Król Husytów/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVI.

Korybut leczył się z ciężkiej rany zadanej w głowę.
Przymus siedzenia w domu ostudził trochę wrzącą krew młodzieńca. Począł się zastanawiać nad swojem położeniem. Czemże on jest właściwie? Namiestnikiem Witoldowym, a ten namiestnik niema ani władzy, ani siły. Dane mu instrukcye przez Witolda są ostrożne i wymijające, jak wszystko, co ten tajemniczy kniaź wysmaży w swojej głowie. Wreszcie te instrukcye przekroczył. Przystąpieniem do husyckiego obrządku zjednał sobie Czechów, to prawda, ale zerwał z Witoldem i królem tak dalece, że całe wojsko Witoldowe jest mu niechętne i tylko garstka Polaków wiernie przy nim stoi.
Dosyć!
On chce być panem, panem samowładnym, jakim jest Żyżka. Ten Żyżka straszny, ślepy, a przecież widzący wszystko, który jednem skinieniem palca prowadzi swoich żelaznych wojowników. On nie zniesie nad sobą młodego,, niedoświadczonego wodza, on nie zechce podzielić się władzą z nikim.
— Przekleństwo! Przekleństwo!
Zerwał się, jak lew osaczony w klatce i mimo czujnej opieki dwóch husyckich mnichów i lekarza, rozwarł szeroko okno. Napływ świeżego, jesiennego powietrza, orzeźwił go. Popatrzył na snujące się gnuśnie tłumy, które jakby wyczekiwały hasła, aby ruszyć w bój.
Patrzał tak długo w ten gwar. Nareszcie coś się w nim zakłębiło, przyleciał jeździec jeden, drugi. Potem okrzyk: „Żiżka! Żiżka“!
— Co? jak?
— Zabity! Zginął pod Przybysławiem.
— Żyżka nie żyje!
Uderzono w dzwony.
Oto rajcy spieszą na ratusz. Na ich czele idzie Pytel, sukiennik, twórca Taboru.
Wieść lata z ust do ust.
Pod Przybysławiem padł obrońca Husytów.
Padł nie od ran, ale z zarazy, która wówczas straszliwie grasowała w obozie.
— Co będzie?
Na spienionym koniu przypada Jędrzej z Pardubic, niesie rajcom orędzie z obozu. Koń padł pod nim. Pospólstwo go otacza. Chciałoby z gardła wyrwać mu wieści, jakie niesie,boć każdy z nich, ilu ich jest, dla siebie coś uszczknąć pragnie.
Otrząsnął się pan Jędrzej, odgarniając potężnym ramieniem tę ćmę, i idzie na ratusz.
Godzina oczekiwania.
Wrzaski tłumu...
— Wieści! Wieści!
Z ratusza padają słowa:
— Prokopi! Obaj Prokopi wodzami!
Tabor podzielił się odrazu na dwa stronnictwa.
Najskrajniejsza część husytów przybrała nazwę Orfanitów, albo osieroconych i nad niemi objął władzę Prokop Mały. Druga połowa poszła pod rozkazy Prokopa Wielkiego.
I Praga przeżuwa owo orędzie Taborytów.
Trwają narady tygodnie całe.
Niezgoda szarpie wszystkich.
Panowie układają się z cesarzem. Utrakwiści stają przy Korybucie.
Mnich husycki Gedeon grzmi z ambony przeciw Moabitom i Filistynom i woła, aby się łączyć z Prokopami.
— Precz z namiestnikiem polskim! nie chcemy króla!
Wtedy wpada przychylny Korybutowi Rohiczana i zagrzewa go do czynu.
Wydano rozkaz Wilhelmowi Kostce, aby buntowników ścinać kazał na ratuszowym placu.
Pięciu ich padło, gdy Kostka opuścił plac egzekucyi i ozwał się do Korybuta: „Pełń sam urząd kata, kiedy w tem tak lubujesz“.
Zaprzestano mordów.
Niemcy korzystają z niezgody i z Karłowego Tynu podchodzą pod Pragę, ale zbici przez Korybuta cofają się z niedobitkami do twierdzy.
I znów jak jeden mąż stanęły do boju wszystkie poróżnione stronnictwa.
Skazańcy z pod miecza katowskiego prażyli Filistynów tak dobrze, jak Kalikstyni i Prażanie. I znów Niemcy przekonali się, że nie są w stanie rozerwać tej jednoty. Korybut raz jeszcze się dowiedział, że fanatyzmu husytów nie ujmiesz w żadne karby. I dopóki on wstrząsać będzie tłumami, dopóty tłumy te będą niezwyciężone.
Z niezagojoną jeszcze raną, zadaną mu pod tym samym Karłowym Tynem wjeżdżał do Pragi smutny i przygnębiony, coraz bardziej wątpiący w swoje posłannictwo, co raz bardziej przekonany, że nie srogością kary, ale duchem ich przejęty zapanować może nad niemi. Wcielić się niejako w ich fanatyzm, wierzenia, wyrwać z siebie aż do ostatniej żyłki starego człowieka i stać się czechem, husytą. Nie przeczuwał bynajmniej, że właśnie w takiej chwili okrzyknięty przez wszystkie stronnictwa królem Czech.
Zdumiał. Patrzał niedowierzająco na te tłumy, które go niosły w tryumfie na stolicę Wacławów.
Była to najpiękniejsza dlań chwila.
Marzenie tak długo pieszczone w duszy spełniło się i w takiej właśnie chwili.
Pobiegł myślą do swej ukochanej, a potem do starca Żelaznej Głowy. Oh, jakże chciałby ich mieć przy sobie.
Zapragnął się modlić.
Uklęknął, ale modlitwa, której go matka nauczyła, nie szła mu z duszy. Plątały się myśli i słowa z husyckiego katechizmu, które mu mnichy czasu choroby w głowę kładli.

Zerwał się z klęczek, siadł i ukrywszy głowę w dłoniach, zamyślił się głęboko.
Po chwili powstał i począł mierzyć komnatę szerokim krokiem.
— Ha, rozpoczynam nowe życie. Mam-że tamto rzucić od siebie jak przenoszony łachman? Tak trzeba. Jestem królem. Tamten Zygmunt Korybut, biedny, wydziedziczony syn Dymitra, umarł. Tu staje nowy. Wszystkich wspomnień złotej młodości, wiary, tego wszystkiego, co serce tak błogo w swoich zakątkach chowa, wyrzec się trzeba... i modlić się po husycku trzeba!..Modlić się po husycku ha! ha! ha! — Zaśmiał się gorzko. — I kogóż to ja oszukać pragnę? Więc tam jutro w kościele modlić się będą po husycku dla ludzi... ale tu wobec Boga inna modlitwa z duszy wypłynie... ale czyż wypłynie? Ha! ha! ha! Oszukiwać będą siebie i drugich. Dobrze powiedział zuchwały Dorohostajski. Jestem farbowanym lisem. I nie mogłem mu tej obelgi do gardła wtłoczyć. Nie mogłem, bom w życiu mojem całem szedł zawsze prawdą. Bo mnie tego matka uczyła. Więc tak? Czyż każda zdobycz ludzka zawsze tylko z fałszem się rodzi?...
I tak młody Korybut w rozterce z sobą przebył tę noc królewskę.
Słońce zajrzało przez okrągłe szyby Wyszehradzkiego zamku, a on jeszcze walczył. Nareszcie już uspokojony zawołał: Ha, niech czyny za mnie mówią. Dobry czyn to przecie także modlitwa. Więc modlić się będę, czyniąc dobrze.
Sklecony na prędce dwór Korybutów wszedł do komnaty po rozkazy, a między niemi znalazł się Siestrzeniec, ale jakiś znękany, przybity.Wcale nie było radości na jego twarzy z kniaziowego tryumfu. Już na progu spostrzegł go nowy król.
— Co ci się stało, przyjacielu?
— Wasza Królewska Mość, złe nowiny.
— Mów.
— Przybyło poselstwo od Jagiełły i Witolda, żądające natychmiastowego Waszego powrotu
— Powrotu? teraz? Zwarjowali!
— Dorohostajski ma rozkaz wyruszenia z Wami. A ot idą.
Do komnaty wtoczył się w ciężkiej zbroi Dorohostajski, a za nim posłowie królewscy z Zyndramem na czele.
Zyndram wręczył Korybutowi listy Jagiełły i Witolda.
Książę wziął papiery, popatrzył w nie i zaśmiał się szydersko.
— Ha! ha! ha! Ot biskup Zbigniew dobrze mierzył w samo serce. — Potem zwrócił się do posła.
— Czy wiecie, żem ja tu królem?
— Od wczoraj dopiero — odrzekł Zyndram.
— Nasze prawa są starsze. Wasza Miłość zostajesz zawsze pod rozkazami króla Jagiełły i Wielkiego księcia Witolda.
— Nie słucham rozkazów niczyich... od Boga tylko rozkazy przyjmuję.
— Bóg husytów nie jest naszym Bogiem.Wasza Wysokość złamałeś Mu wiarę.
— Zamilcz!
— Nie zamilczę! Hufce Witolda opuszczają Was. Taboryci nie chcą Was uznać królem. Na kimże Wasza Wysokość swój tron zbudujesz?
— Wierna mi Praga. Wierni mi Utrakwiści.Wierna mi szlachta czeska.
— Szlachta przeszła do cesarza Zygmunta, który jest naszym sojusznikiem. Ojciec święty rzucił na Was klątwę, jak na odszczepieńca, heretyka i zdrajcę.
— Hej, do mnie rycerze! Tu znieważają Waszego króla — krzyczał Korybut przez otwarte okna komnaty, ale za oknami nie odezwał się głos żaden. Zamek otoczyli murem rycerze Witoldowi. Po za niemi mała garstka Prażan stała oniemiała i bezradna. Gdzie niegdzie podnosiły się okrzyki, ale nieśmiałe i trwożne.
Przedarła się przez szeregi jakaś niewiasta zakwefiona i wpadła do komnaty księcia.
— Pani Marcinowa? wy tu?
— Jam to, najmiłościwszy królu. Dowiedziałam się o zdradzie, jaką Wam zgotowano i spieszę, aby Was umocnić na duchu. Nie opuszczajcie Waszego tronu! Cała Praga stoi za Wami!
— Daremnie. Nie ujdę przeznaczeniu. Oni nie chcą, abym królował Czechom. Stryj Witold dla siebie korony pragnie.
— Stryj Witold, król Jagiełło, to starcy, któremi obraca przebiegły biskup. Wam się należy korona, Wyście ją krwią zdobyli!.. O mój królu! mój Panie, nie opuszczajcie tak marnie Waszej sprawy!
Padła mu do kolan, ściskając jego nogi i oblewając łzami.
Podjął ją z dobrocią.
— Jakież wieści mi więcej niesiecie? Księżniczka Jadwiga czy w zdrowiu?
— Zdrowa i miłuje Was gorąco. Tęskni za Wami, ale czekać będzie, dopóki jej na tron nie wezwiecie.
— To się teraz nie stanie.
— Stanie się.
— Czyż nie widzisz, opuścili mnie wszyscy? Strach powiał na nich przed powagą moich stryjów. Wnet zwalą się Sierotki z Prokopami. Jakże im stawię czoło? — Mała garstka moich przyjaciół nie podoła husyckim cepom.
— Podoła!
Wybiegła szybko.
— Kto ona? — pytali zdziwieni.
— Żona astrologa królewskiego Marcina z Żorawic, urodzona Czeszka, córka Zbyszka, rajcy pragskiego.
— Daj go katu, ryzykowna niewiasto.
— Jak wszystkie Czeszki.
— Czas nam w drogę, Mości Książe — przemówił Dorohostajski.
— Więc jestem Waszym więźniem?
— Jesteś panie zawsze księciem Zygmuntem Korybutem, panem na Brańsku i Nowogrodzie, — a my Twoi wierni słudzy.
— Ha! ha! ha! Ot komedya mięsopustna.Ha cierpliwości! cierpliwości jeszcze — jak mawiał stary Żelazna Głowa.
Na dziedzińcu zamkowym powstał tumult i okrzyki:
— Karol Zygmunt! Karol Zygmunt! Niech nam żyje! Nie damy wywieść naszego króla! Precz słudzy biskupi! W sak z nimi!

Wielki zastęp białych głów wtargnął do Korybutowej komnaty i nim się opamiętać zdołali rycerze, zdumieni i otumanieni, uprowadziły Korybuta.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).