księcia.
Tłum Wybuchnął śmiechem. Książę, podniósłszy się z ziemi, gdzie upadł popchnięty przyskoczył do wartownika.
— Nędzniku! — zawołał — żeś mnie nie poznał, ja jestem księciem Walii! Zostaniesz powieszonym, żeś śmiał się targnąć na życie królewskie!
Wartownik salutował hallabardą, jak to zwykli czynić żołnierze, zgodnie z obyczajami wojskowemi, poczem, widocznie szydząc sobie z malca: — Niech żyje wasza książęca mość. Niech żyje! — zawołał. — A po chwili:
— Wynoś mi się ztąd, bębnie, pókiś cały, — dodał — bo jak mi ten Bóg na niebie, tak ci przyłożę po raz drugi!
Maleńkiego księcia otoczono w około, szydząc i naśmiewając się z niego.

— Rozchodzić się, baczność, królewicz, — wołano, pędząc biednego księcia przed sobą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.