Król Husytów/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wincenty Rapacki
Tytuł Król Husytów
Wydawca Kasa przezorności i Pomocy Warszawskich Pomocników Księgarskich
Data wydania 1913
Druk Tłocznia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
I.

Jasna, pogodna noc listopadowa w r. 1421 dała ludziom dużo do myślenia. Nocy tej mało kto spał.
Patrzano na szafirowe niebo, na którem dziwne działy się rzeczy. Tyle gwiazd spadających nie widziano nigdy, ani przedtem, ani w późniejszych czasach. Zdawało się, że goni jedna drugą, aby zapaść gdzieś w pozaświatowe otchłanie.
Jasne smugi, szybkie jak błyskawice, przerzynały niebo we wszystkich kierunkach.
Ludzie się żegnali i mówili z tajemną trwogą, że to dusze heretyków strącane w przepaść piekieł.
Oh, bo herezya straszliwie grasowała w tych czasach.
Inni znów, a między niemi Marcin z Żorawic, lekarz królewski i astrolog utrzymywali, że wielkie nieszczęścia zajdą w chrześciańskim świecie, ale kto ich przeżyje, doczeka dni szczęśliwych, jakich na ziemi nie zażywano jeszcze.
Zdanie to czcigodnego mistrza Marcina przynosi zaszczyt jego przenikliwości i wysokiej wiedzy.
— Czeka nas zamęt straszliwy — mówił z powagą, marszcząc brwi i wyciągając prawą rękę ponad głowy zdumionych słuchaczy. — Ani Jowisz umiarkowany i dobrotliwy, ani Wenera przychylna, ani Mars popędliwy i ponury, ani zimny Saturn nie poradzą nic, gdy Merkury objął rządy nad światem. Ten Merkury zdrajczy a przewrotny, który zseła choroby, strachy i długi — on, który kieruje handlem i panuje nad postrachem, rządzi ranami, snami i kradzieżami, ten Merkury sprawi straszliwy przewrót w ludzkich sprawach.
Słowa te sakramentalne wygłosił mistrz Marcin zebranym tłumom, które przyszły go pytać o przyczynę zjawiska na dziedzińcu zamkowym, poczem sam z całą powagą, jaka przystoi tak wielkiemu uczonemu, skierował kroki swoje ku baszcie, w której było jego obserwatoryum.
Po odejściu uczonego głębokie westchnienia wydobyły się z piersi — każdy ze słuchaczy pomacał się po worku, jakgdyby chciał się zabezpieczyć przed złodziejskim Merkurym, potem znów spojrzano na niebo, pokiwano smutnie i poczęto rozchodzić się do domu.
Baszta, w której obserwował astrolog, stała od strony Wisły, nazywano ją Kaifaszową. Na szczycie jej ustawiony był wiatromierz w kształcie gryfa, którego ruch wydawał piskliwe, smętne tony, podobne do skomlenia psa, co szczególniej w nocy oddziaływało ponuro.
Izba astrologa nie duża, okrągła, obwiedziona była cała zodjakiem niebieskim, miała dwa duże okna na wschód i południe, trzecim zaś otworem okrągłym, umieszczonym w suficie na środku izby, można się było dostać po drabinie na szczyt wieży, gdzie był dość obszerny taras i gdzie stało astrolabium. Prócz wielkiego, wygodnego fotelu i stołu założonego gratami, więcej sprzętów nie było w izbie. Panował tu chłód przykry i osamotnienie, a gruby kurz, osiadły na sprzętach, świadczył, że nie często tu przebywano.
Izba oświetlona była blaskiem księżyca, który już przepołowiony wdzierał się przez okrągłe szyby i odbijał na podłodze i sprzętach jasne, pół okrągłe plamy.
Mistrz Marcin wszedłszy tu, obejrzał się dookoła, westchnął, potem otworzył okno z południa i popatrzał na srebrną wstęgę Wisły, dalej w dal na horyzont, wskazał nań ręką, mówiąc z cicha:
— Tam! tam, ważą się losy świata i chrześcijaństwa. Co będzie? Co będzie?
Jak gdyby w odpowiedzi na rzucone pytanie astrologa, kilka gwiazd sunęło ku ziemi.
Mistrz Marcin się wzdrygnął, a potem zamyślił poważnie.
— Może to ich zagłada. Szaleni! szaleni! staczać bój z Rzymem! Ha! i ja tam byłem takim.
Ktoby go widział w tej chwili, zastanowiłby się mocno nad tem posępnem i surowem obliczem i odgadnął łatwo, że tam wobec tłumów miało ono maskę.
Tam była poza — tu była prawda.
Człowiek był nie duży wzrostem, ale barczysty i dobrze zaokrąglony, wyglądał na lat czterdzieści. Głowę miał proporcyonalną, okrągłą z gęstym, kędzierzawym włosem. Pod sklepionym czołem błyszczały czarne, przenikliwe oczy. — Twarz bez zarostu z wydatnym nosem i kształtnemi ustami, na których igrał szyderczy uśmiech.
Ten uśmiech tak niezwyczajny na ustach astrologa, którego oblicze świeciło tajemniczością i namaszczeniem wobec tłumów, charakteryzował człowieka i lekarza.
Ocknął się wreszcie z zadumy, zamknął okno, potem skierował się ku małym drzwiom na północ i po kilku stopniach znalazł się na dole w obszernej, oświetlonej komnacie.
Było to laboratoryum i pracownia lekarza.
O ile izba astrologa była zimna i pusta, o tyle znów izba lekarza mówiła wiele z każdego sprzętu, z każdego przedmiotu, których tu było pełno.
W tej izbie mieściła się cała wiedza stulecia.
W szafach na półkach stały pergaminowe księgi, w których nietylko literatura medyczna zawarta — średniowieczna bowiem szperanina szukała dla siebie wiedzy w poezyi, krasomówstwie, kronikach i w tem wszystkiem co się nazywało książką. W życie patrzeć się nie nauczono jeszcze. Życie, przyroda, to tajemnica, tajemnica zamknięta siedmioma pieczęciami, mawiano z namaszczeniem. Nikt ich nie zbadał i nie zbada nigdy. To też każda głowa ówczesnego lekarza to tłomok napchany tysiącem książkowych sentencyj i baśni, w których zdrowy pierwiastek zamierał przygłuszony chwastami.
Największy bodaj umysł musiał się błąkać w tym labiryncie.
A dopieroż ile to funkcyj on spełniał.
Popatrzmy na te słoiki, tygle, garnki, flaszki, moździerze, tarki, młynki, worki pełne ziół rozmaitych, na te kruszce, których tu poddostatkiem, na skóry zwierzęce, na owoce wszelkiego gatunku, suszone i świeże. Tu leżą kamienie całe z wosku, ówdzie miód w słojach, tam tłuszcze rozmaite, żywica, wino, wypchane ptaki, zasuszone jaszczurki i węże. Ze wszystkiego tego on sam sporządza leki, bo jest zarazem aptekarzem.
Rozebrany zegar, leżący na warsztacie tokarskim, dowodzi, że lekarz zajmuje się mechaniką. Prócz tego fabrykuje atrament, farby, robi pergamin, przyrządza wosk do pieczęci, kadzidło, robi kompasy, próbuje nawet fabrykować proch.
Wielki komin założony tyglami, retortami i.t.p. świadczy, że i alchemii oddawać się musi.
Rozłożona na stole praca przypomina znów astrologa. Jest to duży arkusz pergaminu, na którym błyszczą czerwone zodyakowe znaki i hieroglify — to kalendarz, który układa na rok 1422. W kalendarzu tym znajdziesz oprócz zmian księżyca wszystkie dobre i złe aspecta.Znajdziesz rady, kiedy masz krew puszczać, bańki stawiać, strzydz włosy, drzewa szczepić, dzieci odstawiać, łaźnię brać i.t.d.i i.t.d
Jest przecie w tym zbiorze przeróżnych rupieci rzecz jedna, zamknięta szczelnie w szafie, jak gdyby była strzeżona przez siedmio-głowego smoka, bo szafa ma dno podwójne na zawiasie i otwarta daje najprzód słoiki i flaszki z truciznami, a gdy się ją odwróci za pomocą sprężyny, stoi w niej szkielet ludzki.
To w oczach naszych daje dobrą kreskę mistrzowi Marcinowi, najprzód dlatego, że dowodzi w nim wielkiej odwagi cywilnej, a potem zdradza myślącego człowieka. Ten szkielet, odkryty w jego laboratoryum, zawiódłby go do więzienia, sprowadził nań klątwę, wygnanie, a może coś lepszego. To też do tej szafy zagląda w ważnych tylko wypadkach, trzymając w jednej ręce traktat anatomii Mondiniego de Lucci, drugą dotyka nieśmiało kości i odbudowuje z nich człowieka.
Mistrz Marcin jest wychowańcem praskiej wszechnicy za rektorstwa Jana Husa. Patrzył się na cały ruch ówczesny, a może nawet brał w nim udział. Bądź co bądź wyniósł on stamtąd dużo sceptycyzmu i pewien realny pogląd na rzeczy, z któremi jednak nie rozwodzi się przed ludźmi. Po wyjeździe Mistrza do Konstancyi i on opuścił Pragę, a że był polecony królowi przez kanclerza Jastrzębca i złożył dowody prawowierności w rzeczach wiary, zamianowano go astrologiem i lekarzem przybocznym.Zresztą mistrz Marcin jest człowiekiem rozumnym i zręcznym. Wraz z pulsem chorego domacowywa się często tajemnic duszy, a tak umiejętnie, że dobadywany ani się spostrzega, jak lekarzowi wszystko wyśpiewał.
Będąc sam na sam w swojem obserwatoryum, musiał się ze swego astrolabium pośmiewać trochę na wzór owych augurów starożytnych, mimo to zdaje się wierzyć w naukę i uważa ją za nieomylną, kiedy własnym kosztem ufundował dla niej katedrę w akademii krakowskiej. Nigdy nie rozbiera i nie klasyfikuje tego, co mu podszepnął własny spryt i doświadczenie, a co powiedziały gwiazdy. I to i tamto jest owocem nauki i bystrości rozumu.
Jego proroctwa, obliczone i skombinowane niby to na podstawie astrologicznych obliczeń, są po prostu kombinacyą, wysnutą z charakterów i zdarzeń ludzkich. Dlatego miłuje astrologię.
Medycyna i doświadczenie dają mu wiedzę, astrologia — siłę.
On tłumom rzucił kilka ogólników, a w końcu, żeby usankcyonować swoje zdanie i niejako okryć je powagą większą, wybrał Merkurego i na niego zwalił cały ciężar obecnej biedy. Sam zaś, zamknięty w swojej pracowni, rozmyślał nad wypadkami i ludźmi.
Siedzącego nad stołem i opartego oburącz nad pergaminem, zastała tak kobieta, która weszła przed chwilą do pracowni. Mistrz Marcin zdawał się być wpatrzony bacznie w ów kalendarz i nie słyszał jej kroków, dopiero gdy położyła dłoń na jego ramieniu wzdrygnął się i podniósł głowę.
Kobieta uśmiechnęła się, potem wzięła Mistrza za rękę i rzekła czeskim akcentem:
— Wieczerza już na stole.
— To dobrze. Jak żołądek nakarmię, to i myśli przyjemniejsze powrócą.
— A o czem ty tak myślisz? Czy o tem?
I tu wskazała na pergamin.
Mistrz Marcin machnął lekceważąco ręką.
— Wiesz, gdziem bywał myślami? Tam, tam w Pradze.
— W Pradze Złotej tyś bywał? I co tam się dzieje? Masz jakie świeże wieści?
— Wiem od Hynka, że królewskich pobili.
— Pobili Niemców i tyś mi nie powiedział?
— Mówię.
— Powinienbyś był przybiedz z tą wieścią wprost do mnie zaraz. Oj, ty niedobry.
— Ta wieść mnie zatrważa, Elżbieto.
— Czy to gwiazdy ci powiedziały? Tyś tam tak długo patrzał na nie.
— Rozum mi mówi, że będą klęski coraz większe. Cała Europa się na nich rzuci.
— Czechy Europę pobiją.
Oplotła mistrza ramionami.
Kobieta była młoda, w całym rozkwicie bujnego życia i siły.
W takich objęciach mógł uczony zapomnieć o całym świecie. Jej piękne kształty, twarz o rysach regularnych z otwartemi nozdrzami, palącym wzrokiem, przy kruczych, czarnych i bujnych włosach, a ustach stworzonych do całusów, mogłaby służyć za model do pokusy św.Antoniego.
Tę żonę przywiózł sobie mistrz Marcin z Pragi. Była ona córką Zbyszka, mieszczanina i rajcy pragskiego, zagorzałego husyty, który głównie, aby zamanifestować swoje wyznanie wiary, kazał młodej parze ślub brać na rynku i przyjmować komunię pod dwiema postaciami.
To stadło od kilku lat nie cieszyło się potomstwem. Nadobna Elżbieta wyrzucała mężowi, że za mało ją kocha, że za dużo patrzy w gwiazdy i w księgi i nieraz pośród największego zatopienia się w laboratoryum wpadała rozgniewana niby druga Putyfara i wprowadzała zaambarasowanego mistrza do małżeńskiej komnaty.
Żony uczonych od najdawniejszych czasów, aż do skończenia świata, będą zawsze miały nad mężami przewagę. Gdy się błądzi po niebieskim stropie, z trudnością potem po ziemi stąpać można, a one na niej tak wybornie umieją się obracać. To właściwie teren ich działalności — i jakkolwiek mistrz Marcin był w całej pełni sił męskich, to przecież cała przewaga była po stronie jego połowicy.
Elżbieta, Zbyszka córka, była uosobieniem siły i energii swej dzielnej rasy, bo dzielność rasy wyrażają kobiety. Nienadarmo ich legenda stworzyła Lubuszę, w której rozum z niewieścim sprytem i Wlastę — typ energii i siły. Nasza dała nam tylko romantyczną Wandę, — typ ofiary. Najdzielniejszego króla zawdzięczamy Czeszce. Dąbrówka nie tylko, że nam przyniosła światło, ale urodziła Chrobrego.
Ta gorączka czynu, ta nieustraszona, a druzgocąca wszystko siła i energia, przed którą drżał świat, to dzieło matek, żon i córek czeskich.
Mistrz Marcin, patrząc nie raz z podełba na swoją dzielną połowicę, porównywał ją do jakiejś królowej Amazonek, albo Minerwy rzymskiej i schylając kornie głowę, poddawał się we wszystkiem jej woli.
Zaledwie siedli do wieczerzy, gdy dało się słyszeć silne kołatanie do drzwi. Wszedł famulus mistrza Marcina, niezgrabny chłopak z rozczochranemu włosami i zaspanemi oczami, na którego twarzy brud z kurzem stanowiły warstwę tak grubą iż podobną była do skóry czarnej rzodkwi, tylko usta małe, karminowej barwy i zęby śnieżnej białości, odznaczały się na niej silnie.
— Kto tam? — zapytał mistrz.
— Czy wpuścić? — spytał wzajem służący.
— Kto puka? — powtórzył dobitniej.
— Nie mówił, tylko wali, aż się zawiasy trzęsą.
— Spytajże kto i czego chce.
Chłopak wyszedł i po chwili wrócił — powiada że jest mistrzem Andrzejem.
— On? o tej porze? Idź otwórz i wprowadź go tu.
— Cóż on nam powie? — spytała Elżbieta.
— Ważna to będzie jakaś sprawa.
Przybyły miał na sobie suknię duchownego, głowę mu pokrywał biret doktorski. Postać to była wysoka, chuda. Na twarzy bladej, pergaminowej, ściągłej, świeciły się ciemne oczy, nad niemi brwi ściągnięte. Nos kształtny, zaciśnięte wargi, broda i włosy ciemno kasztanowate. Mógł mieć lat trzydzieści kilka.
— Pozdrawiam was i błogosławię darom bożym, które spożywacie.
— Witamy.
Głos jego był dźwięczny, metaliczny, wyrazy wychodziły czysto i okrągło, jak u ludzi, których rzemiosłem wymowa.
Aktora, prawnika i kaznodzieję poznać po ust otwarciu. Wszakże ich usta, to instrument. Przez wprawę i ćwiczenie nabiera on pewnych właściwości. Tony i słowa, które zeń wychodzą, są czyste, poprawne. Mówią zwykle okresami skończonemi, niekiedy przenośniami i obrazami.
— Czy raczycie zająć miejsce i spożyć z nami wieczerzę? — zapytała Elżbieta.
— Usta moje w tej chwili nie dla pokarmu, ale dla spraw bożych.
— Raczcie mówić — rzekł lekarz.
— Słyszałem, coście wygłaszali tłumom na dziedzińcu, mistrzu Marcinie. Słowa wasze były jak miedź pusto brzmiąca, podobne raczej do bulgotania cuchnącej wody w rynsztoku. Nie z nieba, nie z nauki poczerpnięte, ale raczej z gnuśnego mózgu wyszłe.
— Raczcie wybaczyć...
— Nie skończyłem jeszcze — przerwał gość. — Nie godzi się okłamywać nieświadomych prostaczków. Dlaczegóż jesteśmy szafarzami wiedzy, czy na to, aby ją chować zamkniętą? To i pocóż nam ona? „Żaden świece nie zapala i nie stawia w skrytości ani pod korzec, mówi Pan, ale na świecznik, aby którzy wchodzą widzieli światło. Patrz tedy, żeby światło, które w tobie jest, ciemnością nie było“.
— Zapominacie, że nie o wszystkiem tłumowi mówić można — odezwał się wreszcie Marcin.
— Ale okłamywać go się nie godzi.
— Jam nie kłamał.
— Mistrzu Marcinie, odkąd jesteście w służbie królewskiej, lis wam z za kołnierza wygląda. Czyście już zapomnieli tego, co wam niegdyś świętemi usty głosił w Pradze? Męczennika Husa zapomnieliście?
Marcin się zerwał z krzesła drżący.
— Przestańcie, przez litość! Czy chcecie mnie życia i mienia pozbawić?
— Człeku słabej wiary! Nikt ci tego obojga nie zabierze. Czytaj! Oto listy do ciebie.
Mistrz Marcin rozwinął drżący papier.
— Od pana Wernera z Rankowa. Przybywa poselstwo do króla. Prosi, abym grunt przygotował.
— Poselstwo z Pragi — plasnęła w ręce Elżbieta. — Widzisz! widzisz, Marcinie. Ob, moja Praga Złota.
— Dowód to wielki zaufania do was, mistrzu Marcinie. Mam nadzieję, że się godnie sprawicie.
— Ja zrobię, co będzie w mojej mocy.
— Macie wpływ na króla.
— Cóż mój wpływ ważyć może?
— Pamiętaj, pamiętaj, Marcinie, to Praga nasza, to Czechy ukochane wołają do Ciebie, — mówiła gorąca kobieta, obejmując go rękami i obsypując pocałunkami.
— Ot tak, zagrzewajcie go do świętej sprawy, bo widzę, że w niej stygnąć zaczął. Odchodzę zapewniony, żem złożył sprawę w dobre ręce.
Gdy się drzwi za przybyłym zawarły, mistrz Marcin rzucił się na krzesło, pogrążył twarz w dłoniach i wyszeptał ponuro: — Ananke.

Elżbieta do nóg mu przypadła.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wincenty Rapacki (ojciec).