Król Husytów/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Młody kniaź zajmował w zamku izbę zwaną „Laskową“. Była to komnata wielka na wpół z drzewa, a na wpół z muru sporządzona, o ile że zamek od strony Wisły niedokończony był jeszcze.
Ten prastary gród królewski nosił na sobie ślady wszystkich swoich panów. Każden tu się na nim uwiecznił, powiedziałbym zapisał murowanemi zgłoski, po których niby w księdze czytać można historyę tego gmachu, aż do ostatnich czasów, które go ubrały w ruiny.
W dobie naszej powieści nosi on już na sobie trzy budownicze style, bo gdy pierws budowniczowie Bolesławów i Leszków dali mu z gruba ciężką romańską szatę, to znów Kazimierz Wielki gotykiem go przyozdobił, a Jagiełło znów nowsze nadał mu barwy, ale ich nie wykończył. Stąd też od Wisły dziwnie się przedstawiał w drzewie i w kamieniu. W tej komnacie laskowej mieszkali zwykle goście królewscy. Miała ona przyległych jeszcze parę komnat i alkierzy dla dworni.
Tutaj miody kniaź, gdy się utrudził wędrówką po mieście i poza miastem, znajdował suto zastawiony stół i wypoczynek.
Hopanas, stary lutnista i wajdelota, pamiętający jeszcze Olgierdowe czasy, gadał i śpiewał mu o sławnych ludziach. Był to na wpół poganin. Przyjął chrzest, bo i jego panowie go przyjęli, ale po staremu czcił dawne bogi i obrządki wykonywał, a jednocześnie chodził do kościołów i bił się w piersi.
Tamci starzy stanowili poezyę jego życia, a nowy godził go ze światem, w którym mu na stare lata przyszło bytować. Mawiał też często:
— Tak jak mej starej skóry nie potrafi nikt zedrzeć ze mnie, tak pamięci bóstw moich nie wydrzecie. One mi dają pieśń i rozgrzewają stare piersi wspomnieniem wielkich czasów.Wasz znów uczy mnie pokory i przebaczenia za zło, któreście zdziałali. Niechże i im i jemu będzie chwała.
Ksiądz Kiełcz, spowiednik królewski, strofował często starego Litwina i przed królem się użalał na jego dwuramienność, ale gdy Wajdelota rzucił groźbę, że ucieknie do lasów litewskich, jeśli mu nie dadzą spokoju, zostawiono go. Król nie ruszył się nigdzie bez Hopanasa.
Jemu zawdzięczał życie. Wszak to on odkrył spisek krzyżacki na życie króla w Wieluniu.Dziś starzec już nie mógł podążyć za królem w licznych jego wycieczkach, zostawał więc w domu.
Jakże się ucieszył, gdy młody kniaź zjechał do Krakowa. Miał nareszcie godnego słuchacza.To też Korybut pochłaniał miód litewski, co z gęśli starego Wajdeloty płynął, tak, jak znów z ust Żelaznej Głowy uczył się koronnych dziejów i spraw bieżących świata.
Jeden zaprawiał duszę młodzieńca do bohaterskich czynów, drugi uczył wytrwania i sztuki życia.
Po jednej takiej lekcyi u Żelaznej Głowy, wpadł młodzieniec do swej komnaty i rzekł wesoło:
— Hopanas! weź lutnię, bom dziś wesół.
Ale Hopanas się nie ruszył, popatrzał tylko dziwnie na księcia, potem poskrobał się w głowę.
— Przyjdzie ono i na lutnię pora, teraz Wasza Miłość innym sprawom się odda.
— Co ty mówisz?
— A no, Swirmuncie, ukaż księciu, z czego rad będzie.
Drzwi bocznej komnaty się otwarły i wszedł chłop porosły rudym włosem, prowadząc za rękę młodą, dziwnej urody kobietę.
— Agata! ty? — wykrzyknął zdziwiony młodzieniec.
— To ja, moje ty ukochanie najmilejsze — rzekła, rzucając mu się do nóg. — Nie mogłam już dłużej wytrzymać bez twego lubego oblicza i uprosiłam Swirmunta, że przywiózł mnie do was.
— Swirmunta! — krzyknął gniewnie Korybut. — Tak spełniasz moje rozkazy, nędzny.Głową mi za to zapłacisz. Ha, podli.
— Przebacz! przebacz o najmilejszy — łkała kobieta. — Gdzie mnie wyżyć bez twego widoku.On nie winien. Jam mu nie dała spokoju dniem i nocą.
— I czego chcesz, utrapiona? Tu niema miejsca dla ciebie. Precz! precz z moich oczu wraz z tym nędznikiem, który cię tu przywiózł.
— To weźże życie moje, mój ty najmilejszy. Weź życie, bo bez ciebie ono halerza złamanego nie warte. Oh, ja nieszczęsna, nieszczęsna. Czemuś mnie zabić nie kazał, tam w Trokach. Spoczywałabym już pod ziemią i ruń zielona porosłaby na grobie moim.
Mówiła tak tkliwie, a miała taki miękki i słodki głos, że kniaź mięknąć się zdawał.Opamiętał się jednak.
— Precz! nie zmiękczysz mnie twoim głosem i płaczem. Dosyć już tego! Bawiłem się z tobą, jak dziecko, dziś skończyły się te dni.
— Oh, bodaj one trwały, trwały wiecznie, albo ich całkiem nie było. O panie mój, królu, aniele, spójrz na mnie, to ja, twoja Agata, miłująca cię jak Boga. Przebacz! albo zabij mnie zaraz.
Spojrzał na cudną twarz dziewczyny.
— Wstań, już nie gniewam się, aleś mi przyczyniła kłopotu i utrapienia. Gdzież ja ciebie tu podzieję, sam zaledwie mając jaki przytułek.
— Już niech Wasza Wysokość będzie spokojny — rzekł Swirmunt. Toć ona ma tu siostrę za koniuszym Pietraszem, sługą królewskim.
Popatrzył skruszony na księcia, jak gdyby mu z oczu chciał czytać, potem schylił mu się do ziemi.
— Proszę mi winę odpuścić.
Książę w objęciach Agaty trzymany jak kleszczami, uwolnił się z nich nareszcie i rzekł do sługi:
— Cóż się tam dzieje?
— Po staremu, miłościwy panie. Będziemy mieli nową królowę. Książę Witold swata z księżniczką Sonką króla jegomości.
— Ho! Co ty mówisz, głupcze?
— To jest prawdą — dorzuciła Agata.
— Poszaleliście!
— Niech mi tu głowę utną, jeżeli kłamię.
— Wielka nowina! Wielka nowina!
Zasępił się i począł chodzić po izbie szerokiemi krokami. Rudy wpatrywał się szyderczo w twarz kniazia. Agata przycupnęła w kątku, nie śmiejąc przerwać jego myśli. Zdawała się oczekiwać wyroku.
Na wieży zamkowej dzwon uderzył na Anioł Pański.
Kniaź przystanął nagle i rzucił szorstko:
— Zawiedź ją do jej siostry i nie pokazywać mi się na oczy.
Kobieta strwożona rzuciła mu się do nóg.
— Za cóż to pan na mnie tak gniewny? Dlatego, że tak miłuję mocno. Oh, ja nieszczęśliwa.
— Przestań! nie pora teraz w miłosne sprawy się bawić. Odejdź! Później cię uwiadomię.
— O ja nieszczęsna! nieszczęsna!
Uwiesiła mu się u kolan, łkając.
— Słyszałeś nędzniku! Zabierz ją!
Ucałowała jego nogi i dała się wyprowadzić rudemu z komnaty.
Zapanowała cisza. Stary Hopanas, jak gdyby znudzony, brzęknął w lutnię, lecz przeląkł się gestu młodego kniazia.
— Precz! Kto ci pozwolił?
— Myślałem, że Miłość Wasza...
— Nie myśl nic... bo ja myślę.
Starzec markotny powlókł się ku drzwiom, mrucząc.
— Idź, idź, mój stary. — Poklepał go po ramieniu. — Wybacz! Są chwile, gdzie człowiek z sobą jednym tylko rozmawiać musi.
— Wiem to, wiem. Hm! Krew Olgierdów — krew Olgierdów.
Wyszedł mrucząc.
Stryj żeni się po raz czwarty, z młodziutką Sonką, myślał kniaź. Taki starzec! Ha, to plany Witolda. Gdzie on dąży? Któż zgadnie? Któż zgadnie? Ha, ten tyran niedocieczony, niezbadany. O czem on marzy? Królem, cesarzem może pragnie zostać? Czyż już cały świat przed nim głowy nie schyla? Tu mnie wysłał — i po co? Jestem marnym pionkiem na jego szachownicy. Ja, który czuję w piersiach potęgę olbrzyma. Ja pod tą żelazną ręką kurczyć i wić się muszę, jak robak. Oh, dopokąd-że... dopokąd? Ha, cierpliwości! cierpliwości! A temczasem co? Zanurzyć się w rozpuście? Nie, nie! Włosienicę raczej nadzieję, umartwię ciało, aby ducha podnieść wyżej jeszcze. Wygrałeś starcze! w ważnych kolejach życia dużo poświęcić z siebie, aby być silnym i potężnym... Tak, tak, będę nim, muszę nim zostać.

Długo jeszcze tak dumał młody kniaź. Nie tknął jadła... potem rzucił się na łoże, ale nie zasnął.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).