Król Husytów/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Zbigniew Oleśnicki ważył w umyśle projekty czwartego ożenienia się Jagiełły. Pierwszy proponowany przez Zygmunta Luxemburczyka ze swoją bratową Eufemią, z posagiem Śląska i stu tysięcy dukatów, podobał się królowi bardzo, ale wcale nie uzyskał aprobaty księdza proboszcza. Znał on doskonale przeniewierczego cesarza i przewidywał jakiby to on potężny wpływ przez żonę młodą wywierał na starego króla.
Natomiast drugi z księżniczką Sotiką był ze wszech miar dlań korzystny. Najprzód zapewniał mu względy Witolda tak pożądane, a potem przez młodą neofitkę, bo księżna, będąc wyznania wschodniego, musiałaby przejść na katolicyzm, spodziewał się korzyści dla kościoła i wpływu na Ruś. Postanowił też jechać niezwłocznie do Wilna i małżeństwo doprowadzić do pożądanego skutku.
Sprawa husycka nie zatrważała go. Wiedział bardzo dobrze, że Jagiełło, choćby chciał w duszy, ręki doń nie przyłoży, bo on mu nie pozwoli. Lękał się tylko o Witolda, bo nie mógł przewidzieć, jaki plan co do Czechów chytry książę ukrywa w myśli. Co do szlachty, znał dobrze jej zapalną a nietrwałą naturę, wiedział, że te ogniste animusze panów, co się do husytyzmu garną, spłoną niedługo jak snopy słomy i obliczył, że wcześniej czy później łeb heretyckiej hydrze zetrze.
Spokojny więc o przyszłość ten średniowieczny mąż stanu załatwiał petentów, których napływ do jego domu był coraz większy w miarę, jak król ku starości zwalał wszystko na jego głowę.
Właśnie rozpatrywał sprawy kapituły krakowskiej, będącej w zatargach z dzierżawcami myta, których płacić nie chcieli, gdy wpadł zdyszany kleryk.
— Co się tam stało, Adalbercie?
— Posłowie czescy wjechali do Krakowa i zaproszeni zostali do stołu biskupiego.
Gdyby był grom uderzył w tej chwili, nie wywołałby takiego wrażenia.
Ksiądz wypuścił z rąk pióro, otworzył szeroko oczy, patrzał tak chwilę na przybyłego, potem podszedł ku niemu, położył obie dłonie na jego ramionach i krzyknął: — Czyś ty zmysły postradał?
Kleryk drżący zanim przemówił, weszło kilku księży.
— Ratuj kościół Zbigniewie — odezwali się od drzwi ponuro.
— Więc to prawda?
— To prawda. Heretycy zasiedli u stołu pasterskiego. Całe miasto ogarnęła gorączka.
— Tyś był spokojny. Sądziłeś, że bójka na rynku zażegnała burzę, a ot spójrz, co się dzieje. Pozamykano sklepy i świętować z uciechy zachciano.
— Przeciągają tłumy i wyją husyckie pieśni.
— Niedługo czekać, a na kościół się targną.
Proboszcz od Panny Maryi Wacław Cipcer, prałat dobrej tuszy, stanął we drzwiach, czerwony, nie mogąc dalej kroku zrobić, jak gdyby w nich ugrzązł.
— Heretyki! Kościół... napad!
Wybełgotał tak te wyrazy, słaniając się...Pociągnięto go do izby i usadzono na krześle.
— Co czynić? co czynić? — krzyczano.
Księży coraz więcej przybywało.
Zbigniew odzyskał całą zimną krew i swobodę umysłu.
— Kraków pod interdyktem — rzekł spokojnie.
— Bez biskupa?
— Niema go. Myśmy biskupem.
— Co to będzie?
— Niema już nabożeństwa. Kościoły zamknięte. Uderzyć w jedną połowę dzwonu.Niech proboszcz od św. Barbary, otoczony wikaryatem i gwardyanami zakonów, odczyta na rynku edykt interdyktu. Idę do króla.
Runął we drzwi, a za nim wszyscy prócz jednego Cipcera, który sapał na krześle.
Król siedział w komnacie, zwanej białą, której okna wychodziły na Stradom, izba nie była wielka ale wysoka. Kiedyś musiała być biała, bo od tego nazwisko wzięła. Dziś ona ma obicia brunatne, na nich andegaweńskie lilije. Snać królowa Elżbieta węgierska ją tak przystroiła. Jest to najstarsza część zamku, powstała podobno jeszcze za Łokietka.
Tu zwykle gromadzili się goście królewscy.
Przy królu stał Korybut, Zawisza Czarny i Marcin z Żórawic.
Jagiełło uśmiechnięty słuchał opowiadania Zawiszy.
Jest to kawaler, który słynie z poloru, nabytego na cudzoziemskich dworach, a choć włos siwizna mu już pruszy, zachował przecie młodzieńczą werwę.
Serca szlacheckie niby brama floryańska otwarła się dla braci Czechów, bo już tak ich nazywali wszyscy. Wciąż nadciągały zapasy jadła i picia, nie jeden najdroższą pamiątkową baryłkę, schowaną na wielką uroczystość, wyciągnął z lochu. Ale co najważniejsze, że i białogłowy zjeżdżać się zaczęły do Wolborza.A tego wszystkiego dokazała pani Elżbieta Marcinowa.
— Żona wasza? — spytał król mistrza.
— Mistrz Marcin widząc, że sprawa czeska tak świetny obrót bierze, połechtany dumą z swej połowicy urósł z radości.
— Tak miłościwy panie. Wszakże to ona córką Zbyszkową, a wiadomo, że Zbyszek, to hu syta duszą i ciałem.
— Wyście ją z Pragi tu przywieźli?
— Ale nawet brali ślub po husycku, jak mi opowiadała pani Elżbieta — dorzucił Korybut.
Mistrz Marcin spojrzał wystraszony, ale widząc wesołą minę króla i panów znów, nabrał fantazyi.
— Tak, tak ono było miłościwy panie, wiara ta nieróżni się tak bardzo od naszej — W tem tylko różnica, że komunię pod obiema postaciami brać trzeba.
— I wyście ją brali? — spytał król.
— Trzeba było — rzekł Marcin.
— Toście po połowicy i husytą i katolikiem.
— A przebaczył-że wam to biskup?
Marcin się zmieszał trochę — ale znów nabrał otuchy.
— Jeszczem go oto nie prosił, ale nie wątpię w dobry skutek.
— To proścież — rzekł sucho Jagiełło — nie można dwom panom służyć.
Drzwi się orwarły i ukazał się Zbigniew.Jowiszowe jego czoło znaczyło się straszliwą bruzdą. Zaciśnięte miał usta,
— Biorę te słowa W. K. Mości. Nie można dwom panom służyć. A oto stało się to dziś w tej koronie polskiej. Posłowie heretycy zjechali do Krakowa i goszczeni są w biskupim pałacu — a jutro mają mieć posłuchanie. Czy to za wolą Waszą się stało, Miłościwy Królu?
Głos jego grzmiał jak metalowe struny.Król się zmięszał. Panowie poglądali po sobie.Mistrz Marcin był blizki omdlenia.
— Jeżeli biskup ich sprowadził, to przecież...
— Biskup popełnił błąd srogi... ale my duchowieństwo, z kapitułą na czele, musimy go naprawić. W tej chwili Kraków jest pod interdyktem. Słyszysz Wasza Mość Królewska te uderzenia w połowę dzwonu, to są ostatnie dźwięki, jakie wydają, zanim poselstwo heretyckie będzie w mieście. Niema modlitwy, niema chrztu, ślubu, pogrzebu, niema pociechy kapłańskiej dla nikogo z żyjących.
— Czyńcie dalej, co czynić należy.
— Jam już spełnił swoje, teraz na Was kolej Królu.
— Cóż mam robić?
— Wydać rozkaz, aby posłowie w tej chwili opuścili miasto.
Jagiełło się zawahał, ale spojrzawszy na Zbigniewa, skinął na Dobrogosta.
— Przywołaj burgrabię.
Nastała chwila oczekiwania, której każda minuta w godzinę urosła. Zbigniew popatrzał na obecnych, zatrzymał dłużej wzrok na Marcinie, który pobladł jak chusta.
Wszedł burgrabia.
— Idźcie do biskupiego pałacu — rzekł król — i oświadczcie Jego Wielebności, że życzeniem mojem jest, aby posłowie czescy natychmiast udali się do Niepołomic i tam oczekiwali na wolę moją.
Król podał swój pierścień burgrabiemu na potwierdzenie swych słów, który się skłonił i wyszedł szybko.
Zbigniew czekał.
— Czy jeszcze macie co do powiedzenia?
— Pragnę W. K. Mości powiedzieć słów parę bez świadków.
— Raczcie odejść.
Tego gorliwie pragnął mistrz Marcin.
— Trzeba obrać jedną tylko drogę, — rzekł Zbigniew. — W. Kr. Mość nie możesz sobie wyobrazić, ile nieszczęść sprowadzić może takie dwuznaczne postępowanie. Trucizna bywa ponętną i gotowi się jej napić wszyscy — mówię wszyscy. A wtedy cóż się stanie? Szał, zapomnienie. Wszystkie pasye ludzkie zerwą się z łańcuchów i uderzą na świętość i podepczą.Nie uszanują niczego i nikogo. Toż to dla bestyi krzyżackiej prawdziwa biesiada. Możemyż wtenczas żądać papieskiego orędownictwa i pomocy? my zbratani z heretykami. Dopóki ci, którzy kołaczą o pomoc do was, nie wyrzekną się herezyi, paktować z niemi nie można. Racz o tem niezapominać, Miłościwy Panie.
Skłonił się lekko i wyszedł, zostawiając króla w głębokiej zadumie.
Tymczasem burgrabia spieszył z rozkazem do biskupiego pałacu. Ale jak się doń dostać? Mrowie ludu go otoczyło, wydając okrzyki na cześć gości. Już po ogłoszeniu interdyktu potworzyły się partye. Prawowierni i bojaźliwi rwali się rozpychać i bić zwolenników husytyzmu. Przeczuwano, że król ulegnie duchowieństwu i oczekiwano od niego posła. Jakoż zjawił się burgrabia. Poznano go odrazu — i jedni przeciw niemu, drudzy do obrony go byli gotowi. Zmiarkował stary wyga, że w ten sposób można grube oberwać guzy, wrócił więc jak niepyszny do zamku, ale po to tylko, aby wziąć setkę łuczników.
Utorowano mu wejście.
W sali spełniano ochoczo kielichy i przysięgano braterstwo.

Gospodarz spostrzegł królewskiego posłańca, podszedł ku niemu, wysłuchał królewskiego rozkazu — i, z najzimniejszą krwią, zasiadł napowrót z gośćmi do uczty.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).