Królestwo Polskie 1815—31/Z życia młodzieży w Wilnie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Królestwo Polskie 1815—31
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z życia młodzieży w Wilnie.

Jesteśmy w Wilnie. Tutaj skupiło się życie młodzieży, gdyż tutaj pod opieką i kierunkiem przyjaciela młodości cesarza Aleksandra, ks. Adama Czartoryskiego, najlepszy uniwersytet.
Wieczór zimowy, na ulicach miasta zapalono rzadkie olejne latarnie, ruch dzienny ustał, i praca skończona, długi wieczór trzeba teraz czemś zapełnić.
O zabawę nietrudno, gdzie tyle młodzieży, lecz jaka to zabawa?
Wejdźmy do skromnej izdebki studenta. Dwóch tu widocznie mieszka, bo dwa łóżka, stolik, szafka, kilka krzeseł, — krzeseł nawet dziś dużo: dopożyczył ich od gospodyni, bo ma gości: zebranie koleżeńskie. Przyjdzie tylu, ilu stancyjka pomieści: 12 czy 15, więcej się nie zbiera, bo nie mogą przecież bawić się za drzwiami. I na samowar miejsca trochę trzeba, na chleb, bułki, wędliny, tytuń — rozkoszy będzie co niemiara. Wódki i kart tylko niema ani tutaj, ani na żadnem zebraniu studenckiem. Wódka odbiera rozum, karty marnują czas drogi, najdroższy skarb człowieka, bo za żadne pieniądze kupić go nie można. Kto chce należeć do związku studentów, wyrzeka się kart i wódki, a zobowiązuje uczciwem słowem do sumiennej nauki i pracy nad sobą, aby stał się rozumnym i zacnym człowiekiem, dobrym obywatelem kraju.
Już zaczynają schodzić się koledzy, gwarnie, wesoło, śmiech słychać na schodach, ten i ów śpiewa głośno.
Coraz ich więcej, a każdy coś mówi, każdy coś opowiada, wszyscy palą krótkie fajeczki, i w pokoju aż ciemno od obłoków dymu. Ale to nie przeszkadza im do wesołości, do rozmowy i śmiechu.
Znów się drzwi otwierają — wchodzi trójka. Pierwszy średniego wzrostu, smagłej cery, brunet z kędzierzawą i bujną czupryną, o rozumnem, łagodnem, ale stanowczem spojrzeniu: to Tomasz Zan, kierownik i twórca kółek studenckich, najszlachetniejsza dusza w uniwersytecie. Obok niego młodzieniec rumiany i świeży, szaro-niebieskooki, o bujnych ciemnych włosach — to Mickiewicz. Trzeci mniej znany, z płonącą źrenicą, z pełną zapału twarzą i spojrzeniem.
Gwar się podniósł i powitanie.
— Spóźniliście się, — czekamy! czekamy! co się stało?
— Przepraszam was, koledzy, choć kilka minut tylko się spóźniłem. Usprawiedliwi mię wielkie odkrycie. Fajki na bok, i posłuchajcie. Wstąpiliśmy po niego, a ten nam prawi, prawi — pieśń — muzyka, cud! — posłuchajcie. Aż serce boli, że to nie po polsku.
— Mówcie! Słuchamy!
Cisza, — ostatni z przybyłych staje przy stole, wspiera się o krzesło, i widocznie wzruszony, silnym, dźwięcznym głosem deklamuje rosyjski przekład z niemieckiego strasznej ballady o pannie, co czarami sprowadziła ducha zabitego kochanka, a ten ją porwał, uwiózł na piekielnym koniu i wraz z nią w grób się zapadł.
Cisza taka, że zda się — słychać uderzenia serca; wszystkie oczy wpatrzone w mówiącego, zachwyt na wszystkich twarzach.
— Cud! cud! Ależ to piękne! Kto napisał? Śpiew, muzyka, czarodziejstwo! Co to?
— Cud, — poezja, — a my jej nie znaliśmy! Rosyjski poeta znalazł, a my nie wiemy o niczem. Tak dzisiaj ludzie piszą — a my? Poeta powinien grać na duszy ludzkiej.
— Co to jest? Kto tak pisze?
— Poezja niemiecka, — ale żeby ją poznać, trzeba się uczyć języka, który za mało znamy. I w angielskim są takie skarby, Niemcewicz próbował tłumaczyć.
— Poznamy je! — zaczniemy się uczyć i czytać.
— Bardzo dobrze, podzielimy się zaraz robotą. Kto zna dobrze niemiecki?
— Ja! ja! — wołają głosy.
— Oto książka, — kto się podejmie powiedzieć nam coś o niej na przyszłem zebraniu?
— Ja! ja! — wołają głosy, wyciągają się chciwe ręce.
— To niedosyć: trzeba pomówić o tem z profesorem, niech nam wskaże, gdzie czego szukać. — A kto może, niech śpiewa na tę nutę; na ciebie liczymy, Adasiu.
— Spróbuję.
— A kto może, niech się uczy po angielsku: wielcy są tam poeci i wspaniałe dzieła.
— Dobrze, moi kochani, ale się posilcie — nawołuje gospodarz. — Herbata ostygnie! masło stopnieje, tak tu dziś gorąco! Uprzątnijmy ten bufet, a potem nam Frejent zaśpiewa!
— Potem? Czemu nie zaraz? Tylko pomóżcie chórem.

Hej! użyjmy żywota,
Wszak żyjem tylko raz!
Niechaj ta czara złota
Niepróżno wabi nas!
Hejże do niej wesoło!
Niechaj obiega wkoło,
Chwytaj i do dna chyl
Zwiastunkę słodkich chwil!


Chór brzmi donośnie i porywająco, zapomnieli o herbacie i przekąskach. Ale po śpiewie szturm do wędliny i chleba, aż miło! Młody apetyt odezwał się dzielnie.
A po posiłku znowu śpiewy, deklamacje, spory.

Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca....

Hej! ramię do ramienia![1]


Pieśni nie ustają, zapałem płoną twarze, błyszczą oczy. Dobrze im, — czują się braćmi, przyjaciółmi: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, — takie było ich hasło.
A przed północą każdy już u siebie, bo noc bezsenna pracy uczciwej przeszkadza. Więc dla zabawy nie poświęca się spoczynku; — co innego w potrzebie.



Zielone Świątki i cudna pogoda, — młodzież urządziła majówkę. Należą do niej nietylko studenci, lecz i dawni koledzy, którzy opuścili Wilno, np. Mickiewicz, już dziś nauczyciel w Kownie.
Wychodzą z miasta wcześnie, prawie o wschodzie słońca, raźni, rzeźwi, weseli, bo dzień taki jasny, niebo błękitne, a łąki zielone, brylanty rosy świecą na drzewach, na trawie, a z góry płyną złociste promienie i obejmują wszystko „okiem słońca“.

Hej, użyjmy żywota!


wyrywa się z kilkuset młodych piersi, i wszystkie oczy śmieją się do życia, a wszystkie serca biją uczuciem radości, że weselą się razem, że czują się braćmi.
Maszerują ochoczo, gromadkami, z których każda ma swoją barwę, bo stanowi oddzielne kółko, — więc błękitnym przygrywa Frejent — to są literaci, — granatowi — medycy, — naturaliści i matematycy dzielą się na trzy kółka: zielonych, amarantowych  i  różowych, — prawnicy — biali  i  liljowi, — Zan nazywa się Arcy i idzie na czele, każde kółko ma jeszcze swego przewodnika.
Otóż przybyli na miejsce wybrane. Jakże tu świeżo, zielono i cudnie! Las młody, wzgórze i błękitna rzeka, — doprawdy piękniej nie mogło być w raju.
Ale trzeba się zabrać do roboty: na wózkach nadciągnęła żywność, samowary, — trzeba je ponastawiać, rozpakować prowjanty i przygotować wszystko, nim przyjadą goście: Mickiewicz przybędzie około południa, — nie czas przy nim gospodarować.
Rozpalono na łące ogromne ognisko, pod staremi drzewami rozłożono bufet: chleb, wędliny, owoce, garnki z mlekiem, talerze, łyżki, noże, dzbany z wodą. Kto głodny, może się zaraz posilić.
Posilają się chętnie, bo marsz dodał apetytu. Potem gonitwy, śpiewy. Niektórzy pospieszyli na spotkanie gościa, inni wyglądają na drogę ze wzgórza.
Na drodze tuman kurzu. — Jedzie! jedzie!
Wszyscy biegną w tę stronę, zatrzymują bryczkę, biorą Adama, prowadzą ze śpiewem, z okrzykami radości. Dzisiaj już wiedzą, że to chluba kraju: wielkie serce i wielki talent.
Przyjechał z Kowna, aby uczcić Zana, tego twórcę jedności i przyjaźni, ducha wytrwałej pracy i energji. Właściwie oni obaj są twórcami kółek studenckich, Promienistych, a głównie Filaretów. Uniwersytet niby o tem nie wie, bo niewolno mu dać pozwolenia na szlachetne związki młodzieży. Jakże? Studenci pracują uczciwie i bawią się bez hulanki, łączy ich wzajemna miłość, poczucie obowiązku i chęć służenia ojczyźnie — czyż na to rząd może pozwolić?
Ale młodzież rozumie, jak wiele zawdzięcza tym swoim przewodnikom i starszym kolegom, to też otacza ich czcią i miłością. Starszych z młodszymi łączy najściślejsza przyjaźń, i choć skończyli studja, należą do związków i biorą w nich udział, o ile tylko mogą.
Po radosnem, serdecznem powitaniu — cisza. Wszyscy się zbiegli i stanęli kołem, otaczają Adama i Tomasza. Mickiewicz w prostych słowach wypowiada wszystko, co czują i co myślą, mówi, ile mu zawdzięczają, czem był i jest dla nich dotąd, wreszcie na pamiątką wręcza mu od kolegów i przyjaciół pierścień z napisem: „Przyjaźń — zasłudze“.
Zan wzruszony dziękuje. Nie wiedział, co go spotka. Wszyscy się cisną, każdy chce dorzucić słówko, dłoń mu uścisnąć, okazać, co czuje.

Młodości, tobie nektar żywota
Natenczas słodki, gdy z innymi dzielę, —
Serca niebieskie poi wesele,
Kiedy je razem nić powiąże złota!


By nie poddać się rozrzewnieniu, ktoś proponuje żartem, ażeby przybrać się w wieńce dębowe. — Czemu nie? — Wszyscy stroją się zielenią, i znów śpiewy, gry, żarty.
Po wspólnej uczcie humor jeszcze lepszy, zabawom niema końca; to znów serdeczne słowo, przemówienie, przejmuje wszystkie serca rzewnem, głębokiem wzruszeniem i ściślej łączy je — na całe życie.
W jasną noc księżycową wracają w porządku, gromadkami, jak przyszli. Idą z muzyką, śpiewem. Świat piękny w srebrnym blasku. Ale dzień upłyniony już nie wróci!... Szkoda go, wielka szkoda!



Tak bawiła się i pracowała młodzież w uniwersytecie wileńskim pomiędzy rokiem 1815-1823. Książę Adam Czartoryski najtroskliwszą opieką otaczał tę uczelnię, sprowadzał tu najlepszych profesorów, przyrodników — braci Śniadeckich, Jana i Andrzeja, historyka Joachima Lelewela, którego przysyłano i znów zabierano; dopomagał uboższej a zdolnej młodzieży. Lecz jakaż praca pod moskiewskim rządem mogła się czuć bezpieczną!


Przypisy

  1. Wyjątki z „Ody do młodości" Adama Mickiewicza, napisanej w Kownie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.